poniedziałek, 29 października 2018

"Bogusław" - odcinek 7

Poprzedni odcinek.


Wieczorem, po przyjeździe z Gdańska, Leszek zadzwonił do Bogusława i powiedział mu o decyzji naczelnika Adamskiego.   Już następnego dnia Bogusław, z wielką energią, przystąpił do konkretnych działań.   Najpierw zatrudnił kolejnych trzech pracowników, którzy już następnego dnia pojechali do Solca,  żeby jak najszybciej skończyć tutaj wszystkie roboty i potem całą ekipą ruszyć do Inowrocławia.  Później zabrał się za rzecz wręcz niemożliwą, czyli dosłownie, za zdobywanie potrzebnych materiałów budowlanych.  A wówczas nie było mowy o jakimś zamawianiu, czy kupowaniu.  Tutaj Bogusław ujawnił cały swój talent.  Wyjeżdżał codziennie do innego miasta w regionie.  Był u kierowników zaopatrzenia przynajmniej kilkunastu dużych firm budowlanych.  Odwiedzał miejscowe, państwowe magazyny materiałów budowlanych.  Odwiedzał osobno kierowników magazynów dużych firm.  W ciągu dwóch tygodni odbył dziesiątki rozmów.  Był z nowo poznanymi kierownikami, a czasami tylko zwykłymi referentami gospodarki materiałowej, w zależności od okoliczności, na kilkunastu śniadaniach, obiadach lub kolacjach.  Dziesiątki godzin i tyleż butelek z alkoholem jak i innych "argumentów", stosownych do sytuacji, zużył na przekonywanie swoich rozmówców do sprzedania mu, chociażby małej części posiadanych przez ich firmy materiałów. 
I to materiałów, które wszędzie były deficytowe i których było zawsze za mało w każdej państwowej firmie.  

Praktycznie dokonał rzeczy niemożliwej.  Wykupił materiały od firm, którym tych materiałów chronicznie brakowało i które same posiadały ich niewystarczające ilości i to również zdobywane z wielkim trudem.   Niech przynajmniej w części zostanie  tajemnicą jak tego dokonał.  Faktem jest, że  tak jak obiecywał, w ciągu trzech tygodni, załatwił większość potrzebnych do Inowrocławia materiałów.   

Mając umowę, ludzi i materiały,  firma Bogusława, pod koniec października, rozpoczęła roboty na Wagonowni w Inowrocławiu.  Wartość tych robót  kilkakrotnie przekraczała, wartość wszystkich wykonanych dotychczas przez Bogusława i Karola, robót budowlanych.  Było to spowodowane głównie faktem polegającym na tym, że wodociąg należało ułożyć pomiędzy dwoma czynnymi torami kolejowymi i do tego w paskudnych warunkach gruntowych
  
Cóż to jednak znaczyło dla Bogusława.  Z ogromną energią i zaangażowaniem zabrał się do realizacji tego wielkiego, jak na jego dotychczasowe dokonania, zadania.  Najpierw zjednał sobie miejscowych szefów, którzy zgodzili się zamknąć jeden z czynnych torów kolejowych i ograniczyć ruch na drugim, sąsiednim, torze.  Dzięki temu zamiast ładować ziemię z wykopu, który miał być wykonywany ręcznie, na platformy kolejowe i odwozić na wysypisko, żeby ją później przywieźć tymi samymi wagonami do zasypania wykopów, to kopał wykop karolową Białoruśką i wysypywał ziemię na sąsiedni już teraz zamknięty tor.  Tempo robót wzrosło znacznie w stosunku do tego planowanego, a ilość tych najgorszych robót, czyli ziemnych,  zmalała.  Nie zmieniło się tylko wynagrodzenie.  Tutaj ogromne zdolności Bogusława ujawniły się w całej krasie.   W ten sposób już po trzech miesiącach i to jesienno-zimowych, pierwszy etap robót zbliżał się pomału do końca.  Bogusław ponaglał tylko co parę tygodni Leszka, żeby podpisywał kolejne protokóły odbioru robót.  Potem wystawiał fakturę i kasował ogromne pieniądze.  

W trakcie tych robót Leszek i Bogusław zaczęli poznawać się bliżej.  Po każdym odbiorze Bogusław organizował uroczystą kolację, w czasie której, wiele rozmów dotyczyło ich wspólnej przyszłości.  Bogusław niezmiennie i z dużym przekonaniem namawiał  Leszka do przejścia na swoje.  Natomiast Leszek widząc chociażby na przykładzie Bogusława i Macieja,  ogromne, nie tylko finansowe sukcesy  nowych rzemieślników,  zaczynał coraz bardziej się łamać. 

Jeszcze poważniej oraz coraz częściej zaczynał myśleć o tym, żeby pójść drogą Bogusława i Macieja.  Jednak zawsze, gdy mu się wydawało, że jest bliski podjęcia decyzji to zawsze uruchamiały się w jego głowie jakieś ogromne opory.  Z jednej strony była wielka pokusa, wizja wielkich pieniędzy, spodziewanych różnych innych sukcesów, czy chociażby chęć zaimponowania rodzinie i znajomym.  Krótko mówiąc tworzył sobie wizję innego życia niż to, które wiódł do tej pory.  Do tego przekonywania Bogusława, jego sukces, sukces Macieja i innych rzemieślników, których kilku poznał w ostatnim okresie, powiększały znacznie owe pokusy.   Jednak z drugiej strony wiódł ustabilizowane, dostatnie i w miarę ciekawe życie.  Mówił sobie: -mam świetną, satysfakcjonującą pracę, poważanie u szefów, dobre zarobki, liczne przywileje, świetnych kolegów i sporą niezależność.  Czy warto z tego wszystkiego rezygnować dla niepewnego jutra?   A co najgorsze to fakt, że dla założenia własnej firmy potrzeba sporych pieniędzy, których przecież nie miał.  Potrzeba także dużo odwagi i niewątpliwie wiele szczęścia.   

Oprócz tych dwóch osób, czyli Macieja i Bogusława, nikt z jego bliższych i dalszych znajomych nawet nie myślał o zakładaniu swojej firmy.   Raczej wręcz odwrotnie.  W licznych rozmowach, które na ten temat prowadził wszyscy inni mu to odradzali.  Leszek był w wielkiej rozterce.   Ale przecież coraz bardziej poznawał Bogusława, a ten nie pozwalał mu na dłuższe pielęgnowanie jego wątpliwości.  Z wielkim entuzjazmem, przy każdej nadarzającej się okazji, przekonywał Leszka tylko do jednego, do założenia własnej firmy.  Pod koniec roku Leszek był już bardzo bliski podjęcia tej decyzji.  Tym bardziej, że zarówno w nim jak i w jego najbliższych przyjaciołach i kolegach, z którymi prawie co tydzień spotykał się na różnych sobotnich imprezach, już od początku lat osiemdziesiątych, tlił się żar dużego niepokoju.  Niepokój ten wprowadziła prawie półtoraroczna namiastka wolności z lat 1980 i 1981.   W trakcie wielogodzinnych dyskusji, na różnych imieninach, urodzinach, rocznicach i licznych spotkaniach "bez okazji", suto zakrapianych kartkowym alkoholem i brandy własnej produkcji, rozmowy toczyły się wokół tego, jak wiele się dookoła zmienia.   Mówiono o tym, iż nie jesteśmy już takimi bezwolnymi ludźmi jakimi byliśmy przed przełomowym 1980 rokiem.  Ten niepokój często doprowadzał nawet do kłótni, o to, dokąd zajdą rozpoczęte w tym 1980 roku zmiany.  Uczciwie trzeba jednak przyznać, iż w najśmielszych wizjach nikt z uczestników tych rozlicznych rozmów nie przewidział, i to nawet jeszcze  pod koniec 1986 roku,  takiego rozwoju wypadków, jaki później nastąpił.  Nikt nie przewidział, że już w 1989 roku zawali się istniejący od czterdziestu pięciu lat porządek.  Dlatego patrząc na zmagania Leszka, trzeba je umieścić w tamtej socjalistycznej, siermiężno-kartkowej rzeczywistości, jakże różnej od rzeczywistości dzisiejszej,  demokratycznej,  internetowo-hipermarketowo-komórkowo-medialnej.  

