niedziela, 22 października 2017

Kilka refleksji natury ogólnej - 53



Słuchając wczoraj wystąpienia pana Grzegorza Schetyny na, ponoć przełomowej, konwencji Platformy Obywatelskiej, konwencji, która miała być nowym otwarciem, byłem zbulwersowany i oburzony tym co mówił.

Nie będę jednak tutaj analizował szczegółowo tego co powiedział, ale odniosę się, i to raczej symbolicznie, do dwóch rzeczy.

Pierwsza to projekt likwidacji urzędów wojewódzkich.  Przypominam, że wśród licznych postulatów kampanii wyborczej PO z jesieni 2007 roku (patrz poniższy link)

obietnice wyborcze PO

był postulat likwidacji powiatów.  Jak wiemy żadnej obietnicy wyborczej zamieszczonej w powyższym linku PO nie spełniła.  Najlepszą ilustracją prawdziwych poczynań PO jest platformiana złota rybka, która nie spełnia życzeń, a tylko obiecuje, że spełni.

Druga sprawa to niby oddanie Polski Polakom i obojętnym jest co to tak naprawdę znaczy bo to tylko takie ogólne hasło.  Spójrzmy na jeden konkretny przykład.   Otóż wczoraj wpadło mi w ręce czasopismo Tygodnik Handlowca z 2006 roku i cóż tam czytamy?   Otóż czytamy, że Bank Światowy wsparł ogromną kwotą ekspansję dwóch niemieckich sieci handlowych na polskim rynku, a któż był wówczas wśród decydentów udzielających tego wsparcia można przeczytać poniżej.


















Jak wiemy, już od starożytności narody i państwa bogaciły się na handlu, a na naszym handlu bogacą się głównie inne nacje (najwięcej Niemcy, Francja i Portugalia), ale nie Polacy, którzy większość handlowych rynków i to wszelakimi produktami, w tym i handel pieniędzmi (banki i instytucje finansowe) oddali w zagraniczne ręce.

A czy te same osoby oraz władze PO w tym i rząd, wsparły kiedyś polski handel?   Oczywiście, że nie.  A żeby było śmieszniej to ja osobiście składałem na piśmie taki postulat na ręce wicepremiera i jednocześnie szefa Unii Wolności czyli pana Balcerowicza.  Jaśnie pan kazał oddać pismo do rąk swojego asystenta, a jakże, nijakiego Ryszarda Petru.  I chociaż minęło od tamtego czasu dobrych kilkanaście lat to odpowiedzi do dzisiaj nie otrzymałem i działań żadnych także nie podjęto.

Ponadto PO oddała, sprzedała, sprywatyzowała to czego nie zdążyła oddać i sprzedać SLD, AWS i UW.  A proces ten dotyczył nie tylko handlu, lecz praktycznie każdej dziedziny życia gospodarczego naszego kraju.

I teraz na wspomnianej konwencji pan Schetyna tak naprawdę to mówi, że pragnie to kontynuować.  Czyli znowu odda te składniki majątku, które z ogromnym trudem udało się przywrócić całemu społeczeństwu i z których zysk płynie teraz do polskiej, a nie zagranicznej kasy.  Na przykład bank Pekao SA.  I znowu sprzedadzą bank za wartość jednorocznych zysków, które wypłyną z Polski dwoma ogromnymi strumieniami, jednym oficjalnym i drugim w kreatywnej księgowości.  I tak ze wszystkim.

Oczywiście przykłady mógłbym mnożyć jak chociażby sprzedaż za haniebnie niską cenę Ciechu, reprywatyzacje w wykonaniu między innymi tej pani z Banku Światowego, czy Amber Gold, ale nie chodzi mi tutaj o wyliczankę afer czy nieprawidłowości , lecz o zasygnalizowanie absurdów o jakie wypowiadał lider PO na konwencji w Łodzi.

Jeżeli PO przez osiem lat swoich rządów nie wypełniła praktycznie żadnej z licznych obietnic obu swoich kampanii wyborczych do sejmu i senatu to co może sprawić, że teraz wypełni kolejne obietnice?

Czy znajdzie się, oprócz osób osobiści zainteresowanych konkretnymi korzyściami rządów PO, grupa Polaków, która kolejny raz da się nabrać i na nich zagłosuje?

Pewnie tak będzie, ale moim zdaniem może to być maksymalnie 15% wyborców.

