poniedziałek, 11 grudnia 2017

Jesienne ostatki.

Chociaż trwa jeszcze astronomiczna jesień to jednak zima, jak to ma w zwyczaju, próbuje nas zaatakować dlatego też warto popatrzeć na te jesienne ostatki  Zdjęcia wykonałem pomiędzy czwartym, a dziesiątym grudnia 2017 roku.












wtorek, 5 grudnia 2017

Sklep z winami ponownie w Niemczu.

Po 3,5 letniej przerwie spowodowanej kłopotami zdrowotnymi, ponownie podjąłem się prowadzenia sklepu z alkoholami.  Sklep tak jak poprzednio, mieści się w Niemczu przy ulicy Bydgoskiej 76 (pawilon przed skrzyżowaniem ulic Bydgoskiej i Słowackiego - jadąc od strony szkoły).

W sklepie oprócz win, łącznie z winami Marka Kondrada, znajdziemy ogromny wybór doskonałych whisky, koniaków, brandy, wódek, likierów i innych alkoholi.

Zapraszamy op poniedziałku do piątku w godzinach od 12.00 do 19.00, a w sobotę od 10.00 do 17.00

Natomiast w najbliższą sobotę 09.12.2017 zapraszam od godziny 13.00 do 17.00 na degustację polskich win gronowych pochodzących z winnicy Turnau.








piątek, 1 grudnia 2017

szkolne wspomnienia - 8

Po paru latach przerwy wracam do szkolnych wspomnień, a okazji ku temu jest wiele.  Jedna z nich to fakt, iż 01.09.2017 minęło 50 lat od chwil kiedy rozpoczynałem naukę w Technikum Kolejowym w Bydgoszczy.  Drugi powód to otrzymanie od mojego szkolnego kolegi Irka ponad osiemdziesiąt zdjęć z naszych wspólnych szkolnych lat.  A sentymenty i upływ czasu także niemało znaczą.

Dzisiaj trzy zdjęcia ze szkolnych praktyk zawodowych.

Przyjeżdżamy elektrykiem do Kłudnej

Irek, Andrzej i Grzegorz.

I siedem godzin ciężko pracujemy

Ale były też dni, gdy zamiast pracy oglądaliśmy jak pracują inni - na magistrali węglowej zapoznawaliśmy się z pracą najnowocześniejszej wówczas maszyny do kompleksowego remontu nawierzchni toru kolejowego




                                 Poprzedni post z tego cyklu

środa, 22 listopada 2017

Znani i nieznani bydgoszczanie - 91

Poniżej oprócz dwójki bydgoszczan widzimy legendarny samochód Jamesa Bonda czyli klasyczny Aston Martin, a spotkanie miało miejsce w Niemczu przy ulicy Bydgoskiej ponad pięć lat temu.

Od lewej:  Ludmiła Masalska, Zbyszek Wydrzyński i jego Aston Martin.



                                    Poprzedni post z tego cyklu.

poniedziałek, 20 listopada 2017

300 000 odsłon.

Za parę dni mija sześć lat jak założyłem mojego bloga.  I chociaż nie cieszy się on popularnością to jednak przypada na każdy dzień około 140 odsłon.  Dziękuję tym co te odsłony wykonują i zapewniam, że nadal będę się starał jak najlepiej ten fragmencik mojej osobowości prowadzić.

Na toast wypijmy kawę z mlekiem, mleko lub czarną kawę.

Od góry: kawa z mlekiem, mleko, kawa.



Dodam do tej kawy lub mleka to co napisałem pięć lat temu i co niestety jest jeszcze bardziej aktualne.  Jednocześnie zapytam dlaczego jesteśmy tak głupi?   Bo przecież żaden europejski kraj tak głupi nie jest. 



Pisałem o tym już ponad pięć lat temu (dziwny22)




dziwny22


A akceptujesz ukryte transfery do UE z Polski? A akceptujesz niebotyczne ukryte koszty, które powodują, że firmy z UE i nie tylko /oprócz banków, których zyski są tak wielkie, że nie starcza im pomysłów na tworzenie tak wielkich kosztów/ praktycznie nie wykazują zysków w Polsce? Przecież oni nam dają na dojazdy do swoich fabryk, na utrzymanie swoich sieci energetycznych , ciepłowniczych i telekomunikacyjnych. To jest cywilizowane niewolnictwo i nazywa się neokolonializm, a te wspaniałe stare kraje UE dziesięć razy tyle z Polski wywożą każdego roku niż nami, niby, pomagają. Jak można tego nie dostrzegać?

Niestety nazywano mnie wówczas oszołomem od ojca Rydzyka.  

niedziela, 19 listopada 2017

Odrobina najnowszej historii - 61

Poniżej mamy trzy zdjęcia z sierpnia 1997 roku. Minęło od tych chwil ponad dwadzieścia lat .  Należałem wówczas do Klubu Żeglarskiego Wind w Romanowie.  W sierpniu odbywały się tradycyjne regaty żeglarskie "O błękitną wstęgę Zalewu Koronowskiego".  Na zdjęciach widzimy przygotowania do startu. Moja załoga zajęła w tych regatach drugie miejsce w klasie Venus na co mam dowód w postaci okazałego dyplomu. Zamieszczam ten post w cyklu "odrobina najnowszej historii Bydgoszczy"  ponieważ większość uczestników tych regat to bydgoszczanie.



Autor bloga z komandorem regat panem Garncarkiem.



Poprzedni post z tego cyklu.

czwartek, 16 listopada 2017

Bydgoskie porównania - 8

Dzisiaj ponownie Myślęcinek.   Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku kiedy rozpocząłem moje marsze po myślęcińskim lesie ( a mieszkałem wówczas na Osiedlu Leśnym) to o leśnym parku kultury i wypoczynku nikt jeszcze nie słyszał.   W miejscu, gdzie obecnie znajduje się centrum edukacji ekologicznej znajdowała się leśniczówka.  Z tamtych lat sześćdziesiątych zdjęcia jednak nie mam.  To poniższe zdjęcie marnej jakości pochodzi z marca 1989 roku, ale przypomina klimat sprzed kolejnych dwudziestu lat.  Warto zobaczyć jak to miejsce się zmieniło.



Marzec 1989 rok

Listopad 2017 rok.



Poprzedni post z tego cyklu.



piątek, 10 listopada 2017

Późna polska jesień 2017 roku.

Najpiękniejsze kolory naszej przyrody to maj i październik, ale coraz częściej konkuruje z nimi listopad.  To zresztą od opadających liści pochodzi nazwa tego miesiąca, ale zazwyczaj była ona nieaktualna bo liści na drzewach w tym miesiącu było bardzo mało lub też nie było ich wcale.  Obecny rok jest inny rok. To rok pełen opadów i wilgoci ogólnej, pewnie ta wilgoć zakonserwowała bardziej i na dłużej polską roślinność. Widocznie dlatego listopadowe widoki są równie piękne jak te październikowe.

Od wielu dni codziennie (jak i w poprzednich miesiącach) jeżdżę rowerem po około 20 km dziennie wokół otaczających miejsce mojego zamieszkania lasów.  Poniżej kilka refleksji fotograficznych z ostatnich pięciu dni  od 06 do 09 listopada 2017 roku.










wtorek, 7 listopada 2017

Leszek odcinek - 46

Długo można by opisywać roczną pracę Leszka w Spółdzielczym Ośrodku Techniki i Organizacji.  Na ośrodek składało się  biuro przy Chodkiewicza i prototypownia na Fordońskiej, a w obu tych miejscach pracowało dużo ciekawych i oryginalnych osób.  To dzięki sporej grupie entuzjastów różdżkarstwa Leszek zapisał się do wielkopolskiego stowarzyszenia miłośników tej para dyscypliny naukowej.   Kupił kilka skryptów, które pilnie przestudiował.  Przy pomocy bardziej wprawionych w tej dziedzinie kolegów projektantów wykonał w prototypowni swoje mosiężne różdżki, którymi badał nie tylko swoje mieszkanie w poszukiwaniu żył wodnych.  Wykonał masę zabezpieczeń mieszkania według wskazówek ze skryptów i rad kolegów, a także zbudował niewielką piramidę ze sztywnego kartonu, w której potem przez kilka lat trzymał zawsze niewielki pojemnik ze świeżą wodą oraz żyletki do golenia.  Oczywiście chodził na szkolenia, poszerzał swoją wiedzę o inne dyscypliny takie jak parapsychologia, czyli zjawiska z dziedzin telepatii, jasnowidzenia, prekognicji czy psychokinezy, ale przede wszystkim interesował się psychotroniką obejmującą między innymi wspomniane różdżkarstwo,a także hipnozę, sugestie czy igłolecznictwo powszechnie znane jako akupunktura.  Po zdobyciu odrobiny wiedzy ze wspomnianych dziedzin, a także po licznych, głównie różdżkarskich próbach, dokonywanych pod auspicjami kolegów z pracy, bardziej wprawieni od Leszka miłośnicy psychotroniki orzekli, że ma on spore predyspozycje do tych spraw.

Mając w pracy dużo wolnego czasu Leszek wiódł ze swoimi współpracownikami wielogodzinne rozmowy na różne tematy.   Oprócz spraw zawodowych najwięcej miejsca w tych rozmowach zajmowały tematy związane z historią Polski.   A, że Leszek był świeżo po lekturach Gołubiewa, Bunscha, Kromera, Jasienicy, Krawczuka to miał sporo wiedzy na te tematy i często je inspirował.  Jego zazwyczaj starsi koledzy, głównie projektanci, byli również ludźmi oczytanymi i nie obce im były niedawne lektury Leszka, toteż dyskusje często bywały emocjonalne, a nawet ocierały się o zasadnicze spory.   Spory dotyczące interpretacji i stopnia znaczenia wielu zdarzeń z przeszłości dziejów dla historii Polski zarówno tej przeszłej jak i obecnej.

Pewnie dłużej trwałaby przygoda z pracą w owym ośrodku, gdyby, jak to często w życiu bywa, nie zmienił tego stanu rzeczy przypadek.    A tym przypadkiem było spotkanie, pierwszy raz od zakończenia studiów, czyli po ponad czterech latach, kolegi Macieja.  Tego Macieja, który mieszkał przez cztery lata w sąsiednim pokoju w akademiku na Koszarowej i o którym wspominaliśmy opisując zabawę sylwestrową w tym akademiku.

Spotkali się w piękne sierpniowe popołudnie na ulicy Mostowej.  Chwilę porozmawiali na tematy ogólne, a potem Leszek zaczął wypytywać Macieja gdzie pracuje, co robi, jak tam żona i córka?  Maciej człowiek spokojny, stateczny zamiast odpowiedzieć ogólnie na te wszystkie pytania to zaproponował wizytę w pijalni win Nektarek  położonej na rogu ulic Podwale i Długiej, tak trochę w głębi.  Wpadali tam często po wykładach, albo jak jakieś zajęcia wypadły lub mieli lukę.   Maciej był takim samym miłośnikiem wina jak Leszek i zazwyczaj z nim oraz Michałem i Zbyszkiem wypijali po szklance Ciociosanu, Vinpromu lub Zarei.  A wówczas było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie takie trunki można było wypić.

Poszli do Nektarka usiedli przy tych samych zwyczajnych stolikach, na tych samych zwyczajnych krzesłach i zamówili po normalnej szklance białego Vinpromu.  I dopiero po pierwszym łyku Maciej zaczął odpowiadać na Leszka pytania.

Najpierw powiedział, że pracuje jako inspektor nadzoru w dyrekcji kolei w Gdańsku.  Opowiedział o swojej pracy bardzo ją chwaląc za samodzielność, ciekawość i dobre zarobki.  Mówił dużo i szczegółowo. Opowiadał gdzie jeździ na budowy, co musi na nich robić, mówił, że dwa razy w miesiącu jeździ do dyrekcji do Gdańska na cykliczne narady, wytyczne, polecenia i jak to mówił na korepetycje dla szefów.
Leszka coraz bardziej interesowało to co opowiadał, a tym bardziej się zainteresował, gdy Maciej powiedział, że szukają w Bydgoszczy drugiego inspektora bo jeden akurat odszedł na emeryturę.  Tyle tylko, że szukali inspektora od instalacji i sieci wodociągowych, kanalizacyjnych, cieplnych i gazowych, a Leszek skończył budowę dróg i ulic.  Maciej zaczął go zapewniać, że to się da załatwić bo on także nie pracuje w swojej specjalności, gdyż jest inspektorem od robót ogólnobudowlanych.

Rozmowa przeciągnęła się na drugą szklankę.  Pod jej koniec Leszek dowiedział się, że żona Macieja ma się świetnie i córeczka także.  Pożegnali się.  Leszek poszedł pieszo na Szwederowo, a Maciej pojechał autobusem na Błonie skąd przeszedł na Jary gdzie na jednej z ulic mieszkał wraz z rodziną.

Leszek tego wieczora, niezmiernie podekscytowany, długie godziny spędził na dyskusjach z Joanną. Dyskusje dotyczyły tego co robić, na co się zdecydować w związku z propozycja Macieja.  Niczego jednak i ustalili i nie wiadomo jak to by dalej było, gdyby po paru dniach Maciej nie zatelefonował do Leszka do pracy i nie powiedział że rozmawiał ze swoim szefem i, że ten jest zainteresowany zatrudnieniem pana inżyniera Leszka Marcinkowskiego na posadzie inspektora nadzoru w dyrekcji w Gdańsku.

Ponad miesiąc trwały formalności, ale udało się Leszkowi w drodze porozumienia stron, oczywiście z udziałem wydziału zatrudnienia, pokonać wszelkie trudności i od pierwszego października stał się pracownikiem Polskich Kolei Państwowych.   Dyrektor ośrodka nie chciał się zgodzić na zwolnienie, namawiał Leszka na pozostanie, obiecywał podwyżkę w najbliższym czasie i dużo mówił o możliwościach awansu, ale Leszek był zdecydowany zmienić istniejący stan rzeczy i przy poparciu paru telefonów z wojewódzkiego związku spółdzielczości pracy inspirowanych przez Leszka teścia i jego wpływowych kolegów, zmienił zdanie i zgodził się na taki tryb rozwiązania umowy o pracę.

Pierwszego października 1981 Leszek stawił się do pracy do Działu Budynków Rejonowej Dyrekcji Kolei Państwowych w Bydgoszczy.   Okazało się, że, aby zostać inspektorem nadzoru w dyrekcji w Gdańsku to najpierw musi poznać strukturę Polskich Kolei Państwowych, musi poznać pragmatykę służbową i tak dalej, a przede wszystkim zdać musi egzamin państwowy na referendarza Polskich Kolei Państwowych.

Ponad trzy miesiące spędził Leszek w biurach Działu Budynków, które mieściły się w budynku usytuowanym pomiędzy drugim, a trzecim peronem dworca Bydgoszcz Główna.  Pisał różne pisma, studiował stosy dokumentów, przepisów, zapoznawał się z wykazami obowiązków na różnych stanowiskach, zapoznawał się z Rejonami Budynków, które zarządzały wszelkimi budynkami na PKP, zapoznawał się z zawiadowcami owych Rejonów, ich problemami, ich zadaniami i tak dalej.

I pewnie sprawy potoczyłyby się szybko i dobrze i od stycznia Leszek zostałby pracownikiem Biura Inwestycji Północnej Dyrekcji Kolei Państwowych w Gdańsku, gdyby nie ów pamiętny trzynasty grudnia owego roku.  Niestety po wprowadzeniu stanu wojennego kolej została zmilitaryzowana i była traktowana jak wojsko i milicja.  Leszek musiał w pierwszy i drugi dzień świąt Bożego Narodzenia chodzić na wiele godzin odśnieżać tory i perony, a do tego często ktoś sprawdzał jego przepustkę do wejścia na owe tory, perony i do wysokiej dyrekcji.   Sprawa jego przejścia opóźniała się, ale na szczęście naczelnik Biura Inwestycji przypomniał sobie o brakującym mu pracowniku, a, że był on w strukturze dyrekcji ważną figurą toteż sprawy już w styczniu, pomimo wszechogarniającej wojennej fikcji, zaczęły dla Leszka  toczyć się raźniej.

Pod koniec stycznia zdał przed surowym obliczem pięcioosobowej komisji trudny egzamin na referendarza Kolei Państwowych i od pierwszego lutego 1982 roku rozpoczął pracę jako inspektor nadzoru inwestorskiego DOKP w Gdańsku.

Rano w poniedziałek pierwszego lutego 1982 roku Leszek razem z Maciejem wsiedli do ekspresu Bałtyk i pojechali do Gdańska.    I tak to Leszek po raz pierwszy pojechał do swojej nowej pracy.  Co dziwne ów ekspres jechał z Bydgoszczy do Gdańska, aż jedną godzinę i pięćdziesiąt minut i chociaż było to trzydzieści pięć lat temu to dopiero parę lat temu, czyli po dwudziestu pięciu latach dominacji ustroju demokratycznego nad tym zgniłym socjalizmem, udało się obecnej kolei zbliżyć, a nawet wyprzedzić o pięć minut czas przejazdu na tej trasie.  I tak to doganiamy standardy europejskie, ale czy na pewno?  Przecież już wiele lat temu pociąg TGV z Paryża do Lyonu poruszał się z prędkością 260 km/godzinę.   I także w tym daleko, daleko jesteśmy za tymi, którzy ponoć obecnie są naszymi partnerami w Unii Europejskiej.

Już po dwóch godzinach od odjazdu pociągu ze stacji Bydgoszcz Główna wkraczali obaj do ogromnego gmachu kolejowej dyrekcji.  Budynek mieści się niedaleko stacji Gdańsk Główny i tylko jakieś sto metrów od historycznej już bramy Stoczni Gdańskiej.

Weszli na trzecie piętro i jeszcze przed ogólna naradą poszli razem do naczelnika Biura Inwestycji, czyli przełożonego Leszka i Macieja.  Tym wysokim urzędnikiem kolejowym okazał się pan Maciej Werbiński, który bardzo uprzejmie i sympatycznie powitał się z Leszkiem.  Stwierdził, że bardzo się cieszy, iż dołączył do grona inspektorów, ale zaraz dodał, że praca jest trudna z dwóch podstawowych względów - po pierwsze jest odpowiedzialna i każdy inspektor odpowiada przede wszystkim sam za siebie, a potem odpowiada przed nim, a po drugie czekają go długie godziny spędzane w pociągach przy dojazdach na budowy rozrzucone na przestrzeni około czterystu kilometrów.  Po czym pan naczelnik dodał, że zaraz na naradzie pan inżynier dostanie konkretne zadania do zrealizowania, ale przez najbliższy miesiąc ma szczególne prawa i zawsze może zwracać się bezpośrednio do niego kiedy tylko uzna to za stosowne. Jednak po chwili dodał, iż ma nadzieję, że często to nie będzie miało miejsca, bo pan naczelnik ma masę innych spraw na głowie, a na pewno koledzy najwięcej mu pomogą i wprowadzą w tryb normalnego działania.  On już z nimi, a także z obecnym tutaj panem Maciejem, rozmawiał i jest przekonany, że roztoczą nad Leszkiem w tych pierwszych miesiącach najlepszą opiekę.

