sobota, 24 stycznia 2026

Kindżał - prolog - część 1

Dziesięć lat temu miałem dziwny sen, a najdziwniejsze jest to, że ten sen trwał podczas dwóch kolejnych nocy i wszystko w nim było spójne i logiczne, a przecież zazwyczaj sny takie nie są, a ten sen lub raczej dwa sny, takie były.

Treść tego snu posłużyła mi jako fabuła do napisania książki, której dałem tytuł "Kindżał".

Poniżej pierwsza część prologu, w którym zapoznajemy się z głównym bohaterem tej opowieści.

Po prologu zacznie się akcja powieści.

Kindżał - Prolog

Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Leszek Marcinkowski był blisko czołówki ówczesnych bydgoskich biznesmenów. O jego sukcesach można było przeczytać w lokalnej prasie, albo dowiedzieć się na licznych spotkaniach gildii kupieckiej, lub w  innych, powstających wówczas, organizacjach skupiających różnych   przedsiębiorców.   Przedsiębiorców, którzy bardzo licznie odradzali się w tej nowej polskiej demokracji.  Już od  końca lat osiemdziesiątych Leszek był współwłaścicielem  sporych, jak na tamte czasy prywatnych firm.  Były one dobrze rozpoznawalne na lokalnym rynku.   Miały silną pozycję w branży budowlanej i handlowej.   Leszkowi wówczas wiodło się naprawdę świetnie.  Dysponował prawie wszystkim o czym marzył normalny człowiek w ówczesnej polskiej  rzeczywistości.  I do tego był przed czterdziestką i cały świat w jego wyobrażeniu, stał przed nim otworem.  Miał wspaniałą żonę i jeszcze wspanialszą córkę.  Miał szeroki krąg znajomych, z którymi często i to w najróżniejszych okolicznościach, miło i ciekawie spędzał wiele czasu.   To doborowe grono składające się głównie z przyjaciół ze studiów jego i jego żony oraz najbliższych duchem i miejscem zamieszkania, sąsiadów, spotykało się regularnie na licznych  imieninach, urodzinach i rocznicach. A także organizowali wspólnie bale przebierańców,  grzybobrania, albo wyjazdy pod namiot na Kaszuby, nad Zalew Koronowski lub w Bory Tucholskie.  Miał też  rodzinę mieszkającą we Wrocławiu i Poznaniu oraz we wielkopolskim mieście, z którego pochodził.  Wszędzie jeździł swoim nowiutkim samochodem kupionym w Pewexie (to były tak zwane sklepu eksportu wewnętrznego, gdzie płacić można było tylko dolarami) za absurdalną jak na owe czasy kwotę wynoszącą kilkaset tamtych przeciętnych pensji.   Z przyjaciółmi spędzał także  liczne wspaniałe wieczory, grywając z nimi w brydża, gadając godzinami o życiu i polityce.  Wówczas zaczął także często grywać w tenisa i w piłkę nożną, latem na korcie i boisku, a zimą na sali.    Miał także swój jacht.  Nie był on zbyt luksusowy, ale był świetny.  To była   żaglówka klasy Venus, zbudowana przez szkutnika z Koronowa na indywidualne zamówienie Leszka.  Dzięki protekcji kolegi z technikum stała ona przy bojce w renomowanym klubie żeglarskim, w Romanowie nad Zalewem Koronowskim. 

 Wraz z żoną mieli piękne mieszkanie na Osiedlu Leśnym  A to najlepsze bydgoskie osiedle.  Stąd blisko na stadion Zawiszy, a Leszek był wielkim miłośnikiem piłki nożnej. Dobry dojazd do jeziora w Borównie i nad Zalew Koronowski i  oczywiście blisko do największego miejskiego parku w Polsce, czyli do Myślęcinka, a także blisko do okolicznych lasów które w sezonie były pełne grzybów.  

