niedziela, 29 września 2013

Przykra prawda - warto przeczytać - odcinek 5 - a na Węgrzech można.

Przeglądając ostatnio ( zresztą tak jest już od 23 lat) naszą codzienną prasę i tygodniki, słuchając publicystycznych audycji radiowych, oglądając publicystykę w telewizyjnych stacjach informacyjnych i innych stacjach,  jak na przykład TVP, Polsat, czy TVN, mogliśmy się szczegółowo dowiedzieć wszystkiego o doradcach komisji Macierewicza, o komisji Laska, przez wiele dni musieliśmy słuchać o nowelizacji ustawy aborcyjnej, o księdzu pedofilu, o chorym na boczne stwardnienie rozsiane.   Nijaki Szejnfeld wykładał nam w radiowej Trójce ( parę razy w tygodniu), a także w "Kawie na ławę" i dziesiątkach innych programów, jak jest wspaniale, jak oni się starają i, że będzie jeszcze lepiej.   Ten mistrz świata w gadaniu o niczym usypiał słuchaczy wszelkich stacji radiowych i telewizyjnych, a wtórował mu nijaki Halicki i inni "wielcy" obecnej koalicji rządowej.  Dziesiątki razy dziennie we wszystkich programach informacyjnych i publicystycznych musieliśmy słuchać, że nie warto brać udziału w referendum dotyczącym odwołania pani prezydent Warszawy, a także o tym, że PiS zawłaszczył sobie dla potrzeb tego referendum symbol Powstania Warszawskiego.  Te i inne podobne tematy "rozpalały" umysłu polskich słuchaczy i telewidzów.  I znowu były premier Marcinkiewicz ( nie wiem z jakiego powodu) objaśniał nam naszą rzeczywistość i tłumaczył co mamy czynić.  Nijaki Lewandowski (z Brukseli) objaśniał nam dobrodziejstwa unijne i to jak powinniśmy się z nich cieszyć.  Do tego mały (nijaki Petru) i duży Balcerowicz tłumaczyli nam dlaczego OFE jest dobre, a jeden z najbardziej zaufanych ludzi byłego prezydenta Kwaśniewskiego, nijaki Orłowski, objaśnia nam prawie codziennie, jak mamy wspaniale i jak powinniśmy się cieszyć, że tak mamy jak mamy, bo gdyby nie UE to przymieralibyśmy głodem, chodzili boso i nie mieli żadnej drogi.  Musieliśmy także ekscytować się losami byłego ministra Gowina i jego paru kolegów, a także panem Kaliszem z jego kanapą - "Nasz dom Polska".

I tak dalej w tym duchu, a dzisiaj doszły jeszcze urodziny naszego noblisty i znowu media ogłupiały.   I tak w kółko i tak bez końca.  Wszystkie publikatory danego dnia nadają praktycznie zawsze to samo i zawsze jakieś tematy zastępcze, a nigdy nie poruszają tych tematów najważniejszych, ekonomicznych, zasadniczych, tych rzeczywiście prawdziwie dotyczących naszych spraw podstawowych.  Ani słowa o kolonializmie w Polsce, ani słowa o coraz większym uzależnieniu naszej gospodarki od zagranicznych podmiotów gospodarczych, ani słowa o składkach do UE i innych kosztach z tym związanych, ani słowa o upadku bydgoskiego Zachemu, ledwie wzmianki o kłopotach Stoczni Gdańskiej czy bankructwie Huty Częstochowa.

Media w Polsce żyją w innym, nierealnym świecie.  Świecie, który sami sobie kreują, a potem wierzą, że innej rzeczywistości nie ma.  Ci sami politycy od 23 lat, ci sami redaktorzy, dyżurni komentatorzy, socjologowie i inni, mówią zawsze to samo, są serwilistyczni, oportunistyczni (ugodowi) wobec aktualnie rządzących i bez przerwy używają tego samego języka i tych samych argumentów.  

A tymczasem, jak możemy przeczytać w poniższym tekście, na Węgrzech trwa wielka narodowa dyskusja i przebiegają rzeczywiste zmiany: 


To jest prawdziwa kolonizacja!”: o inwazji międzynarodowej finansjery na Węgry, z którą walczy rząd Viktora Orbána. Przerażające...



Dlaczego Węgry pod niezależnymi od zewnętrznych nacisków rządami  Viktora Orbána stały się chłopcem do bicia dla eurokratów i solą w oku  zarządców światowych banków, funduszy i korporacji? Węgierski przedsiębiorca i ekonomista István Varga odsłania szokujący proces uzależnienia swego kraju od zewnętrznego kapitału, z czym – ku protestom choćby Brukseli – walczy  Orbán. To relacja tym bardziej wstrząsająca i pouczająca, że łudząco przypomina sytuację w Polsce...
Zmiany systemu w państwach Europy Środkowo-Wschodniej dały wielkie możliwości funduszom spekulacyjnym, nie tylko na Węgrzech. Parabanki, fundusze hedgingowe, firmy inwestujące na rynku długów w dolarach i euro wytworzyły ogromne wzajemne zobowiązania. To pieniądz syntetyczny, jak żetony w kasynie
– zauważa w wywiadzie István Varga, który jest członkiem Rady Nadzorczej Węgierskiego Banku Narodowego.
Żeby mieć ogromny zysk wystarczyło te „żetony” wymienić na prawdziwe pieniądze...
Systemy finansowe byłych państw socjalistycznych zostały stopniowo zmarginalizowane: forint, złoty, korona itd. Pieniądze banków emisyjnych i przepływy kapitałowe zostały skierowane do ich syntetycznych pieniędzy. Za te pieniądze wykupili majątek, obligacje, ziemię i jeszcze te państwa zadłużyli. W ten sposób pozbyliśmy się własnych aktywów, a nasze długi pomogły spekulantom wejść do prawdziwej gospodarki z prawdziwymi pieniędzmi
– ekonomista opisuje bezwzględny mechanizm.
Skutki tej operacji okazały się dla Węgier dramatyczne.
Kolonizacja Węgier jest bardziej intensywna niż innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Poprzednie rządy sprzedały w obce ręce wszystkie strategiczne branże przemysłu, usługi komunalne, sektor energetyczny, instytucje finansowe, poza tym zagraniczny kapitał przejął przeważającą większość małego handlu, sieci domów handlowych, mediów i telekomunikacji – wszystko, co w naszym życiu odgrywa jakąś rolę
– zaznacza Varga.
Według ekonomisty, Węgry jeszcze nigdy w swojej historii nie były do tego stopnia zdane na innych jak teraz.
Na przykład nasz kraj wyróżnia się warunkami dla rolnictwa wysokiej jakości. Tymczasem przemysł spożywczy został wyprzedany obcokrajowcom, a następnie rozmontowany. Dzisiaj importujemy wszystko, co moglibyśmy sami wytwarzać w najwyższej jakości i taniej. (…) Wyprzedaliśmy nawet sieć kolejowego transportu towarowego, wagony itd., barki towarowe – wszystko w obce ręce. Wszystko zależy od zagranicznego kapitału
– mówi Varga.
Zwraca też uwagę na skutki wyliczania kredytów bankowych w oparciu o franka szwajcarskiego.
Ten rodzaj kredytów rozpowszechniano z ogromną energią. Po czym frank zdrożał o 50 proc. i setki tysięcy Węgrów zostało doprowadzonych do ruiny, tysiące zostało wyrzuconych ze swoich mieszkań. To jest prawdziwa kolonizacja – nie ma na to lepszego słowa
– podkreśla Varga.
Węgierski ekonomista zaznacza, że działania rządu Orbána – choć torpedowane z wielu stron - systematycznie odwracają trend kolonizacji.
Pojawiły się tanie kredyty, jakich nie było u nas od 20 lat. Rząd próbuje odkupić monopolistyczne przedsiębiorstwa komunalne, także firmy z branży energetycznej, co pozwoli zmniejszyć koszty ich usług. Rząd szuka rozwiązania, jak przekonwertować dewizowe stopy procentowe na forinty. To jest proste, bo wszystkie zagraniczne kredyty są w pewnych punktach niemalże nielegalne, działające na granicy prawa
- przedstawia kluczowe przedsięwzięcia w sferze finansów.
I dodaje znacząco:
Można się tu spodziewać wielkiej wojny. Obce banki bardzo niechętnie przyznają, że działają, opierając się na kruczkach prawnych, ale nacisk społeczny wzrasta, dochodzi do demonstracji. Rząd Orbána ma poparcie narodu.

Moje płyty winylowe 1 - Pierwszy album Czerwonych Gitar.

Płyty zacząłem kupować już w połowie lat 60-tych minionego wieku, czasami dostawałem je także w prezencie.  Przez 35 lat nazbierałem ich około 200 sztuk i to tylko tak zwanych longplay-ów, a także kilkadziesiąt małych płyt (przeważnie "czwórek") do tego także kilkadziesiąt pocztówek dźwiękowych. Niestety w trakcie moich licznych przeprowadzek część zaginęła, a część uległa zniszczeniu.  Zostało mi ponad 50 sztuk tych największych i sporo pozostałych.  Postanowiłem co jakiś czas zamieszczać zdjęcia jednej z moich płyt, głównie po to, aby przypomnieć, iż przez długie dziesięciolecia był to najpopularniejszy sposób zapisywania utworów muzycznych, a także ze względów sentymentalnych, a być może także dla niektórych, dla walorów poznawczych i również jako swoiste ciekawostki.

Dzisiaj prezentuję  pierwszą płytę z mojej kolekcji.

Jest to zarazem pierwszy album Czerwonych Gitar wydany w 1966 roku.




Płytę otrzymałem w prezencie na Gwiazdkę 1966 roku. 

piątek, 27 września 2013

Początek jesieni w ogrodzie.


Dodaj napis


                                                        Zdjęcia wykonano 25.09.2013 roku.

środa, 25 września 2013

List zatroskanego bydgoszczanina do Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska.

Z uwagi na szereg negatywnych zjawisk w skali makro, a także w odniesieniu do jednostkowych spraw, problemy regionu chciałbym prześledzić na przestrzeni ostatniego 20-lecia. W tle ( a de facto na pierwszym planie ) zawsze jawią się wzajemnie relacje na linii Bydgoszcz - Toruń. Dla zrozumienia stanu stosunków na dziś niezbędne jest cofniecie się do lat 92-98 . Wtedy to w kraju toczyły się intensywne narady i konsultacje nt. podziału terytorialnego kraju. Niezwykłą aktywność wówczas wykazywały  Opole, Zielona Góra, Kielce, podczas gdy u nas rozmowy na te tematy rozwijały się ospale i niekorzystnie dla naszego regionu, za sprawą obstrukcji a nawet sabotowania pożądanych dla nas rozwiązań ze strony działaczy toruńskich. Spróbujmy bliżej przyjrzeć się kluczowym miesiącom dla sprawy ( marzec-lipiec 98r.). Po nieudanych rokowaniach "trzech starych sejmików" w Ciechocinku w 95 r. wskutek błogiej niefrasobliwości jednych i sabotowaniu innych na trzy lata nasze elity nie wykazały zainteresowania problemem, jeśli już to tylko okazjonalnie i powierzchownie. Gdy sprawa stała się paląca w styczniu 98 r. przedstawiciele Bydgoszczy i Torunia spotkali się w Inowrocławiu nie formułując rozwiązań, pozostawiając sprawy otwarte. Dlaczego i z jakiego powodu, o tym później.
        Groza zaniechań objawiła się 13 marca 98 r., gdy w projekcie ust.rząd. skierowanej do sejmu ukazała sie mapa z 12 województwami. Bydgoszcz i Toruń znalazły się w granicach wielkiego województwa pomorskiego jako peryferyjne powiaty. Podczas, gdy oburzenie mieszkańców sięgnęło zenitu, toruńscy politycy wydali oświadczenie popierające koncepcje rządu oraz wyrazili zgodę na przynależność do woj. z siedzibą w Gdańsku.  To, że mamy własne wojew. zdecydowały gwałtowne i b. spektakularne manifestacje i petycje mieszkańców regionu, głównie Bydgoszczy. Spowodowały one opamiętanie na szczytach władzy w ostatniej chwili. Województwo zostało uratowane, wszakże jednak wskutek działań destrukcyjnych ludzi i środowisk, region nasz stał się przedmiotem bezkarnych rozbiorów; utraciliśmy znaczną część byłego wojew.( szeroko pojęty rejon Chojnic, Nowe Miasto Lubawskie, Trzemeszno). Poza osłabieniem znaczenia wojew., konsekwencją szkodliwej działalności części polityków regionu jest przekonanie polskich elit o tymczasowosci tego rozwiązania. Niezrozumiały jest dla nas fakt, że działacze bydgoscy mając w ręku same atuty i argumenty, w bezprzykładny sposób dali się "ograć", godząc się na rozwiązania bardzo niekorzystne dla Bydgoszczy. Najbardziej przykre jest to, że strona blokująca powstanie województwa stała się beneficjentem ostatecznych rozwiązań. W Toruniu usytuowano bowiem siedzibę sejmiku wojew., który ma decydujący wpływ na rozdział i wielkość środków rozwojowych. O dysproporcji tychże świadczy m.in. wielkość środków budżetowych i dotacji unijnych, kierowanych do różnych samorządów, a także lokalizacja istotnych dla regionu inwestycji oraz centrów nowoczesnych technologii, oczywiście z korzyścią dla Torunia. Tu z naciskiem chcę podkreślić, że karygodnie niesprawiedliwie jest traktowana Bydgoszcz, jak i niektóre inne jednostki administracyjne, na przykład Włocławek i Inowrocław.
           O dysfunkcyjności tego rozwiązania administracyjnego i skrajnej nieudolności działań sejmiku wojewódzkiego świadczą bardzo złe dane makroekonomiczne dot. naszego woj. o czym donosiły media. Dochodzą do tego ostatnie informacje o rekordowej liczbie upadłości przedsiębiorstw w woj. kuj.-pom. ( największej w skali kraju), oraz kolejny wzrost liczby bezrobotnych. Suma ich wskazuje na postępującą degrengoladę województwa.
          Co do relacji Bydgoszcz-Toruń, to każdy dostrzeże serię nieustających konfliktów, co w istotny sposób pogarsza opinię o wojew., a przez to obniża perspektywy rozwojowe regionu. Jest pewne, że z tego pata nie ma wyjścia, pomóc moga tylko rozwiązania systemowe i to mieszkańcy wojew. muszą je wyartykułować. Położenie kresu obustronnym oskarżeniom, ciągłej szamotaninie zmierząjacej do postępującej destrukcji, może jedynie rezygnacja z dwubiegunowości władzy. Nie ma chyba wątpliwości, że usytuowanie dwóch ośrodków władzy nie zdaje egzaminu. Decyzje w tej tak ważnej sprawie dla egzystencji naszego wojew.i to do nich w referendum należałoby się zwrócić z zapytaniem w w/w kwestii. Wybory samorządowe lub parlamentarne byłyby po temu okazją.
        Osobną sprawą jest rola mediów w naświetlaniu decyzji, tendencji i zjawisk w odniesieniu do naszego woj.. Wiele kwestii ( problemy ekonomiczne, dysproporcja w rozdziale środków, zaniechania i karygodne zaniedbania ) zamiast bicia dzwonu na alarm zostały zaledwie odnotowane, a w części pominięte milczeniem.
        Jeżeli regionalni decydenci nie podejmą zdecydowanych działań, opinia publiczna rozliczy ich juz wkrótce, najpierw w wyborach samorządowych później parlamentarnych. Dziwić się należy, że wobec tak licznych błędów i skandali nie uczyniono tego wcześniej.
  
