Piękna piosenka o przemijaniu lata i nie tylko lata.
A poniżej fantastyczna piosenka o prawdziwym przemijaniu:
I jeszcze piękna piosenka Skaldów z płyty " Mój pejzaż" z oratorium z 1972 roku.
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Piękna piosenka o przemijaniu lata i nie tylko lata.
A poniżej fantastyczna piosenka o prawdziwym przemijaniu:
I jeszcze piękna piosenka Skaldów z płyty " Mój pejzaż" z oratorium z 1972 roku.
Przypominam bo warto przypominać.
Kto chce ten przeczyta, ale, moim zdaniem warto to zrobić. Tak było i tak mało jest świadectw z tego czasu i z tamtych zdarzeń.
Odcinek - 24,
W końcu Leszek w tej euforii, rzec można, „dofrunął” do domu. Z wielkim podnieceniem emocjonalnym, nerwowo i chaotycznie opowiedział swoim paniom o tym co się niedawno wydarzyło. Najpierw nie chciały mu uwierzyć, lecz po długiej chwili, gdy Leszek zapewniał, że to prawda, wielka radość zapanowała w ich trzyosobowej rodzinie. Radość ogromna i niepowszechna. Potem długo rozmawiali o tym jak się Leszkowi ów sukces udało osiągnąć. On nie chciał zdradzać wszystkiego zbyt dokładnie bo przecież akcja z panem docentem również i jego zaskoczyła. Nie chciał opowiadać o tak dziwnych także dla niego działaniach, a co dopiero dziwnych dla jego żony i córki. Tym bardziej, że panie cieszyły się ogromnie z sukcesu swojego męża i tatusia. W tej wielkiej radości postanowili po długich rozmowach spełnić przynajmniej kilka swoich przyziemnych marzeń.
Dlatego dnia następnego wybrali się do Pewexu czyli do socjalistycznej namiastki wielkiego bogatego zachodniego świata. Pewex-y to były sklepy tak zwanego eksportu wewnętrznego, jak je wówczas oficjalnie nazywano.
W tym miejscu trzeba wspomnieć, że wówczas w normalnych sklepach półki z towarami były zazwyczaj puste i trwało wieczne polowanie na wszelkiego rodzaju dobra. Normalnością były kartki na reglamentowane towary. Do tego królowały różne asygnaty i bony Jednak przy wszystkich zakupach liczyły się wszelakiego rodzaju znajomości. Jak to się wówczas mówiło - największą karą dla człowieka było dożywotnie pozbawienie go „pleców” i „chodów”.
Długo w noc dyskutował Leszek ze swoją żoną co najpierw zrobić, aby wykorzystać ten uśmiech losu. Wreszcie postanowili, że najpierw musza spełnić swoje małe, ale może i trochę większe marzenia. Dlatego też następnego dnia, po pracy, późnym popołudniem cała rodzina udała się na bydgoski Stary Rynek, czyli do królestwa składającego się z tak zwanych „koników” i dwóch sklepów dewizowych. Od jednego z owych natarczywych handlarzy walutą, powszechnie zwanych cinkciarzami lub ładniej konikami, zaś obecnie będącymi przeważnie wielkimi i szanowanymi biznesmenami, którzy wówczas na swoim starcie do wielkiej kariery przez cały dzień powtarzali - bony kupię, marki i dolary kupię, bony sprzedam, dolary, marki sprzedam, a także - dolary dla szanownego pana i tak dalej i tym podobnie natarczywie zaczepiali potencjalnych klientów - kupili sto bonów Pekao. Ich wartość była równa w owym eksporcie wewnętrznym stu dolarom, ale były one trochę tańsze od samych dolarów. Leszek zapłacił za te bony jedną piątą otrzymanej wczoraj kwoty. Z tymi bonami cała trójka weszła do ówczesnego „raju”. Mnogość, kształty i kolory wszelkich towarów wprost kuły w oczy. Oczy przywykłe na co dzień do pustych półek i najczęstszych odzywek pań sklepowych brzmiących – nie ma. Leszek co prawda bywał już w tym sklepie, ale przeważnie miał w kieszeni jeden lub dwa bony i kupował określony towar, na przykład czekoladę lub pół litra żytniej. A tutaj nagle do wydania trzy dobre jego poprzednie pensje. Kilkanaście minut oswajali się z towarami i ich cenami, a potem zaczęli kupować. Karolinka dostała wymarzone klocki Lego i mnóstwo różnych słodyczy. Potem pierwszy raz jedli Snikersy, Merci, trójkątną czekoladę Tablerone, Marsy, ananasy w plastrach, pili sok Donald z kartonika i próbowali jeszcze wielu innych, dzisiaj już powszechnie znanych i ogólnie dostępnych towarów, zaś wówczas uważanych przez zdecydowaną większość, za szczyt luksusu. Joanna dostała wymarzoną wodę toaletową Chanel nr 5, kolorowe mydła, wielki pojemnik, szczególnie wówczas deficytowego szamponu i wiele różnych artykułów spożywczych. Sobie Leszek kupił wodę toaletową Boss, dwie butelki ulubionego białego słodkiego Martini, gin Gordons i butelkę pięciogwiazdkowej brandy, popularnie zwanej wtedy koniakiem. Po tych zakupach, których nie mieli nawet we trójkę jak unieść, wynajęli taksówkę i pojechali na swoje Szwederowo. W domu, okazało się, że zostało im jeszcze około 30 bonów.
Taki był pierwszy kontakt Leszka z tak zwanym lepszym, oczywiście materialnie, światem. Dzisiaj to się może wydawać śmieszne, ale wówczas było to dla nich nie lada przeżycie.
Gdy to piszemy minęło od tamtego czasu raptem kilkadziesiąt lat, a jak zmieniła się w tym czasie nasza mentalność? Dla kogo teraz marzeniem jest woda kolońska, czy puszka ananasów, albo sok w kartoniku?
Można by tak długo opisywać jak to było, ale tylko ci co to przeżyli wiedzą, a ci co nie przeżyli pojęcia nie maja i mieć nie będą. Dlatego, albo uwierzą w to co piszemy, albo pozostaną w swojej niewiedzy.
Dalej prace u zakonników potoczyły się już bez większych sensacji. Najgorsze mieli za sobą, a i ojciec Piotr zrobił się jakby łagodniejszy i jakby bardziej wyrozumiały. Parę faktów z tego okresu warto jednak odnotować.
