wtorek, 24 marca 2026

Kindżał odcinek - 3

 Na początku sierpnia 2005 roku, podczas kolejnej wizyty Zdzisława w Bydgoszczy,  panowie uzgodnili dosyć szczegółowo warunki przyszłej współpracy i w połowie owego sierpnia, Leszek po raz pierwszy wybrał się do Podkowy Leśnej.  Nigdy przedtem nie był w tym podwarszawskim miasteczku.  Bez większych problemów trafił na ulicę Matejki.  Prawie na końcu tej szerokiej, ładnej ulicy, zabudowanej przedwojennymi domami, niektórymi pięknie odrestaurowanymi, ale wiele z tych domów było nadal w nienajlepszym stanie.

Wreszcie Leszek zobaczył cel swojej podróży.  Parę metrów od skraju chodnika  stał, elegancko odnowiony niewielki parterowy budynek z dwoma eleganckimi oknami wystawowymi.  Dach miał pokryty czerwona dachówką, a  pomalowany był na pastelowy kolor w odcieniu pustynnego piasku.  Przed budynkiem i z jego prawej strony był duży, mogący pewnie pomieścić  kilkanaście osobowych samochodów, parking.  Był  wyłożony solidną kostką betonową o odcieniu podobnym do koloru ścian sklepu.   W głębi, z prawej strony sklepowego budynku widać było parterowy, niewielki budynek zbudowany z białej cegły i pokryty papą.   Za budynkiem sklepowym, w odległości około piętnastu metrów stał budynek znacznie większy od tych dwóch wspomnianych.   Był także zbudowany z białej cegły i również pokryty dachem z papy.  Leszek od razu się domyślił się, że mniejszy budynek to pewnie wspomniane dwa mieszkania, a większy to byłe geesowskie magazyny.  

Te obserwacje poczynił jeszcze z okien swojego samochodu, zatrzymując się tuż przy krawężniku ulicy.  Po chwili podjechał pod budynek sklepowy i zaparkował swoją jedenastoletnią  Mazdę 626 na parkingu, tuż przy wejściu do tego pięknie odnowionego sklepu.   Wysiadł i zaczął się uważnie rozglądać po najbliższym otoczeniu.   Jednak  niewiele zdążył zobaczyć bo już po minucie do zaparkowania auta,  podszedł młody, około trzydziestoletni mężczyzna i zapytał - pan to pewnie jest tym Leszkiem, co to szef mówił, że dzisiaj przyjedzie i, że mam panu wszystko pokazać, a potem wpuścić do sklepu, gdzie ma pan poczekać, aż szef dojedzie.  Leszek, przez dłuższą chwilę  uważnie przyglądał się swojemu rozmówcy po czym zapytał - a pan to pewnie jest Jacek Kubera, co?   A pewnie, że to ja – odparł zapytany.  Po krótkiej chwili dodał - to co, od czego chce pan zacząć oglądanie, bo tu panie za dużo do oglądania to nie ma, ale jak kazali to wszystko pokażę.  

I  Leszek ruszył za Jackiem, który najpierw skierował się w stronę ogrodu znajdującego się nieco z tyłu, obok budynku sklepowego.  Idąc przyglądał się temu swojemu przyszłemu współpracownikowi i widział młodego, szczupłego, średniego wzrostu, prawie jeszcze chłopaka, który dziwnie potrząsając co jakiś czas głową, jakby z dużym onieśmieleniem i zakłopotaniem szedł przodem, wcale się nie oglądając i nie odzywając.   Stanęli pośrodku ogrodu i Jacek powiedział - to nasz ogród i tylko ja się nim zajmuję, ale roboty nie ma za dużo bo tu wszystko samo rośnie.  Czasami coś obcinam, podlewam, zrywam jabłka, śliwki i inne owoce, zależy jakie akurat są.  Leszek zobaczył przed sobą  sporą przestrzeń obsadzoną kilkudziesięcioma różnymi drzewami, wieloma krzakami, a wszystko to zarosłe wysoką dziką łąką.  Teraz ślicznie zieloną, poprzetykaną sierpniowymi kwiatami oraz doskonale mu znanymi, różnymi chwastami, z którym na co dzień wojował w swoim ogrodzie.  I chociaż było to miejsce dosyć zaniedbane to jednak sprawiało bardzo dobre i miłe wrażenie.  Aż chciało się usiąść pod którymś z drzew, popróbować owoców i dłużej poleniuchować.  Jednak Jacek przerwał te myśli Leszka pytając - to co teraz panu pokazać?    Może najpierw zajrzyjmy do magazynów, a potem do mieszkań i na końcu do sklepu – dobrze – odpowiedział Leszek.  Jak tam pan chce tylko muszę iść po klucze od tych magazynów bo przy sobie ich nie mam.   To może pójdzie pan ze mną i zobaczy jak jest tam gdzie mieszkam i tam obok w sąsiednim mieszkaniu, które teraz jest puste?   To chodźmy – powiedział Leszek i ruszył za Jackiem.  Mieszkania wyglądały okropnie, wszystko stare, brudne, byle jakie, zużyte i poniszczone. A to sąsiednie mieszkanie, które miało być dla niego to jeszcze bardziej sprawiło na nim jeszcze przygnębiające wrażenie.  Leszek nie poświęcił wiele czasu nie oglądanie bo za bardzo nie było co oglądać.  Już po paru minutach, szybko wyszedł z tego sprawiającego mu przykrość pomieszczenia, na zewnątrz, na powietrze.  

Niestety w ten niezwykle upalny dzień, w mieszkaniu Jacka panował specyficzny zaduch.  To był przykry zapach przepoconej odzieży, resztek jedzenia i papierosów.  Szybko przeszli pod magazyn i Jacek otworzył wielkie metalowe wrota.  Weszli do środka tego co miało w przyszłości być nowoczesną firmą.  Magazyn, składający się z czterech pomieszczeń był obszerny i wysoki.  Pomieszczenia były jako tako wysprzątane i całkowicie puste.  W nich także specjalnie nie było co oglądać.  Dlatego już po kolejnych paru minutach otwierali nowe, piękne drewniane drzwi wyremontowanego sklepu.  A tutaj Leszek  zobaczył zupełnie inny świat niż do tej pory.  Wszystko, jak się to mówi na wysoki połysk.  Pięknie pomalowane ściany na kolor miodowy,  posadzka w podobnym kolorze ułożona z drogich i oryginalnych płytek ceramicznych, wszystko świeże i pachnące jeszcze farbami i innymi zapachami świeżo wyremontowanych pomieszczeń.  Dalej Leszek ujrzał  spore zaplecze, czyli puste podobnie urządzone jak w jego poprzednim sklepie  pomieszczenie pełne regałów i różnych półek.  Po prawej stronie tego pomieszczenia znajdowała się niewielka, ale doskonale wyposażona łazienka.   A z lewej strony odchodził od zaplecza niewielki korytarz na końcu którego znajdowało się drugie wyjście ze sklepu, prowadzące na wewnętrzne podwórko otoczone z trzech stron sklepem, barakiem z mieszkaniami, magazynem w głębi, a z czwartej strony tego podwórka znajdował się drewniany parkan, w którym nieopodal wyjścia ze sklepu, była furtka, prowadząca do ogrodu.  Całość, pomijając mieszkania, sprawiła na Leszku bardzo dobre wrażenie.  Było cicho, dużo zieleni, żadnych sąsiadów, sklepów, warsztatów czy innych budowli.  Najbliższy dom znajdował się w odległości jakiś dwudziestu metrów od sklepu.  Tylko ta nieszczęsna linia energetyczna psuła urodę miejsca, a słup energetyczny wprost  przytłaczał swoim ogromem na tle wyremontowanego sklepu.  Na szczęście stał z tyłu, pewnie tak z siedem, a może osiem metrów od ścian budynku sklepu.  Zaś od ulicy oraz z parkingu nie rzucał się za mocno w oczy.   Dopiero jak się szło, po zewnętrznej stronie działki w stronę ogrodu to od razu było widać, iż ów dysonans stanowił wielki mankament tego miejsca.

Jeszcze Leszek się dobrze nie rozsiadł na jednym z  trzech wygodnych, skórzanych krzesłach obrotowych, które obok małego okrągłego eleganckiego stoliczka i wspomnianych pustych regałów stanowiły całe obecne wyposażenie sklepu, gdy ujrzał przez okno zajeżdżającego na sklepowy parking pięknego  srebrzystego Lexusa.   Już po chwili  panowie powitali się wylewnie tak jak najlepsi przyjaciele.   Zaraz też po owym powitaniu Zdzisław najpierw zapytał o przebieg podróży od Leszka domu do miejsca, gdzie się teraz znajdowali.  Zapytał również o obecne Leszka samopoczucie, a potem nie czekając za bardzo o odpowiedź, od razu przeszedł do sedna, mówiąc  - i co,  jak mają się twoje sprawy, załatwiłeś wszystko jak chciałeś?   Zależy co masz na myśli - odparł Leszek i kontynuował - po długich, burzliwych i często bardzo przykrych rozmowach, postanowiliśmy z moją, każdego dnia, coraz bardziej oddalającą się ode mnie żoną, sprzedać nasz dom.   Ustaliliśmy, że jak pojawi się konkretny kupiec to uzgodnimy wszystkie szczegóły, łącznie z podziałem pieniędzy za dom, jego wyposażeniem i innym naszym wspólnym, do tej pory, majątkiem.   

Przykro to mówić, lecz wszystko wskazywało na to, iż  nasze wspólne życie zbliża się do końca i niebawem każde pójdzie swoją drogą.  Drogą coraz bardziej oddalającą nas od siebie.  Ten stan trwał już od kilku lat, lecz udawaliśmy, że wszystko jest dobrze, że nadal chcemy być razem, nadal się popieramy i wspieramy.  Niestety prawda była taka, że już prawie w niczym nie znajdowaliśmy wzajemnego zrozumienia.  Wszystko co tylko Leszek czynił było powodem do skrajnej irytacji jego żony.  Lub w najlepszym przypadku było to powodem jej milczącego braku jakiejkolwiek akceptacji,  Po chwili autorefleksji Leszek powiedział - nie chciałbym cię jednak zanudzać moimi rodzinnymi problemami.   Co zaś do spraw służbowych to ci powiem, że wszystko z mojej strony jest załatwione zgodnie z naszymi wcześniejszymi ustaleniami.  Z  końcem sierpnia zamykam mój sklep z winami i praktycznie na początku września możemy go przenosić tutaj do Podkowy.    Tylko z tym mieszkaniem dla mnie coś by trzeba zrobić.   Dobrze, dobrze, w ciągu tygodnia podeślę tatę Jacka i trzech ludzi, a oni w parę dni opanują temat, nie martw się o to.  A jak ci się tutaj podoba, a jakie wrażenie zrobił na tobie Jacek?   Miejsce jest świetne, trochę co prawda mało uczęszczane i na końcu ulicy, ale jak podeślesz mi na początek kilkudziesięciu klientów to mam nadzieję, że później już sobie  poradzę.  Z tego co zdołałem poczytać o Podkowie Leśnej i innych okolicznych miejscowościach to wygląda na to, iż potencjał miejsca jest ogromny.   Konkurencja pewnie, jak obecnie wszędzie, duża, ale myślę, że będzie dobrze.  Gorzej niż obecnie pod Bydgoszczą, na pewno nie może być.   Kiedyś szło mi nawet, jak na taki niewielki biznes, nie najgorzej.  Niestety dawno się to już skończyło.  Najpierw powstał niedaleko jeden spory supermarket, a jakieś pół roku temu, jeszcze bliżej mojego sklepu otworzyli drugi supermarket.  Do tego powstały w niedalekim sąsiedztwie, aż dwa nowe sklepy z winami.  Pierwszy z nich otworzył jeden z moich najlepszych klientów, dziany gość, chiński hurtownik.  A otworzył ten ciekawie urządzony i bardzo dobrze zaopatrzony sklep z winami, głównie po to, żeby jak to zwykł mawiać, aby jego żona, nie nudziła się w domu i nie dostawała głupich myśli.  Przyszedł nawet do mnie pochwalić się tym sklepem i stwierdził, że wreszcie żona ma porządne zajęcie, a on ma spokój.  Po  paru miesiącach, kilkaset metrów dalej, następny mitoman otworzył kolejny sklep specjalizujący się w handlu winami.  Pewnie  sądził, że ja dorobiłem się domu na tym marnym sklepiku.  Sam zresztą wiesz jak to jest z tymi  różnymi naśladowcami, albo z byłymi naszymi pracownikami.  Jednemu na dziesięciu się udaje, ale o tym przekonują się znacznie później. Najpierw jednak napsują krwi i utrudnią życie takim jak my.  Mamy jednak ponoć demokrację i każdy może robić co chce. A że większość oprócz chęci nie ma pojęcia o tym co chcą robić, a tym bardziej z pomysłem i ewentualnym sukcesem to już zupełnie inna sprawa.  

A tak wspominając minione chwile, gdy tak myślę o tych niby kokosach, o które mnie inni posądzają, jakie to niby zrobiłem w tym podmiejskim sklepie z winami to zaraz przychodzi mi na myśl inne wydarzenie z mojego życia. Przypominasz sobie chyba tę bydgoską kamienicę, w której na pierwszym piętrze tyle razy się spotykaliśmy, grając w pokera, zamawiając panienki w Rajskim Owocu i gdzie zrobiliśmy tyle świetnych biznesów.  Otóż, przedstaw sobie, że  mieszkały w niej aż siedemdziesiąt trzy osoby, pamiętam to dobrze bo przez ponad dziesięć lat prowadziłem administrację tej nieruchomości, której zresztą byłem współwłaścicielem.  Otóż pewnego dnia lokatorzy, którzy mieli powojenne przydziały z urzędu miasta do zamieszkania w tej prywatnej kamienicy, zebrali się na korytarzu i postanowili zastrajkować przeciw właścicielom nieruchomości czyli przeciw mnie i dwójce moich  wspólników.  Od dawna krążyły wśród nich pogłoski, które z czasem przerodziły się w  pewność, że my dorobiliśmy się naszych wspaniałych samochodów i wielu innych rzeczy na ich krzywdzie. Byli przekonani, iż ich wyzyskujemy, a to, że podwyższyliśmy im nieznacznie czynsz  przelało czarę goryczy i postanowili się zbuntować.  Ten czynsz był zresztą ustalany przez władze miejskie, ale oni na żadne podwyżki nie mieli zamiaru się zgodzić i postanowili, że będą walczyć, jak to mówili, o swoje.    Dzisiaj możemy się z tego śmiać, ale wtedy to był poważny problem bo oni poszli na skargę do jakiegoś komitetu dzielnicowego, którym rządziła słynna pani katechetka.  Tam nas przedstawili jako chciwych kapitalistów, którzy dorabiają się na biednych ludziach, a do tego utrudniają im życie, szykanują i w ogóle co to za demokracja.  Oni o taką demokrację nie walczyli.  Później poznałem jednego gościa z tego komitetu i on mi szczegółowo opowiedział jak to było z tą delegacją mieszkańców naszej kamienicy, która przyszła do nich na skargę i z prośbą o pomoc.  Niestety sprawy potoczyły się źle dla nas, gdyż ta durna baba, pełniąca funkcje przewodniczącej, słowami naszych lokatorów, zaczęła na nas nadawać gdzie tylko się dało.  Niby nic, niby mogliśmy się nie przejmować, lecz my mieliśmy dwa sklepy w tej kamienicy.  Jeden delikatesowy, a drugi monopolowy i oba posiadały koncesję na handel alkoholem, a do owego komitetu, którym ta katechetka niepodzielnie rządziła, co dwa lata musieliśmy występować o opinię samorządową w celu przedłużenia tej koncesji.   Długo by opowiadać co i jak trzeba było robić, żeby sprawy ułagodzić.  Tylko dodam, że owa katechetka później została ministrą w rządzie Ewy Kopacz, tej od jajeczniczki i pomylonych kroków na dywanie podczas wizyty u Merkelowej.  A tak dla porównania to  najśmieszniejsze było to, iż jak postanowiłem naprawić dach tej kamienicy, dać nową papę i opierzenia to nie starczył na to cały czynsz, którzy lokatorzy wpłacili nam w ciągu trzech lat.  A oni byli przekonani, że my dorabiamy się ich kosztem i w żaden sposób nie dali sobie wytłumaczyć, że to absolutna bzdura.  To z tymi sklepami moich konkurentów pewnie będzie podobnie, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą.  Jak w małej podmiejskiej miejscowości liczącej dwa tysiące mieszkańców, mogą działać dwa supermarkety znanej sieci i trzy specjalistyczne sklepy z winami?  Moim zdaniem to jednak spora przesada.  Co można w tej sytuacji zrobić?  

Gdyby nie ty to że do mnie przyjechałeś pewnie i tak za pół roku, a najpóźniej za rok, musiałbym zwijać swój biznesie, no chyba, że wcześniej zwinęliby inni te swoje sklepy.   Dzięki spotkaniu z tobą i dzięki twojej propozycji mam szansę coś zmienić na lepsze.  

Ale dosyć tych dywagacji.  Teraz musimy ustalić czynsz i inne koszty, a także ogólne zasady ewentualnej naszej dalszej współpracy, żebym wiedział co i jak.   Trzeba dogadać różne szczegóły i jak dojdziemy do porozumienia to za dwa tygodnie możemy ruszać ze sprzedażą w tym miejscu.  Od razu ci mówię, że do przeprowadzki koniecznie potrzebuję samochodu i ludzi do transportu tych tysięcy butelek win i innych alkoholi i całej reszty towaru..   A także potrzebuję ludzi do demontażu i ponownego montażu całego wyposażenia sklepu.  Już o tym wstępnie  rozmawialiśmy i jak chyba sobie przypominasz - obiecywałeś pomoc.  Mam nadzieję, że obietnica jest nadal  aktualna, co?   Oczywiście powiedz tylko kiedy, a dwa duże dostawczaki będą następnego dnia u ciebie.  Myślę, że jak zrobią po trzy kursy każdy to wszystko spokojnie przewieziesz.  Koszty biorę na siebie, nie martw się o to.  Razem z samochodami przyjedzie oprócz kierowców jeszcze dwóch ludzi to na pewno sobie szybko i sprawnie w piątkę poradzicie.   A tutaj, na miejscu jeszcze pomoże i przypilnuje wszystkiego Jacek.  No właśnie, nie odpowiedziałeś mi co myślisz o Jacku?  Trudno coś powiedzieć po godzinnej znajomości, ale sprawia sympatyczne wrażenie.  Mówiłeś, że jest upośledzony, ale oprócz rzadkiego nerwowego tiku twarzy nic takiego nie zauważyłem.  Niestety Jacek jest opóźniony w rozwoju ogólnym, skończył ledwie i to z wielkim trudem cztery klasy podstawówki, nie potrafi się skupić na bardziej złożonych sprawach, a czasami ma gorsze dni, wtedy zapomina o wszystkim co mu się mówi i co jakiś czas trzeba mu wszystko tłumaczyć od nowa.  Na szczęście to się zdarza rzadko, raz, a czasami dwa razy w miesiącu.  Ogólnie jednak jest świetnym, obowiązkowym, pilnym i solidnym człowiekiem.  Można mu ufać, a jak się do ciebie przekona to będziesz miał z niego zawsze i wszędzie duży pożytek.   Jest bardzo wrażliwy i dlatego trzeba uważać co i jak się do niego mówi.  Nie obraża się na nerwy, ani na krzyki, ale zamyka się w sobie i potrafi parę dni się nie odezwać.  Jednak bez obaw, nawet wówczas wszystko co musi to i tak bardzo dobrze robi.  Dlatego uważaj na niego, dbaj o niego i spróbuj pozyskać jego przychylność, a na pewno tego nie pożałujesz.  

To co, rozejrzyj się po miasteczku, po okolicy, jak chcesz to wyskocz do stolicy i telefonuj do mnie kiedy mam podesłać samochody.  Ja niestety dzisiaj nie mam więcej czasu, muszę zaraz wracać do firmy, do Warszawy.   Jak już na stałe  będziesz na miejscu to się umówimy u mnie w domu i sobie pogadamy co i jak, a także powspominamy dawne wspaniałe czasy.   Nic się nie martw, będzie dobrze i jestem przekonany, że się dogadamy we wszystkich sprawach.    

Leszek wrócił do swojego domu i sklepu.   Zaraz następnego dnia po wizycie w Podkowie Leśnej zaczął intensywne przygotowania do przeprowadzki.   Jak to jednak zazwyczaj bywa,  prawie nic nie poszło tak szybko i gładko jak przewidywali.  Najpierw powstał problem z pozwoleniem na handel alkoholem, bez którego nie można rozpocząć sprzedawania win.  Okazało się, iż komisja wydająca owe pozwolenia zbierała się w urzędzie miasta raz na dwa miesiące, a najbliższe posiedzenie miało być dopiero dziesiątego października.  Potem zaistniały spore problemy z remontem mieszkania dla Leszka.  Pan  Joachim Kubera ten zaufany budowlaniec Zdzisława zachorował.  A ta jego choroba przeciągnęła się do długo i długo.  Bez niego Zdzisław nie zdecydował się na remont mieszkania dla Leszka.    Potem były jeszcze problemy z Sanepidem i Inspekcją Pracy, które muszą wydawać pozytywne opinie dla takiej działalności.   