Ile razy można zaufać kłamcom, spryciarzom, cwaniakom, złodziejom i oszustom (np. budowa autostrad, liczne afery czy głosowanie z pustymi krzesłami)?

Jak można zaufać formacji, której konstytucyjny minister mówi, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie lub, że nasze państwo to ch..j, d..a i kamieni kupa?

Co można myśleć o ludziach, którzy popierają takie postępowanie, takie opinie i takie poglądy?



Nie mogę pominąć także drugiej konwencji, która w tym samym czasie odbyła się w Poznaniu czyli konwencji Nowoczesnej.

Ponieważ uważam tą organizację za śmieszną i niepoważną to też posłużę się tylko stwierdzeniem jednego z internautów, który napisał:

Osobnicy którym rosną włosy na czole nigdy nie wygrywają żadnych wyborów.
No chyba ze wybory odbywają się w ogrodzie zoologicznym.

Trochę to nieeleganckie, ale w przypadku podróżnika sześciokrólowca naprawdę na więcej mnie nie stać.


Poprzedni post z tego cyklu.

sobota, 21 października 2017

Leszek - odcinek - 45 - krótki i refleksyjny

Ten okres pracy w Ośrodku był najdziwniejszym miejscem w jakim Leszek pracował.  Odwrotnie niż w znanym powiedzeniu, spadł spod rynny w deszcz.  Dobrze zarabiał, a prawie nic nie robił.

Urzędował w pokoju numer trzy, zaraz na lewo od wejścia.  Tutaj miał swoje biurko i swoją szafę.  W tym samym pokoju swoje biurka miały dwie piękne, młode dziewczyny.   Jedną była wspomniana już pani Ela ta od normowania, czyli wpinania norm do skoroszytów i ich wypożyczaniu, a drugą była pani Justyna, która była zakładową plastyczką i do niej należało dbanie o to, aby projektowane w firmie formy służące do produkcji różnych wyrobów z plastyku spełniały przynajmniej minimalne normy estetyczne.  Pani Justyna w odróżnieniu od pani Eli była bardzo ambitna i to do tego stopnia, że często narażała się panom projektantom wypowiadając jednoznacznie swoje opinie.  Młodzieżowy krąg najbliższych znajomych Leszka w tej firmie uzupełniała pani Małgosia, która była sekretarką dyrektora Chwarścianka.

Zarówno pani sekretarka jak i pan dyrektor byli osobami przyzwoitymi i naprawdę zaangażowanymi w swoja pracę chociaż pewnie nie do końca wiedzieli na czym ona polega.  Były wytyczne, były plany, była podstawowa organizacja partyjna i była rada zakładowa oraz była wojewódzka czapa.

Wielu chciało dobrze, ale niewiele mogli.  Musieli podporządkować się swoim pryncypałom, a ci z kolei realizowali linie partii i najważniejszą rzeczą było to, aby nie podpaść przełożonym.

Fikcja w takim miejscu w jakim znalazł się Leszek przyjmowała najbardziej absurdalne formy, ale wszyscy traktowali swoją pracę i swoje obowiązki, bardzo poważnie. Dużo jak na owe czasy zarabiali i przede wszystkim pilnowali, aby ta fikcja trwała.

Już po kilku miesiącach Leszek zrozumiał, że to nie jest miejsce dla niego.  Co prawda dobrze zarabiał, a pracy nie miał wiele, ale dusił się w tym układzie, sprzeciwiał się takiej stagnacji, a do tego wybuchła Solidarność i popłynęły piękne hasła i zapowiadały się ogromne zmiany.   Nagle można było publicznie mówić to co przez dziesięciolecia było zakazane, można było publicznie dyskutować i wypowiadać swoje poglądy.  Wybuchła prawdziwa namiastka wolności.

To zderzenie owej zewnętrznej wolności z wewnętrzną stagnacją coraz bardziej irytowało Leszka i wiedział, że tak dalej być nie może.

Jednak pracował i jakoś musiał zapełniać swoje biurowe życie często całkowicie pozbawione obowiązków. Jego obowiązki zajmowały w najlepszym razie jedną godzinę dziennie, a codziennie tych godzin było do wypełnienia osiem.

Wielu nie łamało sobie głowy takimi problemami, ale nie Leszek.  On tą bezczynnością męczył się bardziej niż męczył się w poprzedniej pracy, gdzie uczciwie pracował często po dwanaście godzin dziennie na różnych budowach.