                                                                                                                                                            Edward Stramowski
                                

Przykra prawda - warto przeczytać - odcinek 4 - Koniec kolonizacji na Węgrzech

Ciśnie się na usta proste i oczywiste pytanie, a kiedy u nas będzie podobnie?  Kiedy my zaczniemy bronić swoich firm, swoich obywateli i własnych interesów?



Dla zagranicznych firm na Węgrzech zakończyła się era kolonizacji - oświadczył premier Viktor Orban, przemawiając na pierwszym po wakacjach posiedzeniu parlamentu. Opozycja zarzuca mu prowadzenie przedwczesnej kampanii przed wyborami w 2014 r.
- Węgry są niepodległym, suwerennym państwem. Era kolonizacji się skończyła. Dla nas sprawą rangi państwowej jest obniżenie opłat za media, likwidacja reżimu spłacania kredytów walutowych oraz ratowanie rodzin i ich domów - powiedział premier. - Banki i duże przedsiębiorstwa korzystające na Węgrzech z pozycji monopolisty muszą się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Kiedyś miały silną pozycję i rządy socjalistyczne kłaniały się przed ich potęgą, ale teraz to my jesteśmy ci silniejsi. To one muszą się dostosować do Węgrów, a nie na odwrót - mówił Orban.

Niższe koszty elektryczności oraz pomoc dla setek tysięcy Węgrów, którzy wzięli kredyty walutowe i teraz zmagają się z ich spłatą, najprawdopodobniej będą głównymi propozycjami w programie rządu przed wyborami do parlamentu w pierwszej połowie przyszłego roku - przewiduje Reuters.

Zgodnie z sierpniowym sondażem ośrodka Ipsos centroprawicowy Fidesz premiera Orbana ma wciąż dwucyfrową przewagę nad opozycyjnymi socjalistami, jednak blisko połowa wyborców nie zdecydowała jeszcze, na kogo odda głos. Rząd Orbana w styczniu br. wprowadził 10-procentową obniżkę cen energii elektrycznej, gazu i ogrzewania dla gospodarstw domowych. Koszty tej obniżki przeniesiono na dostawców, należących w większości do zagranicznych koncernów energetycznych. Na Węgrzech obowiązuje też najwyższy w Europie podatek od banków i podatek od firm energetycznych, telekomunikacyjnych i zajmujących się sprzedażą detaliczną. Firmy energetyczne np. muszą zapłacić 50-procentowy podatek od swoich zysków, chyba że zdecydują się na inwestycje.

Te i inne interwencje rządu w gospodarkę, choć kontrowersyjne, pomogły krajowi spłacić kredyt uzyskany w 2008 roku od Międzynarodowego Funduszu Walutowego - zauważa Reuters. - Spłacając ten kredyt, zlikwidowaliśmy ciągłą presję, za pomocą której międzynarodowe organizacje finansowe próbowały wymusić na nas działania oszczędnościowe - oświadczył Orban.

Premier powiedział, że według rządowych prognoz w 2014 roku tempo wzrostu gospodarczego na Węgrzech wyniesie 2 proc. PKB, czyli najwięcej od 2010 roku. Zdaniem analityków będzie to 1,5 proc. PKB.

Poprzedni post z tego cyklu.

poniedziałek, 23 września 2013

Zdzisław Szubski - kariera sportowa i trenerska - część 7

Pan Zdzisław Szubski jest aktualnie trenerem koordynatorem reprezentacji Chile w kajakarstwie i liczna ekipa szkoleniowa pod jego czujnym i fachowym okiem przygotowuje chilijskich sportowców do Igrzysk Panamerykańskich, które odbędą się wiosną przyszłego roku.  Niedawno został także trenerem koordynatorem reprezentacji Grecji w kajakarstwie, drużyny, którą już kiedyś trenował i jego zadaniem jest jak najlepsze przygotowanie greckich sportowców do przyszłych Igrzysk Olimpijskich.  Ponadto Zdzisław Szubski jest aktywnym i znanym międzynarodowym działaczem w tej dyscyplinie sportu.   Jest także ambasadorem sportów wodnych miasta Bydgoszczy.

Po pięknej karierze sportowej przyszedł dla niego czas na równie wspaniałą karierę trenerską i organizacyjną. 

Cieszę się ogromnie, że udało mi się namówić tak zapracowanego i znakomitego człowieka na chwilę wspomnień.  Dzisiaj już siódma część tych wspomnień, a ich autorem jest sam Zdzisław Szubski. 



 Rozdział 7

Sebastian - 26 kwiecień 1981

To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Wałcz, 26 kwietnia - eliminacje do reprezentacji Polski na rok 1981. Po wygranym biegu na 5000 metrów, Ryszard Marchlik trener reprezentacji ogłasza wyniki biegu na 5 km i przy okazji gratuluje mi przez megafon syna który  urodził się  o 5.45 rano w Bydgoszczy. 

Kompletnie wyczerpany po ciężkim biegu, czułem się tak jakby ta wiadomość nie docierała do mnie bezpośrednio. 

Płynąc do brzegu odbierałem gratulacje trenerów i kolegów. 

Dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie sprawę że to nie gratulacje za zwycięstwo w K1 na 5000 metrów, ale gratulacje z powodu urodzin syna Sebastiana. 

   Z prawej matka chrzestna Halina Zajączkowska


Oczywiście kontakt z żoną Mirką był niemożliwy. Co prawda miałem nowy samochód - Poloneza 1500

Mirka i pierwszy zakupiony samochód Polonez 1500

jednak trenerzy  zabrali mi kluczyki i powiedzieli jak chcesz to jedź i wsadzili mnie w autobus. Szczęśliwy, myślałem ze zobaczę się z Mirką  i synem jednak to nie tak jak dzisiaj. Warunki były inne i tylko z daleka, przez okno szpitalne, szpitala na Kapuściskach w Bydgoszczy, Mirka pomachała do mnie i przesłała buziaki. To było tyle co widziałem.

Wróciłem autobusem do Wałcza, a zaraz następnego dnia wyjazd do Brukseli na Międzynarodowe zawody kajakowe. Ponowna rywalizacja na K4.  Wróciliśmy z dwoma medalami. 

Powrót do domu na  Chorwacką, czekam kiedy ujrzę syna Sebastiana. Teściowa Anna Wandzia czuwała i pomagała Mirce w pierwszych dniach po urodzeniu. Wszedłem do pokoju patrzę i patrzę w to łóżeczko, a tu coś małego się przewraca i mruczy. Nie zdawałem sobie sprawy że, aż taki mały ten nasz Sebastian. Zmęczony po podroży pomyślałem, ze oko przymknę i się zdrzemnę a tu tylko płacz i płacz Sebastiana. Jak się potem okazało miał po prostu przez długi okres kolki jelitowe.

Po kilku dniach spędzonych w domu musiałem wrócić do Wałcza. Teściowa pomagała bardzo. Tak mijały dni i lata naszego synka, a potem syna i nigdy wówczas bym nie pomyślał że wyrośnie na olimpijczyka z Athen w 2004. Ale o tym następnych odcinkach.

Sebastian w K1. (Myśli - jak tu zostać MISTRZEM?  Udało się w 2004)


Rok wspaniały, urodziny syna, srebro z Mistrzostw Świata, skończony 3 rok studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.  Wszystko to dało mi spokój psychiczny i większy napęd na rok następny który wcale nie okazał się tak wspaniały jak myślałem. 

Se la vie jak to Francuzi powiadają, a prawdziwe życie dopiero się zaczynało.


piątek, 20 września 2013

Przykra prawda - warto przeczytać - odcinek 3

Ponieważ dwa poprzednie odcinki tego mojego pisania pod powyższym tytułem cieszą się dużą, jak na tego bloga,  popularnością dlatego też postanowiłem kontynuować ten cykl.