Tak, Leszek miał o czym myśleć i z czym się zmagać.  A jeszcze doszedł mu inny niepokój.  Pewnego późnojesiennego wieczora, w trakcie niewinnej degustacji młodego wina z czarnej porzeczki, doszło do tańców i delikatnych swawoli.  Nie wiadomo, czy to ilość wypitego wina, czy może nastrój wieczoru, czy też może  coś innego, spowodowały, że  Leszek pocałował Nataszę.  A nie był to byle jaki pocałunek.   To niewinne przeżycie, jakże dla niego odmienne, mocno wryło się w  pamięć i zakiełkowało tym kolejnym niepokojem.   

I w końcu Leszek podjął decyzję.  Ogłosił ją w sobotni wieczór, trzeciego stycznia, podczas karnawałowej prywatki urządzonej w swoim  mieszkaniu.  Po dwóch godzinach, gdy impreza już się na dobre rozkręciła i po  wypiciu już parę mocnych drinków, zebrał się na odwagę, wyłączył na chwilę muzykę, poprosił obecnych o chwilę uwagi i  oznajmił: - po długich wahaniach i wielu dyskusjach, które toczyłem często ze wszystkimi tu obecnymi, podjąłem w końcu decyzję.   Zdecydowałem się, otwieram swoją firmę.  Nastała chwila konsternacji, obecni na prywatce przyjaciele i najbliżsi znajomi pana i pani domu, nie dowierzali tym słowom.  Padało wiele pytań, głównie krytycznych. Prawie wszyscy byli pełni wątpliwości co do słuszności leszkowego wyboru.  Jednak Leszek, z wielkim przekonaniem i dużą pewnością siebie, odpowiadał na  wszystkie te pytania i wątpliwości, mocno starając się przekonać każdego, że tak będzie najlepiej i to nie tylko dla niego.   Jednak już w poniedziałek Leszka  naszło wiele kolejnych wątpliwości.   Największy problem widział w braku umiejętności bezpośredniej pracy z ludźmi, z robotnikami, operatorami, kierowcami.  Dotychczasowe jego doświadczenia w tym względzie nie były najlepsze.  Co prawda pracował poprzednio prawie trzy lata jako majster na budowie, ale odszedł z tej pracy głównie z powodu nieumiejętności dogadywania się z podwładnymi.  Dogadywanie to  polegało  przede wszystkim, na patrzeniu przez palce na ich poczynania i udawaniu, że wiele z tego, czego nie powinno się widzieć, naprawdę się nie widzi.  Dominującym hasłem było: "z ludźmi trzeba dobrze żyć".   Ale jak to robić, to już było mniej ważne.   Właśnie rozwiązanie tego problemu, przy tworzeniu swojej firmy,  wydawało mu się najważniejsze.  Nie miał zaufania do swoich umiejętności w tym względzie.   Myśląc o tym całymi godzinami, jeden tylko wniosek przychodził mu do głowy,  skoro sam czegoś nie umie to musi  poszukać wspólnika, który posiada takie umiejętności, jakich mu brakuje.  Ułożył sobie długą listę ewentualnych wspólników.   Jednak już po pobieżnej ocenie każdego z kandydatów, z tej długiej listy, pomimo kilkakrotnych analiz, pozostawała mu zawsze tylko jedna i ta sama osoba.  Dalsze przemyśliwania potwierdzały słuszność takiej oceny.   Tą jedyną osobą, którą mógł poważnie brać pod uwagę, był Michał Wiśniewski, kolega ze studiów i kolega z jego pierwszej pracy.  Kiedyś zresztą byli sobie nawet bardzo bliscy.  Razem wyprawiali się na wakacje, organizowali Sylwestra, grali w brydża i pokera. Wspólnie chodzili na różne imprezy, mieli wspólnych znajomych i podobne zainteresowania.  Przez cztery lata, po sąsiedzku, mieszkali na czwartym piętrze akademika przy ulicy Koszarowej.  Jednak ostatnimi laty ich kontakty osłabły ponieważ Michał ponad trzy lata pracował na zagranicznej budowie we Wielkich Łukach, w Związku Radzieckim i rzadko przyjeżdżał do domu.   Niedawno jednak wrócił na stałe, wysoko awansował i nosił się z zamiarem wyjazdu na roboty do Iraku.  Już w następną sobotę dziesiątego stycznia Leszek zaprosił Michała z jego żoną Elżbietą na małżeńskiego brydża, na którym kiedyś spotykali się dosyć regularnie.  Po wypiciu pierwszej flaszki żytniej, Leszek nabrał odwagi i zwracając się w przerwie gry, do Michała, powiedział:- tak naprawdę to chciałem dzisiaj  pogadać z tobą o tym, żebyśmy wspólnie otworzyli zakład rzemieślniczy.  Wiesz poznałem takiego gościa, Bogusława, który rewelacyjnie sobie radzi i od paru miesięcy usilnie mnie namawia do tego kroku.  Na pewno też już słyszałeś o naszym wspólnym koledze Macieju.  

Jak pewnie wiesz, idzie mu wręcz rewelacyjnie.  Ja już się zdecydowałem, nie czuję się jednak na siłach, żeby zrobić to samemu.   Szukam wspólnika i pierwszą osobą o której pomyślałem jesteś ty.  Michał, mocno zaskoczony, z początku nic nie odpowiedział.  Wypił, pomyślał i po chwili, pomału, zaczął mówić:- jak wiesz, właśnie awansowałem na kierownika wielkiej budowy i mam niedługo szansę na  kolejny wyjazd zagraniczny.  Na "rurze"  we Wielkich Łukach sporo zarobiłem, a i za handel, głównie złotem, przy każdym przyjeździe, wpadło niemało.  Perspektywy w firmie mam obiecujące i nie widzę specjalnie powodu do podejmowania takiego ryzyka.  Pomysł może i dobry, ale za dużo mam do stracenia, a ryzyko podjęcia takiego kroku, dla mnie wydaje się ogromne - dodał.  

Tego wieczora, kolejne próby przekonywania Michała niewiele dały.   


Następny odcinek.


  

poniedziałek, 22 października 2018

Dzisiaj

Lato trwało prawie do wyborów, a zaraz po nich przyszła ta nasza prawdziwa jesień.  Ciekawe czy to tylko przypadek?

Poniżej dwa dzisiejsze widoczki z mojego okna.


wtorek, 16 października 2018

Wybory samorządowe.

Pierwszy raz radnym zostałem w 2006 roku, drugi raz w styczniu 2014 roku (wybory uzupełniające), trzeci raz w listopadzie 2014 roku, a teraz kandyduję ponownie bo uważam, że tak trzeba.  Bo radny to przede wszystkim przedstawiciel lokalnej społeczności, który ma kontrolować poczynania gminnej władzy, wpływać na stanowione lokalne prawo i takimi działaniami głównie reprezentować interes swoich wyborców. Oczywiście także bezpośrednio działać w interesie swoich wyborców i wzmacniać swoimi działaniami to co czyni Sołtys i Rada Sołecka.

Przed wyborami w 2014 roku.

Przed wyborami w 2018 roku.


poniedziałek, 15 października 2018

Poznańskie kontrasty.

Dzisiaj dla odmiany zamiast "dziwnejbydgoszczy"  odrobina dziwnego Poznania.  Ktoś kto chociaż trochę zna rodzinne miasto moich pradziadków pewnie skojarzy o co mi chodzi, a jeżeli nie to chętnie odpowiem.
Głogowska.  Niby szeroka i bezpieczna, ale niestety pełna wypadków i kolizji.

Dwa poznańskie symbole.  Jakie?



sobota, 13 października 2018

Trochę tegorocznej jesieni - część 2

Piękna jesień trwa nadal.  Poniżej parę zdjęć wykonanych w minioną środę, czwartek i piątek.

Widok z mostu nad Brdą w Smukale

Widok z kładki łączącej Opławiec z Piaskami

Kładka

Bukowy las przylegający do parku w Myślęcinku
Widok (pod słońce) z myślęcińskich górek na pole golfowe.

niedziela, 7 października 2018

Trochę tegorocznej jesieni.

Długo trwało lato w tym nietypowym 2018 roku, ale wreszcie przyszła jesień i dlatego prezentuję kilka obrazków tej aktualnej jesieni.  Wszystkie zdjęcia oprócz dwóch ostatnich wykonałem dzisiaj (07.10.2018 r.) w parku przy nadleśnictwie w Żołędowie, przedostatnie wczoraj w Ogrodzie Botanicznym w Myślęcinku, a ostatnie dzisiaj nad Zalewem Koronowskim w Samociążku.

A jak pięknie pachną liście.










Tulipanowiec amerykański


czwartek, 4 października 2018

Niemczański klimacik.

Wszędzie możemy dostrzec zewnętrzne piękno naszych domów i ogrodów, ale rzadko możemy obejrzeć piękno wewnętrzne.  Dzisiaj jedno zdjęcie z tego wewnętrznego piękna.



A tak wyglądał Niemcz  20 lat wcześniej w tym samym miejscu zanim wykonano powyższe klimatyczne zdjęcie.

środa, 3 października 2018

Hiszpańskie impresje.


W ciągu minionych trzech lat ponad rok spędziliśmy na południu Hiszpanii i te przeżycia są ciągle żywe i wracają do nas.  Poniżej kilka impresji z czteromiesięcznego naszego pobytu na przełomie 2016 i 2017 roku.  Wszystkim polecam zimowanie w tym wspaniałym miejscu.

Cabo Roig

Torre de la Horadada

Cabo przed naszym tymczasowym domem

Uliczka w historycznej Cartagenie


Jak wyżej

Widok z mierzei La Manga


Mam nadzieję, że jeszcze tam powrócimy

poniedziałek, 1 października 2018

Jak to jest?

Zbliżają się wybory samorządowe i jedno w nich jest pewne czyli fakt, że nie znamy ich wyników.  Ale czy, aby na pewno?  Poniżej widzimy zdjęcie, które jest jednoznaczne w swojej wymowie.  Pozostaje tylko podstawowe pytanie:  - kto jest kim?



piątek, 28 września 2018

Czerwcowy Niemcz

Wielkimi krokami zbliża się jesień.  Jesień jest piękna, ale to piękno trwa krótko.  A zbierające się wyjątkowo wcześnie do odlotów ptaki wróżą srogą i długą zimę.  Dlatego warto przypomnieć sobie te piękne niedawno minione letnie dni.




poniedziałek, 24 września 2018

"Bogusław" - odcinek 6




Poprzedni odcinek


Odcinek - 6

Był ładny dzień.  Leszek miał bardzo dobry nastrój,a,że do normalnej pory powrotu żony i córki do domu było jeszcze sporo czasu, dlatego postanowił wstąpić na godzinkę do Piwnicznej, jedynej wówczas porządnej winiarni w mieście.  Zszedł schodami w dół, do ładnie urządzonej piwnicy.  Usiadł przy drewnianym stoliku i zamówił sobie całą szklankę, czyli dwie setki białego Vinpromu.  Wyjął Gazetę Pomorską i przeglądając wiadomości lokalne, popijał sobie ten smaczny wermut.  Po około pół godzinie ktoś podszedł do jego stolika i zapytał, czy może się przysiąść.  Jakież było zdumienie Leszka, gdy składając gazetę, spostrzegł, że pytającym jest pan Bogusław.   Tuż za nim stał pan Karol.  Obaj, z wielkim zdziwieniem, uśmiechali się przyjaźnie do Leszka.   Pan Leszek zupełnie odłożył gazetę na stolik i równie ogromnie zdziwiony odpowiedział:- oczywiście, siadajcie panowie, ale mnie zaskoczyliście.  Cóż to za dziwny przypadek.  Co też panów tutaj sprowadza?  Odpowiedział mu, jednocześnie przywołując kelnerkę,  pan Bogusław - pewnie to samo co pana panie inżynierze.   Nie mieliśmy jednak najmniejszego pojęcia, że pana tutaj spotkamy.  To co zamówimy jeszcze raz to samo co pan pije, panie inżynierze, albo najlepiej, niech pani poda zaraz po dwie szklanki, co pani będzie tyle biegać, powiedział pan Bogusław do kelnerki, która zdążyła już podejść do stolika.  

Już po paru minutach, ze szklanką w ręce, stuknąwszy się z Karolem i Leszkiem, pan Bogusław zaczął przemowę - najpierw wypijmy na zdrowie, za nasze spotkania to pierwsze i te następne.   Po czym kontynuował - ale ta pana praca, jak tak pana od niedawna obserwuję, to musi być bardzo uciążliwa.  Ile też musi się pan w niej namęczyć.  Codziennie tak gdzieś jeździć pociągami, a z tego co słyszałem, nieraz nawet po kilkaset kilometrów to chyba nie lada mordęga?  A jak już pan się wymęczy w tym pociągu i zmarznięty lub przewiany dojedzie na te swoje budowy to musi pan chodzić po tych, zazwyczaj zabłoconych drogach, schodzić do wykopów, mierzyć, sprawdzać, a do tego jeszcze wchodzić do tych brudnych, głębokich studzienek i świecić do rur.  I tak pewnie codziennie, niezależnie od pogody, zdrowia czy kondycji.    Latem to jeszcze rozumiem, można się przespacerować, zażyć świeżego powietrza i trochę, chociażby dla zdrowia, pogimnastykować się w tych wykopach, ale późną jesienią, czy zimą to przerąbane.  Jak pan to wytrzymuje?  Przecież za tych, pewnie, parę marnych groszy, takie trudy, to może człowieka nieźle wkurzać.   Ja się dziwię, pan człowiek wykształcony, jeżeli już tak się męczy to przynajmniej powinien coś z tego mieć.  Otworzyłby pan prywatkę i przy pana możliwościach załatwiania zleceń, wykonywania kosztorysów, pisania umów i innych tych papierkowych umiejętnościach, już w parę miesięcy, zarobiłby pan kupę szmalu.  Pan Leszek był bardzo zdumiony i zaskoczony tak bezpośrednią przemową pana Bogusława.  Słuchał tego wszystkiego, myśląc przy tym - a skąd ten Bogusław zna moje ukryte myśli?  Po chwili, gdy pan Bogusław przerwał, na moment, swoje wywody, popijając głęboki łyk wina, pan Leszek odpowiedział:- no nie jest tak źle, praca jest ciekawa, samodzielna, a i zarobki mam nie najgorsze. Prywatka to jednak duże ryzyko, a ile kasy potrzeba, żeby samemu rozpoczynać. Ale, ale, panie inżynierze wcale nie jest tak jak pan mówi, jakie tam ryzyko, przy dobrym zleceniu nie ma prawie żadnego ryzyka, a co do kasy na początek to można się gdzieś zapożyczyć, po paru miesiącach wszystko oddać i jeszcze sporo zostanie.   Ja panu mówię to właśnie teraz jest czas na takie decyzje, nie wiadomo co będzie za dwa, trzy lata.  Karol no powiedz panu inżynierowi, czy nie mam racji - zwrócił się pan Bogusław do swojego wspólnika. A co ja tam będę wiele gadał, pewnie, że jest tak jak mówisz, odpowiedział pan Karol.  Po chwili Pan Bogusław podszedł do baru i przyniósł kolejne trzy szklanki Vinpromu.  Usiadł i powiedział:- panie Leszku, przy trzeciej szklance już chyba możemy wypić brudzia, co pan na to? Oczywiście panie Bogusławie, z wielką przyjemnością, odpowiedział na to pan Leszek.    I wszyscy trzej panowie jeszcze wiele razy tego popołudnia, aż do wieczora wypijali wzajemnie kolejny bruderszaft. 

Od tego też momentu, nasi bohaterowie będą występowali po imieniu.  Zostawmy te różne nazwiska, tytuły, czy funkcje.  Będą Bogusławem, Karolem i Leszkiem. Jest też teraz okazja do bliższego zaznajomienia się z tymi trzema panami.

Bogusław Nowak, rodowity bydgoszczanin, wysoki, postawny mężczyzna z lekko zarysowującym się już brzuszkiem i gładkimi, prostymi, ciemnymi włosami, które zaczesywał pod górę,  miał wówczas około trzydziestu lat.  Twarz jego była szeroka i otwarta, rysy chociaż dosyć miękkie to jednak wyraziste.  Uwagę przyciągały jego oczy, pomimo, że zazwyczaj zasłonięte okularami, to jednak ich przenikliwość w jakiś sposób przyciągała rozmówcę, który uważnie w nie spojrzał, nawet spod tych okularów.  Zawsze był starannie ogolony, dobrze, ubrany i ogólnie sprawiał bardzo korzystne wrażenie.  Jego głos był przyjemny, a śmiech zaraźliwy.  Bogusław, o czym już wspomnieliśmy, od dwóch lat prowadził rzemieślniczy zakład budowlany.  Przedtem również działał na swoim prowadząc, wspólnie z żoną, przez prawie dwa lata ajencyjną kawiarnię.  A jeszcze wcześniej pracował w NRD, zaś przy okazji, tak jak wielu innych w tamtym czasie, handlował, z tak zwanymi, "dobrymi Niemcami".  Co tydzień przyjeżdżał z pracy w NRD, na niedzielę, do domu do Bydgoszczy i woził starym Polonezem, towar w obie strony, zarabiając krocie, jak naówczesne siermiężne warunki.  Cechowało go spore wyczucie i duża odwaga.  Miał też, to co w każdym nawet najmniejszym biznesie jest nieodzowne, czyli sporo szczęścia. Jako jeden z pierwszych założył swoją firmę w tym tak trudnym okresie, pierwszej połowy osiemdziesiątych lat.  Najpierw jako tak zwany ajent, a później już tylko na własne ryzyko, otworzył prywatny zakład budowlany. 

Karol pracował za Bogusława na budowach, a Bogusław tymczasem szukał kolejnych zleceń, podpisywał umowy, organizował materiały i załatwiał całą masę innych spraw.  Czuł się w tym jak ryba w wodzie, można powiedzieć, że był w swoim żywiole.  Ale to było dla niego za mało.  Energia go rozsadzała.  Cały czas intensywnie przemyśliwał jakby tutaj wypłynąć na szerokie wody.  Jak to zrobić, żeby zostać jednym z największych i najbardziej znaczących rzemieślników w spółdzielni do której należał, a która skupiała ich około setki, z tego wielu parających się rzemiosłem budowlanym od dziesiątków lat. W tym czasie marzeniem Bogusława było ich wszystkich, jak najszybciej, wyprzedzić. Chciał być najlepszy.

Karol Ostrowski.    Niewątpliwie, mocno się on przyczynił do pierwszych sukcesów Bogusława w budowlanym rzemiośle.  Karol był kolegą Bogusława z lat nauki w technikum budowlanym.  Pracował w Bydgoskim Kombinacie Budowy Domów, jako majster. Był rówieśnikiem Bogusława i miał za sobą doświadczenie ponad pięciu lat pracy na różnych budowach.  To jego jako pierwszego namówił Bogusław do wspólnego działania.  Okazało się to, dla obu, wielce korzystnym posunięciem.    Na początku działalności, Karol wykonywał wraz z dwoma innymi ludźmi wszystkie roboty w firmie Bogusława ale z czasem został jego zaufanym, jego prawą ręką i majstrem na jego budowach. 

Leszek Marcinkowski był wówczas mężczyzną średniego wzrostu, szczupłej budowy z długimi kręconymi włosami.  Był o pięć lat starszy od Bogusława.  Pochodził z Wągrowca, pięknego, powiatowego miasta położonego na północy Wielkopolski.  Do Bydgoszczy przyjechał w 1967 roku pobierać nauki w Technikum Kolejowym.  Potem ukończył Wydział Budownictwa bydgoskiej Akademii Techniczno-Rolniczej i po roku wojska, rozpoczął pracę we włocławskiej Hydrobudowie.  Po trzech latach pracy w wykonawstwie przeniósł się do Spółdzielczości, a już po kolejnym roku znalazł się w Dyrekcji Kolei w Gdańsku, gdzie pracował jako inspektor nadzoru.  To tyle na razie o trzech uczestnikach naszej opowieści.

Parę dni po spotkaniu w winiarni, Leszek pojechał na naradę do Gdańska.  Po naradzie poszedł, zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, do swojego szefa na rozmowę o robotach w Solcu Kujawskim i Rąbinku.   Najpierw opowiedział jak idą roboty w Solcu Kujawskim, a potem zapytał: - i co pan, panie naczelniku, w tej sytuacji sądzi teraz o zleceniu robót w Inowrocławiu firmie pana Nowaka? Czy może znalazł już pan innego wykonawcę?  Nie, innego wykonawcy nie mamy, ale co do tych prywatnych wykonawców to panuje u nas w dyrekcji ogólna opinia, żeby postępować bardzo ostrożnie.   Naczelny nie jest ich wielkim zwolennikiem i gdyby coś poszło nie tak, to mielibyśmy spore kłopoty - odpowiedział pan naczelnik.   Po chwili dodał: - z drugiej jednak strony robota musi być wykonana i to szybko, a z tego co pan opowiadał mamy do czynienia z przedsiębiorczym człowiekiem.  Zrobimy tak - podzielimy te dwa kilometry wodociągu na dwa etapy, każdy po kilometrze.  Jeżeli pan Nowak sprawdzi się na pierwszym etapie to zlecimy mu również do wykonania drugi etap.  Nich pan pilnie przygotuje z działem umów stosowne dokumenty i ruszajcie do dzieła.


Następny odcinek.











piątek, 21 września 2018

Kolejne urodziny nad Bałtykiem

Tym razem pojechaliśmy do Mielna Unieścia i tydzień spędziliśmy w hotelu Blue Marina.  Hotel znajduje się na wąskim pasie gruntu (szerokości około 150 metrów) pomiędzy Bałtykiem, a jeziorem Jamno.  Mieszkaliśmy na VI piętrze i mieliśmy piękny widok na jezioro i na Koszalin.

Pogodę mieliśmy cudowną.  Pierwszy raz w życiu kąpałem się w moje urodziny w Bałtyku.  Długie marsze plażami z Unieścia do Łaz, z Sarbinowa do Gąsek i z Unieścia do centrum Mielna, a wieczorem basen i sauna.   Bardzo udany pobyt.

Poniżej kilka migawek z tego pobytu.

Moim zdaniem plaża pomiędzy Unieściem, a Łazami to najładniejszy odcinek wszystkich polskich plaż nad Bałtykiem, a dodatkową atrakcją na jej odcinku od kanału łączącego Bałtyk z jeziorem Jamno na długości około kilometra w stronę Łaz, jest odludna plaża dla nudystów.

Wysokie i o różnych kształtach wydmy, ciekawa roślinność, sosnowy las i prawie kompletny brak plażowiczów to uroda plaży na odcinku od kanału do Łaz.

Widok z okna pokoju w którym mieszkaliśmy.

Zbliżamy się do latarni w Gąskach

Urodzinowy toast tradycyjnie spełniany schłodzonym białym słodkim Martini

Widok z okna

jak wyżej

środa, 12 września 2018

Bydgoskie symbole.

Dzisiaj najpopularniejszy bydgoski symbol czyli bydgoskie spichrze.

Zdjęcie pochodzi z 1927 roku, a zamieszczone ono zostało w monumentalnym opracowaniu o tytule "X-lecie Polski Odrodzonej".  Dzieło to wydano w 1929 roku.




poniedziałek, 3 września 2018

Szkolne wspomnienia - 9

Mieszkaliśmy w internacie na ulicy Warszawskiej 25, oczywiście w Bydgoszczy.

Na tamte czasy, czyli okres głębokiego ustroju socjalistycznego, my byliśmy w grupie umiarkowanie uprzywilejowanych.  Uczyliśmy się w dobrej szkole.  Mieliśmy stypendia i miejsce w internacie.  Byliśmy młodzi, niezależni i nikt nas (wbrew dzisiejszym  wyobrażeniom o owych czasach) nie indoktrynował.

I chociaż dzisiaj wielu twierdzi, że byliśmy manipulowani i byliśmy pionkami w grze to tak naprawdę, jeżeli nawet tak było to nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy.

Byliśmy młodzi i byliśmy sobą.

Od lewej (u góry) Stefan, Henryk, Tadeusz, Stefan, a poniżej Benedykt, Henryk, Andrzej (autor bloga) i Ireneusz.

Jakże piękne mieliśmy wówczas (jesień 1971 rok) idee, jakie oczekiwania, jakie zamiary i jak chcieliśmy zmieniać na lepsze ten nasz świat.


A co możemy dzisiaj powiedzieć?

Minęło prawie pięćdziesiąt lat od tamtych chwil, i od momentu  wykonania tego zdjęcia.


I, gdzie jesteśmy?

Co osiągnęliśmy?


Poprzedni post z tego cyklu.

sobota, 18 sierpnia 2018

Ciekawostka dla totalsów.

Wczoraj, przypadkiem, w stosach moich różnych dokumentów i pamiątek znalazłem takie poniższe zaświadczenie.

