środa, 14 października 2020

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 33

Dzisiaj taki trochę miszmasz, ale w jesienne wieczory warte są one, moim zdaniem, przynajmniej refleksji:


"Męczeństwo to szlachetna profesja, przyjacielu, ale tylko wtedy, gdy ją wykonujesz przy świadkach"

Kate Elliott "Królewski smok"  strona 180


"Ten co przechodzi przez życie pospiesznie, szybciej dociera do grobu"

Martin George "Starcie królów" strona 114


"Nic się nie zmieniło, ale wszystko wygląda inaczej"

jak wyżej strona 135 


"Strach tnie głębiej niż miecze"


"Zwięzłość jest siostrą talentu"  -  A.  Czechow. 


"Pewność siebie to cecha zamkniętego umysłu"


"Często człowiek ciężko pracuje nad zniewoleniem samego siebie"


Poprzedni post z tego cyklu


 




czwartek, 8 października 2020

Wtorek 06.10.2020 w Myślęcinku

We wtorkowe popołudnie pojechaliśmy do parku w Myślęcinku.   Odbyliśmy ponad dwugodzinny marsz kontemplując i podziwiając parkową przyrodę.   Wracając do samochodu zaparkowanego na  parkingu przy ulicy Jeździeckiej, wykonałem kilka zdjęć z chmurami, wodą i przyrodą.  Światło zachodzącego Słońca uplastyczniło całe otoczenie, ułaskawiło kolory i wydobyło różnorakie cienie.

Poniżej kilka zdjęć z tego marszowego spaceru.

Kolorowe marcinki






poniedziałek, 5 października 2020

Moje oblicza - 2

Czasami trzeba o sobie przypomnieć  i jak napisałem w pierwszym poście z tego cyklu: 

Pamięć jest zawodna, wdzięczność przeradza się w nienawiść, a wszystko jest względne.  Zaś internet jest bezwzględny i zawsze pozostaje jakiś ślad chociażby na maleńkim marginesie.

Dlatego prezentuję kolejny taki ślad.

W porcie w Cartagenie (Murcia) w lutową niedzielę 2020 rok

A to zdjęcie wykonałem, kilkanaście minut później i około 100 m od tego powyżej.  Ktoś postawił sprzęt nagłaśniający (na dole, po lewej), a ludzie spontanicznie zaczęli tańczyć.


Poprzedni post z tego cyklu


czwartek, 1 października 2020

Bogusław - odcinek 24

 Poprzedni odcinek


Odcinek - 24

W końcu Leszek w tej euforii, rzec można, „dofrunął” do domu.   Z wielkim podnieceniem emocjonalnym, nerwowo i chaotycznie opowiedział swoim paniom  o tym co się niedawno wydarzyło.  Najpierw nie chciały mu uwierzyć, lecz  po długiej chwili, gdy Leszek zapewniał, że to prawda, wielka radość zapanowała w ich trzyosobowej rodzinie.  Radość ogromna i niepowszechna.  Potem długo rozmawiali o tym jak się Leszkowi ów sukces udało osiągnąć.   On nie chciał zdradzać wszystkiego zbyt dokładnie bo przecież akcja z panem docentem również i jego zaskoczyła.  Nie chciał opowiadać o tak dziwnych także dla niego działaniach, a co dopiero dziwnych dla jego żony i córki.  Tym bardziej, że panie cieszyły się ogromnie z sukcesu swojego męża i tatusia.  W tej wielkiej radości postanowili  po długich rozmowach spełnić przynajmniej kilka swoich przyziemnych marzeń. 

Dlatego dnia następnego wybrali się do Pewexu czyli do socjalistycznej  namiastki wielkiego bogatego zachodniego świata.  Pewex-y to były sklepy tak zwanego eksportu wewnętrznego, jak je wówczas oficjalnie nazywano.   

W tym miejscu trzeba wspomnieć, że wówczas w normalnych sklepach półki z towarami były zazwyczaj puste i trwało wieczne polowanie na wszelkiego rodzaju dobra.  Normalnością były kartki na reglamentowane towary.  Do tego królowały różne asygnaty i bony  Jednak przy wszystkich zakupach liczyły się wszelakiego rodzaju znajomości.  Jak to się wówczas mówiło - największą karą dla człowieka było dożywotnie pozbawienie go „pleców” i „chodów”.

Długo w noc dyskutował Leszek ze swoją żoną co najpierw zrobić, aby wykorzystać ten uśmiech losu.  Wreszcie postanowili, że najpierw musza spełnić swoje małe, ale może i trochę większe marzenia.  Dlatego też następnego dnia, po pracy, późnym popołudniem cała rodzina udała się na bydgoski Stary Rynek, czyli do królestwa składającego się z tak zwanych „koników” i dwóch sklepów dewizowych.  Od jednego z owych natarczywych handlarzy walutą, powszechnie zwanych cinkciarzami lub ładniej konikami, zaś obecnie będącymi przeważnie wielkimi i szanowanymi biznesmenami, którzy wówczas na swoim starcie do wielkiej kariery przez cały dzień powtarzali  - bony kupię, marki i dolary kupię, bony sprzedam, dolary, marki sprzedam, a także - dolary dla szanownego pana  i tak dalej i tym podobnie natarczywie zaczepiali potencjalnych klientów -  kupili sto bonów Pekao.  Ich wartość była równa w owym eksporcie wewnętrznym stu dolarom, ale były one trochę tańsze od samych dolarów.  Leszek zapłacił za te bony jedną piątą otrzymanej wczoraj kwoty.  Z tymi bonami cała trójka weszła do ówczesnego „raju”.  Mnogość, kształty i kolory wszelkich towarów wprost kuły w oczy.  Oczy przywykłe na co dzień do pustych półek i najczęstszych odzywek pań sklepowych brzmiących – nie ma.  Leszek co prawda bywał już w tym sklepie, ale przeważnie miał w kieszeni  jeden lub dwa bony i kupował określony towar, na przykład czekoladę lub pół litra żytniej.  A tutaj nagle do wydania trzy dobre jego poprzednie pensje.  Kilkanaście minut oswajali się z towarami i ich cenami, a potem zaczęli kupować.  Karolinka dostała wymarzone klocki Lego i mnóstwo różnych słodyczy.  Potem pierwszy raz jedli Snikersy,  Merci,  trójkątną czekoladę Tablerone,  Marsy, ananasy w plastrach, pili sok Donald z kartonika i próbowali jeszcze wielu innych, dzisiaj już powszechnie znanych i ogólnie dostępnych towarów, zaś wówczas uważanych przez zdecydowaną większość, za szczyt luksusu.  Joanna dostała wymarzoną wodę toaletową Chanel nr 5, kolorowe mydła, wielki pojemnik, szczególnie wówczas deficytowego szamponu i wiele różnych artykułów spożywczych.  Sobie Leszek kupił wodę toaletową Boss, dwie butelki ulubionego białego słodkiego Martini, gin Gordons i butelkę pięciogwiazdkowej brandy, popularnie zwanej wtedy koniakiem.  Po tych zakupach, których nie mieli nawet we trójkę jak unieść,  wynajęli taksówkę i pojechali na swoje Szwederowo.  W domu, okazało się, że  zostało im jeszcze około 30 bonów. 