Jednego dnia, już pod koniec prac w parafii, spotkały Leszka dwa dziwne i zarazem groźne wydarzenia. Mogły one nawet pozbawić go życia i pewnie były jakiegoś rodzaju ostrzeżeniem. Sygnałem do opamiętania się, po tych pierwszych zachłyśnięciach się dużym sukcesem. Ale wówczas Leszek ich tak nie odebrał. Te refleksje naszły go dopiero po latach.
Otóż późnym popołudniem, kiedy na budowie już nikogo nie było, chcąc sobie skrócić drogę do domu, Leszek przechodził po resztce betonowego fundamentu bramy. Ten szeroki na jakieś trzydzieści centymetrów, a długi na pięć metrów fundament wisiał nad głębokim i szerokim wykopem, w którym był już ułożony rurociąg. Brama rozebrano w trakcie robót przy kanalizacji, ale pozostał z niej, tylko ów fundament przebiegający w powietrzu nad wykopem i jeden betonowy filar wystający z tego fundamentu, a znajdujący się na skraju wykopu. Po tym betonie lekkomyślny Leszek przechodził na drugą stronę wykopu bo nie chciało mu się iść kilkaset metrów dookoła. W pewnym momencie, będąc już prawie u celu, stracił równowagę i spadłby tyłem na głowę, na betonowe rury, ułożone na dnie wykopu, ale udało mu się w ostatniej chwili wykonać jakiś dziwny ruch całym ciałem i wręcz cudem, złapać za niewielki kamień wystający ze wspomnianego filara bramy. Dzięki temu ruchowi odzyskał na chwilę równowagę, zrobił rozpaczliwy balans całym ciałem i skoczył z całych sił na skarpę wykopu, łapiąc się jego krawędzi. Potem pomału podciągnął się na rękach i wczołgał się na powierzchnię terenu otaczającego wykop. Nic mu się nie stało i pewnie nigdy by do tego wydarzenia nie powrócił, ale było inaczej. Jak się wygrzebał z tego wykopu to ruszył na skos przez pole do budynku zakonu, żeby się umyć. Przeszedł połowę drogi i nagle zapadł się, prawie po szyję, pod ziemię. W ostatniej chwili łokciami wsparłem się o murawę i z trudem wydostał się na powierzchnię. Stanął na nogi i ostrożnie zajrzał w co też wpadł, ale oprócz głębokiej dziury nic więcej nie widział. Dopiero później okazało się, że było to stare szambo, a Leszek wpadł do jednego z jego włazów. Ten właz był nakryty zgniłymi już teraz deskami do tego zarosłymi trawą i chwastami i dlatego był niewidoczny. Te dwa przypadki, które nastąpiły tak krótko po sobie ogromnie Leszka wówczas przestraszyły. Niestety nie wyciągnął z nich żadnego wniosku i szybko o nich zapomniał. Dopiero później, po latach zaczął o nich inaczej myśleć. Ale co z tego?
Kolejny raz upominam się o nijakiego Michała Dziębę ( ani on mój swat, ani nawet inny znajomy). Chodzi mi o mechanizm i rzeczywiste zasady działania mojego Państwa. Czy może zniknąć człowiek i nikt nie wie gdzie on jest i co z nim się stało?
A tym bardziej, że zadawał kłopotliwe (Trzaskowski) pytania i posiadał unikatową wiedzę?
Bez mojego komentarza.
Tak — po przeczytaniu 14 odcinków „Kindżała” moja ocena jest dziś wyraźnie wyższa niż po pierwszych częściach. Przede wszystkim dlatego, że opowieść przestała być tylko historią o niezwykłym indyjskim artefakcie, a zaczęła być historią o człowieku, jego życiu, wyborach, utraconych miłościach i konsekwencjach tych wyborów.
Moja ogólna ocena: 8/10
I już tłumaczę dlaczego.
1. Największa wartość „Kindżała” to Leszek
W moim odczuciu to właśnie Leszek jest prawdziwym „kindżałem” tej opowieści — nie przedmiot. Artefakt uruchamia wydarzenia, ale czytelnik coraz bardziej chce wiedzieć co stało się z Leszkiem i dlaczego stał się takim człowiekiem.
W 14. odcinku następuje bardzo ważne przesunięcie. Lekarz próbuje dotrzeć do psychiki Leszka poprzez wspomnienia, a słowo „Ewa” otwiera zupełnie nową przestrzeń jego przeszłości.
To jest moim zdaniem bardzo dobry zabieg.
2. Odcinki 13–14 są dla mnie przełomowe
Wcześniej historia była przede wszystkim przygodowa i tajemnicza. W 12. odcinku mamy jeszcze maharadżę, posążek, ukryte symbole, pieniądze i brylanty.
Potem następuje katastrofa i pobyt Leszka w szpitalu.
A w 14. odcinku zaczyna się właściwie śledztwo psychologiczne.
Lekarz zaczyna rekonstruować życie Leszka poprzez ludzi, którzy go znali. Najpierw żona, potem Mirek, Ewa, Eliza, problemy małżeńskie, pieniądze, córka, młodość. To daje opowieści drugie dno.
I właśnie to drugie dno uważam za najciekawszą część „Kindżała”.
Co szczególnie mi się podoba
Autentyczność.
Nie mam wrażenia, że próbuje Pan pisać „pod literaturę”. To jest opowieść człowieka, który coś przeżył, coś pamięta i coś sobie wyobraził. Ta niedoskonałość stylistyczna paradoksalnie może być częścią jej charakteru.
Druga rzecz to powolność Leszka. Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że główny wątek przyspieszy, ale bohater nie. I po 14 odcinkach uważam, że to była bardzo dobra decyzja.
Leszek nie jest typowym bohaterem sensacyjnej powieści. On jest trochę bierny, zagubiony, analizujący, uwikłany w przeszłość. Dzięki temu historia ma bardziej melancholijny charakter.
Co jest słabsze
Tu będę bardziej krytyczny niż wcześniej.
Największym problemem jest tempo.
W 14 odcinkach wydarzyło się bardzo dużo, ale część czytelników może mieć poczucie, że główna tajemnica związana z kindżałem została odsunięta na dalszy plan.
Drugim problemem są długie dialogi i bardzo rozbudowane informacje. W 14. odcinku rozmowa Mirka z lekarzem jest interesująca, ale miejscami można by ją skrócić o 20–30% bez utraty treści.
Trzecia rzecz: Ewa i Eliza są bardzo dobrym materiałem literackim, ale teraz trzeba uważać, żeby „Kindżał” nie zamienił się w opowieść wyłącznie o przeszłości Leszka. Tajemnica powinna nadal gdzieś pod spodem pracować.
I najważniejsze
Po 14 odcinkach widzę już coś, czego nie widziałem tak wyraźnie po 6 czy 8 odcinkach.
„Kindżał” zaczyna mieć własny charakter.
To nie jest klasyczny kryminał.
To nie jest klasyczna powieść przygodowa.
To nie jest też zwykła autobiografia.
To jest połączenie historii obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i trochę onirycznej, w której rzeczywistość miesza się ze snem.
I właśnie dlatego uważam, że nie powinien Pan teraz na siłę przyspieszać opowieści. Lepiej konsekwentnie prowadzić Leszka do momentu, w którym czytelnik zacznie rozumieć, co naprawdę wydarzyło się w jego życiu i jaki związek z tym wszystkim ma kindżał.
Gdybym miał ocenić poszczególne elementy:
Element Ocena
Pomysł 9/10
Postać Leszka 9/10
Tajemnica 8,5/10
Klimat 8,5/10
Emocje 8,5/10
Oryginalność 9/10
Język 7/10
Tempo 6,5/10
Potencjał całości 9/10
Najkrócej: po 14 odcinkach uważam, że „Kindżał” zasługuje na dalsze pisanie i — co ważniejsze — na próbę dotarcia z nim do szerszego grona czytelników.
I mam jeszcze jedną, chyba ważniejszą obserwację: odcinek 14 może być początkiem drugiej, znacznie ciekawszej części „Kindżała”. Mogę wskazać dokładnie, dlaczego właśnie odcinek 14 może być punktem zwrotnym całej powieści.
Popraw dokładność przy pracy z dokumentami i badaniami
Przejdź na plan Plus i korzystaj z rozszerzonego rozumowania, aby łączyć informacje z dokumentów, materiałów badawczych, plików i innych złożonych źródeł.
Wybierz plan Plus
Pan doktor dokładnie, a nawet wręcz bardzo dokładnie, przejrzał rzeczy przywiezione przez żonę Leszka. Na początek z tych oględzin owych materiałów, wybrał jeden album ze zdjęciami. Ze zdjęciami takimi stosunkowo starymi, takimi sprzed kilkudziesięciu lat. Sam nie wiedział dlaczego akurat ten album wybrał, lecz intuicja mu podpowiedziała, że to może być coś w tej sprawie ważnego. Jako dobry psychiatra kierował się przede wszystkim wiedzą i doświadczeniem, ale obecnie po latach pracy coraz częściej kierował się właśnie intuicją lub jakimś przekonaniami, które sam nie wiedział dlaczego się w jego umyśle pojawiały. Z doświadczenia wiedział także, iż we wielu przypadkach leczenia swoich pacjentów często o sukcesie wyleczenia lub chociażby poprawy ich stanu zdrowia decydowały z pozoru sprawy drobne lub mało istotne patrząc z punktu prawidłowego przebiegu procesu leczenia. I coś mu podpowiadało, że w przypadku choroby Leszka może tak właśnie być.
A potem, niby przypadkiem, zostawił ten album na szafce przy łóżku Leszka. Parę razy dziennie zaglądał do pokoju Leszka chcąc się przekonać czy dostrzeże chociaż minimalną zmianę w jego nastroju lub zachowaniu. Niestety niczego takiego nie zobaczył.
Po tygodniu braku jakichkolwiek efektów zastosowania tej specyficznej i nietypowej albumowej terapii, pan doktor pomyślał - a może jednak trzeba postąpić inaczej? Dlatego też po kolejnych kilku dniach postanowił zatelefonować do Mirka, do jedynego, według słów jego żony, przyjaciela Leszka. Jak postanowił tak zrobił. Sądził, że jak zdjęcia nic nie pomogły to może przyjaciel coś podpowie lub znajdzie jakiś chociaż mały kluczyk do leszkowego umysłu. Zatelefonował i poprosił pana Mirka o wizytę w szpitalu. Mirek od razu ochoczo się zgodził. Po kolejnym tygodniu pan doktor zobaczył przed sobą miłego blondyna, średniego wzrostu z niewielkim brzuszkiem i o ujmującym, sympatycznym wyrazie twarzy, którego wiek ocenił na około pięćdziesiąt lat. Przyjrzał mu się uważnie i od razu pomyślał, że ta wizyta może stanowić przełom w dotarciu do tego co gnębi jego pacjenta.
Rozmowa z Mirkiem, od razu potoczyła się żwawo i ciekawie. Pan Mirosław dużo i interesująco mówił o Leszku. A przede wszystkim, zaraz na wstępie, podziękował panu Bondyrze za szczególne zainteresowanie się jego przyjacielem i za zaproszenie go do szpitala. Po krótkiej rozmowie, podobnie jak w przypadku spotkania z żoną Leszka, przeszli do niewielkiej salki, w której samotnie, od ponad dwóch lat, przebywał Leszek.
Tuż po wejściu pierwszy odezwał się Mirek mówiąc do Leszka, po prostu - cześć. I wtedy po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu Leszek wypowiedział jedno słowo - Ewa. Po czym zamilkł i tylko nieznacznie się uśmiechał, a potem w dziwny sposób wodził wzrokiem za Mirkiem.
Panowie posiedzieli z Leszkiem prawie pół godziny, lecz nic istotnego więcej już się nie wydarzyło. Dlatego pożegnali się z nim kiwając głowami i mówiąc - do zobaczenia. Po czym przeszli do lekarskiego gabinetu. Gdy tylko usiedli na krzesłach, po przeciwnej stronie biurka, pan Bondyra powiedział - mamy go!. Mirek nie bardzo rozumiejąc co pan doktor ma na myśli zapytał - co znaczą pana słowa, panie doktorze? Otóż proszę pana, jak uczy nas fachowa literatura i doświadczenie, jeżeli pacjent wypowiedział jedno słowo to wypowie, na pewno następne słowa. Tylko kiedy i na skutek jakich bodźców to tego nigdy nie wiadomo, gdyż to są konkretne, indywidualne przypadki i nie ma tutaj żadnej reguły.
Na początek niech mi pan powie o co chodzi z tym imieniem Ewa i dlaczego nie wypowiedział pana imienia, lecz powiedział właśnie to słowo? Ewa to była pierwsza miłość Leszka. Taka prawdziwa, taka młodzieńcza, co to pozostaje dla wielu zawsze najważniejszą do końca życie i bez względu na to jak potoczą się potem losy zakochanych. Ewa była wspaniałą, inteligentną dziewczyną z wielkim temperamentem i niezwykłymi pomysłami we wielu dziedzinach życia. Zawsze była uśmiechnięta i zadowolona, a śmiech miała głośny i perlisty, który zarażał wszystkich wokół. Potrafiła, nie tylko pozytywnie zaskakiwać, ale była konsekwentna i uparta w dążeniu do realizacji swoich rozlicznych pomysłów. Leszek kochał się w niej, jak to się mówi, na zabój. Trwało to parę lat. Jak się poznali to Leszek miał siedemnaście, a ona piętnaście lat i była ponad wiek rozwinięta zarówno umysłowo jak i fizycznie. Bardzo często, szczególnie w naszej młodości, ale także i później Leszek wracał w rozmowach do Ewy. Niestety, gdy Ewa skończyła osiemnaście lat jej rodzice przeprowadzili się do Poznania. Leszek w tym czasie rozpoczął już studia w Bydgoszczy i przez jakiś czas utrzymywali jeszcze znajomość, ale później Ewa poznała innego i miłość się skończyła.
Pamiętam, że Leszek strasznie to przeżywał. Wtedy nasze kontakty były dosyć częste i pośrednio brałem w tym udział. Próbowałem go pocieszać, ale bez skutku. Chodził smutny, zadumany, jakiś taki rozkojarzony, jednym słowem nie ten Leszek. Dopiero, gdzieś tak po roku się ogarnął, poznał wtedy swoją przyszłą żonę i pomału wrócił do dawnego zachowania, do dawnej żywotności i dawnego trybu życia. Jednak o Ewie rozmawialiśmy często i nigdy Leszek jej nie zapomniał i chyba, tak mi się wydaje, nigdy już nie był tak szczęśliwy jak wtedy, w ciągu tych kilku lat spędzonych z Ewą. Ależ to rewelacyjna wiadomość dla mnie proszę pana. Czy ma pan jakiś kontakt z tą panią Ewą? Ona pewnie mogłaby nam ogromnie pomóc w przywróceniu Leszka do normalnego życia. Niestety panie doktorze, ale Ewa już nie żyje. Zmarła jakieś dwa lata temu na raka. Dowiedziałem się o tym od jej rodziców, którzy mają rodzinę mieszkającą w pobliżu mojego domu i co jakiś czas, pomimo już bardzo zaawansowanego wieku, przyjeżdżają do krewnych. Także i Ewę widziałem wielokrotnie jak z nimi przyjeżdżała, ale nigdy z nią osobiście nie rozmawiałem, a byłoby o czym. Jednak bałem się reakcji zarówno jej jak i Leszka i, aby nie rozdrapywać starych ran, nawet mu o tym nigdy nie powiedziałem. Miała męża i dwójkę dzieci to po co miałbym ją niepokoić i zakłócać jej życie. To smutne co pan mówi, a już tak się ucieszyłem z powodu dzisiejszego wydarzenia. No cóż takie jest życie i niestety często jak robimy krok do przodu to potem musimy zrobić dwa do tyłu.
A może panie Mirosławie zna pan inne osoby, które mogłyby podobnie jak pan wpłynąć na pana Leszka? Nikt mi do głowy nie przychodzi. Kiedyś Leszek miał wielu przyjaciół, z którymi podróżował, imprezował, pracował czy uprawił swój ulubiony tenis i żeglarstwo, ale ostatnimi czasy, a widziałem Leszka po raz ostatni przed tym wypadkiem, jeszcze zanim wyjechał do Podkowy Leśnej, czyli ponad cztery lata temu, o nikim takim mi nie wspominał. Potem już tylko czasami rozmawialiśmy telefonicznie, ale także nie wspominał mi o żadnej bliskiej osobie. A przy naszym ostatnim spotkaniu, które miało miejsce w moim domu i podczas którego wypiliśmy sporo, Leszek szczególnie się otworzył i próbował się mnie radzić co ma dalej robić z żoną. Rozmawialiśmy także dużo o tej propozycji jego kolegi Zdzisława dotyczącej pracy w tej podwarszawskiej miejscowości, jednak nic nie wspomniał o żadnej kobiecie, czy innej bliskiej znajomości. Wspominaliśmy jak zawsze Ewę i dużo mówiliśmy o naszych przeżyciach z młodych lat. Ale przypominam sobie o jeszcze jednej kobiecie Leszka. Ta dziewczyna miała na imię Eliza. W tamtym okresie, gdy się znali, a było już to po tym jak zaczęły się kłopoty Leszka dotyczące spraw małżeńskich. Po paru latach zerwali ze sobą i nic więcej na ten temat nie wiem.. Leszek, gdy się spotykaliśmy czasami mi o niej opowiadał, ale to były takie rzekłbym, że oficjalne relacje i trudno było wyczuć w jego słowach jakieś głębsze uczucia do tej kobiety.
Ale, ale pani Mirosławie, gdy już pan wspomniał o kłopotach z żoną to może powie mi pan coś więcej – dlaczego tak się poróżnili? Może pan coś o tym wie, to dla mnie bardzo ważne, a żona Leszka jakoś nie chciała na ten temat rozmawiać. Według mnie to przede wszystkim poszło o pieniądze. Leszek, od drugiej połowy lat osiemdziesiątych, przez około dziesięć lat, był bardzo zamożnym człowiekiem, a i przedtem także dobrze mu się wiodło. Wówczas wszystko się dobrze między nimi układało. Niestety później już mu tak dobrze nie szło i żona ciągle miała do niego pretensje i to dosłownie o wszystko. I jak to w życiu – od słowa do słowa, od zdarzenia do zdarzenia, od kłótni do kłótni, najpierw był brak zrozumienia, a potem to pewnie i wzajemna narastająca niechęć, a czasami nienawiść i wrogość. Nie potrafili tego przezwyciężyć, tym bardziej, że córka skończywszy dwadzieścia lat wyjechała do Francji niby się uczyć, ale nic z tego nie wyszło i to jeszcze bardziej ich rozdzieliło. Żona miała do Leszka pretensje, że to jego wina, iż córka ich opuszcza, a potem miała pretensje, że córka zamiast się uczyć to podjęła pracę i to jako kelnerka, a ona miała takie wielkie ambicje, w stosunku do niej. I tak się to potoczyło. Sam pan doktor rozumie. Może były także inne powody, lecz Leszek mi o nich nigdy nie wspominał. No tak, takie sytuacje są dosyć powszechne i zawsze bardzo przykre, ale wróćmy, panie Mirosławie, do tej pani Elizy. Pamiętam z opowiadań Leszka, że Elizę poznał w banku, w którym pracowała, a on był klientem tego banku. Pewnego razu jechali razem windą z czwartego piętra na parter i Leszek zaproponował odwiezienie do domu. I tak to się zaczęło. Ta znajomość trwała około parę lat, a Leszek zawsze w rozmowie ze mną nazywał Elizę kobietą swoich dorosłych lat. Z tego co opowiadał wyłaniał się obraz łagodnej i spokojnej dziewczyny. Już dobrze nie pamiętam, ale pamiętam, że Leszek był od niej starszy o jakieś dziesięć lat. A wiem to dlatego, że nawet opowiadał mi o chęci rozwodu z Wiesią i o zamiarze poślubienia Elizy. Rodzina Elizy była przeciwna takiemu związkowi z uwagi na tą różnicę wieku, a Eliza była bardzo przywiązana do rodziców. Miała także dwie starsze siostry, które również odwodziły ją od takiego kroku. Kto wie czy gdyby nie postawa rodziny Elizy ich życie nie potoczyłoby się zupełnie inaczej i do dzisiaj byliby razem? Eliza była ładną, niewysoką, szczupłą dziewczyną. Wyróżniała się gęstymi, długimi do ramion, kręconymi, kasztanowymi włosami i owalną buzią o niewinnym wyglądzie. Leszek wspominał w tamtym okresie o wielu wspólnych przeżyciach i zawsze mówił o niej z wielkim szacunkiem i radością. Ta jego kobieta dorosłych lat na początku ich znajomości, chyba tak po roku bardzo chciała się z Leszkiem związać na stałe, a on się zastanawiał, analizował, myślał o córce i żonie. Po kilku latach znajomości, jak był bliski podjęcia tej decyzji to Eliza z kolei zaczynała mieć wątpliwości i to głównie, jak już mówiłem za sprawą rodziny. A potem okazało się także, iż pod koniec ich wspólnej znajomości miała już innego chłopaka, a był nim jej dawny szkolny kolega. I tak to panie doktorze, jak zapewne sam pan najlepiej wie, bywa, według starej zasady, że w tym największy jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Ich znajomość się skończyła. Szkoda tego związku z Elizą. Pewnie dzisiaj Leszek byłby innym człowiekiem, ale co zrobić? Stało się i już tego nie zmienimy. Dużo więcej o Elizie już panu nie opowiem, gdyż wiele więcej nie wiem. Dziękuję za to co pan już powiedział, panie Mirku, to i tak bardzo dużo i bardzo cennych, z mojego punktu widzenia, informacji. Jak jednak odnaleźć tą Elizę? Nie mam pojęcia panie doktorze. Mam tutaj karton różnych rzeczy Leszka przywiezionych przez jego żonę, może pan potrafi w nich coś odszukać? Mirek przejrzał pobieżnie rzeczy w kartonie i powiedział: - widzę to wszystko po raz pierwszy i nie mam pojęcia gdzie i czego szukać, ale jak przewertujemy te różnorakie kalendarze i zeszyty z zapiskami to może coś znajdziemy. Och, nie będę pana trudził, sam później spróbuję to zrobić. Bardzo panu dziękuję za wizytę i za informacje. Naprawdę dużo mi pan pomógł. Serdecznie się pożegnali i pan doktor powrócił do swoich obowiązków, a Mirosław pojechał autem do domu.
Naprawdę nie ma sensu komentować tego co poniżej. A jeżeli ktoś ma inne zdanie to chętnie z tym innym zdaniem chciałbym podyskutować.
Po kilku informacjach na tym moim blogu o ohydnym Czarzastym pora na przedstawienie jego kumpla czyli rzecz o nijakim Jerzym Urbanie.
Poniżej kopia z moich regularnych wieloletnich zapisków. Tym razem z marca 2003 roku
To zdjęcie mojej żony Ludmiły. Wykonałem je w kwietniu 2023 roku przed hotelem w urbanizacji La Zenia (Costa Blanca)
To były cudowne chwile.
Rozpoczynam nowy cykl pod tytułem jak wyżej. To zdanie już pod koniec XV wieku wypowiedział najgenialniejszy (moim zdaniem) człowiek w historii ludzkości.
Zawsze i wszędzie ta myśl się potwierdza.
Dlatego dzisiaj przypomnę co napisałem o nijakim Czarzastym w moich systematycznie prowadzonych notatkach w marcu 2003 roku.
Gdybym był owym Czarzastym ( o ironio marszałkiem sejmu mojej ojczyzny) to powiedziałbym, że sprawiedliwość zawsze triumfuje. |
Dzisiaj prezentuję zdjęcie fragmentu naszej działki przy ulicy Kolonijnej numer pocztowy 67 w Niemczu. Zdjęcie wykonałem w sierpnia 1996 r. roku. Czyli 30 lat temu.
Ten miły i orzeźwiający wietrzyk przynosił nadzieję na zmianę. Na zmianę oczekiwaną od tak wielu dni. Na zmianę pogody, którą dotychczas były długo już trwające, niesamowite upały. Ten wietrzyk, zapewne wszystkim dawał ulgę i odrobinę wytchnienia. Jednak szybko zaczął rosnąć w siłę. I już po kilkunastu minutach zmieniał się z wietrzyka w wiatr, a zaraz potem zaczął się zamieniać w wichurę. Po kolejnych minutach na niebie zaczęły pojawiać się, najpierw białawe i siwe chmury, a potem chmury coraz ciemniejsze i ciemniejsze. Wyraźnie było widać i czuć, że zaraz stanie się coś niedobrego. Odległe na początku słabe grzmoty narastały i pojawiły się pierwsze błyskawice. Co na pewno zwiastowało nadchodzącą srogą burzę. Wiatr nadal wzmagał się z każdą minutą i już zaczynał przechodzić w nawałnicę, Unosiła ona w powietrze tumany piasku i śmieci, które zalegały na niezbyt starannie sprzątanych jezdniach i chodnikach. Po paru kolejnych minutach coraz silniejszy wicher zaczął przyginać drzewa, zrywać z nich liście i owoce, a także targać i niszczyć kwiaty oraz inne rośliny. W ciągu kwadransa zrobiło się prawie ciemno, chociaż było dopiero około godziny szesnastej, co w połowie lipca oznacza pełnię dnia. Huragan wył niemiłosiernie, a bardzo częste błyskawice i głośne grzmoty wprost zaczęły przerażać. Leszek obserwując to wszystko z miejsca przed sklepem, gdzie przed kilkunastoma minutami pożegnał maharadżę i jego syna, i jeszcze pełen niesamowitych wrażeń związanych z pobytem u niego tak niezwykłych i niespodziewanych gości, pełen dziwnego niepokoju wszedł do sklepu, usiadł przy ladzie i próbował rutynowo robić tygodniowe zamówienie na brakujące lub kończące się wina. Nie mógł się jednak skupić na żadnej pracy i ciągle wracał myślą do szczegółów minionej dopiero co wizyty. Próbował odgonić te myśli od siebie i zająć się czymś konkretnym, ale nie umiał i nie mógł. Siedział i myślał o figurce, o maharadży, o jego synu, a przede wszystkim o pieniądzach i brylantach, które schował do swojego sejfu.
Zaś na zewnątrz żywioł cały czas przybierał na sile. Teraz już błyskało co kilka sekund, a towarzyszące błyskawicom potężne grzmoty wprowadzały coraz większy niepokój do Leszka umysłu. Do tego zaczął padać grad wielkości ziaren fasoli, uderzając z wielkim hałasem w sklepowe okna, w dach i, we wszystko co go otaczało. Robiło się coraz groźniej, coraz bardziej ponuro i wręcz niesamowicie.
Leszek z przerażenia siedział jak skamieniały na swoim obrotowym fotelu i myślał, że takiej intensywnej i potężnej burzy jeszcze w swoim życiu nie przeżywał. A ten niesamowity huragan nadal rósł w siłę, a grad z deszczem jeszcze się wzmagały, a błyskawice o najróżniejszych kształtach i formach oświetlały, niemalże bezustannie, prawie czarne niebo. Grzmoty nie cichły i Leszek zaczął się naprawdę bać. Już miał wstać, opuścić rolety, zamknąć sklep i pójść do swojego mieszkania, gdy nagle, w powstałej przez chwilę ciszy, rozległ się nieprawdopodobnie potężny grzmot, tuż po nim niesamowicie wielki huk, a po paru sekundach coś runęło na dach sklepu, niszcząc prawie cały budynek i natychmiast potem jeszcze przytomny Leszek poczuł zapach spalenizny, a za chwilę zobaczył ogień. Nie bardzo wiedząc co się dzieje upadał na podłogę przygnieciony pewnie kawałkami rozbitego dachu. Jeszcze resztką sił zrzucił z siebie drewniane elementy tego dachu, które na nim leżały a potem poczuł jak zaczynają się palić na nim spodnie i koszulka. Instynktownie, nie bardzo wiedząc co robi, zdołał odczołgać się parę metrów w stronę wyjścia na zapleczu, jeszcze raz ostatkiem sił przeczołgał się przy sejfie z dopiero co otrzymanymi skarbami, otworzył, na szczęście nie zamknięte przez Jacka, drzwi na podwórze, przebył jeszcze nadludzkim wysiłkiem parę metrów, a potem stracił świadomość i popadł w nicość.
Tak to w ciągu jednej niepełnej godziny Leszek z samych wyżyn ziemskiego Nieba trafił na najgłębszy poziom ziemskiego piekła.
CZĘŚĆ IV
Powolny powrót.
Leszek odzyskał przytomność w szpitalu dopiero po dwóch tygodniach. Niestety nie odzyskał świadomości. Chociaż reagował na mowę, gesty, dotyk to jednak nie czynił tego świadomie. Nic do niego nie docierało. Był jakby nieobecny duchem. Zaczął pomalutku przyjmować podawane mu łyżeczką, a nie, jak do tej pory kroplówką, pokarmy i napoje, wodził oczyma za personelem szpitalnym i reagował na głos. Niestety nie odzywał się i nie rozumiał co się do niego mówi. Rozległe oparzenia, potężne i wielokolorowe sińce, liczne otarcia i zadrapania zaczynały się goić, ale umysł nadal szwankował. Lekarze nie stwierdzili żadnych uszkodzeń wewnętrznych, ani złamań czy zwichnięć, co w przypadku takiego zdarzenia było prawie, ich zdaniem, cudem. Lekarz prowadzący powiedział na naradzie o trzymiesięcznej niezbędnej kuracji. Twierdził, że po tym czasie, pomimo blizn i różnych nie do końca wyleczonych skaleczeń, Leszek mógłby wrócić do normalnego życia. Jednak co do stanu umysłu i powodów takiego zachowania się Leszka, nie miał żadnych hipotez. Dokładne badania głowy nie wykazały uszkodzeń i było wiadomo, iż taki stan pacjenta był wynikiem urazu psychicznego, a nie fizycznego. Szybko minęły trzy miesiące pobytu w szpitalu. Stan fizyczny Leszka poprawił się bardzo, ale stan umysłu był niezmienny. Brak było jakichkolwiek świadomych reakcji na zewnętrzny świat.
Lekarze zaczynali się zastanawiać co dalej zrobić z tym pacjentem. Badania psychiatryczne nie przyniosły odpowiedzi na pytanie jaki jest powód takiego zachowania i jak je można leczyć. W ciągu całego ponad trzymiesięcznego pobytu we warszawskim szpitalu, tylko raz Leszka odwiedziła jego żona, która poinformowała lekarzy o wszczętej sprawie rozwodowej oraz o braku zainteresowania swoim, już teraz byłym, jak samo to określała, mężem. Dom był wynajęty i Leszek nie miał dokąd wrócić. Sklep w Podkowie Leśnej był spalony, a mieszkanie uszkodzone. Zresztą bez ciągłej opieki, Leszek nie dałby sobie rady. Ponieważ nadal był zameldowany na stałe w pod-bydgoskiej miejscowości to w końcu po licznych konsultacjach i uzgodnieniach, wysłano Leszka do szpitala dla psychicznie i nerwowo chorych w Świeciu nad Wisłą. Jest to największy szpital tego typu w województwie, w którym Leszek mieszkał. Ma on liczny, doskonale wyszkolony personel, a także wielu specjalistów od nawet najbardziej unikatowych chorób, również tego typu jaka przytrafiła się Leszkowi. Pod koniec października zawieziono Leszka karetką do tego szpitala. Tam został poddany wielotygodniowym badaniom, eksperymentom psychiatrycznym i najróżniejszym stosowanym w tego typu przypadkach, terapiom. Niestety, po pół roku intensywnych badań i leczenia, nic się nie zmieniło. Otępienie Leszka pozostało takie samo, chociaż cały organizm funkcjonował już normalnie. Liczni specjaliści badający Leszka nie mogli dojść do wspólnego wniosku jak skutecznie go leczyć. Co jakiś czas zmieniano terapię, lecz niestety wszystko na próżno. Specjaliści byli zgodni, iż to się stało na skutek ogromnego szoku, ale żaden z nich tak naprawdę nie wiedział jak odblokować umysł Leszka.
Tak minęły dwa lata. Przyszła jesień 2007 roku, a z nią do szpitala przybył nowy specjalista od psychiatrii, doktor nauk medycznych pan Józef Bondyra. Był to stosunkowo młody, czterdziestoletni, szczupły, łysiejący blondyn o wyrazistych oczach i ogólnym wyglądzie wzbudzającym zaufanie. Opanowany, spokojny, świetny specjalista, jeszcze z ambicjami i misją do spełnienia w swoim życiu. Po zapoznaniu się z podległymi mu pacjentami, wybrał trzech z nich, na których postanowił zwrócić szczególną uwagę, gdyż był przekonany o możliwości ich wyleczenia lub przynajmniej znacznej poprawy ich stanu psychiki. Wśród tej trójki znalazł się także Leszek. Pan doktor Bondyra zbadał go bardzo gruntownie, dokonał szczegółowego wywiadu z jego życia, zapoznał się z opisem zdarzenia, które stało się powodem takiej sytuacji Leszka, a także dotychczasowym przebiegiem leczenia. Na początek poprosił także żonę Leszka o wizytę w szpitalu oraz o przywiezienie kilku wybranych rzeczy osobistych Leszka typu albumy ze zdjęciami, notatniki, kalendarze z zapiskami i inne podobne tego typu przedmioty. Żona Leszka , która już rok wcześniej uzyskała decyzję sądu o ubezwłasnowolnieniu swojego męża, nie bardzo chciała przyjeżdżać, rozmawiała niechętnie i zdawkowo, lecz doktor Bondyra nie ustępował i po trzecim telefonie w ciągu paru tygodni, w końcu zdecydowała się na przyjazd. W piękne październikowe przedpołudnie, pełne kolorów i babiego lata, zjawiła się w gabinecie doktora Bondyry przystojna, szczupła, elegancka kobieta w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat. Przedstawiła się z nazwiska i postawiła na biurku doktora spory karton różnych rzeczy Leszka, o które on prosił. Po krótkiej rozmowie poszli z wizytą do Leszka, ale ten jak zwykle nie odzywał się i nie reagował na pytania swojej żony, która szybko się zniechęciła i zaczynała być poirytowana takim zachowaniem męża dlatego już po kilkunastu minutach wrócili do gabinetu pana doktora. Tutaj, żona Leszka najpierw poinformowała doktora, że jest w trakcie finalizowania sprzedaży ich wspólnego domu, którym ona obecnie zarządza. I zaraz dodała, że niewiele z uzyskanych ze sprzedaży pieniędzy zostanie dla Leszka. Dom miał niespłacony kredyt, a dodatkowo przed sprzedażą dokonała wielu remontów, które także sporo kosztowały. Doktor Bondyra wypytywał ją szczegółowo, gdzie Leszek będzie mógł zamieszkać i z czego się utrzymywać, gdy wyjdzie z zakładu, gdyż jest on przekonany o możliwości jego wyleczenia. Niestety nie u mnie - odpowiedziała, ja mam już innego partnera i po uzyskaniu rozwodu, co także ma niedługo nastąpić, zamierzam się z nim pobrać - dodała. Mogę tylko po szczegółowym rozliczeniu przekazać mojemu byłemu mężowi kwotę, która z tych rozliczeń wyniknie. Potem pan doktor wypytywał żonę Leszka o jego bliskich, przyjaciół i ewentualnie inną kobietę. Chcąc polepszyć klimat rozmowy lekarz zapytał - a jak ma pani na imię pani Marcinkowska. Jeszcze Marcinkowska - odpowiedziała, a na imię mam Wiesława. Pani Wiesiu czy może mi pani opowiedzieć o jakiś szczególnych zdarzeniach z waszego wspólnego życia, albo o jakiś szczególnie wam bliskich osobach? Jeżeli chodzi o zdarzenia to już od wielu lat, grubo ponad dziesięciu, żyliśmy nie razem, a raczej obok siebie. Różne były tego powody i nie chcę o nich mówić. Co do najbliższych Leszka to także niewiele mam do powiedzenia. Mama Leszka to już prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszką, z tego co wiem to od paru lat nie wychodzi z domu i chyba niemożliwym jest, aby przyjechała. A nawet gdyby się tak stało to Leszek zarówno z mamą jak i z trójką swojego rodzeństwa, nie miał jakiś mocnych związków emocjonalnych. Już od dawna spotykał się z nimi tylko okazjonalnie i nie łączyły ich jakieś specjalnie silne więzy rodzinne. To długa historia i dosyć skomplikowana, wywodząca się jeszcze z dzieciństwa mojego męża, ale nie sądzę, żeby jej opowiedzenie coś panu doktorowi dało. Zresztą ja znam tylko niektóre sprawy i mogłabym coś pokręcić, albo źle opowiedzieć i zamiast pomóc to jeszcze bym bardziej zaszkodziła. Nie ma pani racji, właśnie takie opowiedzenie o problemach męża i to wywodzących się, aż z dzieciństwa, mogłoby tutaj wiele pomóc, lecz jeżeli pani nie jest pewna jak było i nie pamięta szczegółów i mogłaby mnie źle poinformować to może i racja. Chociaż chętnie jednak posłuchałbym nawet tej pani wersji - odrzekł pan doktor.