Aż wreszcie siódmego października przyjechał pierwszy transport z wyposażeniem do Podkowy Leśnej i tutaj, już na samym początku spotkały Leszka kolejne problemy.  Największy z nich był związany z  przewiezieniem i ponownym ustawieniem starej, przedwojennej kasy pancernej.   Ową kasę Leszek nabył, za spore jak na tamte czasy pieniądze, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku od firmy złotniczej z Inowrocławia.  Ta potężna, wysoka na ponad półtora metra, ogromnie ciężka, ważąca prawie trzysta kilogramów,  kasa, była nie lada wezwaniem i problemem przy transporcie oraz wyniesieniem i wniesienia jej na zaplecze sklepu w Podkowie.  Leszek musiał pożyczyć specjalne nosidła, gdyż o innym sposobie jej przeniesienia nie było mowy z uwagi na jej ciężar i wymiary pomieszczeń.  Aż sześć osób mozoliło się przez parę godzin z jej przeniesieniem.  Najpierw do samochodu, a potem z samochodu na zaplecze sklepu w Podkowie.   W końcu się udało.  Ta wielka metalowa ognioodporna kasa miała na środku głównych drzwi, wielką metalową rączkę służącą do otwierania sejfu.   Grube na dziesięć centymetrów drzwi miały na obwodzie cały system metalowych bolców wchodzących przy zamykaniu w specjalne otwory.   Kasę otwierało się w ten sposób, że trzeba było najpierw w odpowiedni sposób włożyć do dwóch zamków specjalne skomplikowane, dwuskrzydłowe,  klucze, a potem po przekręceniu owych kluczy o pół obrotu, chwytało się za wspomnianą, wielką, umieszczona centralnie, dwustronną rączkę i obracało się ja o ćwierć obrotu, wówczas z charakterystycznym szczękiem bolców, drzwi można było spokojnie odchylać.   Dodatkowo w środku, w tej kasie był jeszcze specjalny, osobny schowek otwierany dodatkowym, nietypowym kluczem.  Ta kasa to był taki rodzaj talizmanu Leszka, który on woził ze sklepu do sklepu i dzięki której czuł się zawsze  bezpiecznie.  Był przekonany, że ma dobrze schowane i zabezpieczone  pieniądze i inne wartościowe rzeczy.   Szczególnie na początku jego działalności handlowej miało to ogromne znaczenie, gdyż wówczas na przełomie lat  osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy Leszek zaczynał swoja handlowa drogę, obracało się tylko gotówką i nieraz w tym sejfie leżały naprawdę ogromne, jak na tamte czasy, kwoty.   Na przykład, gdy wczesną jesienią  1990 roku Leszek wraz ze swoim dwoma ówczesnymi wspólnikami wziął z państwowego banku jeden miliard złotych kredytu to cała ta suma znalazła się po przywiezieniu z banku najpierw w tym sejfie.  I dopiero stąd tak jak obecnie z bankowego konta, była systematycznie wydawana.  A warto wspomnieć, że w owym czasie przeciętna pensja wynosiła około jednego miliona złotych.  Ta kasa w ciągu siedemnastu  lat, które była już w posiadaniu Leszka, zmieniała swoje miejsce piąty raz i zawsze były z tym ogromne kłopoty.   Ale też dzięki tej wielkiej, solidnej, ciężkiej i ognioodpornej kasie była spora pewność, że nikt jej nie wyniesie, a nawet nie otworzy. 

W ciągu tych kilkunastu lat włamywano się do Leszka sklepów chyba z dziesięć razy, ale nigdy żadnemu złodziejowi nie udało się dostać do środka tego sejfu.   Chociaż raz jeden uparty włamywacz pozostawił na kasie spore rysy , ale tylko na zewnętrznej powłoce i do ich usunięcia wystarczyło trochę malowania i  polerowania.  Dlatego też ten sejf był tak ważny dla Leszka bo wiązało się z nim  wiele wspomnień i wydarzeń, a jednocześnie dawał duże poczucie bezpieczeństwa.  

Wreszcie w połowie października wszystko było gotowe.  Sklep doskonale wyposażony i pełen towaru prezentował się wspaniale. Posiadał nawet specjalne stoisko do degustacji win z profesjonalną lodówką, różnymi kieliszkami, kraterem i licznymi winiarskimi akcesoriami.  Na ladach, wolnych kawałkach ścian pomiędzy regałami, pełno było plakatów z opisami regionów winiarskich świata, informacji o serwowanych winach, a na ladzie leżały katalogi firm winiarskich, wizytówki i pocztówki reklamowe.  

W tym samym czasie pan Kubera uporał się z remontem mieszkania.  Spisał się wyśmienicie.  Pastelowe kolory ścian, piękne wykładziny na podłodze i doskonałe wyposażenie kuchni oraz łazienki robiły naprawdę wielkie wrażenie.  Leszek  mógł spokojnie zamieszkać w tym ładnym dwupokojowym mieszkaniu z dużą kuchnią i sporą łazienką.  

Aż w końcu nastąpiło uroczyste otwarcie sklepu.   Klienci zostali zaproszeni listownie na to otwarcie, które odbyło się w sobotę 22 października.   Niestety z listy zaproszonych klientów, którą dostarczył Zdzisław, zamiast spodziewanych pięćdziesięciu osób, przybyło  tylko piętnastu, ale to i tak, jak Leszek wiedział z doświadczenia, nie był  najgorszy wynik.  Wszyscy byli zachwyceni sklepem, wyborem win i innych alkoholi, możliwością degustacji, a także sposobem prezentacji całej sklepowej oferty.

I tak Leszek rozpoczął kolejny etap swojego ciekawego i różnorodnego życia, które jednak ostatnimi czasy stało się głównie monotonne i smutne.   

Dzięki swojej fachowości i umiejętnemu podejściu do kupujących, pomału zaczął zyskiwać kolejnych stałych  klientów.   W ciągu miesiąca prawie każdy z listy klientów zaproszonych na otwarcie, odwiedził jego sklep.  Ci jego nowi klienci okazali się bardzo wymagający i zazwyczaj dobrze znający się na tym co chcą kupić.  Na szczęście byli otwarci na liczne sugestie Leszka, który mając wieloletnie doświadczenie starał się jak tylko mógł sprostać ich wymaganiom.  A także starał się klientom zaprezentować zazwyczaj  coś czego jeszcze nie znali.   Już po pół roku miał więcej stałych i zdecydowanie lepszych klientów niż po kilku latach działalności w pod-bydgoskiej miejscowości.  A ci klienci, oprócz zakupów, podobnie jak w poprzednim jego sklepie, często przyjeżdżali sobie pogadać o bieżących sprawach lub podyskutować na różne tematy.   Widocznie lubili te rozmowy z Leszkiem, gdyż nieraz wizyta w sklepie trwała godzinę lub i dłużej.   Leszek był ciekawym i interesującym rozmówcą, tak twierdziło również wielu jego poprzednich klientów.   Interesował się i to często bardzo dogłębnie wieloma rzeczami.  Znał się dobrze na literaturze fantasy, na powieściach historycznych, szczególnie tych ze starożytności, dużo wiedział o żeglarstwie i tenisie.  Interesował się teatrem, szczególnie klasyką polską oraz współczesną polską literaturą, głównie tą z obyczajowego nurtu.  Cały czas żył bieżącą polityką, udzielając się na licznych internetowych forach dyskusyjnych.  Prowadził też swojego bloga. Dlatego jego rozmówcy lubili z nim dyskutować, a czasem spierać się lub krytykować, wszystko jednak w granicach normy i relacji sprzedawca - klient.   I chociaż często na skutek owych dyskusji Leszek mylił się przy kasowaniu należności i to zawsze jakoś dziwnie na swoją niekorzyść to jednak nie potrafił się zmienić i do rozmów z klientami ciągnęło go jak wilka do lasu. 

A  jego klientami byli zazwyczaj ludzie niepospolici i inteligentni oraz bardzo ciekawi wszelkich aspektów życia..   Byli prawnikami, lekarzami, artystami i przedsiębiorcami, ale czasami odwiedzali go także policjanci, wojskowi czy różni urzędnicy.  Rzadko jednak trafiał się jakiś polityk lub inna osoba publiczna, chociaż takich w okolicy, gdzie obecnie działał, nie brakowało.  Leszek sądził, że pewnie oni nie muszą nic kupować, gdyż wszystko inni kupują za nich, a politycy pewnie  jak zwykle tylko korzystają z cudzej pracy i cudzej własności.  Chociaż jak to jest naprawdę to tego nie wiedział.  Była też spora grupa klientów, która nie wdawała się w żadne rozmowy, a nawet wszelakimi sposobami ich unikała.   Tacy klienci przeważnie, zaraz przy pierwszym kontakcie, dawali odczuć swoja wyższość oraz sugerowali wielką znajomość konkretnych trunków.  Zdawali się być znawcami, którzy żadnej rady nie potrzebują, a wręcz przeciwnie to oni mogą opowiedzieć o zaletach i walorach trunków bo przecież bywali w winnicach, wytwórniach win czy różnych whiskey, ale może innym razem bo teraz się strasznie spieszą.   Takich klientów Leszek od razu wyczuwał, nie dawał jednak tego po sobie poznać, a tylko przybierał maskę pozornej pokory i zrozumienia dla ich znajomości tematu.

piątek, 20 marca 2026

Nasza nadzieja i nasza przyszłość - takiej pragniecie?

Podczas II Wojny Światowej Niemcy zabili ponad sześć milionów Polaków.   Z samej tylko Warszawy wywieźli czterdzieści tysięcy wagonów naszego narodowego dobra.  A ile z całej Polski to jedynie Pan Bóg wie.

Odszkodowań wojennych nie wypłacili, a Herr Tusk, chce je wypłacić za nich. A o skradzione dobra nawet nie śmie się upomnieć.

Jak świat światem nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem.

DLACZEGO JESTEŚMY TAKIMI GŁUPCAMI?

Przyjaciele
o

czwartek, 19 marca 2026

Kindżał odcinek - 2

Odcinek pierwszy zakończyliśmy słowami - sporo się zastanawiałem i analizowałem różne za i przeciw i wyszło mi, że chciałbym tobie zaproponować, abyś w przyszłości był szefem tego mojego nowego biznesu.  

Poniżej ciąg dalszy:

Leszka zamurowało i dopiero po dłuższej chwili odrzekł - ale ja się zupełnie nie znam na tej branży.  Nic nie szkodzi, od znania się na tej, jak mówisz branży, są inni.  Do tego znania się zatrudnimy fachowców, a ty będziesz tylko pilnować całości tak samo jak ja bym to robił, ale przecież nie mogę być w kilku miejscach naraz.   Dostaniesz gabinet, dobrą pensję, wyszykujemy ci na początek jedno ze wspomnianych mieszkań przylegających do sklepu i będziesz nadzorował, najpierw modernizację, a potem działanie tej firmy.  Przecież to dla ciebie pestka, nie takimi firmami już kierowałeś, prawda?

No tak, bywało, że zatrudniałem ponad stu ludzi i to w paru różnych firmach i nieźle mi się wiodło, ale to dawno minione czasy.   E tam, ty mi tutaj nie opowiadaj, jak się raz nauczyłeś to umiesz – odpowiedział Zdzisław.  Jak się do tego przedtem nadawałeś to i teraz się będziesz nadawał tym bardziej, że cała firma to według moich ustaleń i wyliczeń, będzie liczyła docelowo mniej niż dwudziestu ludzi.   Zaskoczyłeś mnie niesamowicie taką propozycją  i to do tego stopnia, że kompletnie nie wiem co mam teraz powiedzieć.   

Zakładając, że po głębokich przemyśleniach, bo to przecież całkowita zmiana mojego dotychczasowego życia, się zgodzę to powiedz mi chociaż od kiedy byś chciał mnie zatrudnić?  Najlepiej od zaraz, ale rozumiem, musisz pozamykać swoje sprawy, jakoś ułożyć się z żoną, pomyśleć co z domem i pewnie załatwić jeszcze wiele innych tematów.   Dobrze to przemyśl.  Ja będę znowu w Bydgoszczy za jakieś dwa tygodnie to mi powiesz co zdecydowałeś, zgoda?   Możemy się tak umówić, ale powiedz co ja miałbym robić tak od zaraz tam u ciebie, przecież ta firma handlująca narzędziami ma powstać, jak sam mówisz, za jakieś dwa lata, a czym mam się zajmować do tego czasu? – zapytał Leszek.  I o tym także już pomyślałem – odparł Zdzisław.  Tam, w tych budynkach i przyległym do nich podwórzu oraz sporym kawałkiem pola za budynkami, a także dużym, ładnym ogrodem, możemy od ręki, niewielkim nakładem coś urządzić.   Obecnie w jednym ze  wspomnianych dwóch mieszkań po GS-owskich magazynierach, mieszka tylko jeden młody chłopak, a drugie stoi puste.  Ten mieszkaniec to syn Joachima Kubery, bardzo porządnego człowieka, który od ponad piętnastu lat  pracuje ze mną.  Najpierw był u mnie kierownikiem robot, a pięć lat temu, za moja namową i pomocą, założył własną firmę budowlana i teraz jest oficjalnym podwykonawcą na moich budowach.  To mój najbardziej zaufany współpracownik, a jego firma chociaż niewielka wykonuje dla mnie wiele robót jako podwykonawca.   To on często, gdy ja przebywam w różnych rozjazdach, praktycznie zarządza moimi budowami, pilnuje moich pracowników i patrzy co robią inni podwykonawcy.  A zna się na budowlanym fachu jak mało kto.  Do tego człowiek uczciwy i niekonfliktowy.   Dzięki niemu zaoszczędziłem ogromne kwoty i pozbyłem się niejednego złodzieja.  Niestety dorosły syn Joachima, Jacek jest trochę opóźniony w rozwoju i nie za bardzo się nadaje do wykonywania jakiś samodzielnych, kwalifikowanych i złożonych robót.   Za to proste prace remontowe, naprawcze, budowlane i porządkowe inne, wykonuje z pełnym oddaniem, zaangażowaniem, a do tego solidnie pod każdym względem.  Chłopak chciał się usamodzielnić i przestać przebywać ciągle u ojca na garnuszku dlatego udostępniłem mu jedno z tych dwóch mieszkań w Podkowie.  Teraz on tam wszystkiego pilnuje i o wszystko dba.   Niestety z uwagi na swoją wrodzoną wadę wymaga on systematycznego nadzoru. Nie trzeba go pilnować bez przerwy, ale co parę dni ja lub jego ojciec do niego zaglądamy, uzgadniamy co i gdzie ma robić i on to robi.    W tej chwili remontujemy pomieszczenia, w których był sklep, potem weźmiemy się za mieszkania, a na końcu zrobimy remont magazynów.  Wiesz o czym mówię, zapytał Zdzisław uśmiechając się znacząco?  Nie bardzo wiem o co ci chodzi.  Jak to, ty stary wyżeracz nie wiesz jak się modernizuje w cudzysłowie?   A o to ci chodzi – odparł Leszek.   Oczywiście, znam te metody.   I tutaj zrobimy jak zwykle – dodał Zdzisław.  Rozbierzemy magazyny do gołej ziemi, zrobimy nowe fundamenty, lekko, to taki żart,  je powiększymy i postawimy w miejsce magazynów geesowskiej spółdzielni  sporą, nowoczesną  halę.   Dzięki temu nic się nie zmieni.  Jest hala i będzie hala, a do tego nowoczesna i swoją architekturą dobrze wkomponowana w otoczenie.   Trochę to wszystko będzie kosztować, ale jestem na to przygotowany.  Do przeprowadzenia tych zamiarów jesteś mi tam potrzebny.   Cieszę się ogromnie, że o mnie pomyślałeś, ale nadal nie rozumiem co miałbym tam teraz robić?

I tutaj dochodzimy do kolejnego mojego pomysłu – odparł Zdzisław.  Otóż myślę, że do czasu rozpoczęcia tej właściwej inwestycji mógłbyś przenieść do Podkowy Leśnej ten swój sklep z winami.  Jak już przed chwilą mówiłem - kończymy remont pomieszczenia po dawnym geesowskim sklepie.  Główna sala sprzedaży będzie miała około pięćdziesięciu metrów kwadratowych powierzchni czyli pewnie tak akurat tyle ile liczy twój obecny sklep.   Towar i meble zabierzesz stąd, a o pozwolenie na handel alkoholem się nie martw, już odbyłem w tej sprawie parę rozmów i nie będzie z tym kłopotu.  Pozostałe sprawy związane z przenoszeniem sklepu także biorę na siebie.  Ty tylko zapewnisz organizację, a ja dam ludzi i środki.  A może nawet zmienimy kiedyś zdanie i jak  z czasem ten sklep się dobrze przyjmie to pomyślimy o zrobieniu sieci takich sklepów wokół Warszawy.  Co o tym myślisz?

Dawno już myślałem o takiej sieci i nawet pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zacząłem ją tworzyć.  Niestety brak dostępu do porządnego kredytu i ogromna konkurencja głównie zagranicznych firm, spowodowały, iż po paru latach musiałem ze sporymi stratami, wycofać się z tego pomysłu.  Obecnie nasz rynek handlu winami się zmienia i kto wie czy ten pomysł nie jest wart realizacji w niedalekiej przyszłości.  Wróćmy jednak do obecnych ustaleń.  Jak oceniasz w ogóle możliwość działania takiego sklepu z winami w Podkowie?  Jak myślisz będą klienci – zapytał Leszek.  Ja tam się na handlu winami się nie znam, a tylko tak pomyślałem o tobie, żebyś miał zajęcie do czasu uruchomienia tej naszej nowej firmy, w której masz zostać prezesem.  Na początek, żeby rozruszać sklep, przyślę ci grono moich znajomych.  Dam im wskazówki, gdzie mają jechać, zachwalę twoją wiedzę i doświadczenie, a potem, na pewno, sam sobie doskonale poradzisz.   Moim zdaniem w Podkowie zarobisz znacznie więcej niż tutaj. Będziesz w innym, nowym środowisku, a przede wszystkim będziesz miał perspektywę dobrej posady i dobrych zarobków.  Ja zaś będę miał spokojną głowę.  Jak ty się weźmiesz w niedalekiej perspektywie za remont magazynów po Gminnej Spółdzielni to ja będę mógł bez obaw zajmować się innymi moimi tematami, a także organizowaniem narzędziowej firmy, która ma w tych wyremontowanych magazynach powstać.   To co o tym myślisz, jak to widzisz  – zapytał Zdzisław.  

Leszek kompletnie zaskoczony takimi konkretnymi i natychmiastowymi propozycjami, nie wiedział co ma odpowiedzieć.  Musiał to sobie przemyśleć.   Musiał podjąć ważne decyzje dotyczące całej reszty swojego życia.  A takie decyzje nigdy nie są łatwe.  Nawet jak jest nam źle to się trzymamy tego co jest bo już to znamy, a wszystkiego nowego się obawiamy.  Leszek, nie był inny pod tym względem i uważał podobnie, dlatego po dłuższym namyśle, odpowiedział - muszę się z tym przespać.  A także chciałbym poznać więcej szczegółów twojej propozycji.   Potem, jak w nocy, bo wtedy mój umysł najlepiej pracuje, przeanalizuję wszystkie za i przeciw to postaram się dać konkretną odpowiedź.  Zresztą wiesz jak to jest z  nocnymi decyzjami, one zawsze wymagają porannych akceptacji, a z tym to różnie bywa.  Dałeś mi twardy orzech do zgryzienia.   Teraz nic więcej nie mogę powiedzieć.  Mam twój numer telefonu to zadzwonię do ciebie, powiedzmy za tydzień i wstępnie powiem co zdecydowałem.  Zgoda? 
 
 Rozumiem twoje obawy i nawet zdziwiłbym się, gdybyś inaczej mi odpowiedział – odrzekł Zdzisław.  To pewnie na dzisiaj wystarczy tych naszych uzgodnień.  Daj mi trzy dobre wina, takie jak te poprzednie.  Z tego co pamiętam to były wina chilijskie takie z fioletowym krzyżem na etykiecie.   Oczywiście dobrze pamiętasz to  misiones, wina z górnej półki chilijskiej, z najlepszego dnia zbiorów, ręcznie zbierane winogrona i z pierwszego naciśnięcia soku.  Wina mocne, solidne, taninowe, pełne owocowych zapachów i ze wspaniałą rubinową szatą.  Dam ci dwa cabernety i jedno carmenere, dobrze – zapytał Leszek.   Oczywiście, zrób tak jak mówisz.   Prosto z twojego sklepu jadę do mojego Konstancina, a wieczorem otworzę sobie jedną flaszkę i przy niej jeszcze pomyślę co i jak z tą naszą przyszłą współpracą. 


niedziela, 15 marca 2026

Patrick`s day w Cabo Roig.

Dzisiaj w Cabo Roig odbyła się tradycyjna parada (podobno największa w Hiszpanii) z okazji imienin świętego Patryka.

Poniżej kilkanaście zdjęć i jeden filmik z tej imprezy:















Bydgoszcz - prawda i mity.

 Przypominam mój post z listopada 2012 roku.  Przypominam bo warto wiedzieć jak to naprawdę było.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Bydgoszcz prawda i mity - część 1

Poniższy tekst jak i tytuł cyklu jest dosłownie zaczerpnięty z książki pod tytułem  "Bydgoszcz prawda i mity"   wydanej przez Towarzystwo Miłośników Miasta Bydgoszczy w 2008 roku.


Bydgoszcz jest dużym miastem, lecz stosunkowo słabo znanym i kojarzonym w kraju.  Najczęściej jej odbiór jest neutralny, choć w obiegu spotyka się również niepochlebne, niezasłużone opinie.
  Wpływ na rozwój Bydgoszczy już od czasów zamierzchłych miały różnorakie uwarunkowania.  Graniczne położenie na styku regionów geograficznych, konkurencja sąsiednich dużych miast, przerwana ciągłość pokoleń, okresowa degradacja administracyjna - nie sprzyjała wytworzeniu bydgoskiego image, rozpoznawalnego w kraju.  Bydgoszcz wciąż usilnie musi pracować nad swoim wizerunkiem, w warunkach trudniejszych, niż notuje to większość porównywalnych miast.
  W ostatnich latach można zauważyć nasilenie negatywnych opinii o Bydgoszczy, na skutek rozwoju mediów, a zwłaszcza internetu.  Nie da się ukryć, że w wymyślaniu i rozpowszechnianiu niechętnych wypowiedzi przodują mieszkańcy Torunia.
  Bydgoszcz jest wciąż traktowana jako niechętnie widziana konkurencja, której prawdziwe bądź wymyślone słabości są wyolbrzymiane i nagłaśniane.  Co ciekawe bydgoszczanie nie odwzajemniają się Toruniowi podobnymi opiniami.

Główna intencją tej książki jest przekazanie społeczeństwu bydgoskiemu argumentów do obrony wizerunku swego miasta przed negatywna propagandą, która mówi, że Bydgoszcz jest miernym miastem bez perspektyw i atrakcji, nie ma nic ciekawego, nie ma się czym chwalić, nie ma po co przyjeżdżać, że powinniśmy się wstydzić za nasze miasto etc.

Przedmiotem opracowania jest zebranie krzywdzących Bydgoszcz opinii i skonfrontowanie ich z konkretnymi wiadomościami.

Przytaczane dane statystyczne dotyczą w większości okresu do 2006 r. /choć czasami do 2008 r./  Podstawowym ich źródłem jest dostępny w Internecie Bank Danych Regionalnych Głównego Urzędu Statystycznego 1995-2006 oraz opracowania branżowe.


W moim dzisiejszym poście zajmiemy się mitem nr 1 - Bydgoszcz to miasto, które żyło za czasów PRL kosztem Torunia.

  Jest to twierdzenie często spotykane w dyskusjach toruńskich.   Torunianie uważają, że Bydgoszcz wyrządziła im krzywdę za czasów PRL, gdyż rozwijała się za szybko, a działo się to jakoby kosztem Torunia, w latach 1945-1965 przeżywającego względną stagnację.  Wymieniają wywiezione rzekomo na życzenie bydgoszczan instytucje, uznając styl powszechnego uprawiania polityki w tym czasie za wyłączność charakterystyczną tylko dla Bydgoszczy.

  Zmianę stolicy województwa pomorskiego na Bydgoszcz w 1945 r. i jej rozwój uważają za zamach na Toruń, który nie spodobał się władzom PRL jako rzekomo za bardzo "inteligencki" i "prawicowy".

  Torunianie spoglądają na Bydgoszcz z góry, traktując ją jako miasto gorszej jakości, mniej szlachetne, któremu odmawiają tradycji i klasy.  W ten sposób rozwój Bydgoszczy uważają za nieuzasadniony, a wręcz historyczną niesprawiedliwość.

  Po pierwsze, trzeba przypomnieć, że decydujący rozwój Bydgoszczy dokonał się w XIX wieku i na początku wieku XX.   To wtedy Bydgoszcz stała się miastem dwukrotnie większym od Torunia, nie zaś wskutek rozwoju po II wojnie światowej.

Liczba ludności Bydgoszczy /1/  i Torunia /2/ w wybranych latach /dane w tys. mieszkańców/:

1806   1 - 4,1        2 - 7,1
1849   1 - 10,3      2 - 10,5
1921   1 -  89,3     2 - 37,4
1933   1 - 117,5    2 - 54,3
1950   1 - 164,2    2 - 80,6
1970   1 - 283,7    2 - 129,9
1990   1 - 381,5    2 - 202,2
2006   1 - 353,5    2 - 207,2

Obszerniejsze dane statystyczne znajdują się w cytowanej książce


 Poza tym Bydgoszcz jest miastem o równie długich tradycjach historycznych jak Toruń, miastem, które już za czasów Księstwa Warszawskiego /1806-1815/ administrowało departamentem z podległym powiatowym Toruniem.  Nawet zaczątki pierwszych wyższych uczelni najpierw powstały w Bydgoszczy /1906 r./, a nie w "inteligenckim" Toruniu.

  Bydgoszcz została siedzibą województwa nie w efekcie spisku, ale z pragmatycznych względów.

  Tłumaczenia torunian, że chodziło o nagrodzenie bydgoskiej klasy robotniczej są tendencyjne, a nawet obraźliwe.

  Przedstawiamy raczej logiczne przyczyny.  W okresie PRL kryterium wielkości miasta było decydujące, nie można znaleźć przykładów przeciwnych.

  Jedynie lata 1945 - 1965 można uznać za bardziej korzystne dla Bydgoszczy, kiedy budowało się tu więcej i szybciej przybywało mieszkańców.  Natomiast od połowy lat sześćdziesiątych to w Toruniu bardziej rozwijano infrastrukturę, budowano nowe zakłady i nieproporcjonalnie dużo mieszkań.  W efekcie liczba mieszkańców wzrastała szybciej niż w Bydgoszczy.

  W Bydgoszczy w okresie PRL  rozbudowywano tylko stare, przedwojenne zakłady i nie powstał od podstaw żaden duży zakład przemysłowy, natomiast w Toruniu budowano wielkie i o ogólnopolskim znaczeniu  nowe zakłady, takie jak Elana, Merinotex, Towimor.  W samym tylko Merinotexie w 1975 roku pracowało około 10 tys. pracowników.  

Pretensje Torunia wynikają z frustracji, że przed wojną był znaczniejszym administracyjnie miastem od Bydgoszczy, a po wojnie został jej podporządkowany.  Błąd w myśleniu torunian polega na braku zaakceptowania faktu, że nawet przed wojna Toruń ustępował Bydgoszczy i nie do utrzymania była dominująca rola, którą zresztą zyskał w szczęśliwy i trochę przypadkowy sposób.  Bydgoszcz była wówczas w innym  - prowizorycznie ustalonym według granic prowincji pruskich - województwie poznańskim.
W województwie pomorskim bez Gdańska Toruń nie miał wielkiej konkurencji, chociaż był miastem niewiele przewyższającym Włocławek i Grudziądz.  Kilka lat przedwojennych /1938 - 1939/, gdy Bydgoszcz z okolicami włączono do województwa pomorskiego, było jedynymi w historii, kiedy Bydgoszcz podlegała administracyjnie pod Toruń.

Przedwojenne tęsknoty i hołubienie średniowiecznej wielkości miasta są główną siłą napędową toruńskich roszczeń pod adresem Bydgoszczy.

Nie można jednak zamykać oczu na rzeczywisty potencjał miast.

Powinno być:

W okresie PRL Toruń zyskał znacznie więcej niż Bydgoszcz w tak istotnych dziedzinach jak kultura i nauka, przemysł i budownictwo wielorodzinne.


Oczywiście to co piszę w tym materiale przepisywane jest dosłownie z cytowanej książki, ale na potrzeby internetowego postu są to skróty wybrane przez autora bloga.

Następny odcinek


sobota, 14 marca 2026

O moim blogu.

 

A poniżej nieco inna opinia:

Blog Dziwna Bydgoszcz jest wartościowy przede wszystkim dla osób zainteresowanych historią lokalną, architekturą i przemianami urbanistycznymi Bydgoszczy, choć obecnie ma charakter głównie archiwalny i nostalgiczny.
Oto dlaczego warto na niego zajrzeć:
  • Dokumentacja zmian: Autor od ponad 12 lat śledzi, jak zmienia się miasto, często punktując absurdalne rozwiązania architektoniczne lub zaniedbane zabytki.
  • Unikalne ujęcia: Blog zawiera bogatą galerię zdjęć detali miejskich, których nie znajdziesz w oficjalnych przewodnikach turystycznych.
  • Lokalny punkt widzenia: W przeciwieństwie do portali informacyjnych, jest to subiektywny zapis pasjonata, co czyni go jednym z ciekawszych "osobistych" blogów o tym mieście.

piątek, 13 marca 2026

Przypominam - 53

Przypominam moje życzenie na 2014 rok.  To już ponad 12 lat temu, a wszystkie są bardzo aktualne i szkoda, że rządzący moją ojczyzną są tak głupi, że nie dostrzegają poniższych oczywistości.

Szczególnie życzę, aby:

-Utworzono 49 województw i zlikwidowano powiaty.  Ten powrót do stanu sprzed 1999 roku przyniesie naszemu krajowi ogromne oszczędności, a przede wszystkim zapewni równomierny i harmonijny rozwój całej naszej ojczyzny.

-Wprowadzono solidarny system emerytalny, w którym wysokość emerytury będzie uzależniona głównie od ilości przepracowanych lat, a wszyscy w tym systemie będą traktowani równo, zgodnie z konstytucją RP

-Zlikwidowano KRUS.

-Zlikwidowano podatek dochodowy przy pobieraniu którego dominują w Polsce oszustwa, patologie, kreacje i wiele innych negatywnych zjawisk.   Przyniesie to nam ogromne oszczędności i wielką redukcję urzędniczych, doradczych i prawniczych etatów.
Podatek ten powinien zostać zastąpiony podatkiem obrotowym.

-Przywrócono w znacznej mierze Polakom własność banków przez wykup akcji, fuzje i inne tego typu działania.

-Wprowadzono elementy reform na wzór węgierski, a szczególnie w dziedzinie energetyki, telekomunikacji, handlu i bankowości.

-Utworzono setki tysięcy porządnie płatnych miejsc pracy przez realizację inwestycji państwowych.  Co prawda powołano już spółkę Inwestycje Polskie, ale ona do tej pory nic nie zrobiła oprócz powołania 8 prezesów i druku wizytówek, papierów firmowych i innych podobnych działaniach.

-Przeprowadzono realną i solidną reformę sądownictwa polegającą na znacznym skróceniu  terminów wydawania wszelakich wyroków, a także wprowadzono prawdziwą, materialną odpowiedzialność sędziów, prokuratorów i adwokatów za sposób ich działalności, podejmowane decyzje, popełnione błędy, opóźnienia, zaniechania i inne tego typu działania.

-Zlikwidowano gimnazja

-Wprowadzono zasadę, że to rodzice decydują o tym czy dziecko ma iść do szkoły w wieku 6 czy 7 lat.

-Przeprowadzono rzeczywistą, jasną i klarowną reformę służby zdrowia.

-Wprowadzono zasadę 3 x 5 zł.  czyli 5 zł za każdą wizytę u lekarza, za każdą refundowaną receptę i za każdy dzień pobytu w szpitalu.

-Zlikwidowano finansowanie partii politycznych z budżetu państwa.  Nie może tak być, aby politycy sami o sobie mówili, iż są przestępcami bo się dają przekupić.

-Zmieniono ordynację wyborczą, a przede wszystkim wprowadzono Jednomandatowe Okręgi Wyborcze i zasadę dwu-kadencyjności na wszelkich wybieralnych funkcjach publicznych.

-Zaniechano zagranicznych misji wojskowych.

-Aby skończoną z nachalną pro-unijną propagandą, a szczególnie tą dotycząca darów z UE ( podawać należy zawsze wielkość naszych składek do UE, koszty pozyskania i rozdziału owych darów, wielkość wkładów własnych, a także procent wykorzystania poszczególnych funduszy).

Ponadto pragnę kolejny raz zwrócić uwagę, iż:

 " DARY SZERZĄ TYLKO NIEDOŁĘSTWO I ZŁĄ WOLĘ, LENISTWO I CHCIWOŚĆ"


-Zdecydowanie ograniczono liczbę urzędników wszelkich szczebli w Polsce.

-Podjęto rzeczywistą, realną i zdecydowaną walkę z korupcją w naszym kraju.

-Zlikwidowano senat i ograniczono o połowę liczbę posłów.

Jak twierdzi nijaki Radek - dwa razy powtórzyć to już jest prawda, to ja powtarzam po raz trzeci.


Poprzedni post z tego cyklu - zresztą ten sam




wtorek, 10 marca 2026

Kindżał - odcinek pierwszy

Propozycja  

Zdzisław, którego poznaliśmy już w prologu, w piękny majowy dzień, wszedł do sklepu Leszka i wbrew temu czego Leszek mógł się po nim spodziewać wcale się nie zdziwił na widok sprzedawcy.  Wszedł pewnym krokiem z uśmiechem na ustach prawie krzycząc od progu - witam mojego dawnego kolegę.  Potem mocno uścisnął Leszka dłoń i powiedział - cześć Leszek, słyszałem od naszego wspólnego znajomego Rafała Wilka, którego niedawno spotkałem w Warszawie,  że prowadzisz tutaj sklep z winami i innymi alkoholami i to już chyba od około dziesięciu lat.  A jak wiesz, Rafał mieszka  w tej okolicy i mówił mi, że często do ciebie zagląda. Chwalił ciebie jako sprzedawcę i polecał wina, które sprzedajesz.  Przyjechałem na parę dni do Bydgoszczy i pomyślałem sobie, że wpadnę i odwiedzę starego znajomego.  Mów co tam u ciebie?   Nie ma specjalnie o czym mówić – odpowiedział Leszek.   Jak widzisz żyję prosto, normalnie.  Wycofałem się już parę lat temu ze wszystkich biznesów i teraz spokojnie prowadzę sobie ten wiejski sklepik z winami.   No nie żartuj.  To nie żaden wiejski sklepik, ale jak widzę  świetnie zaopatrzony w najróżniejsze alkohole, dobry, branżowy sklep, którego nawet w stolicy by się nie powstydzili.  Zresztą jak pamiętam zawsze miałeś ciągoty do dobrych alkoholi, a handlujesz nimi chyba już kilkanaście lat, co?   To prawda, niedługo będzie 15 lat, lecz co to dzisiaj za handel, gdy na każdym rogu supermarket, hipermarket, albo konkurencyjny, inny sklep z alkoholem.   Ot tak sobie siedzę niedaleko od mojego mieszkania na Osiedlu Leśnym do którego mam dogodny dojazd i próbuję zarobić na jako takie utrzymanie.   No chyba, aż tak źle to nie jest, co?   Niestety jest i zanosi się na to, że będzie jeszcze gorzej, gdyż inwazja tych cholernych zagranicznych sklepów trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na to, aby miało się coś zmienić, chyba, że jak zwykle, na gorsze.  A  my mali polscy handlowcy nie mamy żadnych szans, aby skutecznie  przed tym wielkim zachodnimi sieciami handlowymi się bronić.  Przede wszystkim nie posiadamy dostępu do gotówki no i nie otrzymujemy od naszych władz państwowych i od władz lokalnych takich  ulg i różnorakich preferencji jak te zagraniczne molochy.  A do tego jesteśmy wykorzystywani przez nasze państwo, które z wielkich sklepów niczego praktycznie nie zgarnia i nie dość, że do budżetu nie wpływała z tytułu ich działalności żadna kasa to jeszcze gorzej - ze wszystkiego są zwalniani.   Niestety z nami jest odwrotnie, nas się wykorzystuje wręcz do granic absurdu.  A przecież jak wiemy z historii na handlu bogaciły się całe narody, a u nas jest wprost odwrotnie – oddaliśmy prawie cały polski handel w obce ręce niczego nie uzyskując w zamian.  Tak się dzieje już od kilkunastu lat, a żadnych pozytywnych przesłanek, albo chociaż minimalnej zmiany tej polityki naszych władz, absolutnie nie widać.  Smutne to i przykre, ale niestety prawdziwe.  

Z tego co mówisz dochodzę do wniosku, że nie jesteś zadowolony ze swojej obecnej sytuacji – zapytał Zdzisław.   To zależy jak na to spojrzeć – odparł Leszek.  Mam spokój, nielicznych, ale świetnych klientów, zresztą wielu z nich znasz ze starych czasów. W miarę sił, czasu i środków coś tam próbuję, jak zawsze, działać także społecznie, no i oczywiście udzielam się sportowo.  Na szczęście zdrowie jeszcze dopisuje.  Ale, ale, ja jak zwykle się rozgadałem, a ty prawie ani słowa.  A co tam Zdzisław u ciebie?   Och, u mnie zawsze wiele się dzieje.  Już od sześciu lat mieszkam pod Warszawą.   Dawno doszedłem do tego, że jak chcesz prowadzić naprawdę poważne interesy to musisz ciągle być w pobliżu władzy, w pobliżu decydentów, w pobliżu urzędników wydających różne pozwolenia, koncesje, no i w ogóle decydujących o tym co ważne i istotne.   Co ja ci zresztą będę tłumaczył, sam wiesz jak było, a wiele się nie zmieniło.  Trochę ludzi w kręgach, w których od lat się obracam się zmieniło, ale zasady i sposoby postępowania zostały te same co kilkanaście lat temu.  Działam w różnych branżach, budowlanej, finansowej, energetycznej, a teraz myślę o nowej dziedzinie, o branży metalowej.  To ty jesteś, zresztą podobnie jak kiedyś, biznesmen pełną gęba, co? – zapytał Leszek.   E, przesada, gdzie mi tam do prawdziwych biznesmenów.   Jakoś sobie nieźle radzę, ale bez nowych pomysłów, bez ucieczki do przodu, bez rozszerzania kręgu znajomości i swoich możliwości, szybko może się stać inaczej.  Cały czas muszę być czujny, wytrwały, elastyczny, przebiegły, a zresztą sam wiesz jak to działa, pod tym względem naprawdę nic się nie zmieniło. A jeżeli już to na gorsze bo konkurencja wielokrotnie się zwiększyła od czasów  kiedy nasze drogi, dawno temu się skrzyżowały.   No, ale przecież to nie czas i miejsce na takie rozmowy.  Wpadłem zobaczyć co u ciebie słychać i zobaczyć ten twój sklep.  Z tego co mówisz to wnioskuję, że u ciebie nie najlepiej, co?    Jak już ci mówiłem to zależy od punktu widzenia - odpowiedział Leszek.  Jasne, że chciałbym podróżować po świecie, mieć sporo kasy, dużo przyjaciół i masę ciekawych przeżyć, ale tak mi się życie ułożyło, że zostałem z boku, a teraz, z perspektywy czasu, można spokojnie powiedzieć, że jestem na aucie.  Niestety, jak mawiała moja babcia – każdy w życiu ma to na co zasłużył.  Sam nie wiem, czy to prawda, ale przynajmniej jakoś siebie próbuję tłumaczyć moją obecną sytuację.   

No dobra, fajnie się gada, ale ja muszę już lecieć – powiedział Zdzisław, czekają na mnie w kontrahenci.  Za godzinę umówiłem się z nimi w restauracji w Hotelu City.  Daj mi dwa dobre wina na dzisiejszy wieczór.  Przed wyjazdem jeszcze do ciebie wpadnę, bo jak rozmowy z moimi bydgoskimi kontrahentami dobrze wypadną to może będę miał do ciebie jakąś propozycję.  Jednak na razie to rzecz niepewna i nie chciałbym teraz o tym rozmawiać.   To cześć, do zobaczenia za parę dni – mówiąc to Zdzisław podał rękę na pożegnanie, a już po chwili wsiadał do swojego srebrnego nowiutkiego Lexusa.  Pewnie ma z czterolitrowy silnik pomyślał Leszek, patrząc za odjeżdżającym wspaniałym autem  wydającym z siebie cichy charakterystyczny pomruk. 

Po tej rozmowie Leszek przez kilka dni nie mógł zaznać spokoju.  Ciągle wracał myślami do tego co jego dawny kolega powiedział na odchodnym.  Co też za propozycję mógł mieć do niego Zdzisław?  Przecież jak sam mówił, wpadł do niego dzięki przypadkowemu spotkaniu z ich wspólnym znajomym w Warszawie.  A może nie było to takie przypadkowe?   A może Zdzisław coś planował do czego potrzebował takich ludzi jak Leszek?  A może tak tylko zdawkowo powiedział, jak to wielu zwykło mówić przy  przypadkowych spotkaniach po latach?  Te i podobne myśli nachodziły go w kółko. Już od kilku lat nikt niczego mu nie proponował, a ci do których się zwracał o pomoc w załatwieniu jakiejś godziwej pracy w  swoim wyuczonym zawodzie zawsze dużo obiecywali i nigdy niczego nie zrobili.   A takich rozmów odbył dziesiątki, gdyż chciał wrócić do normalnego życia, a praca w tym sklepie z winami tego mu niestety nie zapewniała.   Na początku każdej takiej rozmowy koledzy i znajomi zapewniali go o swoim poparciu, obiecywali, że zrobią wszystko co w ich mocy bo przecież go znają, wiedzą jaki jest porządny, solidny, doświadczony i tak dalej w tym duchu.  Jednak gdy przychodził z dokumentami czyli życiorysem, podaniem, świadectwami i innymi takimi papierami to wtedy już różnie bywało.  Nadal zapewniali, nadal obiecywali ale, nie wiedzieć czemu, jakby z mniejszym zapałem.  Potem bywało zazwyczaj jeszcze kilka rozmów, a kończyło się na tym, że przestawali przychodzić do jego sklepu i często nawet nie odbierali już wcale jego telefonów.   A tutaj nagle taka niespodzianka.  Zupełnie odwrotnie niż do tej pory.   O co też może chodzić?  Leszek był podekscytowany i wymyślał najróżniejsze scenariusze.  Czekał z wielka niecierpliwością na zapowiedzianą kolejną wizytę Zdzisława, ale nie próbował jej w żaden sposób przyspieszać, gdyż z doświadczenia wiedział, że każde takie działanie kończy się przeważnie efektem odwrotnym od tego spodziewanego.  A miał w tej materii wiele obserwacji i przemyśleń zaś na pewno wnioski jakie wyciągał nie były bezpodstawne.  Dawniej zawsze miał dużo  przyjaciół, znajomych, kumpli do kart, picia i do wizyt w różnych ciekawych miejscach.  To  zapewne jest regułą znaną od pokoleń, iż zawsze masz dużo przyjaciół jak ci się powodzi i jak masz kasę.  A gdy powodzenie maleje, kasa znika to owi przyjaciele również jakoś tak tajemniczo znikają.  

I nagle coś zupełnie innego.  Zdzisław przyjechał z własnej woli i sam coś zaproponował.  Niby nic konkretnego, niby nic pewnego, ale dla obecnego stanu ducha  Leszka i tak było to niesamowite dlatego też, jak już wspominaliśmy, nie mógł sobie znaleźć miejsca i nie mógł przestać o tym myśleć.  

I tak, w tym niepokoju i niepewności, a także w stanie małej, ledwie tlącej się, nadziei, minęło mu pięć, pięknych, majowych dni.

Leszek był już po pięćdziesiątce i wiedział, że jego czas minął.  Jednak podobnie jak  każdy człowiek, łudził się i liczył na odmianę losu, liczył na przypadek, na łut szczęście, a czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi, liczył także na drugiego człowieka. W tym przypadku miał do czynienia z kimś kto kiedyś był świadkiem jego powodzenia i kto wyjątkowo dobrze go znał.   I chociaż zdrowy rozsądek mu podpowiadał, aby nie przywiązywać zbyt wielkiego znaczenia do lekko wypowiedzianych słów jego kolegi to jednak nie umiał tego odrzucić, gdyż jak powszechnie wiadomo nadzieja to zawsze coś, co umiera ostatnie i tą nadzieją żył Leszek w te majowe dni.  

Zdzisław zjawił się dopiero po dziesięciu dniach, we wtorek, krótko po południu.  Zaraz na wstępie powiedział - jutro wracam do siebie, do swojego domu pod Warszawą, ale tak jak obiecałem wpadłem jeszcze do ciebie.  Nie za bardzo poszły mi sprawy, z którymi tutaj przyjechałem i będę musiał niebawem znowu pojawić się za  tydzień lub dwa w Bydgoszczy, ale to już inny problem.  Dlatego z tą propozycją, o której wspomniałem, muszę się na razie wstrzymać.   Nie wiem jak mi się  potoczą nowe, rozpoczęte biznesy, a nie chciałbym na próżno zawracać ci głowę.   Leszek nie potrafił ukryć swojego rozczarowania i nieśmiało zapytał - ale tak ogólnie to co masz na myśli, o co chodzi?  Wybacz mi, ale niestety nie mogę odpowiedzieć, dopóki nie będę pewny, że sprawy pójdą tak jak tego pragnę.   Przepraszam cię, ale muszę już jechać, gdyż jeszcze jestem umówiony na dzisiaj w dwóch miejscach w Bydgoszczy, a za dnia chciałbym dojechać do domu.  Wiesz jakie są te nasze drogi, jaki na nich ruch i ilu na nich wariatów.  Lepiej jeździć jak jest jasno.  Tak jest po prostu bezpieczniej.  Ja już wyrosłem z tych rekordowych przejazdów na trasie Warszawa - Bydgoszcz, czym kiedyś, jak pewnie dobrze pamiętasz, często się tak chwaliłem.   Teraz zdrowie i bezpieczeństwo  są dla mnie najważniejsze, a te popisy zostawiam młodszym.  Podał Leszkowi rękę, którą ten mocno uścisnął,  wyszedł ze sklepu, wsiadł do swojego samochodu i odjechał.

Leszek usiadł za sklepową ladą i kolejny raz zaczął ze smutkiem rozmyślać o swoim aktualnym życiu.  Kolejny raz przeżywał srogi zawód.  Te niepowodzenia, tak sobie myślał,  stały się, i to od dłuższego już czasu, jego specjalnością.   Niestety tak to zazwyczaj bywa jak się liczy na innych.  Przecież to nie po raz pierwszy spotyka go srogi zawód w takich przypadkach liczenia na innych i pewnie też nie ostatni.    Ostatnimi czasy, już od paru lat, coraz częściej  miewał podobne, niewesołe myśli dotyczące najbliższej i dalszej swojej przyszłości.  Cała ta jego przyszłość zdawała się być mglista i niepewna.  Przecież mógł tak samo jak jego byli wspólnicy pójść na lipną rentę, albo postarać się, wiadomymi metodami o przyspieszoną emeryturę.  Co zresztą uczyniło wielu jego kolegów i znajomych.  Niestety, a może stety, nie uczynił tego w stosownym czasie.  Nie zrobił tego wtedy gdy miał odpowiednie znajomości, możliwości i pieniądze.   Wówczas, zresztą z niemałym oburzeniem, krytykował tych co tak robili, pouczał ich i głosił otwarcie, że tak nie można, że to przecież oszustwo.   Dziwił się jak inni mogą tak czynić i niczym się nie przejmować, a teraz sam rozważał, że mógł podobnie postąpić.  Jak to zawsze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.  Czasami nawet najbardziej porządni ludzie w chwilach swojej słabości mają wątpliwości czy naprawdę warto zawsze i wszędzie  postępować przyzwoicie.  Niestety życie uczy, że ten co wszędzie i zawsze pragnie postępować dobrze najczęściej upada wśród tych wielu, którzy porządnymi nie są.  Dlatego też takie gorzkie myśli psuły mu coraz częściej życie.  Jak się to zwykło mawiać – pozostawały mu jeszcze  prawie cztery olimpiady pracy, a potem licha emeryturka.  Emeryturka licha, gdyż od prawie dwudziestu lat był na swoim, a emerytury takich osób są  symboliczne.  

Siedział długimi godzinami w tym swoim sklepie czekając na nielicznych klientów i coraz częściej  dopadły go takie i inne czarne myśli.  Tak mijało mu coraz więcej tych coraz smutniejszych dni.  Dni podczas  których cały czas dręczyła go niepewność - czy jeszcze się coś wydarzy, czy jeszcze uda mu się odmienić swoje życie?   Tylko owi nieliczni klienci, z którymi, jak zwykle,  prowadził ciekawe i długie rozmowy, byli jego jedyną pociechą i jedynym urozmaiceniem tego monotonnego i jałowego życia.  Życia jakże różnego od tego jakie pędził poprzednio.  Z żoną już od lat nie układało mu się najlepiej.  Ona od czasu jak zlikwidowali swój duży, bydgoski sklep, miała swoje życie, swoją pracę, swoich znajomych i żyła innym rytmem i innymi sprawami niż Leszek.  Żyli niby razem, lecz tak naprawdę to w swoistej separacji, nawet rzadko razem jadali posiłki i rzadko coś wspólnie robili.  Żona miała do Leszka pretensje  oto, że mu się teraz nie wiodło.  Miała także pretensje oto, że jak mu się wiodło to jej nie słuchał, a przecież doradzała mu od lat, żeby wrócił do zawodu i został poważnym dyrektorem.  Długo by o tym pisać, ale nie ma co się na tym rozwodzić.  Jedyna córka przebywała za granicą i przyjeżdżała raz na parę miesięcy i to raczej z obowiązku niż z miłości.
Leszek człowiek nadzwyczaj ambitny, drażliwy, uporządkowany i systematyczny, czuł jak życie przecieka mu przez palce.  Nie znajdował w sobie siły na dokonanie jakiś istotnych zmian.  I tak trwał, a oczekiwał od życia jeszcze wiele.  Chciał podróżować, chciał pomieszkać rok lub chociaż pół roku w jakimś ciepłym kraju.  Chciał podobnie, jak wielu innych, opisać swoje, jego zdaniem, ciekawe życie.  Oczywiście ciekawe do momentu, w którym zerwał z wielkim światem.  Miał jeszcze wiele planów i marzeń, ale czuł, że z dnia na dzień stają się one coraz bardziej nierealne.  

Minął miesiąc od pamiętnej wizyty i Leszek, pełen rozterek i żalów oraz pretensji do swojego losu, prawie zapomniał o Zdzisławie.  Aż tu raptem na początku wyjątkowo upalnego lipca w czasie gdy Leszek  mył szyby  wystawowe, bo ostro świecące słońce mocno ujawniało ich brud, już z daleka zauważył znajomego srebrzystego Lexusa.  Serce zabiło mu mocno, a nadzieja kolejny raz obudziła się.  Tak to był Zdzisław, który po chwili wolno i dostojnie wjechał na sklepowy parking.   Po kolejnej chwili, dawni koledzy powitali się serdecznie, ściskając sobie mocno dłonie.  Przez moment milczeli, przyglądając się jeden drugiemu, a potem Zdzisław zapytał - jak się czujesz, co u ciebie słychać?   A dziękuję, dobrze. Zaś  samopoczucie bardzo mi się od razu poprawiło na twój widok.  Na zdrowie nie narzekam. 