Z tego niezadowolenia i z tego poczuciu bezsensu, a przede wszystkim z powodu braku zajęcia zaczął organizować biurowy czas pani Eli, pani Justyny, pani Małgosi i kolegi Ryśka.  Codziennie wieczorem przygotowywał wiele konkursowych pytań i zawsze następnego dnia, tuż po porannej kawie, organizował konkursy polegające na punktowanej odpowiedzi na owe przygotowane pytania.   Chodziło o to, że panie Ela, Justyna i Małgorzata oraz kolega Ryszard zbierali się w pokoju Leszka, losowali pytania i próbowali na nie odpowiedzieć.  Za każdą prawidłową odpowiedź zapytany otrzymywał jeden punkt, zaś po upływie miesiąca ten co miał najmniej punktów musiał zakupić określony przez pozostałych trunek, który razem wypijali.  Po paru miesiącach sytuacja się bardziej skomplikowała bo Justyna i Małgosia także zaczęły przygotowywać swoje pytania.

I tak, na tych konkursach mijały im liczne biurowe godziny.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to fikcja, że to niemożliwe, że Leszek konfabuluje, ale wierzcie mi - rzeczywistość była bardziej groteskowa niż to co tutaj opisujemy.

Po około pół roku pracy w Ośrodku, konkursy organizowane przez Leszka, a także przez Justynę i Małgosię rozrosły się, pytania zaczynały być bardziej ambitne i skomplikowane, ale satysfakcje z prawidłowych odpowiedzi także poprawiały status tego co umiał się popisać  Tylko pani Ela, ta od normowania, sporo odstawała chociaż była najładniejsza.

Latem 1981 roku tuż obok bydgoskiego Jedynaka, na Alejach 1-Maja, po tej samej stronie, patrząc w stronę Klarysek otwarto tak zwany sklep komercyjny, a w nim  można było kupić za złotówki sporo podobnych produktów do tych co do tej pory sprzedawano za dolary w Peweksie.   Leszek wypatrzył w tym sklepie wermut marki Cinzano.  Kosztowało wówczas to wino w tym sklepie 387 zł. co stanowiło około jedną dziesiątą ich ówczesnej pensji (bez premii).   I to o ową butelkę Cinzano rozgorzał największy bój w Ośrodku.  Leszek przygotował trudne geograficzne pytania, Justyna przygotowała pytania z dziedziny sztuki, Ryszard z dziedziny technicznej, a Małgosia z dziedziny prawnej.  Bój trwał okrutny i nikt zdecydowanie nie przeważał.  Wszyscy zbliżali się do remisu.  Aż wreszcie nadszedł termin comiesięcznej wypłaty i cała piątka zdecydowała, że złożą się solidarnie na owe Cinzano.   I solidarnie je wypili.  To było najlepsze wino jakie Leszek wypił wraz z koleżankami i kolegą w całym dotychczasowym życiu.

I było tak z wielu względów.  To było koleżeństwo, to było zaangażowanie, to były miłe chwile, to była nagroda za odpowiedzi, ale przede wszystkim to było picie wina jakiego żadne z nich normalnie wówczas by sobie nie kupiło.  To było przekroczenie jakiś granic codzienności i oczywiście poznanie nowego smaku.

I jak potem nie lubić Martini (chociaż to nie Cinzano)?  To taki kod, taki obyczaj, takie wspomnienie, takie koleżanki i kolega.  I nic oprócz owych wspomnień nie pozostało, ale to był wówczas cząsteczkowy sens życia.  Sens odróżnienia się, sens spróbowania, sens rywalizacji i sens realizacji.

Jak kolejny raz czytamy, nie jest to wartka powieść, lecz raczej garść refleksji, próba zainteresowania tym co było, a co na pewno miało i ma wpływ na obecną rzeczywistość.  To raczej komentarz niż opowieść.

A czy trafny i interesujący to już zostawiamy ocenie czytającym.






środa, 18 października 2017

Plener malarski grupy artystów z Osielska.

W dniach 28.09.2017 do 01.10. 2017 odbył się tradycyjny plener malarski grupy artystów amatorów skupionych wokół Gminnego Ośrodka Kultury w Osielsku.  Ta Grupa istnieje już od wielu lat i zawsze przynajmniej dwa razy do roku udaje się w różne miejsca, aby swoim malowaniem pokazywać piękno naszej wspaniałej ojczyzny.