W tym czasie Leszek zaczął działać nie tylko we wspomnianych organizacjach biznesowych, ale także w partii politycznej.   A nawet po paru latach został w tamtym czasie szefem struktur wojewódzkich  współrządzącej wówczas partii.  Poznał osobiście wielu liderów partyjnych, ministrów i sporo  innych znaczących oraz popularnych osób.    Pijał z nimi wódkę i prowadził ożywione dyskusje na rozmaite tematy, a nawet zdarzało się, że pomagał tym wielkim, żyrując im kredyt na zakup samochodu lub kojarząc różne osoby między sobą dla ich wzajemnej korzyści, a dla swojej, jak się później okazało, straty.   Miał wówczas w sobie ogromne pokłady energii, świetne zdrowie i przeważnie dobry humor. 

Niestety Leszek bywał także łatwowierny, naiwny i prostoduszny.  A do tego sądził, a nawet był przekonany, że inni są tacy sami, albo przynajmniej bardzo podobni.   Zresztą miał podstawy tak sądzić, gdyż otaczający go znajomi i przyjaciele w dużym stopniu posiadali podobne cechy.  Dlatego też nowym  kolegom partyjnym i biznesowym Leszek opowiadał o swoich przemyśleniach, o swoich poglądach i przekonaniach, wierząc, że tak działając, czyni dobrze i, że oni mają takie same intencje jak on. Pomimo swojej otwartości wobec innych i tej wspomnianej łatwowierności, z której nie zdawał sobie wówczas zupełnie sprawy,  wiodło się Leszkowi bardzo dobrze.  I pewnie dalej by tak było, gdyby potrafił w porę zrozumieć swoje błędy.  Jednak z  przykrością trzeba stwierdzić, że Leszek należał do tych osób, które zawsze i wszędzie chcą postępować otwarcie, prosto i zgodnie ze swoim przekonaniem i przyjętymi zasadami, a jak doskonale wiemy nie jest to najlepsza droga do sukcesu, a raczej wręcz przeciwnie.  Jak mówi znane przysłowie: „Kto ust swych nie strzeże ten zagraża sam sobie”  O tym, że tak jest naprawdę Leszek  miał się niebawem przekonać.  I tak, pewnie tylko dzięki wielkiemu zamieszaniu przy zmianie ustroju i wielkiemu wymieszaniu pomiędzy starymi, a nowymi elitami, udawało się Leszkowi przeżyć dostatnio tak wiele lat

Okres przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego wieku, sprzyjał osobom takim jak Leszek, osobom przedsiębiorczym, aktywnym, mającym swoje zdanie oraz odwagę, chęci i energię do działania.  Niestety już w pierwszych latach dziewięćdziesiątych, zaczęło się to gwałtownie zmieniać.  Logika, zdrowy rozsądek, odpowiedzialność, doświadczenie i prawdziwa aktywność, zastąpione zostały cwaniactwem, pazernością, kumoterstwem i kolesiostwem, przekupstwem i powszechną korupcją.   Zaczął królować spryt, czyli lichy rodzaj rozumu, który sprytnym ludziom każe postępować, niezależnie od wszystkiego, tylko w taki sposób, który przynosi im od razu duże korzyści, daje natychmiastowe efekty i pozwala, po plecach i głowach innych, wspinać się coraz wyżej i wyżej, nie oglądając się na nic.  A najlepsze lub najgorsze, zależnie od punktu patrzenia, w tym sprycie jest to, iż takiego prawdziwie sprytnego postępowania nie można się nauczyć, z tym po prostu trzeba się urodzić.   Natomiast odwrotnie - rzetelna praca, budowanie od podstaw, sumienność, dotrzymywanie słowa, przestrzeganie prawa i przepisów oraz zawartych umów, a także wiele, wiele innych tego typu, postaw, które powinny cechować prawdziwego przedsiębiorcę, stały się przeważnie tylko pustymi słowami, którymi wszędzie i zawsze górnolotnie szafowano, a postępowano zupełnie odwrotnie.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię