czwartek, 29 maja 2014

Cytaty znane i nieznane - 25



Poczytajcie to o czym doskonale wiedzieli i co konsekwentnie stosowali już starożytni Egipcjanie:

"Na stanowisko sędziego wyznaczano człowieka dojrzałego i mającego doświadczenie życiowe.  Za swe orzeczenia sędzia odpowiadał majątkiem, o ile był zamożny, a własną osobą, jeśli nie posiadał niczego.  Przedstawiciel prawa, który naruszył to prawo, karany był surowiej niż morderca - zdrowa praktyka dla prawidłowego działania wymiaru sprawiedliwości."

"Wielkość i szczęście kraju zależą od cnót jego sędziów"

"Jeśli hierarchia  oznacza niesprawiedliwość to kraj pędzi ku zgubie".

Powyższe trzy cytaty to napisy odczytane na ścianach jednej z wielkich piramid egipskich, a cytuję je z książki Christiana Jacqua pod tytułem  "Zamordowana piramida".



Te cytaty z książki, którą czytałem pięć lat temu, od razu przyszły mi do głowy w związku z wczorajszym (28.05.2014) artykułem w GW pt.

"Przez 21 lat walczyła o zwrot 3 mln zł podatku. W końcu popełniła samobójstwo"


wtorek, 27 maja 2014

Bieszczady - sierpień 1992



Jesienią ubiegłego roku obiecałem jednemu (12komar) z moich ulubionych dyskutantów (z bydgoskiego forum GW - niestety obecnie dogorywającego forum), iż co jakiś czas będę zamieszczał zdjęcia i wspomnienia z pobytów w moich ukochanych Bieszczadach.   Przez kilkanaście lat każdego roku przynajmniej raz w roku tam jeździłem (ok. 700 km w jedną stronę), a ta miłość zaczęła się latem 1970 roku kiedy to pierwszy raz trafiłem w Bieszczady dzięki szkolnemu obozowi wędrownemu.  Wówczas Bieszczady były jeszcze dosyć dzikie i trwała właśnie budowa dużej pętli bieszczadzkiej.   Przez dwa tygodnie każdego dnia pokonywaliśmy od 10 do 20 km różnych pięknych bieszczadzkich tras i często  trafialiśmy jeszcze na spalone ruiny domów, dzikie sady i dzikie zwierzęta.

Poniżej Pensjonat Rodziny Ostrowskich na zboczu Smreka we Wetlinie, którego (wraz z córką) byłem jednym z pierwszych klientów, a później zatrzymywałem się u tych  niesamowicie uczynnych i sympatycznych ludzi jeszcze wiele razy.



Leśny Dwór  w Wetlinie - początki pensjonatu. 


Z córką na Połoninie Wetlińskiej.


Zdjęcia wykonano w sierpniu 1992 roku.




Poprzedni post z tego cyklu. 

wtorek, 20 maja 2014

Warto przeczytać - 17


Zygmunt Miłoszewski  "Bezcenny".

"Bezcenny"  to nowa powieść tego już dosyć popularnego polskiego pisarza.  Tym razem napisał on powieść sensacyjną, której głównym wątkiem jest poszukiwanie najsłynniejszego na świecie, zaginionego w czasie II Wojny Światowej, dzieła sztuki.   Chodzi o obraz Rafaela "Młodzieniec".   Ten obraz przed wojną był własnością Muzeum Czartoryskich w Krakowie.  Do dzisiaj, pomimo wielu prób, fałszywych alarmów, różnych plotek i dziwacznych sensacji, nie natrafiono jeszcze na jego ślad.

Doskonale skonstruowana, żywa, ciekawa i wciągająca akcja powieści toczy się współcześnie i mówi o próbie odzyskania najcenniejszej polskiej kolekcji dzieł sztuki, która przed wojna należała do hrabiego Ignacego Korwin-Milewskiego.  Ten ekscentryczny, bajecznie bogaty polski przemysłowiec, a jednocześnie uznany światowy marszand sztuki był w posiadaniu jednej z najbogatszych i najlepszych kolekcji dzieł sztuki na świecie.  Kolekcjonował głównie impresjonistów i to tych najbardziej znanych z Renoirem i Monetem na czele.  Po prostu żył w tym samym czasie co oni i wspierał ich kupując ich dzieła.  Był także właścicielem bogatej kolekcji polskich malarzy z przełomu XIX i XX wieku z Chełmońskim na czele.

I właśnie skomplikowane i niesamowite losy tej kolekcji, a także próba jej odnalezienia łącznie z odnalezieniem wspomnianego "Młodzieńca"  to główny wątek tej arcyciekawej powieści.

W powieści odnajdujemy także wątki polityczne i szpiegowskie i do tego z zaskakującą puentą.

Powieść w zasadzie oparta jest o ścisłą wiedzę historyczną i współczesną.  Wątki, postacie, dzieła, kolekcje, mechanizmy działania, opisane fakty są autentyczne, a tylko czasami zostały trochę ubarwione dla potrzeb powieści.

Akcja toczy się w środowisku prawie nieznanym przeciętnemu czytelnikowi i przez to jest jeszcze bardziej interesująca.  Prawie nikt u nas w Polsce nie wie, że z zaginionych w czasie ostatniej wojny dzieł sztuki, Polacy nie odzyskali jeszcze ponad 60 tysięcy różnych dzieł.  Dzieł o przeważnie ogromnej wartości kulturowej i finansowej.  Bardzo ostrożnie wartość tych dzieł szacuje się na 20 miliardów dolarów.

Powieść przybliża nam mechanizmy i sposoby w jakie próbujemy te dzieła odzyskać, opisuje współczesne środowiska handlarzy i kolekcjonerów dzieł sztuki, a także metody ich działania, hipokryzję, obłudę i zakłamanie.  A w tle wielkie pieniądze i wielka polityka.

Ponadto autor, niby mimochodem odnosi się do rządzącej obecnie w Polsce ekipy politycznej, a do działań pana premiera w szczególności.  Rządzących nazywa ludźmi, którzy gardzą polską kulturą, nie dotrzymują słowa, kłamią i manipulują wyborcami.  Szczególnie dostaje się premierowi Tuskowi, którego autor nazywa największym rozczarowaniem, a jego działalność określa jako zmarnowane pokolenie.   Nie jest to jednak żaden atak polityczny, ani personalny, lecz wnioski wynikające z obserwacji autora powieści.  Warto również na ten aspekt powieści zwrócić uwagę, chociaż jest on bardzo marginalny, ale wyraziście i ostro zarysowany.

I rzecz moim zdaniem najważniejsza, czyli manipulowanie światem przez Amerykanów.  Po odnalezieniu części kolekcji hrabiego Mileckiego w ręce poszukiwaczy wpadają przedwojenne i wojenne dokumenty kompromitujące działalność Amerykanów w tym okresie.  Te dokumenty ukazują ich rzeczywiste motywacje, sposoby działania, a także opisują mechanizm ogromnego wzbogacenia się Ameryki w okresie przygotowaniach do wojny i na samej wojnie. Dla osób bezkrytycznie wierzących w amerykańską demokrację i w amerykańską potęgę, która ma obronić także i Polskę w razie jakiegoś zagrożenia to co przeczyta może być szokiem.   I chociaż ten wątek jest niby wątkiem fikcyjnym to jednak wielce prawdopodobnym.

Książka jest doskonała, ciekawa,  świetnie napisana i naprawdę warta przeczytania.


Gorąco polecam.

Poprzedni post z tego cyklu.

niedziela, 18 maja 2014

Leszek - odcinek 10



Poprzedni odcinek

Leszek - odcinek 10

Ostatnie dwie klasy szkoły podstawowej (Szkoła Podstawowa nr 1, klasa 7A  i 8A) to był dla Leszka bardzo dobry okres .   I chociaż spotkało go także wiele porażek, głównie tych związanych z jego pierwszymi uczuciami do szkolnych koleżanek to jednak ogólnie był to okres początków prawdziwego kształtowania się jego osobowości i czas podejmowania najważniejszej życiowej decyzji związanej z jego dalszą edukacją.