Dzisiaj ciąg dalszy opinii o naszych "demokratycznych" przemianach.  


Polecamy i zalecamy


"To jest wielka strukturalna patologia polskiej gospodarki". Fragment rozmowy Czesława Bieleckiego z prof. Kieżunem
Osoby krytycznie oceniające polską transformację – jak pan profesor – określa się od razu mianem przeciwników transformacji. Dla czytelników pana książki będzie oczywiste, że prezentuje pan krytyczną ocenę transformacji, ale to nie oznacza, że był pan przeciw samej zmianie. Gdyby na początku transformacji elementy liberalne w reformowaniu gospodarki zostały uzupełnione o elementy społeczne, nie mielibyśmy dzisiaj tego wykwitu populizmu w różnych formach. Czy podziela pan ten pogląd?
Odpowiem na to pytanie nie wprost. Gdy w Polsce zaczynała się transformacja, przebywałem w Afryce, kierując dużym projektem ekonomicznym, realizowanym pod egidą ONZ. Tam z bliska i na własne oczy widziałem, jak kraje zachodnie dokonują gospodarczej neokolonizacji krajów afrykańskich. Wspominam o tym, ponieważ jedną z głównych tez mojej książki jest to, że po 1989 r. nastąpił proces neokolonizacji polskiej gospodarki.


Korzystam ze swojej roli adwokata diabła, aby przypomnieć argument wielu ludzi broniących ówczesnej prywatyzacji, że przedsiębiorstwo jest warte tyle, ile ktoś jest gotów za nie zapłacić. Jednak czym innym jest sprzedaż wymuszona, gdy bank czy komornik przejmuje własność firmy i wystawia ją na sprzedaż, a czym innym rynkowa wycena wartości funkcjonującego przedsiębiorstwa przez fachowych doradców finansowych.
Sam pan sobie odpowiedział i nie mam nic do dodania. Poza może tym, że nie było żadnych uzasadnionych powodów, aby tak się spieszyć z wyprzedawaniem państwowych firm. Każdy biznesmen wie, że aby uzyskać za sprzedawaną firmę dobrą cenę, należy odpowiednio przygotować ją do sprzedaży. Polskim reformatorom zabrakło wyobraźni, jakby nie dostrzegli, że ogromne braki na rynku wewnętrznym wcale nie oznaczały, że polski przemysł był w całkowitym rozkładzie. W przełomowym 1989 r. polski przemysł eksportował swoje wyroby, w tym wiele na dobrym i bardzo dobrym poziomie technologicznym, do 57 krajów świata. Oczywiście sytuacja makroekonomiczna Polski była bardzo zła, przedsiębiorstwom brakowało dewiz na zakup potrzebnych do produkcji materiałów i komponentów, ale po co od razu wyprzedawać cały przemysł po niskich cenach?! Mieszkałem w tym czasie w Montrealu, współpracowałem z kanadyjskimi bankami i zapewniam pana, że absolutnie realne było uzyskania przez polski przemysł kredytów na bardzo rozsądnych warunkach.

(...)

Często spotykam się z pytaniem, dlaczego w ogóle napisałem "Patologię transformacji? Pada argument: przecież to już historia, życie toczy się dalej, mamy tyle problemów aktualnych, po co rozdrapywać tamte sprawy, zwłaszcza z początkowego okresu polskiej transformacji, stało się, co się stało…

…Ci, którzy tak mówią, pewnie nie mają nawet świadomości, że popadają w determinizm historyczny, w którym nie ma miejsca na inne, alternatywne historie transformacji. Tymczasem scenariusz transformacji nie był zdeterminowany historycznie, w tym wszystkim było dużo improwizacji. Zakalec transformacji ustrojowej powstał z dużym udziałem przypadku.
Trzeba zajmować się historią polskiej transformacji z oczywistych powodów. W wyniku określonego jej przebiegu powstała struktura polskiej gospodarki, która praktycznie uniemożliwia nam przebicie się do światowej gospodarczej ekstraklasy, która skazuje nas w najlepszym razie na osiągnięcie poziomu średniego, a i to jest wątpliwe. Jako gospodarka peryferyjna, neokolonialna, w której bardzo wiele firm kontrolowanych przez kapitał zagraniczny transferuje zyski do central poza Polską, nigdy nie przekroczymy pewnego średniego poziomu. Producent mikroprocesorów zawsze będzie osiągał wyższe stopy zysku niż wytwórca sprzętu AGD. Ponadto wyczerpują się dotychczasowe źródła wzrostu gospodarczego. Przykładowo maleją transfery pieniężne do kraju od Polaków mieszkających i pracujących za granicą. I będzie z tym tylko gorzej, ponieważ wielu naszych rodaków zostaje w Niemczech czy Wielkiej Brytanii na stałe, tam zakłada rodziny i tworzy biznesy. A w niektórych latach to były transfery w wysokości 20–30 mld złotych rocznie. Mój ulubiony student, niezwykle zdolny młody Polak, wyjechał do Londynu, został głównym księgowym w dużej brytyjskiej firmie, zarabia 15 tys. funtów szterlingów miesięcznie, ożenił się z Angielką i rzecz jasna już nigdy nie wróci do Polski.
Czytam, że niektóre urzędy państwowe mają rachunki bankowe w bankach kontrolowanych przez kapitał zagraniczny. No przecież tak nie można...! Na podstawie analizy przebiegu transformacji trzeba sformułować strategię gospodarczą i politykę przemysłową dla Polski, która umożliwi nam wydostanie się z „pułapki średniego dochodu”. Sądząc po liczbie doniesień medialnych na ten temat, świadomość tego problemu bardzo szybko wzrasta. W naszej strukturze dochodu narodowego produkcja przemysłowa stanowi zaledwie 20%, aktywa sektora bankowego w 80–90% są kontrolowane przez kapitał zagraniczny, to samo dotyczy wielkiego handlu. To jest wielka strukturalna patologia polskiej gospodarki.

I jeszcze na koniec drobny kwiatek współczesny:
 Wczorajszy dziennik „Fakt” przyniósł wiadomość, której należało się od dawna spodziewać, prezes spółki Polskie Inwestycje Rozwojowe zarabia 60 tysięcy miesięcznie, jej zarząd liczy już 8 osób (pewnie niewiele gorzej wynagradzanych jak sam prezes), a spółka do tej pory nie może pochwalić się żadnym realnym osiągnięciem, chyba że za takie uznany zaprojektowanie logo dla firmy przez artystę z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
Teksty cytuję z dziennika  "wPolityce.pl"

Poprzedni post z tego cyklu.

środa, 18 września 2013

Dzisiaj - 18.09.2013 - nad Zalewem Koronowskim








Leszek - prawdziwa historia życia - odcinek 1

Dzisiaj, po prawie dwóch latach istnienia tego bloga, zaczynam pisać na nim historię życia mojego przyjaciela Leszka. Przymierzałem się od lat do jej opisania, ale zawsze coś mnie wstrzymywało.  Zawsze miałem wątpliwości czy warto?  Czy to kogoś zainteresuje?  Czy to w ogóle ma sens?  Teraz mając swojego bloga, na którego zagląda czasami po kilkaset czytelników w ciągu doby, postanowiłem podjąć się opisania tej historii i zamieszczania kolejnych odcinków tej opowieści na moim blogu. 

 Mało, a nawet rzekłbym, że  prawie wcale, nie spotykamy obiektywnych, rzetelnych i uczciwych opisów naszej współczesnej rzeczywistości, a przede wszystkim tej rzeczywistości dotyczącej okresu naszej współczesnej "demokracji", czyli czasów po 1989 roku.   Tych czasów rodzącego się polskiego kapitalizmu, sposobów jego powstawania, mechanizmów nim rządzących, ludzi o tym decydujących i innych wszelakich zjawiskach, zdarzeniach, ocenach i faktach.   Jednak, aby ów czas opisać, aby opisać owe mechanizmy, a także opisać losy naszego bohatera na ich tle, rozpocząć trzeba od samego początku, należy rozpocząć tą historię od dnia narodzin naszego bohatera, a potem kontynuować ją aż do chwili obecnej.  