We wrześniu tego roku plener odbył się w Krynicy Morskiej.

Poniżej kilka refleksji zdjęciowych z tej imprezy.  Imprezy nie tylko malarskiej, lecz także integracyjnej, pełnej śpiewów, gitarowych brzmień, tańców, bilardowych bojów, ale przede wszystkim pełnej wspaniałych artystycznych przeżyć. Ja też tam byłem, a poniżej kilka migawek z tych cudownych chwil:








Piaski, na prawo, już niedaleko do granicy z Rosjanami.



poniedziałek, 16 października 2017

Moje podróże - Leningrad - sierpień 1991 rok.

W restauracji na Newskim.  W głębi dwaj Czeczeńcy, "opiekunowie restauracji".

Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku próbowaliśmy robić interesy z Rosjanami.  Założyliśmy w Leningradzie firmę pod nazwą Kometa- Faeton.  Wyposażyliśmy nowocześnie jak na tamte czasy, biuro firmy w Leningradzie i zaczęliśmy handlować.

W najlepszej restauracji na Newskim Prospekcie za kilkanaście dolarów za cały wieczór byliśmy królami życia, z kawiorem i szampanskoje włącznie, o solijance i innych atrakcjach nie wspominając.  Dzisiaj pewnie ta kwota nie wystarczyłaby na zamówienie szklanki herbaty w tej samej restauracji

Poniżej kilka zdjęć z kolejnego wyjazdu (wylotu) w interesach do Leningradu.

Za chwilę kolejny raz zwiedzać będziemy Ermitaż i najpierw pobiegnę na lewo od wejścia, na drugie piętro, aby obejrzeć mój ulubiony obraz  "Portret aktorki Jane Samary" Renoira, a potem tyle wspaniałości, że nawet trudno je opisać.  Ermitaż,  może oprócz Luwru, jest chyba najwspanialszym muzeum na całym świecie.

Na daczy pod Leningradem

Po prawej nasi rosyjscy wspólnicy Wiktor i Sasza.


Poprzedni post z tego cyklu.






wtorek, 10 października 2017

Leszek - odcinek - 44 (magiczny)

Leszek działał w Świeciu, walczył we Fordonie i z pełnym zaangażowaniem budował socjalistyczną ojczyznę i zawsze był przekonany, że dobrze robi, że ma rację.  I nie był wyjątkiem w takiej postawie i w takim myśleniu.

W tym czasie, gdy Leszek walczył na owych socjalistycznych budowach wydarzyły się dwie najważniejsze rzeczy w jego dotychczasowym życiu.  Najpierw w listopadzie 1978 roku urodziła się jego córeczka Karolinka i od razu została najważniejszą osobą jego życia.   Karolinka stała się dla Joanny i Leszka największym skarbem i tak już pozostało.  Rosła zdrowo, a każdego dnia przynosiła dużo szczęścia i radości.

Zaś w lutym 1980 roku szczęście całej rodzinki dopełniło się bo otrzymali decyzję o przyznaniu im mieszkania typu M3 na bydgoskim Szwederowie.

Wówczas na mieszkanie czekało się od kilkunastu do kilkudziesięciu lat, a Leszek otrzymał ten raj już w niecałe cztery lata po ukończeniu studiów. To mieszkanie było do własnego wykończenia i nie wiadomo, czy najpierw wykończy się dysponent (bo nie właściciel - właścicielem była mityczna bydgoska spółdzielnia mieszkaniowa - specjalnie z małej litery bo na dużą nie zasługiwała i pewnie niewiele przez tych prawie czterdzieści lat się zmieniło) tego mieszkania, czy najpierw wykończy się to mieszkanie.

Nikt kto nie zna realiów tamtego czasu, co wielokrotnie podkreślamy, nie ma pojęcia co to oznaczało.   W mieszkaniu nie było podłóg, nie było wyposażenia, a przez okna i filarki międzyokienne hulał wiatr i deszcz.  Zaś na środku dużego pokoju (25,5 m2) znajdowała się sterta gruzu z ekstrementami na ich szczycie.  Kierownik przekazujący klucze tym konkretnym przyszłym mieszkańcom owego mieszkania, wyjaśniał krótko - taka jest uchwała i róbcie co chcecie, ja nic nie mogę wam pomóc. Oczywiście po odpowiednich zachętach zarówno on jak i jego pracownicy zachowywali się inaczej, ale to dużo kosztowało.  Na szczęście Leszek i Joanna bardzo się starali, aby mieć środki zaspokajające wymagania owych "fachowców".