Do jego klasy chodzili wspaniałe koleżanki i wspaniali koledzy, rzec można uczniowski kwiat powiatu. Leszek najbardziej kolegował się ze swoim imiennikiem, także Leszkiem, bystrym, uzdolnionym i niezwykle sympatycznym chłopakiem z ogromną czupryną kręconych blond włosów.  Natura Leszka, którego ojciec był nauczycielem w ich szkole, była z rodzaju tych, o których zwykło się mówić - żywe srebro.  Obaj Leszkowie czuli do siebie sporą sympatię, a ich relacje były zupełnie inne od tych z Gracjanem.  To były relacje związane z nauką, startem w olimpiadach powiatowych, sportem, wspólnym kibicowaniem miejscowej drużynie piłki ręcznej i snuciem dalekosiężnych planów na przyszłość. Niestety ten przesympatyczny i dobry człowiek zginął później dosyć młodo w wypadku samochodowym.  Drugim kolegą z którym Leszek także się mocno kumplował był Zenek.  Mówili o nim - tęga głowa.  Pomimo swoich niewątpliwych uzdolnień był on jednak uczynny, miły, nie zadzierał nosa, a do tego był bardzo pomysłowy i czas spędzany z nim zawsze płynął wartko i ciekawie..  Leszek odwiedzał go czasami w jego domu przy ulicy Piaskowej, którą to ulicą zwykł wracać ze szkoły.  A ponieważ dom Zenka przylegał do dużego ogrodu, sporego stawu i nadrzecznych łąk to naprawdę mieli tam co robić.  Bliskim kolegą Leszka byli także Janusz - najbardziej poważny, zrównoważony  ze wszystkich chłopaków w klasie.  To on jedyny z ich grupy miał bardzo już określone zainteresowania i wytyczone dalekosiężne plany, które zresztą później z wielkim powodzeniem udało mu się zrealizować.  A pomimo takiej postawy nie był przy tym nadęty i zadufany w sobie jak to ma zazwyczaj miejsce obecnie.   Kolejnym bliskim kolegą był Tomasz - chłopak o bujnej czarnej, kędzierzawej czuprynie, zawsze uśmiechnięty i zadowolony, świetny sportowiec i doskonały kumpel do wszystkiego, a szczególnie do różnorakich zabaw i gier zręcznościowych.

W klasie było tyle samo dziewczyn co i chłopaków.  Wśród dziewczyn prym niewątpliwie wiodła Wiesia - piękność klasowa i szkolna, a przy tym osóbka mądra, rezolutna, ale niestety dosyć zarozumiała.  Jej ojciec także był ich szkolnym nauczycielem i to jeszcze bardziej powodowało obrastanie Wiesi w przysłowiowe piórka, zupełnie inaczej niż to miało miejsce w przypadku wspomnianego Leszka.  Wiesia miała duże zdolności do przedmiotów ścisłych, lubiła się popisywać i jak to byśmy dzisiaj powiedzieli - brylować.  Nie było w niej jednak nachalności, ani nadętego zadufania, lecz spora pewność siebie poparta poczuciem własnej wartości.

Do Wiesi Leszek, zresztą nie on jeden, pisywał liściki i się w niej czas jakiś podkochiwał, jednak kompletnie bez wzajemności, a nawet wręcz odwrotnie - kilka razy został przez nią obsztorcowany za głupie kawały i chęci popisywania się.  Kolejną klasową gwiazdą była Irka, w której Leszek  podkochiwał się najdłużej ze wszystkich szkolnych koleżanek, lecz było to także tylko jednostronne uczucie.  Irka może nie była, aż tak śliczna jak Wiesia, ale miała to coś w sobie, coś co przyciągało do niej wzrok i wzbudzało sympatię, a do tego była także bardzo zdolna, miła, nie wywyższała się, zawsze była uczynna i pomocna.  W klasie wyróżniały się jeszcze dwie śliczne dziewczyny - Alina i Kalina, obie bystre, zdolne i pilne uczennice.

Ta wspomniana grupa koleżanek i kolegów Leszka stanowiła około jednej czwartej całego składu klasy, zdecydowanie w niej przewodziła i to pod każdym względem.  A w ósmej klasie przewodziła także całej dużej, liczącej dwadzieścia pięć klas, szkole.  Zresztą przewodzili także w innych dziedzinach także poza szkolnych - na spartakiadach, wykopkach, zabawach, grach i turniejach, w pochodach, biwakach, obozach, rajdach i innych podobnych imprezach organizowanych przez szkołę lub pod jej patronatem.

Z tej grupy wywodzili się przewodnicząca (Wiesia) i inni członkowie samorządu szkolnego, a także uczestnicy powiatowych i wojewódzkich olimpiad matematycznych, fizycznych i przyrodniczych. Dominowali w organizacji różnych szkolnych imprez jak zabawy taneczne, zawody sportowe, różne szkolne konkursy, a nawet w harcerstwie. Było to tym łatwiejsze, że troje spośród nich miało za rodziców nauczycieli ich szkoły, a także wielu z nich cieszyło się specjalnymi względami wieloletniego kierownika szkoły pana Szulca.  Warto także wspomnieć o wspaniałych nauczycielach, którzy dopingowali ich do nauki, pomagali w zajęciach dodatkowych, motywowali, namawiali do większego zaangażowania, a przede wszystkim byli najlepszymi przykładami do naśladowania dla swoich uczniów, czyli byli nauczycielami z powołania, z misją, z przekonaniem i zrozumieniem dla uczniów.   Leszek najbardziej zapamiętał swoją wychowawczynię panią Sołtysik, która uczyła ich języka polskiego, a także matematyka Żbikowskiego, fizyka i chemika Martyńskiego, nauczyciela wychowania fizycznego - pana Kaczmarka oraz kierownika szkoły, który uczył ich geografii - pana Szulca.