Na tym audiencja u pana naczelnika się skończyła, a po naradzie trwającej ponad pięć godzin, Leszek otrzymał wykaz budów i zakres obowiązków.  Na ten pierwszy rok do nadzoru miał pięćdziesiąt sześć różnych budów rozrzuconych po południowej stronie gdańskiej dyrekcji, ale od Iławy i Chojnic, aż po Chorzew Siemkowice.  Pod obiema dokumentami się podpisał.

Było podobnie jak w wojsku bo ogólne zasady zobowiązywały go do wizytowania każdej budowy przynajmniej raz w tygodniu, zaś technicznie nie było to możliwe do wykonania nawet raz w miesiącu. Wszyscy jednak taką fikcję tolerowali i udawali, że ją realizują.

Pensja Leszka znowu znacznie wzrosła, a do tego doszły sorty mundurowe, dodatek eksploatacyjny, delegacje, deputat węglowy, wysługa lat, a także, jak się później okazało, kwartalne premie i różne nagrody, o wynagrodzeniach za wnioski racjonalizatorskie nie wspominając.  Leszek z tego stanu rzeczy zaczął być bardzo zadowolony.

I tak rozpoczął się najlepszy okres w zawodowej karierze Leszka.


Poprzedni odcinek.






piątek, 3 listopada 2017

Moje podróże - Ryga - lipiec 1989 rok.

Moim Daihatsu Charade (najmniejszy wówczas diesel na świecie 1000 ccm pojemności silnika i spalaniu około 4,5 l. oleju napędowego na 100 km)) pojechałem także na Łotwę i odwiedziłem piękną stolicę tego kraju - Rygę, a ponieważ było to w lipcu 1989 roku to był to wyczyn nie lada.


Ryga lipiec 1989 rok



Poprzedni post z tego cyklu.

piątek, 27 października 2017

Wspomnień czar.

Tak sobie przeglądałem zdjęcia i slajdy sprzed około trzydziestu lat i powrócić mogłem do wielu już prawie całkiem zapomnianych zdarzeń.   Jednym z nich były coroczne wczasy jakie spędzaliśmy w Sokole Kuźnicy w Ośrodku Nauczycielskim nad Zalewem Koronowskim.  Kolega Wiesław, znany żeglarz, wynajął na całe dwa tygodnie żaglówkę klasy Orion od jednego ze swoich żeglarskich braci.  I zamiast tak jak w latach poprzednich pływać na kajakach lub rowerach wodnych to odbywaliśmy wyprawy żeglarskie po całym Zalewie.  Pierwsze dwa dni pływaliśmy w pobliżu Sokole Kuźnicy, a trzeciego dnia popłynęliśmy aż do mostu kolejowego za ośrodkiem Zacisze.

Poniżej kilka zdjęć z tych wczasów.  Sierpień 1986 roku.

W pobliżu pomostu naszego Ośrodka.  Na dziobie Adaś, przy sterze autor bloga.

Płyniemy całą ekipą do mostu kolejowego oddzielającego Zacisze od Zamrzenicy

Tuż przy moście  robimy piknik i gotujemy pulpety wydobyte z kilku słoików, które otrzymaliśmy wraz z bochenkiem chleba ze stołówkowej kuchni jako tak zwany suchy prowiant zamiast obiadu bo wyprawa była na cały dzień.

Jedzonko gotowe

Wszyscy zajadają się chlebem i pulpetami, aż im się uszy trzęsą.

niedziela, 22 października 2017

Kilka refleksji natury ogólnej - 53



Słuchając wczoraj wystąpienia pana Grzegorza Schetyny na, ponoć przełomowej, konwencji Platformy Obywatelskiej, konwencji, która miała być nowym otwarciem, byłem zbulwersowany i oburzony tym co mówił.

Nie będę jednak tutaj analizował szczegółowo tego co powiedział, ale odniosę się, i to raczej symbolicznie, do dwóch rzeczy.

Pierwsza to projekt likwidacji urzędów wojewódzkich.  Przypominam, że wśród licznych postulatów kampanii wyborczej PO z jesieni 2007 roku (patrz poniższy link)

obietnice wyborcze PO

był postulat likwidacji powiatów.  Jak wiemy żadnej obietnicy wyborczej zamieszczonej w powyższym linku PO nie spełniła.  Najlepszą ilustracją prawdziwych poczynań PO jest platformiana złota rybka, która nie spełnia życzeń, a tylko obiecuje, że spełni. 

Już nawet guru TVN-u, ostoi PO, powiedział:

Czy ktoś jeszcze wierzy w obietnice Schetyny? Nawet Cimoszewicz przyznaje: To brzmi jak obietnice Ogórek z kampanii wyborczej... 


Druga sprawa to niby oddanie Polski Polakom i obojętnym jest co to tak naprawdę znaczy bo to tylko takie ogólne hasło.  Spójrzmy na jeden konkretny przykład.   Otóż wczoraj wpadło mi w ręce czasopismo Tygodnik Handlowca z 2006 roku i cóż tam czytamy?   Otóż czytamy, że Bank Światowy wsparł ogromną kwotą ekspansję dwóch niemieckich sieci handlowych na polskim rynku, a któż był wówczas wśród decydentów udzielających tego wsparcia można przeczytać poniżej.


















Jak wiemy, już od starożytności narody i państwa bogaciły się na handlu, a na naszym handlu bogacą się głównie inne nacje (najwięcej Niemcy, Francja i Portugalia), ale nie Polacy, którzy większość handlowych rynków i to wszelakimi produktami, w tym i handel pieniędzmi (banki i instytucje finansowe) oddali w zagraniczne ręce.

A czy te same osoby oraz władze PO w tym i rząd, wsparły kiedyś polski handel?   Oczywiście, że nie.  A żeby było śmieszniej to ja osobiście składałem na piśmie taki postulat na ręce wicepremiera i jednocześnie szefa Unii Wolności czyli pana Balcerowicza.  Jaśnie pan kazał oddać pismo do rąk swojego asystenta, a jakże, nijakiego Ryszarda Petru.  I chociaż minęło od tamtego czasu dobrych kilkanaście lat to odpowiedzi do dzisiaj nie otrzymałem i działań żadnych także nie podjęto.

Ponadto PO oddała, sprzedała, sprywatyzowała to czego nie zdążyła oddać i sprzedać SLD, AWS i UW.  A proces ten dotyczył nie tylko handlu, lecz praktycznie każdej dziedziny życia gospodarczego naszego kraju.

I teraz na wspomnianej konwencji pan Schetyna tak naprawdę to mówi, że pragnie to kontynuować.  Czyli znowu odda te składniki majątku, które z ogromnym trudem udało się przywrócić całemu społeczeństwu i z których zysk płynie teraz do polskiej, a nie zagranicznej kasy.  Na przykład bank Pekao SA.  I znowu sprzedadzą bank za wartość jednorocznych zysków, które wypłyną z Polski dwoma ogromnymi strumieniami, jednym oficjalnym i drugim w kreatywnej księgowości.  I tak ze wszystkim.

Oczywiście przykłady mógłbym mnożyć jak chociażby sprzedaż za haniebnie niską cenę Ciechu, reprywatyzacje w wykonaniu między innymi tej pani z Banku Światowego, czy Amber Gold, ale nie chodzi mi tutaj o wyliczankę afer czy nieprawidłowości , lecz o zasygnalizowanie absurdów o jakie wypowiadał lider PO na konwencji w Łodzi.

Jeżeli PO przez osiem lat swoich rządów nie wypełniła praktycznie żadnej z licznych obietnic obu swoich kampanii wyborczych do sejmu i senatu to co może sprawić, że teraz wypełni kolejne obietnice?

Czy znajdzie się, oprócz osób osobiści zainteresowanych konkretnymi korzyściami rządów PO, grupa Polaków, która kolejny raz da się nabrać i na nich zagłosuje?

Pewnie tak będzie, ale moim zdaniem może to być maksymalnie 15% wyborców.

Ile razy można zaufać kłamcom, spryciarzom, cwaniakom, złodziejom i oszustom (np. budowa autostrad, liczne afery czy głosowanie z pustymi krzesłami)?

Jak można zaufać formacji, której konstytucyjny minister mówi, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie lub, że nasze państwo to ch..j, d..a i kamieni kupa?

Co można myśleć o ludziach, którzy popierają takie postępowanie, takie opinie i takie poglądy?



Nie mogę pominąć także drugiej konwencji, która w tym samym czasie odbyła się w Poznaniu czyli konwencji Nowoczesnej.

Ponieważ uważam tą organizację za śmieszną i niepoważną to też posłużę się tylko stwierdzeniem jednego z internautów, który napisał:

Osobnicy którym rosną włosy na czole nigdy nie wygrywają żadnych wyborów.
No chyba ze wybory odbywają się w ogrodzie zoologicznym.

Trochę to nieeleganckie, ale w przypadku podróżnika sześciokrólowca naprawdę na więcej mnie nie stać.


Poprzedni post z tego cyklu.

sobota, 21 października 2017

Leszek - odcinek - 45 - krótki i refleksyjny

Ten okres pracy w Ośrodku był najdziwniejszym miejscem w jakim Leszek pracował.  Odwrotnie niż w znanym powiedzeniu, spadł spod rynny w deszcz.  Dobrze zarabiał, a prawie nic nie robił.

Urzędował w pokoju numer trzy, zaraz na lewo od wejścia.  Tutaj miał swoje biurko i swoją szafę.  W tym samym pokoju swoje biurka miały dwie piękne, młode dziewczyny.   Jedną była wspomniana już pani Ela ta od normowania, czyli wpinania norm do skoroszytów i ich wypożyczaniu, a drugą była pani Justyna, która była zakładową plastyczką i do niej należało dbanie o to, aby projektowane w firmie formy służące do produkcji różnych wyrobów z plastyku spełniały przynajmniej minimalne normy estetyczne.  Pani Justyna w odróżnieniu od pani Eli była bardzo ambitna i to do tego stopnia, że często narażała się panom projektantom wypowiadając jednoznacznie swoje opinie.  Młodzieżowy krąg najbliższych znajomych Leszka w tej firmie uzupełniała pani Małgosia, która była sekretarką dyrektora Chwarścianka.

Zarówno pani sekretarka jak i pan dyrektor byli osobami przyzwoitymi i naprawdę zaangażowanymi w swoja pracę chociaż pewnie nie do końca wiedzieli na czym ona polega.  Były wytyczne, były plany, była podstawowa organizacja partyjna i była rada zakładowa oraz była wojewódzka czapa.

Wielu chciało dobrze, ale niewiele mogli.  Musieli podporządkować się swoim pryncypałom, a ci z kolei realizowali linie partii i najważniejszą rzeczą było to, aby nie podpaść przełożonym.

Fikcja w takim miejscu w jakim znalazł się Leszek przyjmowała najbardziej absurdalne formy, ale wszyscy traktowali swoją pracę i swoje obowiązki, bardzo poważnie. Dużo jak na owe czasy zarabiali i przede wszystkim pilnowali, aby ta fikcja trwała.

Już po kilku miesiącach Leszek zrozumiał, że to nie jest miejsce dla niego.  Co prawda dobrze zarabiał, a pracy nie miał wiele, ale dusił się w tym układzie, sprzeciwiał się takiej stagnacji, a do tego wybuchła Solidarność i popłynęły piękne hasła i zapowiadały się ogromne zmiany.   Nagle można było publicznie mówić to co przez dziesięciolecia było zakazane, można było publicznie dyskutować i wypowiadać swoje poglądy.  Wybuchła prawdziwa namiastka wolności.

To zderzenie owej zewnętrznej wolności z wewnętrzną stagnacją coraz bardziej irytowało Leszka i wiedział, że tak dalej być nie może.

Jednak pracował i jakoś musiał zapełniać swoje biurowe życie często całkowicie pozbawione obowiązków. Jego obowiązki zajmowały w najlepszym razie jedną godzinę dziennie, a codziennie tych godzin było do wypełnienia osiem.

Wielu nie łamało sobie głowy takimi problemami, ale nie Leszek.  On tą bezczynnością męczył się bardziej niż męczył się w poprzedniej pracy, gdzie uczciwie pracował często po dwanaście godzin dziennie na różnych budowach.

Z tego niezadowolenia i z tego poczuciu bezsensu, a przede wszystkim z powodu braku zajęcia zaczął organizować biurowy czas pani Eli, pani Justyny, pani Małgosi i kolegi Ryśka.  Codziennie wieczorem przygotowywał wiele konkursowych pytań i zawsze następnego dnia, tuż po porannej kawie, organizował konkursy polegające na punktowanej odpowiedzi na owe przygotowane pytania.   Chodziło o to, że panie Ela, Justyna i Małgorzata oraz kolega Ryszard zbierali się w pokoju Leszka, losowali pytania i próbowali na nie odpowiedzieć.  Za każdą prawidłową odpowiedź zapytany otrzymywał jeden punkt, zaś po upływie miesiąca ten co miał najmniej punktów musiał zakupić określony przez pozostałych trunek, który razem wypijali.  Po paru miesiącach sytuacja się bardziej skomplikowała bo Justyna i Małgosia także zaczęły przygotowywać swoje pytania.

I tak, na tych konkursach mijały im liczne biurowe godziny.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to fikcja, że to niemożliwe, że Leszek konfabuluje, ale wierzcie mi - rzeczywistość była bardziej groteskowa niż to co tutaj opisujemy.

Po około pół roku pracy w Ośrodku, konkursy organizowane przez Leszka, a także przez Justynę i Małgosię rozrosły się, pytania zaczynały być bardziej ambitne i skomplikowane, ale satysfakcje z prawidłowych odpowiedzi także poprawiały status tego co umiał się popisać  Tylko pani Ela, ta od normowania, sporo odstawała chociaż była najładniejsza.

Latem 1981 roku tuż obok bydgoskiego Jedynaka, na Alejach 1-Maja, po tej samej stronie, patrząc w stronę Klarysek otwarto tak zwany sklep komercyjny, a w nim  można było kupić za złotówki sporo podobnych produktów do tych co do tej pory sprzedawano za dolary w Peweksie.   Leszek wypatrzył w tym sklepie wermut marki Cinzano.  Kosztowało wówczas to wino w tym sklepie 387 zł. co stanowiło około jedną dziesiątą ich ówczesnej pensji (bez premii).   I to o ową butelkę Cinzano rozgorzał największy bój w Ośrodku.  Leszek przygotował trudne geograficzne pytania, Justyna przygotowała pytania z dziedziny sztuki, Ryszard z dziedziny technicznej, a Małgosia z dziedziny prawnej.  Bój trwał okrutny i nikt zdecydowanie nie przeważał.  Wszyscy zbliżali się do remisu.  Aż wreszcie nadszedł termin comiesięcznej wypłaty i cała piątka zdecydowała, że złożą się solidarnie na owe Cinzano.   I solidarnie je wypili.  To było najlepsze wino jakie Leszek wypił wraz z koleżankami i kolegą w całym dotychczasowym życiu.

I było tak z wielu względów.  To było koleżeństwo, to było zaangażowanie, to były miłe chwile, to była nagroda za odpowiedzi, ale przede wszystkim to było picie wina jakiego żadne z nich normalnie wówczas by sobie nie kupiło.  To było przekroczenie jakiś granic codzienności i oczywiście poznanie nowego smaku.

I jak potem nie lubić Martini (chociaż to nie Cinzano)?  To taki kod, taki obyczaj, takie wspomnienie, takie koleżanki i kolega.  I nic oprócz owych wspomnień nie pozostało, ale to był wówczas cząsteczkowy sens życia.  Sens odróżnienia się, sens spróbowania, sens rywalizacji i sens realizacji.

Jak kolejny raz czytamy, nie jest to wartka powieść, lecz raczej garść refleksji, próba zainteresowania tym co było, a co na pewno miało i ma wpływ na obecną rzeczywistość.  To raczej komentarz niż opowieść.

A czy trafny i interesujący to już zostawiamy ocenie czytającym.



Poprzedni odcinek.


Następny odcinek.






środa, 18 października 2017

Plener malarski grupy artystów z Osielska.

W dniach 28.09.2017 do 01.10. 2017 odbył się tradycyjny plener malarski grupy artystów amatorów skupionych wokół Gminnego Ośrodka Kultury w Osielsku.  Ta Grupa istnieje już od wielu lat i zawsze przynajmniej dwa razy do roku udaje się w różne miejsca, aby swoim malowaniem pokazywać piękno naszej wspaniałej ojczyzny.

We wrześniu tego roku plener odbył się w Krynicy Morskiej.

Poniżej kilka refleksji zdjęciowych z tej imprezy.  Imprezy nie tylko malarskiej, lecz także integracyjnej, pełnej śpiewów, gitarowych brzmień, tańców, bilardowych bojów, ale przede wszystkim pełnej wspaniałych artystycznych przeżyć. Ja też tam byłem, a poniżej kilka migawek z tych cudownych chwil:








Piaski, na prawo, już niedaleko do granicy z Rosjanami.



poniedziałek, 16 października 2017

Moje podróże - Leningrad - sierpień 1991 rok.

W restauracji na Newskim.  W głębi dwaj Czeczeńcy, "opiekunowie restauracji".

Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku próbowaliśmy robić interesy z Rosjanami.  Założyliśmy w Leningradzie firmę pod nazwą Kometa- Faeton.  Wyposażyliśmy nowocześnie jak na tamte czasy, biuro firmy w Leningradzie i zaczęliśmy handlować.

W najlepszej restauracji na Newskim Prospekcie za kilkanaście dolarów za cały wieczór byliśmy królami życia, z kawiorem i szampanskoje włącznie, o solijance i innych atrakcjach nie wspominając.  Dzisiaj pewnie ta kwota nie wystarczyłaby na zamówienie szklanki herbaty w tej samej restauracji

Poniżej kilka zdjęć z kolejnego wyjazdu (wylotu) w interesach do Leningradu.

Za chwilę kolejny raz zwiedzać będziemy Ermitaż i najpierw pobiegnę na lewo od wejścia, na drugie piętro, aby obejrzeć mój ulubiony obraz  "Portret aktorki Jane Samary" Renoira, a potem tyle wspaniałości, że nawet trudno je opisać.  Ermitaż,  może oprócz Luwru, jest chyba najwspanialszym muzeum na całym świecie.

Na daczy pod Leningradem

Po prawej nasi rosyjscy wspólnicy Wiktor i Sasza.


Poprzedni post z tego cyklu.






wtorek, 10 października 2017

Leszek - odcinek - 44 (magiczny)

Leszek działał w Świeciu, walczył we Fordonie i z pełnym zaangażowaniem budował socjalistyczną ojczyznę i zawsze był przekonany, że dobrze robi, że ma rację.  I nie był wyjątkiem w takiej postawie i w takim myśleniu.

W tym czasie, gdy Leszek walczył na owych socjalistycznych budowach wydarzyły się dwie najważniejsze rzeczy w jego dotychczasowym życiu.  Najpierw w listopadzie 1978 roku urodziła się jego córeczka Karolinka i od razu została najważniejszą osobą jego życia.   Karolinka stała się dla Joanny i Leszka największym skarbem i tak już pozostało.  Rosła zdrowo, a każdego dnia przynosiła dużo szczęścia i radości.

Zaś w lutym 1980 roku szczęście całej rodzinki dopełniło się bo otrzymali decyzję o przyznaniu im mieszkania typu M3 na bydgoskim Szwederowie.

Wówczas na mieszkanie czekało się od kilkunastu do kilkudziesięciu lat, a Leszek otrzymał ten raj już w niecałe cztery lata po ukończeniu studiów. To mieszkanie było do własnego wykończenia i nie wiadomo, czy najpierw wykończy się dysponent (bo nie właściciel - właścicielem była mityczna bydgoska spółdzielnia mieszkaniowa - specjalnie z małej litery bo na dużą nie zasługiwała i pewnie niewiele przez tych prawie czterdzieści lat się zmieniło) tego mieszkania, czy najpierw wykończy się to mieszkanie.

Nikt kto nie zna realiów tamtego czasu, co wielokrotnie podkreślamy, nie ma pojęcia co to oznaczało.   W mieszkaniu nie było podłóg, nie było wyposażenia, a przez okna i filarki międzyokienne hulał wiatr i deszcz.  Zaś na środku dużego pokoju (25,5 m2) znajdowała się sterta gruzu z ekstrementami na ich szczycie.  Kierownik przekazujący klucze tym konkretnym przyszłym mieszkańcom owego mieszkania, wyjaśniał krótko - taka jest uchwała i róbcie co chcecie, ja nic nie mogę wam pomóc. Oczywiście po odpowiednich zachętach zarówno on jak i jego pracownicy zachowywali się inaczej, ale to dużo kosztowało.  Na szczęście Leszek i Joanna bardzo się starali, aby mieć środki zaspokajające wymagania owych "fachowców".

Ten wielki sukces w uzyskaniu mieszkania w sporej części zawdzięczał nie tylko sobie, ale także pani Rogowskiej.  Ta pani była matką Wiesławy, która później została żoną Zbigniewa Bońka.  To ta pani, ulegając prośbom swojej córki i jej przyjaciółki, a jednocześnie szwagierki Leszka, będąc wysoko postawioną działaczką Stronnictwa Demokratycznego, takiej przybudówki PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) miała duże wpływy w kręgach lokalnych władz i to ona spowodowała, że Leszek otrzymał przydział na owe mieszkanie na Szwederowie chociaż uprawnionych do takiego mieszkania było dwudziestu, a mieszkań było pięć.

I nieważne, że mieszkanie było z tak zwanej ustawy numer 42, która mówiła, że obywatel otrzymuje mieszkanie, ale sam musi je wykończyć.  Ten stan można porównać do dzisiejszego przejmowania mieszkań w tak zwanym stanie deweloperskim. Lecz nie do końca i to z wielu powodów, o których wspomnieliśmy powyżej.  Radość Joanny i Leszka oraz, nieświadomej tego faktu, dwuletniej Karolinki, była niepojęta.

Wreszcie, po prawie czterech latach mieszkania w dwóch pokojach z teściami, gdzie łazienka była dzielona na czternaście osób, kuchnia była wspólna dla trzech rodzin, zaś różnorakie konflikty były codziennością, otrzymali coś co było tylko ich.  Sami we własnym mieszkaniu i do tego z dużym ponad dwudziestopięciometrowym pokoju, z osobną kuchnią, z osobnym pokojem dla Karolinki, z łazienką, z osobnym WC i balkonem.  To po prostu wydawało im się wówczas niepojęte.

Wreszcie na początku lipca gotowe były podłogi z płytek PCW, wyposażona była kuchnia, łącznie z lodówką i przelewowym ekspresem do kawy, w łazience na ścianach podziw budziła tapeta w holenderskie wzory i w ogóle wszystko było wykonane jak trzeba.

Wreszcie pokonali wszystkie przeciwności, doprowadzili swoje M3 do stanu zamieszkalności    I chociaż minęło pięć miesięcy od chwili, gdy otrzymali klucze, i chociaż przeżyli ogrom stresów i nerwów oraz wydali wszystkie posiadane pieniądze to byli wreszcie u siebie i byli szczęśliwi.

Nikt, albo nikt kto tego nie przeżył,  nie pojmie tego jakie było szczęście Joanny i Leszka, gdy na potulickim kąciku tapicerskim przespali pierwszą noc w swoim pięknym mieszkaniu.  Kiedy się obudzili, a z za zielonych zasłon zaświeciło na nich piękne słońce i wiedzieli, że to jest ich świat, ich miejsce i pojąć nie mogli, że to dzieje się naprawdę.   A naprawdę tak było.  Oni, wcześnie rano leżeli na owym rozłożonym potulickim narożniku i sycili się swoim szczęściem, a tutaj tup, tup, z sąsiedniego pokoju, przychodziła do nich ich ukochana córeczka i kładła się pomiędzy nimi, obejmując jedną ręką mamę, a drugą tatę.

Czy ktoś może wyobrazić sobie większe szczęście?

Niewiele minęło czasu od momentu, gdy Leszek wraz z Joanną i Karolinką zamieszkali w swoim mieszkaniu, gdy wybuchła Solidarność.

Joanna i Leszek, a także wszyscy ich przyjaciele i znajomi, zaczęli żyć w euforii.  Euforii wolności, euforii publicznego mówienia tego co się myśli, euforii wyobrażeń tego co może nastąpić i euforii powszechnego optymizmu. Tego stanu, który był wówczas stanem naturalnym nie sposób oddać słowami.  Po raz pierwszy od zakończenia II Wojny Światowej Polacy poczuli prawdziwy powiew wolności.  W poprzednim okresie, przed Solidarnością, ludzie za samo myślenie byli prześladowani, wszystko było tłumione, a wolne myśli i słowa były zakazane.  Solidarność przyniosła pierwszą od czasów II RP, namiastkę wolności, wolności myśli i słów.