Ewentualnych czytelników bardzo proszę o wyrozumiałość.  Zazwyczaj jest tak, że jak ktoś ma talent literacki to nie znajduje się w centrum wydarzeń, które później opisuje, a także zazwyczaj jak ktoś znajduje się w centrum owych wydarzeń i bierze w nich czynny udział to bardzo rzadko ma talent literacki.  

Wszystkiego co będę tutaj opisywał byłem naocznym świadkiem i chociaż nie miałem tak, moim zdaniem, barwnego życia jak opisywany tutaj pan Leszek to jednak we większości tego co będę przedstawiał, brałem udział lub też mam relacje, jak to się zwykło mówić, z pierwszej ręki.

Takim człowiek jest i będzie po zakończeniu swojej ziemskiej drogi, jakim go inni widzą za jego życia i jakim go po nim zapamiętają. Jednak, aby pozostało coś więcej obok kilku ulotnych wspomnień, wrażeń i okruchów wspólnych lub zasłyszanych przeżyć, warto zapisać z przeznaczeniem dla bliskich, a może także i dla niektórych innych, swoją historie, swoje przeżycia, przynajmniej część swoich przemyśleń i refleksji życiowych oraz doświadczeń i zdobytych mądrości, a także przeżytych niepowodzeń, klęsk i rozczarowań, z których to głównie składa się ludzkie życie.  Z tego też powodu zabieram się za trud opisania życia osoby mi bliskiej, z którą przeplatają się także moje losy.  

Moim zdaniem pisząc o kimś trzeba przede wszystkim kierować się potrzebą zrozumienia tego kogoś.  Trzeba kierować się przedstawieniem go z różnych stron i różnych jego oblicz. Należy zrozumieć jego uczucia, pasje i zainteresowania.  Należy się starać, aby był to obraz w miarę rzeczywisty, obiektywny, normalny.  Ale czy to jest możliwe?  Czy możliwe jest przedstawienie kogoś w formie obiektywnej prawdy?  Czy też bardziej jest to wyobrażenie tego kogoś i jego przeżyć, a także wszystkiego co go otacza lub otaczało?  Łatwo opisać jakieś zdarzenia, zapamiętane widoki, rzeczy, ubiory, krajobrazy, fakty i dokumenty, ale jak opisać uczucia, namiętności, zapomnienia, nieodpartą potrzebę bycia z kimś, albo wielką niechęć do innych?

Dlatego też to wszystko co będzie napisane o życiu Leszka to, z jednej strony będą fakty i rzeczy oczywiste, a z drugiej będą uczucia i inne imponderabilia, a także autorska wizja rzeczywistości, pewnie nie zawsze zupełnie prawdziwa i obiektywna, gdyż dwie osoby przeżywające to samo zdarzenie, często zapamiętują je trochę, a czasami całkiem inaczej, zaś najrzadziej tak samo.   

Z góry proszę o wybaczenie mi wszelkich potknięć, błędów i pomyłek. Proszę także o wyrozumiałość dla nieudolności mojego języka, a także dla innych zauważonych nieprawidłowości. 


Odcinek 1

Leszek urodził się siedem lat po wojnie, w piękny wrześniowy czwartek o godzinie osiemnastej z minutami i ten fakt, jak twierdzą zwolennicy teorii o przemożnym wpływie znaków zodiaku na życie ludzkie, zdeterminował jego przyszłość, charakter i inne cechy osobiste oraz społeczne.  Urodził się w pięknym powiatowym mieście na północy Wielkopolski.  W mieście trzech rzek i trzech jezior, otoczonym pięknymi lasami i z ponad 650-letnią tradycją miejską.

Sięgając do swojego dzieciństwa, do najstarszych obrazów, które na stałe zanotowała jego pamięć, widzi kilka zdarzeń z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wielu.  Najpierw wyłania mu się z pamięci Boże Narodzenie 1957 roku.  Jest pierwszy dzień świąt, piękna słoneczna, ale mroźna pogoda, cały świat zasypany śniegiem, a tego śniegu jest znacznie więcej niż na pół metra.   Wszyscy czyli Leszek jego rodzice i dwie siostry, jedna o dwa lata starsza, a druga o dwa lata młodsza, siedzą przy stole, przy świątecznym obiedzie.  Obiad taki jak w święta ( nie to co dzisiaj) zdarzał się tylko dwa razy w roku  czyli na Boże Narodzenie i na Wielkanoc.  Zapach i smak tamtych potraw, jakże różnych od codziennego jedzenia, Leszek czuje do dzisiaj.  I ta prawdziwa, wielka choinka, której ozdoby zachowały się we wszystkich szczegółach, w jego pamięci. Pamięta dokładnie wzory na wszystkich bombkach.  I te z kominiarzem i drabiną, i te w kwiatki, i te błyszczące dwukolorowe z dwoma wgłębieniami, a także przysiadające na gałązkach metalowe ptaszki z cudacznymi ogonami z różnokolorowych piórek, wielokolorowe papierowe łańcuchy, wata imitująca śnieg, lameta oraz kolorowe kręcone świeczki zatknięte w specjalnych metalowych uchwytach przymocowane żabkami do gałązek choinki.  Te świeczki mama zapalała tylko w czasie Wigilii i podczas wieczornego śpiewania kolęd, a i tak cały czas trzeba było mocno uważać, aby się od nich nie zapaliła choinka.  Cóż może być jednak cudowniejszego od migotliwych świeczek, rozjaśniających mrok wieczoru.  Świeczek, których drgające światło odbijało się w bombkach i innych choinkowych ozdobach, podczas wspólnego śpiewania "Bóg się rodzi" i wielu innych kolęd.  A w te święta Leszek miał szczególny powód do szczęścia - dostał swój pierwszy i jedyny w całym swoim dzieciństwie, jak się później okazało, spory samochód na sprężynę, nakręcany malutkim kluczykiem. Był to żółty, amerykański samochodzik osobowy, który ojciec pracując w Poznaniu, gdzieś okazyjnie kupił. Radość Leszka była ogromna, a jego szczęście niebywałe i pewnie stąd tak dobrze zapamiętał tamte święta i wszelkie związane z nimi szczegóły.

Po obiedzie cała trójka, mocno opatulona, biegnie na podwórko, na sanki.  Na tym podwórku w wysokim śniegu porobione są tylko ścieżki do pompy i do budynków gospodarczych, ale rodzeństwo brnie w kopnym śniegu na górkę czyli parometrowe wzniesienie, mające ze dwadzieścia metrów długości opadające w stronę ogrodu.  Tam najpierw sankami ustawionymi  w poprzek robią sobie, ubijając śnieg, miejsce do zjeżdżania, a potem długo i zawzięcie zjeżdżają kłócąc się kto ma siedzieć pierwszy, kto ma teraz zjeżdżać sam i jak, czy na siedząco, czy na stojąco, a może na klęcząco, albo na pilota (z deską lub drugimi sankami w poprzek).  Później obowiązkowa walka na śniegowe kule, przewracanie się na głęboki śnieg, kulanie w nim, aż w końcu mama woła do domu.  A tam czeka gorąca herbata, makowiec,  placek z kruszonką, babka drożdżowa, rogaliki i pączki - tyle dobra na raz.  Po spałaszowaniu niesamowitych ilości tych świątecznych pyszności, znowu cała rodzina zasiada podczas gęstniejącego już za oknem mroku, przy choince z zapalonymi świeczkami i ponad godzinę śpiewa kolędy.  Później znowu świąteczna kolacja i spać.  A przed snem mama przez kolejną godzinę czyta im książki na głos.  Najpierw te dziecięce z cyklu "Poczytaj mi mamo", typu "Stefek Burczymucha", czy "Wspólnymi siłami", albo "Rzepkę", a potem już długie i ogromnie zajmujące, bajki z różnych stron świata.   Jeszcze przed zaśnięciem Leszek widzi w swojej wyobraźni wspomnienia z minionego dnia.   Widzi swoją starszą siostrę w płaszczyku w jodełkę, wełnianych pończochach  i wysokich sznurowanych butach, z długim, czarnym warkoczem i okrągłą buzią.  Widzi swoją młodszą siostrę ubraną podobnie, lecz znacznie mniejszą, z krótkimi włosami i jeszcze bardziej okrągłą buzią i która widząc zimowego ptaszka, zamiast wróbel,  mówi "grubel".  A potem zasypia i tak kończy się ten szczególnie szczęśliwy dzień jego dzieciństwa.

Następny odcinek.

piątek, 13 września 2013

Przykra prawda - warto przeczytać - odcinek 2

Dzisiaj kilka cytatów z wywiadu udzielonego programowi "Bliżej"  (TVP Info - 12.09.2013 godzina 22.30) przez wybitnego ekonomistę i wieloletniego eksperta ONZ - profesora Witolda Kieżuna

- W tej chwili struktura Polski jest strukturą kraju skolonizowanego, jak krajów afrykańskich (prof. Kieżun był przez 10 lat ekspertem ekonomicznym ONZ w Afryce).

-Jesteśmy w kieszeni kapitału zagranicznego.

-George Soros opisał w swojej książce szczegółowo  - jak wprowadzał ustrój kapitalistyczny w Polsce - rozpoczęło się w maju 1988 roku, a wynikiem tej wizyty była tak zwana reforma Wilczka.

-Po roku Soros ponownie przyjeżdża do Polski przywożąc tym razem młodego amerykańskiego ekonomistę (34 lata) - Joffreya Sachsa, który był wówczas finansowany przez Sorosa.  Obaj panowie kontaktują się ze strategami Solidarności.  Inicjatywę przejmuje Sachs.   Najpierw zgłasza się do profesora Geremka i przedstawia mu plan wprowadzenia kapitalizmu w Polsce.  Jak potem opisuje tow swojej książce - Geremek mówi mu: - ja nie mam zielonego pojęcia o ekonomii i pyta: - ale to wyjdzie?  Na pewno odpowiada Sachs.  Na to Geremek: - dobrze, to idziemy do Kuronia.  Kuroń mówi: - ja nie mam zielonego pojęcia o ekonomii, więc Sachs mu tłumaczy co i jak.  Ale to wyjdzie - pyta Kuroń?  To na pewno wyjdzie odpowiada Sachs.  Wobec tego musi pan natychmiast to napisać - oświadcza Kuroń.  Ale ja muszę teraz jechać na dwa tygodnie do Ameryki, a jak wrócę to napiszemy.   Nie ma mowy - mówi Kuroń - jest godzina 11.30 do rana musi pan to napisać.  Jedziemy do Gazety Wyborczej, tam jest komputer i na nim szybko i sprawnie pan to napisze.  Rano biegną z tym opracowaniem do Adama Michnika.  Michnik przegląda materiał i pyta: - naprawdę to wyjdzie bo ja nie mam zielonego pojęcia o ekonomii.  Wyjdzie, wyjdzie - odpowiada Sachs.   I sprawa kończy się artykułem w Gazecie Wyborczej o tym jak zbudujemy kapitalizm w Polsce.

-Teraz powstaje problem kto to będzie realizował?  Po kolei zapraszają Trzeciakowskiego, bardzo wybitnego ekonomistę, ale on odmawia, mówiąc: - ja nie sądzę, aby ten projekt mógł być zrealizowany.  Po kolei pytają paru innych kandydatów.  Odmawia także Jóżefiak.  Znaleziono także mnie w Afryce i zaproponowano wyjazd do Polski w celu podjęcia się bardzo ważnej misji, ale jakiej to mi nie powiedziano. Ja odpowiedziałem, że mogę przyjechać za rok, gdyż dopiero wtedy kończy się mój aktualny projekt. Wtedy Kuczyński mówi: - jest kapitalny kandydat - Balcerowicz.  Pracował on w instytucie badań nad marksizmem - leninizmem, który mieścił się przy Komitecie centralnym PZPR, no ale był na stypendium w ramach kapitalnej akcji zorganizowanej przez Amerykanów - mianowicie stypendia głównie dla młodej kadry partyjnej.

-Prywatyzacja:  przyjeżdżają przedstawiciele wielkich korporacji zagranicznych, dają łapówki i kupują za 10 do 15 procent wartości, nasze przedsiębiorstwa.  Największe firmy zostają sprywatyzowane w typie wrogiego przejęcia.  Jest to kupno przedsiębiorstwa i jego likwidacja, zburzenie budynków i sprzedaż działek.

- Przykład - Zakłady Wytwórcze Urządzeń Telefonicznych.  Trzy olbrzymie zakłady w Warszawie, Węgrowie i Bydgoszczy, każde zatrudniające po 6 do 8 tysięcy pracowników.  Produkcja telefonów i monopol na ich serwisowanie, z czego olbrzymia większość to produkcja i serwisowanie dla ZSRR.  Kupuje to Simens.  Daje 9 miesięczne odprawy pracownikom, likwiduje przedsiębiorstwa, a produkcję przenosi do Niemiec, budynki burzy, a ziemię sprzedaje.  Koniec.

-Dzięki takim operacjom zachodni kapitał stwarza u siebie setki tysięcy nowych miejsc pracy, za darmo otrzymując rynki zbytu na produkcję i serwisowanie oraz wspaniałe wypracowywane przez dziesiątki lat,  kontakty.

Cały wywiad:


George Soros

 - finansista amerykański węgiersko - żydowskiego pochodzenia.  Jeden z najbardziej znanych spekulantów walutowych, filantrop, fundator słynnej Fundacji im. Stefana Batorego.

Jeffrey Sachs

 - zasłynął jako ekonomiczny doradca rządów Ameryki Łacińskiej, krajów Europy Wschodniej i krajów byłego ZSRR.  Doradzał stosowanie terapii szokowej.  W 1989 roku jako 35 - latek był ekonomicznym doradcą Solidarności.  Przygotował wstępny program transformacji polskiej gospodarki - tak zwany plan Balcerowicza.


Poprzedni post z tego cyklu.

czwartek, 12 września 2013

poniedziałek, 9 września 2013

Wagrowiecka przyszłość.

Ania - świeżo upieczona gimnazjalistka, pływaczka z pierwszymi sukcesami, koszykarka.

Mateusz  - uczeń drugiej klasy, zapalony karateka.

sobota, 7 września 2013

Historia spalarni śmieci w Bydgoszczy.

Pomimo tylu argumentów przeciwko spalarni  ma być jednak ona budowana . To jest wielki skandal.   Lobby posiada niesamowitą siłę przebicia, a nasi urzędnicy chyba nie mają rozumu. 

Olsztyn  potrafił  się oprzeć i powiedział  NIE .

Przesyłam   niektóre tylko informacje  jakie udało się zebrać  dotyczące
niepotrzebnej  spalarni  w naszym mieście , która będzie nas bardzo ostro
truła, zniszczy środowisko specjalnej strefy ekonomicznej, przyniesie torunianom wielkie korzyści, zaś bydgoszczanom przyniesie ogromne problemy finansowe, nie spełni swojej roli, gdyż nie osiągnie wymaganych efektów ekonomicznych, głównie z powodu braku śmieci do spalania.  Co z kolei pociągnąć może za sobą konieczność zwrotu unijnej dotacji, a to będzie ruina miejskich finansów.

Poniższy materiał opracowało Bydgoskie Forum Ekologiczne


Historia powstawania spalarni śmieci w Bydgoszczy

Polska jako kraj ma dość zaniedbany sektor odpadów, jednak sytuacja bardzo się poprawia i to nie zawsze dzięki ostatnio wprowadzonym uregulowaniom, odnośnie przejęcia własności odpadów przez gminy. Najgorzej jest w małych gminach, na głębokiej prowincji. Wcześniej szukano różnych „cudownych” środków na szybką poprawę sytuacji, byli też tacy którzy postulowali – „trzeba budować spalarnie, bo na zachodzie są, a u nas nie”. Owszem są spalarnie w krajach zachodnich, ale to nie znaczy są na zachodzie z nich wcale tacy zadowoleni, ale to inny temat..

 (może jeden link http://www.portalsamorzadowy.pl/gospodarkakomunalna/kiedy-my-budujemy-spalarnie-francuzi-sie-z-nich-wycofuja,50205.html)

Ponadto trzeba wybrać odpowiednią instalacje do potrzeb i miejsca, a u nas na siłę dostosowuje się miejsce do instalacji.  W Bydgoszczy planowano do roku 2008 zbudowanie spalarni o mocy 60 000 ton, bo tak wtedy określono potrzeby, jednak postawiono na tańsze metody przetwarzania śmieci.  Wybudowano sortownie mechaniczną z kompostownią typu BIO-EN-ER. Jednak nagle w roku 2008 wrócono do planu budowy spalarni, gdyż obiecano pieniądze na budowę spalarni. Wszystko po wizycie urzędnika z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego (MRR) w randze ministra, Janusza Mikuły, a wcześniej pracownika firmy Południe II z Krakowa. O jego działalności można przeczytać w olsztyńskiej Debacie:

http://debata.olsztyn.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=674:kto-chce-budowa-wolsztynie-spalarni-i-dlaczego&catid=64:rozmowa&Itemid=112

Olsztyn wycofał się z budowy, choć minister Mikuła obiecywał załatwienie pieniędzy z UE na dofinansowanie budowy spalarni. Widać w Olsztynie zdano sobie sprawę, że budowa spalarni to dopiero początek, bardzo droga i kłopotliwa jest również jej eksploatacja.

W Bydgoszczy jednak zorganizowano błyskawiczny przetarg na Ocenę Strategiczną, mającą wskazać co potrzeba zbudować w Bydgoszczy i „o dziwo” wygrała go firma ... Południe II z Krakowa, która w KRS miała wpisane jako działalność wiodącą „niemechaniczna konserwacja obiektów przemysłowych” (czytaj – ręczne sprzątanie wagonów).

W Ocenie Strategicznej możemy przeczytać, że w Bydgoszczy koniecznie trzeba zbudować wielką spalarnie na 180 000 ton odpadów rocznie, a nie jak pierwotnie przyjęto, na jedynie 60 000 ton.  Potem zorganizowano drugi przetarg, który trwał co prawda kilka dni dłużej, ale narzucone warunki przetargu, naszym zdaniem wykluczały udział innych firm, niż Południe II z Krakowa.  W obu przetargach brała udział tylko jedna firma, w obu ta sama.   Przetarg dotyczył przygotowania raportów środowiskowych dla trzech różnych lokalizacji w Bydgoszczy i firma Południe II przygotowała ten dokument w czasie kilkunastu dni, choć zawierał ok. 300 stron maszynopisu, a firma ta „dziwnym zbiegiem okoliczności” wygrała takie przetargi w innych polskich miastach i musiała równolegle pracować nad wieloma takimi dokumentami.

Łącznie na obu zleceniach firma Południe II zarobiła ok. 700 000 zł., po czym Bydgoszcz została wpisana przez ministra Mikułę na listę indykatywną miast, które mają dostać pieniądze z UE na dofinansowanie budowy spalarni. Podobnie było w innych miastach, które chcą budować spalarnie.  Informacje o przetargach w Bydgoszczy:

  http://ste-silesia.org/bydgoszcz/ (pozycje 19 i 20)

Pan Mikuła był w Bydgoszczy kilkukrotnie i przywoził współpracujących z jego firmą specjalistów od spalarni, takich jak Henryk Skowron, współpracownika firmy Rafako.  Pomawiał też ekologów, zanim nawet zaczęliśmy protestować (bo na początku nie mieliśmy zdania), żeby nas nie słuchać, bo zależy nam tylko aby dostać łapówki:

http://www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090528/BYDGOSZCZ01/117494018
(łapać złodzieja?)

Bydgoska spalarnia ze względu na swoją wielką moc, ma obsługiwać też oprócz rejonu bydgoskiego, region toruński, dlatego podpisano z Toruniem w roku 2010 roku, specjalne porozumienie, regulujące warunki współpracy.  Jednak pomimo bardzo korzystnych warunków, Toruń w roku 2010 zbudował własną mechaniczno-biologiczną instalacje do przetwarzania odpadów, a w tym roku (2013)zwiększa jej moc przerobową:

http://bydgoszcz.gazeta.pl/kapusciska/1,112596,13988072,Torun_buduje_wlasna_instalacje__Zabraknie
_smieci_do.html

Do czasu uruchomienia spalarni (planowo początek 2016 r.) w Toruniu, podobnie jak w Bydgoszczy, nie będzie problemu ze zgodnym z prawem przetwarzaniem odpadów. W okręgu bydgoskim istnieją dziś aż trzy instalacje do mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów, wszystkie były budowane z dużym dofinansowaniem z środków publicznych (Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska), tak że dziś według naszych obliczeń można w regionie przetworzyć więcej odpadów niż powstaje!

Napisaliśmy w lipcu list do MRR

(http://sendfile.pl/43933/skarga_MRR.pdf),

gdzie wykazaliśmy, że:
według sprawozdań na wysypisko w Bydgoszczy trafiło w roku 2012 tylko ok.7 000 ton odpadów! (w roku 2008 było ich ok. 78 000 ton, stąd moc spalarni szacowano wtedy na 60 000, bo nie wszystko nadaje się do spalenia, a średnio 40% masy odpadów to woda)

Tak znaczna redukcja odpadów trafiających do składowania, miała miejsce właśnie dzięki tym instalacjom jakie zbudowano w Bydgoszczy i okolicach po roku 2008 (budowa trwała kilka lat, a planowano ich budowę jeszcze wcześniej), w dużej mierze ze środków publicznych, więc jaki sens ma budowa kolejnej i to jeszcze na 180 000 ton?

Nasze słowa potwierdzają słowa marszałka województwa Piotra Całbeckiego, który w zeszłym roku, w czasie prac nad Planem Gospodarki Odpadami województwa kujawsko-pomorskiego powiedział, że województwo nie potrzebuje spalarni:

http://bydgoszcz.gazeta.pl/kapusciska/1,112596,12177242,Burza_w_sejmiku__Wojewodztwo_nie_potrzebuje_spalarni.html#TRrelSST

Zdobyliśmy dokument jaki w zeszłym roku (data złożenia 28.09.2012) miejska firma ProNatura z Bydgoszczy wysłała do UE za pośrednictwem MRR, aby otrzymać dofinansowanie na budowę
spalarni. Podali w nim dane za rok 2008, które łatwo zweryfikować analizując choćby Plan
Gospodarki Odpadami województwa na lata 2012-2017, gdzie figurują instalacje, których istnienie
przemilczeli. Napisali również, że „obecnie” na wysypisko wyrzuca się w Bydgoszczy, wiele
odpadów które nie powinny tam się znaleźć – odpady biodegradowalne i wysokoenergetyczne (palne).
Nie napisali jednak że w Bydgoszczy i Toruniu istnieją kompostownie, które przetwarzają odpady
biodegradowalne, a odpady palne od 2010 roku są zawożone do cementowni w Piechcinie, za co
cementownia firmom „śmieciowym” płaci. (Cementownia ta mogłaby przyjmować dużo więcej odpadów)
Gdyby miały wozić do spalarni, to one by musiały płacić za oddawanie odpadów.