 Taki był pierwszy kontakt Leszka z tak zwanym lepszym, oczywiście materialnie, światem.  Dzisiaj to się może wydawać śmieszne, ale wówczas było to dla nich nie lada przeżycie.  

Gdy to piszemy minęło od tamtego czasu raptem kilkadziesiąt lat, a jak zmieniła się w tym czasie nasza mentalność?  Dla kogo teraz marzeniem jest woda kolońska, czy puszka ananasów, albo sok w kartoniku? 

Można by tak długo opisywać jak to było, ale tylko ci co to przeżyli wiedzą, a ci co nie przeżyli pojęcia nie maja i mieć nie będą.  Dlatego, albo uwierzą w to co piszemy, albo pozostaną w swojej niewiedzy. 

Dalej prace u zakonników potoczyły się już bez większych sensacji.  Najgorsze mieli za sobą, a i ojciec Piotr zrobił się jakby łagodniejszy i jakby bardziej wyrozumiały.  Parę faktów z tego okresu warto jednak odnotować. 

Jednego dnia, już pod koniec  prac w parafii, spotkały Leszka dwa dziwne i zarazem groźne wydarzenia.  Mogły one nawet pozbawić go życia i pewnie były jakiegoś rodzaju ostrzeżeniem.  Sygnałem do opamiętania się, po tych pierwszych zachłyśnięciach się  dużym sukcesem.  Ale wówczas Leszek ich tak nie odebrał.   Te refleksje naszły go dopiero po latach. 

Otóż późnym popołudniem, kiedy na budowie już nikogo nie było, chcąc sobie skrócić drogę do domu, Leszek przechodził po resztce betonowego fundamentu bramy.  Ten szeroki na jakieś trzydzieści centymetrów, a długi na pięć metrów fundament wisiał nad głębokim i szerokim wykopem, w którym był już ułożony rurociąg.  Brama rozebrano w trakcie robót przy kanalizacji, ale pozostał z niej, tylko  ów  fundament przebiegający w powietrzu nad wykopem i jeden betonowy filar wystający z tego fundamentu, a znajdujący się na skraju wykopu.  Po tym betonie lekkomyślny Leszek przechodził na drugą stronę wykopu bo nie chciało mu się iść kilkaset metrów dookoła.  W pewnym momencie, będąc już prawie u celu, stracił równowagę i spadłby tyłem na głowę, na betonowe rury, ułożone na dnie wykopu, ale udało mu się w ostatniej chwili wykonać jakiś dziwny ruch całym ciałem i wręcz cudem, złapać za niewielki kamień wystający ze wspomnianego filara bramy.   Dzięki temu ruchowi odzyskał na chwilę równowagę, zrobił rozpaczliwy balans całym ciałem i skoczył z całych sił na skarpę wykopu, łapiąc się jego krawędzi.   Potem pomału podciągnął się na rękach i wczołgał się na powierzchnię terenu otaczającego wykop.  Nic mu się nie stało i pewnie nigdy by do tego wydarzenia nie powrócił, ale było inaczej.  Jak się wygrzebał z tego wykopu to ruszył na skos przez pole do budynku zakonu, żeby się umyć.  Przeszedł  połowę drogi i nagle zapadł się, prawie po szyję, pod ziemię.  W ostatniej chwili łokciami wsparłem się o murawę i z trudem wydostał się  na powierzchnię.  Stanął na nogi i ostrożnie zajrzał w co też wpadł, ale oprócz głębokiej dziury nic więcej nie widział.  Dopiero później okazało się, że było to stare szambo, a Leszek wpadł do jednego z jego włazów.  Ten właz był nakryty zgniłymi już teraz deskami do tego zarosłymi trawą i chwastami i dlatego był niewidoczny.  Te dwa przypadki, które nastąpiły tak krótko po sobie ogromnie Leszka wówczas przestraszyły.  Niestety nie wyciągnął z nich żadnego wniosku i szybko o nich zapomniał.  Dopiero później, po latach zaczął o nich inaczej myśleć.  Ale co z tego?  


Następny odcinek




środa, 23 września 2020

Przypominam bo warto.

Moim zdaniem, stan sędziowski  obecnie jest ponad wszelkim prawem i praktycznie robi to co chce.  Nieważne są zasady, prawa, obyczaje, uzus, duch prawa, ale najważniejsze są przekonania polityczne kasty sędziowskiej i głównie według tych przekonań ferują wyroki.  To droga donikąd.  To zaprzeczanie  zasadom, które są fundamentem wymiaru sprawiedliwości i które stoją u podstaw ustroju naszego państwa.

Oczywiście tak zwani demokraci wiedzą wszystko lepiej bo ich demokracja jest tylko wtedy, gdy oni mają rację, a gdy oni racji nie mają to po prostu demokracji nie ma.  Wtedy żalą się do UE.  Wtedy zdradzają Polskę.  Wtedy realizując swoje wizje  pozbawiają nas Polaków naszej niezależności czyniąc z nas poddanymi i służalczymi obywatelami UE.  Ale tak w rzeczywistości to czynią nas (Herr Tusk) poddanymi prawdziwym władcom UE, czyli  Republice Federalnej Niemiec i trochę poddanych  Francji czyli niby naszemu sojusznikowi, który totalnie zdradził nas we wrześniu 1939 roku.  Zresztą tak samo zdradziła nas wówczas Wielka Brytania.

