sobota, 30 sierpnia 2014

Leszek - odcinek 16


Poprzedni odcinek



Leszek - odcinek 16

Pierwszy rozdział nowego życia Leszka dobiegał końca.  Jeszcze tylko uczniowskie rozprężenie w trakcie trwania matur, jeszcze tylko szkolna wycieczka do Warszawy (patrz dwa marnej jakości zdjęcia), jeszcze tylko piękne, jakby nierzeczywiste, żółte wielkie połacie kwitnącego rzepaku, szczególnie w okolicach Kcyni, oglądane przez kolejowe okno otwierane za pomocą parcianej taśmy podczas cotygodniowych wyjazdów do domu i już pomalutku zbliżał się koniec pierwszego roku nauki.

A wyniki za pierwszy rok nauki w technikum?  Dobre.  Świadectwo można obejrzeć poniżej.

Zaczęły się wakacje i już na początku lipca Leszek pojechał do Ostrowa Wielkopolskiego na obóz przysposobienia wojskowego.  Był to obóz organizowany dla wszystkich dwunastu techników kolejowych w Polsce.  Z każdej szkoły było po kilkunastu uczniów.   Dla wytypowanych do uczestnictwa w tym obozie miało to być wielkie wyróżnienie, a zarazem patriotyczny obowiązek jak to określał nauczyciel, który kwalifikował uczniów na ten obóz.  Leszek nie miał żadnych planów wakacyjnych i pewnie musiałby znowu pójść do pracy, co zresztą w sierpniu uczynił  dlatego też z dużą ochotą pojechał na ten wojskowy turnus. Niestety ta wyprawa mogła zmienić całe jego życie i tylko sympatia jednego upartego człowieka doprowadziły do tego, że tak się nie stało.  Ale po kolei.

Do Ostrowa grupę uczniów z Leszka szkoły odwiózł wychowawca jego klasy, pan Antoni Szydłowski i już w trakcie tej podróży ujawniły się kawalarskie charaktery przyszłych uczestników wojskowego obozu. Zamiast siedzieć grzecznie w przedziałach to większa część grupy chodziła po pociągu, a po pewnym czasie usiedli sobie na stopniach wejściowych do wagonu przy otwartych w czasie jazdy drzwiach.  Siedzieli sobie i opowiadali kawały, wychylali się, machali i schodzili na najniższy schodek.  Po pewnym czasie pan Antoni zaniepokojony nieobecnością sporej grupy uczestników podróży w przedziałach tego dalekobieżnego pociągu relacji Gdynia - Mysłowice, zaczął ich szukać i odnalazł siedzących na stopniach przy otwartych drzwiach. Prawie nie dostał zawału na skutek tego co ujrzał, ale już po chwili się opanował, zarządził marsz do przedziałów, a tam dobrotliwy pan Antoni zaczął tym nieodpowiedzialnym młodzieńcom tłumaczyć, że tak nie można, że to zagrażało ich życiu, że on za nich odpowiada i żąda, aby zachowywali się tak jak na uczniów takiej dostojnej szkoły przystało.  Potem już spokojnie dojechali do celu.

Komendantem, w stopniu majora wojska polskiego, był nauczyciel z ich technikum, pan Bolesław Skrzypczak, powszechnie zwany Parasolem.  Na miejscu czyli w internacie Technikum Kolejowego w Ostrowie Wielkopolskim przybyłych uczniów umundurowano w żołnierskie mundury polowe i ulokowano w kilkunastoosobowych salach.  Obóz odbywał się w prawdziwym rygorze wojskowym czyli pobudka o szóstej rano potem gimnastyka, mycie, apel, śniadanie i tak dalej.   I tak codziennie przez trzy tygodnie. Leszek po raz pierwszy strzelał wówczas z broni palnej i czynił całe mnóstwo różnych przywojskowych rzeczy jak: marsz zwartym szykiem przez miasto do wspólnej kąpieli w łaźni Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, warty wojskowe, dyżury w kuchni, sprzątanie toalet, zajęcia z udzielania pierwszej pomocy rannym i całe mnóstwo innych tego typu zajęć.

Pewnej nocy Leszek wraz z Romanem z Poznania zostali wyznaczeni do warty nocnej pomiędzy godzinami druga, a czwartą.  Ponieważ był lipiec ze swoimi krótkimi nocami to około trzeciej było już zupełnie jasno i dwaj koledzy zamiast krążyć wokół internatu z karabinkiem jednostrzałowym typu KBKS na plecach i całą masą innego wyposażenia przy pasie, postanowili odstawić owe karabinki, zdjąć to niewygodne wyposażenie typu maska przeciwgazowa, kabura na naboje oraz chlebak z manierką i udać się do pobliskiego sadu na soczyste wiśnie.  Jak to dwaj piętnastolatkowie skorzy do wygłupów, żartów i harendy nie zdawali sobie kompletnie sprawy z tego co miało nastąpić.  A mieli ogromnego pecha bo akurat tej nocy, Parasol postanowił sprawdzić wartowników i akurat podczas ich warty, a wiedzieli od kolegów, że do tej pory to się nie zdarzyło, aby nad ranem ktoś sprawdzał warty.   Wynikła z tego ogromna obozowa afera. Najpierw obaj zostali publicznie napiętnowani na porannym apelu, a po paru godzinach, gdy siedzieli zamknięci w izbie chorych, dowiedzieli się, że zostaną usunięci z obozu, a było to równoznaczne z usunięciem ze szkoły, gdyż ów obóz, a trwała jeszcze tak zwana zimna wojna, nie tylko obozowa kadra traktowała  z wielkim zadęciem i ogromną powagą.  Na szczęście tuż przed obiadem dowiedzieli się, że karę wyrzucenia z obozu zamieniono na oficjalną naganę wpisaną do akt ucznia oraz na trzy dodatkowe służby w kuchni i dwie przy sprzątaniu toalet.  Od kapitana Wojciecha Jasińskiego z Krakowa, który jakoś polubił Leszka, dowiedzieli się, że za wyrzuceniem z obozu najbardziej obstawał komendant czyli Bolesław Skrzypczak i paru innych oficerów z Warszawy i Olsztyna, ale zostali oni przegłosowani.  Dopiero po latach i to osobiście od Bolesława Skrzypczaka, Leszek dowiedział się, że głównym ich obrońcą był kapitan Jasiński z Krakowa i to on zaproponował głosowanie w sprawie ich wydalenia z obozu, a także mocno za nimi obstawał tłumacząc zdarzenie młodzieńczą głupotą.  Jednak do końca obozu Parasol prześladował ich i to do tego stopnia, że ostatniego dnia obozu kazał im iść do fryzjera i obciąć się tak jak rekrutom.  Leszek ciężko to przeżył, gdyż zamiast modnego wówczas bikiniarza wrócił do domu wyglądając jak dupa wołowa, jak nazwał go, żałując i współczując mu, ów sympatyczny kapitan z Krakowa (patrz zdjęcie poniżej).   Potem przez całą drugą klasę Parasol, pomimo starań i dobrych wyników Leszek był przez Parasola w najróżniejszy sposób szykanowany i prześladowany.  Na szczęście w trzeciej klasie przysposobienia wojskowego zaczął ich uczyć inny nauczyciel i szykany się skończyły.

Były też chwile przyjemne podczas trwania tego obozu.  W soboty i niedziele uczestnicy obozu mieli po kilka godzin wolnych i mogli wychodzić na miasto oczywiście wpisując się do księgi wyjść z podaniem godzin wyjścia i przyjścia.  Jednego dnia podczas takich wolnych godzin Leszek spotkał w pobliskim parku dziewczynę, która, jak mu się wydawało, wodziła za nim wzrokiem i uśmiechała się do niego.  Ośmielony takim zachowanie tej dziewczyny podszedł do niej, przedstawił.się i zapytał czy nie chciałaby z nim pospacerować.  Chciała.  Okazało się, że ma na imię Maria i mieszka w bloku sąsiadującym z internatem, a we wrześniu zaczyna ósmą klasę.  Spotykali się jeszcze wielokrotnie czasami na krótko w ciągu tygodnia, gdy Leszek nielegalnie przeskakiwał obozowy (internatowy) płot i przez przynajmniej pół godziny przebywał z Marysią, jak kazała do siebie mówić.   Marysia wpatrywała się w Leszka w taki sposób jaki nie czynił tego nikt do tej pory.  Leszek czuł  jej sympatię, a może i coś więcej co bardzo mu pochlebiało i był wręcz wniebowzięty.  Marysia była śliczną dziewczyną z ciętym języczkiem i burzą ciemnych kręconych włosów. Była ona jakby marzeniem Leszka i nawet nie mógł uwierzyć, że taka dziewczyna zwróciła na niego uwagę. Chodzili w wolne godziny na długie spacery po Ostrowie i opowiadali sobie najróżniejsze rzeczy.  Marysia tak podobała się Leszkowi, że bojąc się ją urazić, albo zniechęcić do siebie bał się nawet ją obejmować, nie mówiąc już o przytulaniu czy całowaniu.  Zresztą zazwyczaj chodził za nimi starszy o dwa lata brat Marysi, który pewnie miał jej pilnować.   Skończyło się na tych spacerach i rozmowach.  Potem pisywali jeszcze dwa lata do siebie i to dosyć regularnie i nawet Marysia zapraszała go parokrotnie na organizowane przez siebie imieniny czy urodziny, lecz nic z tego nie wyszło.  Po dwóch latach wszystko się skończyło i pozostało tylko wspomnienie i sentyment do imienia Marysia i do Ostrowa Wielkopolskiego.

Po powrocie z obozu Leszek poszedł razem z kolegą Grzegorzem, tak jak w poprzednie wakacje, do pracy przy korowaniu wikliny w Łęgowie.  Pracowali tylko dwa tygodnie, ale dzięki nabytym poprzednio umiejętnościom oraz znajomości tego jak postępować przy rozdzielaniu roboty, gdyż różne bywały te wikliny oraz różne zachowania pracownika przy wadze, bo płacono im za kilogram okorowanej wikliny, zarobili prawie tyle samo w te dwa tygodnie co w ciągu miesiąca rok wcześniej.   Tym razem jednak nie pili Ratafii Pomarańczowej, ale po wypłacie poszli kulturalnie do kawiarni na kruszon i na lody casatte z bitą śmietaną.

A w drugiej połowie sierpnia Leszek pojechał do swego kolegi Irka, do Czerlina odległego o kilkanaście kilometrów od jego rodzinnego miasta.  Przebywał tam przez tydzień i był przyjmowany jak ich drugi syn. Czuł się wśród rodziny Irka wspaniale.  Mieszkali oni w małej wsi, gdzie prawie wszyscy byli spokrewnieni. Jednak ojciec Irka nie był rolnikiem jak wszyscy pozostali, ale uznanym mistrzem ciesielskim, zaś mama zajmowała się domem i niewielkim gospodarzeniem, gdyż hodowali oni swoje kury, kaczki, gęsi i świnki, a także mieli kawałek ogrodu i pola.  Leszek poznał wtedy prawie całą rodzinę Irka zamieszkałą w Czerlinie i okolicy.  Poznał siostrę Irka, Danusię, najbliższych kuzynów Stefana i Grzegorza, a także wspaniałe kuzynki Teresę, ich rówieśniczkę i trochę starszą Halinkę oraz całą masę innych osób.   Na wsi wszystko było dla Leszka nieznane.  Ludzie byli inni niż w mieście, bardziej bezpośredni i bez udawania, obyczaje mieli mniej skrępowane, a tradycje znacznie silniejsze, inne też mieli postawy i zachowania.  Wszyscy odnosili się do Leszka z dużą sympatią i zainteresowaniem.  Rozmawiali godzinami przy prawdziwych wiejskich specjałach, których nie można było nabyć w mieście.  Tak doskonałych pieczonych kurczaków, swojej roboty salcesonu, wątrobianki, kaszanki czy kiełbasy, Leszek nie jadł nigdy dotąd oprócz tych chwil, gdy Irek dzielił się z nim na stancji tym co przywiózł z domu.   Ale odwiedzając różnych krewnych Irka wszędzie byli ugaszczani i to najróżniejszymi smakowitościami od kompotów zaczynając, a na wędzonych szynkach i kiełbasach kończąc.   Były to takie wspaniałości, że do dzisiaj Leszek nie jadł lepszych.

Z tym wspaniałym tygodniem na wielkopolskiej wsi wiąże się jeszcze inne cudowne wspomnienie, ale o nim w następnym odcinku.


Świadectwo Leszka z I klasy technikum.



Na szkolnej wycieczce w Warszawie - maj 1968 rok 

Warszawa maj 1968 rok.




Leszek i kapitan Wojciech Jasiński.
Ostrów Wielkopolski. -  lipiec 1968 roku




Następny odcinek.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Cytaty znane i nieznane - 25

W uzupełnieniu mojego wpisu o włocławskich "taśmach prawdy" przypomniało mi się stwierdzenie Stefana Kisielewskiego ("Dzienniki" strona 131), który w październiku 1967 roku napisał:

"W Polsce jest przecież "dyktatura złagodzona o bałagan" - w tym cała nadzieja.

A mnie się w związku z tym, zresztą już wielokrotnie, nasuwa inna uporczywa myśl:

"A teraz można napisać, że jest "demokracja złagodzona przez bałagan" - w tym nie ma nadziei.

A najśmieszniejsze jest to, iż z systemem, o którym pisał Stefan Kisielewski, walczyliśmy, a o ten system, który teraz mamy, walczyliśmy.



Poprzedni post z tego cyklu:

sobota, 23 sierpnia 2014

Kpina z demokracji, czyli włocławskie taśmy prawdy.

Nie ma co się wysilać na komentarze, gdyż jak pokazuje praktyka taśm ogólnopolskich - ważne jest tylko kto nagrał, a to co mówili nagrani absolutnie nie jest ważne.  Czego my się doczekaliśmy w tej polskiej "demokracji"?

I jak bydgoszczanie mają mieć wpływ na toruński sejmik, na wybór marszałka, czy nawet na tą oszukaną ordynację wyborczą, która o połowę mniejszemu miastu przyznała, staraniem toruńskiego marszałka o jednego radnego więcej niż Bydgoszczy.  To tylko normalna korupcja polityczna.  Handel stanowiskami, przywilejami, podwyżkami, funduszami wojewódzkimi i unijnymi i jeden marszałek ze swoim Korolką wiedzą czym jeszcze.

Dopóki bydgoszczanie się nie obudzą i nie zbuntują przeciwko takim rządom wojewódzkim dopóty Bydgoszcz będzie najbiedniejszym miastem wojewódzkim, a torunianie będą się w niej panoszyć coraz bardziej.

Smutne to i przykre, lecz niestety prawdziwe i poniższe nagranie w pełni udowadnia z czym naprawdę mamy do czynienia w tym coraz bardziej chorym regionie.

Włocławskie taśmy prawdy!

Kto ma ochotę zostać marszałkiem województwa? Dlaczego Sławomir Kopyść jest członkiem Zarządu Województwa? Czemu niektóre śledztwa i procesy toczą się bardzo szybko, a niektóre ciągną się latami? Czy w prokuraturze są przecieki? Kto kupował głosy w wyborach samorządowych w 2010 r. i kto za to płacił? Czy w tym roku w jesiennych wyborach będzie tak samo? Jak wygląda polityka po włocławsku? Odpowiedzi udzielają politycy PO we Włocławku podczas szczerej rozmowy między sobą w zakrapiany alkoholem wieczór wyborczy po eurowyborach 25 maja tego roku w biurze poselskim Domiceli Kopaczewskiej.
W spotkaniu udział biorą m.in. Domicela Kopaczewska – poseł, Sławomir Kopyść – radny Sejmiku i członek Zarządu Województwa, Sławomir Bieńkowski – przewodniczący klubu radnych Rady Miasta PO i pracownik Urzędu Marszałkowskiego oraz byli kandydaci do Rady Miasta związani z Urzędem Marszałkowskim: Jarosław Ćwikliński i Marcin Dąbrowski. Oto część relacji z trwającego ponad 2 godziny i 18 minut nagrania.
Kopaczewska: Jak Sławek wie, ja sobie robiłam żarty z tego i nagle Całbecki się przestraszył.
Głos męski: I by było bardzo dobrze.
Kopaczewska: Ale ja nie pójdę Paweł, co ty, po cholerę mi to.
Kopyść: Byś była księżną.
Kopaczewska: Dostałam propozycję...
Bieńkowski: Trzeba już zmienić tego Całbeckiego.
Kopaczewska: Słuchajcie! Dostałam propozycję, żeby wejść za, Sławek przepraszam, że ci nie mówiłam, ale mieliśmy tyle spraw, że nie mogłam. Dostałam propozycję, że jak Agnieszka Kozłowska-Rajewicz wejdzie do Europarlamentu, ona ma „jedynkę” w Poznaniu, mam wejść na jej miejsce. Ale ja nie chcę. Ona jest ministrem do spraw... równouprawnienia. I to mi proponują ludzie związani z edukacją, bo się boją, wiecie czego... (cisza) Ale ja tego nie chcę.
Kopyść: Wiesz lepiej ode mnie, co mówić. Gdybym ja miał taki „siódmy zmysł”, jak pani poseł, to już bym był wysoko. A ponieważ jestem szarym wyrobnikiem, to będę se tak dłubał, no Boże, no trudno. Może se kiedyś udłubie.
Kopaczewska: Ale rzeczywiście Całbecki się trochę boi. Piotruś, Sławek, Piotruś się trochę boi.
Kopyść: Wreszcie ciebie się boi.
Kopaczewska: Trochę się boi. A ja se dla żartów powiedziałam, że będę marszałkiem.
Głos męski: Trzymajmy się tego.
Kopaczewska: Ale Dorota Jakuta (przewodnicząca Sejmiku Województwa, przyp. red.) mi powiedziała: połowa Bydgoszczy cię poprze.
W trakcie trwania dyskusji dzwonią telefony z komisji wyborczych i spływają wyniki głosowania do Europarlamentu.
Ćwikliński:Zwiefka wygrał.
Głos męski: Zwiefka wygrał?
Ćwikliński: No wygrał, no.
Bieńkowski: Zwiefka, tak.
Ćwikliński: Ja pier...lę.
Bieńkowski: Ku..a. 10 lat bez sensu i następnych 5 lat bez sensu ze Zwiefką.
Ćwikliński: Żebyś wiedział.
Bieńkowski: Ale z kampanią, to Rostowski dał dupy niestety, no... na przykład odpuszczając Włocławek.
Kopaczewska: Słuchajcie, ja jestem zadowolona i to bardzo. Po pierwsze Sławek (Kopyść, który kandydował do europarlamentu, przyp. red.) będzie miał bardzo dobry wynik, to znaczy, że Platforma włocławska będzie miała bardzo dobry wynik. Otylia (Jędrzejczak, która kandydowała do europarlamentu, przyp. red.) nie zrobiła furrory...
Głos męski: Jeszcze nie wiemy, jak tam gdzie indziej, nie?
Kopaczewska: Przeeestań! Jeśli u nas nie zdobyła furrory, to tam w ogóle.
Bieńkowski: Dzwoniłem do Sikorskiego, w Toruniu, nie odbiegamy jakoś.
Kopaczewska: Słuchajcie! Dla nas lepszy by był Rostowski, bo byśmy mieli na niego wpływ. Na Zwiefkę nie mamy. Piotruś (Całbecki, marszałek województwa, przyp. red.) zostawi Rafałka (Sobolewskiego, kierownika delegatury Urzędu Marszałkowskiego we Włocławku, przyp. red.), bo go nie ruszy i my, setki ludzi nie mamy wpływu, a taki jeden kretyn będzie tam siedział, nie? Ale oficjalna wersja jest taka, że startuje na marszałka województwa i oficjalna wersja jest taka, że Sławek Kopyść jest przeciw. Dobra? Przyjmujemy taką wersję.
Ćwikliński: Ja dostanę po dupie, jak zwykle. Ja po dupie dostanę, jak zwykle, jak poprzednio było.
Kopaczewska: Taka jest oficjalna wersja! Sławuś taka jest oficjalna wersja?
Kopyść: No oczywiście, że jestem przeciw, to jest jasne. Ja jestem za moim ukochanym szefem (obecnym marszałkiem Piotrem Całbeckim, przyp. red.).
Ćwikliński: Ja jestem z tobą.
Dąbrowski: Biorąc pod uwagę to, że z drugiej strony ulicy (na ul. Kościuszki we Włocławku po jednej stronie mieści się biuro poselskie Domiceli Kopaczewskiej, a po drugiej siedziba SLD, przyp. red.) mikrofony kierunkowe wycelowane są teraz w te palące się okna...
Bieńkowski: Ale patrz, ja mogę ci zademonstrować, co na ten temat myślę. Mogę wyjść i powiedzieć im, że mam ich w dupie jak chcesz. Dobra: Pałucki mam cię w dupie! Jest to moja oficjalna wypowiedź (he,he).
Znów telefony, spływające wyniki wyborów i w tle tocząca się dyskusja o tym kto kogo wystawiał na listach i przeciw komu.
Bieńkowski: Na „Kazika”: 80, 81, 79, dużo Grządziel, Rostowski, Zwiefka po równo mniej więcej.
Kopaczewska: „Kazimierza”, to jest ważny dla nas okręg do wyborów samorządowych, bo tam mamy tylko Marka Stelmasika (radny Rady Miasta z PO, przyp. red.).
Ćwikliński: Nie, tam wygrywa Robert, jestem pewien tego, co mówię (śmiech).
Dąbrowski: To nie jest Jarek tak łatwo.
Kopaczewska: My musimy mieć Jarek dwie, dwie osoby silne.
Ćwikliński: Szczerze? My musimy mieć trzy, albo, albo...
Kopaczewska: Albo więcej, nie? Natomiast, wiesz będzie problem z Zazamczem. Bo, bo, bo wiesz Andrzej Kazimierczak (radny Rady Miasta z PO, przyp. red.) jemu się wyda... on nie jest wybieralny... Andrzej nie jest wybieralny... Andrzej nie jest wybieralny.
Ćwikliński: W ostatnich wyborach jaki tam miał wynik?
Kopaczewska: Słabo, jako kandydat na prezydenta. A w poprzednich go wciągnął Sobolewski.
Bieńkowski: W poprzednich miał chyba 128, w ostatnich 650 i nie wciągnął kolejnej osoby.
W biurze poselskim trwa dyskusja pomiędzy Ćwiklińskim, Dąbrowskim, Bieńkowskim na temat tzw. „jedynek” na listach do Rady Miasta. Padają propozycje, żeby ci, którzy byli na „1” w 2010 r. mieli teraz niższe miejsca. Nie zgadza się z tym Bieńkowski (nr 1 na „Małym Południu” w 2010 r.), który proponuje, ze każde koło w mieście (PO ma ich pięć) powinno mieć swojego kandydata na „1”.
Domicela Kopaczewska rozmawia w tym czasie przez telefon. Gdy skończyła zaczęła wspominać, w jaki sposób Sławomir Kopyść został w 2010 r. członkiem Zarządu Województwa.
Kopaczewska: Słuchajcie moje największe pijaństwo było wiecie kiedy? Sławek pojechał z Agatką na koncert Lady Gagi do Gdańska, a ja musiłam ku...a mać z tymi facetami pić! Czy wy wiecie ile to mnie kosztowało? O 3-ej w nocy Michał Wojtczak (senator PO z Torunia, przyp. red.), Michał Wojtczak zaprowadził mnie do Gotyckiego Hotelu i ja do Kopyścia wysałam sms'a: OK. Tak było. Ale wiecie jak ja się z nimi kłóciłam? Noo... Premier Donald, premier Pawlak, powiedziałam nie wyjdę, jak nie będziemy mieli członka Zarządu (…) i wywalczyłam. Było tak Sławciu?
Kopyść: Było, było. (…) ja na to nie zasłużyłem. Taki wioskowy głupek. Stanę z boku i tak mi się zdarzy.
Kopaczewska: Nieprawda, nie jesteś wioskowy głupek. I ten Michał Wojtczak zaprowadził mnie do Hotelu Gotyckiego, gdzie Piotrek Całbecki zamówił kolację, byli sami faceci i tylko jedna ja kobieta i powiedziałam: nie wyjdę dopóki nie będziemy mieli członka Zarządu. A on siedział ku...a mać i słuchał Lady Gagi. Dobre! (…) Ale Michał Wojtczak mi wtedy pomógł.
Kopyść: To bardzo porządny człowiek jest.
Kopaczewska: Jak wy byście wiedzieli ile ja wtedy wódki z tymi cholera musiałam wypić? Ale wysłałam ci Sławciu sms'a?
Kopyść: Ty wiesz, że ja tego sms'a od razu odebrałem.
Kopaczewska: A jaka byłam na niego wściekła, żebyście wiedzieli, jaka byłam wściekła o Jezus kochany, to ja muszę wódkę pić, ja muszę się kłócić, a on sobie chodzi na koncert Lady Gagi.
Bieńkowski: I sms'em się dowiedział, że marszałkiem został.