Na zakończenie nauki w szkole podstawowej odbył się wielki bal.  W balu brali udział uczniowie wszystkich trzech klas ósmych.  Miejscem zabawy była szkolna sala gimnastyczna.   Komitet rodzicielski wzmocniony wieloma ochotnikami, głównie rodzicami absolwentów szkoły, przygotowywał ten bal od paru miesięcy.   Sala była udekorowana, a światła osłonięte kolorową krepą i różnymi bibułkami.  Pod ścianami stały stoły uginające się od różnych potraw, ciast i napojów.  Wśród napojów królowała oranżada w szklanych butelkach, zamykanych na szklane korki z gumową uszczelką i specjalnymi sprężynami, a także herbata nalewana z eleganckich dzbanków do serwisowych, domowych filiżanek.   Wszystko to przygotowali rodzice uczniów, umawiając się przedtem kto co zrobi, co przyniesie i kto będzie bezpośrednio na balu pilnował stołów, porządku i udanej zabawy.  Rodzice zbierali się w szkole przez wiele wieczorów, aby zorganizować te wspólne działania, głównie po to, żeby ich dzieci mogły w należyty, uroczysty i podniosły sposób uczcić fakt zakończenia tego ważnego etapu w życiu każdego z nich.

To była dla Leszka pierwsza taka uroczystość.  Pierwsza taka duża, tak zorganizowana, taka ważna z tyloma przemowami, śpiewami, zapewnieniami o pamięci i życzeniami na przyszłość.  Wszyscy uczniowie ubrani byli w odświętne stroje.  Chłopcy w ciemne garnitury, białe koszule, cienkie krawaty lub aksamitne muszki, a dziewczęta w białe bluzki i ciemne spódnice.
Na koniec, około godziny dwudziestej drugiej, po wielogodzinnych tańcach i innych atrakcjach, wszyscy wspólnie zaśpiewali  "Za rok, za dzień, za chwilę..."  i rozeszli się, dla wielu z nich, już na zawsze.

Leszek szczególnie zapamiętał ten wieczór z uwagi na fakt, że udało mu się i to dwukrotnie zatańczyć z Irenką, w której od dawna się podkochiwał.  Doskonale zapamiętał oba utwory podczas których był taki szczęśliwy.  Była to "Maria Elena"  i "Zachodni wiatr".   Niestety na koniec spotkała go ogromna przykrość, gdyż Irenka odmówiła mu zgody na odprowadzenie jej do domu po zabawie i jako jeden z nielicznych dostał dotkliwego kosza, był smutny, niepocieszony, a nawet z perspektywy tamtego czasu można powiedzieć, że nieszczęśliwy.   Był to ostatni raz kiedy widział swoją wymarzoną Irenkę.  Nigdy więcej już jej nie spotkał.

Najpierw jednak już wczesną wiosną przyszły na Leszka rozterki związane z wyborem następnej szkoły, a po decyzji nastały wydarzenia, które nieodwołalnie zadecydowały o całym jego przyszłym życiu.  Ale o tym w następnym odcinku.


piątek, 16 maja 2014

Piękny maj.




Moja dawna szkoła.  Obecnie UKW.


Magnolia, Kalina i rododendron.


Kwitnąca glicynia.



Pomimo, iż tegoroczny maj jest raczej chłodny i deszczowy to jednak jest tak samo piękny jak każdy inny maj.

Zdjęcia wykonano 14.05.2014 roku. 

środa, 14 maja 2014

Warto przeczytać - 16

Dzisiaj chciałbym polecić cykl powieści autorstwa współczesnego amerykańskiego pisarza (rocznik 1956) o Gordianusie Poszukiwaczu.  Na ten cykl składają się:

  • Rzymska krew (Roman Blood 1991)
  • Ramiona Nemezis (Arms Of Nemesis 1992)
  • Zagadka Katyliny (Catilina's Riddle 1993)
  • Rzut Wenus (The Venus Throw 1995)
  • Morderstwo na Via Appia (A Murder On The Appian Way 1996)
  • Dom westalek (The House Of The Vestals 1997, zbiór opowiadań)
  • Rubikon (Rubicon 1999)
  • Ostatnio widziany w Massilii (Last Seen In Massilia 2000)
  • Mgliste proroctwa (Mist Of Prophecies 2002)
  • Werdykt Cezara (The Judgement Of Caesar 2004)
  • Gladiator umiera tylko raz (A Gladiator Dies Only Once 2005, zbiór opowiadań)
  • Triumf Cezara (The Triumph of Caesar 2008)
  • Siedem cudów (The Seven Wonders 2012, zbiór opowiadań)

Ja do tej pory przeczytałem cztery powieści z tego cyklu, czyli:

- "Zagadka Katyliny".

- "Ramiona Nemezis".

- "Mgliste proroctwa".

- "Rzymska krew".

Są to swoiste kryminały, których akcje rozgrywają się w starożytnym Rzymie (I wiek przed naszą erą), a także w Imperium Rzymskim.   Głównym bohaterem wszystkich tych powieści jest Giordanus Poszukiwacz, będący kimś na wzór dzisiejszych prywatnych detektywów.  GIordanus tak jak mówi o nim przydomek ma nieprzeciętny dar poszukiwania prawdy.  Posiada bardzo analityczny, bystry i obdarzony ogromną inteligencją, intuicją, wyczuciem oraz ponadprzeciętną wiedzą, umysł.   Z tych przymiotów oraz ze znajomości Imperium, a także znajomości realiów i ludzi, korzysta często w bardzo zaskakujący sposób przy rozwiązywaniu kolejnych zagadek jakie są stawiane na jego drodze życiowej.

Akcje poszczególnych powieści rozgrywają się w Rzymie i innych miastach oraz miejscowościach Imperium Rzymskiego w okresie od czasów sprawowania władzy przez dyktatora Luciusa Cornelisa Sullę, aż do okresu panowania Cezara.   

Kapitalnie, ciekawie, intrygująco i niezwykle interesująco przedstawione są kolejne zmagania Giordianusa z dochodzeniem do prawdy w skomplikowanych sprawach prywatnych i publicznych, którymi zajmuje się nasz bohater na zlecenie  zazwyczaj powszechnie znanych osobistości ówczesnego Imperium.  Tam, gdzie nie można dojść do rozwiązania kryminalnych zagadek, gdzie zawodzą inne środki, gdzie inni są bezradni, tam wynajmuje się Giordianusa Poszukiwacza, człowieka na wskroś uczciwego, niepospolicie bystrego, zaangażowanego w sprawy swoich klientów, który nigdy nie zadowala się półśrodkami, ani półprawdami, a zawsze dochodzi do sedna i do istoty przyczyn, które rzeczywiście spowodowały opisywane kryminalne wydarzenia.

Tło powieści jest przebogate.  Poznajemy realia życia w starożytnym Rzymie, a także na terenie Imperium Rzymskiego.  Z ogromnym znawstwem i pietyzmem przekazana jest rzetelna wiedza historyczna oparta o źródłowe materiały dotyczące tamtego okresu.  Poznajemy bardzo blisko wiele znakomitych postaci owych czasów, jak na przykład: -  SullaPompejuszCyceronJuliusz CezarKleopatra, Katylina, Spartakus i wielu, wielu innych.  Te i inne postacie zarysowane są zawsze bardzo wyraziście.  Poznajemy ich historie, drogi życiowe, motywacje, cechy charakterów i osobowości.  A wszystko to udokumentowane jest gruntownie źródłową wiedzą ze starożytności (np. pisma Cycerona) jak i innymi naukowymi opracowaniami dotyczącymi starożytnego Rzymu.  

Poznajemy sposób życia, pasje, zainteresowania, religijność i wiele innych aspektów życia tego okresu, na tle niesamowitych, skomplikowanych i zaskakujących losów bohaterów poszczególnych powieści. oraz na historycznym tle tamtej epoki.

Osobnym wątkiem wszystkich tych powieści jest także bardzo ciekawa, dziwna i złożona droga życiowa głównego bohatera.  Poznajemy ją na przestrzeni dziesięcioleci i śledzimy koleje życia całej jego rodziny.  
Dla miłośników starożytności i kryminalnych zagadek to, moim zdaniem, prawdziwa gratka.

Naprawdę warto poczytać.





poniedziałek, 12 maja 2014

Poczytajcie jak władze krajowe oszukują bydgoszczan zasłaniając się unijnym prawem.

Interpelacje
20 sierpnia 2013 r.
E-007713/2013
Odpowiedź udzielona przez komisarza Johannesa Hahna w imieniu Komisji
1. Zgodnie z projektem aktu prawnego, który jest obecnie negocjowany, zintegrowane inwestycje terytorialne (ZIT) mogą być stosowane do połączenia priorytetów jednego lub więcej programów w celu wdrożenia strategii terytorialnych w jednolity sposób. Do państw członkowskich należy określenie obszarów, na których te zintegrowane strategie zostaną zastosowane. To samo odnosi się do obszarów miejskich, gdzie zostanie wprowadzony plan zrównoważonego rozwoju miast.

2. Jeśli państwo członkowskie zdecyduje o zastosowaniu ZIT do wdrożenia planu zrównoważonego rozwoju miasta, władze danego miasta lub funkcjonalnego obszaru miejskiego powinny być co najmniej odpowiedzialne za wybór działań. W uzgodnieniu z instytucją zarządzającą można delegować więcej funkcji zarządczych.

3. ZIT stanowią narzędzie dostosowane do wyzwań, potrzeb i potencjału charakterystycznego dla danego obszaru, które wykraczają poza granice administracyjne (np. funkcjonowanie systemu transportu miejskiego). Do wdrożenia jednej strategii terytorialnej należy stosować jedną strategię ZIT. W przypadku dwóch miast ich strategia powinna być wspólna, ale współpraca międzyinstytucjonalna nie jest wymagana.

4. ZIT są mechanizmem realizacji. Decyzja, czy i gdzie stosować ZIT, powinna zatem wynikać ze zidentyfikowanych potrzeb, wyzwań i potencjału. Do kompetencji państwa członkowskiego należy podjęcie decyzji dotyczących zarządzania ZIT i ich zatwierdzania.



Nawet komentować już się tego nie chce.  Ale przy urnach wyborczych warto o tym pamiętać.

niedziela, 11 maja 2014

Coraz dziwniejsza Bydgoszcz.


Wybitnie pro-toruński senator z Tucholi  (właściciel zakładów cukierniczych) pomaga wybitnie pro-toruńskiemu dziennikarzowi z Poznania zostać eurodeputowanym (po raz trzeci) z Bydgoszczy.

Wczoraj rozdawano te krówki na Starym Rynku w Bydgoszczy. 

czwartek, 8 maja 2014

Ministerialna MANIPULACJA


Ministerstwo nie zna przepisów unijnych nakazujących utworzenie bydgosko-toruńskiego ZIT? 

Napisane przez  Łukasz Religa Opublikowano w Regionalne wtorek, 06 maj 2014 15:3


Na kilka dni przed podjęciem przez Radę Miasta Bydgoszczy decyzji o powstaniu wspólnego ZIT bydgosko-toruńskiego poseł Twojego Ruchu Łukasz Krupa złożył interpelacje, w której pytał Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju o przepisy unijne, które zabraniały powstania dwóch osobnych ZIT dla Bydgoszczy i Torunia. W odpowiedzi na to zapytanie, żadne unijne akty prawne nie zostały podane.

Argument, że Unia Europejska nie zgodzi się na dwa osobne ZIT-y przed miesiącem był poruszany dość często, głównie przez radnych Platformy Obywatelskiej. Taki pogląd na konferencji prasowej wyraził także prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski.

Czy jest możliwość powstania dwóch odrębnych związków ZIT dla Bydgoszczy i Torunia w przypadku braku porozumienia między prezydentami obu miast? Zwracam się równocześnie z prośbą o podanie przepisów prawnych, tak krajowych, jak i unijnych, które regulują ww. kwestie – pytał poseł Łukasz Krupa.

W odpowiedzi podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju Marceli Niezgoda powołał się tylko na polskie akty prawne, a dokładniej dokumenty przyjęte przez Radę Ministrów (premier i ministrowie) - Podstawą do wyznaczenia obszaru realizacji „ZIT wojewódzkiego” jest dokument „Kryteria delimitacji miejskich obszarów funkcjonalnych ośrodków wojewódzkich” wskazujący, iż Toruń i Bydgoszcz stanowią jeden zwarty obszar funkcjonalny. Podobna teza znajduje się w dokumentach strategicznych, takich jak „Koncepcja przestrzennego zagospodarowania kraju 2030”, w której Bydgoszcz i Toruń stanowią policentryczną jednostkę przestrzenną, która powinna sprzyjać budowie obszaru metropolitalnego na terenie województwa (dzięki wykorzystaniu potencjałów każdego z miast). Wykształcenie się w Polsce policentrycznej sieci metropolii, w której jednym z głównych filarów będzie bipol Bydgoszczy z Toruniem, przyczyni się do podniesienia konkurencyjności głównych polskich ośrodków miejskich, a w konsekwencji do harmonijnego rozwoju terytorium całego kraju.

