Kindżał - odcinek 11
Część III
NIESPODZIEWANA WIZYTA
Nadeszła połowa lipca, wyjątkowo w tym roku upalnego. Od dwóch tygodni nie spadła kropla deszczu, a temperatury sięgały trzydziestu pięciu stopni w cieniu. Było duszno, kurzyło się okropnie i tylko czasami lekki wietrzyk pomagał swobodniej oddychać. Nawet noce były gorące z temperaturą ponad dwadzieścia pięć stopni. Nigdzie wytchnienia, ochłody i wypoczynku od tego wyjątkowego upału. W powietrzu wisiała zmiana, ale nie chciała przyjść. Klimatyzacja dawała chłód w sklepie, lecz była także niebezpieczna dla zdrowia przy tak dużych, sięgających stu procent, różnicach temperatur pomiędzy osiemnastoma stopniami w sklepie, a trzydziestoma sześcioma stopniami na zewnątrz. Klienci byli poirytowani, a czasem nerwowi, kupowali głównie białe wino, które po odpowiednim schłodzeniu, najlepiej gdzieś w okolicach dwunastu stopni, wypijali dla ochłody i pobudzenia całego organizmu do normalnego funkcjonowania. Zresztą lato zawsze było dla Leszka marnym okresem handlowym z uwagi na urlopy i długie wyjazdy turystyczne jego najlepszych klientów. Tak było i teraz. Do tego wielu miało domy letniskowe w nadmorskich i to nie tylko polskich miejscowościach, a także w słynnym Kazimierzu nad Wisłą, czy w Beskidach lub Bieszczadach. Dlatego też znikali często na całe dwa miesiące, a nawet i na dłużej. Ruch był mały, a temperatury wysokie. Źle to wpływało na samopoczucie Leszka, a do tego brak kontaktu z Arturem i niepewność co dalej czynić z tak cenną rzeczą powierzoną mu przez wspomnianego Artura jeszcze bardziej komplikowało jego aktualną sytuację.. Nie bardzo wiedział jak w tej kwestii się zachować i czy nadal szukać kupców na figurkę, czy czekać na kontakt z Arturem.
W ciągu ponad miesiąca od ostatniej rozmowy z Arturem trzy osoby zainteresowały się figurką. Zresztą wszystkie trzy były na pierwszej liście klientów, którą sporządził dla Leszka, jeszcze przed otwarciem sklepu - Zdzisław. Pierwszym był znany chirurg mieszkający w Konstancinie. Obejrzał figurkę bardzo szczegółowo i widać było, że mu się podoba, a nawet jak sam powiedział - urzekła go. Po czym zaczął się na głos zastanawiać skąd i jak dowiedzieć się więcej o niej bo to przecież dużo pieniędzy i w ciemno kupować nie można. Dobrze się zastanowię nad pana propozycją powiedział wychodząc z kartonem wina ze sklepu. Drugim był prawnik, współwłaściciel znanej warszawskiej kancelarii prawnej. Ten jeszcze dokładniej oglądał figurkę i nawet sobie coś notował. Potem z uwagą wysłuchał, zadając wiele dodatkowych pytań, oficjalnej wersji pochodzenia figurki, którą Leszek mu przeczytał z kartek pozostawionych przez Artura. Wychodząc ze sklepu także z kartonem wina dodał, że on na pewno do tej sprawy wróci, ale musi jeszcze dużo sprawdzić, gdyż już gdzieś o takim posążku słyszał. Trzecia osobą był znany dziennikarz telewizyjny, także mieszkający w Konstancinie, ale on potraktował to raczej jako ciekawostkę, o której chętnie, gdyby się potwierdziły słowa Leszka z Artura kartek, zrobiłby telewizyjny wywiad w swoim cyklicznym programie. Jednak Leszek się na to nie zgodził mówiąc - jeszcze zobaczymy, może kiedyś.
I właśnie w tym czasie, we wczesne poniedziałkowe popołudnie, w ten sam szczyt upału, gdy powietrze wisiało bez najmniejszego ruchu i nawet ptaki i różne inne zwierzęta gdzieś się pochowały, o ludziach nie wspominając, w czasie, gdy Leszek wystawiał w oknie wystawowym najnowszą promocję na białe włoskie wina, pod sklep zajechała duża ciemna limuzyna, w której Leszek od razu rozpoznał jeden z najbardziej prestiżowych aut świata, czyli klasycznego Rolls Royce`a. Auto błyszczało całą swoją karoserią, a chromowane listwy i inne ozdoby tego pojazdu, wprost olśniewały w tym ostrym, prawie południowym, słońcu.
Auto zatrzymało się bardzo blisko wejścia do sklepu i wysiadła z niego trójka mężczyzn. Dwóch z nich było, sądząc na pierwszy rzut oka, prawdopodobnie Hindusami o czym świadczył ich ubiór i wygląd, a trzeci był około czterdziestoletnim, szczupłym, wysokim, białym mężczyzną o dosyć pospolitym wyglądzie. Ubrany był w kremowy garnitur, białą koszulę i stonowany, kolorowy krawat. Panowie weszli do sklepu i dopiero wtedy Leszek im się bardziej przyjrzał. Dwaj Hindusi, z których jeden był starszym, a drugi znacznie młodszy, ubrani byli w ozdobne jasne tuniki, zapięte pod szyją, z dużymi rozcięciami po bokach, pod tunikami mieli spodnie ozdobione wzdłuż pionowych szewków podobnymi elementami jak tuniki. Na nogach mieli tradycyjne czarne, eleganckie buty, a na głowach hinduskie ciemne turbany spięte na środku dużymi mlecznymi kamieniami. Sprawiali wrażenie bardzo przystojnych i dostojnych panów.
Pierwszy przemówił pan w jasnym garniturze - dzień dobry panu, czy mamy do czynienia z panem Leszkiem Marcinkowskim? Tak oczywiście, to ja – odparł Leszek. Ci dwaj panowie przyjechali specjalnie do pana z dalekich Indii, a ponieważ nie znają języka polskiego dlatego zatrudnili mnie na tłumacza. Panowie pragną rozmawiać w języku angielskim, który doskonale znają. Ależ w takim razie tłumacz nie będzie nam potrzebny, gdyż ja również dobrze znam angielski – odparł Leszek już po angielsku, aby panowie z Indii także go zrozumieli. Na to oświadczenie starszy z Hindusów powiedział - w takim razie bardzo panu dziękujemy mister John. My osobiście porozmawiamy z panem. Proszę uprzejmie poczekać na nas w aucie. Kierowca ma włączoną klimatyzację, a gdyby chciał pan czegoś do picia to proszę się swobodnie obsłużyć. Po chwili tłumacz zniknął w czeluściach Rolls Roycea, a starszy z Hindusów przedstawił się mówiąc - nazywam się Ravindra Svarup co znaczy Podobny Do Słońca i jestem trzydziestym ósmym z kolei maharadżą królestwa położonego w południowej części prowincji Bihar, którego stolicą było starożytne miasto Bukar nazywające się obecnie Bokaro, leżące nad rzeką Domator. Jest ze mną mój najstarszy syn Abhiraj czyli Nieustraszony Król. Jest on radżaputą – czyli moim synem i moim następcą. Zapewne zadziwia pana nasza wizyta i zanim zacznę mówić o jej celu dodam tylko, że obecnie w Indiach nie ma już królestw i ich królów. W połowie ubiegłego wieku rząd przeprowadził reformę i musieliśmy oddać państwu wszystkie nasze ziemie i posiadłości w tym wspaniałe i bogate pałace mające często wiele set letnią tradycję. Nasz ród panujący na tych swoich ziemiach ponad tysiąc lat, również to uczynił. Jednak dzięki osobistemu bogactwu, a także dzięki szacunkowi poddanych, ich miłości i zrozumieniu, udało się nam odbudować swoją pozycję i znaczenie. Co prawda już nie jako królowie, ale raczej jako, jak to dzisiaj się mówi, liderzy, organizatorzy i biznesmeni. Nadal zwyczajowo używamy tytułu maharadży, a nasi dawni poddani nawet nie chcą słyszeć, żeby nas inaczej nazywać, chociaż mogą to czynić. Widocznie, ich zdaniem, zasłużyliśmy sobie na takie traktowanie.
Jednak, żeby zachować swoją dawno ugruntowaną pozycję, a także zdobyć szacunek i poważanie wśród naszych dawnych poddanych, musieliśmy się zająć przyziemnymi sprawami i rzeczami, które dawniej były dla nas nawet nie pomyślenia. Dlatego też obecnie mamy kilka dużych firm i biur w całym stanie Bihar, a także dwa spore przedstawicielstwa naszych interesów w Londynie i Nowym Jorku. Pewnie się pan dziwi po co to wszystko mówię, ale bez tego krótkiego wyjaśnienia trudno będzie mi przejść do istoty naszej wizyty. Otóż dwa tygodnie temu dotarła do nas informacja, że rzecz, której poszukujemy już od czternastu lat może znajdować się u pana w sklepie. Wiadomość taką przysłał do naszej londyńskiej kancelarii jeden z warszawskich prawników, który był u pana i oglądał przedmiot, o którym mowa. Na pewno domyśla się pan o co chodzi i skąd pozyskaliśmy taką informację. Tak oczywiście, rozumiem, że chodzi o figurkę siedzącego Śiwy z kindżałem w ręce i z dużym zielonym szmaragdem osadzonym w rękojeści kindżała - stwierdził Leszek. Tak właśnie chodzi o tę figurkę. Ta figurka była w naszym rodzie od ponad ośmiuset lat, ale ponad czternaście lat temu została nam skradziona i to skradziona przez najbardziej zaufanego sługę, którego rodzina służyła nam od pokoleń i którego traktowaliśmy podobnie jak swoją najbliższą rodzinę. Ten posążek Śiwy to nasz najbardziej cenny talizman. To nasze bóstwo opiekuńcze, zapewniające nam przez stulecia pomyślność, szacunek ludzki, zdrowie i bogactwo. To nasza największa świętość i tak też była traktowana. Sam posążek został wyrzeźbiony z kamienia z Nieba. Zaś kindżał z zielonym szmaragdem znajdował się w naszej rodzinie jeszcze przed utworzeniem tej figurki. Wszystkie te trzy rzeczy czyli figurka, kindżał i szmaragd to nasze najważniejsze świętości.
Pilnowaliśmy ich bardziej niż oka w głowie dlatego też posążek stał w specjalnej wewnętrznej kaplicy, a dostęp do niej miała tylko najbliższa rodzina i dwoje zaufanych służących. Niestety nie wiemy co wstąpiło w człowieka, który służył u nas ponad trzydzieści lat, a którego imienia nie chcę nawet wymawiać. Pewnego dnia w maju 1993 roku posążek zniknął razem ze służącym. Od tego czasu go poszukujemy i do tej pory nie wpadliśmy na jego najmniejszy ślad. Brak tego posążka odczuliśmy przez te lata bardzo dotkliwie. Spotkało nas sporo różnych nieszczęść i to zarówno śmierci, chorób, a nawet pożarów, o niepowodzeniach biznesowych nie wspominając. My jesteśmy bardzo przywiązani do naszej tradycji, do naszej religii, do naszych wierzeń i jesteśmy przekonani, że przyczyną owych nieszczęść, o których nawet mówić trudno, jest utrata naszego rodzinnego skarbu, naszego rodzinnego symbolu wszelakiego szczęścia i powodzenia. Dlatego też jak tylko powzięliśmy wiadomość o figurce, jak dotarł do nas jej szczegółowy opis sporządzony przez warszawskiego prawnika, natychmiast polecieliśmy do Delhi, a z Delhi przylecieliśmy prosto do Warszawy. Prawnik, o którym mówimy podał nam jeszcze raz opis figurki, podał adres, załatwił samochód i tłumacza i dlatego jesteśmy u pana. Zanim pan zacznie nas pytać o pewne rzeczy lub mieć uzasadnione różne wątpliwości dodam, że już następnego dnia po kradzieży posążka wyznaczyliśmy milion dolarów nagrody dla tego kto pozwoli nam go odzyskać. Ta nagroda nadal jest aktualna i nie zamierzamy się targować, gdyż religią, przekonaniami i wiarą w naszego Boga nie można handlować. Raz daliśmy słowo i to słowo jest święte. Wierzymy, że gdybyśmy postąpili inaczej to spotkałaby nas sroga kara. Jesteśmy przygotowani do przekazaniu panu od razu owego miliona po upewnieniu się, że to jest naprawdę nasza figurka. Ta kwota nie ma dla nas znaczenia. Ten posążek jest dla nas bezcenny. Jego wartość nie jest wymierna. Dlatego też ten milion dolarów to naprawdę niewielka rekompensata za powrót szczęścia pod nasz dach. Za powrót pomyślności dla całej naszej rodziny i całej naszej społeczności, w której żyjemy od pokoleń. To dla nas najważniejsza i najświętsza sprawa i wszystko uczynimy, aby osiągnąć nas cel czyli odzyskanie posążka z kindżałem i szmaragdem.