Ten wielki sukces w uzyskaniu mieszkania w sporej części zawdzięczał nie tylko sobie, ale także pani Rogowskiej.  Ta pani była matką Wiesławy, która później została żoną Zbigniewa Bońka.  To ta pani, ulegając prośbom swojej córki i jej przyjaciółki, a jednocześnie szwagierki Leszka, będąc wysoko postawioną działaczką Stronnictwa Demokratycznego, takiej przybudówki PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) miała duże wpływy w kręgach lokalnych władz i to ona spowodowała, że Leszek otrzymał przydział na owe mieszkanie na Szwederowie chociaż uprawnionych do takiego mieszkania było dwudziestu, a mieszkań było pięć.

I nieważne, że mieszkanie było z tak zwanej ustawy numer 42, która mówiła, że obywatel otrzymuje mieszkanie, ale sam musi je wykończyć.  Ten stan można porównać do dzisiejszego przejmowania mieszkań w tak zwanym stanie deweloperskim. Lecz nie do końca i to z wielu powodów, o których wspomnieliśmy powyżej.  Radość Joanny i Leszka oraz, nieświadomej tego faktu, dwuletniej Karolinki, była niepojęta.

Wreszcie, po prawie czterech latach mieszkania w dwóch pokojach z teściami, gdzie łazienka była dzielona na czternaście osób, kuchnia była wspólna dla trzech rodzin, zaś różnorakie konflikty były codziennością, otrzymali coś co było tylko ich.  Sami we własnym mieszkaniu i do tego z dużym ponad dwudziestopięciometrowym pokoju, z osobną kuchnią, z osobnym pokojem dla Karolinki, z łazienką, z osobnym WC i balkonem.  To po prostu wydawało im się wówczas niepojęte.

Wreszcie na początku lipca gotowe były podłogi z płytek PCW, wyposażona była kuchnia, łącznie z lodówką i przelewowym ekspresem do kawy, w łazience na ścianach podziw budziła tapeta w holenderskie wzory i w ogóle wszystko było wykonane jak trzeba.

Wreszcie pokonali wszystkie przeciwności, doprowadzili swoje M3 do stanu zamieszkalności    I chociaż minęło pięć miesięcy od chwili, gdy otrzymali klucze, i chociaż przeżyli ogrom stresów i nerwów oraz wydali wszystkie posiadane pieniądze to byli wreszcie u siebie i byli szczęśliwi.

Nikt, albo nikt kto tego nie przeżył,  nie pojmie tego jakie było szczęście Joanny i Leszka, gdy na potulickim kąciku tapicerskim przespali pierwszą noc w swoim pięknym mieszkaniu.  Kiedy się obudzili, a z za zielonych zasłon zaświeciło na nich piękne słońce i wiedzieli, że to jest ich świat, ich miejsce i pojąć nie mogli, że to dzieje się naprawdę.   A naprawdę tak było.  Oni, wcześnie rano leżeli na owym rozłożonym potulickim narożniku i sycili się swoim szczęściem, a tutaj tup, tup, z sąsiedniego pokoju, przychodziła do nich ich ukochana córeczka i kładła się pomiędzy nimi, obejmując jedną ręką mamę, a drugą tatę.

Czy ktoś może wyobrazić sobie większe szczęście?

Niewiele minęło czasu od momentu, gdy Leszek wraz z Joanną i Karolinką zamieszkali w swoim mieszkaniu, gdy wybuchła Solidarność.

Joanna i Leszek, a także wszyscy ich przyjaciele i znajomi, zaczęli żyć w euforii.  Euforii wolności, euforii publicznego mówienia tego co się myśli, euforii wyobrażeń tego co może nastąpić i euforii powszechnego optymizmu. Tego stanu, który był wówczas stanem naturalnym nie sposób oddać słowami.  Po raz pierwszy od zakończenia II Wojny Światowej Polacy poczuli prawdziwy powiew wolności.  W poprzednim okresie, przed Solidarnością, ludzie za samo myślenie byli prześladowani, wszystko było tłumione, a wolne myśli i słowa były zakazane.  Solidarność przyniosła pierwszą od czasów II RP, namiastkę wolności, wolności myśli i słów.