Te odniesienia do naszej historii to tylko refleksje nad tym co nas czeka.  Na przykład w kontekście przy rozdziale tak zwanych uchodźców.  A owi uchodźcy to głównie młodzi faceci z komórkami, którzy krocie zapłacili za znalezienie się w strefie UE.  Nikt nie ściga tych co organizują owe przerzuty zarabiające przy tym miliony euro, ale wszyscy skupiają się na tym jak owych oszustów obowiązkowo rozlokować w krajach UE.  DLACZEGO?  Kasa, misiu kasa.  Trzeba dociec czyja.

To historia stara jak Świat i nic nowego pod Słońcem w niej nie ma.

Poniżej link do mojego wpisu na moim blogu, który uczyniłem ponad sześć lat temu i to wtedy, gdy nikt jeszcze nie był ani pisiorem, ani kodziarzem.


https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2014/05/cytaty-znane-i-nieznane-25.html

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 32

Jedna z naczelnych zasad dyplomacji brzmi:  " Im słabsza twoja pozycja tym większe opowiadaj kłamstwa". 

Bez komentarza.


Poprzedni post z tego cyklu

wtorek, 22 września 2020

Lucio Battisti

Jesteśmy (ja i moja córka) we wrześniu 1999 roku w Peschici (mieście milionerów -zbiorowa wygrana w super enna lotto - największa wygrana w dotychczasowej historii tej gry) i wieczorem z naszego tarasu słuchamy różnych piosenek Lucio Battisti jako karaoke w wykonaniu licznych sąsiadów naszego hotelu. To była wspaniała noc. Poniżej link do najczęściej śpiewanej tego wieczoru piosenki owego włoskiego piosenkarza. U nas mało znanego, ale w Italii bardzo popularnego.

Pensieri

poniedziałek, 21 września 2020

Hiszpańskie ciekawostki - 1

W ciągu minionych 6 lat ponad dwa lata spędziliśmy (ja i moja żona) na południu Hiszpanii.   W zimowe miesiące przebywaliśmy na południowym krańcu Costa Blanca. Tutaj jest jak twierdzi moja żona raj na Ziemi.  Na pewno jest pięknie, klimat wspaniały, wszystko kwitnie i owocuje przez cały rok, słoneczne dni to ponad 320 dni w roku, a średnia temperatura to 23 stopnie C. 

Ale o tym już na moim blogu pisałem i nie chciałbym się bez końca powtarzać, a raczej chciałbym pokazać jakieś nietypowe oblicza tego wspaniałego miejsca na naszej Ziemi.

Dzisiaj cztery zdjęcia.  Potem będą dalsze.








sobota, 19 września 2020

Wrzesień.

Wrzesień to wrzosy i nazwa tego pięknego miesiąca pochodzi od nazwy owych oryginalnych kwiatów.







czwartek, 17 września 2020

Moje podróże - 22 - część 5 - Ulice Soczi w sierpniu 1990 roku

Rozpadał się już ZSRR, ale jeszcze istniał i "innostrańcy"  jeszcze mogli po nim podróżować.  Aby chociaż trochę zasilać dewizowo coraz bardziej upadającą sowiecką gospodarkę.

W sierpniu 1990 roku udałem się z moją rodziną i ze znajomymi na dwutygodniowy wyjazd do Kijowa, na Kaukaz i do Soczi.

Kilka filmików z tej podróży już zamieściłem na moim blogu i na moim kanale na YouTube.  Dzisiaj kolejny filmik z tej podróży.  Jakość marna, ale treść już prawie historyczna.

Może kogoś zainteresuje.




poniedziałek, 14 września 2020

Wągrowiec

W piękną wrześniową niedzielę pojechaliśmy do mojego rodzinnego miasta - do Wągrowca.  Jesteśmy stąd gdzie groby naszych przodków.  Dlatego najpierw je odwiedziliśmy.  

Potem spacer nad jeziorem Durowskim, pobyt na meczu piłki nożnej Nielby Wągrowiec i wreszcie posiłek.

Na ten posiłek (co robi kucharz gdy jest zagrożony - wzywa posiłki - to kawał od mojego wnuka Leona) udaliśmy się do restauracji hotelu Pietrak (****)  gdzie przy świetnym jedzeniu podziwialiśmy wspaniałe widoki.

Poniżej zdjęcia z boiska i z tarasu hotelu Pietrak we Wągrowcu. 





Na meczu Nielby.

Czekamy na potrawy.  Były bardzo dobre.






sobota, 12 września 2020

Moje podróże - 21 część 6

Przejechaliśmy Kampanię i Basilikatę i wjechaliśmy do Calabrii.  Na nocleg zatrzymaliśmy się  w miasteczku Castrovillari.  Tutaj po raz pierwszy oglądaliśmy masowe wieczorne spacery, głównie młodych Włoszek i Włochów zwane przez nich passeggiata.  

Tłumy ludzi przy pięknej sierpniowej pogodzie 1999 roku wędrują główną ulicą około 20 tysięcznego miasta, wielokrotnie tam i z powrotem.  Zatrzymują się w małych i większych grupkach ożywienie dyskutując, siadając w licznych barach i kawiarniach, jedząc, popijając i paląc namiętnie.  Co rusz na skuterach lub samochodami przybywają nowi spacerowicze.  Chodzą tak całymi godzinami po jednej ulicy na przestrzeni około dwustu metrów.  Wokół wielki ruch. W obie strony ulicy w kółko jeżdżą dziesiątki tych samych samochodów i skuterów.  Klaksony, krzyki, szum, gwar, rwetes

My ich obserwowaliśmy przez około dwie godziny, ale gdy odchodziliśmy to nic nie wskazywało na to, że passeggiata ma się ku końcowi.

Następnego dnia wjechaliśmy do stolicy Calabrii czyli miasta Catanzaro.  To wielkie i raczej brzydkie miasto zrobiło na nas przykre wrażenie i z przyjemnością z niego wyjechaliśmy.

Poniżej trzyminutowy filmik z fragmentem opisanej powyżej passegiatty.






