To piękne zdjęcie Ludmiły zrobiłem przed hotelem 4* na La Zeni.
To były piękne chwile i Ludmiłka.
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Rozpoczynam nowy cykl pod tytułem jak wyżej. To zdanie już pod koniec XV wieku wypowiedział najgenialniejszy (moim zdaniem) człowiek w historii ludzkości.
Zawsze i wszędzie ta myśl się potwierdza.
Dlatego dzisiaj przypomnę co napisałem o nijakim Czarzastym w moich systematycznie prowadzonych notatkach w marcu 2003 roku.
Gdybym był owym Czarzastym ( o ironio marszałkiem sejmu mojej ojczyzny) to powiedziałbym, że sprawiedliwość zawsze triumfuje. |
Dzisiaj prezentuję zdjęcie fragmentu naszej działki przy ulicy Kolonijnej numer pocztowy 67 w Niemczu. Zdjęcie wykonałem w sierpnia 1996 r. roku. Czyli 30 lat temu.
Ten miły i orzeźwiający wietrzyk przynosił nadzieję na zmianę. Na zmianę oczekiwaną od tak wielu dni. Na zmianę pogody, którą dotychczas były długo już trwające, niesamowite upały. Ten wietrzyk, zapewne wszystkim dawał ulgę i odrobinę wytchnienia. Jednak szybko zaczął rosnąć w siłę. I już po kilkunastu minutach zmieniał się z wietrzyka w wiatr, a zaraz potem zaczął się zamieniać w wichurę. Po kolejnych minutach na niebie zaczęły pojawiać się, najpierw białawe i siwe chmury, a potem chmury coraz ciemniejsze i ciemniejsze. Wyraźnie było widać i czuć, że zaraz stanie się coś niedobrego. Odległe na początku słabe grzmoty narastały i pojawiły się pierwsze błyskawice. Co na pewno zwiastowało nadchodzącą srogą burzę. Wiatr nadal wzmagał się z każdą minutą i już zaczynał przechodzić w nawałnicę, Unosiła ona w powietrze tumany piasku i śmieci, które zalegały na niezbyt starannie sprzątanych jezdniach i chodnikach. Po paru kolejnych minutach coraz silniejszy wicher zaczął przyginać drzewa, zrywać z nich liście i owoce, a także targać i niszczyć kwiaty oraz inne rośliny. W ciągu kwadransa zrobiło się prawie ciemno, chociaż było dopiero około godziny szesnastej, co w połowie lipca oznacza pełnię dnia. Huragan wył niemiłosiernie, a bardzo częste błyskawice i głośne grzmoty wprost zaczęły przerażać. Leszek obserwując to wszystko z miejsca przed sklepem, gdzie przed kilkunastoma minutami pożegnał maharadżę i jego syna, i jeszcze pełen niesamowitych wrażeń związanych z pobytem u niego tak niezwykłych i niespodziewanych gości, pełen dziwnego niepokoju wszedł do sklepu, usiadł przy ladzie i próbował rutynowo robić tygodniowe zamówienie na brakujące lub kończące się wina. Nie mógł się jednak skupić na żadnej pracy i ciągle wracał myślą do szczegółów minionej dopiero co wizyty. Próbował odgonić te myśli od siebie i zająć się czymś konkretnym, ale nie umiał i nie mógł. Siedział i myślał o figurce, o maharadży, o jego synu, a przede wszystkim o pieniądzach i brylantach, które schował do swojego sejfu.
Zaś na zewnątrz żywioł cały czas przybierał na sile. Teraz już błyskało co kilka sekund, a towarzyszące błyskawicom potężne grzmoty wprowadzały coraz większy niepokój do Leszka umysłu. Do tego zaczął padać grad wielkości ziaren fasoli, uderzając z wielkim hałasem w sklepowe okna, w dach i, we wszystko co go otaczało. Robiło się coraz groźniej, coraz bardziej ponuro i wręcz niesamowicie.
