wtorek, 7 listopada 2017

Leszek odcinek - 46

Długo można by opisywać roczną pracę Leszka w Spółdzielczym Ośrodku Techniki i Organizacji.  Na ośrodek składało się  biuro przy Chodkiewicza i prototypownia na Fordońskiej, a w obu tych miejscach pracowało dużo ciekawych i oryginalnych osób.  To dzięki sporej grupie entuzjastów różdżkarstwa Leszek zapisał się do wielkopolskiego stowarzyszenia miłośników tej para dyscypliny naukowej.   Kupił kilka skryptów, które pilnie przestudiował.  Przy pomocy bardziej wprawionych w tej dziedzinie kolegów projektantów wykonał w prototypowni swoje mosiężne różdżki, którymi badał nie tylko swoje mieszkanie w poszukiwaniu żył wodnych.  Wykonał masę zabezpieczeń mieszkania według wskazówek ze skryptów i rad kolegów, a także zbudował niewielką piramidę ze sztywnego kartonu, w której potem przez kilka lat trzymał zawsze niewielki pojemnik ze świeżą wodą oraz żyletki do golenia.  Oczywiście chodził na szkolenia, poszerzał swoją wiedzę o inne dyscypliny takie jak parapsychologia, czyli zjawiska z dziedzin telepatii, jasnowidzenia, prekognicji czy psychokinezy, ale przede wszystkim interesował się psychotroniką obejmującą między innymi wspomniane różdżkarstwo,a także hipnozę, sugestie czy igłolecznictwo powszechnie znane jako akupunktura.  Po zdobyciu odrobiny wiedzy ze wspomnianych dziedzin, a także po licznych, głównie różdżkarskich próbach, dokonywanych pod auspicjami kolegów z pracy, bardziej wprawieni od Leszka miłośnicy psychotroniki orzekli, że ma on spore predyspozycje do tych spraw.

Mając w pracy dużo wolnego czasu Leszek wiódł ze swoimi współpracownikami wielogodzinne rozmowy na różne tematy.   Oprócz spraw zawodowych najwięcej miejsca w tych rozmowach zajmowały tematy związane z historią Polski.   A, że Leszek był świeżo po lekturach Gołubiewa, Bunscha, Kromera, Jasienicy, Krawczuka to miał sporo wiedzy na te tematy i często je inspirował.  Jego zazwyczaj starsi koledzy, głównie projektanci, byli również ludźmi oczytanymi i nie obce im były niedawne lektury Leszka, toteż dyskusje często bywały emocjonalne, a nawet ocierały się o zasadnicze spory.   Spory dotyczące interpretacji i stopnia znaczenia wielu zdarzeń z przeszłości dziejów dla historii Polski zarówno tej przeszłej jak i obecnej.

Pewnie dłużej trwałaby przygoda z pracą w owym ośrodku, gdyby, jak to często w życiu bywa, nie zmienił tego stanu rzeczy przypadek.    A tym przypadkiem było spotkanie, pierwszy raz od zakończenia studiów, czyli po ponad czterech latach, kolegi Macieja.  Tego Macieja, który mieszkał przez cztery lata w sąsiednim pokoju w akademiku na Koszarowej i o którym wspominaliśmy opisując zabawę sylwestrową w tym akademiku.

Spotkali się w piękne sierpniowe popołudnie na ulicy Mostowej.  Chwilę porozmawiali na tematy ogólne, a potem Leszek zaczął wypytywać Macieja gdzie pracuje, co robi, jak tam żona i córka?  Maciej człowiek spokojny, stateczny zamiast odpowiedzieć ogólnie na te wszystkie pytania to zaproponował wizytę w pijalni win Nektarek  położonej na rogu ulic Podwale i Długiej, tak trochę w głębi.  Wpadali tam często po wykładach, albo jak jakieś zajęcia wypadły lub mieli lukę.   Maciej był takim samym miłośnikiem wina jak Leszek i zazwyczaj z nim oraz Michałem i Zbyszkiem wypijali po szklance Ciociosanu, Vinpromu lub Zarei.  A wówczas było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie takie trunki można było wypić.

Poszli do Nektarka usiedli przy tych samych zwyczajnych stolikach, na tych samych zwyczajnych krzesłach i zamówili po normalnej szklance białego Vinpromu.  I dopiero po pierwszym łyku Maciej zaczął odpowiadać na Leszka pytania.

Najpierw powiedział, że pracuje jako inspektor nadzoru w dyrekcji kolei w Gdańsku.  Opowiedział o swojej pracy bardzo ją chwaląc za samodzielność, ciekawość i dobre zarobki.  Mówił dużo i szczegółowo. Opowiadał gdzie jeździ na budowy, co musi na nich robić, mówił, że dwa razy w miesiącu jeździ do dyrekcji do Gdańska na cykliczne narady, wytyczne, polecenia i jak to mówił na korepetycje dla szefów.
Leszka coraz bardziej interesowało to co opowiadał, a tym bardziej się zainteresował, gdy Maciej powiedział, że szukają w Bydgoszczy drugiego inspektora bo jeden akurat odszedł na emeryturę.  Tyle tylko, że szukali inspektora od instalacji i sieci wodociągowych, kanalizacyjnych, cieplnych i gazowych, a Leszek skończył budowę dróg i ulic.  Maciej zaczął go zapewniać, że to się da załatwić bo on także nie pracuje w swojej specjalności, gdyż jest inspektorem od robót ogólnobudowlanych.

Rozmowa przeciągnęła się na drugą szklankę.  Pod jej koniec Leszek dowiedział się, że żona Macieja ma się świetnie i córeczka także.  Pożegnali się.  Leszek poszedł pieszo na Szwederowo, a Maciej pojechał autobusem na Błonie skąd przeszedł na Jary gdzie na jednej z ulic mieszkał wraz z rodziną.

Leszek tego wieczora, niezmiernie podekscytowany, długie godziny spędził na dyskusjach z Joanną. Dyskusje dotyczyły tego co robić, na co się zdecydować w związku z propozycja Macieja.  Niczego jednak nie ustalili i nie wiadomo jak to by dalej było, gdyby po paru dniach Maciej nie zatelefonował do Leszka do pracy i nie powiedział że rozmawiał ze swoim szefem i, że ten jest zainteresowany zatrudnieniem pana inżyniera Leszka Marcinkowskiego na posadzie inspektora nadzoru w dyrekcji w Gdańsku.

Ponad miesiąc trwały formalności, ale udało się Leszkowi w drodze porozumienia stron, oczywiście z udziałem wydziału zatrudnienia, pokonać wszelkie trudności i od pierwszego października stał się pracownikiem Polskich Kolei Państwowych.   Dyrektor ośrodka nie chciał się zgodzić na zwolnienie, namawiał Leszka na pozostanie, obiecywał podwyżkę w najbliższym czasie i dużo mówił o możliwościach awansu, ale Leszek był zdecydowany zmienić istniejący stan rzeczy i przy poparciu paru telefonów z wojewódzkiego związku spółdzielczości pracy inspirowanych przez Leszka teścia i jego wpływowych kolegów, zmienił zdanie i zgodził się na taki tryb rozwiązania umowy o pracę.

Pierwszego października 1981 Leszek stawił się do pracy do Działu Budynków Rejonowej Dyrekcji Kolei Państwowych w Bydgoszczy.   Okazało się, że, aby zostać inspektorem nadzoru w dyrekcji w Gdańsku to najpierw musi poznać strukturę Polskich Kolei Państwowych, musi poznać pragmatykę służbową i tak dalej, a przede wszystkim zdać musi egzamin państwowy na referendarza Polskich Kolei Państwowych.

Ponad trzy miesiące spędził Leszek w biurach Działu Budynków, które mieściły się w budynku usytuowanym pomiędzy drugim, a trzecim peronem dworca Bydgoszcz Główna.  Pisał różne pisma, studiował stosy dokumentów, przepisów, zapoznawał się z wykazami obowiązków na różnych stanowiskach, zapoznawał się z Rejonami Budynków, które zarządzały wszelkimi budynkami na PKP, zapoznawał się z zawiadowcami owych Rejonów, ich problemami, ich zadaniami i tak dalej.

I pewnie sprawy potoczyłyby się szybko i dobrze i od stycznia Leszek zostałby pracownikiem Biura Inwestycji Północnej Dyrekcji Kolei Państwowych w Gdańsku, gdyby nie ów pamiętny trzynasty grudnia owego roku.  Niestety po wprowadzeniu stanu wojennego kolej została zmilitaryzowana i była traktowana jak wojsko i milicja.  Leszek musiał w pierwszy i drugi dzień świąt Bożego Narodzenia chodzić na wiele godzin odśnieżać tory i perony, a do tego często ktoś sprawdzał jego przepustkę do wejścia na owe tory, perony i do wysokiej dyrekcji.   Sprawa jego przejścia opóźniała się, ale na szczęście naczelnik Biura Inwestycji przypomniał sobie o brakującym mu pracowniku, a, że był on w strukturze dyrekcji ważną figurą toteż sprawy już w styczniu, pomimo wszechogarniającej wojennej fikcji, zaczęły dla Leszka  toczyć się raźniej.

Pod koniec stycznia zdał przed surowym obliczem pięcioosobowej komisji trudny egzamin na referendarza Kolei Państwowych i od pierwszego lutego 1982 roku rozpoczął pracę jako inspektor nadzoru inwestorskiego DOKP w Gdańsku.

Rano w poniedziałek pierwszego lutego 1982 roku Leszek razem z Maciejem wsiedli do ekspresu Bałtyk i pojechali do Gdańska.    I tak to Leszek po raz pierwszy pojechał do swojej nowej pracy.  Co dziwne ów ekspres jechał z Bydgoszczy do Gdańska, aż jedną godzinę i pięćdziesiąt minut i chociaż było to trzydzieści pięć lat temu to dopiero parę lat temu, czyli po dwudziestu pięciu latach dominacji ustroju demokratycznego nad tym zgniłym socjalizmem, udało się obecnej kolei zbliżyć, a nawet wyprzedzić o pięć minut czas przejazdu na tej trasie.  I tak to doganiamy standardy europejskie, ale czy na pewno?  Przecież już wiele lat temu pociąg TGV z Paryża do Lyonu poruszał się z prędkością 260 km/godzinę.   I także w tym daleko, daleko jesteśmy za tymi, którzy ponoć obecnie są naszymi partnerami w Unii Europejskiej.

Już po dwóch godzinach od odjazdu pociągu ze stacji Bydgoszcz Główna wkraczali obaj do ogromnego gmachu kolejowej dyrekcji.  Budynek mieści się niedaleko stacji Gdańsk Główny i tylko jakieś sto metrów od historycznej już bramy Stoczni Gdańskiej.

Weszli na trzecie piętro i jeszcze przed ogólna naradą poszli razem do naczelnika Biura Inwestycji, czyli przełożonego Leszka i Macieja.  Tym wysokim urzędnikiem kolejowym okazał się pan Maciej Werbiński, który bardzo uprzejmie i sympatycznie powitał się z Leszkiem.  Stwierdził, że bardzo się cieszy, iż dołączył do grona inspektorów, ale zaraz dodał, że praca jest trudna z dwóch podstawowych względów - po pierwsze jest odpowiedzialna i każdy inspektor odpowiada przede wszystkim sam za siebie, a potem odpowiada przed nim, a po drugie czekają go długie godziny spędzane w pociągach przy dojazdach na budowy rozrzucone na przestrzeni około czterystu kilometrów.  Po czym pan naczelnik dodał, że zaraz na naradzie pan inżynier dostanie konkretne zadania do zrealizowania, ale przez najbliższy miesiąc ma szczególne prawa i zawsze może zwracać się bezpośrednio do niego kiedy tylko uzna to za stosowne. Jednak po chwili dodał, iż ma nadzieję, że często to nie będzie miało miejsca, bo pan naczelnik ma masę innych spraw na głowie, a na pewno koledzy najwięcej mu pomogą i wprowadzą w tryb normalnego działania.  On już z nimi, a także z obecnym tutaj panem Maciejem, rozmawiał i jest przekonany, że roztoczą nad Leszkiem w tych pierwszych miesiącach najlepszą opiekę.

Na tym audiencja u pana naczelnika się skończyła, a po naradzie trwającej ponad pięć godzin, Leszek otrzymał wykaz budów i zakres obowiązków.  Na ten pierwszy rok do nadzoru miał pięćdziesiąt sześć różnych budów rozrzuconych po południowej stronie gdańskiej dyrekcji od Iławy i Chojnic, aż po Chorzew Siemkowice.  Pod obiema dokumentami się podpisał.

Było podobnie jak w wojsku bo ogólne zasady zobowiązywały go do wizytowania każdej budowy przynajmniej raz w tygodniu, zaś technicznie nie było to możliwe do wykonania nawet raz w miesiącu. Wszyscy jednak taką fikcję tolerowali i udawali, że ją realizują.

Pensja Leszka znowu znacznie wzrosła, a do tego doszły sorty mundurowe, dodatek eksploatacyjny, delegacje, deputat węglowy, wysługa lat, a także, jak się później okazało, kwartalne premie i różne nagrody, o wynagrodzeniach za wnioski racjonalizatorskie nie wspominając.  Leszek z tego stanu rzeczy zaczął być bardzo zadowolony.

I tak rozpoczął się najlepszy okres w zawodowej karierze Leszka.


Poprzedni odcinek.


Następny odcinek






2 komentarze:

  1. Z całym szacunkiem dla autora bloga, którego przyjemnie się czyta to... Kiedy ostatnio jechałeś pociągiem? Bo przejazd pośpiechem z Bydgoszczy do Gdańska zajmuje godzinę, 40 minut, a berliński expres schodzi do 1 h 35 minut. A w poprzednim rozkładzie czas przejazdu był nawet krótszy. Można więc po 2 godzinach po wyjechaniu z Gdańska znaleźć się na bydgoskim Starym Rynku lub Wyspie Młyńskiej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fakt, dawno nie jechałem, będę musiał poprawić tekst. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię