| Zdjęcie wykonałem w Wągrowcu 15.10.2000 roku. Imieniny mojej mamy. |
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Posłuchałem pana Marka Wocha https://www.youtube.com/watch?v=GE-nzlPIuiU i pod tym wywiadem zamieściłem swój komentarz:
Poniżej ów komentarz:
Pan Woch dobrze mówi, ale w polityce nie wystarczy mieć rację, ale trzeba mieć siłę, aby swoje racje wprowadzić w czyn (nijaki Niccollo). Ten czyn to ogłupienie większości elektoratu, aby was wybrała. A tutaj to demagogia, populizm, bezczelność (nijaki Czaczkowski) i wszelkie inne formy uwodzenia tak zwanego elektoratu. Zdrowy rozsądek zanika w owym procesie uwodzenia, a decydują jednostki. Cała historia ludzkości to namiętności indywidualnych natur (Niccollo). Zaś owi wielcy w owych sprawach wielkich, są tacy sami jak w swoich sprawach zwyczajnych, indywidualnych, codziennych. Krótko mówiąc to lider (zły jak tusk) lub dobry jak Morawiecki, decydują za nas i o nas. Ludzie niestety są w swojej większości tak głupi, że dają się uwodzić bo zawsze bardziej wierzą w to o czym są przekonani, a nie w to co naprawdę jest.
Przypominam moje życzenia jakie składałem czytelnikom mojego bloga na koniec 2013 roku, czyli 12 lat temu. Moim zdaniem wszystkie są aktualne i niezrealizowane.
Jeżeli ktoś się pokusi przeczytać te niespełnione obietnice to proszę o komentarz.
Dziesięć lat temu miałem dziwny sen, a najdziwniejsze jest to, że ten sen trwał podczas dwóch kolejnych nocy i wszystko w nim było spójne i logiczne, a przecież zazwyczaj sny takie nie są, a ten sen lub raczej dwa sny, takie były.
Treść tego snu posłużyła mi jako fabuła do napisania książki, której dałem tytuł "Kindżał".
Poniżej pierwsza część prologu, w którym zapoznajemy się z głównym bohaterem tej opowieści.
Po prologu zacznie się akcja powieści.
Kindżał - Prolog
Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Leszek Marcinkowski był blisko czołówki ówczesnych bydgoskich biznesmenów. O jego sukcesach można było przeczytać w lokalnej prasie, albo dowiedzieć się na licznych spotkaniach gildii kupieckiej, lub w innych, powstających wówczas, organizacjach skupiających różnych przedsiębiorców. Przedsiębiorców, którzy bardzo licznie odradzali się w tej nowej polskiej demokracji. Już od końca lat osiemdziesiątych Leszek był współwłaścicielem sporych, jak na tamte czasy prywatnych firm. Były one dobrze rozpoznawalne na lokalnym rynku. Miały silną pozycję w branży budowlanej i handlowej. Leszkowi wówczas wiodło się naprawdę świetnie. Dysponował prawie wszystkim o czym marzył normalny człowiek w ówczesnej polskiej rzeczywistości. I do tego był przed czterdziestką i cały świat w jego wyobrażeniu, stał przed nim otworem. Miał wspaniałą żonę i jeszcze wspanialszą córkę. Miał szeroki krąg znajomych, z którymi często i to w najróżniejszych okolicznościach, miło i ciekawie spędzał wiele czasu. To doborowe grono składające się głównie z przyjaciół ze studiów jego i jego żony oraz najbliższych duchem i miejscem zamieszkania, sąsiadów, spotykało się regularnie na licznych imieninach, urodzinach i rocznicach. A także organizowali wspólnie bale przebierańców, grzybobrania, albo wyjazdy pod namiot na Kaszuby, nad Zalew Koronowski lub w Bory Tucholskie. Miał też rodzinę mieszkającą we Wrocławiu i Poznaniu oraz we wielkopolskim mieście, z którego pochodził. Wszędzie jeździł swoim nowiutkim samochodem kupionym w Pewexie (to były tak zwane sklepu eksportu wewnętrznego, gdzie płacić można było tylko dolarami) za absurdalną jak na owe czasy kwotę wynoszącą kilkaset tamtych przeciętnych pensji. Z przyjaciółmi spędzał także liczne wspaniałe wieczory, grywając z nimi w brydża, gadając godzinami o życiu i polityce. Wówczas zaczął także często grywać w tenisa i w piłkę nożną, latem na korcie i boisku, a zimą na sali. Miał także swój jacht. Nie był on zbyt luksusowy, ale był świetny. To była żaglówka klasy Venus, zbudowana przez szkutnika z Koronowa na indywidualne zamówienie Leszka. Dzięki protekcji kolegi z technikum stała ona przy bojce w renomowanym klubie żeglarskim, w Romanowie nad Zalewem Koronowskim.
Wraz z żoną mieli piękne mieszkanie na Osiedlu Leśnym A to najlepsze bydgoskie osiedle. Stąd blisko na stadion Zawiszy, a Leszek był wielkim miłośnikiem piłki nożnej. Dobry dojazd do jeziora w Borównie i nad Zalew Koronowski i oczywiście blisko do największego miejskiego parku w Polsce, czyli do Myślęcinka, a także blisko do okolicznych lasów które w sezonie były pełne grzybów.
W tym czasie Leszek zaczął działać nie tylko we wspomnianych organizacjach biznesowych, ale także w partii politycznej. A nawet po paru latach został w tamtym czasie szefem struktur wojewódzkich współrządzącej wówczas partii. Poznał osobiście wielu liderów partyjnych, ministrów i sporo innych znaczących oraz popularnych osób. Pijał z nimi wódkę i prowadził ożywione dyskusje na rozmaite tematy, a nawet zdarzało się, że pomagał tym wielkim, żyrując im kredyt na zakup samochodu lub kojarząc różne osoby między sobą dla ich wzajemnej korzyści, a dla swojej, jak się później okazało, straty. Miał wówczas w sobie ogromne pokłady energii, świetne zdrowie i przeważnie dobry humor.
Niestety Leszek bywał także łatwowierny, naiwny i prostoduszny. A do tego sądził, a nawet był przekonany, że inni są tacy sami, albo przynajmniej bardzo podobni. Zresztą miał podstawy tak sądzić, gdyż otaczający go znajomi i przyjaciele w dużym stopniu posiadali podobne cechy. Dlatego też nowym kolegom partyjnym i biznesowym Leszek opowiadał o swoich przemyśleniach, o swoich poglądach i przekonaniach, wierząc, że tak działając, czyni dobrze i, że oni mają takie same intencje jak on. Pomimo swojej otwartości wobec innych i tej wspomnianej łatwowierności, z której nie zdawał sobie wówczas zupełnie sprawy, wiodło się Leszkowi bardzo dobrze. I pewnie dalej by tak było, gdyby potrafił w porę zrozumieć swoje błędy. Jednak z przykrością trzeba stwierdzić, że Leszek należał do tych osób, które zawsze i wszędzie chcą postępować otwarcie, prosto i zgodnie ze swoim przekonaniem i przyjętymi zasadami, a jak doskonale wiemy nie jest to najlepsza droga do sukcesu, a raczej wręcz przeciwnie. Jak mówi znane przysłowie: „Kto ust swych nie strzeże ten zagraża sam sobie” O tym, że tak jest naprawdę Leszek miał się niebawem przekonać. I tak, pewnie tylko dzięki wielkiemu zamieszaniu przy zmianie ustroju i wielkiemu wymieszaniu pomiędzy starymi, a nowymi elitami, udawało się Leszkowi przeżyć dostatnio tak wiele lat
Okres przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego wieku, sprzyjał osobom takim jak Leszek, osobom przedsiębiorczym, aktywnym, mającym swoje zdanie oraz odwagę, chęci i energię do działania. Niestety już w pierwszych latach dziewięćdziesiątych, zaczęło się to gwałtownie zmieniać. Logika, zdrowy rozsądek, odpowiedzialność, doświadczenie i prawdziwa aktywność, zastąpione zostały cwaniactwem, pazernością, kumoterstwem i kolesiostwem, przekupstwem i powszechną korupcją. Zaczął królować spryt, czyli lichy rodzaj rozumu, który sprytnym ludziom każe postępować, niezależnie od wszystkiego, tylko w taki sposób, który przynosi im od razu duże korzyści, daje natychmiastowe efekty i pozwala, po plecach i głowach innych, wspinać się coraz wyżej i wyżej, nie oglądając się na nic. A najlepsze lub najgorsze, zależnie od punktu patrzenia, w tym sprycie jest to, iż takiego prawdziwie sprytnego postępowania nie można się nauczyć, z tym po prostu trzeba się urodzić. Natomiast odwrotnie - rzetelna praca, budowanie od podstaw, sumienność, dotrzymywanie słowa, przestrzeganie prawa i przepisów oraz zawartych umów, a także wiele, wiele innych tego typu, postaw, które powinny cechować prawdziwego przedsiębiorcę, stały się przeważnie tylko pustymi słowami, którymi wszędzie i zawsze górnolotnie szafowano, a postępowano zupełnie odwrotnie.