Leszek z przerażenia siedział jak skamieniały na swoim obrotowym fotelu i myślał, że takiej intensywnej i potężnej burzy jeszcze w swoim życiu nie przeżywał. A ten niesamowity huragan nadal rósł w siłę, a grad z deszczem jeszcze się wzmagały, a błyskawice o najróżniejszych kształtach i formach oświetlały, niemalże bezustannie, prawie czarne niebo. Grzmoty nie cichły i Leszek zaczął się naprawdę bać. Już miał wstać, opuścić rolety, zamknąć sklep i pójść do swojego mieszkania, gdy nagle, w powstałej przez chwilę ciszy, rozległ się nieprawdopodobnie potężny grzmot, tuż po nim niesamowicie wielki huk, a po paru sekundach coś runęło na dach sklepu, niszcząc prawie cały budynek i natychmiast potem jeszcze przytomny Leszek poczuł zapach spalenizny, a za chwilę zobaczył ogień. Nie bardzo wiedząc co się dzieje upadał na podłogę przygnieciony pewnie kawałkami rozbitego dachu. Jeszcze resztką sił zrzucił z siebie drewniane elementy tego dachu, które na nim leżały a potem poczuł jak zaczynają się palić na nim spodnie i koszulka. Instynktownie, nie bardzo wiedząc co robi, zdołał odczołgać się parę metrów w stronę wyjścia na zapleczu, jeszcze raz ostatkiem sił przeczołgał się przy sejfie z dopiero co otrzymanymi skarbami, otworzył, na szczęście nie zamknięte przez Jacka, drzwi na podwórze, przebył jeszcze nadludzkim wysiłkiem parę metrów, a potem stracił świadomość i popadł w nicość.
Tak to w ciągu jednej niepełnej godziny Leszek z samych wyżyn ziemskiego Nieba trafił na najgłębszy poziom ziemskiego piekła.
CZĘŚĆ IV
Powolny powrót.
Leszek odzyskał przytomność w szpitalu dopiero po dwóch tygodniach. Niestety nie odzyskał świadomości. Chociaż reagował na mowę, gesty, dotyk to jednak nie czynił tego świadomie. Nic do niego nie docierało. Był jakby nieobecny duchem. Zaczął pomalutku przyjmować podawane mu łyżeczką, a nie, jak do tej pory kroplówką, pokarmy i napoje, wodził oczyma za personelem szpitalnym i reagował na głos. Niestety nie odzywał się i nie rozumiał co się do niego mówi. Rozległe oparzenia, potężne i wielokolorowe sińce, liczne otarcia i zadrapania zaczynały się goić, ale umysł nadal szwankował. Lekarze nie stwierdzili żadnych uszkodzeń wewnętrznych, ani złamań czy zwichnięć, co w przypadku takiego zdarzenia było prawie, ich zdaniem, cudem. Lekarz prowadzący powiedział na naradzie o trzymiesięcznej niezbędnej kuracji. Twierdził, że po tym czasie, pomimo blizn i różnych nie do końca wyleczonych skaleczeń, Leszek mógłby wrócić do normalnego życia. Jednak co do stanu umysłu i powodów takiego zachowania się Leszka, nie miał żadnych hipotez. Dokładne badania głowy nie wykazały uszkodzeń i było wiadomo, iż taki stan pacjenta był wynikiem urazu psychicznego, a nie fizycznego. Szybko minęły trzy miesiące pobytu w szpitalu. Stan fizyczny Leszka poprawił się bardzo, ale stan umysłu był niezmienny. Brak było jakichkolwiek świadomych reakcji na zewnętrzny świat.