Spalarnia ma dawać „ekologiczne” ciepło, ale istniejące w Bydgoszczy elektrociepłownie, których i
tak się nie zamknie gdyby powstała spalarnia, dają więcej ciepła niż miasto potrzebuje.
Produkują one dużo prądu na potrzeby kraju, a ciepło przy produkcji prądu jest „odpadem”, które sprzedają na potrzeby miasta. Jednak zapotrzebowanie na ciepło z roku na rok, w Bydgoszczy spada.
Więc po co wydawać ok. 500 mln. zł. na całkowicie zbędną inwestycje?

Odpowiedz jaką pod koniec sierpnia otrzymaliśmy z MRR, jest nie na temat, żeby nie powiedzieć –
że jest niepoważna

http://sendfile.pl/43932/MRR20130812.pdf

podobny jest stosunek władz Bydgoszczy.  W czasie spotkania jakie zorganizowaliśmy z mieszkańcami, przybyły na nie Prezydent Rafał Bruski, zapytany czemu chce wydać tyle pieniędzy na niepotrzebną inwestycję, powiedział że mamy „za darmo” dostać 320 milionów od UE, więc czemu nie brać, a spalarnię się sprzeda.   Mamy to na filmie.

Z panem Mikułą MRR się rozstał, gdy zrobiliśmy „hałas”, że firma z nim związana wygrywa ustawione przetargi na obsługę inwestycji jakie on promuje, jednak nie chcą się wycofać z tego do czego on doprowadził.  Nie chcą się wycofać z planów budowy inwestycji za setki milionów, dla których nie widać uzasadnienia!

Ministerstwo Rozwoju Regionalnego jest rozliczane za wykorzystanie środków z UE, celowość
wykorzystania tych środków widać nie jest dla nich istotna. Natomiast władze Bydgoszczy liczą, że dotacja unijna trafi do ich kasy, po sprzedaży spalarni prywatnemu inwestorowi. Wykorzystują fakt, że zgodnie z nowymi przepisami, mogą wskazać instalacje do jakiej mają być dostarczane odpady – czyli dano im monopol.  A że istnieją w regionie instalacje już wybudowane i to w dużej mierze za środki publiczne,
przetwarzające duże taniej odpady niż ma czynić to spalarnia, ich nie interesuje. Instalacje te będzie trzeba zamknąć, a publiczne pieniądze będą wtedy zmarnowane.  Takie działanie nie służy racjonalnej gospodarce odpadami co prowadzi też do podniesienia kosztów. Kosztami tymi zostaną obarczeni mieszkańcy, którzy dziś nie maja już możliwości wyboru firmy odbierającej od nich odpady i muszą płacić za odpady opłatę o narzuconej przez miasto wysokości.

Opinia mieszkańców nigdy naprawdę nie była brana pod uwagę, a inspiracja najwyraźniej płynęła z MRR i MŚ. W dokumentach pod którymi podpisał się m.in. prof. Andrzej Kraszewski – minister środowiska w latach 2010-2011, można przeczytać, m. in. że władze lokalne przy budowie spalarni, powinno się zabiegać o przychylność mediów i władz kościelnych, a do grup protestujących, należy wysyłać urzędników niższego szczebla.   Bydgoskie media jednak bardzo wnikliwie analizują nasze uwagi i pomimo tego, że są „nęcone”
płatnymi ogłoszeniami reklamowymi publikowanymi przez miejska spółkę Pro Natura, często bardzo krytycznie wypowiadają się o budowie spalarni i wydarzeniach z nią związanych. Podobnie wypowiadający się pod artykułami mieszkańcy Bydgoszczy.  W dokumencie z konsultacji społecznych w Bydgoszczy możemy przeczytać , iż społeczeństwo zaakceptowało inwestycję i jej lokalizacje, bo protestowało 850 osób, co stanowi 2,6% mieszkańców okolicznych osiedli, a 97,4% „nie wyraziło opinii negatywnej”, sugerując w ten sposób, że są „ZA”.

(http://sendfile.pl/52960/konsultacje_2.pdf str. 7 )

Co jest ewidentna manipulacją, bo rzadko zdarza się, aby wypowiadało się aż tyle osób, dlatego nie
wolno tego ignorować, co jednak zrobiono.

Ponadto w czasie bardzo okrojonych konsultacji społecznych zadeklarowano, że na etapie
pozwolenia na budowę przeprowadzi się kolejne, tym razem bardziej precyzyjne, bo ze względu na
wczesny etap inwestycji, na wiele pytań mieszkańców nie potrafiono odpowiedzieć.
Pomimo zapisów w pierwszej (i jedynej na dziś) decyzji środowiskowej, o konieczności
przeprowadzenia ponownego postępowania środowiskowego i konsultacji społecznych, nie
zrobiono tego. To jest ewidentne złamanie umowy społeczne, która i tak oferowała mieszkańcom
niewiele.

Podobnie nie było nigdy spotkań konsultacyjnych na najbliższych miejsca realizacji inwestycji
osiedlach, Kapuściska i Glinki, pomimo iż zapewniano, że zostaną przeprowadzone.
Ponadto projekt budowlany w kilku punktach jest niezgodny z istniejącą decyzja środowiskową,
przez co owa decyzja powinna być traktowana jako nieważna!
Napisaliśmy o tym do Wojewody, jednak ten (urząd)z powodu iż Prezydent Miasta nie uznał nas za
stronę w czasie procedury wydawania pozwolenia na budowę, nie rozpatrzył merytorycznie
odwołania, tym samym zezwalając na budowę inwestycji z tak rażącymi wadami prawnymi!

Widać urzędnicy UW zdawali sobie sprawę, że autoryzują pozaprawne działania Urzędu Miasta, bo
decyzje o odrzuceni naszego odwołania, podpisał urzędnik bardzo niskiej rangi (po. kierownik).
Podobnie, urzędnicy UM musieli zdawać sobie sprawę z konieczności przeprowadzenia ponownej
oceny oddziaływania na środowisko, bo pierwotnie Prezydent wydał postanowienie o konieczności
jej przeprowadzenia, ale odwołała się od niego, podległa mu w 100% spółka miejska ProNatura!
To był najwidoczniej sposób na przeniesienie odpowiedzialności na administrację rządową, której
to zależy, aby w Polsce powstało parę spalarni, nie bacząc czy w miejscach w których są budowane,
są potrzebne, byle wykazać przed KE działania w gospodarce odpadami.

Tym samym nie pozostaje nam na dziś nic innego jak protestować i składać odwołania, również do
Komisji Europejskiej, OLAF i JASPERS, co skutkować może cofnięciem dotacji.

Linki do materiałów źródłowych:

Film ze spotkania na Kapuściskach, w którym uczestniczył Prezydent Bydgoszczy - fragmenty:

http://sendfile.pl/45072/600mln.wmv

sprawozdania ProNatury:

http://sendfile.pl/45068/Pronatura_-_2008.pdf
http://sendfile.pl/45069/Pronatura_-_2009.pdf
http://sendfile.pl/45070/Pronatura_-_2010.pdf
http://sendfile.pl/45071/Pronatura_-_2011.pdf
http://sendfile.pl/52374/Pronatura_-_2012.pdf

Wniosek ProNatura: http://sendfile.pl/44989/Bydgoszcz_Wniosek_EU.pdf

Decyzja KE, jest tam data złożenia wniosku ProNatury - 28.09.2012!:

http://sendfile.pl/44988/Bydgoszcz_2012PL161PR037_DEC_PL.pdf

Plan Gospodarki Odpadami województwa kujawsko-pomorskiego, przyjęty 24.09.2012, prace nad
nim trwały kilka miesięcy, a założenia do niego były znane ok. roku wcześniej :

http://www.kujawskopomorskie.pl/pliki/srodowisko/20121001plan/PGO_uchwalony_24_09_2012.pdf

Odwołanie STE Silesia, z informacjami o wadach prawnych pozwolenia na budowę spalarni:

http://ste-silesia.org/listy/UMB20130725.pdf