sobota, 18 sierpnia 2018

Ciekawostka dla totalsów.

Wczoraj, przypadkiem, w stosach moich różnych dokumentów i pamiątek znalazłem takie poniższe zaświadczenie.

Tym wszystkim, którzy porównują obecną prawdziwą demokrację do stanu wojennego przedstawiam tylko jeden drobny kwiatek z tej socjalistycznej parszywej rzeczywistości owego stanu.

Nie dość, że musiałem być gotowy (oczywiście za darmo) do pracy całą dobę to jeszcze musiałem co tydzień chodzić do dyrekcji znajdującej się na Dworcowej po kolejne takie zaświadczenie.

Zresztą zawiłości tego czasu i tych zdarzeń znają jedynie ci co je przeżyli.  Biegaliśmy z bloku do bloku na bydgoskim Szwederowie, aby wspólnie spędzić czas i pograć, na przykład, w brydża.  Biegaliśmy gdzieś tak zwanymi opłotkami, które przebiegały na granicy działek pracowniczych i bloków.  (dzisiaj biedronka) Musieliśmy tylko uważać, aby nikt nas nie dostrzegł.   Byliśmy młodzi, sprawni i sprytni toteż nie nastręczało to nam trudności. Ale nie było to takie proste bo gdyby nas kto (milicja, wojsko) złapał to groziły nam dwa lata więzienia.  Czy dzisiejsi kodziarze mają tak samo?  Czy grożą im sankcje stanu wojennego?

Zaś takie zaświadczenie nosiłem przy sobie, gdy musiałem przebywać poza domem  w okresie trwania godziny policyjnej i musiałem je okazywać patrolom policyjnym lub wojskowym bez żądania.

Niby drobiazg, ale jakże znamienny.



czwartek, 16 sierpnia 2018

Kieżun raz jeszcze - 04.01.14.

Rozmowa PCh24.pl
Rozmowa z prof. Witoldem Kieżunem

Zielona wyspa czy neokolonia?

Data publikacji: 2014-01-01 21:00
Data aktualizacji: 2014-01-04 15:39:00


Read more: http://www.pch24.pl/zielona-wyspa-czy-neokolonia-,20198,i.html#ixzz2pTH7HXLs


W rozpoczynającym się roku minie ćwierćwiecze od startu tzw. transformacji ustrojowej. O stanie polskiego państwa i gospodarki mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl prof. dr hab. Witold Kieżun, ekonomista, wybitny ekspert w dziedzinie zarządzania, powstaniec warszawski, kawaler Orderu Virtuti Militari.

  



Panie Profesorze, w jakim stanie znajduje się obecnie nasza gospodarka? Premier Donald Tusk oraz były minister finansów Jacek Rostowski wielokrotnie zapewniali, że jesteśmy tzw. zieloną wyspą.

- Nasza struktura gospodarcza w chwili obecnej jest analogiczna do struktury krajów pokolonialnych i w zasadzie można powiedzieć, że Polska jest neokolonią. Jeśli chodzi o niepodległość polityczną to uważam, że ją mamy, choć jest ona ograniczona w ramach Unii Europejskiej. Natomiast w sferze ekonomicznej, niestety, jesteśmy podlegli. Moją tezę bardzo łatwo wytłumaczyć. W Polsce obecnie istnieje około sześćdziesięciu banków, z czego tylko trzy są polskie. Spośród tych trzech tylko jeden ma 100 procent polskiego kapitału - jest nim Bank Gospodarstwa Krajowego. Wszystkie nasze banki sprzedaliśmy łącznie za ok. 25 mld zł, a dla porównania łączny dochód banków w roku ubiegłym wyniósł 15 mld zł. Podsumowując, można powiedzieć, że banki oddaliśmy prawie za darmo. 

Kolejną kwestią jest wielki handel, który można określić mianem „złotego jabłka”. W zasadzie nie mamy polskich supermarketów. Najpopularniejsza u nas jest portugalska „Biedronka”, której właściciel za dwa lata będzie najbogatszym przedsiębiorcą w Polsce. W związku ze sprzedażą banków nie kontrolujemy finansów, ze względu fakt, że nie posiadamy polskich supermarketów – nie mamy handlu. Ale jest jeszcze trzecia ważna struktura, mianowicie przemysł. Niestety, wielki przemysł również w Polsce już nie istnieje. Są oczywiście jeszcze pojedyncze duże firmy, ale coraz częściej bazują one w znacznej części na obcym kapitale, jak choćby Kopalnia Miedzi i Srebra w Lubinie, która posiada jedynie około 43 – 45 procent kapitału polskiego. PKO Bank Polski ma do dyspozycji też mniej niż połowę kapitału polskiego. Posiadamy jeszcze średniej wielkości przedsiębiorstwa, które i tak zaledwie w niespełna połowie przypadków są w pełni polskie. W efekcie w ciągu roku nawet do 100 miliardów złotych zysków zagranicznych przedsiębiorstw wypływa poza Polskę. Za tym idzie niemożność tworzenia nowych miejsc pracy, a w konsekwencji olbrzymia emigracja. Ostatnie dane GUS mówią o 2,1 mln osób stale osiadłych za granicą oraz około 1 milionie Polaków, którzy wyjeżdżają okresowo. Tak więc straciliśmy 3 miliony obywateli. W Polsce mamy również 2 miliony bezrobotnych, co stanowi 13 procent, a także masę emerytów i rencistów. Proszę pamiętać, że w pewnym momencie w likwidowanych  przedsiębiorstwach zwolnionym pracownikom powszechnie proponowano renty.

W tym miejscu optymiści powiedzieliby: „ale przecież otrzymujemy wielkie pieniądze z Unii Europejskiej”.

- Oczywiście, otrzymujemy, ale musimy pamiętać o tym, że my też musimy dokładać się do jej budżetu. Poza tym, warto policzyć, ile straciliśmy dzięki strukturom UE. Tak jak wcześniej wspomniałem, stocznie zostały zlikwidowane dzięki Unii Europejskiej, byliśmy ukarani za dofinansowanie ich z budżetu państwa. Co ciekawe, Niemcy były w podobnej sytuacji do naszej, ale im ta sprawa „uszła na sucho”. Użyli argumentu, że dofinansowują dawne przedsiębiorstwa socjalistyczne na terenie byłego NRD, ale przecież my moglibyśmy użyć tego samego argumentu. Niestety, Niemców traktuje się w sposób wyjątkowy. Straciliśmy również wielki przemysł cukrowniczy i zostaliśmy zmuszeni do importu cukru z Ameryki Południowej. To tylko przykłady, których jest o wiele więcej.

Wspomniał Pan o Niemczeh. Jak kształtują się różnice w zarobkach polskich i niemieckich pracowników? Coraz częściej słyszy się, że na Zachodzie nie tylko zarabia się znacznie więcej, ale również i produkty stają się tańsze tam niż w Polsce.

- Zanim odpowiem na to pytanie, chciałbym zwrócić uwagę, że w Polsce mamy jedenaście miast, w których żyje się na przyzwoitym poziomie. Wśród nich Warszawa, notująca bezrobocie na poziomie zaledwie ok. 4 proc. To bardzo dobry wynik. Ponadto, w stolicy mamy stosunkowo wysokie zarobki, które przewyższają średnią krajową o prawie 1 000 zł. Wracając do pytania, chciałbym opowiedzieć pewną historię. Mój znajomy przeprowadził ciekawą analizę, mianowicie będąc w Berlinie odwiedził kilkanaście dobrych restauracji. Po przyjeździe do Polski okazało się, że w porównaniu z warszawskimi lokalami Berlin wypada lepiej, gdyż tam jest po prostu taniej.

Swego czasu przygotowałem oficjalne zestawienie płac w różnych zawodach. Jeśli chodzi o architektów oraz informatyków, trzeba przyznać, że zbliżamy się do średniej europejskiej, ale w przypadku pozostałych zawodów posiadamy średnio cztery razy mniejsze zarobki niż w pozostałych zachodnich krajach. Dla lepszego zobrazowania problemu przywołam przykład gliwickiej fabryki Opla, która została wybudowana przez Niemców i wygląda dokładnie tak samo jak fabryka Opla w Hanowerze. Różnica występuje tylko w zarobkach pracowników. Polacy zarabiają średnio 1 200, a Niemcy 4,5 tysiąca euro.

Z Pana analizy wynika, że nasza sytuacja jest bardzo poważna. Nie posiadamy wielkich przedsiębiorstw ani banków. Zarabiamy dużo mniej niż nasi sąsiedzi, choć wykonujemy tę samą pracę. Ale o sile państwa stanowi również administracja oraz sprawni politycy. Jak skomentuje Pan tę sferę?

- W gospodarce planowej, w której wszystko było centralnie ustalane, w aparacie administracji centralnej pracowało 46 tysięcy osób. W tej chwili mamy 144 tysiące! Stworzyliśmy powiaty, w dobie informatyki zupełnie niepotrzebne, a także jedyny w skali świata fenomen, którym są podwójne struktury wojewódzkie. W Polsce funkcjonuje zarówno marszałek województwa jak i wojewoda. Jeśli przyjrzeć się tym strukturom dokładniej, zauważymy, że są to takie same urzędy. Wszystko to jest podyktowane chęcią umieszczania przez rządzących na różnych stanowiskach swych współpracowników i znajomych.

Innym ważnym elementem są wybory, podczas których realnie głosujemy na listy wyborcze, na wybranych kandydatów ustalanych przez kierownictwa poszczególnych partii. Kolejność oczywiście nie jest przypadkowa, a zależy od stosunków i relacji z najważniejszymi osobami w partii.

Jeśli chodzi o życie polityczne, muszę przyznać, że jest ono nonsensowne. W pierwszej kadencji Sejmu 240 posłów zmieniło od dwóch do czterech razy przynależność partyjną. Od początku poprzedniej kadencji tylko z jednej partii Prawo i Sprawiedliwość, wyłoniły się trzy kolejne. Lewica też się dzieli a były minister Gowin też tworzy nową partię. Jeśli chodzi natomiast o sprawność legislacyjną to mamy cały szereg ustaw, które były zmieniane 40, 60 czy 120 razy! Dokładne dane podaję w swojej książce pt. „Patologia transformacji”.

Badania Banku Światowego mówią nam, że spór gospodarczy w Polsce trwa średnio 300 dni, jest to zupełny absurd! Kwintesencją polskiej polityki parlamentarnej są incydenty, które bardzo często mają miejsce w hotelu sejmowym. Dzięki znajomej, która została posłem, udało mi się dotrzeć do oryginalnego zestawienia skandali, jakie miały tam miejsce. Pijaństwo i rozróby były na porządku dziennym.

Obok problemu z władzą mamy inne, choćby fatalne prognozy demograficzne.

- No właśnie. Niestety, sprawy, o których pokrótce powiedziałem, to nie jest koniec naszych problemów. Jesteśmy w światowej czołówce, jeśli chodzi o stopień wymieralności.  Na 224 kraje, które były przedmiotem analizy, Polska znajduje się na 212. miejscu ze wskaźnikiem rozrodczości 1,2. Co ciekawe, wskaźnik rozrodczości Polek mieszkających w Londynie wynosi 2,5.

Są jakieś szanse na wzrost słupków ekonomicznych i uratowanie sytuacji gospodarczej Polski?

- Poważną nadzieją na uratowanie Polski są złoża gazu łupkowego. Obecnie w Stanach Zjednoczonych litr benzyny kosztuje w przeliczeniu 3 złote. Za dwa lata USA będą największym na świecie eksporterem gazu pochodzącego z tzw. łupków. Niestety, w Polsce od trzech lat parlament nie uchwalił odpowiedniej ustawy ekologicznej, poza tym w każdej sprawie musimy prosić o zgodę struktury Unii Europejskiej. Kilka tygodni temu odwiedził mnie znajomy profesor, Amerykanin, który powiedział, że na Ukrainie i w Rosji dużo łatwiej jest załatwić sprawy biurokratyczne dotyczące inwestycji w złoża gazu łupkowego. Tam są proste zasady. 60 procent zysków dla państwa, 40 procent dla inwestora. U nas tego brakuje. W tej chwili konieczna jest radykalna reforma polityki państwa i tak jak przed chwilą powiedziałem, skierowanie wszystkich wysiłków na wydobywanie gazu łupkowego. Warto pamiętać również o tym, że w Polsce znajdują się ogromne złoża węgla. Co ciekawe, jesteśmy w posiadaniu technologii produkcji benzyny z węgla. To też jest pewne rozwiązanie. Amerykańskie opracowania mówią, że jeśli cena za baryłkę ropy naftowej będzie wynosiła powyżej 50 dolarów, wówczas produkcja benzyny będzie opłacalna. Dziś jak wiemy, ta cena wynosi około 100 dolarów. Chemia węgla daje dalsze ogromne możliwości.