Kopaczewska: Ale wiecie rzeczywiście była wtedy rozmowa między Tuskiem, ja powiedziałam nie wyjdę, w życiu. A Michał Wojtczak powiedział wtedy pamiętacie: Kasia (przyjaciele, znajomi mówią tak do Domiceli Kopaczewskiej, przyp. red.), kiedy nie mogliśmy podpisać porozumienia 4 lata temu powiedziała OK, dla dobra koalicji podpisamy porozumienie pod warunkiem, że szefem Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska będzie osoba z Włocławka.
Ćwikliński: Nasza przyjaciółka.
Wraca wątek marszałka województwa po wyborach, które mają się odbyć w listopadzie br. Kopaczewska stwierdza, że przy przewadze 3-4 głosów w Sejmiku wystartuje na marszałka.
Bieńkowski: To ja podwyżkę dostanę w listopadzie. Ale zaje...cie. (śmiech)
Ćwikliński: Nie dostałeś? Sławek, ale dostałeś podwyżkę.
Bieńkowski: Nie, nie dostałem. Ja nie dostałem od początku pracy.
Ćwikliński: Kłamiesz.
Bieńkowski: Od początku pracy nie dostałem podwyżki żadnej.
Ćwikliński: Nie dostałeś tej podwyżki ostatniej?
Bieńkowski: Nie, nie. Nawet dodatku unijnego nie dostałem.
Ćwikliński: Jak nie?
Bieńkowski: Nie, dostali wszyscy poza mną dodatek unijny.
Ćwikliński: Na koniec czerwca dostaniecie.
Bieńkowski: Na koniec czerwca? Na koniec czerwca, to ja mam to w dupie. (…) Wiesz co, z punktu widzenia honoru, to tej podwyżki nie chcę.
Ćwikliński: Czemu (...) teraz cię nie rozumiem?
Bieńkowski: Nie chcę. Mam w dupie. Nie, mam w dupie podwyżkę, którą dostaje też sprzątaczka. Mam w dupie.
W trakcie trwania spotkania w biurze poselskim, dokupowane są kolejne butelki alkoholu. Wraca temat wyborów samorządowych, tym razem do Rady Miasta Włocławek. Andrzej Kazimierczak jest dwie kadencje z rzędu z osiedla Zazamcze, z którego tym razem chce także startować Sławomir Bienkowski.
Bieńkowski: Ja wam powiem, jak będzie z Kazimierczakiem. On zrobi wszystko, żeby zostać radnym.
Kopaczewska: Ty jesteś głupi, Sławek. Jest Zarząd Powiatu, który decyduje o kolejności. Czy ty uważasz, że w ogóle jest możliwość głosowania między tobą, a Kazimierczakiem? Jest!? Jest!? Jest!? (…) Czy jest jakaś konkurencja między Bieńkowskim, a Kazimierczakiem? Jak ty sobie tego nie uświadomisz, to będziesz drugim wariatem.
Bieńkowski: Ale ja na zewnątrz na Kazimierczaka nic nie mówię. W towarzystwie waszym mówię, ale na zewnątrz nie.
Kopaczewska: Sławek mówisz, mówisz. Jak ja idę do „Kujaw” (chodzi o Telewizję Kujawy, przyp. red.), to mówią tak: Bieńkowski mówi, że Kazimierczak jest głupi, a Kazimierczak mówi, że Bieńkowski wszystko nagrywa.
Bieńkowski: To Kazimierczak rozpuścił w Urzędzie Miasta jakieś dwa lata temu, no nie. Ja przez dwa lata dochodziłem kto to rozpuszczał, a to Kazimierczak, no nie.
Kopaczewska: Sławek, ale dlaczego do ciebie przylgnęło to, że nikt cię nie zaprasza, nikt ci nic nie mówi, bo ty wszystko nagrywasz.
Bieńkowski: Jak Kazimierczak rozpuszczał to nawet w Urzędzie Miasta, to nic dziwnego, że tak jest.
Kopaczewska: Tak jest, pamiętaj o tym, że taka informacja poszła, że z Bieńkowskim nie można, bo on wszystko nagrywa.
Bieńkowski: Tak, ale Kazimierczak to rozpuszczał już dwa lata temu w Urzędzie Miasta. Dopiero po dwóch latach się dowiedziałem, że to Kazimierczak rozpuszczał, no nie.
Kopaczewska: Nie wiesz, że to powiedział.
Bieńkowski: Powiedział mi to u Wojtkowskiego (chodzi o Marka Wojtkowskiego, posła PO, przyp. red.).
Kopaczewska: A wy ku...a mać latacie na przemian...
Bieńkowski: Byliśmy wtedy ze Stelmasikiem przed 3-im Maja, czy coś takiego.
Kopaczewska: Przestań. A jaki wpływ ma Wojtkowski na to kto ma być „jedynką” na Zazamczu. No przepraszam cię bardzo. No jaki?
Ćwikliński: Jak na moje dziewiąte miejsce w Centrum.
Bieńkowski: Ja współpracuję z Wojtkowskim. Kto ma Wojtkowskiemu dostarczać materiały merytoryczne? No nie ma nikogo. No nie ma nikogo innego. Jeżeli Wojtkowski ma jakieś pytania merytoryczne odnośnie budżetu czy przetargów, to dzwoni do mnie, bo do kogo zadzwoni?
Kopaczewska: Sławek, pamiętaj o tym, że trzeba mieć dystans do polityki, ty nie możesz tego traktować tak serio. Super, że chodzisz do „Hitu” (mowa o Radiu Hit, przyp. red.).
Bieńkowski: Jeżeli chodzi o „Hit”, to wiesz dlaczego wywalczyłem sobie „Hit” z Rafalskim (Wiesław Rafalski,właściciel radia i drukarni Marfix, przyp. red.)? Przez to, że atakowałem Budzeniusz (Monikę Budzeniusz, rzecznika prezydenta Włocławka), to on dostał zamówienie z Urzędu Miasta. I on za to ze mną się dogadał, że mogę u niego się pojawiać. Możliwe, że przy twoim wsparciu, ale po zadymie, dostał zamówienie na kalendarz na 13 tys.
Najwyraźniej politycy (nie wszyscy) musieli wypić kilka „głębszych”. Kopyściowi i Ćwiklińskiemu mówienie zaczyna sprawiać coraz większe trudności.
Kopyść: Ja wam powiem, nie ma gorszych przeciwników, niż wszyscy ci, którzy są spadkobiercami PZPR-u, ale tego najgorszego PZPR-u. To są niedobrzy ludzie. Teraz mamy sytuację taką: trzeba nad tym jakoś zapanować plus te media są, jakie są. (…) cała reszta jest ich. I teraz rozumiesz, jeżeli my to opanujemy, jest dobrze, że cię przez jakiś czas nie atakują. Ale nie ma wątpliwości, jutro, pojutrze będzie mocne starcie.
Dąbrowski: Tak jest cały czas przecież. Nic nowego.
Kopyść: Ja mam trochę przecieków z prokuratury, z takich rzeczy.
Dąbrowski: Będą ataki?
Kopyść: Wiem, co będą robić.
Dąbrowski: Ataki będą?
Kopyść: Będą i to ostre.
Dąbrowski: Przegrali wybory, to będą kąsać.
Bieńkowski: Ale jaki to ma sens, jeżeli prokuratura uwala nam wszystkie postępowania. Wyrąbali Zieleń Miejską za 7 mln za 250 tys. zł. I co? I nic nie możemy zrobić.
Dąbrowski: Mają takie układy gdzieś tam, ja nie wiem, ja nie rozumiem.
Ćwikliński (bełkoczącym głosem): Sławek, to co robimy? Co robimy dalej ku...wa?
Bieńkowski: Budzeniuszowa zamawia stelarz wart 800 zł za 4 500 zł, no i co możemy zrobić? Nic.
Dąbrowski: No dobra, ale to są śrubki.
Bieńkowski: To nie są śrubki, bo ona wyrąbała na tym 50 tysięcy.
Dąbrowski: No dobra, prokuratura mówi, że tam nie było żadnych nieprawidłowości. A tutaj jeszcze gwarancja jest i już frezują.
Bieńkowski: No nie, a ja dostaję z „Zieleni Miejskiej” wezwanie na 10 tysięcy, tak?
Dąbrowski: Za co?
Bieńkowski: Za użycie znaku towarowego, tak? I mam od nich wezwanie sądowe.
Dąbrowski: Robią w tym mieście, co chcą, naprawdę. Sławek, Sławek (do Kopyścia, przyp. red.) oni robią, co chcą w tym mieście. Ale przecież Sławek wie o tym.
Bieńkowski: No przecież wie, ale nic nie może z tym zrobić.
Dąbrowski: Policję mają, prokuraturę, wszystko. Sądy też.
Bieńkowski: Zeznania wyciekają w ciągu dwóch dni.
Kopyść: Marcin, a twoja sprawa nie została wygrana koncertowo? Rafała (Sobolewskiego, przyp. red.) rozgrywali 3 lata, a ciebie rozgrywali 3 miesiące.
Bieńkowski: Tak samo ja wiem, że jak trafię do sądu, to w miesiąc mi wyrok załatwią. (…) Adresy IP Stockiemu ustalali 2 miesiące, a Chmielewskiemu 2 lata za komentarze bluzgające.
Kopyść: Żebym ja umiał ukryć ten adres IP. (…)
Popijawa w biurze poselskim powoli się kończy. Słychać brzęk butelek, szklanek, sprzątania po sobie. Ponownie wraca temat wyborów samorządowych.
Bieńkowski: Musimy pomyśleć nad tym, co zrobić, żeby nie kupili wyborów lokalnie, bo jak znowu kupią 3 tysiące głosów, to jest 4 radnych. (…) Jest to duża strata. I oni to zrobią, bo już wiem nawet kto, gdzie organizuje, za ile jest oferowane, bo już mi donieśli, no nie. Kto płaci nawet. W ostatnich wyborach na tą akcję 50 tysięcy rzucił Grządziel. Ja mam to od gościa...
Ćwikliński: Nie wierzę.
Dąbrowski: No co to jest dla niego za pieniądz? Żaden.
Ćwikliński: Ale 50 tysięcy, że on to sfinansował.
Kopyść: Nie zapłacił później wszystkiego.
Bieńkowski: Ja mam to z dobrych źródeł.
Trwa sprzątanie po imprezie. Za chwilę będzie organizowana akcja ewakuacji z biura poselskiego Domiceli Kopaczewskiej, która nie czuje się najlepiej po spożytym alkoholu – oczywiście tak, żeby nikt tego nie zauważył – chodzi o ludzi, policję, media itp. Ciąg dalszy włocławskich taśm prawdy w kolejnym numerze Gazety Popularnej we wrześniu. Wtedy okaże się też, kto był autorem nagrania.
Z nagrania spisał Rafał Maślanka