Lekarze zaczynali się zastanawiać co dalej zrobić z tym pacjentem. Badania psychiatryczne nie przyniosły odpowiedzi na pytanie jaki jest powód takiego zachowania i jak je można leczyć. W ciągu całego ponad trzymiesięcznego pobytu we warszawskim szpitalu, tylko raz Leszka odwiedziła jego żona, która poinformowała lekarzy o wszczętej sprawie rozwodowej oraz o braku zainteresowania swoim, już teraz byłym, jak samo to określała, mężem. Dom był wynajęty i Leszek nie miał dokąd wrócić. Sklep w Podkowie Leśnej był spalony, a mieszkanie uszkodzone. Zresztą bez ciągłej opieki, Leszek nie dałby sobie rady. Ponieważ nadal był zameldowany na stałe w pod-bydgoskiej miejscowości to w końcu po licznych konsultacjach i uzgodnieniach, wysłano Leszka do szpitala dla psychicznie i nerwowo chorych w Świeciu nad Wisłą. Jest to największy szpital tego typu w województwie, w którym Leszek mieszkał. Ma on liczny, doskonale wyszkolony personel, a także wielu specjalistów od nawet najbardziej unikatowych chorób, również tego typu jaka przytrafiła się Leszkowi. Pod koniec października zawieziono Leszka karetką do tego szpitala. Tam został poddany wielotygodniowym badaniom, eksperymentom psychiatrycznym i najróżniejszym stosowanym w tego typu przypadkach, terapiom. Niestety, po pół roku intensywnych badań i leczenia, nic się nie zmieniło. Otępienie Leszka pozostało takie samo, chociaż cały organizm funkcjonował już normalnie. Liczni specjaliści badający Leszka nie mogli dojść do wspólnego wniosku jak skutecznie go leczyć. Co jakiś czas zmieniano terapię, lecz niestety wszystko na próżno. Specjaliści byli zgodni, iż to się stało na skutek ogromnego szoku, ale żaden z nich tak naprawdę nie wiedział jak odblokować umysł Leszka.
Tak minęły dwa lata. Przyszła jesień 2007 roku, a z nią do szpitala przybył nowy specjalista od psychiatrii, doktor nauk medycznych pan Józef Bondyra. Był to stosunkowo młody, czterdziestoletni, szczupły, łysiejący blondyn o wyrazistych oczach i ogólnym wyglądzie wzbudzającym zaufanie. Opanowany, spokojny, świetny specjalista, jeszcze z ambicjami i misją do spełnienia w swoim życiu. Po zapoznaniu się z podległymi mu pacjentami, wybrał trzech z nich, na których postanowił zwrócić szczególną uwagę, gdyż był przekonany o możliwości ich wyleczenia lub przynajmniej znacznej poprawy ich stanu psychiki. Wśród tej trójki znalazł się także Leszek. Pan doktor Bondyra zbadał go bardzo gruntownie, dokonał szczegółowego wywiadu z jego życia, zapoznał się z opisem zdarzenia, które stało się powodem takiej sytuacji Leszka, a także dotychczasowym przebiegiem leczenia. Na początek poprosił także żonę Leszka o wizytę w szpitalu oraz o przywiezienie kilku wybranych rzeczy osobistych Leszka typu albumy ze zdjęciami, notatniki, kalendarze z zapiskami i inne podobne tego typu przedmioty. Żona Leszka , która już rok wcześniej uzyskała decyzję sądu o ubezwłasnowolnieniu swojego męża, nie bardzo chciała przyjeżdżać, rozmawiała niechętnie i zdawkowo, lecz doktor Bondyra nie ustępował i po trzecim telefonie w ciągu paru tygodni, w końcu zdecydowała się na przyjazd. W piękne październikowe przedpołudnie, pełne kolorów i babiego lata, zjawiła się w gabinecie doktora Bondyry przystojna, szczupła, elegancka kobieta w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat. Przedstawiła się z nazwiska i postawiła na biurku doktora spory karton różnych rzeczy Leszka, o które on prosił. Po krótkiej rozmowie poszli z wizytą do Leszka, ale ten jak zwykle nie odzywał się i nie reagował na pytania swojej żony, która szybko się zniechęciła i zaczynała być poirytowana takim zachowaniem męża dlatego już po kilkunastu minutach wrócili do gabinetu pana doktora. Tutaj, żona Leszka najpierw poinformowała doktora, że jest w trakcie finalizowania sprzedaży ich wspólnego domu, którym ona obecnie zarządza. I zaraz dodała, że niewiele z uzyskanych ze sprzedaży pieniędzy zostanie dla Leszka. Dom miał niespłacony kredyt, a dodatkowo przed sprzedażą dokonała wielu remontów, które także sporo kosztowały. Doktor Bondyra wypytywał ją szczegółowo, gdzie Leszek będzie mógł zamieszkać i z czego się utrzymywać, gdy wyjdzie z zakładu, gdyż jest on przekonany o możliwości jego wyleczenia. Niestety nie u mnie - odpowiedziała, ja mam już innego partnera i po uzyskaniu rozwodu, co także ma niedługo nastąpić, zamierzam się z nim pobrać - dodała. Mogę tylko po szczegółowym rozliczeniu przekazać mojemu byłemu mężowi kwotę, która z tych rozliczeń wyniknie. Potem pan doktor wypytywał żonę Leszka o jego bliskich, przyjaciół i ewentualnie inną kobietę. Chcąc polepszyć klimat rozmowy lekarz zapytał - a jak ma pani na imię pani Marcinkowska. Jeszcze Marcinkowska - odpowiedziała, a na imię mam Wiesława. Pani Wiesiu czy może mi pani opowiedzieć o jakiś szczególnych zdarzeniach z waszego wspólnego życia, albo o jakiś szczególnie wam bliskich osobach? Jeżeli chodzi o zdarzenia to już od wielu lat, grubo ponad dziesięciu, żyliśmy nie razem, a raczej obok siebie. Różne były tego powody i nie chcę o nich mówić. Co do najbliższych Leszka to także niewiele mam do powiedzenia. Mama Leszka to już prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszką, z tego co wiem to od paru lat nie wychodzi z domu i chyba niemożliwym jest, aby przyjechała. A nawet gdyby się tak stało to Leszek zarówno z mamą jak i z trójką swojego rodzeństwa, nie miał jakiś mocnych związków emocjonalnych. Już od dawna spotykał się z nimi tylko okazjonalnie i nie łączyły ich jakieś specjalnie silne więzy rodzinne. To długa historia i dosyć skomplikowana, wywodząca się jeszcze z dzieciństwa mojego męża, ale nie sądzę, żeby jej opowiedzenie coś panu doktorowi dało. Zresztą ja znam tylko niektóre sprawy i mogłabym coś pokręcić, albo źle opowiedzieć i zamiast pomóc to jeszcze bym bardziej zaszkodziła. Nie ma pani racji, właśnie takie opowiedzenie o problemach męża i to wywodzących się, aż z dzieciństwa, mogłoby tutaj wiele pomóc, lecz jeżeli pani nie jest pewna jak było i nie pamięta szczegółów i mogłaby mnie źle poinformować to może i racja. Chociaż chętnie jednak posłuchałbym nawet tej pani wersji - odrzekł pan doktor.
To może przejdźmy do innego tematu, a o tamtym porozmawiamy kiedy indziej. Czy może mi pani powiedzieć coś o waszych lub Leszka przyjaciołach oraz o jego związku z innymi kobietami. O innych kobietach to nic nie wiem, a co do przyjaciół to wspólnych nie mamy już od dawna, gdyż jak wspominałam, żyliśmy w innych światach, natomiast co do przyjaciół Leszek to miał on kilku. Jednak jak mu zaczęło gorzej iść w interesach, kontakty zaczęły się ograniczać, a potem zrywać i w końcu osoby, o których mówię, chyba przestały być jego przyjaciółmi, chociaż do końca nie jestem tego pewna. I co z nikim się pan Leszek nie spotykał, nie przyjaźnił? Z ostatnich przeżytych wspólnie lat, z tego co pamiętam to została mu tylko jedna bliska osoba. To jest jego przyjaciel jeszcze ze szkoły średniej, Mirek Zdanowski. On jeden dosyć regularnie do nas przyjeżdżał, tak parę razy w roku, a i mąż także do niego czasami jeździł. Mirek mieszka w niedużym wielkopolskim mieście, ma tam swój dom i liczną rodzinę. Pamiętam jak Mirek, kiedyś dawno temu, opowiadał, że już po dwóch latach wspólnej nauki, jego rodzina zaczęła traktować Leszka jak drugiego syna, a nie miał on brata, lecz tylko siostrę. Zapraszali go na uroczystości rodzinne, na wakacje, na odpusty, gdyż wtedy jeszcze mieszkali na wsi i przy wielu innych okazjach. Zawsze był mile u nich widziany i bardzo dobrze przyjmowany. A potem jak poszedł na studia to tym bardziej. Cieszyli się razem z nim z jego świetnych wyników w nauce i innych licznych sukcesów. Później już za naszych wspólnych czasów, pamiętam także, iż bardzo lubił jeździć do Mirka i jego rodziny. Zawsze wracał z tych wyjazdów zadowolony. Czasami jeździłam z nim, ale mnie jakoś, zresztą ze wzajemnością, nie polubili. Tak, to chyba jedyna, oprócz naszej córki, bliska Leszkowi osoba, którą znam. A może ma pani jakiś kontakt do tego pana Mirosława? A tak mam aktualny telefon, bo nawet parę miesięcy temu dzwonił do mnie i wypytywał o stan Leszka. I co pani powiedziała? Powiedziałam prawdę bo akurat krótko, przed tym telefonem Mirka, jakieś pół roku temu, byłam z wizytą u męża. Byłam razem z córką, która specjalnie przyjechała z Francji na tą okoliczność. Niestety Leszek tylko dziwnie na nas patrzył, nie odzywał się i nie reagował na nasze pytania i opowiadania córki o jej życiu. Byliśmy u niego z pół godziny, potem jeszcze rozmawialiśmy z jednym z lekarzy i pojechałyśmy smutne i niepocieszone do domu.
Pan doktor nie zareagował na ten nagły przypływ, niby uczucia do Leszka, wyrażony przez panią Wiesławę w relacji z poprzedniej wizyty u męża, a tylko zapytał - a jak pani może porównać wrażenie z tej poprzedniej wizyty z wrażeniem z dzisiejszego pobytu u męża? Moim zdaniem nic się nie zmienił, chociaż dzisiaj wyglądał fizycznie znacznie lepiej i wydawał mi się bardziej ożywiony. Czułam jego przenikliwy wzrok i zauważyłam, a przynajmniej odniosłam takie wrażenie, parę ruchów głową na potwierdzenie lub zaprzeczenie tego co mówiłam. Czegoś takiego z poprzedniej wizyty nie pamiętam. Jednak może to mi się tylko tak zdawało, pewności nie mam. No cóż dziękuję pani za wizytę, za rzeczy i spostrzeżenia oraz odpowiedzi na moje pytania. Mam nadzieję na dalszą współpracę, która moim zdaniem, może dużo pomóc jeszcze aktualnemu, pani mężowi, pani Wiesiu. Co pani na to? Pomoże mu pani? Raczej nie. Raczej proszę na mnie nie liczyć. Jak panu mówiłam zaczynam nowe życie i mój partner, a niedługo mąż, już bardzo niechętnie patrzył nawet na tę wizytę. Rozumiem panią. Trudno będziemy musieli poradzić sobie bez pani. Jeszcze raz dziękuję i pozwoli pani odprowadzić się do samochodu. Ależ oczywiście panie doktorze będzie mi bardzo miło. Rozstali się przy samochodzie pani Wiesławy i zaraz po jej odjeździe pan doktor mocno się zamyślił nad losami swego pacjenta, ale też, już po chwili uznał wizytę pani Wiesi za udaną. Za wizytę, która przyniosła mu dużo informacji i nowy punkt zaczepienia do dalszego leczenia tego jak mu się wydawało bardzo sympatycznego pacjenta.
Ten Tusk to polska obecna tragedia i tak jednoznacznie oceni go historia.
Jednak chciałbym zadać kłam jego twierdzeniom z kampanii wyborczej PO z roku 2023, kiedy na jednym z wieców wyborczych mojemu równolatkowi na zapytanie co sądzi o odszkodowaniach wojennych od Niemców dla Polaków - odpowiedział - a z jakiej paki one się panu mogą należeć?
Poniżej tekst, który ukazuje, że się należą. Bo taka lub podobna była historia milionów Polaków w trakcie II Wojny Światowej.
Leszek
W 1992 roku zapisałem się do KLD (Kongres Liberalno Demokratyczny). Wówczas wierzyłem w idee jakie były podstawą działania tej partii. Doszedłem nawet do funkcji przewodniczącego KLD w województwie (tym starym) bydgoskim.
Byłem, wierzyłem, działałem, wspierałem (także finansowo) i co?
Poniżej moja karta uczestnictwa w szkoleniu liderów KLD
Dzisiaj, już od dawna w to nie wierzę.
Siódma i ósma klasa szkoły podstawowej numer 1 w Wągrowcu.
Leszek - odcinek 10
Ostatnie dwie klasy szkoły podstawowej (Szkoła Podstawowa nr 1, klasa 7A i 8A) to był dla Leszka bardzo dobry okres . I chociaż spotkało go także wiele porażek, głównie tych związanych z jego pierwszymi uczuciami do szkolnych koleżanek to jednak ogólnie był to okres początków prawdziwego kształtowania się jego osobowości i czas podejmowania najważniejszej życiowej decyzji związanej z jego dalszą edukacją.
Do jego klasy chodziły wspaniałe koleżanki i wspaniali koledzy. Rzec można uczniowski kwiat powiatu. Leszek najbardziej kolegował się ze swoim imiennikiem, także Leszkiem, bystrym, uzdolnionym i niezwykle sympatycznym chłopakiem z ogromną czupryną kręconych blond włosów. Natura Leszka, którego ojciec był nauczycielem w ich szkole, była z rodzaju tych, o których zwykło się mówić - żywe srebro. Obaj Leszkowie czuli do siebie sporą sympatię, a ich relacje były zupełnie inne od tych z Gracjanem. To były relacje związane z nauką, startem w olimpiadach powiatowych, sportem, wspólnym kibicowaniem miejscowej drużynie piłki ręcznej i snuciem dalekosiężnych planów na przyszłość. Niestety ten przesympatyczny i dobry człowiek zginął później dosyć młodo w wypadku samochodowym. Drugim kolegą z którym Leszek także się mocno kumplował był Zenek. Mówili o nim - tęga głowa. Pomimo swoich niewątpliwych uzdolnień był on jednak uczynny, miły, nie zadzierał nosa, a do tego był bardzo pomysłowy i czas spędzany z nim zawsze płynął wartko i ciekawie.. Leszek odwiedzał go czasami w jego domu przy ulicy Piaskowej, którą to ulicą zwykł wracać ze szkoły. A ponieważ dom Zenka przylegał do dużego ogrodu, sporego stawu i nadrzecznych łąk to naprawdę mieli tam co robić. Bliskim kolegą Leszka byli także Janusz - najbardziej poważny, zrównoważony ze wszystkich chłopaków w klasie. To on jedyny z ich grupy miał bardzo już określone zainteresowania i wytyczone dalekosiężne plany, które zresztą później z wielkim powodzeniem udało mu się zrealizować. A pomimo takiej postawy nie był przy tym nadęty i zadufany w sobie jak to ma zazwyczaj miejsce obecnie. Kolejnym bliskim kolegą był Tomasz - chłopak o bujnej czarnej, kędzierzawej czuprynie, zawsze uśmiechnięty i zadowolony, świetny sportowiec i doskonały kumpel do wszystkiego, a szczególnie do różnorakich zabaw i gier zręcznościowych.
W klasie było tyle samo dziewczyn co i chłopaków. Wśród dziewczyn prym niewątpliwie wiodła Wiesia - piękność klasowa i szkolna, a przy tym osóbka mądra, rezolutna, ale niestety dosyć zarozumiała. Jej ojciec także był ich szkolnym nauczycielem i to jeszcze bardziej powodowało obrastanie Wiesi w przysłowiowe piórka, zupełnie inaczej niż to miało miejsce w przypadku wspomnianego Leszka. Wiesia miała duże zdolności do przedmiotów ścisłych, lubiła się popisywać i jak to byśmy dzisiaj powiedzieli - brylować. Nie było w niej jednak nachalności, ani nadętego zadufania, lecz spora pewność siebie poparta poczuciem własnej wartości.
Do Wiesi Leszek, zresztą nie on jeden, pisywał liściki i się w niej czas jakiś podkochiwał, jednak kompletnie bez wzajemności, a nawet wręcz odwrotnie - kilka razy został przez nią obsztorcowany za głupie kawały i chęci popisywania się. Kolejną klasową gwiazdą była Irka, w której Leszek podkochiwał się najdłużej ze wszystkich szkolnych koleżanek, lecz było to także tylko jednostronne uczucie. Irka może nie była, aż tak śliczna jak Wiesia, ale miała to coś w sobie, coś co przyciągało do niej wzrok i wzbudzało sympatię, a do tego była także bardzo zdolna, miła, nie wywyższała się, zawsze była uczynna i pomocna. W klasie wyróżniały się jeszcze dwie śliczne dziewczyny - Alina i Kalina, obie bystre, zdolne i pilne uczennice.
Ta wspomniana grupa koleżanek i kolegów Leszka stanowiła około jednej czwartej całego składu klasy, zdecydowanie w niej przewodziła i to pod każdym względem. A w ósmej klasie przewodziła także całej dużej, liczącej dwadzieścia pięć klas, szkole. Zresztą przewodzili także w innych dziedzinach także poza szkolnych - na spartakiadach, wykopkach, zabawach, grach i turniejach, w pochodach, biwakach, obozach, rajdach i innych podobnych imprezach organizowanych przez szkołę lub pod jej patronatem.
Z tej grupy wywodzili się przewodnicząca (Wiesia) i inni członkowie samorządu szkolnego, a także uczestnicy powiatowych i wojewódzkich olimpiad matematycznych, fizycznych i przyrodniczych. Dominowali w organizacji różnych szkolnych imprez jak zabawy taneczne, zawody sportowe, różne szkolne konkursy, a nawet w harcerstwie. Było to tym łatwiejsze, że troje spośród nich miało za rodziców nauczycieli ich szkoły, a także wielu z nich cieszyło się specjalnymi względami wieloletniego kierownika szkoły pana Szulca. Warto także wspomnieć o wspaniałych nauczycielach, którzy dopingowali ich do nauki, pomagali w zajęciach dodatkowych, motywowali, namawiali do większego zaangażowania, a przede wszystkim byli najlepszymi przykładami do naśladowania dla swoich uczniów, czyli byli nauczycielami z powołania, z misją, z przekonaniem i zrozumieniem dla uczniów. Leszek najbardziej zapamiętał swoją wychowawczynię panią Sołtysik, która uczyła ich języka polskiego, a także matematyka Żbikowskiego, fizyka i chemika Martyńskiego, nauczyciela wychowania fizycznego - pana Kaczmarka oraz kierownika szkoły, który uczył ich geografii - pana Szulca.
Na zakończenie nauki w szkole podstawowej odbył się wielki bal. W balu brali udział uczniowie wszystkich trzech klas ósmych. Miejscem zabawy była szkolna sala gimnastyczna. Komitet rodzicielski wzmocniony wieloma ochotnikami, głównie rodzicami absolwentów szkoły, przygotowywał ten bal od paru miesięcy. Sala była udekorowana, a światła osłonięte kolorową krepą i różnymi bibułkami. Pod ścianami stały stoły uginające się od różnych potraw, ciast i napojów. Wśród napojów królowała oranżada w szklanych butelkach, zamykanych na szklane korki z gumową uszczelką i specjalnymi sprężynami, a także herbata nalewana z eleganckich dzbanków do serwisowych, domowych filiżanek. Wszystko to przygotowali rodzice uczniów, umawiając się przedtem kto co zrobi, co przyniesie i kto będzie bezpośrednio na balu pilnował stołów, porządku i udanej zabawy. Rodzice zbierali się w szkole przez wiele wieczorów, aby zorganizować te wspólne działania, głównie po to, żeby ich dzieci mogły w należyty, uroczysty i podniosły sposób uczcić fakt zakończenia tego ważnego etapu w życiu każdego z nich.
To była dla Leszka pierwsza taka uroczystość. Pierwsza taka duża, tak zorganizowana, taka ważna z tyloma przemowami, śpiewami, zapewnieniami o pamięci i życzeniami na przyszłość. Wszyscy uczniowie ubrani byli w odświętne stroje. Chłopcy w ciemne garnitury, białe koszule, cienkie krawaty lub aksamitne muszki, a dziewczęta w białe bluzki i ciemne spódnice.
Na koniec, około godziny dwudziestej drugiej, po wielogodzinnych tańcach i innych atrakcjach, wszyscy wspólnie zaśpiewali "Za rok, za dzień, za chwilę..." i rozeszli się, dla wielu z nich, już na zawsze.
Leszek szczególnie zapamiętał ten wieczór z uwagi na fakt, że udało mu się i to dwukrotnie zatańczyć z Irenką, w której od dawna się podkochiwał. Doskonale zapamiętał oba utwory podczas których był taki szczęśliwy. Była to "Maria Elena" i "Zachodni wiatr". Niestety na koniec spotkała go ogromna przykrość, gdyż Irenka odmówiła mu zgody na odprowadzenie jej do domu po zabawie i jako jeden z nielicznych dostał dotkliwego kosza, był smutny, niepocieszony, a nawet z perspektywy tamtego czasu można powiedzieć, że nieszczęśliwy. Był to ostatni raz kiedy widział swoją wymarzoną Irenkę. Nigdy więcej już jej nie spotkał.
Najpierw jednak już wczesną wiosną przyszły na Leszka rozterki związane z wyborem następnej szkoły, a po decyzji nastały wydarzenia, które nieodwołalnie zadecydowały o całym jego przyszłym życiu. Ale o tym w następnym odcinku.
Byliśmy na pięknej wycieczce w sobotę 25.07.2026 roku.
Zrobiłem wówczas kilka zdjęć. Jedno z nich zamieściłem już na moim blogu, a dzisiaj kolejne zdjęcia.
Pozostaje pytanie, gdzie byliśmy.
Poniżej trzy zdjęcia słonecznikowego pola. Zdjęcia wykonałem w piątek 31.07.2026 roku na ulicy Jagodowej w Maksymilianowie.
I bonus - zagadka. Ciekawe czy ktoś wie gdzie zrobiłem poniższe zdjęcie w sobotę - tydzień temu.
Nie wiem dlaczego te moje wspomnienia nikogo nie interesują. Kiedyś przeczytałem książkę pod tytułem "Wspomnienia niebieskiego mundurka" i bardzo ona mi się podobała, ale obecnie uważam, że moje wspomnienia z tego samego okresu (wieku bohaterów) są dużo ciekawsze.
Jednak nie znajdują żadnego zainteresowania.
Wiem. Internet i wszystko z nim związane to obecnie prawie wszystko.
Jednak na pewno warto sięgać po coś więcej.
Poniżej link do moich chłopięcych wspomnień z lat 60-tch ubiegłego wieku.
Może to kogoś zainteresuje.
Niestety, z ubolewaniem stwierdzam, że wszystkie moje obawy, które opisałem w sierpniu 2014 roku na tym moim blogu się spełniły, a nawet jest znacznie gorzej.
Jeżeli ktoś ma chęć i czas to może poczytać w poniższym linku to o czym wspominam.
Cóż dodać? Pewnie przed przesileniem (Tusk, Czarzasty, Kosiniak) będzie jeszcze gorzej.
Jednak Polacy zawsze byli i będą niezależni, dumni i samodzielni.
Poniżej zdjęcie niewielkiego fragmentu naszego ogrodu w Niemczu. Zdjęcie wykonałem dwadzieścia lat temu.
To pewnie z jakiejś literatury, ale nie kojarzę z której książki.
OdpowiedzUsuń"Ostatnia Brygada" Tadeusza Dołęgi Mostowicza?
OdpowiedzUsuńzgadza się?
Oczywiście.
OdpowiedzUsuńgdzie administrator - brakuje nowych wpisów. pobudka!
OdpowiedzUsuńKoryto,koryto i długo długo....koryto. Co to sumienie? Czy to wszystko już było? Oczywiście TAK. Co tu mówić, człowiek jest w każdej epoce taki sam: chciwy, pazerny,obłudny, samolubny, aspołeczny...Na szczęście nie liczni są po prostu porządnymi ludżmi i dzięki nim są zmiany społeczne. Trzymam kciuki za zmiany na korzyść większości Polaków.
OdpowiedzUsuń