Fragment deptaka pomiędzy Playa Cabo Roig, a Playa Capitan, cztery lata temu. Obecnie jest tutaj bardziej bezpiecznie (barierki i oświetlenie)
| Dzisiaj już ten deptak wygląda inaczej. Poprzedni post z tego cyklu |
Ponad 9 lat temu tak jak "bohater" z GW (Hugo jakiś tam) również udawałem murzyna i również mnie nikt nie zaczepił chociaż było to trzy tysiące kilometrów od miejsca, gdzie ów redaktor prowokował Polaków.
Poniższe zdjęcie wykonałem w grudniu 2024 roku.
Naprawdę tutaj jest wówczas tak jak widać na poniższym zdjęciu.
Przedstawiam dowód na teorię ocieplenia klimatu, o której to teorii lewacy bredzą bez końca.
Poniżej bydgoski styczeń roku 1996 i widok zamarzniętej wówczas Brdy.
A przecież później Brda już nigdy zimą nie zamarzła.
To jest na pewno (pisane osobno) dowód owego ocieplenia.
| Moja córka na tle zamarzniętej Brdy |
Dzisiejszego popołudnia obejrzałem i wysłuchałem na plaży w Cabo Roig hiszpańskiego tria. Grali piękną hiszpańską muzykę.
Bardzo mi się ten występ podobał.
Poniżej minutowy filmik z tego swoistego koncertu:
Kiedyś w Bydgoszczy było wiele zakładów produkujących powszechnie znane produkty w całej Polsce.
Poniżej link do wpisu na moim blogu z 2012 roku, który o tym przypomina.
Niestety obecnie został tylko toruński satrapa, który przydziela kasę z UE tylko do swojego miasta.
Przypominam jak naprawdę kształtowała się III RP. Raczej nie było to prawe i moralne, ale raczej przede wszystkim merkantylne i nieuczciwe. W poniższym linku taki mały przykład owych praktyk.
A czy ktoś kiedyś to rozliczy i ukarze tych ewidentnych przestępców i normalnych złodziei? Nie sądzę.
Niestety tak powstała obecna tak zwana polska szlachta. Ale cóż to za szlachta, która powstała na ewidentnych przestępstwach i na normalnym złodziejstwie, które to cechy przekazują swoim potomkom, którzy z kolei mienią się wielkimi biznesmenami.
Szkoda naszej Polski dla takich oszustów.
Tej wiosny przeprowadziliśmy się z domu w Niemczu do mieszkania w Maksymilianowie.
Poniżej jedno z pierwszych zdjęć jakie wykonałem z tarasu naszego nowego mieszkania.
Teraz jest tutaj zupełnie inaczej.
Widok z okna mojej obecnej sypialni o godzinie 13.05., 01.01. 2026 roku.
ŻYCZĘ wszystkim czytelnikom mojego bloga tyle Słońca każdego dnia w tym nowym 2026 roku.
ŻYCZĘ zdrowych, wesołych, bogatych i pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia.
ŻYCZĘ także świąt pełnych akceptacji tego co jest nam w życiu dane. Życzę cieszeniu się z każdej z chwil bo przecież nasze szczęście uwija sobie gniazdko w powodzi codzienności.
ŻYCZĘ również ciekawych i różnorakich prezentów, i to nie tylko tych materialnych.
Życzę także wszystkim czytelnikom mojego bloga TEGO CZEGO SAMI SOBIE ŻYCZĄ.
Życzę także Wszystkiego Najlepszego, a zdrowia przede wszystkim, na ten nowy 2026 rok. Rok konia ognistego.
Poniżej nasza hiszpańska choinka (wykonana przez Ludmiłę z bambusa) oraz kilka zdjęć bogatego i inspirującego żłobka w San Pedro del Pinatar
W internacie Technikum Kolejowego (Warszawska 25) jesienią 1970 roku.
Tacy wówczas byliśmy.
Poniższe zdjęcie jest z jednym z kilku najlepszych zdjęć jakie uczyniłem w całym moim życiu. A od 1976 roku przynajmniej raz w miesiącu wykonywałem zdjęcia z jednego filmu - 36 klatek.
A bywało, że i więcej. Chodziłem z aparatem FED-4 (równowartość jednej ówczesnej mojej pensji) i fotografowałem. Dzisiaj wiem, że należało fotografować więcej ogółów, a mniej szczegółów, ale wtedy tego nie wiedziałem.
Dzisiaj wiem, że to najlepsze moje zdjęcie.
Zdjęcie wykonałem we wrześniu 1980 roku, na ulicy Bielickiej - róg z Konopną, na bydgoskim Szwederowie. |
Handel jest podstawą zamożności narodów, a my ten handel oddaliśmy naszym wrogom, którzy codziennie zarabiają na nas miliony euro. Oni się bogacą, a my biedniejemy.
Pisałem o tym na tym moim blogu wielokrotnie.
Dzisiaj przypominam mój wpis z 2016 roku.