Oczywiście zapisali się w swoich zakładach do Solidarności i byli przekonani, że tak trzeba i, że zmienią to, na co zawsze się nie zgadzali.

Niestety w zakładzie Leszka szefem Solidarności została osoba awanturująca się.  Biegała codziennie na Dworcową do Zarządu Regionu i przynosiła coraz bardziej absurdalne polecenia.  Wówczas strajk był za strajkiem i w przypadku dużych firm miało to jak najbardziej oczywisty sens bo wpływało na ówczesną rzeczywistość i to w sposób oczywisty.  Niestety, w przypadku takich firm w jakiej wówczas Leszek pracował przybierało to często karykaturalne oblicze.  Zastępcą szefowej zakładowej Solidarności w firmie liczącej raptem około stu pracowników był taki piękniś z prototypowni i on z ową szefową, szaloną bibliotekarką, stanowili duet narzucający innym często wręcz groteskowe zachowania.  Obydwoje nie mieli do tej pory najlepszych opinii wśród współpracowników, ale jak zaczęli energicznie działać to zaczęto ich słuchać i poważać.  A oni zamiast zachować należyty dystans i umiarkowanie to upajali się tą chwilową władzą nad tymi co normalnie byli dużo wyżej od nich w zawodowej hierarchii.

Dochodziło do wręcz zabawnych sytuacji.  Na przykład podczas ogłoszonego przez zarząd krajowy Solidarności strajku powszechnego, wszyscy powracający do siedziby firmy musieli czekać nieraz przez kilka godzin przed drzwiami do budynku, aż skończy się strajk bo w czasie strajku nikt z budynku nie mógł wyjść lub do niego wejść.  I tak to dyrektor wracając z ważnej narady siedział na murku przy wejściu razem z Leszkiem, który udał się do Urzędu Miasta z oficjalnym pismem dotyczącym rozbudowy prototypowni i pięć minut się spóźnił, zresztą nie ze swojej winy, z dotarciem do zakładu przed momentem ogłoszenia strajku.

Dużo by pisać o absurdach tamtego okresu, ale nie to jest naszym celem.  Dość napisać, że lokalni, zakładowi liderzy Solidarności zawiedli Leszka totalnie.  Nie poważał ich, a wręcz odwrotnie.  I znowu się okazało, że jak gotuje się rosół to męty wypływają na wierzch, ale niestety nie było tego co by te męty zebrał i wyrzucił.

Na tym polityczne rozważania dotyczące tego jakże burzliwego okresu zakończymy.

Leszek podjął pracę we wspomnianym Ośrodku, ale już po paru miesiącach zrozumiał, że to był ogromny błąd.

Zaczynało się od tego, że do pracy należało przyjść na siódmą.  Pięć po siódmej główna księgowa zabierała listę obecności na dany dzień i tym co się spóźnili więcej niż owe pięć minut, stawiała tak zwaną bombę.  Zaś trzy bomby to było pozbawienie całej miesięcznej premii, a to sięgała jednej czwartej poborów.  Zawody z bombami, tramwajami i autobusami to było bardzo pasjonujące zajęcie dla wszystkich pracowników Ośrodka.  A autobusy miejskie i tramwaje spóźniały się nagminnie, ale co to obchodziło panią księgową. Ona z ogromną satysfakcją stawiała bomby i nie miała litości.

Zaś jak już udało się wejść do biurowca, podpisać listę bez bomby to zaczynało się prawdziwe biurowe życie.  Od siódmej do ósmej było omawianie wczorajszego programu telewizyjnego, a tych programów było aż dwa, potem szły sprawy rodzinne, obyczajowe i wreszcie polityczne.  Między ósmą, a dziewiątą robiło się pierwszą kawę i popijając wonna zalewajkę, kończyło się najróżniejsze dyskusje, opowiadania, monologi i dialogi.  I wreszcie tak po dziewiątej trzydzieści zaczynano pierwsze prace.  A ponieważ był to ośrodek badawczo rozwojowy to konkretne prace były niewymierne i mogły zająć panom projektantom zarówno dwie jak i osiem godzin.

O dwunastej była zwyczajowa przerwa na drugą kawę, papieroska i wizytę w bibliotece lub w dziale z jedną salą i jednym pracownikiem, ale szumnie zwanym Zakładowym Ośrodkiem Informacji Naukowej i Ekonomicznej w skrócie zwanym ZOINTE.