Do dzisiaj nie wiemy zatem jakie przepisy unijne, na które powoływali się politycy PO, nakazywały nam stworzenie wspólnego ZIT-u. Nie wiemy tak naprawdę, czy takowe w ogóle istnieją. Wymogu tworzenia wspólnego ZIT-u nie zastosowano natomiast w województwie lubuskim, gdzie miasta dużo mniejsze od Bydgoszczy – Zielona Góra i Gorzów Wielkopolski – od samego początku nie chciały tworzyć wspólnego obszaru.








niedziela, 4 maja 2014

Leszek - odcinek 9


Poprzedni odcinek.

Leszek odcinek - 9


Ciąg dalszy okresu organizacyjnego.

Oprócz takich zwyczajnych akcji typu tych wyżej opisanych czy zbierania butelek, albo makulatury, z czasem, głównie pomysłowość Gracjana, podsuwała akcje bardziej ryzykowne i to takie na pograniczu prawa, których jednak, ani Leszek, ani Gracjan tak nie traktowali.  Dla nich to były przygody, swoiste wyprawy po przysłowiowe złote runo, oczywiście w powiatowym wydaniu.  Pierwszą taką ryzykowną wyprawą była wyprawa po jajka do kurnika stojącego w ogrodzie w pobliżu wielkiego silosu zbożowego.   Mama Gracjana  była znajomą właścicielki kurnika i jednego razu wysłała go, aby nabył mendel jajek od tej jej znajomej. Ta z kolei kazała Gracjanowi iść do kurnika i osobiście wybrać sobie jajka.  Po tym zdarzeniu Gracjan zaczął przemyśliwać jak samemu zdobyć jajka i potem je sprzedawać na targowisku.  W ten sposób, pewnego wczesnego czwartkowego sierpniowego poranka poszli Leszek i Gracjan na wyprawę po jajka.   Ze sobą wzięli  siatkę na zakupy i parę starych gazet, głównie Ekspresów Poznańskich, którą to gazetę namiętnie czytywał ojciec Leszka.  Przeszli przez dziurę w płocie, podeszli do zamkniętego kurnika i Gracjan zarządził: - ja wejdę do środka przez ten mały kwadratowy otwór, którym kury wchodzą i wychodzą , a ty stój tutaj, obserwuj czy ktoś nie idzie, odbieraj jajka, które ci będę podawał, zawijaj je w kawałki gazet i pakuj do siatki.   Leszek do dzisiaj nie może się nadziwić w jaki sposób ten Gracjan przecisnął się przez owo niewielkie drewniane okienko i to w obie strony.   W każdym razie, ponieważ kur w tym kurniku było sporo to zebrali z sobą około pięćdziesięciu jajek, które jeszcze  tego samego dnia, przed lekcjami, sprzedali na miejscowym targowisku, biorąc trochę niższą cenę niż inni sprzedający.

Taką akcję powtórzyli, w sporym odstępie czasu, jeszcze dwa razy, a potem Gracjan wpadł na pomysł, aby nie brać jajek tylko kury.  Bo przecież za trzy kury dostana pięć razy tyle pieniędzy co za pięćdziesiąt jaj. Jednego późnego październikowego wieczora zabrali ze sobą na wyprawę worek od ziemniaków i z tym workiem Gracjan ponownie wślizgnął się do kurnika.  Najpierw złapał jedną kurę i zaczął pakować ja do worka, a ta jak się rozgdakała to, aż się przestraszył.  Zaraz zaczęły gdakać inne kury, a potem szczekać psy, a po chwili również było już słychać jakieś podniesione ludzkie głosy.  Gracjan pomimo ponagleń Leszka, przestraszonego takim obrotem sprawy, zdołał wpakować do worka jeszcze druga kurę i wyjść z kurnika w momencie, gdy od strony domu znajdującego się kilkadziesiąt metrów dalej, zaczynał ktoś nadchodzić.  Puścili się w szaleńczą ucieczkę, a za sobą słyszeli tylko jakieś krzyki i szczekanie psów. Przerażeni pobiegli znacznie dalej niż do swoich ogrodów nie chcąc ujawnić ewentualnemu pościgowi kim są.  Na szczęście nikt ich nie gonił.  Jeszcze godzinę błądzili po nadrzecznych ogrodach, aż w końcu schowali zawiązany worek z kurami w odległym końcu gracjanowego ogrodu i przestraszeni poszli do swoich domów.  Rano następnego, dnia, w dzień targowy, sprzedali tanio obie kury i tak zakończyły się ich wyprawy.

Potem przyszedł okres intensywnych gier.