Było źle, jest jeszcze gorzej.
Jedno spojrzenie sprzed lat na jeden z fragmentów najbardziej dziwacznego bydgoskiego skrzyżowania (Szwederowo).
Trzecia klasa Technikum Kolejowego w Bydgoszczy, wydział budowy dróg i mostów. Jesień 1969 rok.
Lekcja chemii u profesora Czesława Bukowskiego, ale dla sporej grupy uczniów to odpoczynek po parogodzinnym meczu piłkarskim na stadionie Brdy w Bydgoszczy.
Co jest panowie - pyta pan Czesław? A wielu z owych nich, mówi, że są zmęczeni. Lekcje zaczynały się od 13.10., a od 10.30 "panowie" czasami kopali piłkę na wspomnianym stadionie.
W minioną środę i czwartek razem z Grażyną i Piotrem, naszymi przyjaciółmi z Krakowa, zwiedzaliśmy Toledo. 450 kilometrów przejechaliśmy w cztery i pół godziny w dodatku z pół godzinnym postojem. Po dwunastej byliśmy na miejscu i zakwaterowaliśmy się w hotelu w samym centrum Toledo, tuż obok zamku.
Toledo to dawna stolica Hiszpanii i na każdym kroku pełno tutaj zabytków i pięknych widoków. My zwiedziliśmy jedną z największych katedr w Europie, a potem do muzeum z obrazami El Greco. Coś niesamowitego. Później punkty widokowe, kawa, marcepany, uliczki, sklepy. Wreszcie usiedliśmy w małej restauracji i zjedliśmy zupę kastylijską popijając ją lokalnym winem. Potem wielka porcja frytek na świątecznym jarmarku i pizza u Palestyńczyka.
Około dwudziestej pierwszej dotarliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni do naszego hotelu.
Następnego ranka o godzinie dziewiątej wspaniałe śniadanie w pięknej historycznej piwnicy.
Po śniadaniu dalsze zwiedzanie i zakupy drobnych pamiątek.
Cudowne chwile, cudowne miejsce i wspaniałe towarzystwo.
Poniżej kilkanaście zdjęć z pobytu w Toledo:
Kora w jednym z najlepszych swoich przebojów i do tego, moim zdaniem, wartym refleksji.
https://www.youtube.com/watch?v=hIlJrDTv2kI&list=RDVpGrkArV2EY&index=3
I tak dla równowagi Dżem:
Zawsze warto posłuchać czegoś innego niż tylko tej wszechobecnej muzycznej anglojęzycznej sieczki:
Wczoraj lotem z Bydgoszczy po 3 godzinach i piętnastu minutach znalazłem się w Alicante. Na lotnisko taxi ekspres (prawie równowartość biletu lotniczego). Z lotniska odebrali mnie moi świetni znajomi z miasta Łodzi i już po kolejnych czterdziestu minutach byliśmy u celu czyli w Cabo Roig.
Cała podróż trwała około cztery i pół godziny.
A dzisiaj gdy wstałem około godziny jedenastej (do Cabo dotarliśmy około 23) to wyszedłem na taras i wykonałem cztery poniższe zdjęcia:
![]() |
| Zdjęcie z okna sypialni |
![]() |
| zdjęcie z tarasu |
![]() |
| Widok z deptaka przylegającego do posesji, w której mieszkam. |
![]() |
| Widok z drugiej sypialni (godzina 17.15) |
Smukała to, moim zdaniem, najpiękniejsza dzielnica Bydgoszczy, a pewnie i najpiękniejsza dzielnica tego dziwacznego województwa, którym zarządza autokratycznie nijaki prezes czyli śmieszny toruński, samodzierżawca zwany marszałkiem.
Pewnie już mało kto pamięta te czasy. To były czasy niesamowite. Liczni, głównie cwaniacy, bogacili się ponad wszelką miarę, a ci uczciwi, stopniowo upadali.
Ja przez jakiś (powiedzmy 10 lat) czas należałem do tych pierwszych, ale niestety, z czasem moja głupota, skierowała mnie do tej drugiej grupy.
Tylko tak przypominam jak wówczas można było się wzbogacić. To oczywisty sarkazm. Bo podstawą obecnych fortun była tak zwana prywatyzacja lub wysługiwanie się zachodnim nabywcom naszych aktywów za bezcen, ale za to za cen dla siebie.
Wielu obecnych tak zwanych biznesmenów z tego skorzystało, a teraz są tak zwaną elitą społeczną. Zaś ich synowie i wnuki są jeszcze lepszą elitą, która to elita tworzy naszą świetlaną przyszłość.
Na szczęście to już nie moje zmartwienie, ale martwię się o przyszłość moich wnuków.
Komuna wiecznie żywa, a okrągły stół wiecznie kanciasty.