W tym centrum pan Ryszard, jak akurat nie spał na zapleczu, bo był wielkim śpiochem, to wypożyczał lub udostępniał panom projektantom i innym inżynierom, aktualne nowości prasowe dotyczące ich branży, a także przy pomocy pani Eli, specjalistki od norm, czyli od wpinania i przechowywania aktualnie obowiązujących norm krajowych i branżowych, udostępniał owe normy.  Zaś pani Ela, specjalistka od normowania była piękną młodą dziewczyną i dlatego projektanci masowo garnęli się do wypożyczania i zwracania różnych monitorów i przepisów.

Leszek w tej firmie miał ogrom prac.  Czasami zdarzało mu się, że w ciągu trzech dni musiał napisać jedno pismo zajmująca, aż całą jedną stronę, chociaż z rzadka, ale zdarzały się również i pisma dwustronicowe. Zaś przed napisaniem pisma na czysto i oddaniem do sali maszyn czyli do pokoju z dwoma paniami piszącymi na maszynach, wpierw był obowiązany uzgodnić treść pisma z dyrektorem, a czasami z innymi decydentami.

Zakład miał się rozbudowywać i dlatego zatrudniono Leszka jako specjalistę od inwestycji.  Miał działać, wykazywać się i realizować zawodowo.  Niestety zamieszania polityczne odsunęły w czasie i pokrzyżowały plany rozbudowy.  Leszkowi pozostawało tylko trwanie, ale trwanie dostatnie, a bez bomb jeszcze dostatniejsze.  Pracował dziesięć razy mniej niż w Hydrobudowie, a otrzymywał dwa razy większe wynagrodzenia.


Szwederowo ulica Czackiego ,  marzec 1980 rok.  Joanna i Karolinka w tamtej rzeczywistości.


Poprzedni odcinek.



sobota, 7 października 2017

Bydgoskie porównania - 7

Dzisiaj ogród botaniczny w Myślęcinku.  To samo miejsce w przedziale 20 lat.  Popatrzcie na skarpę po prawej stronie zdjęć i zobaczcie jakie duże urosły w tym okresie drzewa i to najpiękniejsze moim zdaniem drzewo w ogrodzie botanicznym czyli tulipanowiec amerykański, którego przed 20 laty wcale jeszcze nie było.

Październik 1997 r.

Październik 2016 r.

Październik 2017 r.


                              Poprzedni post z tego cyklu.

wtorek, 3 października 2017

Październik w Myślęcinku.

Poniżej kilka zdjęć wykonanych w pierwszych dniach października bieżącego roku.  Zdjęcia wykonano w Ogrodzie Botanicznym w Myślęcinku:






niedziela, 1 października 2017

Budowle totalnej opozycji.

Chodząc, przy wyjątkowo pięknej pogodzie, po plażach Mierzei Wiślanej zauważyłem dwie ciekawe "budowle" i od razu skojarzyły mi się one z działalnością tak zwanej totalnej opozycji.  Ta sama maestria konstrukcji, ta sama trwałość i podobna wyobraźnia twórców tych "dzieł".   Wyobraźnia budowniczych domów z piasku posadowionych tuż przy morskich falach, albo konstrukcja z patyków jakże pięknie koreluje z wyobraźnią przedstawicieli totalnej opozycji podskakujących na różnych manifestacjach i walczących o demokrację metodami nie mającymi, z tym o co niby walczą, nic wspólnego.




piątek, 22 września 2017

Piękna Bydgoszcz - 21

Dzisiaj byłem z moimi wnukami na spacerze w najpiękniejszej bydgoskiej dzielnicy i moja wnuczka pokazała mi piękny bydgoski zakątek.  Ciekawe czy ktoś z czytelników mojego bloga wie gdzie to jest.  Rozwiązanie zagadki jutro.





Tak jak napisał anonimowy czytelnik mojego bloga, zdjęcia wykonano z pięknie odnowionej, drewnianej kładki nad Brdą.  Łączy ona (na wysokości szkoły i przedszkola w Opławcu) dwie bydgoskie dzielnice czyli Opławiec i Piaski.

Poniżej ta kładka, a w tle Marta i Wiktor -  moje wnuki.




Wracając rowerem leśnymi drogami ze Smukały do Niemcza po drodze wykonałem poniższe zdjęcie:





                          Poprzedni post z tego cyklu.