                                                 Poprzedni post z tego cyklu


poniedziałek, 7 września 2020

Plac do gier i ćwiczeń w Augustowie w gminie Dobrcz.

Dzisiaj (niedziela 06.09.2020) byliśmy na placu zabaw w Augustowie w gminie Dobrcz. W tej niewielkiej wsi, raptem kilkadziesiąt domów, już parę tygodni temu odkryliśmy wspaniały plac zabaw. Dzisiaj pojechaliśmy pograć w kosza i poćwiczyć na wspaniałych urządzeniach. Jest tutaj 6 podwójnych urządzeń do najróżniejszych ćwiczeń. Wszystkie są opisane jakie ćwiczenia i jak je na nich wykonywać. jakością i rodzajem ćwiczeń biją na głowę te montowane w naszej gminie Osielsko. Do tego jest boisko do siatkówki i koszykówki, stół do pingponga, dwa stoliki do gier (szachy i Chińczyk) oraz wspaniała altana dająca schronienie przed słońcem czy niespodziewanym deszczem. A nawet jest kran z wodą. Niepojętym dla mnie jest dlaczego taka mała i raczej skromna miejscowość ma tak fantastyczny plac do ćwiczeń, zabaw i gier, a tak zamożne sołectwa gminy Osielsko mają owe place dużo gorsze i gorzej wyposażone. Proponuję tym, którzy ogłaszają przetargi na zakup urządzeń do placu zabaw udać się do Augustowa, obejrzeć i skorzystać z tych samych wykonawców.

W Bydgoszczy tak doskonale urządzonych placów również nie widziałem, ale na wszystkich nie byłem to może są i lepsze. Jednak ten jest dla mnie wzorcowy i tylko gratulować organizatorom tak udanej inwestycji w zdrowie i zabawę.

Poniżej kilka zdjęć z naszego parogodzinnego pobytu w Augustowie.


Augustowo










środa, 2 września 2020

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 31

Po ponad dwóch latach wracam do mojego cyklu prezentowania cytatów znanych i mniej znanych oraz różnych przysłów.

Poniżej kilka kolejnych:

"Sztuka dyplomacji polega na tym, by mieć szczęście poznać więcej sekretów twojego rywala niż on twoich"   Robin Hobb

"Brnącym w kłamstwo naprawdę świetnie sie powodzi, a brnącym w prawdę wprost odwrotnie"  j.w.

"Ludziom trzeba mówić to co chcą usłyszeć, a nie to co myślisz"  Carlos Luiz Zafon

"Nigdy nie rozumiałem dlaczego ludzie bywają dumni ze swego pochodzenia, zamiast ze swych osiągnięć"  David Drake

"Uczcie ich polityki i wojny by ich synowie mogli studiować matematykę i medycyną, a wnuki miały prawo zajmować się poezją, muzyką i architekturą"    John Adams

"Niektórzy maja większe prawa, inni dysponują silniejszymi armiami"   Reymont. E. Feist

" Wybór mniejszego zła jest wyborem większego zła"

"Chodzenie do Kościoła tak samo czyni chrześcijaninem jak stanie w garażu czyni Cię samochodem"  IV prawo Murphyego




Poprzedni post z tego cyklu

niedziela, 30 sierpnia 2020

Straż konna w Myślęcinku.

Kiedyś była, a teraz nie ma.  A na pewno przydałaby się.  Nawet straży rowerowej nie ma.  Jest zakaz poruszania się po ogrodzie botanicznym rowerami, ale niestety nikt oprócz mnie tego zakazu nie przestrzega.  Egzekucji zero.  To po co ten zakaz?

Nie ma patroli konnych, nie ma pieszych, nie ma rowerowych, ale są zakazy.  To jest bez sensu.  I co na to dyrekcja parku i ogrodu?

Poniżej zdjęcie z jesieni 1999 roku kiedy to patrole konne wymuszały respektowanie zakazów.

A dlaczego obecnie konie zanieczyszczają ogród botaniczny, a sprzątanie odbywa się pod wieczór i polega na przesuwaniu odchodów na pobliskie trawniki.  Zaś cały dzień korzystający z ogrodu muszą omijać śmierdzące w upale końskie odchody?

Straż konna - jesień 1999 roku.
 

sobota, 29 sierpnia 2020

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 77

Bydgoskie spichrze od dawna są symbolem Bydgoszczy.  Ich widok i stan zmieniał się w ciągu lat.  Zmieniało się także ich otoczenie i przeznaczenie.

Dzisiaj prezentuję zdjęcie spichrzów, które wykonałem na wiosnę 1985 roku.




                             Poprzedni post z tego cyklu.


poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Bogusław - odcinek 23

Poprzedni odcinek


Odcinek 23

Leszek, rzec można, zbaraniał, a Michał z wrażenia nawet nie pomyślał o liczeniu pieniędzy.   Tymczasem ojciec Piotr jeszcze raz przeszedł do sąsiedniego pokoju skąd po chwili wrócił przynosząc drugą butelkę Martini oraz gin Gordons i nieosiągalny wówczas na polskim rynku tonic Schweppes.  Przyrządził po wspaniałym drinku.  Po godzinie teraz głównie grzecznościowej rozmowy i wypiciu dwóch tych smakowitych drinków, pan docent oświadczył, że musi jeszcze z panem Michałem pójść na wykop i ustalić pewne szczegóły co do dalszych robót.   Poszli i wrócili  po kilkunastu minutach.  

