środa, 31 marca 2021

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 42

Każda okazana litość obraca się przeciwko tym co ją okazują.

autor nieznany.

Czym szybciej mija czas, tym szybciej mija prawda.  Każde pokolenie ma swoją prawdę i zazwyczaj te prawdy nie  są komplementarne. 

jak wyżej.


Poprzedni post z tego cyklu.








niedziela, 28 marca 2021

Ponownie pod palmami.

 A więc (jak wbrew zasadom gramatyki często pisał w swoich "Dziennikach"  Stefan Kisielewski)  dotarliśmy po wielkich nerwach, stresach i kontrolach do tej naszej ziemi obiecanej.  Chcieliśmy tutaj przyjechać kolejny raz, głównie ze względów zdrowotnych, ale nie tylko.  Rezerwacja lotu.  Lot odwołany.  Przełożenie lotu na szczęście bez skutków finansowych.  Rezygnacja z przejazdu busem pana Tuska z Osielska do Gdańska w związku z odwołaniem lotu z Gdańska.  Kilka rozmów telefonicznych i kilka maili.  Ale pan Tusk uznał reklamację i potwierdził wykorzystanie zapłaconego przejazdu w innym terminie.

Badanie na covid.  Prawie setka ludzi i tylko trzy godziny.  Czy nam się uda, a za dzień wylot.  Udało się.  Test negatywny ("tylko" 199 zł. za parosekundowe badanie, w tym 70 zł za angielską standardową wersję dokumentu).  Potem niemały stres z wypełnianiem tak zwanych kodów QR (kilka stron szczegółowych danych na różne tematy).  Później nerwy przy pobieraniu kart pokładowych bo tam należało wprowadzić w odpowiednich miejscach wyniki testu na covid i owe kody QR, a w otrzymanych formatach nie chciały się one skopiować i trzeba je było zamienić z PDF na pliki graficzne.  Jak się wreszcie udało przy pomocy młodych zdolnych to tylko pozostawało wierzyć, że wszystko jest OK.

Jedziemy do tego Modlina (tylko jeden lot w tygodniu z całej Polski), a tam najpierw pomiar temperatury, potem sprawdzanie owego QR, potem normalna szczegółowa odprawa (znowu niestety piknęło) z kontrolą osobistą i szczegółową kontrolą podręcznego bagażu.  

Wreszcie zakładam szelki i idziemy do wyjścia na płytę lotniska, ale przed wyjściem kolejna kontrola dowodów tożsamości i kart pokładowych.  Przeszliśmy.  Potem idziemy ponad pół kilometra do samolotu.  Wsiadamy.  Lecimy.

W Alicante najpierw sprawdzają nasze kody QR, potem służby medyczne kontrolują kolejny raz temperaturę.

Wreszcie odbieramy bagaż i windą jedziemy dwa poziomy niżej gdzie czeka na nas Sonia, aby nas zawieźć do naszego lokum w Mil Palmeras.

Stresujące i przygotowania i sama podróż.  Strach pomyśleć co to dalej będzie.  To tylko kilka zdań, ale stresujące przeżycia to znacznie więcej. W końcu mamy swoje lata, ale nadal nie chcemy rezygnować z naszych marzeń .  Tylko jakim kosztem.

Piszę to po to, aby zobrazować dzisiejsze realia zagranicznych podróży.





sobota, 27 marca 2021

Moje oblicza - 7

Kolejne oblicze autora bloga.  Tym razem z września 1989 roku.  W ubiorze królowała moda turecka, a w przyrodzie tego dnia w Sokole Kuźnicy nad Zalewem Koronowskim królowała mgła.



                              Poprzedni post z tego cyklu

 

poniedziałek, 22 marca 2021

List otwarty do toruńskiego marszałka

 Stowarzyszenie „Metropolia Bydgoska”

85-171 Bydgoszcz, al. Wojska Polskiego 9 www.metropolia.bydgoszcz.pl e-mail: metropolia.bydgoska@gmail.com Bydgoszcz, dn. 19 marca 2021 r.

Mieszkańcy województwa kujawsko-pomorskiego, jak istotny jest transport szynowy dla Pana Marszałka Piotra Całbeckiego mogliśmy się przekonać pod koniec ubiegłego roku, kiedy to wiele osób z powodu cięć nie mogło dojechać do pracy, lekarza, szkoły. Najbardziej na tym ucierpiała zachodnia część województwa. Czy to przypadek? I dlaczego oszczędza się na tych, dla których jedynym transportem jest kolej. Działania Marszałka Całbeckiego pokazują, że nie dla wszystkich budżet województwa świeci pustkami. Jak inaczej wytłumaczyć zamiar odkupienia przez Pana Całbeckiego, nie z własnych pieniędzy, a samorządowych, przeznaczony do wyburzenia dom Grossówny oraz Dworzec Północny (sic!) w Toruniu. Czyżby Pan Całbecki i Urząd Marszałkowski zamierzały prowadzić działalność swoistego biura nieruchomości? Wracając do kolejowych cięć warto przypomnieć, że obecna umowa na połączenia kolejowe opiewała na ponad 52 mln zł. Panie Marszałku żądamy odpowiedzi na następujące pytania:

 - Za ile Urząd Marszałkowski zamierza nabyć dom Grossówny oraz Dworzec Północy (jaką kwotę chce na to przeznaczyć)?

 - Ile pochłonie ich rewitalizacji i zagospodarowanie? - Jaki będzie późniejszy koszt ich funkcjonowania?

 - Jakie projekty wypadną z pomocy ze środków UE, jeśli z tego źródła Urząd Marszałkowski zamierza realizować inwestycje i czy będą to projekty głównie z zachodniej części województwa?

 - Kiedy w końcu bydgoszczanie zobaczą gotowy czwarty krąg Opery Nova?

 - Kiedy rozpocznie się remont Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. dr Witolda Bełzy w Bydgoszczy?

 - Kiedy zostanie rozbudowana o niezbędną infrastrukturę Filharmonia Pomorska?

 - Jakie projekty Urząd Marszałkowski zamierza wesprzeć finansowo w ramach projektu Kolej Plus?

 - Czy każde miasto w województwo może liczyć na tak bezinteresowną pomoc Pana Marszałka?

Jak widać w czasie pandemii likwidowane są połączenia kolejowe, bo brakuje podobno na nie środków, nie brakuje jednak na “pomysły” Marszałka. Pan Całbecki to rzeczywiście Kopernik naszych czasów - Wstrzymał województwo, ruszył Toruń.

Oczekujemy zdecydowanej reakcji polityków Platformy Obywatelskiej, z której wywodzi się Pan Marszałek, na jego poczynania, które konsekwentnie niszczą województwo i które staje się stopniowo przysłowiową „ścianą wschodnią” w centrum Polski. 

Z poważaniem Za Zarząd Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska Przewodniczący

 Piotr Cyprys

czwartek, 18 marca 2021

Bogusław - odcinek 30

 Poprzedni odcinek


Odcinek 30

Pojechali tam we dwójkę, Bogusław i Leszek. Wybrali się w tą kilkusetkilometrową trasę, w mroźną i ciemną noc.  Pojechali maluchem Bogusława. Niestety po drodze pogoda się zmieniła.  Zaczęła się straszna śnieżyca.  Zrobiło się ślisko i bardzo  niebezpiecznie. Przed przednią szybą samochodu widać było tylko tumany płatków śniegu. Jazda stawała się prawie niemożliwa, widoczność sięgała ledwie kilkunastu metrów. Jednak jakoś udało się im dotrzeć do tego Radomia. Niestety przyjechali kilka godzin później niż planowali. Przyjechali dopiero około godziny dziesiątej zamiast jak chcieli o godzinie siódmej. O tej dziesiątej godzinie weszli do budynku Centroodlewu, ogólnopolskiej centrali, jedynego w Polsce dystrybutora rur, kształtek i zaworów wodociągowych.


Byli śpiący, zziębnięci, zmęczeni, a ich ubrania były całe wilgotne i koszmarnie wygniecione. Czuli się okropnie. W tej chwili uratować ich mogło tylko parę chwil odpoczynku i coś gorącego do picia. O tym jednak nie było mowy. Przecież byli mocno spóźnieni i musieli natychmiast podjąć, prawie dosłownie, walkę mającą na celu zdobycie upragnionych materiałów. 


Jednak tak wygnieceni i zmęczeni po tej koszmarnej podróży nie mogli pójść do eleganckich, jak na owe czasy, biur. Poszli więc najpierw, do szczęśliwie otwartej, biurowej toalety. Tam się umyli, spryskali obficie wodą kolońską Old Spice i przebrali się w zabrane ze sobą koszule, krawaty, spodnie i marynarki. Potem wpadli na chwilę do zakładowego baru, gdzie szybko zjedli swoje kanapki popijając jakże upragnioną gorącą herbatą. I dopiero wtedy wyruszyli na podbój biur. Po szerokich schodach weszli na piętro do obszernego i ładnego holu, gdzie na kilkunastu fotelach siedzieli zaopatrzeniowcy z różnych firm, z całej Polski. Przyjechali oni do centrali złożyć zamówienia na potrzebne im, często w odległej przyszłości, materiały. Trzech kierowników różnych działów przyjmowało poszczególnych interesantów w swoich biurach. Robili to powoli i z wielką celebracją. Większość tych interesantów była wieloletnimi znajomymi kierowników. Należało sobie pogadać o życiu, przyjąć drobne prezenty, głównie w postaci alkoholu, omówić co słychać we firmach. A czas płynął. Załatwianie jednego interesanta trwało minimum pół godziny. Ich sytuacja wydawała się beznadziejna.


Po około dwóch godzinach zorientowali się, że normalnie czekając na swoją kolej, nie mają najmniejszych szans, aby stanąć tego dnia przed obliczem kierownika działu armatury na której najbardziej im zależało. Należało zastosować jakiś wybieg. Dlatego ustalili między sobą, że jak tylko kolejny interesant wyjdzie od kierownika, to oni nie oglądając się na nic, wchodzą zaraz do niego. Po chwili wchodzili już do pokoju pana kierownika zanim kolejny kontrahent zdążył wstać z fotela. Na liczne i głośne protesty odpowiedzieli krótko - idziemy się tylko zapytać, czy pan kierownik nas dzisiaj przyjmie. Jak już jednak znaleźli się w środku, przed obliczem ważnego kierownika to nic nie byłoby w stanie ich stamtąd wyciągnąć przed przedstawieniem owemu kierownikowi swojej sprawy. Jednak zanim zdążyli cośkolwiek powiedzieć, kierownik uważnie spojrzał na nich, zza swoich zsuniętych na nos okularów i szybko oraz głośno zapytał - ja panów nie znam, panowie w jakiej sprawie? Bogusław z dużą pewnością siebie sporym refleksem odpowiedział panu kierownikowi  - my szanowny panie kierowniku potrzebujemy następujących materiałów, tutaj równie szybko, wymienił ich nazwy i ilości. Kierownik, otyły pan w średnim wieku, ze sporą łysiną i chytrymi oczkami spojrzał na nich jak na jakieś dziwolągi i zapytał - czy panowie urwali się z choinki, przecież święta dawno już minęły. Jeżeli pracujecie w naszej branży, a tak mówicie to na pewno wiecie, że takie materiały zamawia się z minimum rocznym wyprzedzeniem, a i to bez pewności ich otrzymania w tym terminie. Żegnam panów, nie mam dla was czasu.  Sami widzieliście ilu jeszcze dzisiaj mam interesantów. Niestety nie mogę panom nic pomóc. Proszę wyjść i nie przeszkadzać mi w pracy. 


Bogusław jednak nie zrażony, tym obcasowym potraktowaniem, powiedział - panie kierowniku my tutaj mamy takie dwa dobre koniaczki, przy nich być może będzie się nam lepiej rozmawiało. Mówiąc to postawił na biurku dwie butelki włoskiej brandy Stock opakowanej w eleganckie kartoniki. Po chwili milczenia, która zapadła w tym momencie, szybko dodał - możemy za te materiały zapłacić, powiedzmy, dwadzieścia procent drożej niż normalnie kosztują i te dwadzieścia procent zapłacimy teraz, tutaj i od razu gotówką, z góry.  Kierownik popatrzył najpierw na flaszki potem uważnie na nich i już wyraźnie łagodniejszym tonem zapytał skąd przyjechali i jak do niego trafili.  Odpowiedzieli, zgodnie z prawdą, że adres centrali i jego nazwisko podała im pani Mariola z Inowrocławia. Kierownik stwierdził, że nie zna pani Marioli, ale jak wspomnieli o kierowniczce pani Marioli i opowiedzieli trochę o współpracy z obu paniami to stwierdził - a może i spotkałem ją kilka razy na jakiś szkoleniach. Wyraźnie było widać, że się zastanawia co teraz zrobić. Po chwili powiedział - poczekajcie panowie na korytarzu, aż załatwię wszystkich dzisiejszych interesantów, a potem pomyślimy, czy uda się coś zrobić w waszej sprawie. 


Kartoniki z butelkami zostały na biurku. Potem siedzieli, na tym holu prawie cztery godziny. W ich stanie po tej paskudnej podróży było to coś okropnego. W końcu pan kierownik wyszedł ze swego biura popatrzył na pusty już o tej godzinie hol, na którym jeszcze tylko dwaj bydgoscy prywaciarze przebierali niecierpliwie nogami, spojrzał na nich i powiedział - zapraszam panów do biura. Uradowani weszli do środka. To o co panom konkretnie się rozchodzi – zapytał. Na to Leszek szybko podał druki zamówień na materiały, które były im najpilniej potrzebne. W czasie, gdy pan kierownik przyglądał się uważnie podanym mu kartkom, Bogusław położył na biurku plik szopenów, mówiąc - to jest panie kierowniku według naszych obliczeń dwadzieścia procent wartości tych właśnie materiałów. Pan kierownik szybko schował pieniądze do szuflady i bez zbędnych ceregieli, powiedział - proszę przysłać samochód po te kształtki i zawory, dokładnie za tydzień od dzisiejszego dnia. Podał im radomski adres ich magazynów oraz nazwisko magazyniera do którego miał się zgłosić kierowca. Ogromnie zadowoleni wychodzili w to zimowe późne popołudnie ze siedziby Centroodlewu. Powrotna podróż minęła w tak dobrych nastrojach, że nawet nie przeszkadzało im zimno w samochodzie i paskudne warunki na drodze. Był to naprawdę ogromny sukces w tej najtrudniejszej dziedzinie ich działalności, czyli w sztuce zdobywaniu materiałów bo o normalnym ich kupowaniu wówczas tylko pomarzyć było można.


Pod koniec stycznia ekonom Zgromadzenia misjonarzy, ojciec Piotr, zadowolony ze współpracy z nami, powiedział, że chce im zlecić kolejną dodatkową robotę na terenie parafii, ale ma jeden warunek, ten dodatkowy odcinek kanalizacji musi być bezwzględnie wykonany z rur kamionkowych, a nie z betonowych z jakich wykonywali dotychczasowe roboty. Rury kamionkowe tak jak te nieszczęsne kształtki i zawory wodociągowe były praktycznie nieosiągalne. Jedyna fabryka w Polsce, która produkowała tego typu rury znajdowała się w Suchedniowie w kieleckiem. Długo się zastanawiali, czy przyjąć to zlecenie.  W końcu uznali, że sobie poradzą i podpisali stosowną umowę na wykonanie rurociągu z rur kamionkowych. Nie mając innego wyjścia, a chcąc się podjąć wykonania tej  intratnej roboty, stwierdzili, że jedynym rozsądnym wyjściem jest wyjazdu do Suchedniowa. 


Tym razem padło na Leszka. Bogusław był akurat chory zaś sprawa była pilna. Michał także nie mógł jechać bo ktoś musiał pilnować ich wspólnych robót.  Tę podróż Leszek  odbył na początku lutego.  Był świeżym kierowcą, pogoda w tym czasie była paskudna, warunki do jazdy takie same. Nie zdecydował się na jazdę samochodem. Wybrał się w podróż pociągiem. Jechał w zimnych i zatłoczonych wagonach z koszmarnymi przesiadkami. Po kilkunastu godzinach tej podróży, z których większość stracił czekając na kolejną przesiadkę, dotarł wreszcie na miejsce. Suchedniów wywarł na nim smutne i przygnębiające wrażenie. Senne, nieduże, szare miasteczko ze starą i brzydką fabryką kamionki. I znowu jak w Radomiu, odświeżył się w fabrycznej toalecie po czym odważnie poszedł, od razu, do kierownika działu zbytu. Na szczęście było wcześnie rano i nie zdążyła się jeszcze uformować, codzienna kolejka liczna kolejka petentów pana dysponenta jakże deficytowych dóbr. 


Kierownik, starszy sympatyczny pan przyjął go nawet dosyć grzecznie, ale na wypowiedzianą prośbę o sprzedaż osiemdziesięciu metrów rur kamionkowych, najpierw się dziwnie uśmiechnął, potem zareagował podobnie jak radomski kierownik. Tym razem, z początku jednak Leszek postąpił inaczej. Niezrażony brakiem jakiegokolwiek zainteresowania ze strony pana kierownika, zaczął mówić, że rury są niezbędne do usunięcia awarii w dużej bydgoskiej parafii. Wyciągnął pismo z okrągłymi parafialnymi pieczątkami i masą podpisów. Widniały tam podpisy ojca prowincjała, ojca Piotra - ekonoma parafii, proboszcza parafii i Leszka. Kierownik przyjrzał się krótko i niedbale temu pismu, po czym rozłożył ręce i powiedział - bardzo bym chciał pomóc, ale niestety to jest firma państwowa, a ja mam, jak pan zapewne wie, również swoich szefów. Nic tutaj nie mogę zrobić. Osobiście to sprzedałbym panu, na ten cel, nawet dwa razy tyle rur, ale cóż, nie mogę. Aktualnie realizujemy zamówienia na rury sprzed dwóch lat i sam pan rozumie, co ja mogę? 


Leszek zaczął coś bąkać, że przejechał taki kawał Polski, a teraz mam odjeżdżać z niczym. Co ja powiem moim zleceniodawcom? Ale kierownik był nieugięty. Widząc jak sprawa wymyka mu się z rąk, wspomniał, mimochodem, o częściowej zapłacie z góry za potrzebne rury. Kierownik zaczął najpierw uważnie mu się przyglądać, a potem jeszcze uważniej słuchać. Po chwili ponownie zapytał - to ile właściwie  potrzeba tych rur i jakich. Słysząc odpowiedź, stwierdził - no coś może da się zrobić, ale o takiej ilości nie ma mowy. Po chwili dodał - może tak z pięćdziesiąt metrów kamionki to by się i znalazło. Leszek był przygotowany i na taką ewentualność. Wyjął drugie zamówienie z prawdziwą ilością potrzebnych rur, czyli podobną do tej, jaką pan kierownik przed chwilą wymienił. Kierownik wziął to drugie zamówienie i spojrzał na pytająco na Leszka. Leszek zaś zamiast wyjaśniać kierownikowi skąd ta różnica ilości rur zaczął wyjmować nieśmiało z teczki piętnaście tysięcy złotych i położył je do wysuniętej już przezornie szuflady biurka. Kierownik przejrzał już się teraz bardzo uważnie zamówieniu i powiedział - za trzy dni może pan przysłać samochód po rury, kierowca ma się zgłosić do mnie osobiście, a ja mu powiem co i jak. Do domu Leszek wracał z ogromnym zadowoleniem, nie czując tym razem chłodu w wagonach, ani nie denerwując się uciążliwymi przesiadkami. W taki i podobny sposób radziliśmy sobie ze zdobywaniem materiałów. Nie zawsze się udawało za pierwszym razem, a czasami wcale,  Jednak, ogólnie, szybko zdobywane doświadczenie pomagało i roboty szły nie najgorzej. A tych robót im przybywało. Jeszcze w styczniu przyjęliśmy do pracy kolejną grupę robotników i kierownika budowy. Wkrótce też okazało się, że bez samochodu, który będzie dowoził ludzi, drobny sprzęt i niektóre materiały, bezpośrednio na budowę, nie poradzą sobie. Korzystali co prawda, do tej pory, z bagażówek, ale były one bardzo drogie, zabierały im za dużo pieniędzy, zaś kierowcy byli mało dyspozycyjni, ciągle mieli jakieś uwagi, a wielu prac nie chcieli się, w ogóle, podejmować. Jeżeli, na przykład, trzeba było pilnie przywieźć trzy zawory z Radomia, to koszt ich przywozu był wyższy od ich ceny. W ostatnią lutową niedzielę Bogusław ich mocno zaskoczył. Poszedł sam na giełdę samochodową i kupił najnowszy model Tarpana „239D”. Był to samochód z silnikiem diesla, czyli jak to się mówi, na ropę. Wydał ogromne pieniądze, ale samochód był prawie nowy, miał tylko cztery miesiące i jak na tamten czas i nasze, polskie warunki, był nawet nowoczesny. Z tym Tarpanem było potem całe utrapienie. Okazało się, iż rolnik, który im go sprzedał, zaciągnął na niego rolniczy kredyt, otrzymał jakieś ulgi i nie miał prawo go sprzedawać przed spłaceniem tego kredytu, a kredyt był na trzy lata. Załatwianie wszystkich formalności ciągnęło się ponad rok, a do tego czasu samochód jeździł zarejestrowany na owego rolnika. Ze wszystkim musieli do niego jeździć, a mieszkał koło Gniezna, prawie sto kilometrów od Bydgoszczy. Trzeba jednak przyznać, że chociaż mieli na początku pretensje do Bogusława, że sam kupił ten samochód i jeszcze w tak skomplikowany sposób, to jednak ogólnie, był to udany zakup. Służył im dobrze przez kilka lat pomimo licznych i uciążliwych mankamentów.


W tym okresie wspólnicy balowali często i wystawnie i to nie tylko w restauracjach, ale także prywatnie.  Balowali w swoich mieszkaniach, u kolegów, znajomych, a czasami u poważniejszych kontrahentów.  Do tego, przeważnie po licznych kolacyjkach w restauracjach, gdzieś ich nosiło, a szczególnie Michała. Zresztą w przypadku Michała pewnie tak jest do dzisiaj. Jak tylko sobie popije, czy to w biurze, w restauracji, czy na jakiejś imprezie, to chce odwiedzać wszystkich swoich znajomych lub krewnych. Dalej u nich popija i śpiewa, trwa to chwili, aż nie uśnie, a jak się wkrótce przebudzi to zaczyna od nowa.  I tylko, gdy nie śpi to co chwilę słychać "hej tam kolejkę nalej, hej tam kielichy wznieście to zrobi doskonale morskim opowieściom......"


Następny odcinek

sobota, 13 marca 2021

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 41

Oglądam od paru dni (HBO GO) cały cykl od "Hobbita" do "Władcy pierścieni".  Wszystkie odcinki niedawno pojawiły się i to w rozszerzonej w stosunku do kinowej wersji, w ofercie tego kanału.  

Kiedyś dawno, pewnie jakieś 35 lat temu czytałem z wypiekami na twarzy wszystko co J. R.R  Tolkien napisał ( w latach wojny i po niej) i wydano po polsku.  Analizowałem mapy, heraldyczne wykresy, opisy ludów Śródziemia, ich obyczajów i ich historię.  Czytałem "Silmarillion" czyli genezę powstania "Śródziemia", a nawet "Przygody Toma Bombadila" i "Niedokończone opowieści". Od tych pozycji rozpoczęła się moja droga wśród świata fantasy i nieprzerwanie trwa.

I teraz oglądając w domowym zaciszu na porządnym TV, po wielu latach od kinowych premier (na których oczywiście byłem) te kolejne filmy dochodzę do jedynego wniosku:

FILMY TO WIDOWISKA, A KSIĄŻKI TO PRZEŻYCIA.


Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 11 marca 2021

Tylko nieśmiało przypominam - 2

Kolejny fragment z moich zapisków.  Tym razem z dnia 03.09.2009 (sobota) :

Od czwartku 01.10.09. na polskiej scenie politycznej ujawniono jedną z największych dotychczasowych afer III RP. - tak zwaną aferę automatową (automatów do gier hazardowych).  CBA podsłuchało, a Rzeczpospolita opublikowała zapisy rozmów Zbigniewa Chlebowskiego przewodniczącego koła poselskiego PO w sejmie i przewodniczącego sejmowej komisji finansów z nijakim Ryszardem Sobiesiakiem - kumplem Grzegorza Schetyny od Śląska Wrocław i jednym z głównych graczy na rynku tak zwanych jednorękich bandytów.

W tych rozmowach Chlebowski jawi się jako mały, sprzedajny klient wielkiego bossa, któremu tłumaczy się ze swoich działań zleconych mu przez owego bossa.  To jest poniżające i obrażające godność posła, a co dopiero szefa klubu i przewodniczącego komisji sejmowej.

Zawsze byłem jak najgorszego zdania o tym obślizgłym Chlebowskim, ale rzeczywistość, jak to zwykle bywa, poszła znacznie dalej i pokazała nam "kto tutaj rządzi".

Bezpośrednio zamieszani w tę aferę są dodatkowo "Miro" - Mirosław Drzewiecki - minister sportu, "Grześ" - Grzegorz Schetyna - wicepremier ( te nazwy w cudzysłowie pochodzą z podsłuchanych rozmów), Adam Szejnfeld - wiceminister do spraw gospodarki i wielu innych.

Ta sprawa jednoznacznie pokazuje, że PO nie jest niczym lepszym od skompromitowanych komuchów czyli tej pseudo polskiej lewicy z Millerem, Belką, Borowskim, Kwaśniewskim (?), Cimoszewiczem, Szmajdzińskim, Napieralskim, Oleksym, Czarzastym czy Kaliszem na czele.


Poprzedni post z tego cyklu


sobota, 6 marca 2021

Dzień Kobiet

Wszystkim Kobietom i Kobietkom przeglądającym mojego bloga życzę zdrowia i szczęścia oraz wszelkiej pomyślności.  Zaś na ten świąteczny poniedziałek pięknych kwiatów, słodyczy i owoców oraz wielu, wielu innych prezentów i wielu, wielu miłych chwil każdego dnia w roku.




Opowiadanie 2

Byłem pasjonatem starej broni i to głównie tej z okresu II Wojny Światowej.  Dzięki tej mojej pasji w jakimś specjalistycznym czasopiśmie przeczytałem, że w czasie tej wojny w Bydgoszczy mieszkał i pracował profesor Ludwig Vogel.  Specjalizował się on w absolutnie wówczas nowatorskiej dziedzinie jaką były lasery.  Profesor Vogel był wielkim uczonym i wcześniej pracował na słynnym uniwersytecie w Heidelbergu, gdzie na równie sławnym wydziale fizyki dokonał wielu odkryć w dziedzinie optyki.  Już na kilka lat przed wojną ogromnie zainteresowały go możliwości fizyczne spójnego światła monochromatycznego.  Jako pierwszy odkrył potęgę niszczącą takiej wiązki światła.  Swoje prace opisał w skrypcie, który dla niepoznaki zatytułował - "Dziwne właściwości białego światła".  Po jakimś czasie wydrukował już, trochę poprawioną wersję książkową i pięknie ja oprawił.  A spisał swoją wiedzę na kartkach ze znakami firmowymi, firmy AEG Farben.

Ponieważ nie był entuzjastą faszyzmu, ale był niemieckim patriotą, dlatego wiedzę chciał zachować, ale jej w obliczu zbliżającej się wojny, nie ujawniać.  Bo zdawał sobie sprawę z faktu, że gdyby ujawnił to co odkrył  to mogłaby powstać nowa potężna broń.  Wiedział, że teoretyczne możliwości lasera są ogromne, który gdyby był we właściwej obudowie i potrafiono by zasilać laser odpowiedniej mocy energia elektryczną to mógłby, czy to z samolotu, czy za pomocą odpowiednio wysokich wież lub terenowych punktów zniszczyć praktycznie każdy wojskowy lub cywilny cel.

Na początku wojny ten czterdziestoparoletni mężczyzna dotychczas silny i zdrowy nagle się rozchorował.  Nawet groziła mu śmierć.  Jego żona Elke pochodząca z zamożnej, adwokackiej niemieckiej rodziny od pokoleń osiadłej w Bydgoszczy postanowiła wywieźć go do swojego rodzinnego miasta, aby tutaj w spokoju, wśród pięknych lasów, w oddali od zawodowego środowiska i związanych z tym problemów spróbować go wyleczyć.  Łono licznej rodziny żony, ich koneksje i majątek miały mu zapewnić najlepszą opiekę i przywrócić jak najszybciej utracone siły.  A wyjazd ten był potrzebny także z innego powodu.  Otóż na swoim macierzystym wydziale uniwersyteckim chociaż był bardzo ceniony jako genialny wprost fizyk to niestety miał opinię swoistego dziwaka co również mogło być jedną z przyczyn jego choroby.

Już po paru miesiącach samopoczucie pana profesora znacznie się poprawiło, a następne parę miesięcy spacerów po lasach i okolicy, regularne pływania kajakiem, kąpiele w rzece, gimnastyki i inne zajęcia fizyczne spowodowały, że wrócił do poprzedniej swojej kondycji.  Tej kondycji przed chorobą. 

Po tym pełnym  powrocie do zdrowia pan profesor ponownie zabrał się do swoich badań, ale z braku wyposażenia swojej uniwersyteckiej pracowni były to badania głównie teoretyczne.  Te rozważania, wyliczenia i pomysły przyniosły ogromny postęp dotyczący praktycznego wykorzystania laserów.  Była połowa 1941 roku kiedy to Niemcy napadły na ZSSR i pan profesor jeszcze bardziej bał się, aby jego odkrycia nie zostały wykorzystane na tej ciągle rozszerzającej się wojnie.  Jeszcze raz i to znacznie bardziej niż poprzednio zakamuflował i ukrył efekty swojej wieloletniej pracy w fabrycznym katalogu firmy AEG Farben dodatkowo pomieszał swoje wyniki z artykułami na inne tematy i z typową zawartością folderów firmy AEG.  Sądził i to pewnie nie bezpodstawnie, że gdy kiedyś ktoś się natknie na ów katalog to będzie miał duże kłopoty, aby w pełni zrozumieć jego zawartość.

Niestety pod koniec wojny pan profesor zapadł ponownie na ta samą co poprzednio chorobę i po paru miesiącach chorowania zmarł.

Elke czyli żona profesora przeżyła go aż o czterdzieści lat.  Wszystkie te lata spędziła mieszkając w jednej z wilii na bydgoskiej Sielance.  Co prawda jej rodzina nie była już właścicielem tej pięknej willi, ale pani profesorowej pozostawiono prawie stu metrowe mieszkanie na piętrze owej willi.  Po jej śmierci, która nastąpiła w 1984 roku całość dokumentów pozostałych po panu profesorze trafiła decyzją jej testamentu do miejscowego muzeum.  I to tutaj dwadzieścia lat po śmierci pani profesorowej trafiłem na te dokumenty.  Jako miejscowemu pasjonatowi historii z okresu II Wojny Światowej udostępniono mi je do przejrzenia.  Przeczuwając raczej niż wiedząc o ich ogromnym znaczeniu postanowiłem bardziej zgłębić ten temat.  Na mój techniczny umysł uznałem, że pomysły pana profesora Vogla zachowały swoją oryginalność i ogromną wartość dla współczesnych.  Chciałem jednak skonsultować moją ograniczoną wiedzę z prawdziwymi fachowcami od fizyki.  Niestety o wypożyczeniu dokumentów nikt nawet słyszeć nie chciał, a ksera w muzeum nie było.  Pochodziłem jeszcze parę dni i zapoznawałem się z owym folderem firmy AFG Farben, aż wreszcie któregoś dnia udało mi się ten katalog wynieść o czym nikt z muzeum nie miał pojęcia.  Zrobiłem kolorowe ksero tytułowej strony i przykleiłem to na wierzchu około czterystu stron czystych kartek formatem zbliżonym do katalogu profesora, dałem do fachowej oprawy wzorowanej na tej oprawie katalogu i udałem się do muzeum gdzie tak spreparowaną kopię podłożyłem w miejscu, gdzie zawsze od dwudziestu lat leżał na półce katalog pana profesora Vogla. 

Zapakowałem katalog do mojej dyplomatki i pojechałem do Poznania, gdzie dzięki znajomościom rodzinnym udało mi się skontaktować ze słynnym polskim fizykiem pracującym na UAM panem profesorem Zenonem Kurkiem.  Już po pobieżnym przejrzeniu katalogu pan Kurek stwierdził, że przeżywa szok.  Nie wiedział co zrobić ze zgromadzoną w katalogu wiedzą.  Próbował kupić ode mnie ten dokument, ale się nie zgodziłem.  Na pewno porobił ksero materiału, który mu dostarczyłem, ale nie wiedział, że ja dałem mu tylko około połowy zawartości katalogu (kartki katalogu były wpinane i łatwo mogłem tak uczynić).  Niczego konkretnego się nie dowiedziawszy odebrałem panu Kurkowi materiały profesora Vogla i wróciłem do domu, do Bydgoszczy.

I wtedy się zaczęło.  Najpierw zaczęli przyjeżdżać do mnie inni profesorowie fizyki z całej Polski, potem odwiedziła mnie para smutnych panów, aż wreszcie wezwano mnie UOP.  Jednak do nich nie poszedłem, ale wyjechałem pospiesznie do mojego rodzinnego Wągrowca, gdzie miałem zamiar ukryć oryginał katalogu.  Oprócz niezbędnego bagażu wziąłem ze sobą dwie identyczne dyplomatki.  Do jednej włożyłem oryginalny katalog, a do drugiej dwie ryzy czystych kartek z przyklejonym na przodzie kolorowym ksero okładki katalogu.   Oryginał dobrze schowałem we Wągrowcu u mojego przyjaciela, a z pustymi kartkami pojechałem do Poznania.  Pokazałem dyplomatkę i powiedziałem co zawiera jednemu (nie Kurkowi) z profesorów wydziału fizyki UAM.  W trakcie naszej rozmowy do pokoju profesora wszedł wiceminister obrony narodowej, który został powiadomiony, że przybędę z materiałami profesora Vogla i zażądał wydania mu tych materiałów.  Ja wiele się nie namyślając uciekłem drugimi drzwiami z gabinetu.  Dyplomatkę z lipnymi danymi zostawiłem w gabinecie profesora i pewnie dlatego nie zaczęli mnie ścigać, a gdy sie zorientowali co i jak to już byłem daleko.  Byłem ogromnie zdenerwowany i wręcz spanikowany  Wsiadłem do swojego samochodu i jakoś tak instynktownie zacząłem się kierować w stronę Świecka.  Niestety w jednym z miasteczek na trasie do Świecka zostałem potrącony przez inny samochód.  Na szczęście nic mi się nie stało.

I wtedy się obudziłem.

Poprzednie opowiadanie

poniedziałek, 1 marca 2021

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 40

Nigdy nie łam słowa, które dałeś komuś silniejszemu od siebie.   Nik Pierumow - "Księga Hagena"

To co niezrealizowane, pożera siły. Podążaj za swoim pragnieniem, a zawsze będziesz miał rację.  j.w.

Prawdopodobnie diabeł wygrał bunt przeciwko Bogu i zasiadł na niebiańskim tronie, nie ujawniając swojej prawdziwej tożsamości, by oszukać nieroztropnych. - Gabriel Garcia Marquez "Sto lat samotności".


                               Poprzedni post z tego cyklu.


piątek, 26 lutego 2021

Tylko nieśmiało przypominam !

Wobec jedynie słusznej obecnie drodze rozwoju ludzkości zwanej potocznie liberalnym lewactwem lub lewactwem liberalnym, przypomnieć warto nawiązujący do tej doktryny poprzednio miniony wspaniały ustrój zwany socjalizmem.  

Ten pseudo liberalizm, a raczej libertynizm w sporej części tworzyli ci sami ludzie co budowali ów socjalizm.  A teraz dodatkowo doszli do nich ich dzieci i ich wnuki.

Tak jak poprzednio zdaniem owych przedstawicieli robotniczych mas spożywali oni kawior ustami ich robotniczych reprezentantów tak wtedy najlepszym ustrojem było budowanie socjalizmu, tak teraz jest to budowanie lewacko liberalnego społeczeństwa pozbawionego idei, wiary, całego bogactwa kulturowego minionych lat i wyznawanych dotąd wartości, moralności i wielu wielu innych pozytywnych w swej wymowie i działaniu imponderabiliów.  Społeczeństwa, którego 0,1 procent skupia w sobie 95 procent całego światowego majątku i dąży do skupienia 100% tego majątku.

I dzisiejsi piewcy owych nowych wartości twierdzą, że kto nie z nimi ten ich wrogiem jest i żadną miarą nie można go nazwać demokratą bo demokratą jest tylko ich zwolennik.

I tak to coraz bardziej ludzie stają się wyznawcami tego lewactwa, a nie logicznie myślącymi prawdziwymi demokratami.

Mówiąc słowami kapciowego rzec można "kto nie z Mieciem tego zmieciem".