wtorek, 19 sierpnia 2014

Warto przeczytać - 19


Allan Massie   "Cezar".

Według opisu na okładce to książka ta napisana jest w formie pamiętnika Decymusa Brutusa, przyjaciela i towarzysza broni Cezara, a w końcu jednego z jego zabójców.  Opowieść o Rzymie z okresu schyłku Republiki.  Jej głównymi bohaterami są Cezar, Kleopatra, Cyceron, Antoniusz i Oktawian.
Allan Messie dość swobodnie traktuje materię historyczną, dobrze oddaje koloryt epoki.  Barwnie odmalowane postacie, wartka akcja, intryga i romanse - wszystko sprawia, że książka do końca trzyma w napięciu.   

Tyle opis z okładki.  

Jednak moim zdaniem o ile zgodzić się można z początkowymi zdaniami opisu to już to ostatnie zdanie jest bardzo mylące, a nawet rzekłbym, że nieprawdziwe.  Otóż ta niezbyt gruba książka (tylko 256 stron)  jest w zasadzie refleksją na temat rządów Cezara, jest analizą jego charakteru i opisem motywacji jego działań.   Pokazuje nam ścieranie się poglądów tych, którzy jeszcze wierzą w Republikę istniejącą w tym okresie w Rzymie od prawie 400 lat, z Cezarem i jego poplecznikami, którzy są zwolennikami dyktatury, a później ukoronowania Cezara. Pokazuje okrucieństwo i bezsens wojny domowej (tej od przekroczenia Rubikonu i "kości zostały rzucone").   A przede wszystkim jest pewnego rodzaju traktatem filozoficznym dotyczącym postaw ludzi z okresu przełomu er.   Traktatem, w którym autor, pewnie dosyć swobodnie wkłada w usta głównego bohatera czyli Decymusa Brutusa wiele analiz i ocen sytuacji, ocen postaw bohaterów książki, analiz ich motywacji, a także przytacza wiele powiedzeń, mądrości i przysłów z tamtego okresu, a jakże aktualnych do dzisiaj.  I według mnie to właśnie owe mądrości oprócz niesamowicie realistycznego opisu życia prywatnego i publicznego są podstawowymi wartościami tej powieści. 

Dla zobrazowania tego co mam na myśli przytaczam kilka z owych Powiedzeń i mądrości:

"Prawdę mówiąc, opisy bitew rzadko oddają dobrze bieg wydarzeń. A właściwie nawet nie o to chodzi.  Oddają go aż za dobrze.  Historycy nadają im kształt, którego w rzeczywistości wcale nie miały.  Przypisują dowódcom o wiele większy wpływ na wydarzenia, niż ci go w gruncie rzeczy maja."

"Dwa uczucia rządzą światem i kierują zwykłym człowiekiem: obawa i chciwość."

"Sposoby za pomocą których reforma jest wprowadzana, mogą podważyć wszelkie korzyści, które w innych okolicznościach owa reforma by przyniosła."

"Niewielu ludzi umie oprzeć się pokusie usprawiedliwiania swojego postępowania troską o dobro publiczne."

"Zawsze znajdzie chwalebne uzasadnienie dla wszystkich swych pragnień, choć prawdziwa przyczyna będzie zupełnie inna."



Książkę czyta się lekko i pomimo wielu brutalnych opisów, przyjemnie.

POLECAM


Poprzedni post z tego cyklu.




środa, 13 sierpnia 2014

Kilka refleksji natury ogólnej - 21

Do napisania tych paru zdań Zainspirował mnie list otwarty prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców skierowany do premiera polskiego rządu pana Donalda Tuska.

Od lat na różnych portalach i forach, a także już kilkakrotnie i na niniejszym blogu z uporem piszę, że Polska znalazła się pod zaborami ekonomicznymi i praktycznie jest czymś w rodzaju neokolonii.