Potem wszyscy wypili po jeszcze jednej szklaneczce i już trochę  podchmieleni Leszek i Michał  pożegnali się z ojcem Piotrem oraz docentem Józefiakiem.  Wyszli na dwór mocno oszołomieni. Oszołomieni wypitymi trunkami, ale przede wszystkim tymi ogromnymi pieniędzmi, które znajdowały się teraz w michałowych kieszeniach.   Usiedli w  samochodzie Michała, zaparkowanym tuż obok budynku Zgromadzenia.  Po chwili, gdy trochę ochłonęli i obejrzeli oraz wreszcie przeliczyli banknoty Leszek zapytał – a dlaczego tutaj jest sto sześćdziesiąt banknotów, a nie sto siedemdziesiąt sześć szopenów? Wówczas Michał opowiedział mu jak to naprawdę z panem docentem było.   Ten pan docent to jest niezły cwaniak.   Gdy wyszliśmy pierwszy raz nad wykop to od razu i bez żadnego skrępowania powiedział do mnie, że on sprawę przemyślał i rozwiązanie jest proste. Otóż dostaniecie panowie za te roboty dodatkowe osiemset osiemdziesiąt tysięcy złotych, gdyż coś muszę na rzecz moich mocodawców utargować, ale dziesięć procent tej pozostałej kwoty, czyli osiemdziesiąt tysięcy jest dla mnie, a osiemset dla was.  Zgadza się pan, czy nie – zapytał.  Co miałem robić?  Zaskoczył mnie całkowicie, chwilę pomyślałem i powiedziałem, że się zgadzam.  Bo inaczej nie wiem kiedy i jakie pieniądze byśmy zobaczyli, a przecież ta kwota jak wiesz, jest dla nas niesamowita, bo znacznie przekracza kwotę o jakiej rozmawialiśmy.  I wiesz, że nawet połowa tej sumy w pełni by nas zadowalała.  Oczywiście zapytałem pana docenta kiedy będą pieniądze.  Na co docent odrzekł, że naturalnie dzisiaj.  Byłem jeszcze bardziej zaskoczony i to do tego stopnia, że gdy chodziliśmy wzdłuż wykopu to na jakiś czas mowę mi odebrało.  Docent coś do mnie mówił, a ja tylko kiwałem głową  jak niemowa. A gdy drugi raz wyszliśmy nad wykop to po prostu wręczyłem docentowi te osiemdziesiąt tysięcy złotych.   On przeliczył kasę i to dwa razy i nawet dziękuję nie powiedział. A potem zaraz wróciliśmy do was.  I to tyle.  

Ponieważ Leszek z Michałem, jeszcze przed spotkaniem z ojcem Piotrem i panem docentem, ustalili, jak już wspomnieliśmy, że dodatkowa kwota w wysokości czterystu tysięcy złotych w pełni by ich zadowoliła, dlatego otrzymaną kwotą osiemset tysięcy złotych byli wprost oszołomieni.  Siedząc we wnętrzu małego Fiata nie do końca świadomi tego co się  niedawno stało, zadziwieni i zaskoczeni zaczęli niepewnie rozmowę o tym co dalej zrobić.  Pomału mijał szok.  Zaczęli myśleć racjonalnie i postanowili podzielić się po połowie otrzymaną kwotą.  Po czym ogromnie zadowoleni, a także nieźle zawiani po tych kilku wspaniałych drinkach, pożegnali się.  Michał pojechał do domu samochodem, a mieszkał wówczas raptem kilkaset metrów od siedziby Zgromadzenia.   Zaś Leszek poszedł do domu pieszo bo także mieszkał niedaleko od siedziby Zgromadzenia.   

Idąc ulicą Brzozową z kieszeniami pełnymi pieniędzmi czuł się jakby frunął nad ziemią.  Kwota jaką niósł była dla niego kwotą ogromną.  Po trzech tygodniach pracy na swoim był właścicielem sumy, jakiej nie zarobiłby przez cały rok na swojej poprzedniej, dobrze przecież płatnej, posadzie inspektora nadzoru.  Jednak te pieniądze nie były jedynym źródłem tego unoszenia się nad chodnikiem.  To było połączenie ogromnego rozładowania nagromadzonych stresów ze sukcesem finansowym i to w tak dużej dla niego skali.   A także był to pierwszy i to zasadniczy dowód na to, że dokonał właściwego wyboru decydując się na tak niepewną rzemieślniczą przyszłość.  Pewnie na ten jego euforyczny stan wpływ miało wiele innych rzeczy.  Wszystko to razem nagromadzone w jednej kompletnie niespodziewanej chwili wywołały w nim ten swoisty stan lekkości ducha i bytu.   Ten stan na pewno nazwać możemy jakimś rodzajem ogromnego szczęścia.  Szczęścia, które czasami nachodzi człowieka gdy przychodzi ogromna satysfakcja związana z poczuciem dobrze spełnionych obowiązków.  Spełnionych po długiej i ciężkiej pracy pełnej niepewności, lęków i wielkich problemów.   

Drugi raz w swoim trzydziestopięcioletnim życiu Leszek przeżywał taką euforię.  I chociaż ten pierwszy raz miał miejsce już dawno temu bo na zakończenie drugiego roku studiów na budownictwie lądowym, to jednak doskonale pamięta oba te wydarzenia i to tak jakby wydarzyły się wczoraj.   

Obie sytuacje łączył jeden wspólny element, polegający na tym, że były one bardzo szczęśliwym końcem długiego okresu ogromnych wątpliwości i nawet pewnego rodzaju braku wiary w siebie i w słuszność podjętych decyzji.  One tę wiarę umocniły i można powiedzieć, że stały się swoistymi kamieniami milowymi jego życia. 

To pierwsze wydarzenie miało miejsce w czasie egzaminów na studiach.  A konkretnie był nim ostatni egzamin kończący drugi, chyba najtrudniejszy rok, jego studiów.  Wszystkie  pozostałe trudne egzaminy, między innymi z mechaniki budowli i geometrii wykreślnej Leszek już zaliczył i to na całkiem dobre oceny.  Został mu tylko ten jeden ustny egzamin, a po nim prawie trzy miesiące wakacji, które miał w dużej części spędzić ze swoją ukochaną Joanną.  Po paru godzinach nerwowego oczekiwania na swoją kolej, Leszek wszedł wreszcie do sali egzaminacyjnej i stanął przed surowym obliczem egzaminatora.  Był nim pan doktor Nil Konopko, starszy już wiekiem i ogromnie doświadczony specjalista w zawodzie oraz doskonały wykładowca.   Pan Nil kazał Leszkowi wylosować kartkę z pytaniami dał mu chwilę na zastanowienie się nad odpowiedziami i zapytał - jest pan gotowy do odpowiedzi?  Na kartce były trzy pytania.  Niestety na żadne z nich Leszek nie znał odpowiedzi.   Coś tam bąkał pod nosem, ale od razu po przeczytaniu pytań wiedział, że wpadł, i że czeka go jesienny egzamin poprawkowy, a w związku z tym nerwowe i  zmarnowane tak długo oczekiwane i wyśnione wakacje.  Przez krótką chwilę ogarnęła go rozpacz i jak się to mówi chciało mu się wyć.  Natomiast pan doktor jakby nie zwracając uwagi na nastroje Leszka wysłuchał spokojnie jego mętnych odpowiedzi i wreszcie ponownie zapytał - czy już pan skończył?   Po czym przyjrzał mu się jakoś dziwnie i poprosił o zeszyt z notatkami z wykładów, z całego roku.   Przejrzał go uważnie, wziął młotek i gwóźdź, przebił na samym środku, na wylot ten duży i gruby zeszyt  gwoździem, oddał go Leszkowi jednocześnie prosząc o indeks. 

Leszek strasznie zdenerwowany, trzęsącymi się rękami podał egzaminatorowi indeks.   Pan doktor nic nie mówiąc coś wpisał do odpowiedniej rubryki indeksu i oddał go studentowi.  Leszek kompletnie załamany spojrzał na ten zapis i zgłupiał zupełnie, stało tam napisane jak byk -  „bdb”,  czyli bardzo dobry.  Nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia i w przypływie nagłego impulsu zapytał - jak to możliwe panie doktorze, przecież nie odpowiedziałem na żadne z trzech pytań?  Na to pan  Konopko - i tak wiem, że pan dużo umie, ale dzisiaj miał pan pecha, a może zjadła pana trema lub puściły nerwy.  Z  tego co ja widziałem to wiem, że przez cały rok chodził pan regularnie na wykłady, zawsze siedział w pierwszym rzędzie i często zadawał różne, nieraz bardzo szczegółowe, a czasami nawet irytujące, pytania.  Poza tym widzę, że przynajmniej połowa notatek na roku jest odpisana z pańskiego zeszytu.  Ten sam układ, podobne teksty, te same rysunki.  To co miałem panu postawić?  

Musimy tutaj objaśnić, że z tymi zeszytami to była wieloletnia i barwna tradycja.  Na egzamin ustny należało obowiązkowo przychodzić z całorocznymi notatkami, których forma była z góry określona i to już na pierwszym wykładzie.   Pan Konopko podczas egzaminu przeglądał dokładnie te zeszyty i później przebijał je gwoździem.  Wychodził ze słusznego skądinąd założenia, że nawet najbardziej leniwy student, jak przepisze i przerysuje grubo ponad sto stron formatu A4, to się czegoś nauczy.  A ponieważ był człowiekiem obdarzonym wyjątkowo zdrowym rozsądkiem to wiedział, iż studenci będą sobie pożyczali zeszyty lub kombinowali w ten lub inny sposób.   Żeby pozbawić studentów możliwości takiego czy innego lawirowania to przejrzane w trakcie ustnego egzaminu notatki studenta, którego akurat odpytywał, od razu na gorąco  „zaznaczał”.  Czyli brał młotek i gwóźdź kładł zeszyt na specjalnie przygotowaną deskę i przebijał ów zeszyt na wylot.  

Po dłuższej chwili, gdy Leszek stał jak zamurowany nie wiedząc co powiedzieć i co zrobić  pan Konopko dodał - moim zdaniem taka ocena się panu należy i tyle.  Więcej nie ma co dyskutować na ten temat.  Żegnam pan i życzę sukcesów.  Wychodząc z sali egzaminacyjnej Leszek czuł się jakby urosły mu skrzydła i po prostu frunął nad chodnikiem do Joanny, aby podzielić się z nią swoją wprost nieopisaną radością.  Stan w jakim wówczas był, trudno opisać, ale był to na pewno rodzaj wielkiego szczęścia.  


I teraz bardzo podobnie się czuł biegnąc  z tymi tysiącami złotych do domu do żony Joanny i córki Karolinki.  A radość jego była przeogromna, gdyż poprzedzał ją przynajmniej rok ogromnej niepewności.  Było to potężne i ogromnie pozytywne rozładowanie,  wielka ulga, niesamowite zadowolenie i rodzaj wspaniałego szczęścia, szczęścia, które w takiej formie i wymiarze bardzo rzadko gości w życiu człowieka.  


sobota, 22 sierpnia 2020

Sierpniowa ciekawostka.

Od 30 lat jeżdżę rowerem po północnych okolicach Bydgoszczy bo od tytlu lat związany jestem z Niemczem. Poprzednio śródmieście, Szwederowo i Wyżyny.  Od 25 lat jeżdżę tym samym chociaż zmodernizowanym rowerem Vulcanus czyli ostatnim modelem jaki wyprodukowano w bydgoskim Romecie.

Dzisiaj jedno zdjęcie, które wykonałem w trakcie jednej z moich owych jazd.  Zdjęcie z dnia 01.08. 2014 roku.

Ciekawe kto zgadnie gdzie je zrobiłem?



środa, 19 sierpnia 2020

Moje podróże - 21 część 5

Wróćmy jeszcze na chwilę do pięknego Sorrento położonego nad Zatoką Neapolitańską.  Stąd rozciąga się wspaniały widok na wulkan Wezuwiusz i położony poniżej Neapol.

W drodze na Półwysep Amalfi

Sorrento

Widok z Sorrento na Wezuwiusza.



 A także wróćmy do uroczego Positano.

Positano - przed wjazdem

Positano - wyjeżdżamy

Z Positano do Amalfi



 i także  powróćmy do italskiej perły, czyli Amalfi.  Amalfi leży w pięknym miejscu.  Położone jest na stromym nadmorskim zboczu z którego rozciągają się niesamowite widoki .

Amalfi

j.w.

Amalfi

Opuszczając to jedno z najpiękniejszych miejsc naszego Świata czyli Półwysep Amalfi przejechaliśmy przez duże miasto Salerno.

Salerno
Z Salerno jadąc autostradą na południe zjechaliśmy do miasteczka  Lauria, gdzie przenocowaliśmy przed następnym etapem naszej podróży.


Lauria.


 Poprzedni post z tego cyklu





środa, 12 sierpnia 2020

Moje podróże - 21 część 4

Chociaż już wyruszyliśmy w stronę Rzymu i opuszczamy piękną Toskanię to warto jeszcze przez chwilkę zerknąć na toskański krajobraz.



Ominęliśmy Rzym jadąc przez Ostii czyli słynny kurort położony nad morzem Tyrreńskim.  Sama Ostia, czyli rzymski szpan, sprawiła na mnie katastrofalne wrażenie.  Długie kilometry zatłoczonych plaż i zatłoczonych dróg przy tych plażach. Tysiące bryłowatych (jak byśmy w Polsce powiedzieli gargamelowatych) pałaców i jeszcze więcej pałacyków położonych w fatalnym otoczeniu.  Do tego ogromne tłumy i szpan nad szpany.  Krótko mówiąc smutek i żal.

Potem przejeżdżaliśmy koło słynnego rzymskiego lotniska Fiumicino.

Jadąc cały czas płatnymi autostradami wieczorem dotarliśmy do Neapolu.  Na szczęście minęliśmy to wielkie miasto w nocy i dosyć szczęśliwie bo zbytnio nie kluczyliśmy po tym ogromnym i bałaganiarskim mieście.

W nocy dojechaliśmy aż do słynnego Sorrento, gdzie znaleźliśmy nocleg w bungalowie w Piano di Sorrento (dosyć skromne warunki - 75 tys. L. czyli około 145 zł.)

Rano wyruszyliśmy zwiedzać Sorrento.  Jest to przepiękne miasto położone na półwyspie Amalfi  Półwysep Amalfi to najmodniejsze wybrzeże w całej Italii.  Widoki wprost zapierają dech w piersiach.

Po zwiedzeniu Sorrento, jadąc niesamowitymi nadmorskimi serpentynami zwiedziliśmy jeszcze nie mniej słynne Positano i Amalfi.

Sorrento

Na półwyspie Amalfi.



sobota, 8 sierpnia 2020

Moje podróże - 21 część 3

W drodze powrotnej z Volterry zajechaliśmy do dziwnego miasteczka o nazwie Monteregioni.  Jest to raptem kilkadziesiąt domów wybudowanych na kilku krótkich uliczkach.  Miasteczko położone jest na wysokim wzgórzu i otoczone jest grubymi i wysokimi murami obronnymi z czternastoma wieżami.  O tym miejscu wspominał już Dante w swojej "Boskiej komedii" pisząc - " Otaczały go sznury jak wały i wieże otaczają Monteregioni".  Miasteczko to zbudowano w XII wieku.

Fragment Monteregioni.  W głębi jedna z 14 wież.

Następnego dnia czyli w poniedziałek poszliśmy na spacer śladem największych zabytków Sieny.  Najpierw oglądaliśmy, słynną katedrę Duomo, a potem poszliśmy na wspomniany już centralny plac Sieny (wyłożony cegłami) i tutaj wspiąłem się po stromych i niezliczonych schodach na wysokość 102 metrów czyli na szczyt wieży dominującej nad Siena i jej okolicą.  (bilet 8 tys. L.).  Można tutaj poczuć ducha Toskanii.  Wieżę zbudowano w XII wieku, a roztacza się z niej widok na wiele kilometrów i to na każdą stronę Toskanii.



Niestety po tych dwóch wspaniałych dniach spotkała nas bardzo przykra przygoda

Po powrocie do mieszkania położonego w centrum Sieny, które to mieszkanie wynajmowała moja córka, stwierdziliśmy brak samochodu zaparkowanego za zgodą właścicielki domu na parkingu pod tym domem.  Wpadliśmy w rozpacz bo sądziliśmy, iż kupiony parę miesięcy wcześniej w salonie samochodowym nowy luksusowy samochód padł ofiara lokalnych złodziei.

Oczywiście zaraz udaliśmy się na najbliższy posterunek policji gdzie się dowiedzieliśmy, że to ta lokalna policja miejska wywiozła nasz samochód na parking pod Sieną ponieważ nie mieliśmy abonamentu na parkowanie w centrum, a zgoda właścicielki domu nie miała żadnego znaczenia.  Był to rok 1999 i u nas jeszcze takich cyrków z parkowaniem nie było dlatego też w żaden sposób nie spodziewaliśmy się takiej sytuacji.

Później owa właścicielka domu powiedziała nam, że to na pewno jakiś złośliwy sąsiad widząc polskie tablice rejestracyjne doniósł do policji, gdyż twierdziła, że różni już tutaj bez pozwolenia parkowali, ale ich samochodów nie odholowano za miasto.

Na policji zażądano od nas 200 tys. L (ponad 400 zł), a po długich dyskusjach mojej córki z komendantem owego posterunku i w uznaniu za jej znajomość języka włoskiego, komendant łaskawie obniżył ową opłatę o połowę.  Tą kwotę gotówka na miejscu zapłaciłem.

Na drugi dzień wcześnie rano pojechaliśmy miejskim autobusem pod wskazany przez policję adres (o nawigacji nikt jeszcze nie miał najmniejszego pojęcia).  Okazało się, że był to taki adres, że nawet kierowca autobusu od lat kursujący na tej trasie nie miał pojęcia gdzie to jest.  Po licznych zapytaniach wreszcie trafiliśmy do warsztatu, gdzie na parkingu stał nasz samochód.   Tutaj okazało się, że także musimy zapłacić 100 tys. L i o żadnym targowaniu nie było mowy.  Po kilkunastominutowej pyskówce zapłaciłem żądaną kwotę i wreszcie z ogromna ulgą opuściliśmy ten niegościnny warsztat, a niedługo potem, po paru to niegościnne miasto chociaż piękne miasto

Pojechaliśmy w kierunku Rzymu.



sobota, 1 sierpnia 2020

Moje podróże - 21 część 2

Przejechałem przez Austrię.  Była noc i zaryzykowałem przejazd bez obowiązkowej opłaty.  A potem po przejechani (jeszcze wówczas bez opłaty) przełęczy Brenneńskiej, znalazłem się w Italii, gdzie przywitały mnie parogodzinne korki na autostradzie i ulewny deszcz.

Około 21.00 w sobotę, (po 26  godzinach - z tego 2,5 godziny na granicy i min. 2 godz. w korkach)  dojechałem do Sieny odległej od Bydgoszczy o ponad 1600 km.   Za około 400 km jazdy autostradą we Włoszech zapłaciłem 42,5 tys. L. (1000 L to około 2,3 zł.  i chociaż od 01.01.1999 roku w Italii wprowadzono euro to jednak w całej naszej podróży nie spotkałem się z cenami w euro) i
znalazłem, po ponad półgodzinnym szukaniu, wreszcie dom, w którym mieszkała moja córka.

W Sienie jest bardzo ładnie.  Jeszcze w sobotę późnym wieczorem czyli w dniu mojego przyjazdu, poszliśmy na Campo (centralny plac).  Jest to największy rynek w Italii (nie cierpię słowa Włochy).  To tutaj dwa razy do roku w dniach drugi lipca i szesnasty sierpnia odbywają się słynne na cały Świat wyścigi konne pod  nazwą Palio di Siena.  Odbywają się one już od wczesnego średniowiecza.  W tych wyścigach rywalizują ze sobą dzielnice Sieny czyli kontrady.

Na tym słynnym placu wypiłem drinka Martini (40 ml Martini, lód, cytryna), którego cena znacznie przekraczała (jak się później okazało)  cenę 1000 ml Martini w normalnym sklepie.

Fundowała moja córka.  Atmosfera była wspaniała.  Plac pełen ludzi.  Pogoda cudowna.  I ja z moją córką.  Nigdy tak nie smakowało mi Martini jak wówczas, chociaż do dzisiaj jestem wielbicielem tego trunku.



W niedzielę pojechaliśmy do miasta Volterra.  Znajduje się ono około 60 km od Sieny.

Jest to słynne miasto ze starożytnym amfiteatrem i licznymi śladami tajemniczej kultury Etrusków.  To jedno z ośmiu miast tej tajemniczej cywilizacji Półwyspu Apenińskiego.

Akurat tej niedzieli było doroczne święto miasta.  Odbywały się pochody  licznych mieszkańców w historycznych strojach przedstawiające minione epoki, a towarzyszyły temu dźwięki werbli i innych instrumentów.  Atmosfera była tajemnicza i podniosła.



Kupiłem w etruskim sklepie (jak głosił szyld) za sporą kwotę, piękny dzwoneczek z etruskimi motywami.  Ten dzwonek stał się moim swoistym talizmanem.  A dzwoneczki z różnych stron i miejsc kolekcjonuję od wielu lat.









czwartek, 30 lipca 2020

Moje podróże - odcinek 21 część 1

Wiedzieć, widzieć, przeżyć to moje życiowe motto.  Aby te cele zrealizować to oprócz czytania książek trzeba podróżować.  Tych podróży w moim życiu odbyłem wiele, chociaż za podróżnika się nie uważam.

Jedną z najpiękniejszych moich podróży była ponad trzytygodniowa samochodowa wyprawa na Sycylię. 

Ta podróż miała miejsce w sierpniu i wrześniu 1999 roku.  Podróżowałem z moją córką, wówczas studentką italianistyki na UAM w Poznaniu.

To moja córka opracowała ramy podróży i wybrała jej miejsca.  Zaś sama podróż była spontaniczna i bez dzisiejszych internetowych rezerwacji oraz internetowej wiedzy praktycznie o wszystkim.

Poniżej autentyczny opis tej niesamowitej wycieczki.  Codziennie zapisywałem swoje przeżycia w zeszycie formatu A5 i to tylko dlatego, że moja córka robiła tak samo, a ja z pewnym opóźnieniem zacząłem ją naśladować.  Nigdy się nie dowiedziałem co ona zapisywała, ale poniżej moje dosłowne zapiski.  Zapiski nie zmienione nawet co do litery.  Mam ten zeszyt i każdy wątpiący może sprawdzić czy jest tak jak tutaj piszę.

Oto moje zapiski ilustrowane nielicznymi zdjęciami i filmikami.


Selinunte - Sycylia 08.09 1999.  Dzisiaj wreszcie kupiłem ten zeszyt (2000 lirów - będę pisał L) i chcę przynajmniej część z podróży po Włoszech spisać.

Inka (moja córka) pisze codziennie po kilka stron i tym mnie zmobilizowała.  Ale również pamiętam z jaką przyjemnością, po paru latach, sięgnąłem do moich zapisków z wyprawy do Francji w 1991 r.

Tą podróż rozpocząłem w piątek około godziny 19.00 wyjazdem z Bydgoszczy.  Jechałem sam, gdyż Inka miała na mnie czekać w Sienie, w Toskanii.

Po przejechaniu 380 km znalazłem się na granicy polsko-niemieckiej, gdzie niestety musiałem czekać na wjazd do UE ok. 2,5 godziny.  Zaś jadąc do godziny 5.15 przejechałem w Niemczech 420 km.  Prawie cały czas jechałem w deszczu.

c.d.n.


Poprzedni post z tego cyklu.



środa, 29 lipca 2020

Byliśmy w Kadyksie (Cadiz).

Szóstego lutego 2020 roku, jeszcze gdy nie opanowała nas panika związana z pandemią wiadomej grypy, chociaż już sporo o niej wiedzieliśmy, wybraliśmy się na wycieczkę do Kadyksu (Cadiz).

Cadiz to miasto liczące około 120 tysięcy mieszkańców.  Cała aglomeracja to ponad 600 tysięcy mieszkańców.  Miasto położone jest na półwyspie oddzielającym Zatokę Kadyksu od Atlantyku.  To miasto portowe, handlowe, przemysłowe, stoczniowe, turystyczne i akademickie.  To najstarsze miasto Hiszpanii założone przez Fenicjan około 1100 roku przed naszą erą.

Więcej wiedzy o Kadyksie każdy może wyszukać sobie w internecie.

Miasto z uwagi na swoje położenie, swój specyficzny klimat (położone pomiędzy Atlantykiem, a słupami Herkulesa), swoje zabytki, swoją współczesność oraz swoją przeszłość historyczną, na pewno zasługuje na to, aby być w czołówce hiszpańskich miast godnych zwiedzenia.

Nam bardzo się podobało. 

Będąc w Andaluzji warto oprócz Sewilli, Malagi, Granady  czy Cordoby  https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2020/02/cordoba.html
zwiedzić także najstarsze hiszpańskie miasto czyli Kadyks.

Poniżej mała część zdjęć, które wykonałem owego 06.02.2020 w Kadyksie.


Po drodze do Cadiz.











Wracamy do Fuengirolii