Tym wszystkim, którzy porównują obecną prawdziwą demokrację do stanu wojennego przedstawiam tylko jeden drobny kwiatek z tej socjalistycznej parszywej rzeczywistości owego stanu.

Nie dość, że musiałem być gotowy (oczywiście za darmo) do pracy całą dobę to jeszcze musiałem co tydzień chodzić do dyrekcji znajdującej się na Dworcowej po kolejne takie zaświadczenie.

Zresztą zawiłości tego czasu i tych zdarzeń znają jedynie ci co je przeżyli.  Biegaliśmy z bloku do bloku na bydgoskim Szwederowie, aby wspólnie spędzić czas i pograć, na przykład, w brydża.  Biegaliśmy gdzieś tak zwanymi opłotkami, które przebiegały na granicy działek pracowniczych i bloków.  (dzisiaj biedronka) Musieliśmy tylko uważać, aby nikt nas nie dostrzegł.   Byliśmy młodzi, sprawni i sprytni toteż nie nastręczało to nam trudności. Ale nie było to takie proste bo gdyby nas kto (milicja, wojsko) złapał to groziły nam dwa lata więzienia.  Czy dzisiejsi kodziarze mają tak samo?  Czy grożą im sankcje stanu wojennego?

Zaś takie zaświadczenie nosiłem przy sobie, gdy musiałem przebywać poza domem  w okresie trwania godziny policyjnej i musiałem je okazywać patrolom policyjnym lub wojskowym bez żądania.

Niby drobiazg, ale jakże znamienny.



czwartek, 16 sierpnia 2018

Kieżun raz jeszcze - 04.01.14.

Rozmowa PCh24.pl
Rozmowa z prof. Witoldem Kieżunem

Zielona wyspa czy neokolonia?

Data publikacji: 2014-01-01 21:00
Data aktualizacji: 2014-01-04 15:39:00


Read more: http://www.pch24.pl/zielona-wyspa-czy-neokolonia-,20198,i.html#ixzz2pTH7HXLs


W rozpoczynającym się roku minie ćwierćwiecze od startu tzw. transformacji ustrojowej. O stanie polskiego państwa i gospodarki mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl prof. dr hab. Witold Kieżun, ekonomista, wybitny ekspert w dziedzinie zarządzania, powstaniec warszawski, kawaler Orderu Virtuti Militari.

  



Panie Profesorze, w jakim stanie znajduje się obecnie nasza gospodarka? Premier Donald Tusk oraz były minister finansów Jacek Rostowski wielokrotnie zapewniali, że jesteśmy tzw. zieloną wyspą.

- Nasza struktura gospodarcza w chwili obecnej jest analogiczna do struktury krajów pokolonialnych i w zasadzie można powiedzieć, że Polska jest neokolonią. Jeśli chodzi o niepodległość polityczną to uważam, że ją mamy, choć jest ona ograniczona w ramach Unii Europejskiej. Natomiast w sferze ekonomicznej, niestety, jesteśmy podlegli. Moją tezę bardzo łatwo wytłumaczyć. W Polsce obecnie istnieje około sześćdziesięciu banków, z czego tylko trzy są polskie. Spośród tych trzech tylko jeden ma 100 procent polskiego kapitału - jest nim Bank Gospodarstwa Krajowego. Wszystkie nasze banki sprzedaliśmy łącznie za ok. 25 mld zł, a dla porównania łączny dochód banków w roku ubiegłym wyniósł 15 mld zł. Podsumowując, można powiedzieć, że banki oddaliśmy prawie za darmo. 

Kolejną kwestią jest wielki handel, który można określić mianem „złotego jabłka”. W zasadzie nie mamy polskich supermarketów. Najpopularniejsza u nas jest portugalska „Biedronka”, której właściciel za dwa lata będzie najbogatszym przedsiębiorcą w Polsce. W związku ze sprzedażą banków nie kontrolujemy finansów, ze względu fakt, że nie posiadamy polskich supermarketów – nie mamy handlu. Ale jest jeszcze trzecia ważna struktura, mianowicie przemysł. Niestety, wielki przemysł również w Polsce już nie istnieje. Są oczywiście jeszcze pojedyncze duże firmy, ale coraz częściej bazują one w znacznej części na obcym kapitale, jak choćby Kopalnia Miedzi i Srebra w Lubinie, która posiada jedynie około 43 – 45 procent kapitału polskiego. PKO Bank Polski ma do dyspozycji też mniej niż połowę kapitału polskiego. Posiadamy jeszcze średniej wielkości przedsiębiorstwa, które i tak zaledwie w niespełna połowie przypadków są w pełni polskie. W efekcie w ciągu roku nawet do 100 miliardów złotych zysków zagranicznych przedsiębiorstw wypływa poza Polskę. Za tym idzie niemożność tworzenia nowych miejsc pracy, a w konsekwencji olbrzymia emigracja. Ostatnie dane GUS mówią o 2,1 mln osób stale osiadłych za granicą oraz około 1 milionie Polaków, którzy wyjeżdżają okresowo. Tak więc straciliśmy 3 miliony obywateli. W Polsce mamy również 2 miliony bezrobotnych, co stanowi 13 procent, a także masę emerytów i rencistów. Proszę pamiętać, że w pewnym momencie w likwidowanych  przedsiębiorstwach zwolnionym pracownikom powszechnie proponowano renty.

W tym miejscu optymiści powiedzieliby: „ale przecież otrzymujemy wielkie pieniądze z Unii Europejskiej”.

- Oczywiście, otrzymujemy, ale musimy pamiętać o tym, że my też musimy dokładać się do jej budżetu. Poza tym, warto policzyć, ile straciliśmy dzięki strukturom UE. Tak jak wcześniej wspomniałem, stocznie zostały zlikwidowane dzięki Unii Europejskiej, byliśmy ukarani za dofinansowanie ich z budżetu państwa. Co ciekawe, Niemcy były w podobnej sytuacji do naszej, ale im ta sprawa „uszła na sucho”. Użyli argumentu, że dofinansowują dawne przedsiębiorstwa socjalistyczne na terenie byłego NRD, ale przecież my moglibyśmy użyć tego samego argumentu. Niestety, Niemców traktuje się w sposób wyjątkowy. Straciliśmy również wielki przemysł cukrowniczy i zostaliśmy zmuszeni do importu cukru z Ameryki Południowej. To tylko przykłady, których jest o wiele więcej.

Wspomniał Pan o Niemczeh. Jak kształtują się różnice w zarobkach polskich i niemieckich pracowników? Coraz częściej słyszy się, że na Zachodzie nie tylko zarabia się znacznie więcej, ale również i produkty stają się tańsze tam niż w Polsce.

- Zanim odpowiem na to pytanie, chciałbym zwrócić uwagę, że w Polsce mamy jedenaście miast, w których żyje się na przyzwoitym poziomie. Wśród nich Warszawa, notująca bezrobocie na poziomie zaledwie ok. 4 proc. To bardzo dobry wynik. Ponadto, w stolicy mamy stosunkowo wysokie zarobki, które przewyższają średnią krajową o prawie 1 000 zł. Wracając do pytania, chciałbym opowiedzieć pewną historię. Mój znajomy przeprowadził ciekawą analizę, mianowicie będąc w Berlinie odwiedził kilkanaście dobrych restauracji. Po przyjeździe do Polski okazało się, że w porównaniu z warszawskimi lokalami Berlin wypada lepiej, gdyż tam jest po prostu taniej.

Swego czasu przygotowałem oficjalne zestawienie płac w różnych zawodach. Jeśli chodzi o architektów oraz informatyków, trzeba przyznać, że zbliżamy się do średniej europejskiej, ale w przypadku pozostałych zawodów posiadamy średnio cztery razy mniejsze zarobki niż w pozostałych zachodnich krajach. Dla lepszego zobrazowania problemu przywołam przykład gliwickiej fabryki Opla, która została wybudowana przez Niemców i wygląda dokładnie tak samo jak fabryka Opla w Hanowerze. Różnica występuje tylko w zarobkach pracowników. Polacy zarabiają średnio 1 200, a Niemcy 4,5 tysiąca euro.

Z Pana analizy wynika, że nasza sytuacja jest bardzo poważna. Nie posiadamy wielkich przedsiębiorstw ani banków. Zarabiamy dużo mniej niż nasi sąsiedzi, choć wykonujemy tę samą pracę. Ale o sile państwa stanowi również administracja oraz sprawni politycy. Jak skomentuje Pan tę sferę?

- W gospodarce planowej, w której wszystko było centralnie ustalane, w aparacie administracji centralnej pracowało 46 tysięcy osób. W tej chwili mamy 144 tysiące! Stworzyliśmy powiaty, w dobie informatyki zupełnie niepotrzebne, a także jedyny w skali świata fenomen, którym są podwójne struktury wojewódzkie. W Polsce funkcjonuje zarówno marszałek województwa jak i wojewoda. Jeśli przyjrzeć się tym strukturom dokładniej, zauważymy, że są to takie same urzędy. Wszystko to jest podyktowane chęcią umieszczania przez rządzących na różnych stanowiskach swych współpracowników i znajomych.

Innym ważnym elementem są wybory, podczas których realnie głosujemy na listy wyborcze, na wybranych kandydatów ustalanych przez kierownictwa poszczególnych partii. Kolejność oczywiście nie jest przypadkowa, a zależy od stosunków i relacji z najważniejszymi osobami w partii.

Jeśli chodzi o życie polityczne, muszę przyznać, że jest ono nonsensowne. W pierwszej kadencji Sejmu 240 posłów zmieniło od dwóch do czterech razy przynależność partyjną. Od początku poprzedniej kadencji tylko z jednej partii Prawo i Sprawiedliwość, wyłoniły się trzy kolejne. Lewica też się dzieli a były minister Gowin też tworzy nową partię. Jeśli chodzi natomiast o sprawność legislacyjną to mamy cały szereg ustaw, które były zmieniane 40, 60 czy 120 razy! Dokładne dane podaję w swojej książce pt. „Patologia transformacji”.

Badania Banku Światowego mówią nam, że spór gospodarczy w Polsce trwa średnio 300 dni, jest to zupełny absurd! Kwintesencją polskiej polityki parlamentarnej są incydenty, które bardzo często mają miejsce w hotelu sejmowym. Dzięki znajomej, która została posłem, udało mi się dotrzeć do oryginalnego zestawienia skandali, jakie miały tam miejsce. Pijaństwo i rozróby były na porządku dziennym.

Obok problemu z władzą mamy inne, choćby fatalne prognozy demograficzne.

- No właśnie. Niestety, sprawy, o których pokrótce powiedziałem, to nie jest koniec naszych problemów. Jesteśmy w światowej czołówce, jeśli chodzi o stopień wymieralności.  Na 224 kraje, które były przedmiotem analizy, Polska znajduje się na 212. miejscu ze wskaźnikiem rozrodczości 1,2. Co ciekawe, wskaźnik rozrodczości Polek mieszkających w Londynie wynosi 2,5.

Są jakieś szanse na wzrost słupków ekonomicznych i uratowanie sytuacji gospodarczej Polski?

- Poważną nadzieją na uratowanie Polski są złoża gazu łupkowego. Obecnie w Stanach Zjednoczonych litr benzyny kosztuje w przeliczeniu 3 złote. Za dwa lata USA będą największym na świecie eksporterem gazu pochodzącego z tzw. łupków. Niestety, w Polsce od trzech lat parlament nie uchwalił odpowiedniej ustawy ekologicznej, poza tym w każdej sprawie musimy prosić o zgodę struktury Unii Europejskiej. Kilka tygodni temu odwiedził mnie znajomy profesor, Amerykanin, który powiedział, że na Ukrainie i w Rosji dużo łatwiej jest załatwić sprawy biurokratyczne dotyczące inwestycji w złoża gazu łupkowego. Tam są proste zasady. 60 procent zysków dla państwa, 40 procent dla inwestora. U nas tego brakuje. W tej chwili konieczna jest radykalna reforma polityki państwa i tak jak przed chwilą powiedziałem, skierowanie wszystkich wysiłków na wydobywanie gazu łupkowego. Warto pamiętać również o tym, że w Polsce znajdują się ogromne złoża węgla. Co ciekawe, jesteśmy w posiadaniu technologii produkcji benzyny z węgla. To też jest pewne rozwiązanie. Amerykańskie opracowania mówią, że jeśli cena za baryłkę ropy naftowej będzie wynosiła powyżej 50 dolarów, wówczas produkcja benzyny będzie opłacalna. Dziś jak wiemy, ta cena wynosi około 100 dolarów. Chemia węgla daje dalsze ogromne możliwości.

W jaki sposób przeciętny Polak może przyczynić się do poprawy sytuacji swojego kraju?

- Sytuacja w Polsce jest obecnie niesłychanie poważna i konieczna jest daleko idąca mobilizacja. Przede wszystkim musimy zacząć korzystać z usług małych polskich przedsiębiorstw, robić zakupy w tych nielicznych, ale polskich sklepach. Kupować również polskie artykuły. Ale to nie wszystko. Moim zdaniem, musimy stale pracować nad odpowiednim kształtowaniem młodych ludzi, których postawa jakże często jest teraz ogromnie hedonistyczna. Naszym zadaniem jest upowszechnienie chrześcijańskich wartości. Powinniśmy również rozpowszechniać piękno filozofii chrześcijańskiej. Niestety, te kwestie na przełomie wieków również zaprzepaściliśmy. Proszę sobie wyobrazić, mój ojciec miał zasadę, że nie przyjmował w domu znajomych, którzy byli rozwodnikami. W dzisiejszych czasach brzmi to niewiarygodnie, ale taka właśnie była atmosfera w polskich domach przed wojną.

Rozmawiał Paweł Ozdoba

Prof. zw. dr hab. Witold Kieżun – doktor honoris causa, członek International Academy od Management (USA), honorowy członek Komitetu Nauk Organizacji i Zarządzania PAN, były doradca naukowy prezesa NBP. Kierownik projektów ONZ dotyczących modernizacji zarządzania w Afryce Centralnej. Kierownik Zakładu Prakseologii PAN. Wykładał m.in. na Universite Paris Sorbonne II, School od Managment Bradford University, Temple University w Filadelfii oraz Universite de Montreal. Oficer Armii Krajowej, powstaniec warszawski, odznaczony w czasie Powstania osobiście przez naczelnego dowódcę AK Orderem Virtuti Militari. Więziony w radzieckim gułagu na pustyni Kara-Kum.


Read more: http://www.pch24.pl/zielona-wyspa-czy-neokolonia-,20198,i.html#ixzz2pTHDNH4c

Kieżun o kodziarzach - 16.05.16.

sobota, 11 sierpnia 2018

Beznadziejne granice polskiej demokracji.

W maju 2018 roku zaistniał we wszystkich mediach nijaki Michał Dzięba.  Głosił prawdę o nijakim Czaczkowskim, który z ramienia PO jest kandydatem na prezydenta naszej stolicy.  Mówił obszernie o przekrętach PO  w KGHM-ie i o wielu innych aferach PO.  Mówił, mówił i przepadł.

Nie ma go.  Nikt o nim nic nie wie.

Nikt nie komentuje.

Nikt o nim nic nie pisze.

Co do jest do k...wy  nędzy za demokracja?

Zadaję pytania dotyczące pana Dzięby od kilku miesięcy na wszystkich możliwych portalach, ale nie otrzymuję żadnych odpowiedzi.

Wierzyłem w Witolda Gadowskiego, lecz niestety i ten ostatni bastion mnie zawiódł.

Poniżej skan moich zapytań do Witolda Gadowskiego, które zostały bez odpowiedzi.

A podobnych pytań na różnych portalach zadałem dziesiątki i nigdzie nie uzyskałem odpowiedzi.


Kto tym manipuluje?


Kto za tym stoi?

Gdzie jest Dzięba?





KTO  NAMI  MANIPULUJE?


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

"Bogusław" - odcinek 5


Poprzedni odcinek.

Bogusław odcinek 5

To właśnie Maciej, późną wiosną 1980 roku namówił Leszka do pracy na kolei.  A potem przez ponad sześć lat, prawie codziennie, jeździli razem na te same budowy.  Maciej nadzorował roboty budowlane, a Leszek roboty instalacyjne.  Dlatego też ich drogi wiodły na te same  kontrole, narady, odbiory, komisje, przeglądy i inne działania do których inspektorzy nadzoru byli zobowiązani.

A z tym wspomnianym niepokojem było tak: - Otóż trzydziestego pierwszego maja 1986 roku w czasie podróży powrotnej z cyklicznej narady w wysokiej dyrekcji w Gdańsku i to tuż przed dojazdem do stacji Bydgoszcz Główna, Maciej ściszonym głosem i w pełnej tajemnicy przed innymi powiedział Leszkowi, że dzisiejszy dzień jest jego ostatnim dniem pracy na kolei.

Tuż przed wyjściem z pociągu dodał, że trzy miesiące temu złożył wypowiedzenie, rozliczył się z koleją, a od jutra otwiera zakład rzemieślniczy o specjalności malarsko - tapeciarskiej.

Leszek przeżył szok i przez wiele tygodni nie mógł się z niego otrząsnąć.

Wtedy też, w jego głowie coraz wyraźniej zaczęła się formułować odważna myśl: -  a może trzeba zrobić tak samo.  Myśl ta nie chciała już tak łatwo ustąpić jak poprzednio, dręczyła go i nie dawała mu spokoju. Jednak po kilku tygodniach musiał oswoić się z nową sytuacją. Głównie pod wpływem codziennych problemów, zaczął zapominać o tym swoim postanowieniu.

Pewnie nie szybko wróciłby do kolejnych tego typu rozważań, gdyby w
połowie sierpnia nie spotkał Macieja.
Spotkali się przypadkowo na Starym Rynku. Maciej, podobnie jak Leszek od studenckich czasów, był smakoszem win gronowych, dlatego też zaprosił Leszka na lampkę wina do "Winiarni Piwnicznej", mieszczącej się w pobliżu miejsca ich przypadkowego spotkania, czyli przy ulicy Jezuickiej. Tutaj w trakcie długiej rozmowy, Maciej dopiero przy trzeciej szklance wina, opowiedział Leszkowi dosyć szczegółowo, o tym, jak to w ciągu pierwszych dwóch miesięcy prywatnej działalności, zarobił, na czysto, ponad sześćset tysięcy złotych, czyli prawie tyle ile w swojej pracy na kolei zarobiłby w półtora roku. Tym razem niepokój Leszka został wystawiony na wielką próbę, zresztą po raz drugi właśnie za sprawą Macieja.

I to właśnie na tym etapie życia, obojga panów, zarówno Bogusława jak i Leszka, los zetknął ich ze sobą. Było w tym coś dziwnego, coś takiego jakby jakaś nieuchwytna siła pokierowała ich ku sobie, albo pewnie był to po prostu czysty przypadek.

Wróćmy jednak do opisu dalszego biegu wydarzeń, rozpoczętych sierpniowym spotkaniem w kolejowym biurze Oddziału Budynków w Bydgoszczy.

Po dwóch tygodniach od rozpoczęcia przez firmę Bogusława robót w Solcu Kujawskim, Leszek postanowił pojechać je skontrolować. Chciał zobaczyć jak firma pana Nowaka radzi sobie z wykonywaniem tych głębokich ręcznych wykopów oraz ile robót i w jaki sposób, już wykonała.

W środę, siedemnastego września, w dżdżysty i chłodny poranek, pan Leszek niespodziewanie zjawił się na budowie. Chociaż było jeszcze sporo przed ósmą to pracownicy pana Nowaka, pod wodzą pana Karola, już uwijali się po budowie. A nie było to wówczas takie powszechne. Pan Karol, gdy tylko, z daleka, zauważył pana inspektora, zaraz gdzieś przepadł. Zanim pan inspektor, rozmawiając z pracownikami i zaglądając do wykopów, zdążył dojść do budynku, w którym była szatnia i biuro budowy, mieszczące się w jednym pomieszczeniu, w piwnicy bloku mieszkalnego, to już spostrzegł biegnącego w jego stronę pana Nowaka, który z daleka wołał:- witam pana inżyniera, co za miła niespodzianka, ja akurat byłem u zawiadowcy stacji i rozmawialiśmy o wykopie, który przeszkadza mu w dojeździe na perony, gdy wpadł Karol wołając: -przyjechał inspektor z Gdańska. No to jestem, zapraszam panie inżynierze, wejdziemy do naszego skromnego biura, gdzie będziemy mogli spokojnie sobie porozmawiać. Taka paskudna pogoda, nie będziemy tutaj stać i moknąć. Nie, nie, panie Nowak, najpierw dokładnie obejrzymy co wy tutaj zdążyliście zdziałać - odpowiedział pan Leszek. Trochę się po budowie przeszedłem i widzę, że nawet już ułożyliście kilkadziesiąt metrów rur i postawiliście dwie studzienki. Muszę sprawdzić, czy wszystko dobrze zrobiliście. Wejdziemy najpierw do tej pierwszej studzienki i obejrzymy jak to wygląda od środka, poświecimy w rurę i zobaczymy co ujrzymy z drugiej strony - dodał pan Leszek. Ależ wszystko wykonane jest bardzo dobrze, ja to panu gwarantuję, odrzekł na to pan Bogusław, a po chwili dodał:- pierwszy raz słyszę, żeby inspektor wchodził do studzienki i świecił latarką w rury, tego nikt nie robi, a przy tym pobrudzi się pan wchodząc do tej głębokiej i zabłoconej studzienki, czy to warto?, Karol zna się na swojej robocie i zapewniam pana, że rury ułożył idealnie prosto. Pan Marcinkowski jednak nie dał się przekonać i zwracając się do pana Karola powiedział: - niech pan odsunie ten właz, ja zejdę na dół, a pan potem poda mi tutaj moją latarkę, później weźmie ją pan ode mnie i pójdzie pan do drugiej studzienki tam zaświeci pan w rury w moją stronę. Pan Karol zaskoczony i zdziwiony, odsunął ciężki żeliwny właz, nic przy tym nie mówiąc. Pana Nowaka wręcz zamurowało, stał tylko nad otwartą studzienką, w której znikał pan inspektor i kiwał z niedowierzaniem głową. Po chwili, pan Leszek krzyknął ze środka:- pan weźmie tę latarkę, panie Karolu i idzie zaświecić tak jak mówiliśmy. Pan Karol poszedł i zaświecił. Po paru minutach, pan inspektor, trochę wybrudzony, ale z dosyć dobrą miną, wygramolił się z wąskiej i głębokiej studzienki. Idealnie to nie jest, pełni księżyca nie widać, ale źle też nie. Następne odcinki musicie wykonać jeszcze lepiej i pamiętajcie, że wszystkie będę tak samo sprawdzał.

Później, często i to przez wiele lat, pan Bogusław opowiadał, jak to, jedyny raz w jego budowlanej karierze, zdarzyło się, że inspektor wszedł do studni i świecił latarką w rury, jakby nie miał nic innego do roboty. Zawsze wywoływało to, na twarzach słuchających, wielkie zdziwienie, połączone z ze swoistym politowaniem.


Po upływie kolejnego tygodnia, pan Leszek ponownie zjawił się na budowie w Solcu. Tym razem jednak był umówiony z panem Nowakiem. Chodziło o podpisanie protokołów odbioru wykonanych robót. Na podstawie takiego protokłu, później wystawia się fakturę do zapłaty. W początkach października, w piękny, ciepły i słoneczny, prawie letni jeszcze dzień, około południa, pan inspektor Marcinkowski wysiadł z pociągu, jadącego od strony Torunia i przeszedł kilkadziesiąt metrów, dzielących peron stacji od budowy pan Nowaka. Jakież było jego zdziwienie, gdy na budowie nikogo nie zobaczył. Poszedł trochę dalej, kierując się w stronę szatni i biura budowy. Tutaj już z daleka usłyszał jakiś gwar, pewnie ktoś musiał go wcześniej zauważyć, gdyż jeszcze zanim zdążył dotrzeć do drzwi wejściowych do piwnicy, wyszło z nich pięcioro pracowników z panem Karolem na czele i raźnie pomaszerowali w kierunku wykopów. Pan inspektor wszedł do pomieszczenia, gdzie najpierw uderzyła go ogromnie nieprzyjemną woń przepoconych roboczych ubrań, a dopiero później, za gęstymi kłębami tytoniowego dymu, zauważył siedzącego przy prowizorycznym biurku, pana Bogusława, wypełniającego zawzięcie jakieś papiery. Pan Nowak, gdy zauważył inspektora, gwałtownie podniósł się z za biurka i podszedł z wyciągniętą ręką do pana Leszka, mówiąc:- witam, witam serdecznie pana inżyniera, spodziewaliśmy się pana następnym pociągiem, gdyż tak pan do mnie przez telefon mówił, ale bardzo się cieszę, że już pan przyjechał. Proszę niech pan siada na moim miejscu, tutaj leżą nasze protokóły, niech pan je przejrzy i podpisze. Nie tak szybko panie Nowak, -odpowiedział pan Leszek. Najpierw musimy dokładnie obejrzeć wszystko coście do tej pory tutaj zdziałali. Potem wrócimy do papierów.

Chodźmy, bo w tym dymie nie można wytrzymać, a na zewnątrz dzisiaj taki piękny dzień. Co zaś do godziny przyjazdu, to po prostu wcześniej załatwiłem sprawy w Toruniu, akurat miałem pociąg i dlatego zjawiłem się trochę wcześniej. Panowie podeszli nad wykop, w którym teraz uwijało się paru pracowników, nie było jednak wśród nich pana Karola. Postali chwilę i popatrzyli na pracujących. Nagle pan Bogusław, zwracając się do pana Leszka powiedział:- muszę, na moment, pana przeprosić, niech pan wszystko sprawdza, ja wrócę za parę minut. Po czym oddalił się w kierunku ulicy Dworcowej. Wrócił po około dziesięciu minutach, a po następnych paru minutach, ponownie przepraszając pana inspektora znowu zniknął na jakieś piętnaście minut. W końcu zaintrygowany pan Leszek zapytał: - co się dzieje Panie Nowak. Po co pan tak biega na tę ulicę Dworcową?  A gdzie podział się pan Karol?  Chciałbym mu zadać kilka pytań. Pan Nowak, jakoś dziwnie ożywiony i lekko zaskoczony, odpowiedział:- tak się składa, że akurat przedwczoraj odebrałem z Pewexu nowego Fiata 126P, na którego wpłaciłem pieniądze już wiele tygodni wcześniej i właśnie dzisiaj pierwszy raz przyjechałem nim do Solca. Nie chcąc wjeżdżać w te dziury i błoto na budowie, zostawiłem samochód na początku ulicy Dworcowej. Dlatego wysyłałem Karola, żeby mi go przypilnował, a i sam co jakiś czas chodzę zobaczyć, czy wszystko w porządku. Sam pan rozumie, jak coś jest nowe to człowiek dba i martwi się o to, a później to już różnie bywa. Tak z tym to pan ma rację, ale chyba nie trzeba, aż piętnastu minut, żeby zobaczyć stojący sto metrów stąd, samochód. Pan Bogusław, trochę zaskoczony i zażenowany odpowiedział:- no przepraszam pana inspektora, ale Karol ciągle coś tam ogląda, sprawdza i próbuje, a i mnie to wciąga, ale teraz już z tym koniec. Idę po Karola i wspólnie odpowiemy panu na wszystkie pytania. Jeszcze raz pana przepraszam, niech się pan nie gniewa, tak się dzisiaj złożyło z tym nowym samochodem. Dobrze, dobrze, nic nie szkodzi, ja się wcale nie gniewam, tylko się trochę dziwiłem, gdzie obaj, tak nagle przepadliście. No, ale zabierajmy się do naszego odbioru, dodał pan inspektor po czym jeszcze raz obejrzał dokładnie wykonane roboty, zadał kilka pytań i poszedł się z panem Nowakiem do biura w piwnicy. Tutaj sprawdził wypisane protokóły, podpisał je, pożegnał się z panem Bogusławem, życząc mu wiele zadowolenia z nowego samochodu. Parę minut po czternastej wsiadł do pociągu jadącego do Bydgoszczy.

Wysiadł na stacji Bydgoszcz Główna, a ponieważ jeszcze było wcześnie, była piękna pogoda, pan Leszek postanowił pójść pieszo do swojego domu przy ulicy Czackiego na bydgoskim Szwederowie. Szedł od dworca PKP dziurawą, nierówną i brudna ulicą Dworcową, na której co chwilę słyszał przeraźliwe dzwonki tramwajów, szybko mknących po szynach, ułożonych na pełnej dziur, brukowanej ulicy. Tramwaje o tej godzinie, były pełne ludzi. Jedni wsiedli do nich przy dworcu prosto z pociągów lub wracali do domów z pierwszej zmiany z Eltry, ZNTK, Zajezdni i innych zakładów. Drudzy spieszyli po pierwszej zmianie lub nauce, na pociąg, żeby pojechać do swoich domów. Czerwone, klockowate tramwaje skrzypiały i piszczały na torach, niejednokrotnie niebezpiecznie się przechylając i prawie ocierając się o bardzo licznych przechodniów na tej ruchliwej, pełnej najróżniejszych sklepów, ulicy.

Pan Leszek szedł sobie dosyć wolno, rozmyślając o tym ile to trzeba zrobić, żeby ta ulica była ładna, miła, żeby ludzie mogli po niej spokojnie i bezpiecznie chodzić. Myślał jak to byłoby przyjemnie żeby idąc z dworca lub na dworzec odbyć przyjemny spacer, a nie lawirować pomiędzy dziurami na wąskich chodnikach, a niebezpieczeństwem ze strony tramwajów i licznych samochodów. Żeby tak domy były kolorowe, sklepy pełne towarów, chodniki czyste i równe. Takie myśli nachodziły go głównie dlatego, że miał taką naturę.

A swoją drogą ulicę Dworcową znał bardzo dobrze. Bowiem po przyjeździe do Bydgoszczy najpierw mieszkał na ulicy Bocianowo, a potem na Warszawskiej. Z tej racji jego drogi często prowadziły ulicą Dworcową. Czasami, chociaż rzadko, bywał w kawiarni Stokrotka, mieszczącej się na piętrze pawilonu handlowego pomiędzy ulicami Unii Lubelskiej, a Sobieskiego. Częściej nie mogąc strawić internatowego jedzenia, a gdy tylko pozwalały mu na to bardzo skromne środki finansowe, zajadał grochówkę w sławetnym Małym Barze, tęsknie przy tym spoglądając na ogromne golonki, duże piwa i setki wódki, zjadane i wypijane przy sąsiednich stolikach. Czasami kupował jakąś płytę Niemena, Skaldów, Czerwonych Gitar, Trubadurów lub innych polskich wykonawców, w Księgarni Muzycznej. Bywał niekiedy, ale bardzo rzadko, w słynnym Zodiaku lub w kinie Orzeł naprzeciw tej popularnej restauracji. Bywał w pięknej i miłej kawiarni Bulwarowa, położonej nad Brdą, za dyrekcją PKP. A ostatnio bardzo często bywał w baraku obok tej dyrekcji, gdzie mieściły się biura Przedsiębiorstwa Robót Kolejowych, firmy wykonującej wiele robot, które nadzorował. Tak idąc ulicą myślał o tym wszystkim. I myślał też o tym jak niewiele zmieniła się ta ulica przez ostatnich prawie dwadzieścia lat. Zaś zmiany, które spostrzegał były przeważnie zmianami na gorsze. Coraz większe były dziury w jezdni i chodnikach, bardziej brudne, odrapane i ochlapane były fasady domów. Tylko czasem, jak kolorowy kwiat na wypłowiałej łące, w tej powodzi socjalistycznej szarzyzny dostrzegał jakiś miły element. Był to sklep z lampami na rogu ulicy Fredry, czy zawsze ciekawa z powody wystawionej na niej towarów, witryna Peweksu, albo wystawa u Jubilera, czy w sklepie ze skórami, albo wspaniałe słodycze w firmowym sklepie Wedla, tuż przed PDT-em.

Nagle te jego rozmyślania przerwał przeraźliwy pisk kół, tramwaju skręcającego z Dworcowej na Aleje 1 Maja. Wystraszony rozejrzał się pospiesznie co też się dzieje, ale stwierdziwszy, iż to tylko tramwaj, spokojnie już skręcił przy Jedynaku w prawo, w stronę ulicy Jagiellońskiej. Po przejściu około stu metrów wszedł do, najlepszej w mieście, Księgarni Współczesnej. Tutaj na parterze zapytał, czy jest coś nowego autorstwa Miki Waltari lub Roberta Gravesa, jak zazwyczaj usłyszał, że nie ma. Potem obejrzał trochę nowości z literatury fantasy i wszedł na piętro, z myślą, aby kupić jakąś książeczkę swojej ośmioletniej córeczce Karolince. Jednak tym razem, nie znajdując niczego nowego, nic nie kupił. Po wyjściu z księgarni przeszedł Mostową na Stary Rynek i skierował swoje kroki w stronę ulicy Jezuickiej.


Następny odcinek