Jeszcze kilka lat temu wyśmiewano mnie i przezywano radiomaryjnym oszołomem, później w zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki dyskusji, a nawet akceptacji moich poglądów na przykład pewna ilość plusów pod moimi postami lub pozytywne komentarze.  Nadal jednak jestem ogromnie osamotniony w tym twierdzeniu, że jesteśmy neokolnią. 

I nagle czytam tekst, w którym znana publiczna osoba zwraca się do premiera polskiego rządu, a z tego listu można wysnuć następujący wniosek: 

"rządzący od 2007 roku Tusk wyznaczył sobie (albo mu wyznaczono) jasny cel: sprowadzić Polskę do poziomu przedmiotu polityki, do stanu półkolonii, w której tubylcy będą kupowali zagraniczne towary, a sami będą pracowali w produkcji tychże jeszcze w kraju lub za granicą."

Powyższy wniosek zamieszczono w komentarzach do tego listu na łamach "wPolityce.pl"

Wystarczy pobieżny ogląd tego co od 25 lat wyprawia się z naszą gospodarką, aby zauważyć, że tak jest.   Przecież obecnie prawie żadna z istotnych gałęzi gospodarki polskiej nie należy do Polaków, a jak należy to w mniejszości.  Zacznijmy od banków, potem energetyka, gazownictwo, miedź, przemysł paliwowy, budownictwo, handel, przemysł chemiczny, motoryzacja (zachodnie montownie), elektronika (to samo), cukrowniczy, cementownie, ciepłownictwo, wytwarzanie alkoholu (dawne Polmosy), wielkie fermy hodowlane, turystyka, ubezpieczenia, OFE i tak można wymieniać bez końca na sprzedanych sanatoriach kończąc.  Jest to rzecz niepojęta i na pewno nie spotykana na taką skalę w żadnym innym cywilizowanym państwie świata.  Kosztuje to nas przynajmniej 100 mld. (miliardów) złotych rocznie w saldzie błędów i opuszczeń (kreatywna księgowość, zawyżanie kosztów i tym podobne praktyki), a do tego jeszcze dochodzą oficjalne transfery zysków pewnie na jeszcze wyższym poziomie. Niestety nikt tego nie liczy i nikt się tym nie zajmuje.  Rządzący zajmują się głównie chwaleniem tym ile to wywalczyli unijnych dotacji, a przecież wszyscy rozsądni ludzie wiedzą, że:

"DARY SZERZĄ TYLKO NIEDOŁĘSTWO I ZŁĄ WOLĘ, LENISTWO I CHCIWOŚĆ"





Poniżej list prezesa Cezarego Kaźmierczaka do pana premiera:
Szanowny Panie Premierze,
nie ma miesiąca, żeby Pana ludzie nie weszli do jakiegoś sektora gospodarki i bez zmiany jakichkolwiek przepisów nagle powiedzieli, że to co do tej pory robiliśmy w zakresie prawno-podatkowym było niezgodne z prawem i każą płacić podatki 5 lat wstecz wraz z odsetkami.
Pod nóż idą sektory rozproszone, które skupiają małe i średnie polskie firmy. Korporacji, najczęściej zagranicznych, nie ruszacie. Po takiej akcji cały sektor pada, bo nikt nie jest w stanie zapłacić 5 lat wstecz wyimaginowanych podatków z odsetkami.
Chciałbym Panu uświadomić, że jak już wyrżniecie cały sektor MSP, to korporacje nie będą w stanie zarobić na wasze kolacje z winami po 800 PLN, bo jest ich zwyczajnie za mało. To sektor MSP tworzy 67% PKB, daje pracę dla ¾ Polaków. 99,8% firm w Polsce to sektor MSP. Nie ryzykujcie aż tak. Są to działania zorganizowane. Jestem w posiadaniu protokołu z narady kadry Ministerstwa Finansów, podczas którego Minister Kapica grozi konsekwencjami tym urzędnikom, którzy nie dość entuzjastycznie wdrażają nową interpretację podatkową.
Z naszego punktu widzenia jesteście gorsi od mafii. Mafia żąda płatności od dziś. Wy od dziś i 5 lat wstecz. Teraz na warsztacie znalazł się sektor firm badawczych. Wierzę, że nie jest Pan, aż tak małostkowy i nie jest to zemsta za wyniki badań preferencji wyborczych.
Jeśli się to jakoś szybko nie zmieni, to przypuszczam, że z tych, którzy nie zostali wykończeni – większość wyjedzie, albo zrezygnuje, a działalność gospodarcza pozostanie tylko dla szaleńców. Zawarłby Pan z kimś kontrakt z zapisem, że dowolne zobowiązanie może być w każdej chwili zmienione i należy zapłacić 5 lat wstecz? A taka jest wasza aktualna oferta. Ja też mam dla Pana ofertę – Pan odda na rzecz np. Caritasu 50% swoich zarobków 5 lat wstecz!
To oferta fair. My mamy w dużej części zaświadczenia o niezaleganiu z podatkami, niezaleganiu ze składkami na ZUS, a nawet znam takich, którzy mają indywidualne decyzje podatkowe Ministerstwa Finansów, że ich interpretacja przepisów jest właściwa. Czyli byliśmy w porządku, a mimo to żądacie od nas płacenia 5 lat wstecz.
A czy Pan jest w porządku? Jeśli stać Pana na odrobinę refleksji, proszę zajrzeć do swoich programów wyborczych 2007/2011, obejrzeć swoje wystąpienia i swoje obietnice w stosunku do nas. A potem proszę spróbować spojrzeć w lustro.
Piszę ten list wyłącznie po to, żeby ograniczyć Panu możliwość mówienia, jak już wyrżniecie wszystkie polskie firmy, że Pan nie wiedział i to byli źli urzędnicy. Pan nimi kieruje.
Dziękuję za uwagę.
Z poważaniem,
Cezary Kaźmierczak
Prezes

Ten list otwarty nie będzie szeroko rozpowszechniany przez mainstreamowe media. I nic dziwnego, w liście tym mowa jest bowiem o czymś gorszym od mafii - o rządach Donalda Tuska. - cytat z komentarza pod listem zamieszczony w "wPolityce.pl"



Poprzedni post z tego cyklu.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 47


Bydgoszcz - późna jesień 1953 roku.

Rodziny Norberta Krawczyka i Józefa Kurda - wieloletniego kierownika bydgoskiego kina "Wolność" 



Fotografię wykonała Spółdzielnia Pr. Fotogr. Fot.  Stanisław Krawczyk Bydgoszcz


Zdjęcia udostępnił pan Norbert Krawczyk



Poprzedni post z tego cyklu

sobota, 9 sierpnia 2014

Leszek - odcinek 15


Poprzedni odcinek.


Leszek - odcinek 15

Pisząc o przeżyciach Leszka w trakcie nauki w pierwszej klasie technikum warto także kilka zdań poświęcić poza szkolnemu życiu Leszka.  A składało się ono głównie z pobytu na stancji oraz cotygodniowych wyjazdów do domu - sobota 14.15 odjazd z peronu czwartego i powrotu w poniedziałek - 7.15 przyjazd na peron czwarty stacji Bydgoszcz Główna.  W rodzinnej miejscowości byli dawni koledzy i dawne obyczaje, zależne od pory roku.  Były mecze drugoligowej piłki ręcznej bardzo popularnej w jego mieście, a także mecze piłki nożnej w A klasie.  Obie drużyny występowały pod szyldem Nielby.  Były spotkania ze szkolnymi kolegami, długie opowieści, snucie planów na przyszłość, a czasami jakaś prywatka lub inne spotkanie towarzyskie z udziałem płci odmiennej.  Jednak to zaczynał już być inny Leszek, lecz ciągle jeszcze był bardzo podobny do tego z ósmej klasy.  Jeszcze w swoim mieście czuł się jak ryba w wodzie, wszystko było znajome, przyjazne, przynosiło spokój i rozładowywało tęsknotę za domem z którą borykał się Leszek w pierwszych miesiącach pobytu w Bydgoszczy, ale czasami już zaczynał widzieć otaczającą go miasteczkową perspektywę innymi oczami i dokonywał różnych porównań, które prawie zawsze były  w jego oczach przeważnie na korzyść jego nowego środowiska.

Zostawmy jednak te rozważania i wróćmy na stancję do państwa Brzozowskich bo tam teraz Leszek spędzał najwięcej swojego czasu.  Parę zdań na ten temat już było, ale warto go poszerzyć.  Państwo Brzozowscy to zupełnie nowe doświadczenie życiowe Leszka.  Dotąd żył w obrębie swojej rodziny i nie za bardzo znał zachowania i obyczaje innych, obcych mu ludzi, a tutaj, na stancji zetknął się i to bezpośrednio z obcym mu zupełnie światem i musiał się do niego przystosować z czym często miał spore problemy.  W mieszkaniu, w którym zajmowali mały pokój na samym końcu długiego korytarza, żyły obok siebie dwa małżeństwa.   Jedno to byli rodzice pana domu, a drugie to pan domu z małżonką.  Oba te małżeństwa prowadziły odrębne życie pod prawie każdym względem.  Pan domu Zenon Brzozowski , nigdzie nie pracujący, około pięćdziesięcioletni mężczyzna, był na rencie.  Był wielkim zwolennikiem przedwojennych porządków, był wręcz fanatycznie wrogo nastawiony do socjalizmu i codziennie przez wiele godzin słuchał Radia Wolna Europa lub radia Głos Ameryki.  Jego wielka lampowa Stolica, o czym już zresztą wspominaliśmy, bez przerwy skrzeczała, szumiała i piszczała nastawiona na krótkich falach, a czasami wydobywał się z tego chaosu jakiś głos mówiący o rzeczach, o których oficjalnie nie można było się dowiedzieć.  Te piski i szumy, szczególnie wieczorem dochodziły do uszu Leszka i Irka i czasami podkradali się za kotarą oddzielającą pokój pana Zenona od przejścia do ich pokoju i podsłuchiwali co też tak pana Zenka. całymi godzinami zajmuje.  Natomiast pani domu Danuta Brzozowska prawie całymi dniami była nieobecna. Pracowała jako urzędniczka i była jedynym zaopatrzeniowcem całego domu.  Była osobą energiczną i to ona utrzymywała cały ten dom we względnym ładzie.  Łagodziła spory i napięcia, wydawała zgody i polecenia oraz zakazy, dotyczące gównie Leszka i Irka.  Państwo Brzozowscy prowadzili tradycyjny dom, ze wszystkimi tego objawami.  Dominowały mieszczańskie nawyki i zachowania.  Pory posiłków, godziny oglądania telewizji, mycia się, sprzątania i wiele innych codziennych czynności były ściśle określone i surowo przestrzegane.  Do tego wystrój mieszkania - stare tradycyjne meble, wielkie obrazy, ryciny patriotyczne, zapach pastowanego linoleum i tradycyjna kuchnia dopełniają obrazu tego zupełnie nowego dla Leszka środowiska, jakże odmiennego od jego dotychczasowego życia.

Pan Zenon szczególnie uaktywnił się na wiosnę 1968 roku, kiedy to najpierw w Warszawie, a potem w innych miastach wybuchły zamieszki, głownie z udziałem studentów.  Wstąpiła w niego nowa energia i nowy duch, którego część chciał przekazać dwóm młodzieńcom zamieszkującym u niego na stancji.  Pod koniec marca wieczorem zaprosił ich do swego pokoju, poczęstował herbatą i zaczął wykład o tym co się dzieje i jakie on ma zdanie na ten temat.  Potem zadawał Leszkowi i Irkowi dużo pytań dotyczących przedwojennej i wojennej historii Polski, na które oni zazwyczaj nie znali odpowiedzi, gdyż tego w szkole nie uczono, a w ich rodzinach się o takich sprawach nie mówiło.  Pod Niebiosa wychwalał Piłsudskiego, opowiadał o rosyjskiej zbrodni w Katyniu, mówił okropne rzeczy o Stalinie i całym Związku Radzieckim.   Chłopaki słuchali go z uwagą, ale za bardzo nie mogli dyskutować, gdyż nie posiadali prawie żadnej wiedzy na poruszane przez pana Zenka tematy.   Na koniec spotkania, trwającego chyba ze dwie godziny, pan Zenek pokazał im gdzie szukać na skali radia stacji o których rozmawiali i w jakich godzinach najlepiej słuchać. Leszek potem wielokrotnie w domu na ich Etiudzie starał się wykonywać zalecenia pana Zenona, ale nie za bardzo mu szło słuchanie i rozumienie do końca tego co tam mówią, pomijając już okropne zakłócenia uniemożliwiające często zrozumienie treści audycji.   Ale wyniósł z tego zwyczaju pana Zenona jedną korzyść.  Otóż pewnego późnowiosennego dnia 1968 roku natrafił na tychże krótkich falach na audycję pod tytułem "Journale de la siesta vie radio Praga".  Ta w o wiele lepszej jakości audycja, po paru minutach dziennika nadawanego w języku włoskim, potem nadawała przez prawie dwie godziny piękne włoskie piosenki.  A wówczas muzyka włoska, a szczególnie festiwal w San Remo były dostarczycielem wielu światowych przebojów.  Leszek tak się do tej audycji przyzwyczaił jak inni do radia Luxemburg i słuchał jej potem dosyć regularnie, oczywiście gdy tylko mógł, to przez kilka następnych lat.  A potem popularne stał się Program III nadawany na UKF-ie.  Z czasem włoskie przeboje odeszły sobie, lecz sporadycznie wracały jeszcze przez następnych kilkanaście lat.

Oprócz tych wspomnianych nowości w życiu Leszka jedną z najważniejszych były relacje z kolegą, z którym mieszkał czyli z Irkiem.  Pochodzili z zupełnie innych środowisk, mieli inne doświadczenia życiowe, jeżeli tak można powiedzieć o piętnastoletnich chłopakach, i zupełnie inne zainteresowania, inne dotychczasowe przeżycia oraz inne przyzwyczajenia, obyczaje i nawyki.   A jednak dosyć prędko się dotarli i znaleźli wspólny język prawie we wszystkim.  Oczywiście zdarzały się kłótnie, obrażania i inne nieporozumienia, a nawet raz rzucali w siebie nożami, ale takimi obiadowymi z zaokrąglonym ostrzem, po tym rzucaniu zostały dwa niewielkie ślady na ścianach, lecz ogólnie biorąc ich wspólne życie toczyło się zazwyczaj dobrze i pogodnie.  Leszek miał duże szczęście trafiając na Irka, który okazał się być spokojnym, zrównoważonym i sympatycznym towarzyszem. To właśnie Irek głównie rozładowywał powstające napięcia, zamieniał w żart wiele nieporozumień, albo szybko o nich zapominał.   Nie był obrażalski, ani pamiętliwy.  Do tego był wesoły, pełen energii i dobrych chęci.  Był on z rodzaju tych ludzi, których prawie wszyscy lubią.  Toteż szybko przylgnęło do niego klasowe miano "wuja" i chyba ono najlepiej oddaje charakter tego szkolnego najbliższego towarzysza Leszka.  Przez pięć lat technikum prawie nikt z kolegów szkolnych nie zwracał się do Irka inaczej niż mówić wuja, a wielu nawet zapomniało jego prawdziwego imienia, tak ów przydomek do niego przylgnął.

Po pierwszej połowie roku szkolnego zostali obowiązkowo umundurowani.  Otrzymali kurtki mundurowe, spodnie kolejowe, czapki kolejowe z odznaczeniami, buty kolejowe oraz płaszcze zimowe.  Cała odzież była z grubego sukna i późną jesienią oraz zimą sprawdzała się znakomicie, ale w pozostałym okresie była absolutnie niedostosowana do pory roku, a chodzić w niej było trzeba.  Taki był obowiązek i już.  Ta sprawa nie podlegała dyskusji, a komu się nie podobało ten mógł zrezygnować ze szkoły.  Naczelnym egzekutorem i głównym sprawdzającym czy uczniowie nie zakładają czasami cywilnych spodni, innych butów lub czapek był dyrektor administracyjny Ludwik Krupski.  Ten postawny mężczyzna z sumiastym wąsem był prawdziwym postrachem szkoły.  Wystawał przed lekcjami przed szkołą i dokładnie przyglądał się uczniom.  Ci co nie mieli obowiązkowej odzieży mundurowej musieli wracać do domu, stancji lub internatu i przyjść w mundurze jak należy, a najpierw zanim mogli się udać do klasy, musieli się zgłosić do pana Ludwika, aby ten sprawdził, czy uczeń wykonał jego polecenie.  To samo było z włosami, obowiązywała zasada, że włosy mają być wystrzyżone dwa palce (na grubość palca) nad uchem i trzy palce nad karkiem.  Jeżeli fryzura danego delikwenta jak zwykł mówić pan Krupski, mu się nie podobała to czasami całymi, nieraz kilkunastoosobowymi grupkami, wysyłał uczniów do fryzjera na Plac Wolności, a tam fryzjerzy widząc uczniów w mundurach technikum kolejowego już wiedzieli co mają czynić, kasując od każdego z uczniów za pięć minut pracy ręczną maszynką do strzyżenie, pięć złotych.  Czasami tylko w stosunku do uczniów starszych klas, czwartej i piątej, stosowali lekką taryfę ulgową.  Zaś kto chodził do której klasy to było widoczne po ilości winkli przyszytych na rękawach kurtek mundurowych.   Pan Ludwik Krupski to jedna z legend szkoły i opowieści o nim były zawsze pełne opisów jego złośliwości, utrudniania życia uczniów, kontrolowania i karania.  Sztandarową karą było czyszczenie ławek zabrudzonych atramentem, tuszem, popisanych długopisami lub podniszczonych graniem w cymbergaja.  W zależności od humoru pana dyrektora administracyjnego lub też od wagi danego przewinienia, dostawało się do czyszczenia od dwóch do pięciu ławek, a na jedną taką ławkę trzeba było po lekcjach poświęcić minimum około godziny.

A bystre oko pana Ludwika wypatrzyło wszystko - brak kapci na butach (były takie czasy i takie obyczaje), odwrotnie przyszyte patki na marynarce mundurowej, a nawet brak odznaki lub krzywo przymocowaną odznakę na mundurowej czapce.  Do sekretariatu należało wchodzić z głośnym "dzień dobry" tak głośnym, aby pan Ludwik, urzędujący w gabinecie za niedomkniętymi drzwiami usłyszał, bo inaczej natychmiast się pojawiał i było: - uczeń wyjdzie za drzwi, uczeń zapuka jeszcze raz, uczeń wejdzie i powie głośno "dzień dobry" - zrozumiał uczeń?    Pan Krupski wymagał także salutowania na ulicy i w sposób bezwzględny tropił i tępił szkolnych palaczy, którzy zazwyczaj urzędowali w toalecie na drugim piętrze czyli najdalej od gabinetu pana dyrektora administracyjnego.  Ci przyłapani na gorącym uczynku dostawali największe kary.

Dla wszystkich uczniów, a już dla tych z pierwszej klasy, jak już napisaliśmy, pan Ludwik Krupski był prawdziwym postrachem. Chociaż trzeba przyznać, iż zdarzali się tacy uczniowie co potrafili go oszwabić, a czasami nawet z niego zadrwić, ale były to rzadkie wyjątki.

Warto także wspomnieć słynne Artosy organizowane przez Edmunda Lubiatowskiego - znakomitego bydgoskiego muzyka, który jednocześnie uczył śpiewu w szkole Leszka.  Artosy polegały na tym, że w auli szkolnej lub w pobliskiej Filharmonii Pomorskiej odbywały się, przynajmniej raz w miesiącu, południowe koncerty dla uczniów całej szkoły.  Były to bardzo pouczające lekcje, gdyż znakomici muzycy mówili o instrumentach, opowiadali o muzyce, o swoich muzycznych pasjach, a potem grali utwory o których opowiadali.  Doskonale te koncerty prowadził, bodajże pan Janusz Cegiełła.  Z tego okresu pozostała Leszkowi na zawsze sympatia, między innymi, do "Czterech pór roku" Vivaldiego czy do mazurków Chopina.  Szkoda, że dzisiaj uczniowie i to powszechnie nie mają takich okazji do zapoznawania się z muzyką poważną, lekką i kameralną

O panu Lubiatowskim będzie jeszcze później, gdyż ten wspaniały człowiek na pewno zasługuje na dłuższe wspomnienie w tej naszej pisaninie.  


                                                              Następny odcinek.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Stowarzyszenie Metropolia Bydgoska zapowiada start w wyborach samorządowych.

Stowarzyszenie Metropolia Bydgoska w poczuciu obowiązku zadbania o przyszłość naszego miasta podjęło decyzję o udziale w nadchodzących wyborach samorządowych. 

Chcemy Bydgoszczy otwartej na potrzeby mieszkańców, na dialog społeczny, a nie billboardowej propagandy. Bydgoszcz potrzebuje wizji rozwoju na miarę lidera w regionie i znaczącego ośrodka gospodarczego i politycznego w Polsce. Tylko prawdziwa wizja, a nie pojedyncze działania na pokaz pozwolą Bydgoszczy dogonić czołówkę metropolii w Polsce. Bydgoszcz potrzebuje gospodarza, a nie politycznego namiestnika partii. Patrząc na to, co dzieje się w kręgach politycznych uważamy, że czas partyjnych gospodarzy się już skończył.

Wiemy, że nie będzie łatwo, gdyż nie posiadamy zaplecza politycznego, w naszym gronie za to są odpowiedzialni i kreatywni bydgoszczanie, co stanowi o sile naszego ruchu.

Zapraszamy do wsparcia naszej inicjatywy wszystkie środowiska, które utożsamiają się z naszym miastem i którym jego los nie jest obojętny.

Stowarzyszenie Metropolia Bydgoska zaprasza do kontaktu, nasz e-mail : metropolia.bydgoska@gmail.com

wtorek, 5 sierpnia 2014

Pocztówka do pani ministry w sprawie S-5

Bardzo dziwnie traktowana jest Bydgoszcz, a raczej bydgoszczanie, przez władze centralne, które podejmują kluczowe decyzje gospodarcze.  Do najbardziej jaskrawej "dziwaczności" pretenduje na pewno sprawa budowy drogi ekspresowej S-5 na odcinku Nowe Marzy - Gniezno.   Ciągle są jakieś plany i ciągle się zmieniają.  Ciągle są zapewnienia polityków krajowych i regionalnych, które notorycznie nie są dotrzymywane.  Sprawa budowy tego odcinka drogi S-5, najważniejsze dla bydgoszczan inwestycji, jest już kuriozum na skalę europejską i ciągle nie widać rzeczywistych początków jej realnej budowy.  Ciągle zapadają sprzeczne decyzje, ciągle są inne pomysły, ciągle są przerzucane środki z jednej drogi na inną, ciągle zmieniają się priorytety, ale tylko bydgoski odcinek S-5 konsekwentnie nie jest budowany.   I znowu słyszymy o kolejnych zagrożeniach związanych z ochroną środowiska i znowu kolejne terminy będą przesuwane w odległą przyszłość.

Aby przynajmniej coś zrobić, grupa bydgoszczan postanowiła wysyłać kartki pocztowe do głównej polskiej decydentki w kwestii dróg, czyli ministry Elżbiety Bieńkowskiej.  Do akcji włączyło się także Stowarzyszenie Metropolia Bydgoska.

Poniżej pocztówki, które mogą podpisywać bydgoszczanie i wysyłać je samodzielnie lub tylko podpisywać, a wysyłką zajmie się organizator akcji.

Czyż nie jest to klasyczny przykład "dziwnejbydgoszczy"?