To tyle tytułem ogólnego wstępu, a teraz do rzeczy czyli nawiązując do tytułu posta.  Otóż co kilka lat lubię poczytać sobie moje zapiski, które (dosyć nieregularnie) rozpocząłem na początku lat 90-tych ubiegłego wieku i kontynuuję do tej pory.

Otóż ku przypomnieniu i przestrodze (bo wymienieni nadal działają i to często na wysokich szczeblach, są lub byli europosłami, posłami i senatorami, a jakże w III RP)

Mój wpis:

O 22.00 w dniu 30.04.2005 roku  oglądałem w TV3 sprawozdanie z komisji orlenowskiej (do spraw prywatyzacji Orlenu).   Były członek rady nadzorczej i członek zarządu Orlenu nijaki Krzysztof Kluzek mówił bardzo ciekawe rzeczy.  Między innymi, że we władzach spółek powiązanych z Orlenem pracują takie osoby jak żona i syn Oleksego (były premier), żona Siemiątkowskiego (minister spraw wewnętrznych), żona Belki (premier), Dubaniowski (wówczas najwyższa figura w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego), Szymczycha (także z owej kancelarii), syn Ungiera poprzednika Dubaniowskiego, i cała masa innych najwyższych wówczas komuszków.  Wszyscy oni ssali smoczek z ropą naftową. A tak naprawdę to byli zwyczajnymi złodziejami korzystającymi z układów i zblatowań. 

A ile takich było to tego się już nigdy nie dowiemy.  A ile ukradli? I tak wszędzie.  Ot taka Polska właśnie, ale flagę wywiesiłem , gdyż mam się za prawdziwego, a nie złodziejskiego patriotę (koniec wpisu).

Lewactwo urządzi nas znacznie gorzej.

wtorek, 23 lutego 2021

Bydgoskie ciekawostki - 22

Dzisiaj prezentuję zdjęcie wykonane w październiku 2017 roku.  Ciekawe czy ktoś wie gdzie je zrobiłem?



                              Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 18 lutego 2021

Bydgoski wstyd - 12

Poniżej zdjęcie ruin browaru w Myślecinku.  Zdjęcie wykonałem kilka lat temu późna jesienią.  Kiedyś to był wspaniały browar, a teraz pozostały tylko smutne resztki po budynkach.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego kilku inwestorów myślało o jego reaktywacji.  Jednego z nich nawet znałem.  Przygotował on biznesplan i nawet wstępnie dogadał się z jednym z banków odnośnie kredytowania tej odbudowy.  Niestety wszystko rozbiło się o skomplikowane relacje dotyczące spraw własnościowych do tych ruin.

I tak to jest w Bydgoszczy.  Kolejka parkowa spalona, budynki browaru w coraz większej ruinie, jeden most zamknięty, drugi podparty, trzeci (Wojska Polskiego) rozpada się.  I tak można tych "dziwności" wymieniać i wymieniać.  Niektóre z nich w tym cyklu na moim blogu opisywałem.

Dlaczego tak jest?  I jak tutaj nie nazywać Bydgoszczy dziwnym miastem?


 

                           Poprzedni post z tego cyklu.

wtorek, 16 lutego 2021

Opowiadanie

Michał już nie pamiętał jak i to nagle znalazł się tej niewielkiej miejscowości, której nazwy także nie zapamiętał.  Jednak doskonale zapamiętał przebieg dziwnego obrzędu, którego był mimowolnym obserwatorem, a potem stając tam gdzie nie powinien, o czym nie miał żadnego pojęcia, został jednym z jego uczestników.  

Na niewielkim placu wśród zapadających ciemności stało kilkunastu mężczyzn, a na niewielkiej trybunie postawionej na jednym z boków placu stały dwie zakapturzone postacie.  Jedna z zakapturzonych postaci rzuciła w grupkę wspomnianych kilkunastu mężczyzn trzy razy czymś w rodzaju żyletki.  Ten w którego ona trafiła miał się stać bohaterem obrzędu.  Czekała go śmierć lub ogromne bogactwo.  Z tym, że w tym tajemniczym obrzędzie trwającym w miasteczku od około pięćdziesięciu lat nikt jeszcze nie wygrał, a wszyscy kolejni wybrańcy zginęli.  

Obrzęd polegał na czymś w rodzaju zawodów z różnymi zadaniami, których stopień trudności rósł za każdym kolejnym zadaniem.  Zadania wyznaczali owi dwaj zakapturzeni osobnicy stojący na trybunie i czynili to na przemian.  Jeden z tych małych ostrych przedmiotów trafił w kurtkę Michała tuz poniżej łokcia.  Trzej wybrańcy z Michałem pośrodku stanęli przed dziwnym karłowatym drzewem rosnącym na środku placu.  Po jego prawej strony stanął jakiś około dziewiętnastoletni młodzieniec, a po lewej starszy dobrze zbudowany gość.  Na drzewie siedziało coś w rodzaju ogromnego pająka o średnicy trzydziestu do czterdziestu centymetrów.  W pewnej chwili ten pająk błyskawicznie skoczył na głowę Michała oplatając ją dziesiątkami poskręcanych macek.  Jego tułów był trochę większy od Michała głowy.  Michał rozpaczliwie próbował oderwać to coś od swojej głowy, ale pomimo wielu prób nie udało mu się tego dokonać. Dopiero jak już przestał się szamotać z tym dziwadłem tajemnicze macki oplatające jego głowę i część tułowia puściły i Michał zrzucił z siebie to obrzydlistwo. 

Okazało się, że to był drugi wybór z pomiędzy tych trzech osób stojących pod drzewem.  Teraz Michał musiał jeszcze przed obliczem zakapturzonych wyrazić zgodę na udział w obrzędzie.  Nie miał na to najmniejszej ochoty, ale jeden z zakapturzonych odezwał się dziwnym metalicznym głosem i oznajmił, że brak zgody oznacza śmierć.  Nie pozostało Michałowi nic innego jak tylko wyrazić zgodę.

Kilka pierwszych zadań jakie mu polecono wykonać nie przerastały jego możliwości.  Na przykład trzymając w obu rękach dużą naręcz chrustu musiał policzyć wszystkie patyki i po policzeniu natychmiast odrzucić podając w momencie odrzucania ich liczbę.  Pomyłka znowu groziła śmiercią.

Jak się okazało zadań było pięć.  Cztery udało mu się wykonać, ale piąte było najtrudniejsze i praktycznie niemożliwe do wykonania przez Michała. Polegało ono na pokonaniu we walce wręcz jednego z owych zakapturzonych postaci, a okazał się nią dziwny młody muskularny osobnik.  Jak tylko Michał to dostrzegł to zaczął uciekać.  I już wydawało się, że mu się to udało, gdyż ścigającego go osobnika potracił dyliżans, ale po chwili Michał spostrzegł, że ów osobnik wstał po potrąceniu jak gdyby nigdy nic i zaczął go dalej ścigać.  Michał dopadł na skraj głębokiego wąwozu tuz za miastem.  Wąwóz miał kilkadziesiąt metrów głębokości, był bardzo stromy, a w dole płynęła niewielka rzeczka, w której kąpały się trzy osoby.  Była to młoda kobieta i młody mężczyzna oraz około ośmioletni chłopiec.

Michał przystanął na brzegu wąwozu i skrył się w pobliskich gęstych krzakach, a gdy nadbiegł jego prześladowca to podstępem strącił go na dno wąwozu.  Ten wpadł do rzeczki tuz obok kąpiących się i wstając jak gdyby nigdy nic powiedział do kapiących się, aby natychmiast stąd uciekali bo tutaj zaraz osunie się część skarpy wąwozu i zawali miejsce, w którym teraz są.  

Michał uciekając powyżej skarpy słyszał za sobą hałas wielkiej masy osuwających się zwałów ziemi.  W ogromnej panice i wielkim strachu przebiegł jeszcze kilka kilometrów.  Na szczęście jego prześladowcy na razie nie było nigdzie widać.  Tak biegnąc w końcu znalazł się przed wielkimi wrotami jakiś zabudowań, które okazały się koszarami wojskowymi.

Brama była otwarta i Michał wbiegł do środka, a napotkanemu żołnierzowi krzyknął, że chce się zaciągnąć do wojska.  Żołnierz pod karabinem zaprowadził go do młodego oficera.  Ten oficer zaprowadził go do dużej sali, która okazała się amfiteatrem.  Sala była sceną, a wokół na amfiteatralnej widowni siedziało kilkadziesiąt osób.

Wchodząc do tej sali (sceny) Michał od razu poczuł, że wysoko po prawej stronie siedzi osoba , która jest w sytuacji podobnej do jego.  Czyli uciekła, a teraz się ukrywa.  Cos mu podpowiedziało, że razem z ta osobą mogą pokonać ścigającego ich jednego z owych zakapturzonych postaci.  

Młody oficer zaprowadził Michała na środek sceny, gdzie stało już kilkanaście innych osób.  Nagle zrobiło się przeraźliwie cicho i w tej ciszy ów oficer założył na Michała długa ciemna szatę z wielkim kapturem, a potem powiedział do zebranych, że to jest wasz nowy wódz, który zwie się Ernest Rakocy.  Oficer wyszedł ze sceny.

Po chwili zadzwonił telefon, który obudził Michała.  Niestety Michał nigdy nie dowiedział się kto dzwonił, ani co stało się z owym ścigającym go i o co w tym wszystkim chodziło bo telefon był głuchy.

środa, 10 lutego 2021

Bogusław - odcinek 29

 Poprzedni odcinek


Odcinek 29

Była firma, byli wspólnicy i była siedziba, ale nie było pracowników i to zarówno tych budowlanych jak i tych biurowych.

Dlatego też jeszcze w styczniu przyjęliśmy do pracy Tamarę Kalinowską, koleżanką z firmy budowlanej, w której Leszek z Michałem kiedyś pracowali. Miała pełnić funkcję księgowej, kasjerki i sekretarki. Zatrudniliśmy także na stanowisku głównego księgowego pana Jana Topolskiego, emerytowanego, a poprzednio wieloletniego i bardzo doświadczonego pracownika księgowości jednej z największych firm budowlanych w Bydgoszczy.  Wielkim sukcesem było ściągnięcie z byłej firmy Michała, pięcioosobowej brygady budowlanej. Była to najlepsza i powszechnie znana w firmie brygada „Dyziów” . Nazwa brygady pochodziła od imienia brygadzisty – Dionizego Montewskiego. Była to jakbyśmy, nie tylko dzisiaj powiedzieli, brygada stachanowców, która za określone pieniądze, mogła wykonać szybko i dobrze, praktycznie każdą budowlaną robotę.

Tak przygotowani ostro ruszyliśmy do kolejnych budowlanych bojów i to bojów pozbawionych pasożytniczej spółdzielczej czapy i bez mądrali z cechu rzemiosł budowlanych i różnych, którzy praktycznie za wydawanie kartek żywnościowych oraz wystawianiu rozmaitych zaświadczeń pobierali horrendalne składki.

A było o co wojować. Jak już wspominaliśmy jako trzecią swoją pracę zakład instalatorstwa sanitarnego Michała i Leszka wykonywał wodociąg na największej budowie w mieście, czyli w bydgoskiej dzielnicy Fordon. Był to dopiero początkowy etap budowy tego obliczonego na około sto tysięcy mieszkańców, osiedla. Była to robota trudna i niezbyt opłacalna, ale dzięki dobremu jej wykonaniu zaowocowała kolejnymi zleceniami. Właśnie te zlecenia, jako pierwsze roboty w swojej historii, przyjęła do wykonania spółka „Atut”. Prace zleciła im Dyrekcja Inwestycji, działająca w imieniu Urzędu Miejskiego w Bydgoszczy. Zakres robót jak i ich wartość tej pierwszej umowy była,  dla nich, ogromna. A do wykonania czekały roboty na następnych etapach budowy Fordonu.

Wróćmy jednak na chwilę do końcówki poprzedniego roku. Roku startu do działalności na własny rachunek i roku pierwszych sukcesów, a także paru porażek.

Grudzień tamtego roku toczył się dla nich wyśmienicie. Nowa firma zarejestrowana, siedziba urządzana, zaliczka od strażaków, i to wysoka, pobrana, umowa na roboty w Fordonie podpisana. A do tego spora kasa od księdza za ich pierwszą robotę i w ogóle wszystko był super. Po pół roku działalności Leszek spłacił sporą część swojego długu zaciągniętego u teścia, a i tak w kieszeni pozostał mu ponad milion złotych – ogromne pieniądze. A zarobił je w pół roku. Na takie same pieniądze musiałby na swojej posadzie inspektora nadzoru pracować ponad trzy lata.