Gracjan był mistrzem grania w pieniądze.  Gry polegały na odbijaniu drobnych monet od ściany tak, aby moneta kolejnego rzucającego znalazła się najbliżej poprzedniej monety.  Odległość mierzyło się rozwartą dłonią lub palcami w zależności od jej wielkości.  Drugą taką grą było spuszczanie monet z wysokości brzucha tak, aby jedna moneta spadła na drugą i przynajmniej częściowo ją zahaczyła.  Gracjan tak się wyrobił w tych grach, że potrafił wygrać czasami jednego dnia i dwadzieścia złotych, a przecież grali głównie monetami o nominałach dziesięciu i dwudziestu groszy.  W szkole i na okolicznych podwórkach nie miał sobie równych.  Grywali także w karty.  Głównie w tysiąca.   Czterech graczy składało się po złotówce i zwycięzca zabierał całą pulę.  Grywali też w karty w sześćdziesiąt sześć, makao oraz bardzo popularną grę lokalną zwaną "baśka".   Niestety Leszek nie miał ani specjalnych umiejętności do tych gier, ani też specjalnego szczęścia i coraz bardziej zaczął unikać tych zabaw.   Gracjan zaś przeciwnie.

Po tym okresie przyszedł na Gracjana okres malarski.

Jak już wspomniano - miał ten chłopak wiele talentów w tym także talent do ślicznego rysowania i malowania.  Jednego razu namalował na kawałku brystolu śliczną Marię z Jezusem, w żywych, intensywnych kolorach.  Leszek wpadł na pomysł, żeby to spróbować sprzedać na jarmarku i tak też się stało.  Wiele za ten obrazek nie dostali, ale dla Gracjana był to początek jego kariery jako malarza w odróżnieniu od kariery pisarza, którym już przecież kiedyś był.  Dlatego zaczął malować kiedy miał tylko trochę wolnego czasu, a malował na czym tylko się dało.  Malował na desce wypolerowanej glanz papierem, na kartonach po różnych opakowaniach, na sklejkach, które można było zorganizować w pobliskiej fabryce mebli, a także na kartkach z bloków rysunkowych i na arkuszach brystolu.  Malował co się tylko dało i nie był podatny na sugestie co i jak ma namalować.  Głównie były to obrazy religijne, które kopiował z popularnych malowideł wiszących nad łóżkami w każdym nieomalże domu.  Ale także malował widoki przyrody, sceny z książek indiańskich i kowbojskich, a nawet portrety i różne laurki.  Jednak sprzedaż tej jego twórczości szła słabo dlatego po paru miesiącach zaczął coraz mniej tworzyć twierdząc, że jak w przyszłości pójdzie do szkoły plastycznej i opanuje różne techniki malarskie to na pewno osiągnie sukces, a na razie zadowoli się tym co już namalował tak samo jak tym co już napisał.

To również dzięki Gracjanowi Leszek zapalił pierwszego w swoim życiu papierosa, a było to we wakacje pomiędzy siódmą, a ósmą klasą.  Oboje lubili często wpadać do kawiarni Kolorowa, która mieściła się na ulicy Szerokiej, niedaleko od miejsca ich zamieszkani.  Wypijali tam oranżadę w szklankach, albo jedli lody w pucharkach, które pani nabierała specjalną łyżką z wielkiego termosu i dodawała do nich sporą porcję bitej śmietany.  Jak byli przy kasie to kupowali sobie kruszon i ciastka tortowe.  Ta kawiarnia składała się z dwóch pomieszczeń i jak bufetowa podawała w drugiej sali, a w ciągu dnia obsługiwała tylko jedna osoba, dopiero wieczorem było ich więcej, to przy otwartym bufecie nikogo nie było.  Dlatego też jak weszli w owo sierpniowe południe do kawiarni to zauważyli, że w pierwszym pomieszczeniu nie ma żadnych klientów, a wejście za bufet jest otwarte, zaś po drugiej jego stronie leżą różne papierosy.  Gracjan niewiele się zastanawiając wszedł za bufet, zgarnął dwie paczki carmenów po czym pociągnął Leszka do wyjścia.   Wyszli z kawiarni spokojnie przez nikogo nie zauważeni i poszli nad pobliską Wełnę popalić tych carmenów.

W ten sposób Leszek pierwszy raz w życiu palił papierosa nie bardzo wiedząc jak to robić, słuchając przy tym rad Gracjana.  W następstwie tego palenia przez trzy dni bolała go głowa i to zniechęciło go do palenia już na całe życie.


Z Gracjanem wiąże się Leszkowi jeszcze wiele innych wspomnień oraz najróżniejszych przeżyć i pomimo smutnych jego późniejszych losów, zawsze został w w pamięci Leszka jako wspaniały kolega, kumpel i przyjaciel jego młodzieńczych lat.



Następny odcinek.