poniedziałek, 27 lutego 2017

Kolejny raz w Hiszpanii.

Od połowy lutego ponownie przebywamy na południowym krańcu Costa Blanca.  Odpowiednia dieta, rowery, spacery (a właściwie marsze), kąpiele morskie, gimnastyka, słońce, zieleń, lecznicze błota, duże jeziora - zbiornik solanki, a obok nich kilkunastometrowej wysokości hałdy białej morskiej soli wirującej przy wietrze w całym otoczeniu, różnokolorowe kwiaty, kwitnące krzewy, dojrzewające owoce cytryn, pomarańczy i mandarynek i inne wspaniałe kwitnące okazy przyrody, na przykład hibiskus amarillo, wpływają bardzo pozytywnie na naszego umęczonego ducha.  

A także mam nadzieję, że na poprawę zdrowia.

Poniżej kilka migawek z tych ostatnich prawie dwóch tygodni.

Rowerem, także po plażach.

Minionej niedzieli na plaży w Cabo Roig

Osobliwe wędkarstwo.

Typowe śniadanko.

niedziela, 12 lutego 2017

Leszek - odcinek 34

Drugi rok studiów dobiegał końca.  Leszek osiągnął bardzo dobre wyniki i zdał świetnie wszystkie, oprócz jednego, egzaminy.  Tym ostatnim egzaminem był egzamin u pana doktora Nila Konopki z bardzo rozległej, wykładanej przez cały rok, wiedzy dotyczącej budownictwa ogólnego.

Leszek w tym czasie czuł, że świat do niego należy.  Planowali z Joanną i grupą przyjaciół wyjazd na obóz żeglarski, gdzie mieli zdobywać stopień żeglarza.  Zaś we wrześniu planowali kilkudniowe pobyty w Gdańsku, Wąbrzeźnie, Wągrowcu i Funce.  Zatrzymywać się mieli u znajomych i u rodziny.  Wszystko mieli zaplanowane, uzgodnione i z góry już się cieszyli na to co ma ich spotkać.  Dodatkowo cieszyli się bo dzień przed ostatnim egzaminem rozpoczęły się pamiętne Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, które odbywały się w RFN i do których Polska zakwalifikowała się po historycznym remisie z Anglią na Wembley.  A wszyscy dookoła byli zapalonymi kibicami piłki nożnej i wiele sobie obiecywali po występach Polaków.  Wszystko układało się znakomicie, a najbliższa przyszłość obiecywała wiele najlepszego.

Pozostał tylko ten jeden egzamin, który Leszek musiał dobrze zdać, aby nie utracić stypendium.  Potem miesięczna praktyka zawodowa.  A po niej całe dwa miesiące tylko dla nich.  Dla Leszka i Joanny. Zapowiadało się cudownie.  No i jeszcze te Mistrzostwa..

Czternastego czerwca tuż po godzinie dwunastej Leszek stanął przed srogim obliczem pana Nila. Pragnął jak najlepiej zdać ten egzamin, egzamin kończący drugi rok studiów.  Przed ową dwunastą było parę godzin nerwowego oczekiwania, była giełda pytań, było dzielenie się wrażeniami i ocenami z tymi co już wyszli po egzaminie.  Wreszcie Leszek wszedł do sali egzaminacyjnej.  Pan doktor Konopko, starszy już wiekiem, ogromnie doświadczony specjalista w zawodzie i doskonały wykładowca, zadał mu trzy pytania.  Niestety na żadne z nich Leszek nie znał odpowiedzi.   Coś tam bąkał pod nosem, wymyślał, konfabulował, ale już wiedział, że wpadł, i że czeka go jesienny egzamin poprawkowy.  A w związku z tym nerwowe i  zmarnowane  wakacje, wakacje na które tak czekał, tak je planowali i tak na nie oszczędzali.  Przez krótką chwilę ogarnęła go czarna rozpacz i jak się to mówi chciało mu się wyć.

Pan  Konopko zaś odwrotnie, wysłuchał spokojnie jego mętnych wywodów i w pewnej chwili zapytał: - czy już pan skończył swoje odpowiedzi.  Leszek zdruzgotany odpowiedział, że tak.  Pan doktor spoglądał przez chwilę na niego jakoś dziwnie, a po paru minutach niezręcznego milczenia, poprosił o zeszyt z notatkami z całego roku wykładów.  Przejrzał go uważnie, wziął do ręki młotek i spory, tak na oko pięcio-calowy gwóźdź, po czym na specjalnej drewnianej podkładce przebił w samym środku okładki ten duży i gruby zeszyt owym gwoździem na wylot, oddał zeszyt Leszkowi i poprosił o indeks.

Leszek strasznie zdenerwowany, trzęsącymi się rękoma, podał indeks, a pan Nil nic nie mówiąc, coś do indeksu wpisał i oddał go Leszkowi.  Leszek kompletnie załamany, spojrzał na zapis w indeksie i zupełnie osłupiał.  Stało tam napisane jak byk:  „bdb”,  czyli bardzo dobry.  Nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia i w przypływie nagłego impulsu zapytał: - jak to możliwe panie doktorze?  Przecież nie odpowiedziałem na żadne z trzech pytań?  Na to pan  Konopko swoim spokojnym i wyrazistym głosem odrzekł: - i tak wiem, że pan stosunkowo dużo umie.  Przecież nie dałem panu zaliczenia z oceną bardzo dobrą na piękne oczy, prawda? 
Niestety dzisiaj miał pan pecha, a może zjadła pana trema lub puściły nerwy.  Z  tego co ja widziałem to wiem, że przez cały rok chodził pan regularnie na wykłady, zawsze siedział w pierwszym rzędzie i często zadawał różne, a do tego nad wyraz szczegółowe, czasami nawet irytujące pytania.  Poza tym widzę, że przynajmniej połowa notatek na roku jest odpisana z pańskiego zeszytu. Te same sformułowania, te same rysunki i wszystko w takiej samej kolejności.   To co miałem panu postawić?

Z tymi zeszytami to była wieloletnia i barwna tradycja.  Na egzamin ustny należało obowiązkowo przychodzić z całorocznymi notatkami, których forma była z góry określona, już na pierwszym wykładzie.   Pan Konopko przeglądał je dokładnie i przebijał notatnik gwoździem, gdyż wychodził z założenia, że nawet najbardziej leniwy student, jak przepisze i przerysuje około stu stron formatu A4, to się czegoś nauczy.  A ponieważ był człowiekiem obdarzonym wyjątkowo zdrowym rozsądkiem to wiedział, iż studenci będą sobie pożyczali zeszyty lub kombinowali w ten lub inny sposób, aby tylko uniknąć żmudnego i czasochłonnego przepisywania.   Żeby im uniemożliwić jakiekolwiek manipulacje to przejrzane w trakcie ustnego egzaminu notatki studenta, którego akurat odpytywał, od razu na gorąco  „zaznaczał”.  Czyli brał młotek i gwóźdź i przebijał zeszyt na wylot.

Krótko mówiąc, dodał jeszcze po chwili pan Konopko, taka ocena się panu według mnie należy i tyle.

Wychodząc z sali egzaminacyjnej Leszek czuł jak rosły mu skrzydła i już po chwili wprost frunął na tych skrzydłach ulicami miasta, tuż nad chodnikiem.  Frunął do swojej Joanny, aby podzielić się z nią tą przeogromną radością.  Stan w jakim wówczas się znajdował, trudno opisać, ale był to na pewno rodzaj wielkiego szczęścia.  Było to takie duże i ogromnie pozytywne rozładowanie, taka ulga i takie poczucie zadowolenia i spełnienia, które bardzo rzadko goszczą w życiu człowieka.  Leszek, jak dzisiaj się nad tym zastanawia to wychodzi mu, że podobnych chwil w swoim życiu przeżył pięć, może sześć, czyli średnio przypadała mu jedna taka chwila, chwila prawie absolutnego szczęścia i wielkiej chwilowej wolności, raz na dziesięć lat.

Niezmiernie rzadko spotyka się na swojej życiowej drodze ludzi, którzy potrafią się tak zachować jak pan Konopko. Dlatego też to zdarzenie stało się dla Leszka swoistym drogowskazem, swoistym probierzem i miarą tego czego człowiek najbardziej oczekuje, czyli miarą uczciwego docenienia jego starań, jego zaangażowania i jego pracy, miarą rzetelnej oceny i zrozumienia.  Takie chwile, chociaż to stwierdzenie może wielu wydać się na wyrost, są jednym z sensów naszego istnienia bo pozwalają na rozładowanie ogromnych napięć, pozwalają poznać prawdziwe uniesienie i pozwalają, chociaż przez chwilę, być naprawdę wolnym.

Potem były sławetne boje polskich piłkarzy na niemieckich boiskach.  Wreszcie półfinał z gospodarzami, który rozgrywano w błocie po kostki i który w takich warunkach nigdy nie powinien być rozgrywany. Półfinał, w którym Polacy, pomimo tego błota, grali świetnie, ale sędzia nie przyznał im ewidentnego karnego, zaś przyznał go Niemcom, na szczęście Tomaszewski obronił. Niestety największy sęp piłki nożnej, a jednocześnie jeden z najlepszych napastników Gerd Muller strzelił jednak nam gola i to Niemcy znaleźli się w finale.  Polacy zaś pokonali w meczu o trzecie miejsce legendarną Brazylię.  To był największy sukces polskiej piłki w całej jej dotychczasowej historii.

Atmosfera tamtych sportowych uniesień już nigdy się nie powtórzyła.  Leszek oglądał te mecze z całą rodziną Joanny.  Oglądali na czarno-białym dwudziestodwu calowym  telewizorze marki Ametyst. Poczynając od pierwszych goli strzelonych Argentynie, aż po ostatni strzelony Brazylii, podczas wszystkich meczów byli w swoistej euforii, krzykom, zachwytom i komentarzom nie było końca.  I ten niezapomniany Jan Ciszewski ze swoim niesamowitym zaangażowaniem i ogromnymi swoimi emocjami, które na pewno udzielały się znakomitej większości telewidzów.

Ach co to były za chwile i to w takim Leszka życiowym momencie.  Cudowne, wspaniałe, niezapomniane przeżycia.

Cały lipiec to ciężka praca przy torach tramwajowych w Bydgoszczy, gdyż tam odbywała się miesięczna praktyka zawodowa.  I znowu pracowali za darmo.  Praca przy torach polegała na wymianie podkładów, podbijaniu tłucznia specjalnymi kilofami, dokręcaniu śrub i na innych podobnych czynnościach.  Praca nudna, nieciekawa i żmudna.  Pewnie celowo wykorzystywano studentów bo do tych prac zawsze brakowało ludzi, a do tego latem szczególnie bo dochodził jeszcze sezon urlopowy.  Na szczęście nie byli nigdzie skoszarowani, ale musieli przychodzić na siódmą i pracować do piętnastej.  Niewiele warto o tej praktyce pisać prócz tego, że się ona odbyła. Przynajmniej na zakończenie praktyki Wojewódzkie Zakłady Komunikacyjne zorganizowały im trzydniowy pobyt w swoim ośrodku wypoczynkowym Kopernica leżącym na jeziorem Charzykowskim.  Była akurat piękna pogoda.   Było dobre jedzenie, ogniska, trochę popijania, długie rozmowy, karty.  Ośrodek dysponował wspaniałym pełnomorskim jachtem.  Powierzchnia jego żagla miała pięćdziesiąt sześć metrów. kwadratowych.  Michał, o którym później dużo będzie, sąsiad Leszka zza ściany w akademiku, posiadał już uprawnienia sternika i dzięki temu wypożyczono grupie studentów ten jacht na cały długi dzień.  Mieli szczęście, akurat dobrze wiało i przy tym wietrze osiągali niezłe prędkości i spore przechyły.   Ośmioosobowa załoga bawiła się znakomicie.  To było pierwsze żeglarskie doświadczenie Leszka, a krótko potem obóz żeglarski nad tym samym akwenem.  I tak zrodziła się miłość Leszka do żeglarstwa.

Obóz odbywał się nad jeziorem Charzykowskim w miejscu zwanym Kuksą Polaną, położoną nad trzecim chyba największym akwenem tego jeziora. To ten akwen od strony Swornychgaci, a miejsce obozu położone było prawie na przeciw wspomnianej Kopernicy.

Mieszkali w namiotach, ustawionych z dziesięć metrów od brzegu jeziora.  Obok ich namiotu mieszkał Michał, którego narzeczona Elżbieta także pragnęła zdobyć stopień żeglarza. Oprócz tego było jeszcze sześć innych namiotów i namiot kuchenny.  To wówczas Leszek pierwszy raz zasiadł przy sterze.  Pływali drewnianymi omegami z żaglami z płótna żaglowego.  Takich żaglówek mieli do dyspozycji pięć na dwunastu kursantów.  Codziennie po śniadaniu było parę godzin zajęć teoretycznych, które prowadzili ich starsi koledzy, między innymi Marek Żaba i Andrzej Nagórski.  Potem taklowanie, robienie węzłów i do żaglówki. Tak wiało, że przy długich halsach miecze grały, a przechyły sięgały czterdziestu pięciu stopni od pionu. Pogoda prawie przez całe dwa tygodnie była żeglarska i nauka szła dobrze.  Wieczorami ognisko, śpiewy i opowieści do późnych godzin nocnych.

Także wówczas Leszek zetknął się po raz pierwszy z windsurfingiem.  Wówczas były one drewniane z drewnianym boomem biegnącym dookoła płóciennego żagla.  Jak ten płócienny żagiel opadł do wody to bardzo ciężko było go wyciągnąć.  Jednego dnia Leszek stanął na deskę podciągnął żagiel, a że wiatr nie był za silny to podpłynął z tym wiatrem prawie do przeciwnego brzegi, oddalonego o jakieś dwa kilometry.  W ten sposób znalazł się w pobliżu Kopernicy.  Podpłynął jakieś pięćdziesiąt metrów do brzegu i spróbował zrobić zwrot, aby wrócić do swojego obozu.  Niestety, ani zwroty ani płynięcie halsami pod wiatr absolutnie mu się nie udawały.  Stawał na desce wyciągał żagiel i zaraz po przebyciu kilkunastu metrów lądował w wodzie.  Ponownie wdrapywał się na deskę, wciągał żagiel, aby po chwili znowu to powtórzyć.  Po godzinie takich zmagań zupełnie się zniechęcił, usiadł okrakiem na desce i zaczął machać rękoma oraz krzyczeć w stronę swojego obozu. Niestety obóz był odległy o jakieś dwa kilometry i nikt go tam nie widział i nie słyszał. Siedział na tej desce z dwie godziny i ogromnie się niepokoił.  Na szczęście po kolejnej półgodzinie przepływał obok niego kajak z ośrodka w Kopernicy.  Leszek poprosił kajakarzy, żeby go doholowali do obozu żeglarskiego.  Kajakarze, młode małżeństwo, śmiejąc się z niego i żartując na tematy żeglarskie, doholowali go do obozu.  W taki to sposób Leszek zniechęcił się, pewnie zupełnie niesłusznie, ale już na stałe, do windsurfingu.

Ostatniego dnia obozu odbył się egzamin teoretyczny i praktyczny i Leszek zdobył stopień żeglarza.

Na obozie żeglarskim.



Poprzedni odcinek.

Następny odcinek





środa, 8 lutego 2017

Jeden płatek śniegu w ogromnej zaspie.

Bez komentarza.  Suche fakty.


Pierwszą polską elektrownię jądrową budują dwie spółki z Grupy PGE kierowane przez tych samych menedżerów w zarządach. W jednej dostają pensje ograniczone kominówką, a w drugiej rynkowe. Wśród nich jest były minister skarbu Aleksander Grad, który zarabia łącznie 55 tys. zł brutto, z czego 13 818 zł jako prezes w spółce podlegającej pod ustawę kominową, a 41 468 zł jako szef tej drugiej. To kolejny dowód, że ustawa kominowa jest dziurawa jak ser szwajcarski i w praktyce ograniczenia pensji są iluzoryczne

Poniżej najlepiej oceniony komentarz pod powyższym artykułem spośród 720 komentarzy:



orion57
Oceniono 720 razy 680

Jesli prezes zarabia nawet 100tys zł na miesiąc w prywatniej firmie, to mnie to nie interesuje. Ale jeśli ktoś z z nadania politycznego piastuje funkcje w dwóch spółkach i zarabia ponad 50 tys zł to oznacza,że bierze to z kieszeni ludzi zarabiających nieco powyżej 1000zł miesięcznie. Nie wiem jak to się poprawnie nazywa ale po mojemu to złodziejstwo.

I mój komentarz (11 miejsce na 720 komentarzy)


semeon
Oceniono 28 razy 28

Kiedy wreszcie będziecie rynkowo zarabiać? ŚWIETNE, KAPITALNE. To jest kpina z naszego państwa. To jest Amber Gold POlska w pełnym rozkwicie. Kiedy my to zmienimy? Ja się uwijam od rana do wieczora i jak trochę zarobię to muszę zapłacić ZUS, zaliczkę na podatek, a przed 25 księgowa dobija mnie wysokością VAT-u o innych kosztach nawet nie chce mi się pisać. I nikt mnie nie pyta - kiedy będziesz zarabiał rynkowo. I tak do 67 roku życia, a potem 5 lat na emeryturze, około 1 tys. zł / a składki za siebie płacę już 25 lat. A tutaj proszę, pewnie po 10 latach pracy w szkodliwych "jądrowych warunkach" gość pójdzie na emeryturę i będzie dostawał jej maksymalny pułap, pewnie jakieś 15 tys. zł miesięcznie, pomijając fakt, że będzie miał odłożone parę milioników. Zaś tacy jak ja będą na to pracować. Co to za kraj? Jak coś takiego może istnieć? Jak można nas tak oszukiwać? Kiedy to się zmieni?




Suche fakty.


Brejzy, Szejnfeldy, Kierwińskie i inne Szczerby i tak odwrócą kota ogonem, ale ludziom rozsądnym wystarczą owe suche fakty.

Tak dla refleksji i przypomnienia.


Kultura to wyjątkowi ludzie, a gdy ich brak to i kultury brak.  Był kiedyś w Bydgoszczy świetny dyrektor Teatru Polskiego - Andrzej Maria Marczewski, a kierownikiem muzycznym był wówczas Tadeusz Woźniak ( tak ten Tadeusz Woźniak).  I nie potrzebne wtedy były żadne masterplany dla kultury, nie trzeba było paktów dla kultury i nie było pań Matowskich, panów Kaczmarków i całej tej  dziwacznej kamaryli.  A kultura kwitła w mieście Bydgoszcz.  Najwyższy czas powrócić do dobrych sprawdzonych wzorców, a sprytnych, merkantylnych działaczy pogonić gdzie pieprz rośnie.


Andrzej Maria Marczewski nie tylko był wspaniałym dyrektorem i reżyserem, ale także
był świetnym kompanem.




piątek, 3 lutego 2017

Leszek - odcinek 33

Po pierwszym roku, podczas wakacji, studenci odbywali obowiązkową praktykę geodezyjną. Trzydziestoosobowa grupa studentów w której znalazł się Leszek pojechała na dwa tygodnie do Wtelna. Mieszkali w miejscowej szkole.  Panowie w liczbie szesnastu chłopa w jednej sali lekcyjnej, a czternaście pań w drugiej takiej sali lekcyjnej.  Leszek miał już dwukrotnie praktyki geodezyjne w technikum to dla niego teodolit, niwelator czy węgielnica były narzędziami, które już dobrze znał, ale zdecydowana większość pierwszy raz miała dokonywać pomiarów w terenie.  Robili pomiary geodezyjne drogi pomiędzy Tryszczynem, a Wtelnem.  Te pomiary miały później posłużyć do celów przeprojektowania tej drogi dlatego musiały być wykonane fachowo i rzetelnie.  W ciągu dnia uczciwie pracowali i to za darmo, ale późnymi letnimi popołudniami i długimi wieczorami odchodziły zaloty, brydż, pokerek, picie piwa i winka, które w ciągu dnia po kryjomu kupowali w sklepie GS-u w Tryszczynie.  Przy niewielkich ilościach owych trunków prowadzili wielogodzinne dyskusje na wszelkie możliwe tematy.

Ciekawy był sposób stołowania się.  Otóż na posiłki chodzili do miejscowej, a jakże również GS-owskiej, gospody o wdzięcznej nazwie Zagłoba, a była to taka klasyczna mordownia z gatunku tych co to poeta napisał, że "idzie chłop, gęba sina oj nie wraca ci on z kina".  Na szczęście na czas posiłków gospoda była dla pozostałych klientów zamknięta co nie przysparzało sympatii miejscowych do studenckiej braci. Kilkakrotnie rozegrali także z miejscowymi młodzianami zacięte mecze piłkarskie.  Wyniki były różne, ale skutki zawsze takie same czyli liczne sińce i zadrapania.  Na szczęście obyło się bez poważniejszych urazów chociaż boje były okrutne.

We Wtelnie na uroczym przykościelnym cmentarzu znajduje się grób Leona Wyczółkowskiego.  Byli tam parę razy po kolacji i zawsze miejscowy proboszcz bardzo zajmująco opowiadał im o tym słynnym artyście.

Leszek dokonywał pomiarów we Wtelnie, a Joanna w tym czasie kończyła zdawać egzaminy wstępne do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy.  Zdała je i dostała się na pedagogikę opiekuńczą. Niestety, gdy Leszek kończył swoją praktykę to Joanna rozpoczynała praktykę zerową.  A takie ciekawe mieli plany wakacyjne.   Joanna równie ciężko jak Leszek pracowała na owej praktyce. Trafiła do Zakładów Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego w Fordonie.  Pracowała na dwie zmiany, głównie zaprawiając ogórki.  I pomimo, że praktyka odbywała się tak blisko jej domu to jednak była obowiązkowo skoszarowana w internacie znajdującym się na przeciw zakładu przetwórczego. Mieszkała w złych warunkach, miała marne jedzenie i przez cały miesiąc, aż dwie wolne niedziele do tego tylko częściowo bo od godziny dziesiątej do osiemnastej.  Czy ktoś sobie dzisiaj (2017 rok) wyobraża podobne praktyki i podobny wyzysk studentów i to jeszcze przed podjęciem nauki?

I tak jak już wspomnieliśmy, z ambitnych pierwszych studenckich wspólnych planów wakacyjnych nic Joannie i Leszkowi nie wyszło.  Leszek, gdy Joanna dzielnie walczyła z ogórkami wyjechał z dwoma kolegami na prawie dwa tygodnie do Charzyków nad piękne jezioro Łukomie.  Pojechał z Leszkiem i Jurkiem.  Miał także z nimi pojechać Grzegorz, ale nie dostał urlopu bo Kobra musiała wykonywać kolejne ambitne plany produkcyjne i widocznie Grzegorz był im do tego potrzebny.  Mieszkali na polu biwakowym w dużym namiocie z tropikiem i przedsionkiem.  Chodzili się kąpać.  Pływali kajakami i łodziami, a wieczorem ogniska lub gra w kości albo w karty.  Oczywiście jakiś skromny alkoholik w niewielkich ilościach i tradycyjne długie Polaków rozmowy.  Pobyt był udany, ale nie mógł Leszkowi zastąpić planowanych wakacji z Joanną.  Jednak dobre było i to.  I tak minęły lipiec i sierpień, a cały wrzesień Leszek przepracował w Drukatorze, głównie w charakterze pracownika transportu, ale wykonywał też inne prace, głównie porządkowe i drobne roboty remontowe.  Zarobił nawet sporo bo tym razem nie pracował poprzez złodziejską spółdzielnię studencką, która zabierała czterdzieści procent wynagrodzenia,  Pan prezes Krzemkowski zgodził się go zatrudnić na osobną  miesięczną umowę.  Za to Leszek w czasie tego miesiąca, żartobliwie rzecz ujmując, wielokrotnie biegał po wódkę dla pana prezesa.

Tak to z gotówką w kieszeni w dobrych nastrojach i pełni energii wyruszyli, na początku października, przesuwać góry.  Joanna na pierwszym roku pedagogiki, a Leszek na drugim roku budownictwa.  Na drugim roku oprócz przedmiotów z roku pierwszego, doszło wiele przedmiotów ściśle zawodowych i ilość materiału do opanowania znacznie się powiększyła.  Leszek traktował swoją naukę bardzo poważnie i uczył się dużo co zaczęło przynosić coraz lepsze efekty.

Tymczasem w Polsce rozwinęła się na dobre epoka nazwana gierkowską.  Inwestowano z kredytów zagranicznych i powstawało wiele nowych wielkich zakładów przemysłowych, budowano wiele mieszkań w blokach z wielkiej płyty i w ogóle gospodarka, po latach stagnacji za Gomułki, ruszyła z kopyta.  Wokół kwitła socjalistyczna propaganda i nowe obyczaje socjalistycznych ludzi.  Ale Joanna z Leszkiem żyli obok tego i nie za bardzo się zajmowali tymi sukcesami gierkowskiego ustroju. Oprócz nauki bywali na rozlicznych imprezach studenckich, głównie w klubach Beanus i Hades. Późną jesienią Bydgoszcz odwiedził słynny wówczas studencki kabaret Salon Niezależnych (Janusz Weiss, Michał Tarkowski, Jacek Kleyff). Jedyny jego występ miał miejsce w auli Wydziału Budownictwa na ulicy Grodzkiej.  Wśród szczelnie nabitej studentami auli znajdowali się także Joanna i Leszek i pewnie nigdy w życiu, ani przedtem, ani potem tyle się nie naśmiali.  Oczywiście zdecydowana większość występu dotyczyła ironicznych, ale wielce inteligentnych i wyjątkowo trafnych odniesień do otaczających ich wówczas rzeczywistości.  Studencki kabaret wśród studenckiej widowni mógł sobie na wiele więcej pozwolić niż na normalnym występie.  Jednak nie wszystkim się ów występ spodobał i obecni na sali cenzorzy lub donosiciele spowodowali, że po tym występie Salon Niezależnych dostał trzyletni zakaz występów w województwie bydgoskim (tym normalnym bydgoskim, które potem nijaki Kulesza podzielił na trzy województwa czyli bydgoskie, toruńskie i włocławskie).

W budynku Budownictwa Lądowego była pięknie zagospodarowana piwnica, w której znajdował się także sympatyczny bufet z całkiem dobrym i niedrogim jedzeniem.   Z czasem to spore pomieszczenie oprócz tradycyjnego miejsca dla brydżystów potrafiących grywać tutaj po wiele godzin, często kosztem wykładów i ćwiczeń, zamieniło się w studencki klub o nazwie Loszek.   Odbywało się w nim wiele imprez i to zarówno planowanych jak i spontanicznych.  Improwizowali tutaj lokalni kabareciarze, różni grajkowie i piosenkarki, a nawet odbywały się uroczyste wieczorki braci żeglarskiej, narciarskiej czy turystycznej.  Joanna z Leszkiem bywała na wielu takich imprezach w Loszku.  Zawsze było dużo dobrej zabawy, ogromne ilości śmiechu, a czasem śpiewów i opowiadań.  Organizowano rajdy studencki, wyprawy po choinkę, przejazdy Ondyną (taki statek pływający po Brdzie), różne konkursy z nagrodami i wiele innych imprez i przedsięwzięć.

Jednak nadal najmilszym sposobem spędzania czasu dla Joanny i Leszka były dalekie spacery.  Niezmiennie upodobali sobie myślęcińskie górki.  Teraz na terenach po których wówczas spacerowali jest myślęciński park z alejkami, ścieżkami, sztucznymi stawami, arenami do występów, jest ogród botaniczny, park rozrywki i zoo, lecz wtedy to był zwyczajny las sosnowy, za lasem było pole z leśniczówką po środku, a za polem był (i jest) piękny bukowy las pokrywający myślęcińskie wzgórza. Tutaj mogli godzinami przebywać, a potem szli na niezalesione górki, gdzie obecnie jest stok narciarski i podziwiali odległą panoramę Bydgoszczy.

W tym samym czasie Leszek miał okazję poznać chłopaka, który później został jednym z najsłynniejszych Polaków i jest nim do dzisiaj.  Wtedy był on uczniem VI LO w Bydgoszczy i uczył się razem ze siostrą Joanny, Grażyną, a także razem ze swoją przyszłą żoną Wiesławą.  Grażyna i Wiesława od wielu lat były jak to się zwykło mówić 'papużkami nierozłączkami" i często spotykały się w otwartym i przyjacielskim domu Joanny i Grażyny.  A ponieważ Leszek bywał tam codziennie to zaczął także spotykać owego chłopaka. Chłopaka, który po staremu mówiąc, zaczął smalić cholewki do Wiesławy.  Tym chłopakiem był Zbigniew Boniek. Wówczas  był chudym, niezgrabnym, pryszczatym nastolatkiem z krzywymi nogam, Na Leszku sprawił wrażenie bystrego i inteligentnego młodzieńca chociaż pyskatego i wygadanego.  Dużo i ciekawie, ale to w pewien specyficzny sposób, potrafił opowiadać, a już o piłce, meczach, zagraniach, treningach to w szczególności   Grał w tym okresie w zespole juniorskim Zawiszy Bydgoszcz i już wtedy zapowiadał się na wielkiego piłkarza.