Leszek wspólnie z Joanną i Karolinką wielokrotnie zastanawiali się czego najbardziej pragną i czego najbardziej potrzebują. Wybór padł na samochód. Postanowili, że kupią go sobie na Gwiazdkę. W ten sposób faktem stało się coś co jeszcze pół roku wcześniej wydawało się nierealne i niemożliwe do spełnienia w ogóle, w ich dotychczasowym życiu. Oczywiście o nowym samochodzie nie było mowy, gdyż te były tylko na przedpłaty, których należało dokonać wiele lat wcześniej. Oni z oczywistych powodów takiej przedpłaty nie mieli. Były także samochody na talony i na różne asygnaty. Jednak dotyczyło to tylko osób „uprzywilejowanych”, a do tych się nie zaliczali. Pozostawał zakup za dolary w Peweksie, z ogłoszenia, na giełdzie lub od znajomych. Pewex odpadał, gdyż był jeszcze dla nich za drogi. Na giełdzie bali się kupować, a do ogłoszeń też nie mieli zaufania. Pozostawali znajomi. Zupełnym przypadkiem okazało się, że siostra ich sąsiada i jednocześnie kolegi Leszka z pracy, z okresu jego „majstrowania” w Hydrobudowie, akurat chce sprzedać czteroletniego Fiata 126P i to w tak zwanej wersji eksportowej, czyli zakupionego w Pewexie. Samochód był w doskonałym stanie, gdyż jego właścicielką była młodą osobą, a także jak sama o sobie mówiła była niedoświadczonym kierowcą. Jak tylko spadł pierwszy śnieg to zamykała auto, aż do wiosny w garażu i tylko przychodziła co jakiś czas „odwiedzić” swojego Fiacika czyli go odkurzyć i obejrzeć. Miał ten samochód, w związku z tym „kolosalny” przebieg, aż siedemnastu tysięcy kilometrów. Z tych powodów cena jakiej zażądała była wysoka. Pomimo tej wysokiej ceny wynoszącej osiemset pięćdziesiąt tysięcy złotych, ani chwili się nie wahali. I już po paru dniach od pierwszej przypadkowej rozmowy o zakupie samochodu od siostry sąsiada, zostali szczęśliwymi właścicielami małego Fiata. Potem jeszcze długie lata ten świetny na owe czasy samochodzik jeździł po całej rodzinie, kilkakrotnie zmieniając w jej obrębie swojego właściciela. Ten żółty maluszek przyniósł im dużo radości. Już na święta Bożego Narodzenia pojechali nim w piątkę, Leszek z żoną i córką wraz z teściami do Poznania. Ta torpeda z pełnym obciążeniem wyciągała ponad sto kilometrów na godzinę. Jakież to było miłe, jakież to było wówczas dla nich wspaniale przeżycie.  Nie tłukli się autobusami lub tramwajami miejskimi, zatłoczonymi pociągami, ale jechali swoim samochodem.  Coś co ponad pół roku temu wydawało się nierealnym marzeniem nagle stało się faktem

Nowy 1988 rok wspólnicy wraz z żonami rozpoczęli na sylwestrowym balu w bydgoskim Orbisie. Jednym z filarów całego tamtego balowego towarzystwa był Bogusław. Znał przynajmniej połowę jego uczestników. Ze sporą ich częścią popijał w barze, z innymi się poklepywał, całował i zakładał „misie”. Bal był w obu salach w kolumnowej i malinowej. W każdej z nich grała osobna orkiestra i prawie wszyscy balowicze co rusz się przemieszczali z sali do sali oraz z obu sal do baru i z powrotem. Głośnym rozmowom, głównie o interesach, nie było końca. Zawierano nowe znajomości, przypijano ostro do nich, umawiano się na wspólne przedsięwzięcia. Żony wspólników spółki Atut Joanna, Ela i Maria również świetnie się bawiły. Nie istniały jeszcze pomiędzy nimi żadne układy, zależności, czy nieporozumienia. Nie musiały jeszcze spędzać całych dni na dbaniu o swoją urodę i stroje. Nie musiały reprezentować, oczarowywać i towarzyszyć. Po prostu były i bawiły się autentycznie tak jak i ich partnerzy. Jeszcze ich mężowie nie pobudowali murów, nie wykopali okopów, nie stworzyli układów, jeszcze byli sobą i naprawdę cieszyli się chwilą. Nie było udawania i hipokryzji.  Była radość i szczęście.

Dlatego też zabawa była szczera, nastrój wspaniały, wzajemna sympatia i autentyczne oczarowanie towarzystwem i miejscem. Tak, ten jeden z pierwszych, już prawie kapitalistycznych bali sylwestrowych, miał swój niepowtarzalny urok. Jeszcze nie było tego ogromnego cwaniactwa, szpan był bardziej naturalny, wszyscy mieli bardziej dobre humory niż je udawali, odwrotnie niż obecnie. Pozycja towarzyska i zawodowa, zachowanie, stroje, misterna sieć powiązań i zależności była w większości obca uczestnikom tego balu, była obca temu miejscu i temu czasowi. Pierwszy raz w życiu Leszek byłe na takim balu. Było uroczyście, fantastyczne jedzenie i wyśmienite trunki, bogaty program artystyczny, masa konkursów, doskonała muzyka na żywo, świetne towarzystwo, tańce, śpiewy, hulanki. Wspaniałe i niezapomniane wrażenia. Wkraczali w nowy rok z entuzjazmem, z wielkim optymizmem, w doskonałych humorach i w kapitalnej sytuacji pod każdym względem. Ach jakże chciałoby się wrócić do tych chwil. 

Minęły święta i bale, zaczął się nowy 1988 rok. Dla nich zaczął się dobrze.

Na jego początku Strażacy zapłacili im za dwa miesiące pracy ponad pięć milionów złotych, a jeszcze doszła spora zapłata za niemałe roboty dodatkowe. Otrzymali dzięki zabiegom Leszka ogromne zlecenie na budowę prawie dwóch kilometrów wodociągu między torami kolejowymi na inowrocławskim Rąbinku. Była to kontynuacja roboty jaką Bogusław rozpoczął ponad rok temu. Dalszą jej część mieli już wykonywać wspólnie jako firma Jemar. Wszystko się toczyło dobrze. 

Jednak jak to zwykle bywa, nie ma róży bez kolców. Największym ich utrapieniem, czymś co spędzało wspólnikom często sen z powiek i doprowadzało czasami do bardzo przykrych sytuacji, były wszechogarniające braki materiałowe. Na tym polu musieli dokonywać wprost cudów. W tej dziedzinie szczególnie przydawały się znajomości Bogusława i jego, wprost „twórcze”, czasami nawet artystyczne, możliwości improwizacyjne. 

Osobami, które im wówczas bardzo pomogły, były dwie młode, wspaniałe dziewczyny, pracownice centrali materiałów budowlanych w Inowrocławiu. Najbardziej pomagała wspomniana już pani Mariola. Była to śliczna, szczupła szatynka o wdzięcznym uśmiechu i miłym spokojnym charakterze, która na ich szczęście, nadal darzyła Bogusława dużym uczuciem. Drugą z tych osób była, również bardzo ładna, kierowniczka pani Marioli czyli pani Kasia. Dzięki Bogusławowi Michał i Leszek poznali bliżej te wspaniałe dziewczyny. Kruszenie lodów, jak się to mówi, odbyło się podczas wspaniałej wieczornej imprezy w restauracji Helios w Toruniu. Oprócz tych dwóch ślicznych i sympatycznych dziewczyn Marioli i Kasi była z nimi także Elżbieta koleżanka z pracy z centrali materiałów budowlanych. Impreza trwała do późnych godzin nocnych, a grubo po północy odwieźli dziewczyny pod ich domy w Inowrocławiu. Dzięki temu, jak i paru następnym towarzyskim spotkaniom, mogli już z pewną swobodą i zażyłością, prosić czasami dziewczyny o pomoc. Te sympatyczne znajomości pozwalały im rozwiązywać przynajmniej część problemów związanych ze zdobywaniem materiałów budowlanych. Bywały jednak sytuacje, w których nie udawało się nawet w Inowrocławiu nic załatwić. Wówczas pozostawało tylko jedno wyjście. Polegało ono na wyjeździe do wytwórcy konkretnych materiałów i próbie ich zakupienia tam na miejscu w fabryce. A nie były to turystyczne wyjazdy. W tym okresie wszystkie materiały wytwarzane były w firmach państwowych. Inne tego typu firmy praktycznie jeszcze nie istniały. Wytwarzane w nich materiały budowlane były rozdysponowane przez rozliczne zjednoczenia, ministra, wojewodów i czort wie kogo jeszcze przeważnie z kilkuletnim wyprzedzeniem przed ich wyprodukowaniem. Teoretycznie taki wyjazd niczego nie dawał i był, wydawałoby się, bezsensowny. Jak się jednak często okazywało, nie zawsze tak musiało być. Pierwszym takim poważnym wyjazdem po budowlane złote runo, w którym Leszek brał udział była styczniowa podróż do Radomia. 

O tej wyprawie w następnym odcinku. 


Następny odcinek


piątek, 5 lutego 2021

Polskie klimaty - 14 - Zima - odsłona druga - słoneczna

Dzisiaj przez cały krótki dzień świeciło słoneczko i zaraz wydobyło kolory z wczorajszego czarno- białego lasu.  Zaraz też lepszy nastój i samopoczucie.

Warto porównać wczorajsze zdjęcia (Polskie klimaty - 13) z dzisiejszymi.  Wczoraj był dzień pochmurny, a dzisiaj słoneczny.





                                          Poprzedni post z tego cyklu


Polskie klimaty - 13 - Zima - odsłona pierwsza - pochmurna.

Już ponad pięć lat minęło od poprzedniego posta z tego cyklu, ale wracam do niego zauroczony pięknem tegorocznej polskiej zimy.  Przez pięć minionych lat zimy spędzałem w innym klimacie, ale teraz z powodu pandemii przebiegam i chodzę moje codzienne marsze w lasach gminy Osielsko.

Poniższe zdjęcia wykonałem wczoraj czyli 04.02.2021 roku.






                                                        Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 4 lutego 2021

U nas w Maksymilianowie.

Zima tego roku płata różne figle.  A to gęsty śnieg, a to marznąca mżawka, a to zwyczajny deszcz.  I bądź tutaj mądrym wędrując każdego dnia po kilkanaście tysięcy kroków po okolicy wokół domu.  A wiadomo jak i gdzie iść?  I tylko słońce (rzadko) z pięknymi cieniami pod koniec dnia, a czasami lub nawet częściej owe słoneczko rozjaśnia naszą smutną styczniową i lutową rzeczywistość.  Ale i tak jest cudownie chociaż czasami mniej cudownie.

Wczoraj wędrując po okolicznych lasach spotkałem w naprawdę ustronnym miejscu ciekawą postać:



A wyruszyłem z naszego domu:



Gdzie w naszym mieszkaniu wiszą takie cudowne obrazy autorstwa mojej żony
                                        podświetlane czasami promieniami zachodzącego słońca.


środa, 3 lutego 2021

Bogusław - odcinek 28

Przed kolejnym odcinkiem taka skromna refleksja.  Kiedyś, dawno temu, przeczytałem, moim zdaniem, bardzo mądrą maksymę i już ją na moim blogu umieściłem: Owa maksyma

Oczywiście każda kreatywność ma swoje ograniczenia, a czasami i ślepe uliczki.  Nie kandyduję tutaj do prawdziwych kreatorów, ale przynajmniej staram się coś tworzyć.  Dobre czy złe, mądre czy głupie, ciekawe czy nudne, ale jakieś.

Poprzedni odcinek:

https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2021/01/bogusaw-odcinek-27.html

Odcinek 28

Po  powyższych krótkich i bardzo uproszczonych opisach podstawowych cech naszych czołowych bohaterów tej opowieści, wróćmy do wspomnianego czasu, gdy to po raz pierwszy cała trójka postanowiła stworzyć nową wspólną firmę.  Firmę  instalatorstwa sanitarnego Bogusława, Michała i Leszka.  Na początku zrobili to nieformalnie, czyli w papierach figurowało, że mają dwa oddzielne zakłady rzemieślnicze, ale roboty zaczęli wykonywać wspólnie, mieszając pracowników, sprzęt, materiały i wszystko inne co tylko się dało. Przede wszystkim, jak to dzisiaj się uczenie mówi, kreatywnie, zgodnie z ówczesnym prawem, manewrowali kosztami, fakturami i podatkami.