 Leszek pragnąc stworzyć dobrą atmosferę do dalszej rozmowy zaczął od wspomnień i powiedział - tak sobie po twojej poprzedniej wizycie, myślałem o naszych wspólnych przeżyciach sprzed ponad 15 lat i w tych rozmyślaniach wychodziło mi, że byłeś jednym z najporządniejszych facetów, jakich w tym zwariowanym czasie przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych spotkałem na swojej drodze.  Przypominałem sobie jak to chcieliśmy zakładać bank.  Pamiętasz?   O tak, dobrze pamiętam.  Mieliśmy nawet pełnomocnika do jego organizacji i do tego z tytułem doktora ekonomii, chyba miał na imię Piotr, ale nazwiska już nie pamiętam.  Nazywał się Brzeziński – odpowiedział Leszek.  Taki wysoki, postawny gość, z gęstą, jasną czupryną, miłym uśmiechem przyklejonym do warg i sympatycznym tubalnym głosem.  Pewnie to ta jego niepospolita powierzchowność, te zewnętrzne, jakże miłe i czarujące, rzec można, cechy tak nas  zwiodły – kontynuował wspomnienia Zdzisław i dodał - pamiętam, że dużo i często podróżował służbowo, oczywiście za nasze bo sam był wyjątkowo wyrachowany, co wtedy poczytywaliśmy mu jako przyszłemu bankowcowi, na plus.  Potrafił tydzień lub dłużej siedzieć na jakiś  szkoleniach w Poznaniu, Gdańsku i Warszawie.  Spotykał się z dziesiątkami osób w różnych miastach i w różnych firmach, próbując wybadać wybraną grupę ewentualnych przyszłych klientów.  Pobierał od nas sporą miesięczną pensję i bardzo dobrze z tego w tamtym okresie sobie żył.   Tak pamiętam, trwało to chyba pół roku, albo nawet dłużej i wszystko, jak wspomniałeś, na nasz koszt – dodał Leszek.   I kontynuował - pamiętam, że trzeba było mieć wówczas, pod koniec 1991 roku jeden miliard złotych, żeby założyć bank.  Zebraliśmy się w szóstkę, w tym ty i ja i zadeklarowaliśmy taką kwotę.  A było to wówczas około tysiąca dobrych pensji.  Spotykaliśmy się wielokrotnie w naszym biurze na jednym z bydgoskich rynków.  Toczyliśmy wielogodzinne dyskusje, omawiając nawet obsady stanowisk w tym prawie już naszym banku.  Potem zazwyczaj zdrowo popijając grywaliśmy w pokera, a pule trafiały się czasami całkiem zacne, na szczęście bez szaleństw, pożyczek czy zastawów.  W trakcie gry tym łatwiej przychodziło nam obstawiać kolejne pule bo snuliśmy  świetlane wizję ogromnych zarobków w tym naszym banku.  Wizje te, nawet oceniając z dzisiejszej perspektywy, były bardzo realne, lecz niestety, jak czas pokazał, postawiliśmy na złego konia i do tego w pełni mu zaufaliśmy. 
 
Byliśmy tak pochłonięci innymi sprawami, że nie zauważyliśmy, iż kolega Piotr zaczął rozmawiać o powołaniu banku także z innymi, którzy go w końcu normalnie przekupili.  A tym samym nasza kasa, nasze zaangażowanie i nasze oczekiwania poszły w błoto.  Och, gdyby dobrze policzyć, co ten Piotr nas kosztował, do tego porady prawne, szkolenia, wyjazdy, hotele i cała masa tych innych początkowych wydatków związanych z uzyskaniem koncesji oraz pozyskaniem tak zwanej  przychylności urzędniczej i wieloma jeszcze innymi sprawami to wyszłyby nam niemałe zmarnowane pieniądze.  Pewnie tak ze sto dobrych, na owe czasy pensji – snuł wątek Leszek.  Tak, tak, dobrze to pamiętam bo dla mnie to była pierwsza wówczas porażka i to bardziej ambicjonalna niż finansowa, odrzekł Zdzisław i dodał - a Piotr i tak potem brał udział w tworzeniu prywatnego bydgoskiego banku.  Ciekawe na ile przy tym skorzystał wówczas z naszych pieniędzy, naszej pomocy i naszej inicjatywy, ale tego już się nie dowiemy, gdyż Piotr zniknął z naszego życia.  Zapewne obawiając się naszych, a może i nie tylko naszych reakcji i żądań gdzieś tam się przeniósł, chyba na Wybrzeże, a później jak ten bydgoski bank, którego był współtwórcą, popadł w tarapaty to słyszałem, że wyjechał do Stanów. 

Fakt, mamy co wspominać i pewnie nie raz jeszcze, mam nadzieję, będziemy mieli okazję to robić – dodał Zdzisław.  Pogadajmy jednak o tym, z czym do ciebie przyjechałem.  Żeby nie było między nami nieporozumień to od razu chciałbym powiedzieć, że bardzo cię cenię i poważam i chociaż, jak sam mówisz nie za bardzo ci się teraz powodzi to i tak mam jak najlepsze zdanie o twojej uczciwości, zaangażowaniu i fachowości w tym co zawsze robisz.  I wcale tutaj nie mówię zdawkowo, ani też nie po ty by cię pocieszyć, lecz wierz mi, że naprawdę tak myślę. Można powiedzieć, że tak jak ty mówiłeś przed chwilą dobrze o mnie, tak samo ja myślę o tobie.  A wiem co mówię.   Spotykałem na swojej biznesowej drodze setki, a może i tysiące różnych osób, nigdy ich nie liczyłem, nie zapisywałem, ani też, oprócz kilku osób, z nikim szczególnie się nie bratałem.  Ciebie poznałem, gdy zaczynałem działać na swoim i pamiętam nasze rozmowy z tamtych czasów.  Rozmowy o powodach takich, a nie innych decyzji, o tym co nas zmuszało do podejmowania ryzyka i o tym dlaczego to zrobiliśmy czyli przeszliśmy na swoje zamiast pozostawać na swoich świetnych wówczas państwowych posadach.   Łączy nas wspólny, podobny początek na tej nowej drodze.  Wówczas łączyło nas wiele, ale przede wszystkim zaufanie i wzajemny szacunek.  Zawsze dotrzymywałeś słowa, chociaż nieraz na tym traciłeś, byłeś solidny i odpowiedzialny i powiem ci, że takich ludzi jak ty w moim zawodowym życiu spotkałem tylu, że mógłbym ich zliczyć na palcach jednej ręki, a jeszcze zostałyby mi wolne palce.  Nie chciałbym, jak to się mówią,  kadzić ci, ani też nadmiernie cię wychwalać, czy też powierzchownie oceniać, ale to co myślę to, zgodzisz się chyba ze mną, mogę powiedzieć, prawda?.  Chodzi mi o twoje zaufanie.  Czyż nie mam racji?   No, nie wiem, ja sam sobie nie ufam, a co dopiero ufać drugiemu.  To co mówisz jest dla mnie miłe, lecz mam już tyle lat,  jestem wielkim realistą i przypuszczam, iż twoja, że się tak wyrażę, mowa ma, na pewno, jakiś konkretny cel – odpowiedział Leszek.   Oczywiście, ale to co powiedziałem także jest bardzo ważne, jeżeli myślałbym inaczej to nie oglądałbyś mnie dzisiaj tutaj – odpowiedział Zdzisław i kontynuował - no dobrze, ale jeżeli wspomniałeś o celu to pozwól, że przejdę do konkretów.  Otóż niedawno, jakiś rok temu, zakupiłem ponad hektar ziemi w podwarszawskiej miejscowości Podkowa Leśna.  To niewielkie niespełna czterotysięczne, podwarszawskie miasteczko. Powstało nie tak dawno bo w okresie międzywojennym.  To piękne miasto ogród, rozłożone wokół stacji kolei dojazdowej z Warszawy.   Dużo zieleni, dużo pięknych domów, w których mieszka sporo znanych powszechnie osób.  Tutaj mieszkał także Jarosław Iwaszkiewicz i wiele, wiele innych znanych osobistości.  I właśnie w tej miejscowości kupiłem ponad hektarową działkę na której znajduje się parę budynków.  W jednym z nich był duży sklep, dawnej Gminnej Spółdzielni, popularnego GS-u.    W drugim budynku były spore magazyny, w których składowano kiedyś najróżniejsze towary i stąd wywożono je do innych okolicznych sklepów.  Oprócz tego w tym kompleksie budynków są jeszcze dwa, całkiem przyzwoite,  mieszkania.  Kiedyś zamieszkiwali w nich magazynierzy z GS-u.  Kupiłem to, głównie dlatego, że cena była okazyjna, a także dlatego, że poprzedni właściciel winien był mi sporą kasę. W ten sposób korzystnie przejąłem to wszystko od niego w ramach długu jaki miał u mnie.  Normalnie bym się na coś takiego nie zdecydował, ale trafiła się okazja to wziąłem.   Jak dojdziemy do porozumienia to  ci opowiem szczegółowo jak to było, a na pewno cię ta sprawa zaciekawi bo zamieszani w to byli ludzie, których kiedyś znałeś.   Przed budynkiem jest spory parking, wiesz z takiej socjalistycznej trylinki czyli dużych sześciokątnych bloczków betonowych.   Nad działką przebiega linia energetyczna, a kilka metrów od budynku, w którym był geesowski sklep stoi słup wysokiego napięcia.  Ta energetyczna linia przebiegająca nad budynkami to spory mankament i głównie z tego powodu cena całej nieruchomości była stosunkowo korzystna.  Po zakupie od razu pomyślałem o jej skablowaniu, ale już podczas wstępnych rozmów z energetyką, jak to mówią, szczęka mi opadła i dałem sobie z tym spokój.  Pewnie dziwisz się po co ci to opowiadam, ale bez tego wstępu nie mogę przejść do sedna sprawy.  I Zanim przejdę do tego sedna to muszę ci jeszcze powiedzieć, że od ponad dziesięciu lat mieszkam w Konstancinie Jeziornej, czyli niedaleko Podkowy i stąd w ogóle ta sprawa z pomysłem na budynki i teren w Podkowie..  A teraz do rzeczy - otóż w niedalekiej przyszłości, powiedzmy półtora do dwóch lat zamierzam na tej działce, o której rozmawiamy, urządzić nowoczesne centrum handlu różnymi narzędziami metalowymi, urządzeniami metalowymi i formami z metalu.  Jestem już po serii rozmów z niemieckim kontrahentem i jego przedstawicielem działającym w Bydgoszczy.  I właśnie w tej sprawie tutaj przyjeżdżałem.   Wszystko jest na dobrej drodze, ale najpierw, korzystając z tego, że mam już magazyny i nie muszę się starać o nowe pozwolenia i plany, a tylko muszę zmodernizować to co już stoi sądzę, że ta inwestycja jest bardzo realna w rozsądnym czasie.   Sądzę, że dwa lata zupełnie mi na to wystarczą.  Otóż po wspomnianym przypadkowym spotkaniu naszego wspólnego kolegi, który mi opowiedział co teraz robisz, przemyślałem o tobie jako o moim przyszłym współpracowniku.  Sporo się zastanawiałem i analizowałem różne za i przeciw i wyszło mi, że chciałbym tobie zaproponować, abyś w przyszłości był szefem tego mojego nowego biznesu.