Najtrudniejszą przeprawą dla wszystkich studiujących wówczas budownictwo  było zaliczenie u doktora Kabata.  Już mieli z nim zajęcia na drugim semestrze, ale było tych  zajęć znacznie mniej i była to mechanika ogólna. To był tylko przedsmak tego co czekało ich na drugim roku.  Teraz mieli z panem doktorem Tadeuszem Kabatem jeden z podstawowych przedmiotów na budownictwie czyli mechanikę budowli i to cztery godziny wykładów oraz dwie godziny ćwiczeń w tygodniu. Doktor Kabat był niewątpliwie najlepszym wykładowcą z jakim Leszek się spotkał w swoim życiu.  Był ogromnie wymagający, perfekcyjny, rzetelny, systematyczny i uporządkowany.  Zawsze był doskonale przygotowany do wykładów i z ogromną pewnością siebie najpierw wypisywał na czterech tablicach szereg skomplikowanych wzorów i formułek, a potem używając swojego charakterystycznego wskaźnika jeszcze raz powtarzał.cały materiał wykładu pokazując owym wskaźnikiem odpowiednie wyliczenia, formuły lub wzory ilustrujące na tablicy to o czym aktualnie mówił. Nie używał jak wielu innych podczas wykładów żadnych książek, skryptów czy notatek.  Nie kazał zaglądać do skryptów jego autorstwa i przepisywać z nich notatek, jak to wielu miało w zwyczaju, a tylko na końcu wykładu przytaczał literaturę, która dotyczyła omawianego materiału..

Zaliczyć u Kabata to była sztuka, która w pierwszym podejściu udawała się mniejszości studentów, a zdać egzamin za pierwszym podejściem to było marzenie każdego studenta budownictwa.  Jak już wspominaliśmy do obliczeń w budowlanych projektach służyły wówczas suwaki logarytmiczne i nawet w tym doktor Kabat był bezwzględnie wymagający.  Pomyłka o jedną cyfrę i to na trzecim miejscu znaczącym powodowała przy zaliczeniu obniżkę o całą jedną ocenę.  Pan doktor był także wiodącym pracownikiem na całej uczelni, który zaczął wdrażać obliczenia wielkich projektów przy pomocy ówczesnych komputerów.  To najczęściej jak pan Kabat dokonywał skomplikowanych obliczeń za pomocą Odry 1204 czyli komputera o wielkości sporej szafy, komputer ten zawieszał się i to z nim ówcześni obsługujący to cudo tamtej techniki mieli najwięcej kłopotów.

Leszek oba semestry drugiego roku zaliczył u doktora Kabata, i to za pierwszym podejściem, na cztery, a oba egzaminy zdał na ponad dobry.  To był jego drugi największy sukces podczas jego studiów.  O tym pierwszym będzie w następnym odcinku.


Na praktyce geodezyjnej we Wtelnie.


Na praktyce we Wtelnie - w oczekiwaniu na obiad.



Poprzedni odcinek.



Następny odcinek.







piątek, 27 stycznia 2017

Warto przeczytać - 20

Vladimir Volkoff   "Montaż".

Krótka notka o pisarzu (Wikipedia)

Vladimir Volkoff, Władimir Wołkow, pisarz francuski. Pochodził z rodziny emigrantów rosyjskich, był ciotecznym wnukiem kompozytora Piotra Czajkowskiego. Ukończył studia na Sorbonie, był profesorem Uniwersytetu w Liège.

Pierwszy raz trafiłem na tego pisarza i to całkiem przypadkowo, ale po przeczytaniu książki "Montaż" nie mogę wprost powstrzymać się od komentarza na jej temat.

Zastanawiając się nad zawartymi w niej opisami działań agentów wpływu łatwo sobie wytłumaczyć i łatwo zrozumieć wiele mechanizmów rządzących naszym życiem społeczno-polityczno-gospodarczym od czasów przemian do chwili obecnej.

Daleki jestem od snucia teorii spiskowych, ale poczynając od okrągłego stołu, poprzez złodziejskie prywatyzacje, aż do powstania KOD-u jakże łatwo na kanwie tej powieści zrozumieć te procesy, które zawsze stanowiły źródło moich, delikatnie mówiąc, wątpliwości i sprzeciwu.

Każdy, a już szczególnie wszyscy mający związek z publicznymi funkcjami i mediami, powinni przeczytać to oryginalne dzieło oparte na faktach.  To wbrew pozorom wcale nie jest powieść szpiegowska lecz powieść pokazująca jak świadomie i skutecznie można wpływać na różne ludzkie postępowania i zachowania.

 Książka z taką perfekcją ujawniała mechanizmy i kulisy najbardziej wyrafinowanych działań Kremla na Zachodzie, że sama stała się celem autentycznej KGB - owskiej operacji. (montaż za "Montaż").  Na szczęście operacja nie powiodła się i książka nie tylko, że ukazała się, ale odniosła wielki prestiżowy sukces i została nagrodzona najważniejszą francuską nagrodą literacką w kategorii powieści (Grand Prix du Roman Akademii Francuskiej).

Aby bardziej zachęcić do jej przeczytania przytoczę fragment jej treści.

„(…) Ryzykować własnym życiem potrafi każdy idiota. Myślę, że o wiele przyjemniej jest połamać kości komuś innemu – odpowiedział Pitman, pogodnym uśmiechem przepraszając za ostrość wyrażenia. –Tyle że nie żyjemy już w czasach księcia Sieriebriannego, ani w czasach naszych bogatyrów. Wtedy niewielki rozumek i maczuga wystarczały do wygrania bitwy. Nieszczęśliwie dla pana się składa, że przyszłość nie należy do sztuki wojennej rozumianej w sposób tak tradycyjny. Amerykanie mają bombę atomową, wkrótce i my ją będziemy mieli. Efekt: koniec łamania kości. To znaczy zawsze gdzieś, w jakimś kącie świata, będą trwały potyczki, będą zabici, niestety, bohaterskie czyny i okrucieństwa, tyle, że bez realnych konsekwencji, jak strącenie pionków na dalekim przedpolu, próba sił, nic więcej. Prawdziwie nowoczesna wojna Aleksandrze Dmitryczu, nie pociągnie za sobą prawie żadnych zniszczeń materialnych. Będzie to wojna bardzo wydajna, ekonomiczna. Jej zwycięzca będzie panem życia i śmierci na zdobytych terytoriach i wśród podbitych ludów. Będzie nimi władał w sposób bardziej suwerenny niż niegdyś królowie. Znajdujemy się u zarania rozwoju nowej broni, wcale nie śmiercionośnej, wydajniejszej niż wszystkie dotychczasowe. Jeżeli chce pan wziąć udział w wojnie zwycięskiej, musi się pan stać oficerem tej nowej kawalerii”

Oraz parę fragmentów z recenzji tej książki autorstwa Tomasza Formickiego z marca 2012 roku:

 "Fundamentem działań radzieckich agentów wpływu w „Montażu” są swego rodzaju przykazania klasyka strategii jakim był Sun-Tsu dla info-agresorów.  Jeden z głównych bohaterów powieści, a zarazem autor tytułowego montażu Abdulrachmanow, w swoim gabinecie ma powieszone na ścianie te „przykazania”:
1. poddawaj w wątpliwość dobro; 
2. kompromituj przywódców;
3. wstrząśnij ich wiarą, niech gardzą;
4. posługuj się ludźmi złymi;
5. dezorganizuj działalność władz; 
6. siej niezgodę między obywatelami; 
7. podżegaj młodych przeciwko starym;
8. drwij z tradycji; 
9. zakłócaj aprowizację; 
10. rozpowszechniaj zmysłową muzykę; 
11. sprzyjaj rozwiązłości; 
12. nie żałuj pieniędzy; 
13. zbieraj informacje. "

 "Wykrycie agentury wpływu jest bardzo trudne. Agenci wpływu należą do osób o najściślej strzeżonej tożsamości w ewidencji służby info-agresora.  Są bowiem najczęściej postaciami publicznymi, a ich skuteczność opiera się na totalnym utajnieniu.  Raz zdemaskowany agent wpływu nieodwracalnie traci swą przydatność.  Agenci wpływu, zwłaszcza uplasowani wysoko w hierarchii politycznej czy naukowej (jako tzw. „autorytety”), prowadzeni są najczęściej werbalnie, drogą ustnych sugestii, bez zostawiania śladów w dokumentacji służby specjalnej, która go prowadzi.  Często w prowadzonej przez służbę ewidencji agentury jeden kryptonim obejmuje całą grupę lub organizację złożoną z wielu osób, których tożsamość nie jest wymieniana.  Zdarza się, że anonimowi agenci wpływu ukrywani są zbiorowo pod kryptonimem konkretnej operacji i uaktywniani incydentalnie w momentach ważnych rozstrzygnięć politycznych.  Zabiegi te sprawiają, że agentura wpływu dekonspirowana jest najczęściej przez oficerów wywiadu, którzy przeszli na drugą stronę."

"Wysoki stopień utajnienia tożsamości agentów wpływu sprawia, że udowodnienie im przed sądem działania na rzecz obcego państwa jest praktycznie niemożliwe.  Podstawą demokracji jest bowiem prawo do głoszenia własnych poglądów.  Agent wpływu nie wykrada tajemnic z sejfów i prawie nie sposób przyłapać go na „gorącym uczynku”.  Najczęściej nie kontaktuje się potajemnie z oficerem prowadzącym i nie otrzymuje od niego instrukcji, zadań lub wynagrodzenia.  Nie odwiedza skrzynek kontaktowych, nie zostawia nigdzie mikrofilmów lub innych materiałów wywiadowczych.  Agent wpływu wyjeżdża oficjalnie na jawne seminaria lub konferencje naukowe, pobiera stypendia naukowe lub wykłada na zagranicznym uniwersytecie, zagraniczni wydawcy publikują jego książki, otrzymuje nagrody twórcze, spotyka się z politykami, ludźmi ze świata gospodarki i nauki.  Zebrane „wrażenia” ubrane we „własne przemyślenia” publikuje w mediach, rozpowszechnia w „politycznych salonach”, albo podczas spotkań z politykami i decydentami własnego kraju.  Formalnie nie robi nic nielegalnego."

Mój komentarz do powyższych oczywistości:

Tak na przykład facet, który jest szefem rady nadzorczej firmy z Legnicy posiadającej nieprawdopodobne wpływy na polską rzeczywistość, jest zarazem szefem nowej polskiej formacji politycznej.  Czyż to naprawdę przypadek?   A może, biorąc pod uwagę nie tylko jego legnickie (czytaj oprycznickie pochodzenie) jest w tym coś znacznie więcej?  Aż boję się zapytać czy to nie jest klasyczny agent wpływu?


  Naprawdę warto przeczytać.


Poprzedni post z tego cyklu.






czwartek, 26 stycznia 2017

Ciekawostka - 11 - trochę prawdy o Lechu Wałęsie.

Poniżej artykuł z marca 1993 roku zamieszczony w bardzo wówczas popularnym tygodniku "NIE".

Niby nic wielkiego, ale taka sobie ciekawostka, a pewnie szczególnie interesująca dla młodszych czytelników mojego bloga (jeżeli tacy są).  Tych, którzy wówczas z racji wieku nie mogli poczytać o swoim idolu lub też przeciwniku.

A z Bydgoszczą wiąże się ten tekst w sposób szczególny.  Otóż wspomniany w nim Mieczysław Wachowski to rodowity bydgoszczanin ze Szwederowa.  Był on w gabinecie prezydenckim prawdziwą szarą eminencją i wielu wtedy twierdziło, że w dużej części to on sprawował władzę prezydencką.







                                                            Poprzedni post z tego cyklu.

wtorek, 24 stycznia 2017

Ciekawostka - 10 - Donald Tusk i Marek Koczwara.

Tym razem zamiast komentowania bieżących wydarzeń politycznych postanowiłem zamieścić innego typu materiał.

Nie zamieszczam tego, aby kogoś krytykować czy chwalić, lecz po to, aby ewentualnie czytający mogli zapoznać się z dawną wypowiedzią obecnego przewodniczącego Rady Europejskiej, aktualnie kandydującego na drugą połowę kadencji na stanowisko, które teraz sprawuje.

Mijają właśnie 24 lata od momentu jej opublikowania.  Może kogoś zainteresuje co wtedy mówił i pisał ówczesny przewodniczący KLD, a potem szef PO i później wieloletni polski premier.

Wypowiedź pochodzi z biuletynu KLD (patrz zdjęcie nr 2).





                          Poprzedni post z tego cyklu.

czwartek, 19 stycznia 2017

Leszek - odcinek 32.

Poprzedni odcinek.


Leszek odcinek 32.

Pod koniec września 1972 roku Leszek zamieszkał w akademiku na ulicy Koszarowej w Bydgoszczy.  Był to akademik koedukacyjny czyli zamieszkany przez panie i panów, oczywiście na osobnych piętrach, ale w praktyce jakie to miało znaczenie?   Mieszkało w nim także kilkoro małżeństw studenckich i ciągle w społeczności tego akademika, tworzyły się nowe pary, które w licznych przypadkach później pozostawały ze sobą na stałe.

Leszek zamieszkał w pokoju numer czterysta dwadzieścia dwa, a jego współlokatorami byli Wojciech Łukaszewicz i Tadeusz Figa.   Wojtek mieszkał z Leszkiem przez całe cztery lata, ale jakoś nigdy się do siebie nie zbliżyli, a po studiach spotkali się jeszcze tylko kilka razy i to tylko na zjazdach koleżeńskich.  Wojciech miał naturę spokojną, był zamknięty w sobie, małomówny i dyskretny.   Chadzał zawsze własnymi drogami i specjalnie nie lubił długich rozmów, a już szczególnie tych dotyczących spraw prywatnych.  Na liczne pytania kolegów zwykł odpowiadać krótko i lakonicznie.  Z nauką nie miał problemów.   Jako towarzysz studenckiego życia i jego obyczajów w tym i rozlicznych oraz różnorodnych imprezach akademickich, był raczej marnym kompanem.  Jednak jakoś tak się z Leszkiem zrozumieli, że co roku wybierali wspólne zamieszkiwanie. Może to właśnie dzięki temu, że byli tak różni, tak przeciwstawni?

Natomiast Figa, bo tak na niego wszyscy mówili, to była wielce osobliwa postać.  Oryginał pod każdym względem.  Najwięcej czasu spędzał leżąc na łóżku czytając książki nie mające nic wspólnego z obranym kierunkiem studiów.  Były to różne traktaty filozoficzne, a także czasopisma głównie "Literatura", "Kultura" i literacki miesięcznik "Odra".  Figa poczytał godzinkę lub dwie po czym rzucił bezosobowo jakąś przeczytaną lub wywnioskowaną z właśnie przeczytanego tekstu, mądrość życiową, chwilę pośmiał się sam do siebie i dalej czytał.   A jak trafiła mu się jakaś szczególna myśl na przykład: "nie kijem go to pałą", albo "czekaj, czekaj i się doczekasz" lub "błogosławiony ten co nie mając nic do powiedzenia nie obleka tego faktu w słowa", a także "wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie" to wówczas śmiał się nieraz i pół godziny.  Oczywiście nie śmiał się bez przerwy.  Przytoczył taką mądrość, pośmiał się swoim tubalnym głosem z pięć minut, ucichł, zadumał się, po chwili powtórzył ową mądrość i znowu się pośmiał.  Takich cykli zdarzało się czasami nawet kilkanaście.  Wówczas Leszek z Bogdanem mieli niezły ubaw.  Figa oprócz swoich powiedzeń, przysłów i mądrości lubił także wdawać się w filozoficzne dyskusje o różnych aspektach życia.  Jednak był trudnym dyskutantem dla przyszłych inżynierów.  Nie dość, że był kilka lat starszy i z niejednego pieca jadł już chleb, te studia były już trzecimi jakie zaczynał, to jeszcze był dobrze zorientowany i miał dużą wiedzę w tematach jakie poruszał.  Przeważnie dyskutantów zapędzał w ślepy róg, przedstawiając swoją argumentację i onieśmielając swoją niewątpliwą erudycją i swoistą charyzmą.  Niestety do nauki na technicznych studiach Figa nie miał szczególnej melodii.   Jakoś przetrwał pierwszy semestr, ale ciągnące się za nim poprawki praktycznie ze wszystkich zaliczeń i  egzaminów spowodowały, że już na początku maja zrezygnował, a raczej musiał zrezygnować z chęci zostania inżynierem budownictwa.  Pewnie po wakacjach rozpoczął kolejne studia.

Niestety Leszek z nim się już nigdy potem nie spotkał, a szkoda bo był to jeden z najbardziej oryginalnych ludzi, jakich Leszek spotkał na swojej życiowej drodze.

Na drugim roku miejsce Figi zajął Henryk Malinowski, prostoduszny, dobrotliwy, sympatyczny i uczynny chłopak.  I w takim trzyosobowym składzie przemieszkali wspólnie, w akademiku na Koszarowej, pozostałe lata swoich studiów.

Grupa dziekańska Leszka liczyła piętnaście osób.  Dominowali absolwenci bydgoskich liceów ogólnokształcących.  Byli pewni siebie, swobodni i przynajmniej na pierwszym roku trzymali się razem.  Leszkowi, który uważnie obserwował ich zachowania i słuchał tego co mówili, wydawali się mądrzejsi od niego i mocno to go deprymowało.  Na szczęście było tak tylko do pierwszego kolokwium.  A było to kolokwium z matematyki.  Wykłady prowadził doktor Czajkowski, a ćwiczenia magister  Lassak.   Przed tym pierwszym kolokwium Leszek nie był pewien tego jak mu się powiedzie.  Niby wszystko rozumiał i sporo wiedział, lecz każdy sprawdzian to przecież zawsze w jakimś sensie loteria.   Zaś wspomniana grupa studentów sprawiała wrażenie, że są doskonale przygotowani i na pewno każdy z nich uzyska owe maksymalne piętnaście punktów, jakie można było osiągnąć, a te piętnaście punktów było równoznaczne z oceną bardzo dobrą, czyli najwyższą wówczas oceną.  Po kolokwium okazało się, że tych piętnaście punktów uzyskał tylko Leszek, a po czternaście punktów zdobyli dwaj koledzy z jego klasy z Technikum Kolejowego.  Zaś tak pewni siebie owi absolwenci najlepszych bydgoskich liceów uzyskali znacznie gorsze wyniki, a dwoje z nich wcale nie zaliczyło tego kolokwium.

Ten fakt nie tylko pozwolił Leszkowi zdobyć sporą pewność siebie, lecz także znacznie poprawił jego sytuację w grupie dziekańskiej, a po paru kolejnych kolokwiach, także na całym roku.

Najtrudniejszym przedmiotem na pierwszym roku była geometria wykreślna, którą prowadził magister Sroczyński, popularnie zwany Śpiochem.  Zaliczyć u Śpiocha na cztery to było naprawdę coś.  Leszkowi się to udało.

Warto kilka zdań napisać o wspomnianych dwóch kolegach z technikum.
Byli to Józef Krauze i Andrzej Tubielewicz.