To może przejdźmy do innego tematu, a o tamtym porozmawiamy kiedy indziej. Czy może mi pani powiedzieć coś o waszych lub Leszka przyjaciołach oraz o jego związku z innymi kobietami. O innych kobietach to nic nie wiem, a co do przyjaciół to wspólnych nie mamy już od dawna, gdyż jak wspominałam, żyliśmy w innych światach, natomiast co do przyjaciół Leszek to miał on kilku. Jednak jak mu zaczęło gorzej iść w interesach, kontakty zaczęły się ograniczać, a potem zrywać i w końcu osoby, o których mówię, chyba przestały być jego przyjaciółmi, chociaż do końca nie jestem tego pewna. I co z nikim się pan Leszek nie spotykał, nie przyjaźnił? Z ostatnich przeżytych wspólnie lat, z tego co pamiętam to została mu tylko jedna bliska osoba. To jest jego przyjaciel jeszcze ze szkoły średniej, Mirek Zdanowski. On jeden dosyć regularnie do nas przyjeżdżał, tak parę razy w roku, a i mąż także do niego czasami jeździł. Mirek mieszka w niedużym wielkopolskim mieście, ma tam swój dom i liczną rodzinę. Pamiętam jak Mirek, kiedyś dawno temu, opowiadał, że już po dwóch latach wspólnej nauki, jego rodzina zaczęła traktować Leszka jak drugiego syna, a nie miał on brata, lecz tylko siostrę. Zapraszali go na uroczystości rodzinne, na wakacje, na odpusty, gdyż wtedy jeszcze mieszkali na wsi i przy wielu innych okazjach. Zawsze był mile u nich widziany i bardzo dobrze przyjmowany. A potem jak poszedł na studia to tym bardziej. Cieszyli się razem z nim z jego świetnych wyników w nauce i innych licznych sukcesów. Później już za naszych wspólnych czasów, pamiętam także, iż bardzo lubił jeździć do Mirka i jego rodziny. Zawsze wracał z tych wyjazdów zadowolony. Czasami jeździłam z nim, ale mnie jakoś, zresztą ze wzajemnością, nie polubili. Tak, to chyba jedyna, oprócz naszej córki, bliska Leszkowi osoba, którą znam. A może ma pani jakiś kontakt do tego pana Mirosława? A tak mam aktualny telefon, bo nawet parę miesięcy temu dzwonił do mnie i wypytywał o stan Leszka. I co pani powiedziała? Powiedziałam prawdę bo akurat krótko, przed tym telefonem Mirka, jakieś pół roku temu, byłam z wizytą u męża. Byłam razem z córką, która specjalnie przyjechała z Francji na tą okoliczność. Niestety Leszek tylko dziwnie na nas patrzył, nie odzywał się i nie reagował na nasze pytania i opowiadania córki o jej życiu. Byliśmy u niego z pół godziny, potem jeszcze rozmawialiśmy z jednym z lekarzy i pojechałyśmy smutne i niepocieszone do domu.
Pan doktor nie zareagował na ten nagły przypływ, niby uczucia do Leszka, wyrażony przez panią Wiesławę w relacji z poprzedniej wizyty u męża, a tylko zapytał - a jak pani może porównać wrażenie z tej poprzedniej wizyty z wrażeniem z dzisiejszego pobytu u męża? Moim zdaniem nic się nie zmienił, chociaż dzisiaj wyglądał fizycznie znacznie lepiej i wydawał mi się bardziej ożywiony. Czułam jego przenikliwy wzrok i zauważyłam, a przynajmniej odniosłam takie wrażenie, parę ruchów głową na potwierdzenie lub zaprzeczenie tego co mówiłam. Czegoś takiego z poprzedniej wizyty nie pamiętam. Jednak może to mi się tylko tak zdawało, pewności nie mam. No cóż dziękuję pani za wizytę, za rzeczy i spostrzeżenia oraz odpowiedzi na moje pytania. Mam nadzieję na dalszą współpracę, która moim zdaniem, może dużo pomóc jeszcze aktualnemu, pani mężowi, pani Wiesiu. Co pani na to? Pomoże mu pani? Raczej nie. Raczej proszę na mnie nie liczyć. Jak panu mówiłam zaczynam nowe życie i mój partner, a niedługo mąż, już bardzo niechętnie patrzył nawet na tę wizytę. Rozumiem panią. Trudno będziemy musieli poradzić sobie bez pani. Jeszcze raz dziękuję i pozwoli pani odprowadzić się do samochodu. Ależ oczywiście panie doktorze będzie mi bardzo miło. Rozstali się przy samochodzie pani Wiesławy i zaraz po jej odjeździe pan doktor mocno się zamyślił nad losami swego pacjenta, ale też, już po chwili uznał wizytę pani Wiesi za udaną. Za wizytę, która przyniosła mu dużo informacji i nowy punkt zaczepienia do dalszego leczenia tego jak mu się wydawało bardzo sympatycznego pacjenta.
Ten Tusk to polska obecna tragedia i tak jednoznacznie oceni go historia.
Jednak chciałbym zadać kłam jego twierdzeniom z kampanii wyborczej PO z roku 2023, kiedy na jednym z wieców wyborczych mojemu równolatkowi na zapytanie co sądzi o odszkodowaniach wojennych od Niemców dla Polaków - odpowiedział - a z jakiej paki one się panu mogą należeć?
Poniżej tekst, który ukazuje, że się należą. Bo taka lub podobna była historia milionów Polaków w trakcie II Wojny Światowej.
Leszek
To pewnie z jakiejś literatury, ale nie kojarzę z której książki.
OdpowiedzUsuń"Ostatnia Brygada" Tadeusza Dołęgi Mostowicza?
OdpowiedzUsuńzgadza się?
Oczywiście.
OdpowiedzUsuńgdzie administrator - brakuje nowych wpisów. pobudka!
OdpowiedzUsuńKoryto,koryto i długo długo....koryto. Co to sumienie? Czy to wszystko już było? Oczywiście TAK. Co tu mówić, człowiek jest w każdej epoce taki sam: chciwy, pazerny,obłudny, samolubny, aspołeczny...Na szczęście nie liczni są po prostu porządnymi ludżmi i dzięki nim są zmiany społeczne. Trzymam kciuki za zmiany na korzyść większości Polaków.
OdpowiedzUsuń