W jaki sposób przeciętny Polak może przyczynić się do poprawy sytuacji swojego kraju?

- Sytuacja w Polsce jest obecnie niesłychanie poważna i konieczna jest daleko idąca mobilizacja. Przede wszystkim musimy zacząć korzystać z usług małych polskich przedsiębiorstw, robić zakupy w tych nielicznych, ale polskich sklepach. Kupować również polskie artykuły. Ale to nie wszystko. Moim zdaniem, musimy stale pracować nad odpowiednim kształtowaniem młodych ludzi, których postawa jakże często jest teraz ogromnie hedonistyczna. Naszym zadaniem jest upowszechnienie chrześcijańskich wartości. Powinniśmy również rozpowszechniać piękno filozofii chrześcijańskiej. Niestety, te kwestie na przełomie wieków również zaprzepaściliśmy. Proszę sobie wyobrazić, mój ojciec miał zasadę, że nie przyjmował w domu znajomych, którzy byli rozwodnikami. W dzisiejszych czasach brzmi to niewiarygodnie, ale taka właśnie była atmosfera w polskich domach przed wojną.

Rozmawiał Paweł Ozdoba

Prof. zw. dr hab. Witold Kieżun – doktor honoris causa, członek International Academy od Management (USA), honorowy członek Komitetu Nauk Organizacji i Zarządzania PAN, były doradca naukowy prezesa NBP. Kierownik projektów ONZ dotyczących modernizacji zarządzania w Afryce Centralnej. Kierownik Zakładu Prakseologii PAN. Wykładał m.in. na Universite Paris Sorbonne II, School od Managment Bradford University, Temple University w Filadelfii oraz Universite de Montreal. Oficer Armii Krajowej, powstaniec warszawski, odznaczony w czasie Powstania osobiście przez naczelnego dowódcę AK Orderem Virtuti Militari. Więziony w radzieckim gułagu na pustyni Kara-Kum.


Read more: http://www.pch24.pl/zielona-wyspa-czy-neokolonia-,20198,i.html#ixzz2pTHDNH4c

Kieżun o kodziarzach - 16.05.16.

sobota, 11 sierpnia 2018

Beznadziejne granice polskiej demokracji.

W maju 2018 roku zaistniał we wszystkich mediach nijaki Michał Dzięba.  Głosił prawdę o nijakim Czaczkowskim, który z ramienia PO jest kandydatem na prezydenta naszej stolicy.  Mówił obszernie o przekrętach PO  w KGHM-ie i o wielu innych aferach PO.  Mówił, mówił i przepadł.

Nie ma go.  Nikt o nim nic nie wie.

Nikt nie komentuje.

Nikt o nim nic nie pisze.

Co do jest do k...wy  nędzy za demokracja?

Zadaję pytania dotyczące pana Dzięby od kilku miesięcy na wszystkich możliwych portalach, ale nie otrzymuję żadnych odpowiedzi.

Wierzyłem w Witolda Gadowskiego, lecz niestety i ten ostatni bastion mnie zawiódł.

Poniżej skan moich zapytań do Witolda Gadowskiego, które zostały bez odpowiedzi.

A podobnych pytań na różnych portalach zadałem dziesiątki i nigdzie nie uzyskałem odpowiedzi.


Kto tym manipuluje?


Kto za tym stoi?

Gdzie jest Dzięba?





KTO  NAMI  MANIPULUJE?


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

"Bogusław" - odcinek 5


Poprzedni odcinek.

Bogusław odcinek 5

To właśnie Maciej, późną wiosną 1980 roku namówił Leszka do pracy na kolei.  A potem przez ponad sześć lat, prawie codziennie, jeździli razem na te same budowy.  Maciej nadzorował roboty budowlane, a Leszek roboty instalacyjne.  Dlatego też ich drogi wiodły na te same  kontrole, narady, odbiory, komisje, przeglądy i inne działania do których inspektorzy nadzoru byli zobowiązani.

A z tym wspomnianym niepokojem było tak: - Otóż trzydziestego pierwszego maja 1986 roku w czasie podróży powrotnej z cyklicznej narady w wysokiej dyrekcji w Gdańsku i to tuż przed dojazdem do stacji Bydgoszcz Główna, Maciej ściszonym głosem i w pełnej tajemnicy przed innymi powiedział Leszkowi, że dzisiejszy dzień jest jego ostatnim dniem pracy na kolei.

Tuż przed wyjściem z pociągu dodał, że trzy miesiące temu złożył wypowiedzenie, rozliczył się z koleją, a od jutra otwiera zakład rzemieślniczy o specjalności malarsko - tapeciarskiej.

Leszek przeżył szok i przez wiele tygodni nie mógł się z niego otrząsnąć.

Wtedy też, w jego głowie coraz wyraźniej zaczęła się formułować odważna myśl: -  a może trzeba zrobić tak samo.  Myśl ta nie chciała już tak łatwo ustąpić jak poprzednio, dręczyła go i nie dawała mu spokoju. Jednak po kilku tygodniach musiał oswoić się z nową sytuacją. Głównie pod wpływem codziennych problemów, zaczął zapominać o tym swoim postanowieniu.

Pewnie nie szybko wróciłby do kolejnych tego typu rozważań, gdyby w
połowie sierpnia nie spotkał Macieja.
Spotkali się przypadkowo na Starym Rynku. Maciej, podobnie jak Leszek od studenckich czasów, był smakoszem win gronowych, dlatego też zaprosił Leszka na lampkę wina do "Winiarni Piwnicznej", mieszczącej się w pobliżu miejsca ich przypadkowego spotkania, czyli przy ulicy Jezuickiej. Tutaj w trakcie długiej rozmowy, Maciej dopiero przy trzeciej szklance wina, opowiedział Leszkowi dosyć szczegółowo, o tym, jak to w ciągu pierwszych dwóch miesięcy prywatnej działalności, zarobił, na czysto, ponad sześćset tysięcy złotych, czyli prawie tyle ile w swojej pracy na kolei zarobiłby w półtora roku. Tym razem niepokój Leszka został wystawiony na wielką próbę, zresztą po raz drugi właśnie za sprawą Macieja.

I to właśnie na tym etapie życia, obojga panów, zarówno Bogusława jak i Leszka, los zetknął ich ze sobą. Było w tym coś dziwnego, coś takiego jakby jakaś nieuchwytna siła pokierowała ich ku sobie, albo pewnie był to po prostu czysty przypadek.

Wróćmy jednak do opisu dalszego biegu wydarzeń, rozpoczętych sierpniowym spotkaniem w kolejowym biurze Oddziału Budynków w Bydgoszczy.

Po dwóch tygodniach od rozpoczęcia przez firmę Bogusława robót w Solcu Kujawskim, Leszek postanowił pojechać je skontrolować. Chciał zobaczyć jak firma pana Nowaka radzi sobie z wykonywaniem tych głębokich ręcznych wykopów oraz ile robót i w jaki sposób, już wykonała.

W środę, siedemnastego września, w dżdżysty i chłodny poranek, pan Leszek niespodziewanie zjawił się na budowie. Chociaż było jeszcze sporo przed ósmą to pracownicy pana Nowaka, pod wodzą pana Karola, już uwijali się po budowie. A nie było to wówczas takie powszechne. Pan Karol, gdy tylko, z daleka, zauważył pana inspektora, zaraz gdzieś przepadł. Zanim pan inspektor, rozmawiając z pracownikami i zaglądając do wykopów, zdążył dojść do budynku, w którym była szatnia i biuro budowy, mieszczące się w jednym pomieszczeniu, w piwnicy bloku mieszkalnego, to już spostrzegł biegnącego w jego stronę pana Nowaka, który z daleka wołał:- witam pana inżyniera, co za miła niespodzianka, ja akurat byłem u zawiadowcy stacji i rozmawialiśmy o wykopie, który przeszkadza mu w dojeździe na perony, gdy wpadł Karol wołając: -przyjechał inspektor z Gdańska. No to jestem, zapraszam panie inżynierze, wejdziemy do naszego skromnego biura, gdzie będziemy mogli spokojnie sobie porozmawiać. Taka paskudna pogoda, nie będziemy tutaj stać i moknąć. Nie, nie, panie Nowak, najpierw dokładnie obejrzymy co wy tutaj zdążyliście zdziałać - odpowiedział pan Leszek. Trochę się po budowie przeszedłem i widzę, że nawet już ułożyliście kilkadziesiąt metrów rur i postawiliście dwie studzienki. Muszę sprawdzić, czy wszystko dobrze zrobiliście. Wejdziemy najpierw do tej pierwszej studzienki i obejrzymy jak to wygląda od środka, poświecimy w rurę i zobaczymy co ujrzymy z drugiej strony - dodał pan Leszek. Ależ wszystko wykonane jest bardzo dobrze, ja to panu gwarantuję, odrzekł na to pan Bogusław, a po chwili dodał:- pierwszy raz słyszę, żeby inspektor wchodził do studzienki i świecił latarką w rury, tego nikt nie robi, a przy tym pobrudzi się pan wchodząc do tej głębokiej i zabłoconej studzienki, czy to warto?, Karol zna się na swojej robocie i zapewniam pana, że rury ułożył idealnie prosto. Pan Marcinkowski jednak nie dał się przekonać i zwracając się do pana Karola powiedział: - niech pan odsunie ten właz, ja zejdę na dół, a pan potem poda mi tutaj moją latarkę, później weźmie ją pan ode mnie i pójdzie pan do drugiej studzienki tam zaświeci pan w rury w moją stronę. Pan Karol zaskoczony i zdziwiony, odsunął ciężki żeliwny właz, nic przy tym nie mówiąc. Pana Nowaka wręcz zamurowało, stał tylko nad otwartą studzienką, w której znikał pan inspektor i kiwał z niedowierzaniem głową. Po chwili, pan Leszek krzyknął ze środka:- pan weźmie tę latarkę, panie Karolu i idzie zaświecić tak jak mówiliśmy. Pan Karol poszedł i zaświecił. Po paru minutach, pan inspektor, trochę wybrudzony, ale z dosyć dobrą miną, wygramolił się z wąskiej i głębokiej studzienki. Idealnie to nie jest, pełni księżyca nie widać, ale źle też nie. Następne odcinki musicie wykonać jeszcze lepiej i pamiętajcie, że wszystkie będę tak samo sprawdzał.

Później, często i to przez wiele lat, pan Bogusław opowiadał, jak to, jedyny raz w jego budowlanej karierze, zdarzyło się, że inspektor wszedł do studni i świecił latarką w rury, jakby nie miał nic innego do roboty. Zawsze wywoływało to, na twarzach słuchających, wielkie zdziwienie, połączone z ze swoistym politowaniem.


Po upływie kolejnego tygodnia, pan Leszek ponownie zjawił się na budowie w Solcu. Tym razem jednak był umówiony z panem Nowakiem. Chodziło o podpisanie protokołów odbioru wykonanych robót. Na podstawie takiego protokłu, później wystawia się fakturę do zapłaty. W początkach października, w piękny, ciepły i słoneczny, prawie letni jeszcze dzień, około południa, pan inspektor Marcinkowski wysiadł z pociągu, jadącego od strony Torunia i przeszedł kilkadziesiąt metrów, dzielących peron stacji od budowy pan Nowaka. Jakież było jego zdziwienie, gdy na budowie nikogo nie zobaczył. Poszedł trochę dalej, kierując się w stronę szatni i biura budowy. Tutaj już z daleka usłyszał jakiś gwar, pewnie ktoś musiał go wcześniej zauważyć, gdyż jeszcze zanim zdążył dotrzeć do drzwi wejściowych do piwnicy, wyszło z nich pięcioro pracowników z panem Karolem na czele i raźnie pomaszerowali w kierunku wykopów. Pan inspektor wszedł do pomieszczenia, gdzie najpierw uderzyła go ogromnie nieprzyjemną woń przepoconych roboczych ubrań, a dopiero później, za gęstymi kłębami tytoniowego dymu, zauważył siedzącego przy prowizorycznym biurku, pana Bogusława, wypełniającego zawzięcie jakieś papiery. Pan Nowak, gdy zauważył inspektora, gwałtownie podniósł się z za biurka i podszedł z wyciągniętą ręką do pana Leszka, mówiąc:- witam, witam serdecznie pana inżyniera, spodziewaliśmy się pana następnym pociągiem, gdyż tak pan do mnie przez telefon mówił, ale bardzo się cieszę, że już pan przyjechał. Proszę niech pan siada na moim miejscu, tutaj leżą nasze protokóły, niech pan je przejrzy i podpisze. Nie tak szybko panie Nowak, -odpowiedział pan Leszek. Najpierw musimy dokładnie obejrzeć wszystko coście do tej pory tutaj zdziałali. Potem wrócimy do papierów.

Chodźmy, bo w tym dymie nie można wytrzymać, a na zewnątrz dzisiaj taki piękny dzień. Co zaś do godziny przyjazdu, to po prostu wcześniej załatwiłem sprawy w Toruniu, akurat miałem pociąg i dlatego zjawiłem się trochę wcześniej. Panowie podeszli nad wykop, w którym teraz uwijało się paru pracowników, nie było jednak wśród nich pana Karola. Postali chwilę i popatrzyli na pracujących. Nagle pan Bogusław, zwracając się do pana Leszka powiedział:- muszę, na moment, pana przeprosić, niech pan wszystko sprawdza, ja wrócę za parę minut. Po czym oddalił się w kierunku ulicy Dworcowej. Wrócił po około dziesięciu minutach, a po następnych paru minutach, ponownie przepraszając pana inspektora znowu zniknął na jakieś piętnaście minut. W końcu zaintrygowany pan Leszek zapytał: - co się dzieje Panie Nowak. Po co pan tak biega na tę ulicę Dworcową?  A gdzie podział się pan Karol?  Chciałbym mu zadać kilka pytań. Pan Nowak, jakoś dziwnie ożywiony i lekko zaskoczony, odpowiedział:- tak się składa, że akurat przedwczoraj odebrałem z Pewexu nowego Fiata 126P, na którego wpłaciłem pieniądze już wiele tygodni wcześniej i właśnie dzisiaj pierwszy raz przyjechałem nim do Solca. Nie chcąc wjeżdżać w te dziury i błoto na budowie, zostawiłem samochód na początku ulicy Dworcowej. Dlatego wysyłałem Karola, żeby mi go przypilnował, a i sam co jakiś czas chodzę zobaczyć, czy wszystko w porządku. Sam pan rozumie, jak coś jest nowe to człowiek dba i martwi się o to, a później to już różnie bywa. Tak z tym to pan ma rację, ale chyba nie trzeba, aż piętnastu minut, żeby zobaczyć stojący sto metrów stąd, samochód. Pan Bogusław, trochę zaskoczony i zażenowany odpowiedział:- no przepraszam pana inspektora, ale Karol ciągle coś tam ogląda, sprawdza i próbuje, a i mnie to wciąga, ale teraz już z tym koniec. Idę po Karola i wspólnie odpowiemy panu na wszystkie pytania. Jeszcze raz pana przepraszam, niech się pan nie gniewa, tak się dzisiaj złożyło z tym nowym samochodem. Dobrze, dobrze, nic nie szkodzi, ja się wcale nie gniewam, tylko się trochę dziwiłem, gdzie obaj, tak nagle przepadliście. No, ale zabierajmy się do naszego odbioru, dodał pan inspektor po czym jeszcze raz obejrzał dokładnie wykonane roboty, zadał kilka pytań i poszedł się z panem Nowakiem do biura w piwnicy. Tutaj sprawdził wypisane protokóły, podpisał je, pożegnał się z panem Bogusławem, życząc mu wiele zadowolenia z nowego samochodu. Parę minut po czternastej wsiadł do pociągu jadącego do Bydgoszczy.

Wysiadł na stacji Bydgoszcz Główna, a ponieważ jeszcze było wcześnie, była piękna pogoda, pan Leszek postanowił pójść pieszo do swojego domu przy ulicy Czackiego na bydgoskim Szwederowie. Szedł od dworca PKP dziurawą, nierówną i brudna ulicą Dworcową, na której co chwilę słyszał przeraźliwe dzwonki tramwajów, szybko mknących po szynach, ułożonych na pełnej dziur, brukowanej ulicy. Tramwaje o tej godzinie, były pełne ludzi. Jedni wsiedli do nich przy dworcu prosto z pociągów lub wracali do domów z pierwszej zmiany z Eltry, ZNTK, Zajezdni i innych zakładów. Drudzy spieszyli po pierwszej zmianie lub nauce, na pociąg, żeby pojechać do swoich domów. Czerwone, klockowate tramwaje skrzypiały i piszczały na torach, niejednokrotnie niebezpiecznie się przechylając i prawie ocierając się o bardzo licznych przechodniów na tej ruchliwej, pełnej najróżniejszych sklepów, ulicy.

Pan Leszek szedł sobie dosyć wolno, rozmyślając o tym ile to trzeba zrobić, żeby ta ulica była ładna, miła, żeby ludzie mogli po niej spokojnie i bezpiecznie chodzić. Myślał jak to byłoby przyjemnie żeby idąc z dworca lub na dworzec odbyć przyjemny spacer, a nie lawirować pomiędzy dziurami na wąskich chodnikach, a niebezpieczeństwem ze strony tramwajów i licznych samochodów. Żeby tak domy były kolorowe, sklepy pełne towarów, chodniki czyste i równe. Takie myśli nachodziły go głównie dlatego, że miał taką naturę.

A swoją drogą ulicę Dworcową znał bardzo dobrze. Bowiem po przyjeździe do Bydgoszczy najpierw mieszkał na ulicy Bocianowo, a potem na Warszawskiej. Z tej racji jego drogi często prowadziły ulicą Dworcową. Czasami, chociaż rzadko, bywał w kawiarni Stokrotka, mieszczącej się na piętrze pawilonu handlowego pomiędzy ulicami Unii Lubelskiej, a Sobieskiego. Częściej nie mogąc strawić internatowego jedzenia, a gdy tylko pozwalały mu na to bardzo skromne środki finansowe, zajadał grochówkę w sławetnym Małym Barze, tęsknie przy tym spoglądając na ogromne golonki, duże piwa i setki wódki, zjadane i wypijane przy sąsiednich stolikach. Czasami kupował jakąś płytę Niemena, Skaldów, Czerwonych Gitar, Trubadurów lub innych polskich wykonawców, w Księgarni Muzycznej. Bywał niekiedy, ale bardzo rzadko, w słynnym Zodiaku lub w kinie Orzeł naprzeciw tej popularnej restauracji. Bywał w pięknej i miłej kawiarni Bulwarowa, położonej nad Brdą, za dyrekcją PKP. A ostatnio bardzo często bywał w baraku obok tej dyrekcji, gdzie mieściły się biura Przedsiębiorstwa Robót Kolejowych, firmy wykonującej wiele robot, które nadzorował. Tak idąc ulicą myślał o tym wszystkim. I myślał też o tym jak niewiele zmieniła się ta ulica przez ostatnich prawie dwadzieścia lat. Zaś zmiany, które spostrzegał były przeważnie zmianami na gorsze. Coraz większe były dziury w jezdni i chodnikach, bardziej brudne, odrapane i ochlapane były fasady domów. Tylko czasem, jak kolorowy kwiat na wypłowiałej łące, w tej powodzi socjalistycznej szarzyzny dostrzegał jakiś miły element. Był to sklep z lampami na rogu ulicy Fredry, czy zawsze ciekawa z powody wystawionej na niej towarów, witryna Peweksu, albo wystawa u Jubilera, czy w sklepie ze skórami, albo wspaniałe słodycze w firmowym sklepie Wedla, tuż przed PDT-em.

Nagle te jego rozmyślania przerwał przeraźliwy pisk kół, tramwaju skręcającego z Dworcowej na Aleje 1 Maja. Wystraszony rozejrzał się pospiesznie co też się dzieje, ale stwierdziwszy, iż to tylko tramwaj, spokojnie już skręcił przy Jedynaku w prawo, w stronę ulicy Jagiellońskiej. Po przejściu około stu metrów wszedł do, najlepszej w mieście, Księgarni Współczesnej. Tutaj na parterze zapytał, czy jest coś nowego autorstwa Miki Waltari lub Roberta Gravesa, jak zazwyczaj usłyszał, że nie ma. Potem obejrzał trochę nowości z literatury fantasy i wszedł na piętro, z myślą, aby kupić jakąś książeczkę swojej ośmioletniej córeczce Karolince. Jednak tym razem, nie znajdując niczego nowego, nic nie kupił. Po wyjściu z księgarni przeszedł Mostową na Stary Rynek i skierował swoje kroki w stronę ulicy Jezuickiej.


Następny odcinek

niedziela, 5 sierpnia 2018

sobota, 4 sierpnia 2018

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 65

Kiedyś, czyli kilkadziesiąt lat temu, tam gdzie obecnie przebiega ulica Kamienna na odcinku pomiędzy ulicami Gdańską, a Sułkowskiego przebiegała bocznica kolejowa (do Makrum), a później po jej rozebraniu przebiegał tędy ciąg pieszy. Jak widzimy na poniższym zdjęciu nawet czasami uczęszczany.

Zdjęcie (przepraszam za jakość) wykonałem w marcu 1990 roku.



Poprzedni post z tego cyklu.