Józef posiadał bardzo ścisły, matematyczny umysł, ale nie zawsze chciało mu się przykładać do nauki w tych przedmiotach ścisłych.  Miał całą masę innych zainteresowań, głównie natury humanistycznej.  I chociaż nie był taki jak wspominany powyżej Figa to coś z Figi w nim było.  Józef wówczas także był małomówny i trzymał się na uboczu, ale potrafił być dowcipny, potrafił błysnąć intelektem, a jak naszła go chęć do nauki to zawsze uzyskiwał najlepsze oceny.  Niestety był bardzo niesystematyczny i po drugim roku zniknął ze studiów dziennych, ale skończył później studia wieczorowe.

Natomiast Andrzej Tubielewicz to wprost wzór cnót wszelakich.   Solidnością, statecznością, jowialnym i spokojnym trybem bycia wprost zaskakiwał.  Mogło się wydawać, że jest znacznie starszy i poważniejszy od swoich kolegów.  Z nauką nie miał żadnych problemów.  Wyniki miał zawsze dobre, a do tego był wprost cudownym kreślarzem co wówczas dla przyszłych inżynierów było bardzo ważne.  Wtedy przecież nie było jeszcze komputerów obliczających i kreślących projekty.  Obliczenia przeprowadzało się na suwaku logarytmicznym zaś rysunki projektów budowlanych wykreślało się grafionami, albo rapidografami na kalce technicznej.   W wykonywaniu tych rysunków Andrzej był niedoścignionym mistrzem.  O ile w technikum Leszek za bardzo nie przyjaźnił się z Andrzejem, chociaż bywało, że siedzieli w jednej ławce to teraz, od samego początku studiów, zostali najbliższymi kolegami.  Oprócz zajęć na uczelni zaczęła łączyć ich także znajomość prywatna.   Andrzej był bardzo dyskretny, a nawet rzec można, że był skryty.  Nie lubił mówić o sobie i o swoich bliskich, nie zapraszał kolegów do swojego domu i rzadko bywał na studenckich imprezach.   Leszkowi udało się trochę zmienić te zachowania.   Zaś z czasem coraz bardziej się do siebie zbliżyli.  Temu zbliżeniu pomogły codziennie wspólne powroty po zajęciach na uczelni.

Przez całe cztery lata, prawie codziennie szli sobie socjalistycznymi ulicami z ulicy Grodzkiej na Mostową i przez Plac Zjednoczenia (obecnie Teatralny) do 1-Maja (obecnie Gdańska), aż do ulicy Świętojańskiej, gdzie w narożnym domu, nad Cukiernią Bigońskich, Andrzej mieszkał od urodzenia. Tutaj na tym rogu, po ciekawych rozmowach i interesujących dyskusjach się rozstawali.  Leszek dalej szedł do Joanny, która mieszkała na Placu Weyssenhoffa.  Te codzienne marsze, spacery, czasami zahaczające o jakiś sklep (głównie sklep Foton) lub kawiarnię (Cristal),  bardzo ich do siebie zbliżały.  Mieli dużo czasu na omówienie nie tylko uczelnianych czy bieżących politycznych lub gospodarczych spraw, ale prowadzili także dyskusje na różne ciekawe tematy.  I wówczas, w trakcie takich dyskusji, Andrzej, ten zazwyczaj małomówny młodzieniec zamieniał się czasami we wielkiego pasjonata.  Bardzo interesował się nowoczesną muzyką, a szczególnie był zafascynowany "Dzwonami rurowymi" Mike Oldfielda.   Długo i szczegółowo mógł  mówić o interesującej go muzyce i godzinami jej słuchać.  Interesował się także fotografią.  Wykonywał wspaniałe zdjęcia swoją najnowszą lustrzanką, a potem sam je wywoływał i obrabiał.   Ta jego pasja była na bardzo dużym poziomie technicznym jak na owe czasy.  Mocno się w nią angażował.  Czytał fachową literaturę ( dla ignorantów - internetu wówczas nie było), ucząc się przy tym jak robić doskonałe zdjęcia.  Jak tworzyć różne kompozycje będąc na bieżąco z nowinkami technicznymi i to zarówno teoretycznymi jak i praktycznymi.  Kolejną pasją Andrzeja była chęć posiadania wiedzy o innych krajach.  Chodząc ulicami lub siedząc w kawiarni Cristal, godzinami mogli rozprawiać o Francji, Hiszpanii, Italii, Austrii, Szwajcarii, a nawet o Australii i oczywiście o USA.  Rozmawiali o obyczajach tam panujących, polityce, gospodarce, modzie, muzyce i tak dalej no i oczywiście o planowanych podróżach do tych krajów.

O Andrzeju jeszcze będzie bo naprawdę zasłużył sobie na to, aby więcej o nim napisać.

Już od pierwszego semestru, Leszek jak ten niespokojny, niezaspokojony duch, który zawsze i wszędzie musi mieć swoją rację, swoje zdanie i to przeważnie inne niż ogólny trend, wrócił do działalności społecznej, a już po paru miesiącach został członkiem Rady Wydziałowej SZSP.  Zaś na początku drugiego roku studiów został przewodniczącym komisji nauki rady wydziałowej tej organizacji.

Także od drugiego semestru Leszek zaczął udzielać korepetycji.  Rozpoczął bardzo nietypowo bo uczył czarnoskórego obywatela Omanu, który rozpoczął studiować razem z nim, na jednym roku.  Ów Ali, bo takie miał imię, był już od roku w Polsce i przez ten rok uczył się języka polskiego, a potem przyjechał do Bydgoszczy i zamieszkał w tym samym co Leszek domu studenckim.  Od pierwszych miesięcy zaczął mieć duże problemy z nauką, a największe problemy miał z geometrią wykreślną i właśnie z tego Leszek udzielał mu korepetycji.  Umówili się na początek na dziesięć godzinnych lekcji i to za zawrotną jak na studenta kwotę jednego dolara za godzinę.  Średnia pensja to było około dwudziestu dolarów.  Leszek bardzo się ucieszył z takiej możliwości poprawienia swojego budżetu, ale niestety już p trzech lekcjach zrezygnował z nich przekonując się, że Alego nie da się tego przedmiotu nauczyć. 

Plątał się ten Ali po wydziale i po akademiku do końca pierwszego roku.  Budził sensację nie tylko kolorem swojej skóry, ale także faktem, że był jedynym studentem mieszkającym w domu studenckim, który miał swój samochód.  Był to czerwony Opel Cadet.   Woził tym Oplem dziewczyny na imprezy głównie do Zodiaku, albo Savoyu.  Nawet Leszek raz dzięki Alemu znalazł się na dancingu w Zodiaku.  Na drugim roku Ali już się nie pokazał.  Zresztą nie miał szans na nim się znaleźć, ale po paru miesiącach jego byli koledzy dowiedzieli się z widokówki nadmorskiej jaką przysłał, że rozpoczął studia na budownictwie, tym razem w Koszalinie.

Potem Leszek, jeszcze będąc na pierwszym roku, uczył matematyki kilku maturzystów, którzy chcieli zdawać egzaminy wstępne na jego uczelnię.  Wszyscy się dostali, a Leszek zyskał dobrą markę i w następnych latach kontynuował to zajęcie.  Uczył w późniejszych latach, między innymi, fizyki słynnego wówczas bydgoskiego pływaka Adama Beta, a nawet udzielił kilku lekcji matematyki Zbigniewowi Bońkowi, gdy ten postanowił zdawać egzamin do Akademii Ekonomicznej w Łodzi.

Ten pierwszy rok studiów był bardzo dobrym rokiem dla Leszka.  Już dzięki pomocy dziekana od drugiego semestru otrzymał niewielkie (700 zł.) stypendium socjalne, a dodatkowo dzięki zmianie zasad przyznawania stypendiów, także od drugiego semestru, otrzymywał premię za dobre wyniki w nauce (450 zł miesięcznie).  Ponadto Leszek pracował systematycznie w Drukatorze i udzielał korepetycji.  Czyli największe jego zmartwienie dotyczące warunków materialnych rozwiązało się, a nawet rzec można, że było dobrze i wreszcie mógł sobie pozwolić na wiele rzeczy, które do tej pory były dla niego nieosiągalne.

I co najważniejsze to kwitnąca wzajemna miłość z Joanną. 


Leszek na zebraniu.

Posiedzenie Rady Wydziałowej SZSP Wydziału Budownictwa Lądowego WSI w Bydgoszczy - 22.10.1973 rok.


                                                     Następny odcinek.

sobota, 14 stycznia 2017

Kilka refleksji natury ogólnej - 46 - rzecz o GW

Gazeta Wyborcza przez ponad 25 lat była moim głównym źródłem informacji o otaczającym mnie politycznym świecie.  Czytałem ją od pierwszego numeru i czytam nadal chociaż teraz z coraz większym zdziwieniem, a często nawet z obrzydzeniem.

Nie jestem PiS-wskim fanatykiem, nie głosowałem na tą partię i wiele z tego co ona czyni nie podoba mi się. Nie podoba mi się styl sprawowania rządów, nie podobają mi się ich liderzy z ministrem spraw zagranicznych na czele, ALE  jeszcze bardziej nie podoba mi się głupota totalnej opozycji, której prasową emanacją jest tak poważana przeze mnie (do czasów ostatnich wyborów parlamentarnych) Gazeta Wyborcza.

W zasadzie wiem o co chodzi redaktorom GW, ale pojąć nie mogę tego, że tak jak ten przysłowiowy baca podcinają gałąź na której siedzą, aby potem się zdziwić, że ci co ich ostrzegali, aby tego nie czynili to prorocy jacyś byli.

Ostatnie wydarzenia w sejmie każdego z nas, nas interesujących się polityką, zmusiły do zajęcia określonego stanowiska.  Moim zdaniem to, delikatnie mówiąc, cały ten miesięczny protest był zwykłym pajacowaniem.