Oczywiście zapisali się w swoich zakładach do Solidarności i byli przekonani, że tak trzeba i, że zmienią to, na co zawsze się nie zgadzali.

Niestety w zakładzie Leszka szefem Solidarności została osoba awanturująca się.  Biegała codziennie na Dworcową do Zarządu Regionu i przynosiła coraz bardziej absurdalne polecenia.  Wówczas strajk był za strajkiem i w przypadku dużych firm miało to jak najbardziej oczywisty sens bo wpływało na ówczesną rzeczywistość i to w sposób oczywisty.  Niestety, w przypadku takich firm w jakiej wówczas Leszek pracował przybierało to często karykaturalne oblicze.  Zastępcą szefowej zakładowej Solidarności w firmie liczącej raptem około stu pracowników był taki piękniś z prototypowni i on z ową szefową, szaloną bibliotekarką, stanowili duet narzucający innym często wręcz groteskowe zachowania.  Obydwoje nie mieli do tej pory najlepszych opinii wśród współpracowników, ale jak zaczęli energicznie działać to zaczęto ich słuchać i poważać.  A oni zamiast zachować należyty dystans i umiarkowanie to upajali się tą chwilową władzą nad tymi co normalnie byli dużo wyżej od nich w zawodowej hierarchii.

Dochodziło do wręcz zabawnych sytuacji.  Na przykład podczas ogłoszonego przez zarząd krajowy Solidarności strajku powszechnego, wszyscy powracający do siedziby firmy musieli czekać nieraz przez kilka godzin przed drzwiami do budynku, aż skończy się strajk bo w czasie strajku nikt z budynku nie mógł wyjść lub do niego wejść.  I tak to dyrektor wracając z ważnej narady siedział na murku przy wejściu razem z Leszkiem, który udał się do Urzędu Miasta z oficjalnym pismem dotyczącym rozbudowy prototypowni i pięć minut się spóźnił, zresztą nie ze swojej winy, z dotarciem do zakładu przed momentem ogłoszenia strajku.

Dużo by pisać o absurdach tamtego okresu, ale nie to jest naszym celem.  Dość napisać, że lokalni, zakładowi liderzy Solidarności zawiedli Leszka totalnie.  Nie poważał ich, a wręcz odwrotnie.  I znowu się okazało, że jak gotuje się rosół to męty wypływają na wierzch, ale niestety nie było tego co by te męty zebrał i wyrzucił.

Na tym polityczne rozważania dotyczące tego jakże burzliwego okresu zakończymy.

Leszek podjął pracę we wspomnianym Ośrodku, ale już po paru miesiącach zrozumiał, że to był ogromny błąd.

Zaczynało się od tego, że do pracy należało przyjść na siódmą.  Pięć po siódmej główna księgowa zabierała listę obecności na dany dzień i tym co się spóźnili więcej niż owe pięć minut, stawiała tak zwaną bombę.  Zaś trzy bomby to było pozbawienie całej miesięcznej premii, a to sięgała jednej czwartej poborów.  Zawody z bombami, tramwajami i autobusami to było bardzo pasjonujące zajęcie dla wszystkich pracowników Ośrodka.  A autobusy miejskie i tramwaje spóźniały się nagminnie, ale co to obchodziło panią księgową. Ona z ogromną satysfakcją stawiała bomby i nie miała litości.

Zaś jak już udało się wejść do biurowca, podpisać listę bez bomby to zaczynało się prawdziwe biurowe życie.  Od siódmej do ósmej było omawianie wczorajszego programu telewizyjnego, a tych programów było aż dwa, potem szły sprawy rodzinne, obyczajowe i wreszcie polityczne.  Między ósmą, a dziewiątą robiło się pierwszą kawę i popijając wonna zalewajkę, kończyło się najróżniejsze dyskusje, opowiadania, monologi i dialogi.  I wreszcie tak po dziewiątej trzydzieści zaczynano pierwsze prace.  A ponieważ był to ośrodek badawczo rozwojowy to konkretne prace były niewymierne i mogły zająć panom projektantom zarówno dwie jak i osiem godzin.

O dwunastej była zwyczajowa przerwa na drugą kawę, papieroska i wizytę w bibliotece lub w dziale z jedną salą i jednym pracownikiem, ale szumnie zwanym Zakładowym Ośrodkiem Informacji Naukowej i Ekonomicznej w skrócie zwanym ZOINTE.

W tym centrum pan Ryszard, jak akurat nie spał na zapleczu, bo był wielkim śpiochem, to wypożyczał lub udostępniał panom projektantom i innym inżynierom, aktualne nowości prasowe dotyczące ich branży, a także przy pomocy pani Eli, specjalistki od norm, czyli od wpinania i przechowywania aktualnie obowiązujących norm krajowych i branżowych, udostępniał owe normy.  Zaś pani Ela, specjalistka od normowania była piękną młodą dziewczyną i dlatego projektanci masowo garnęli się do wypożyczania i zwracania różnych monitorów i przepisów.

Leszek w tej firmie miał ogrom prac.  Czasami zdarzało mu się, że w ciągu trzech dni musiał napisać jedno pismo zajmująca, aż całą jedną stronę, chociaż z rzadka, ale zdarzały się również i pisma dwustronicowe. Zaś przed napisaniem pisma na czysto i oddaniem do sali maszyn czyli do pokoju z dwoma paniami piszącymi na maszynach, wpierw był obowiązany uzgodnić treść pisma z dyrektorem, a czasami z innymi decydentami.

Zakład miał się rozbudowywać i dlatego zatrudniono Leszka jako specjalistę od inwestycji.  Miał działać, wykazywać się i realizować zawodowo.  Niestety zamieszania polityczne odsunęły w czasie i pokrzyżowały plany rozbudowy.  Leszkowi pozostawało tylko trwanie, ale trwanie dostatnie, a bez bomb jeszcze dostatniejsze.  Pracował dziesięć razy mniej niż w Hydrobudowie, a otrzymywał dwa razy większe wynagrodzenia.


Szwederowo ulica Czackiego ,  marzec 1980 rok.  Joanna i Karolinka w tamtej rzeczywistości.


Poprzedni odcinek.


Następny odcinek.