Pierwszą wspólną robotę wykonywali dla Straży Pożarnej w Inowrocławiu. Załatwił ją Bogusław, który już wcześniej wykonywał prace dla Straży w Bydgoszczy i poznał dobrze miejscowych szefów, a szczególnie inspektora nadzoru Krzysztofa Łatkę. I właśnie pan Łatka, gdzieś tak w połowie października 1987 roku poprosił do siebie Bogusława. W trakcie , jak to się mówi, rozmowy o niczym, rzucił mimochodem - panie Bogusławie jest okazja zarobienia paru złotych.   Bogusław jak rasowy pies od razu wyczuł właściwy trop natychmiast temat podchwycił i zaczął energicznie wypytywać co i jak. 

Po dłuższej wymianie zdań okazało się iż Straż ma do wydania na inwestycje w tym roku, jeszcze ponad pięć milionów złotych, a jeżeli tych pieniędzy w tym czasie nie wyda to one przepadną. Po ustaleniu przedmiotu wezwania Bogusława do strażackiej dyrekcji pan Łatka dodał, że długo i gorączkowo myślał ze swoimi szefami, jak i na co wydać te pieniądze. Nie byli przygotowani do rozsądnego i zgodnego z ówczesnymi przepisami zagospodarowania tych środków. Potrzebny był projekt budowlany, materiały, wykonawca, a tego nie było. I wtedy właśnie pan Krzysztof pomyślał o Bogusławie, który tak dobrze się sprawił, przy poprzedniej robocie dla strażaków. 

W następstwie tej rozmowy już po paru roboczych spotkaniach z komendantem, główną księgową i panem Łatką, ostatecznie wspólnie ustalono, że posiadane przez straż pieniądze, zostaną wydane na osuszenie piwnic w siedzibie oddziału straży w Inowrocławiu. Znalazła się jakaś stara dokumentacja, którą na umowę - zlecenie Leszek posiadający takie uprawnienia w tydzień zaktualizował. Jednocześnie dodatkowo wykonał szczegółowy i bardzo korzystny dla nich kosztorys robót, opiewający na sumę prawie pięć i pół miliona złotych. Z tymi już aktualnymi dokumentami przystąpili do roboczych rozmów. Uzgodnili wszystkie szczegóły, z których kilka warto przytoczyć, jako ciekawostkę i porównanie z obecnymi umowami. Szczególnie zaś, aby chociaż częściowo pokazać skąd się wtedy brały stosunkowo wysokie zarobki wykonawców robót. Między innymi z treści umowy wynikało, że dostaną piętnaście procent dodatku, za utrudnienia, związane z wykonywaniem robót w czynnym zakładzie. Dodatek liczony będzie od końcowej wartości robót, łącznie z wartością materiałów i wszystkimi narzutami. A co to był za czynny zakład, jak prace wykonywali głównie w piwnicach, gdzie normalnie, do większości pomieszczeń, często nawet przez parę tygodni, nikt nie wchodził.  Natomiast wartość tak zwanych kosztów ogólnych, czyli inaczej mówiąc, zakładowych, ustalono na siedemdziesiąt pięć procent od łącznej wartości robocizny, materiałów i sprzętu. W rzeczywistości te koszty w ich przypadku wynosiły góra dwadzieścia do trzydziestu procent i to tylko liczone od samej wartości robocizny. Stopę zysku ustalono na trzydzieści pięć procent także od całości, łącznie z kosztem materiałów. Do tego dochodziły jeszcze koszty transportu i inne jak na przykład koszt pompowanie wody z piwnic czy  późniejsze roboty dodatkowe.

Warto w tym miejscu dodać, że wówczas firmy państwowe, wykonując takie same prace, brały dużo więcej pieniędzy za ich wykonanie niż to wyliczył Leszek. A i tak bez przerwy przynosiły straty ponieważ miały ogromne koszty nad którymi praktycznie nikt nie panował i nikt ich uczciwie nie kontrolował. Zaś oni, nowi rzemieślnicy budowlani, wykonując prace szybciej i solidniej osiągali duży zysk. 

Jak już pisaliśmy, po paru spotkaniach wszystko uzgodniono. Umowa miała zostać podpisana w jeden z czwartków drugiej polowy listopada, ale nie została podpisana. Na dwie godziny przed jej podpisaniem do Bogusława zadzwonił pan Łatka, inspektor nadzoru ze Straży i powiedział, że musi się z nimi pilnie spotkać i uzgodnić pewne dodatkowe szczegóły. Dopiero po tych uzgodnieniach może dojść do podpisania umowy. Powiedział też, że teraz nie może się z nimi spotkać i zaproponował, aby wieczorem przyszli do niego do domu. On im wówczas wyjaśni o co chodzi. Tego samego dnia wieczorem całą trójką stawili się przy wejściu do bloku w którym mieszkał pan inspektor i zadzwonili do drzwi jego mieszkania. Pan Krzysztof przywitał ich konfidencjonalnie. Tylko lekko uchylając drzwi powiedział żeby zaczekali na dole, na klatce schodowej, a on zaraz do nich zejdzie. Po paru minutach zjawił się. Zaprowadził ich po ciemku w jeszcze ciemniejszy kąt na parterze klatki schodowej, tuż przy wejściu do piwnicy. Na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, a z ich parasoli kapało na podłogę, nastrój był smutny, wręcz ponury. I jak mieli rozmawiać, gdy wzajemnie ich twarze były ledwo widoczne w świetle, przebijającym się przez brudne szyby z odległych latarni ulicznych. W takiej scenerii, pan Krzysztof bez zbędnych ceregieli i jakichkolwiek wyjaśnień, powiedział - panowie jak chcecie podpisać tę umowę, to musicie mi zapłacić pięć procent jej wartości, z tego połowę z góry i to koniecznie dzisiaj. Słysząc to cała trójka prywaciarzy zaniemówiła i wszyscy dłuższą chwilę milczeli. 

Liczyli się co prawda z jakimiś ekstra wydatkami, ale nie tak dużymi i do tego płatnymi z góry i to jeszcze przed podpisaniem umowy. Dopuszczali do siebie myśl, że po wykonaniu robót i otrzymaniu za nią zapłaty, będą musieli dać trochę kasy inspektorowi i nawet chcieli z nim o tym dzisiaj pomówić. Taki zaczynał panować obyczaj i niezwykle szybko się rozpowszechniał. Nie było jednak jeszcze z góry ustalanych procentowych stawek i raczej panowała duża dowolność w tej kwestii. Czasami kończyło się na dobrym obiedzie, czy suto zakrapianej kolacji, czasami na jakimś prezencie wskazanym przez inwestora, ale to wręcz, ultimatum inspektora Łatki, po prostu ich zaszokowało. Nie mieli kwoty, której od nich zażądał nie tylko przy sobie, ale chwilowo, w ogóle. Właśnie niedawno kupili owego nieszczęsnego Żuka na którego wydali siedemset tysięcy złotych. Dodatkowo masę pieniędzy kosztowało załatwianie formalności przy organizacji kolejnej wspólnej firmy. A tutaj raptem pan inspektor zażądał od nich prawie trzystu tysięcy złotych, czyli dziesięciu dobrych pensji, że posłużymy się kolejny raz tym porównaniem. 

Z nieznośnej ciszy, która nastała po żądaniach pana inspektora, pierwszy otrząsnął się Bogusław. Nie wdając się w żadne dyskusje od razu zaproponował kwotę o połowę mniejszą i termin jej zapłaty po otrzymaniu pierwszego wynagrodzenia za roboty. Ale pan Krzysztof był nieugięty. Nie chciał słyszeć o żadnej zmianie i dał do zrozumienia, że to nie tylko od niego zależy. Potem próbowali zmniejszyć wysokość kwoty do zapłaty z góry, ale tutaj także pan Krzysztof nie chciał ustąpić. Po godzinnej, przykrej i żenującej rozmowie, rozstali się niczego nie uzgadniając. Powiedzieli tylko do pana inspektora, że muszą się nad jego propozycją dobrze zastanowić. A jak coś postanowią to jutro lub pojutrze się do niego odezwą. 

Nazajutrz rozpoczęli gorączkowe poszukiwanie gotówki, ale udało się im zgromadzić tylko sto tysięcy złotych. W najbliższym czasie, przynajmniej dwóch tygodni, nie mieli szans na zdobycie większej kwoty i taka wspaniała robota mogła im pójść koło nosa. Postanowili jeszcze raz spotkać się z panem inspektorem i mimo jego uporu, spróbować z nim negocjować.  Niestety i tym razem wszystko odbyło się dokładnie tak samo jak poprzednio. Znowu po godzinnej dyskusji w tym samym miejscu niczego nie osiągnęli. Ale tym razem pan Krzysztof obiecał zastanowić się nad propozycją, aby zapłatę z góry ograniczyć do stu tysięcy złotych. Po tygodniu i po kolejnych dwóch podobnych spotkaniach, stanęło na tych stu tysiącach z góry. Resztę inspektor miał otrzymać po wykonaniu robót i po zapłacie faktur. Na piąte spotkanie zabrali ze sobą zgromadzone z takim trudem sto tysięcy złotych i znowu przy tym samym wejściu do piwnicy, przy nikłym świetle ulicznych latarni, pan Krzysztof skrupulatnie i to dwukrotnie przeliczył dwieście banknotów, czyli sto tysięcy w nominałach po pięć tysięcy, popularnie zwanymi „szopenami”. Spocił się przy tym, pewnie z wrażenia i nerwów, a wkładając dwie paczki banknotów do wewnętrznej kieszeni marynarki tylko mruknął - wszystko się zgadza, zapraszam jutro do biura. I nawet nie żegnając się pobiegł do swojego mieszkania. Rano na drugi dzień umowa była podpisana. Był ostatni dzień listopada. Następnego dnia, z ciężkimi głowami po udanej imprezie z okazji podpisania umowy, a także tradycyjnych „Andrzejków”, przejęli plac budowy i rozpoczęli roboty.

Jak już kilkakrotnie wspominaliśmy, sposób w jaki działali często okazywał się być bardzo uciążliwy. A to nie mogli przystąpić do dużych robót, ponieważ nie posiadali tak zwanej osobowości prawnej. A to musieli się liczyć ze zdaniem prezesa spółdzielni do której należeli, a które często było odmienne od ich zdania. Musieli płacić spółdzielni spory haracz, praktycznie tylko za firmowanie umów. Musieli należeć do cechu. I wiele jeszcze innych rzeczy musieli. Nie mogli także rozszerzyć swojej działalności na inne dziedziny. Niekorzystne były dla nich także zasady opodatkowania. Działając przez spółdzielnię płacili ryczałt spółdzielczy i to w wysokości siedemnastu procent od wystawianych faktur, a nie mieli żadnego wpływu na jego wysokość. Wszystkie te problemy powodowały, że coraz częściej zastanawiali się, jak ominąć te i inne ograniczenia. Praktycznie wyjście było tylko jedno. Należało założyć firmę, która będzie samodzielna i niezależna od cechów, prezesów, ryczałtów i innych takich spraw i przepisów, które mocno utrudniają normalne działanie i bardzo ograniczają możliwości rozwoju. Wreszcie po wielu obiadkach, kolacyjkach i spotkaniach domowych, na których ten problem zawsze wypływał, podjęli decyzję. Postanowili utworzyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Bardzo ważnym powodem jej powołania był również fakt, iż spółka po zawarciu umowy na wykonanie jakiś robót budowlanych, mogła w całości lub części podzlecać wykonanie części lub nawet całości robót, na przykład, ich wspólnej firmie o wdzięcznej nazwie Jemar. Na styku działania takich dwóch różnych firm powstawało ogromne pole do sporych zysków. Jednak jak pokazał przyszły bieg wypadków, wówczas złożenie takiej firmy nie było ani łatwe, ani tanie, a do tego strasznie rozciągało się w czasie.


Chcieli uciec od bardzo mocno ograniczającego gorsetu jakim była spółdzielnia rzemieślnicza. I tak ta bardzo skrócona i przyspieszona nauka o podstawowych zasadach działania, tworzącej się z ogromnymi oporami, gospodarki rynkowej, spowodowała, że już pod koniec 1987 roku rozpoczęli tworzenie spółki, która, ich zdaniem, miała być remedium na wszystkie dotychczasowe problemy i dolegliwości. Na początku najwięcej sporów dotyczyło ustalania nazwy spółki. Zabrali się za przeglądanie słownika wyrazów obcych, słownika ortograficznego, a nawet słownika polsko-łacińskiego. Po wielodniowych dyskusjach i setkach propozycji stanęło na słowie ATUT. Według słownika oznacza ono argumenty dające szansę, możliwości zwycięstwa, przewagi nad przeciwnikiem i zdobycia powodzenia. Potocznie może być kojarzone ze zwycięstwem. Ta nazwa wydała się im bardzo dobra i zgodnie na nią przystali. Ale założyć wówczas tak zwaną „spółkę z.o.o.”, czyli z ograniczoną odpowiedzialnością, jak już wspomnieliśmy, nie było łatwo. Po pierwsze należało opracować szczegółowy statut, a wzory nie istniały. Należało opracować szczegółowe regulaminy działania i, co wydawało się najtrudniejsze, zarejestrować ją w sądzie. A w sądzie można było czekać na taką rejestrację nawet rok. Na wszystko trzeba jednak znaleźć jakiś sposób. I oni znaleźli taki. Przy pomocy małżonki jednego ze szkolnych kolegów Leszka, która wówczas, tak samo jak jej mąż, pełniła zaszczytną funkcję prokuratora, udało się im dotrzeć do strasznie obłożonej pracą, pani mecenas Ewy Kowalskiej. Pani mecenas dzięki protekcji i przy wydatnej pomocy pani prokurator oraz za stosownie wysoką opłatą, zgodziła się opracować w trybie pilnym potrzebne statuty. A także zobowiązała się zrobić co w jej mocy, aby maksymalnie przyspieszyć rejestrację spółki w sądzie. Już po dwóch tygodniach dokumenty były gotowe. Jeszcze tylko wprowadzili w nich kilka poprawek i można było składać dokumenty w sądzie. Po trzech tygodniach od rozpoczęcia starań, gdzieś tak pod koniec listopada czyli w tym samym czasie, w którym toczyły się owe przykre negocjacje z inspektorem ze straży pożarnej, pojechali bogusławowym Fiatem 126P, do Chojnic. Pojechali zarejestrować spółkę w miejscowym sądzie. Tylko tam, w obrębie całego województwa, znalazła pani mecenas wolny termin u sędziego do przeprowadzenia tej czynności prawnej. Tym „wielkim” samochodem jechało pięć dorosłych osób, pani mecenas, pani prokurator i trójka prywaciarzy, którzy szybko, przeskakując po parę szczebli naraz, pragnęli zostać szanowanymi biznesmenami. Prowadził Bogusław, Michał siedział obok niego, a Leszek z tyłu między paniami. W Chojnicach wszystko odbyło się sprawnie, jedynie kolejny raz zostali zaskoczeni wysokością opłat sądowych. Ale i tak w świetnych humorach, w powrotnej drodze, zatrzymali się na dobry obiad w zajeździe w Tucholi. Po obiedzie kupili u bufetowej jeszcze dwa szampany i pięć kieliszków po czym całą piątką ulokowali się w Maluchu i ruszyli w drogę powrotną do Bydgoszczy. Przy opowiadaniu kawałów, w czym jak zwykle prym wiódł Bogusław, wypili te dwie flaszki, jeszcze przed Koronowem, przy czym spora część ich zawartości na zawsze pozostała we fiaciku, nie chcąc się w trakcie nalewania zmieścić do kieliszków. I chociaż zakończenie załatwiania wszystkich formalności, związanych z utworzeniem firmy „Atut”, wymagało jeszcze wielu zabiegów to jednak moment przyjazdu z Chojnic, uznali za fakt powstania jednej z pierwszych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością jakie powstały, w tym okresie, w Bydgoszczy, a której Bogusław, Leszek i Michał byli jedynymi udziałowcami z takim samymi udziałami przypadającymi na każdego z nich.

Była spółka, byli udziałowcy, ale nie było siedziby. Do tej pory formalną siedzibą zakładu instalatorstwa sanitarnego było mieszkanie Michała. Jednak tak dalej nie mogło być. Bo co to za poważna spółka, która nie ma swojego porządnego biura? Dlatego rozpoczęli energiczne poszukiwania biura na potrzeby siedziby ich nowej firmy. Ale jak to powszechnie bywało w czasach socjalizmu, oficjalnie wolnych pomieszczeń biurowych nikt nie posiadał, chociaż wszędzie było ich pełno. Gdy już coś znaleźli to zwykle po paru dniach okazywało się, że to jednak pomyłka lub bardziej wprost, że pomieszczenia są, ale „prywatnym” nie wolno ich wynajmować. Po paru tygodniach takich bezowocnych poszukiwań z pomocą przyszli im rodzice Marii, żony Bogusława. Byli oni właścicielami ładnej wilii na bydgoskich Bielawkach. W tym pięknie położonym, przy szerokiej, dębowej alei domu znajdowały się na niskim parterze dwa zaniedbane pomieszczenia wraz z korytarzem, pomieszczeniem sanitarnym i osobnym wejściem. Kiedyś były one mieszkaniem dla służby, ale od dłuższego czasu stały puste. Właśnie tam po wykonaniu gruntownego remontu, wspólnicy świętowali pod koniec stycznia 1988 roku uroczystość otwarcia biura firmy „Atut” spółka z o.o.


Następny odcinek




czwartek, 28 stycznia 2021

Cztery pory roku.

Dzisiaj przedstawiam kilka zdjęć wykonanych z tarasu naszego mieszkania na przestrzeni 5 lat.  Tych zdjęć jest bardzo dużo, ale ja wybrałem te, które obejrzeć można poniżej.

Zima


Wiosna


Lato

Jesień




Moje oblicza - 6

Poniżej mój dyplom mistrza w zawodzie.  Dzięki temu dyplomowi, który z inżyniera robił wykwalifikowanego robotnika, mogłem w 1987 roku zostać rzemieślnikiem, a potem nawet biznesmenem.

Opisałem to obszerniej w moim cyklu pod tytułem "Leszek".  Oczywiście na tym moim blogu.



                             Poptrzedni post z tego cyklu

wtorek, 26 stycznia 2021

Dyzma.

Każdy pomyśli to co chce, ale moim zdaniem wymowa tego co poniżej oglądać możemy, jest jednoznaczna.  I co najgorsze to jest to, że  nie jest to chwalebna odsłona naszej polskiej rzeczywistości. Czyżby, historia lubiła się powtarzać?  Wszyscy myślą, że nie, ale tak naprawdę to historia lubi się powtarzać.  Zresztą jest stosowne przysłowie w tej kwestii.


https://www.youtube.com/watch?v=kNYr1w3Itmg

Bogusław - odcinek 28

Poprzedni odcinek


Odcinek 28

Po  powyższych krótkich i bardzo uproszczonych opisach podstawowych cech naszych czołowych bohaterów tej opowieści, wróćmy do wspomnianego czasu, gdy to po raz pierwszy cała trójka postanowiła stworzyć nową wspólną firmę.  Firmę  instalatorstwa sanitarnego Bogusława, Michała i Leszka.  Na początku zrobili to nieformalnie, czyli w papierach figurowało, że mają dwa oddzielne zakłady rzemieślnicze, ale roboty zaczęli wykonywać wspólnie, mieszając pracowników, sprzęt, materiały i wszystko inne co tylko się dało. Przede wszystkim, jak to dzisiaj się uczenie mówi, kreatywnie, zgodnie z ówczesnym prawem, manewrowali kosztami, fakturami i podatkami.

Pierwszą wspólną robotę wykonywali dla Straży Pożarnej w Inowrocławiu. Załatwił ją Bogusław, który już wcześniej wykonywał prace dla Straży w Bydgoszczy i poznał dobrze miejscowych szefów, a szczególnie inspektora nadzoru Krzysztofa Łatkę. I właśnie pan Łatka, gdzieś tak w połowie października 1987 roku poprosił do siebie Bogusława. W trakcie , jak to się mówi, rozmowy o niczym, rzucił mimochodem - panie Bogusławie jest okazja zarobienia paru złotych.   Bogusław jak rasowy pies od razu wyczuł właściwy trop natychmiast temat podchwycił i zaczął energicznie wypytywać co i jak. 

Po dłuższej wymianie zdań okazało się iż Straż ma do wydania na inwestycje w tym roku, jeszcze ponad pięć milionów złotych, a jeżeli tych pieniędzy w tym czasie nie wyda to one przepadną. Po ustaleniu przedmiotu wezwania Bogusława do strażackiej dyrekcji pan Łatka dodał, że długo i gorączkowo myślał ze swoimi szefami, jak i na co wydać te pieniądze. Nie byli przygotowani do rozsądnego i zgodnego z ówczesnymi przepisami zagospodarowania tych środków. Potrzebny był projekt budowlany, materiały, wykonawca, a tego nie było. I wtedy właśnie pan Krzysztof pomyślał o Bogusławie, który tak dobrze się sprawił, przy poprzedniej robocie dla strażaków. 

W następstwie tej rozmowy już po paru roboczych spotkaniach z komendantem, główną księgową i panem Łatką, ostatecznie wspólnie ustalono, że posiadane przez straż pieniądze, zostaną wydane na osuszenie piwnic w siedzibie oddziału straży w Inowrocławiu. Znalazła się jakaś stara dokumentacja, którą na umowę - zlecenie Leszek posiadający takie uprawnienia w tydzień zaktualizował. Jednocześnie dodatkowo wykonał szczegółowy i bardzo korzystny dla nich kosztorys robót, opiewający na sumę prawie pięć i pół miliona złotych. Z tymi już aktualnymi dokumentami przystąpili do roboczych rozmów. Uzgodnili wszystkie szczegóły, z których kilka warto przytoczyć, jako ciekawostkę i porównanie z obecnymi umowami. Szczególnie zaś, aby chociaż częściowo pokazać skąd się wtedy brały stosunkowo wysokie zarobki wykonawców robót. Między innymi z treści umowy wynikało, że dostaną piętnaście procent dodatku, za utrudnienia, związane z wykonywaniem robót w czynnym zakładzie. Dodatek liczony będzie od końcowej wartości robót, łącznie z wartością materiałów i wszystkimi narzutami. A co to był za czynny zakład, jak prace wykonywali głównie w piwnicach, gdzie normalnie, do większości pomieszczeń, często nawet przez parę tygodni, nikt nie wchodził.  Natomiast wartość tak zwanych kosztów ogólnych, czyli inaczej mówiąc, zakładowych, ustalono na siedemdziesiąt pięć procent od łącznej wartości robocizny, materiałów i sprzętu. W rzeczywistości te koszty w ich przypadku wynosiły góra dwadzieścia do trzydziestu procent i to tylko liczone od samej wartości robocizny. Stopę zysku ustalono na trzydzieści pięć procent także od całości, łącznie z kosztem materiałów. Do tego dochodziły jeszcze koszty transportu i inne jak na przykład koszt pompowanie wody z piwnic czy  późniejsze roboty dodatkowe.

Warto w tym miejscu dodać, że wówczas firmy państwowe, wykonując takie same prace, brały dużo więcej pieniędzy za ich wykonanie niż to wyliczył Leszek. A i tak bez przerwy przynosiły straty ponieważ miały ogromne koszty nad którymi praktycznie nikt nie panował i nikt ich uczciwie nie kontrolował. Zaś oni, nowi rzemieślnicy budowlani, wykonując prace szybciej i solidniej osiągali duży zysk. 

Jak już pisaliśmy, po paru spotkaniach wszystko uzgodniono. Umowa miała zostać podpisana w jeden z czwartków drugiej polowy listopada, ale nie została podpisana. Na dwie godziny przed jej podpisaniem do Bogusława zadzwonił pan Łatka, inspektor nadzoru ze Straży i powiedział, że musi się z nimi pilnie spotkać i uzgodnić pewne dodatkowe szczegóły. Dopiero po tych uzgodnieniach może dojść do podpisania umowy. Powiedział też, że teraz nie może się z nimi spotkać i zaproponował, aby wieczorem przyszli do niego do domu. On im wówczas wyjaśni o co chodzi. Tego samego dnia wieczorem całą trójką stawili się przy wejściu do bloku w którym mieszkał pan inspektor i zadzwonili do drzwi jego mieszkania. Pan Krzysztof przywitał ich konfidencjonalnie. Tylko lekko uchylając drzwi powiedział żeby zaczekali na dole, na klatce schodowej, a on zaraz do nich zejdzie. Po paru minutach zjawił się. Zaprowadził ich po ciemku w jeszcze ciemniejszy kąt na parterze klatki schodowej, tuż przy wejściu do piwnicy. Na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, a z ich parasoli kapało na podłogę, nastrój był smutny, wręcz ponury. I jak mieli rozmawiać, gdy wzajemnie ich twarze były ledwo widoczne w świetle, przebijającym się przez brudne szyby z odległych latarni ulicznych. W takiej scenerii, pan Krzysztof bez zbędnych ceregieli i jakichkolwiek wyjaśnień, powiedział - panowie jak chcecie podpisać tę umowę, to musicie mi zapłacić pięć procent jej wartości, z tego połowę z góry i to koniecznie dzisiaj. Słysząc to cała trójka prywaciarzy zaniemówiła i wszyscy dłuższą chwilę milczeli. 

Liczyli się co prawda z jakimiś ekstra wydatkami, ale nie tak dużymi i do tego płatnymi z góry i to jeszcze przed podpisaniem umowy. Dopuszczali do siebie myśl, że po wykonaniu robót i otrzymaniu za nią zapłaty, będą musieli dać trochę kasy inspektorowi i nawet chcieli z nim o tym dzisiaj pomówić. Taki zaczynał panować obyczaj i niezwykle szybko się rozpowszechniał. Nie było jednak jeszcze z góry ustalanych procentowych stawek i raczej panowała duża dowolność w tej kwestii. Czasami kończyło się na dobrym obiedzie, czy suto zakrapianej kolacji, czasami na jakimś prezencie wskazanym przez inwestora, ale to wręcz, ultimatum inspektora Łatki, po prostu ich zaszokowało. Nie mieli kwoty, której od nich zażądał nie tylko przy sobie, ale chwilowo, w ogóle. Właśnie niedawno kupili owego nieszczęsnego Żuka na którego wydali siedemset tysięcy złotych. Dodatkowo masę pieniędzy kosztowało załatwianie formalności przy organizacji kolejnej wspólnej firmy. A tutaj raptem pan inspektor zażądał od nich prawie trzystu tysięcy złotych, czyli dziesięciu dobrych pensji, że posłużymy się kolejny raz tym porównaniem. 

Z nieznośnej ciszy, która nastała po żądaniach pana inspektora, pierwszy otrząsnął się Bogusław. Nie wdając się w żadne dyskusje od razu zaproponował kwotę o połowę mniejszą i termin jej zapłaty po otrzymaniu pierwszego wynagrodzenia za roboty. Ale pan Krzysztof był nieugięty. Nie chciał słyszeć o żadnej zmianie i dał do zrozumienia, że to nie tylko od niego zależy. Potem próbowali zmniejszyć wysokość kwoty do zapłaty z góry, ale tutaj także pan Krzysztof nie chciał ustąpić. Po godzinnej, przykrej i żenującej rozmowie, rozstali się niczego nie uzgadniając. Powiedzieli tylko do pana inspektora, że muszą się nad jego propozycją dobrze zastanowić. A jak coś postanowią to jutro lub pojutrze się do niego odezwą. 

Nazajutrz rozpoczęli gorączkowe poszukiwanie gotówki, ale udało się im zgromadzić tylko sto tysięcy złotych. W najbliższym czasie, przynajmniej dwóch tygodni, nie mieli szans na zdobycie większej kwoty i taka wspaniała robota mogła im pójść koło nosa. Postanowili jeszcze raz spotkać się z panem inspektorem i mimo jego uporu, spróbować z nim negocjować.  Niestety i tym razem wszystko odbyło się dokładnie tak samo jak poprzednio. Znowu po godzinnej dyskusji w tym samym miejscu niczego nie osiągnęli. Ale tym razem pan Krzysztof obiecał zastanowić się nad propozycją, aby zapłatę z góry ograniczyć do stu tysięcy złotych. Po tygodniu i po kolejnych dwóch podobnych spotkaniach, stanęło na tych stu tysiącach z góry. Resztę inspektor miał otrzymać po wykonaniu robót i po zapłacie faktur. Na piąte spotkanie zabrali ze sobą zgromadzone z takim trudem sto tysięcy złotych i znowu przy tym samym wejściu do piwnicy, przy nikłym świetle ulicznych latarni, pan Krzysztof skrupulatnie i to dwukrotnie przeliczył dwieście banknotów, czyli sto tysięcy w nominałach po pięć tysięcy, popularnie zwanymi „szopenami”. Spocił się przy tym, pewnie z wrażenia i nerwów, a wkładając dwie paczki banknotów do wewnętrznej kieszeni marynarki tylko mruknął - wszystko się zgadza, zapraszam jutro do biura. I nawet nie żegnając się pobiegł do swojego mieszkania. Rano na drugi dzień umowa była podpisana. Był ostatni dzień listopada. Następnego dnia, z ciężkimi głowami po udanej imprezie z okazji podpisania umowy, a także tradycyjnych „Andrzejków”, przejęli plac budowy i rozpoczęli roboty.


Jak już kilkakrotnie wspominaliśmy, sposób w jaki działali często okazywał się być bardzo uciążliwy. A to nie mogli przystąpić do dużych robót, ponieważ nie posiadali tak zwanej osobowości prawnej. A to musieli się liczyć ze zdaniem prezesa spółdzielni do której należeli, a które często było odmienne od ich zdania. Musieli płacić spółdzielni spory haracz, praktycznie tylko za firmowanie umów. Musieli należeć do cechu. I wiele jeszcze innych rzeczy musieli. Nie mogli także rozszerzyć swojej działalności na inne dziedziny. Niekorzystne były dla nich także zasady opodatkowania. Działając przez spółdzielnię płacili ryczałt spółdzielczy i to w wysokości siedemnastu procent od wystawianych faktur, a nie mieli żadnego wpływu na jego wysokość. Wszystkie te problemy powodowały, że coraz częściej zastanawiali się, jak ominąć te i inne ograniczenia. Praktycznie wyjście było tylko jedno. Należało założyć firmę, która będzie samodzielna i niezależna od cechów, prezesów, ryczałtów i innych takich spraw i przepisów, które mocno utrudniają normalne działanie i bardzo ograniczają możliwości rozwoju. Wreszcie po wielu obiadkach, kolacyjkach i spotkaniach domowych, na których ten problem zawsze wypływał, podjęli decyzję. Postanowili utworzyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Bardzo ważnym powodem jej powołania był również fakt, iż spółka po zawarciu umowy na wykonanie jakiś robót budowlanych, mogła w całości lub części podzlecać wykonanie części lub nawet całości robót, na przykład, ich wspólnej firmie o wdzięcznej nazwie Jemar. Na styku działania takich dwóch różnych firm powstawało ogromne pole do sporych zysków. Jednak jak pokazał przyszły bieg wypadków, wówczas złożenie takiej firmy nie było ani łatwe, ani tanie, a do tego strasznie rozciągało się w czasie.


Chcieli uciec od bardzo mocno ograniczającego gorsetu jakim była spółdzielnia rzemieślnicza. I tak ta bardzo skrócona i przyspieszona nauka o podstawowych zasadach działania, tworzącej się z ogromnymi oporami, gospodarki rynkowej, spowodowała, że już pod koniec 1987 roku rozpoczęli tworzenie spółki, która, ich zdaniem, miała być remedium na wszystkie dotychczasowe problemy i dolegliwości. Na początku najwięcej sporów dotyczyło ustalania nazwy spółki. Zabrali się za przeglądanie słownika wyrazów obcych, słownika ortograficznego, a nawet słownika polsko-łacińskiego. Po wielodniowych dyskusjach i setkach propozycji stanęło na słowie ATUT. Według słownika oznacza ono argumenty dające szansę, możliwości zwycięstwa, przewagi nad przeciwnikiem i zdobycia powodzenia. Potocznie może być kojarzone ze zwycięstwem. Ta nazwa wydała się im bardzo dobra i zgodnie na nią przystali. Ale założyć wówczas tak zwaną „spółkę z.o.o.”, czyli z ograniczoną odpowiedzialnością, jak już wspomnieliśmy, nie było łatwo. Po pierwsze należało opracować szczegółowy statut, a wzory nie istniały. Należało opracować szczegółowe regulaminy działania i, co wydawało się najtrudniejsze, zarejestrować ją w sądzie. A w sądzie można było czekać na taką rejestrację nawet rok. Na wszystko trzeba jednak znaleźć jakiś sposób. I oni znaleźli taki. Przy pomocy małżonki jednego ze szkolnych kolegów Leszka, która wówczas, tak samo jak jej mąż, pełniła zaszczytną funkcję prokuratora, udało się im dotrzeć do strasznie obłożonej pracą, pani mecenas Ewy Kowalskiej. Pani mecenas dzięki protekcji i przy wydatnej pomocy pani prokurator oraz za stosownie wysoką opłatą, zgodziła się opracować w trybie pilnym potrzebne statuty. A także zobowiązała się zrobić co w jej mocy, aby maksymalnie przyspieszyć rejestrację spółki w sądzie. Już po dwóch tygodniach dokumenty były gotowe. Jeszcze tylko wprowadzili w nich kilka poprawek i można było składać dokumenty w sądzie. Po trzech tygodniach od rozpoczęcia starań, gdzieś tak pod koniec listopada czyli w tym samym czasie, w którym toczyły się owe przykre negocjacje z inspektorem ze straży pożarnej, pojechali bogusławowym Fiatem 126P, do Chojnic. Pojechali zarejestrować spółkę w miejscowym sądzie. Tylko tam, w obrębie całego województwa, znalazła pani mecenas wolny termin u sędziego do przeprowadzenia tej czynności prawnej. Tym „wielkim” samochodem jechało pięć dorosłych osób, pani mecenas, pani prokurator i trójka prywaciarzy, którzy szybko, przeskakując po parę szczebli naraz, pragnęli zostać szanowanymi biznesmenami. Prowadził Bogusław, Michał siedział obok niego, a Leszek z tyłu między paniami. W Chojnicach wszystko odbyło się sprawnie, jedynie kolejny raz zostali zaskoczeni wysokością opłat sądowych. Ale i tak w świetnych humorach, w powrotnej drodze, zatrzymali się na dobry obiad w zajeździe w Tucholi. Po obiedzie kupili u bufetowej jeszcze dwa szampany i pięć kieliszków po czym całą piątką ulokowali się w Maluchu i ruszyli w drogę powrotną do Bydgoszczy. Przy opowiadaniu kawałów, w czym jak zwykle prym wiódł Bogusław, wypili te dwie flaszki, jeszcze przed Koronowem, przy czym spora część ich zawartości na zawsze pozostała we fiaciku, nie chcąc się w trakcie nalewania zmieścić do kieliszków. I chociaż zakończenie załatwiania wszystkich formalności, związanych z utworzeniem firmy „Atut”, wymagało jeszcze wielu zabiegów to jednak moment przyjazdu z Chojnic, uznali za fakt powstania jednej z pierwszych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością jakie powstały, w tym okresie, w Bydgoszczy, a której Bogusław, Leszek i Michał byli jedynymi udziałowcami z takim samymi udziałami przypadającymi na każdego z nich.


Była spółka, byli udziałowcy, ale nie było siedziby. Do tej pory formalną siedzibą zakładu instalatorstwa sanitarnego było mieszkanie Michała. Jednak tak dalej nie mogło być. Bo co to za poważna spółka, która nie ma swojego porządnego biura? Dlatego rozpoczęli energiczne poszukiwania biura na potrzeby siedziby ich nowej firmy. Ale jak to powszechnie bywało w czasach socjalizmu, oficjalnie wolnych pomieszczeń biurowych nikt nie posiadał, chociaż wszędzie było ich pełno. Gdy już coś znaleźli to zwykle po paru dniach okazywało się, że to jednak pomyłka lub bardziej wprost, że pomieszczenia są, ale „prywatnym” nie wolno ich wynajmować. Po paru tygodniach takich bezowocnych poszukiwań z pomocą przyszli im rodzice Marii, żony Bogusława. Byli oni właścicielami ładnej wilii na bydgoskich Bielawkach. W tym pięknie położonym, przy szerokiej, dębowej alei domu znajdowały się na niskim parterze dwa zaniedbane pomieszczenia wraz z korytarzem, pomieszczeniem sanitarnym i osobnym wejściem. Kiedyś były one mieszkaniem dla służby, ale od dłuższego czasu stały puste. Właśnie tam po wykonaniu gruntownego remontu, wspólnicy świętowali pod koniec stycznia 1988 roku uroczystość otwarcia biura firmy „Atut” spółka z o.o.


Poprzedni odcinek