Liderzy poświęcali na ten protest często aż 10 minut dziennie.  Przybywali aby wygłosić swoje "orędzie" i zrobić selfi.

Wreszcie w ten feralny piątek trzynastego stycznia agencje ratingowe Fitch i Moodys postanowiły ocenić polską sytuację.  Agencja Fitch potrzymała swoją ocenę, a ta druga agencja postanowiła się nie wypowiadać.

GW zamieściła artykuł komentujący działania agencji:

http://next.gazeta.pl/next/7,151003,21241877,agencje-fitch-i-moody-s-nie-zmienily-ratingu-polski-ale-w-moody-s.html#MT2

A w nim kolejne połajanki, straszenia i przewidywanie najgorszego.  I tak to nawet niewątpliwy sukces pisowskich rządów redaktorzy z Czerskiej potrafili przekuć w porażkę.

Tak mnie to kolejny raz oburzyło, że zamieściłem komentarz pod tym artykułem, co ostatnimi czasy czynię już bardzo rzadko i to przeważnie w sprawach dotyczących bydgoszczan.  Poniżej treść mojego komentarza::

Dlaczego panie Michnik pańscy ludzie widzą we wszystkim co czynią obecnie rządzący tylko zło? Najwyższy czas zmienić kurs, albo odejść. Ile pańskich prognoz podszytych nienawiścią do mocherów musi jeszcze się nie sprawdzić, aby pan z Lisem i Żakowskim pojęli, że to już nie jest ta Polska lemingowa? Ta Polska dająca się okradać i wychwalająca tych co ją okradają? Petru kompromitacja. Alimenciarz kompletna kompromitacja. Ten gość od uzgodnień na cmentarzu zdjęty przez samego króla Europy z funkcji marszałka sejmu to już nawet żal pisać. To wspomniałem tylko o liderach, a ich podwładni? Toć to zgroza i brak elementarnej logiki w ekwilibrystycznych wywodach o własnej wyższości nad własną głupotą. Po co to wam GW. Nie bronię PiS-u, którego jestem przeciwnikiem, lecz bronię tego w co do tej pory wierzyłem, a co kompromituje się obecnie do imentu. Gdzie sens, gdzie logika. Porzućcie tych skompromitowanych polityków PO, Nowoczesnej i KOD bo oni się ostatecznie skompromitowali totalnie i Polacy w swojej zdecydowanej większości mają ich dość. Jak pragniecie jeszcze istnieć to spójrzcie realnie na otaczającą was rzeczywistość, w której kot Kaczyńskiego jest bardziej popularny od podróżnika do Portugalii.


I tyle.


Poprzedni post z tego cyklu.

wtorek, 10 stycznia 2017

Kilka refleksji natury ogólnej - 45 - rzecz o toruńskim marszałku.

Dziesięć lat temu bydgoską prasę obiegła seria artykułów dotycząca sposobu sprawowania władzy przez toruńskiego marszałka.  Jeden z tych artykułów przypominam.

I nie przypominam dlatego, że piętnował on to co oczywiste i to co stało się po tak zwanej reformie administracyjnej, która stworzyła takie dziwolągi jak "dwu-stołeczność" wojewódzka, ale dlatego, że ów wymysł tamtych głupkowatych reformatorów w chwili obecnej sięga szczytów absurdu.  Nie dziwię się, że nijaki Krzaklewski rządzący wówczas w Polsce uległ namowom nijakiej Grześkowiak, która była szarą eminencją tamtej rzeczywistości (RM), ale dziwię się, że po tylu latach i po tylu doświadczeniach nadal trwa ten dziwaczny, toksyczny i głupi układ.  Układ zaprzeczający istnieniu zdrowego rozsądku i układ, w którym dwukrotnie mniejsze miasto praktycznie rządzi miastem dwukrotnie większym.  To jest coś co nie ma odpowiednika w skali światowej, ale w polskiej rzeczywistości (ch. d. i kamieni kupa), istniejącej tylko teoretycznie po okrągłostołowej zmowie, ma się dobrze i nikogo nawet nie dziwi.  To jest absurd do potęgi n-tej, ale jakże realny.  To tylko w państwie, gdzie dominuje prywata nad interesem ogółu istnieć może.

To się nie może ostać.  TO MUSIMY JAK NAJSZYBCIEJ ZMIENIĆ.

Jak uważnie spojrzycie na poniższe zdjęcia to na pewno dostrzeżecie to co toruńskiemu marszałkowi naprawdę wyszło.




W powyższym artykule jak czytamy, tylko ogólnie i delikatnie skrytykowano ówczesne poczynania toruńskiego marszałka.  Minęło dziesięć lat, a sytuacja jest znacznie gorsza niż wówczas, a użyłbym nawet słowa, że jest tragiczna.

Tragiczna oczywiście dla bydgoszczan.  Nie będę kolejny raz wypisywał jak szrogęsił się (czasami wręcz dosłownie) ów swoisty książę na "swoich" włościach.  Doskonale to wiemy i pamiętamy.  Zaś tym, którzy jeszcze tego nie wiedzą przypomnę tylko kilka podstawowych faktów.  Otóż torunianie nadal okupują Bydgoską Akademię Medyczną, bydgoskie lotnisko, bydgoskie szpitale kliniczne, bydgoską operę czy Filharmonię Pomorską.   Zaanektowali wiele bydgoskich urzędów np celny, wojewódzką straż pożarną i tak dalej.  Marszałek posiadł dzięki kłamliwym przyrzeczeniom o utworzeniu stomatologii, najpiękniejszy budynek bydgoski czyli byłą dyrekcję kolei na ulicy Dworcowej i od lat stoi on pusty i niszczeje.  I tak dalej i tak dalej.

Minęło tyle lat, a jest coraz gorzej.

Teraz pan Latos, wypowiadający się w cytowanym  artykule, jest szefem wojewódzkich struktur rządzącej samodzielnie w Polsce partii to może wreszcie zrealizuje obietnicę usunięcia z fotelu marszałka tego tak szkodzącego bydgoszczanom człowieka.

A swoją drogą kolejny raz wypada mi wspomnieć o dziwnej bierności i dziwnym poddaństwie bydgoszczan.

Od lat, gdzie tylko się da, apeluję:

BYDGOSZCZANIE OBUDŹCIE SIĘ

Moje apele jednak trafiają w próżnię, a szkoda bo czas ucieka, a przewaga torunian rośnie i nawet obwodnicy Inowrocławia nie dociągnięto do drogi na Bydgoszcz po której odbywa się największy ruch w tym rejonie i to tylko dlatego, aby toruńscy megalomanii uzyskali kolejną przewagę.  I chociaż jest to idiotyczne to jednak jest to faktem.

Idąc drogą dzisiejszej opozycji zróbmy strajk okupacyjno-rotacyjny na sali plenarnej posiedzeń toruńskiego sejmiku.


Niestety, nazwa mojego bloga jest coraz bardziej aktualna, a przecież miała to być tylko mała prowokacja i zachęta do budzenia się, a dzieje się odwrotnie.  DLACZEGO?



Poprzedni post z tego cyklu.

piątek, 6 stycznia 2017

A jednak przyszła.

W noc poprzedzającą święto sześciu (tfu) Trzech Króli przyszła do nas prawdziwa zima.  Zima jakiej nie zakosztowaliśmy już od kilku lat.  Najpierw napadało śniegu, a potem zrobiło się mroźno (teraz - 23.40 jest minus 21 stopni Celsjusza).




czwartek, 5 stycznia 2017

Bydgoskie porównania - 5

Przedział dzielący poniższe zdjęcia to 90 lat.  Pierwsze pochodzi z monumentalnego działa pod tytułem "Dziesięciolecie Polski Odrodzonej" , rok wydania 1928, a zdjęcie wykonano w 1926 roku, zaś drugie i trzecie zdjęcie wykonano we wrześniu 2016 roku, a czwarte w lipcu 2016 roku.








                                            Poprzedni post z tego cyklu

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Celebracja chwili.

Za nami kolejny rok naszego życia.  Są chwile, które zgodnie z naszą polską tradycją ( i nie tylko naszą) obchodzimy w szczególny sposób.  Na pewno do takich chwil należy wieczór ostatniego dnia roku powszechnie zwany Sylwestrem.

My również obchodzimy go uroczyście i pomimo, że tylko w dwuosobowym gronie to jednak staramy się celebrować te chwile.  Celebrować w sposób szczególny czego elementami, oprócz dobrego nastroju, są przygotowane potrawy, trunki, tańce, ubiór i uroczyste zachowanie.

Tak też było i w tym roku, a poniżej kilka fotek z tej celebracji owych chwil ostatnich godzin 2016 roku.

Przygotowujemy potrawy

Konsumujemy potrawy

Przygotowujemy trunki

Robimy wspólne zdjęcie.

A potem bawimy się do czwartej, ale już bez zdjęć.

sobota, 31 grudnia 2016

Koniec roku 2016 w bydgoskim Myślęcinku.

Prawdziwych zim już od wielu lat nie ma.  Nie ma metrowych śniegów i temperatur poniżej minus 30 stopni Celsjusza, ale i to co jest pokazuje nam, czasami, nasze polskie piękno.  Warto tym pięknem podzielić się z innymi.  Poniżej cztery zdjęcia, które wykonałem wczoraj (30.12.2016) podczas obowiązkowego codziennego marszu, który odbywam, zazwyczaj z żoną i to od wielu  lat.   A przynajmniej dwa razy w tygodniu odbywamy nasze marsze w Myślęcinku.  W pozostałe dni chodzimy lub jeździmy rowerami w innych okolicach Bydgoszczy.


To te same łabędzie, które przedstawiłem w moim poście z 15.05.2016. i te same co na poniższym zdjęciu z 08.07.2016 r.





piątek, 30 grudnia 2016

Leszek odcinek 31

Poprzedni odcinek.


Odcinek 31

Lipiec 1972 roku i egzaminy wstępne na Wydział Budownictwa Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Bydgoszczy.  Ponad dwie osoby starały się o jedno miejsce na tych studiach.  Stres, niepewność i zwątpienie.  Tak Leszek się czuł  w tym czasie.  Był dobrze przygotowany pod względem wiedzy, lecz nie miał pojęcia z kim na tych egzaminach przyjdzie mu się zmierzyć.  Może ci co będą z nim konkurowali są zdecydowanie lepsi od niego, może więcej wiedzą, może są lepiej przygotowani, a może są i inne czynniki, które powodują, że to oni są faworytami?

Leszek starał się nie dostrzegać psychologicznej przewagi innych, ale czuł, że to jest dla niego naprawdę wielki sprawdzian.  Sprawdzian nie tylko dotyczący wiedzy, inteligencji i determinacji, lecz sprawdzian samego siebie.  Mógł przegrać lub wygrać.

Pomińmy szczegóły.  Leszek wygrał.

Piętnastego lipca o godzinie dwunastej wywieszono listę przyjętych na studia i Leszek się na niej znalazł.

Radość jaka go opanowała z tego powodu była wielka.  Jeszcze, aż do tej chwili, w której ujrzał swoje nazwisko na liście przyjętych, podobne uczucie, nigdy do tej pory, nie było jego udziałem.  To była ta chwila, którą można określić chwilą prawdziwej wolności. Wolności, która objawia się wtedy, gdy spełnimy wszystkie dręczące  nas obowiązki.  I to te podstawowe obowiązki, które los stawia na naszej życiowej drodze.  I to obowiązki wobec siebie lub wobec innych, ale także decydujące o naszych przyszłych losach. Obowiązki, które spiętrzają się i nawarstwiają oraz powodują, że ich spełnienie, w określonym czasie, jest najważniejszą rzeczą w danym momencie życia.  Gdy uda się nam je zrealizować, a przez krótką chwilę, nowych innych ważnych obowiązków jeszcze nie mamy to ten moment jest jednym z najważniejszych chwil naszego pobytu na tym padole łez.  To wówczas ogarnia nas euforia, ogarnia nas prawdziwe szczęście.  I to dlatego Leszek wręcz unosił się nad chodnikiem, prawie biegnąc bydgoskimi ulicami do Joanny.  Biegnąc, aby jak najszybciej jej powiedzieć o swoim sukcesie i podzielić się z nią swoją radością, swoim szczęściem.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że takie chwile, takie przeżycie, takie momenty, takie coś, naprawdę rzadko zdarza się w życiu człowieka.  To było ucieleśnienie marzeń, starań, oczekiwań, a zarazem było zaspokojeniem ogromnych ambicji i było także pokazaniem najbliższym, tym, którzy mu zaufali, że mieli rację stawiając na niego, że ich nie zawiódł.

Dzisiaj (2016 rok)  biorąc pod uwagę, że praktycznie każdy kto zda testową maturę może studiować, nie sposób ocenić i porównać tamtego sukcesu i tamtych przeżyć, ale warto o tym pisać bo to naprawdę mobilizuje i wyznacza sens życia.  Zaś kupowanie sobie dyplomu za czesne nie ma żadnego sensu.

W tym 1972 roku tylko około sześć procent populacji zdobywało wyższe wykształcenie i to wykształcenie było naprawdę wyższe.  Obecnie można często mieć wielkie wątpliwości do posiadanych przez wielu dyplomów.

Po tym piętnastym lipca Leszek spędził z Joanną szczęśliwe pół miesiąca.  Trochę byli pod namiotem na Jeziorem Łukomie, trochę, swoim zwyczajem chodzili na długie spacery w mieście i poza miastem, a szczególnie do Myślęcinka (parku jeszcze nie było), albo do Smukały.  Trochę czasu pobyli ze swoimi rodzinami i tak minął lipiec   Zaś sierpień upłynął Leszkowi na okropnej, trudnej i pełnej ciężkiej fizycznej pracy, zerowej praktyce studenckiej.

Wszyscy przyszli studenci Budownictwa zostali zakwaterowani w akademikach na ulicy Mickiewicza w Toruniu.  A ich praca polegała na układaniu krawężników i trylinki (ciężkie betonowe sześcioramienne kostki) na budowanych właśnie toruńskich bulwarach położonych pomiędzy mostem kolejowym, a drogowym. Musieli także wytwarzać beton w betoniarkach, transportować go na kilkadziesiąt do stu metrów w dużych żelaznych taczkach.   To była bardzo ciężka praca, praca zdecydowanie ponad ich siły, a wymagania były ogromne. Wszystko to odbywało się w dokuczliwym sierpniowym upale i wśród tumanów kurzu.   Ponieważ ta praktyka podlegała  zaliczeniu co było warunkiem wstępu na studia to każdy (no prawie każdy)  bardzo się starał w tej robocie i to często ponad swoje siły.

Leszek bardzo przykro wspomina ten okres.  Po pierwsze miesięczna rozłąka z ukochaną Joanną, po drugie wspomniana ciężka praca, a po trzecie zaś rygor panujący zarówno w pracy jak i w miejscu zakwaterowania.  Tam na tej praktyce Leszek po raz pierwszy w swoim życiu spotkał się z cwaniactwem obiboków, sprytem różnych działaczy studenckich, a nawet chamstwem jego starszych kolegów, którzy w dużej części sprawowali nadzór nad ową zerową praktyką.

We wrześniu Leszek podjął pracę w bydgoskim zakładzie deratyzacji i dezynfekcji.  Podjął bo musiał zdobyć pieniądze na pierwsze miesiące studiowania.  To także była przykra i ciężka praca, a odbywała się znowu w Toruniu.  Leszek przyrządzał i wykładał trutki w toruńskich zakładach mięsnych i w toruńskich fortach.  Mieszkał w hotelu na ulicy Mostowej w Toruniu.  I jedyne co się wiąże z tym wrześniem to stwierdzenie, iż chciałby zupełnie o tym czasie zapomnieć.

Niestety nie udało się Leszkowi uzyskać stypendium, gdyż podobno jego rodzice za dużo zarabiali.  Niestety prawda była inna.  Jego rodzice, zmęczeni wojną i codzienną ciężką pracą nie potrafili załatwić sobie odpowiednich zaświadczeń co do wysokości swoich pensji, a inni, jak najbardziej, potrafili to czynić.  O czym Leszek się przekonał nieco później, gdy jako studencki działacz brał udział w przyznawaniu stypendiów.

Udało się jednak zdobyć miejsce w akademiku, które to miejsce kosztowało "aż" sto dwadzieścia złotych miesięcznie i to naprawdę była mała kwota.  Więc chociaż z zakwaterowaniem było dobrze.  Co do reszty to Leszek od samego początki i to dzięki ogromnej pomocy ojca Joanny dostał pracę w bydgoskiej spółdzielni Drukator.  Praca była załatwiona przez spółdzielnię studencką o wdzięcznej nazwie "Małgosia", która to spółdzielnia zabierała prawie połowę zarobku studenta.  Ponadto na pierwszym roku nie można było w niej pracować, jednak Leszek odbył dwie rozmowy z docentem Matysiakiem, dziekanem Wydziału Budownictwa i uzyskał warunkowe pozwolenie.  Warunek był taki, że aby dziekan wydał pozwolenie na kolejny semestr to Leszek musiał uzyskać wszystkie zaliczenia i zdać egzaminy w pierwszych terminach.

Praca w Drukatorze polegała na tym, że Leszek balotował makulaturę.  Wszystkie ścinki z gilotyn, braki drukarskie i inną makulaturę wywożono z hal produkcyjnych do metalowego magazynka, czegoś w rodzaju dzisiejszych metalowych garaży.  Przez parę dni tworzyły się stosy sięgające czasami paru ton owej makulatury.  Żeby opróżnić magazynek i zrobić miejsce dla kolejnej makulatury Leszek musiał wykładać specjalną drewnianą rozpinaną na zasuwki skrzynię o rozmiarach 120 x 80 x 80 centymetrów, grubym szarym papierem, potem ładować do tego papieru sterty makulatury, ubijając ją nogami, a po napełnieniu skrzyni skręcał zawiniętą w gruby szary papier makulaturę stalowymi drutami, rozpinał skrzynię i odstawiał taki balot, przy pomocy wózka na dwóch kółkach na specjalnie przeznaczone na makulaturowe baloty miejsce.  Następnego dnia samochód wywoził te baloty do papierni.  Takich balotów Leszek wykonywał każdorazowo od dziesięciu do piętnastu, pracując trzy razy w tygodniu po cztery do sześciu godzin, zazwyczaj wieczorem i często do późnej nocy.  Pracował tak niezależnie od pogody.  Zarówno w upale letnim jak i w zimowe mrozy, a wszystko to w ciągłym kurzu i zapyleniu jaki czyniła wrzucana do skrzyń makulatura.   Poznał też trochę drukarskie zawody i drukarską pracę, a nawet bliżej część pracowników, których największym oryginałem był sam pan prezes Krzemkowski.

W tej poligraficznej spółdzielni pracy Leszek przepracował całe cztery lata studiów, a dodatkowo pracował zawsze jeszcze miesiąc w czasie wakacji.  Dzięki temu żył sobie zupełnie znośnie, a nawet czasami dobrze, bo oprócz regularnych zarobków, często był dokarmiany przez swoich przyszłych teściów, a i rodzice pomagali jak mogli.

To tyle na temat tych bardziej przykrych spraw związanych ze studiami Leszka.

W następnych odcinkach będzie znacznie optymistycznie, chociaż....


Leszek (ten z łopatą) na studenckiej praktyce zerowej w Toruniu.



Następny odcinek