poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Kindżał odcinek - 4

 Odcinek - 4

Gdzieś tak po ośmiu miesiącach od otwarcia sklepu zaczął bywać u niego, średnio raz na dwa tygodnie, pewien tajemniczy pan.  Leszek nazwał go w myśli czarnym klientem, gdyż zawsze ubrany był od stóp do głów w odzież o ciemnym, przeważnie czarnym lub zbliżonym do czarnego, kolorze.  Nawet latem nosił czarne spodnie, czarną koszulkę typu polo i czarne buty, a do tego oczywiście ciemne okulary i czarną sportową czapeczkę z daszkiem.  Pod sklep podjeżdżał oczywiście czarną limuzyną, która okazała się być klasycznym modelem Jaguara.  Zawsze, grzecznie zwracając się do Leszka, prosił o sześć  dobrych win i nigdy nie dyskutował, ani nie kwestionował wyborów Leszka.   Za każdym razem kupował inne wina, chociaż czasami prosił o jedno lub dwa z tych poprzednio zakupionych.  Leszka bardzo intrygował ten klient.  Był szczupłym, przystojnym, wysokim mężczyzną w wieku około 45 lat z potężną czupryną całkiem jeszcze czarnych włosów,  zawsze starannie wygolony i pachnący najlepszą woda kolońską, najczęściej Farenheitem z firmy Dior.  Na jego twarzy przeważnie malował się obraz jakiejś melancholii, zadumy lub smutku. A przenikliwy wzrok, klasyczny, jak z greckich posągów, nos i wyraziście zarysowany podbródek, powodowały, iż wydawał się być jakby bohaterem smutnego, dramatycznego filmu.

Tak mijał Leszkowi miesiąc za miesiącem w Podkowie Leśnej.  Satysfakcję z pracy w sklepie miał znacznie większą niż poprzednio, a i zarobki o wiele lepsze.  Niestety na tym całkiem dobrym obrazie jego aktualnego bytu zaczynały się pomału zbierać czarne chmury.  Przede wszystkim nie udawało mu się sprzedać domu.  Mijał rok jak zawarł kilka umów z różnymi pośrednikami od handlu nieruchomościami, a efekty ich działania były żadne.  Utrzymanie domu, w którym obecnie mieszkała tylko jego żona, kosztowało Leszka znaczną część jego aktualnych dochodów.  Nic już go do tego domu nie ciągnęło i jeździł tam rzadko, średnio raz na dwa miesiące i to głównie za sprawą kolejnych wizyt potencjalnych nabywców domu.  Przyjeżdżając zawsze napotykał sporo różnych problemów, które oczywiście wymagały i to sporych wydatków.  Oprócz tych technicznych spraw nic już go z tym wcześniej tak pogodnym domem nie wiązało.   Córka przebywała cały czas za granicą, żona była coraz bardziej niezadowolona, chmurna, opryskliwa i wiecznie miała dziesiątki pretensji i uwag.  Piękny kiedyś ogród, o który obecnie dbał głównie Leszek, został prawie kompletnie zapuszczony bo jak można dbać o ogród spędzając w nim kilka godzin raz na dwa miesiące? Dom też wymagał ciągłych starań, a Leszka nie było i nie miał kto tego robić.  Niedawno żona oświadczyła mu, że zamierza się wyprowadzić bo w domu jest coraz gorzej, a ona nie ma zamiaru nadal tak żyć.   Zażądała od Leszka pieniędzy na mieszkanie w mieście, a co do domu oświadczyła mu, żeby  robił sobie z nim co chce.  Po każdym takim wyjeździe Leszek tydzień dochodził do siebie i nie za bardzo wiedział co ma dalej z tym wszystkim począć. 

Niestety w tym samym czasie zaczęły się pierwsze poważne kłopoty Zdzisława, o których jednak Leszek konkretnie niczego nie wiedział.  Tylko spotykając się co jakiś czas ze swoim kolegą zaczął zauważać zmiany na gorsze w jego dotąd tak optymistycznym widzeniu świata.  Zdzisław chodził teraz smutny, a nawet rzec można, że ponury.  Stał się małomówny, zamknięty w sobie, a do tego coraz częściej zaczął  mówić, iż będzie musiał wyjechać na jakiś czas za granicę.  Co prawda cały czas starał się zachowywać pozory, iż wszystko jest w najlepszym porządku, twierdząc że to co go obecnie spotyka to tylko chwilowe kłopoty, które niebawem przeminą, ale Leszek czuł, że tak nie jest.   Zdzisław nadal twierdził, iż projekt przebudowy magazynów jest już gotowy, a teraz tylko zbiera kasę na ów, jak to mówił - remont.  Jednak Leszek bardziej podświadomie niż świadomie czuł zbliżające się problemy.  Wiedział i doświadczył już tego co ludzie mówią o nieszczęściach, które chodzą parami.  Jeszcze się łudził, jeszcze wierzył w zapewnienia Zdzisława dotyczące ich wspólnych planów, lecz coś mu mówiło, że zbierają się nad tym projektem coraz bardziej ciemne chmury.

Na szczęście bardzo dobrze układały się Leszkowi relacje z Jackiem, który okazał się uczynnym, sympatycznym i niekrępującym towarzyszem ich obecnego życia.   Wiele ze sobą nie rozmawiali, gdyż Jacek nie był specjalnie rozmowny, ale pomimo tego coraz lepiej się rozumieli.  Jacek zajmował się całym otoczeniem ich życia czyli pielęgnował ogród, dbał o sklep, mieszkania, parking, pilnował porządku, dokonywał drobnych napraw.   Wystarczyło, że Leszek coś napomknął, a Jacek już robił.  Jacek potrzebował kogoś kto nim pokieruje, podpowie, pochwali i się nim zainteresuje.  Takie życie temu chłopakowi w zupełności wystarczało.  A było to życie spokojnie, w miarę dostatnio, gdyż Jacek miał pensję od Zdzisława, a także otrzymywał sporą pomoc od swojego ojca.   Jacek interesował się piłką nożną i godzinami mógł oglądać najróżniejsze mecze, nawet po kilka razy te same.  I właśnie na tym polu, we wiernym kibicu Zawiszy Bydgoszcz i to od ponad czterdziestu lat, znalazł Jacek coś co bardzo ich połączyło i zbliżyło.  Często razem oglądali mecze Ligi Mistrzów lub ligę hiszpańską, którą Leszek najbardziej cenił i wówczas nawet się zdarzało, że ten tak małomówny Jacek czasami wdawał się w rozmowę z Leszkiem na tematy piłkarskie.    

Ani się, jak to mówią, Leszek się nie obejrzał, a już minęło półtora roku jego pobytu w Podkowie Leśnej.  W tym czasie poznał bliżej wielu swoich klientów.  Z wieloma prowadził nieustające dyskusje na najróżniejsze tematy, a z niektórymi tak się zakolegował, że nawet raz po raz zapraszali go do domów na kolacje, grille, czy degustacje różnych trunków.  Leszek w takim przypadku zawsze przychodził przygotowany, czyli z dobrym winem i przygotowanymi tematami do dyskusji, albo o winach, albo o konkretnej książce, albo o wspólnych zainteresowaniach, które zdążył już poznać.   W najgorszym razie dyskusje schodziły na bieżące sprawy gospodarcze i polityczne.  Doszło do tego, że kilkunastu klientów zaproponowało mu sprzedaż trunków, których z racji swojej profesji, mieli w nadmiarze, a za otrzymane ze sprzedaży pieniądze kupowali u Leszka wina, które najbardziej lubili.  Potem ktoś przyniósł do sprzedania jakiś obraz, który już mu się znudził, potem ktoś jakąś rzeźbę przywiezioną z Afryki, której jego żona nie chciała widzieć w domu, a nawet zdarzyło się wspaniale stare radio Normande Fidelio z 1955 roku w bardzo dobrym stanie i o cudownym brzmieniu.  To radio Leszek kupił dla siebie, a kosztowało go sześć butelek dobrego wina czyli tak około czterystu złotych.  Zaraz też zrobił miejsce na ladzie i postawił je na honorowym miejscu, gdzie grając swoim lampowym brzmieniem i mrugając magicznym zielonym oczkiem wzbudzało podziw prawie wszystkich klientów.  Niestety nie postało długo, gdyż po paru tygodniach jeden z jego najlepszych klientów tak je sobie upatrzył i tak namawiał Leszka, że ten z ogromnym żalem sprzedał mu to radio, ale nie dla zarobku tylko dla utrzymania sympatii tego klienta, co zresztą mu się potem bardzo opłaciło.  W ten sposób jego niewielki sklep pomału zaczął się stawać bardziej miejscem towarzyskich spotkań, dyskusji, wymiany rzeczy i poglądów niż tylko typowym sklepem sprzedającym alkohol.  

I w tym to właśnie okresie, po ponad półrocznej, sklepowej znajomości, pierwszy raz przemówił do Leszka wspomniany tajemniczy czarny klient.  Oczywiście jak zwykle ubrany był cały na czarno, łącznie z czarnym golfem i czarnymi okularami chociaż pora roku nie była stosowna tym okularom.  A było to  pod koniec zimy w czwartkowy,  wieczór, ostatnich dni lutego.  Do tej pory ich kontakty ograniczały się tylko i wyłącznie do sprzedaży win.  W czasie tych transakcji ów klient zazwyczaj niewiele mówił, a wszystko co mówił dotyczyło tylko i wyłącznie zakupów, które robił w Leszka sklepie.  Tym razem było jednak inaczej.  Czarny klient wszedł, przywitał się tradycyjnym „dobry wieczór”, a potem zamiast, jak zwykle, zamawiać wina to, niby tak mimochodem, zaczął wypytywać Leszka o klientów, którzy zazwyczaj u  niego kupują.  Pytał czy dużo kupują, czy drogie wina i jak często przyjeżdżają oraz czy jest ich wielu i czy Leszek jest zadowolony z prowadzenia tego sklepu.  Mówił spokojnie, tak jakby od niechcenia i jakby nie oczekiwał odpowiedzi, ale Leszek widział, że to tylko pozór, a w rzeczywistości czegoś się chciał dowiedzieć, ale czego tak naprawdę tego nie był w stanie się domyślić.   Leszek ogromnie zdziwiony taką nagłą odmianą owego tajemniczego klienta  odpowiadał mu ogólnikowo i zdawkowo, a czarny klient nie dociekał szczegółów.  Po kilkunastu minutach tej niby zdawkowej rozmowy, tradycyjnie kupił sześć win i odjechał.  

Po dwóch tygodniach ów czarny klient ponownie zawitał do sklepu i zaraz po wejściu oraz zdawkowym powitaniu, zagadnął - słyszałem, że tu u pana w sklepie można czasami kupić oprócz win, które zazwyczaj kupuję, także inne ciekawe rzeczy.  Podobno można korzystnie nabyć i dobry obraz i stare radio i oryginalne cygara przywiezione z Kuby, ciekawe i nietypowe alkohole czy też różnorakie wartościowe starocie.  Czy mam rację?   Leszek spojrzał uważnie na owego intrygującego klienta i odpowiedział - czasami się zdarzy, że ktoś coś przyniesie i chce sprzedać lub zamienić na dobre wina, ale raczej rzadko i raczej ma to bardziej towarzyski charakter niż handlowy.   Jestem jedynie czasami pośrednikiem pomiędzy dwoma klientami, którzy pewnie normalnie nigdy by się nie spotkali i nie mogli dokonać owej zamiany czy sprzedaży, a dzięki mojemu sklepowi i przynajmniej minimalnemu zaufaniu do mnie, takie wymiany lub sprzedaże dochodzą pomiędzy nimi do skutku.    Czarny klient jednak ponownie zapytał - a jak w ogóle z klientami w sklepie i jak idzie pański interes w tej naszej miejscowości?   Przepraszam, że tak obcasowo wypytuję, ale zapewniam, iż nie bez powodu.   Jeżeli sprawiam panu tym przykrość lub nie chce pan odpowiedzieć to proszę mówić wprost.  Zapewniam, że się nie obrażę i nie wpłynie to na moje wizyty w pańskim sklepie.  Ależ nie mam powodów do obrażania się.  Wielu klientów zadaje mi podobne pytania i uważam je za normalne.  Co zaś do odpowiedzi na pańskie  pytania to powiem, iż nie narzekam, pracy nie mam dużo, a zarobek, jak dla mnie, całkiem przyzwoity,  natomiast klienci to w zdecydowanej większości, uprzejmi, kulturalni, mili i sympatyczni ludzie.  Na tym wymiana zdań się przerwała i widać było, że dalsza rozmowa się nie klei.  Leszek czuł, że czarny klient ma jakieś obawy, że  chciałby coś więcej  powiedzieć, lecz z jakiś, tylko jemu znanych powodów, tego nie czyni.  Po chwili krępującego milczenia czarny klient nabył swoich sześć win, pożegnał się i odjechał swoim czarnym samochodem w czarny mrok, gdyż godzina była wieczorna, a dni były jeszcze dosyć krótkie.

W tym samym czasie, pewnego, jeszcze lutowego dnia, przyjechał Zdzisław i poprosił Leszka o poważną rozmowę.  Leszek zamknął sklep, usiedli w Leszka mieszkaniu i Zdzisław powiedział - nie będę owijał w bawełnę i nie będę cię zwodził dlatego powiem wprost - nie mam dla ciebie dobrych wieści.  Moje sprawy stoją coraz gorzej i będę musiał pewnie i to dosyć pilnie, na dłużej wyjechać do Niemiec.  Mam tam w Hamburgu filię swojej firmy, która jeszcze jakoś się trzyma i którą będę tam na miejscu od teraz sam kierował.  Moje interesy tutaj są mocno zagrożone i nie wiem jak to wszystko się skończy.  Nie chcę się wdawać w szczegóły bo i po co?  Niczego to nie zmieni, a tobie może tylko przysporzyć zmartwień.  Przepraszam cię ogromnie, że nie dotrzymałem słowa z tą dyrektorską funkcją w metalowej firmie.  Może jeszcze się nam to uda, ale kiedy może to nastąpić tego dzisiaj nie umiem powiedzieć.  Jedno mogę ci tylko obiecać - będę się mocno starał, aby dotrzymać słowa.  Co do twojego sklepu to nie ma obaw i jak tylko chcesz to możesz go spokojnie nadal prowadzić.  Tą nieruchomość kupiłem na żonę, a mamy rozdzielczość majątkową i nic jej, ani żonie, ani nieruchomości nie grozi, gdyż nie ma to nic wspólnego z moim obecnymi kłopotami.  Z tym wszystko jest jak najlepiej i nie ma obaw, ale jak chciałbyś się wycofać i wrócić do siebie to mów, póki tutaj jestem.  Ile tylko będę mógł to ci pomogę w powrocie.  Przepraszam cię za ten ogromny zawód, który ci sprawiam, lecz wierz mi, że nie ma w tym grama mojej winy.  Chociaż jak myślę o tym co się ostatnio działo to sam nie wiem i nie rozumiem jak to było możliwe.  No cóż długo mi się powodziło, ale widocznie i na mnie przyszła kolej, abym poznał smak prawdziwej klęski.  Miałem nic nie mówić, a jednak się rozgadałem.  Jeszcze raz przepraszam, a teraz powiedz co decydujesz?  Leszek chwile pomyślał, a potem odpowiedział - nie za bardzo mam gdzie i jak wrócić.  Z żoną prawie już nie utrzymuję żadnych relacji.  Z tego co wiem to ma jakiegoś faceta i się do niego wyprowadziła, a dom ma być od maja wynajęty, gdyż konkretnego kupca nie widać na horyzoncie.  Zgodziłem się na ów wynajem.   Będę czekał na sprzedaż domu, aby coś zmienić w swoim życiu bo co można zrobić bez kasy?  Tutaj nie mam źle i nawet trochę odkładam, ale to nie ten przedział, żeby robić rewolucję w życiu.  Jeżeli mogę to pozostanę w Podkowie.  Klientów mam coraz więcej, coraz lepszych i coraz bardziej jestem zadowolony z tej pracy.  A i z Jackiem doskonale się rozumiemy.   On jest mi bardzo pomocny we wielu sprawach i tych związanych ze sklepem i tych prywatnych.  Rozumiem, że Jacek nadal będzie tutaj mieszkał i działał - zapytał Leszek.  Oczywiście, że tak.  O to zadba moja żona.  Ona podjedzie tutaj od czasu do czasu i nadal będzie mu płacić tyle samo co obecnie za utrzymywanie całej nieruchomości w dobrym stanie i za jej pilnowanie.  Także dzierżawę nadal będziesz jej wpłacał tak samo jak do tej pory i gdybyś miał jakieś poważne problemy to znasz telefon do niej.  Ze mną nie będzie kontaktu, najwyżej przez moją żonę.  Damy radę – odpowiedział jak to było obecnie w zwyczaju Leszek i dodał - to jedź do tych Niemiec, pracuj, działaj, zarabiaj kasę, a jak zbierzesz to wracaj i ruszamy z tą twoją planowaną firmą.  Myślę, że gdybyś wreszcie otworzył tę firmę handlującą metalowymi narzędziami to sklep z winami i tak zostawimy, no chyba, że będziesz miał inne plany co do tego budynku?  Dzisiaj nie ma co o tym mówić, to perspektywa przynajmniej dwóch lat, a osiągnięcie tego naszego wspólnego celu stoi pod dużym znakiem zapytania.  Pożyjemy, zobaczymy - odpowiedział Zdzisław.  Leszek próbował wyciągnąć ze Zdzisława jakieś wiadomości na temat rodzaju i wielkości jego problemów, lecz Zdzisław odpowiadał tylko ogólnikami i nic konkretnego nie chciał powiedzieć.  Leszek widział bo przecież znał go dobrze od lat, że to nie ten sam człowiek.  Kiedyś tryskający energią, zdrowiem i dobrym humorem,  teraz był zgaszony, smutny i zmizerniały.  Już parę miesięcy temu Leszek zauważył, że Zdzisław bardzo się zmienił w ostatnim czasie.   Nic jednak nie mówił sadząc, że to może problemy zdrowotne, albo rodzinne.  I dopiero dzisiaj się dowiedział, ale tylko bardzo ogólnikowo o co naprawdę chodzi.  Leszek kilkakrotnie wypytywał Zdzisława co jest prawdziwym powodem jego problemów i deklarował swoją pomoc.  Ale Zdzisław za żadne skarby nie chciał o tym mówić.  Jeszcze chwilę  porozmawiali o klientach, ich przyzwyczajeniach i wspólnych, nowych dla Leszka, a starych dla Zdzisława, znajomych, po czym Zdzisław wstał z krzesła i powiedział - dzisiaj musimy już się pożegnać i nie wiem kiedy się następny raz zobaczymy, ale działaj i bądź dobrej myśli i bądź przekonany, iż ja będę robił wszystko, aby dotrzymać danego tobie słowa i jestem pewien, że mi się to uda.


Poprzedni odcinek


niedziela, 19 kwietnia 2026

Przypominam - 55 - wyjątkowo warto przeczytać.

Ten poniższy tekst przypomina o wyjątkowo obłudnej, fałszywej i haniebnej działalności tak zwanej KO przemianowanej z PO.  To hańba dla uczciwej i normalnej polityki, aby takie Kierwińskie, Szłapki, Szczerby, Małgośka, Myszka agresorka et consortes decydowały o codziennych losach mnie i moich rodaków.  To totalne deficyty budżetowe i coraz bardziej obniżający się poziom życia tak zwanych przeciętnych Polaków (w tym i mój)

Poniższy tekst


Musi być nijaki Tusk wielkim wielbicielem Niccolo Machiavellego, którego ja uważam za największy umysł w dotychczasowej historii ludzkości.

Wielu wie, że ów Machiavelli napisał książkę pod tytułem "Książę", ale mało kto wie dlaczego to uczynił.

Napisał to dla Lorenzo Medici (1514 rok).

Cosimo di Medici, najpotężniejszy, mąż stanu, najbogatszy kupiec ówczesnego Świata, który cofnięciem kredytu kładł kres wojnom Wenecji, Mediolanu i Neapolu, którego faktoria w Paryżu decydowała o humorze króla francuskiego, który miał w zastawie mitrę papieża, decydował o wszystkim.

Najchętniej powiadał Cosimo Medyceusz zaliczyłbym i Boga do moich dłużników.

Cosimo wynalazł pozór jako wygodny środek panowania.

Los obdarzył tego człowieka talentem uwodzenia wszystkich.

Namiętności indywidualnych natur stanowią czynnik decydujący w polityce.

Świat kierowany jest w rzeczach wielkich, ogólnych, tymi samymi namiętnościami, jakimi kierowany jest pojedynczy człowiek w rzeczach małych, szczególnych.

Człowiek, który czyni zło, robi to, do czego zmusza go natura, wrodzone pierwiastki jego ciała i ducha trzymają go na uwięzi jak w obcęgach.  Mus jest ojcem wszech rzeczy.  

Powyższe cytaty pochodzą z książki "Machiavelli szkoła władzy" autorstwa Valeriu Marcu, wydanej przez Powszechną Spółkę Wydawniczą "Płomień" w Warszawie w 1938 roku

 I tutaj dostrzegamy prawdziwe motywacje działań  lidera nowej partii przemianowanej z PO na KO.

Pyszny i bezczelny jest ten proniemiecki premier Polski. On nawet kłamie, że nie kłamie. 

Niestety jako rzekł najmądrzejszy człowiek w historii naszego Świata - im kłamstwo bardziej bezczelne tym bardziej ludzie w nie wierzą.


Na głoszenie prawdy każda pora jest dobra.



piątek, 17 kwietnia 2026

Tanie państwo według Tuska.

Parę dni temu otrzymałem fakturę z firmy Enea czyli dostawcy energii elektrycznej do mojego domu.

Poniżej zawiadomienie o owej fakturze: 

Dzień dobry,
informujemy, o wystawieniu nowej faktury o numerze P/20996485/00003/26 .

Należność wynikająca z tego dokumentu wynosi 112,00 zł., z terminem płatności do dnia 27.04.2026.
Prosimy o terminową  wpłatę. 
Aktualne saldo oraz numer rachunku bankowego możesz sprawdzić w eBOK oraz w aplikacji Moja Enea.

Pozdrawiamy
Enea S.A.
Wejdź na Google Play lub App Store i pobierz aplikację Moja Enea. Przejdź do aplikacji i korzystaj z e-faktury.
Wiadomość została wysłana z adresu e-mail przeznaczonego wyłącznie do przesyłania komunikatów. Prosimy na nią nie odpowiadać. W razie pytań prosimy o kontakt przez eBOK.

Wszystko byłoby normalne, ale moje zużycie prądu w owym okresie to 4 (cztery) kWh.

Ostatnie zużycie: 05.02.2026 - 06.04.20264 kWhCzyli 29 złotych za 1 kWhI co Wy na to?

niedziela, 12 kwietnia 2026

Piękne cztery wieczory.

Od minionego czwartku do niedzieli byliśmy (Ludmiła, Michał i ja) na czterech wspaniałych wieczornych obiadach w czterech różnych restauracjach.

Zaczęliśmy od typowo hiszpańskiej restauracji Cerveceria Torremar znajdującej się na niepozornej ulicy  w miejscowości Torre de la Horadada.  Tutaj jedliśmy dania rybne, a jako starter były kalmary.  Dużo różnych dodatków i butelka wina.

W piątek jedliśmy w restauracji greckiej Great Greek w Cabo Roig.  Wielki talerz greckich przysmaków mięsnych z warzywami i sałatkami.  Przygrywał i śpiewał do jedzenia Grek na oryginalnej gitarze.  Do tego oczywiście wino.

A sobotę byliśmy w pizzerii Piccolo w Cabo Roig.  Tutaj jedliśmy różne makarony i jedną pizzę.  Oczywiście wino i dodatki.

W niedzielę byliśmy we wielkiej chińskiej restauracji na Punta Prima. Zupy chińskie, pierożki w trzech rodzajach, krewetki z oryginalnym sosem i ryżem. Oczywiście białe wino, a na deser lody z ciastem i kawa.

Piękne nastroje, dużo śmiechu, opowiadań i rozmów.  Cudowne chwile za które jestem wdzięczny moim towarzyszom tych obiadów.

Poniżej kilka zdjęć z tych pięknych chwil.

Cerveceria Torremar

Lubina z czosnkiem i powyżej dorada



Michałowy Turbot

Talerz grecki z dodatkami

Grający i śpiewający Grek oraz uśmiechnięty kelner

Makarony w Piccolo

Sznycle z makaronem po bolońsku


W restauracji chińskiej


Deser w chińskiej.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Prawda o UE .

Kolejny raz Ryszard Florek.

Posłuchajcie jak nas wykorzystują i okradają stare kraje UE.

A my co?

My dajemy się okradać i wykorzystywać, a obecny rząd to popiera.


Jak nas wykorzystują


wtorek, 7 kwietnia 2026

Minęły święta wielkanocne.

Nam czyli Ludmile, Michałowi i mnie minęły te święta z dużą dozą aktywności, a za to z małą dozą objadania i opijania się.

Czas świąteczny spędzaliśmy na plażach i wycieczce do Alicante i Vila Jolosa.

Poniżej kilka obrazków z tych dwóch świątecznych dni.

Niedziela wielkanocna na plaży w Cabo Roig

Jak wyżej na Playa Capitan

Jak wyżej

Na plaży La Zenia

Poniedziałek wielkanocny w Alicante


Poniedziałek w Vila Jolosa - Sangria i Tortilla Espana

Plaża w Vila Jolosa

piątek, 3 kwietnia 2026

Pomarańczowa pełnia.

Pierwszego kwietnia roku 2026 była pełnia Księżyca.  Miała dwie osobliwe cechy.  Po pierwsze była pod znakiem Wagi, a po drugie była pomarańczowa.

Poniżej trzy zdjęcia z tego zjawiska.





poniedziałek, 30 marca 2026

Przypominam - 54 - bo naprawdę warto.

Może kogoś zainteresują poniższe zapiski, a może ktoś złoży w całość cykl "Leszek"  i dostrzeże jego oryginalność i wyjątkowość?  A może warto to uwiecznić nie tylko na moim blogu?

Leszek - odcinek 22


Te szkolne lata to chyba najpiękniejszy okres w życiu Leszka.  To wtedy miał perspektywy, był szczęśliwy i praktycznie wszystko co osiągał i przeżywał  zależało od niego, a nie od innych.  Cały jego szkolny los i dalsze jego życie zależało przede wszystkim od tego co sam osobiście robił.   Wszystko wówczas zależało od  jego zaangażowania w naukę, od jego zdolności, od jego odpowiedzialności i od wielu jeszcze innych rzeczy na które miał bezpośredni wpływ.  Nikt go nie dopingował do nauki i nie gonił do działalności społecznej.   Nikt oprócz szkolnej i internatowej dyscypliny nie zmuszał go to takich lub innych zachowań. To wówczas, w tych starszych klasach technikum tak właściwie kształtowały się podstawowe zręby jego osobowości i zręby jego wiedzy o życiu.  To wówczas rosły jego ambicje i wielkie oczekiwania co do dalszych jego życiowych losów.   Patrząc z dzisiejszej perspektywy możemy z wielkim prawdopodobieństwem stwierdzić, że to te trzy lata jego życia czyli trzecia, czwarta i piąta klasa technikum najbardziej wpłynęły na dalsze jego życie..

Wróćmy jednak do spraw szkolnych bo trzecia klasa przyniosła naprawdę sporo nowości, a przede wszystkim dla Leszka rozpoczął się wreszcie znacznie lepszy okres niż w dwóch poprzednich latach.  A zawdzięczał to głównie dużo większej stabilizacji związanej z życiem w internacie, ze stypendium, z coraz bardziej bogatym życiem towarzyskim i intensywną działalnością społeczną.

I także w tym okresie został jednym z ulubieńców najbardziej oryginalnego, ciekawego i nietuzinkowego nauczyciela w całym technikum, czyli profesora Romana Romanowskiego powszechnie zwanego Czarodziejem lub Inżynierem. Każdy kto miał z Nim do czynienia to sam wie co znaczyło przedyskutować z panem Inżynierem pół lekcji. A te dyskusje były barwne, okraszone niesamowitymi powiedzonkami ze strony Czarodzieja, dużą wiedzą na tematy ogólne i częstymi rozmowami na tematy, które były ulubionymi konikami, a może nawet pasjami pana Inżyniera.  Należały do nich motoryzacja, polityka i opowiadanie o tym co zaprojektował zanim został nauczycielem.  A zaprojektował dużo i to bardzo oryginalnych rzeczy. Jego projektem był między innymi falisty sufit w kinie Orzeł, który był wielce nowatorskim, jak na tamte czasy, rozwiązaniem technicznym i dawał świetne efekty akustyczne. Jak tylko któryś z kolegów wspomniał, że był w tym kinie na filmie to zaraz zaczynała się szczegółowa przepytywanka co słyszał, jak odbierał, jak tam wygląda ten sufit, jak się podobał innym widzom i tak bez końca.  Nieraz robili sobie żarty z tego tematu.  Kilka razy najwięksi kawalarze zawiadamiali pana Inżyniera, że ów sufit się zawalił, albo że pęka i nawet był artykuł na ten temat w Pomorskiej, ale Inżynier dosyć szybko się orientował co uczniowie knują i za karę zaraz było intensywne odpytywanie, albo kartkówka.  Pan Inżynier posiadał luksusowy jak na tamte czasy samochód czyli Wartburga De Luxe.  I o tym samochodzie, o jego zaletach i utrzymaniu, o swoim garażu, a także o innych samochodach, najczęściej dyskutowali z panem Inżynierem.  Leszek nawet został parę razy zaproszony do domu pan Inżyniera, który mieszkał nieopodal szkoły na ulicy 24 Stycznia. Był w tym słynnym garażu pana Inżyniera, oglądał samochód, narzędzia, porządek i udoskonalenia, które pan Inżynier wprowadził w swoim samochodzie.

Pan Inżynier nie bez powodu zwany Czarodziejem był naprawdę prawdziwym czarodziejem mowy.   Powiedzonka, wyrażenia, określenia, epitety, opowiadania na najróżniejsze tematy  w wykonaniu pana Inżyniera to była swoista poezja.   Jego  odzywki były tak wielce oryginalne, że nigdy już potem Leszek z podobnym złotoustym człowiekiem się nie zetknął.   Słuchać pana Inżyniera to było jak słuchać aktora na scenie, który emocjonalnie wypowiada myśli pełne niepospolitych i nietuzinkowych kwestii, a przy tym kwestii zaskakujących, a czasami godnych podziwu.  Wiele Jego powiedzeń stało się szkolnymi legendami i były zapisywane i powtarzane latami.  Jednak z upływem lat popadły w zapomnienie.  A szkoda.  Często także opowiadał niestworzone historie, w które wierzył i przekonywał swoich uczniów, że to szczera prawda.

Żeby chociaż trochę oddać ducha tego o czym piszemy, a proste to nie jest, zacytujemy kilka jego zapamiętanych przez Leszka powiedzeń:

"...chodź tu aktorze, to Cie podreguluję."  Czasami taki aktor zarabiał w przeciągu jednej lekcji kilka ocenek, czasami  stawianych do którejś potęgi bo miejsc w dzienniku dla Romka ( jak czasami w swoich  rozmowach nazywali uczniowie pana Inżyniera)  było mało. 

"Hirsch ty jeleniu co ty znowu gadasz zamiast słuchać.  Ty lepiej uważaj bo jak ja cię majchrem podskubię  to będziesz chodził jak zegarek", 

"Wicher ty ośle jeden co ty tam kombinujesz",  Wiejesz i wiejesz jak jaki huragan zamiast być cicho.

"Mistrzu, a ty co tam robisz w tej ostatniej ławce" już mi tutaj do pierwszej i to migiem" 

"Wicher co ty ryczysz jak ten twój kolega jeleń "  (kolega nazywał się Hirsch co po niemiecku znaczy Jeleń)

"Totysz, Łotysz czy jak ci tam już mi tu w podskokach do tablicy", (kolega nazywał się Tołysz)

"A ty Hoga co tam znowu smarujesz jak kura pazurem, przecież ty tylko liczyć potrafisz?"  

"Kubanek, a ty co tam ryjesz, ryjcem jesteś, czy co?"  

"Ty Kojro masz ryć naukowo, a nie ryć na głos na całą klasę", 

"Ciupak, ale ty to jesteś leń, ale ja ci tego lenia wygonię i będziesz pierwszorzędnym  pracusiem"

Takich i podobnych powiedzonek w czasie jednej lekcji było przeważnie kilkanaście, a czasami jak pan Inżynier miał dobry humor to i kilkadziesiąt.

A lekcji z panem Inżynierem mieli sporo bo uczył ich przedmiotów o nazwie Żelbet, Mosty Kolejowe i Mechanika Budowli.   Zaś każdy z tych przedmiotów był dwa razy w tygodniu zawsze po dwie godziny lekcyjne.

To Czarodziej namówił Leszka do działania w samorządzie szkolnym i już w trzeciej klasie Leszek został wiceprzewodniczącym tego samorządu.

O panu Inżynierze jeszcze będzie, ale w następnych klasach.

Pisząc o nauczycielach koniecznie należy wspomnieć o Józefie Pacewiczu, powszechnie zwanym przez uczniów Słoniem.  Uczył ich przedmiotu Drogi Kolejowe.  To był obok Mostów Kolejowych ich drugi podstawowy przedmiot zawodowy i dlatego także przez trzy lata nauki spędzili ze Słoniem wiele, wiele godzin.  Był on postawnym, prawie potężnym mężczyzną, ale z dobrotliwym uśmiechem, raczej łagodnym sposobem bycia i licznymi charakterystycznymi cechami.   Prowadzenie lekcji przez Słonia polegało głównie na wskazaniu tekstów i rysunków w grubym i obszernym podręczniku, które uczniowie mieli przepisać do swoich zeszytów.  A wyglądało to tak, że na przykład, Słoń  mówił:  - przepiszecie od pierwszej linijki na stronie 124 do dwudziestej linijki na stronie 126 i dodatkowo przerysujecie do zeszytów rysunek numer jeden i dwa ze strony 124 oraz rysunek nr jeden ze strony 125.  I tak w kółko.  Wychodził on ze skądinąd słusznego wniosku, że jak ktoś przepisze na lekcji dwie strony tekstu i przerysuje przynajmniej trzy rysunki techniczne to nawet w najbardziej tępej głowie coś z tego pozostanie.   A Słoń w trakcie tego przepisywania chodził sobie po klasie i zaglądał do uczniowskich zeszytów, oglądając jak im idzie przepisywanie i czasami komentując przepisywany tekst lub objaśniając zadane do przerysowania rysunki.  A czasami siedział sobie za nauczycielskim stołem i przeglądał gazetę.  Jego lekcje w porównaniu do lekcji z panem Inżynierem były nudne, ale okazało się, że jednak jego sposób nauczania był równie skuteczny, jak dynamiczne, zaskakujące i często nieprzewidywalne lekcje prowadzone przez Czarodzieja.  

Ze Słoniem mieli także dwukrotnie praktyki zawodowe i to za każdym razem aż przez cztery tygodnie. Zaczynały się one w czerwcu i kończyły w okolicach połowy lipca czyli już w podczas wakacji.   W trakcie tych praktyk (po trzeciej i czwartej klasie) oglądali jak działa pociąg zmechanizowany wymieniający kompleksowo nawierzchnię kolejową czyli tłuczeń pod torami i całe przęsła szyn z podkładami.  Dokręcali całymi kilometrami we dwóch jednym wielkim kluczem, śruby stopowe mocujące szyny do podkładów, wymieniali pod nadzorem toromistrzów odcinki szyn i waląc kilofami z tępymi końcówkami zagęszczali podsypywany tłuczeń, wymieniali znaki i czyścili tory z chwastów, a także wykonywali wiele innych prac na kolejowych szlakach i na stacjach.  Na koniec każdej praktyki jeszcze dodatkowo był egzamin z oceną na świadectwie.  I oczywiście zawsze przynajmniej raz padało słynne zapytanie jednego z egzaminujących, którymi byli ich nauczyciel pan Józef i zazwyczaj zawiadowca odcinka drogowego, albo naczelnik rejonu budynków, a pytanie brzmiało: - za chwilę ma nadjechać pociąg, a ty widzisz, że pomiędzy szynami rośnie drzewo i co wtedy zrobisz?   O tym pytaniu krążyły legendy kto i co oraz kiedy na nie odpowiedział, a i tak zawsze zdarzali się tacy naiwni co kolejny raz dawali się nabrać i mówili, że szybko skoczą po piłę i natychmiast zetną to drzewo, albo wyskoczą przed drzewo z trąbką sygnałową, żeby ostrzec maszynistę i tym samym spowodować zatrzymanie pociągu, albo też bezradnie rozkładali ręce nie wiedząc co odpowiedzieć.  A później jak to się wydało to przez parę miesięcy w następnej klasie taki delikwent nie miał lekko i to zarówno od uczniów, kpiących sobie ile dusza zapragnie jak i od pana Pacewicza, który taką bezmyślność czasami tolerował, ale zawsze przykładnie piętnował.   Bo przecież tak naprawdę to nie chodziło przeważnie oto, że ktoś był bezmyślny lub ograniczony, ale zazwyczaj było to zaskoczenie połączone ze stresem związanym z egzaminem, który trzeba było zaliczyć.

Praktyka zawodowa po trzeciej klasie technikum.  Kłudna koło Karsznic, czerwiec 1970 roku.

piątek, 27 marca 2026

Polak to nadal niewolnik, a Węgier to na razie nie.

Posłuchajcie mądrego człowieka.  I to człowieka, który osiągnął ogromny sukces.


Rozsądny i mądry posłucha, a zwolennicy KO oczywiście nie.  Pelikany z KO są jak te przysłowiowe wiejskie głupki.  Wiedzą swoje i tego się trzymają.  A rzeczywistość?  A kogo to obchodzi?  Tusek naszym królem jest i basta.  A jak macie wątpliwości to zapytajcie Zębaczyńskiego, Szłapkę, Kierwińskiego, Czarzastego, Małgosie od senatu i parę setek im podobnych klakierów i wiernie poddańczych ideom owego "króla"

To nasza droga na manowce, ale skąd owe osobniki o IQ poniżej 60 mają to wiedzieć.  Rozkaz to rozkaz.

A nasza Polska?  Cóż to za pytanie?  My, czyli Tusek i ferajna reprezentujemy od lat interesy niemieckie.

I jeszcze ciekawa i kontrowersyjna dyskusja potwierdzająca to co powyżej -


Ale co dalej? 

A nasi bracia Węgrzy nie poddają się.  Poniżej link do wystąpienia Victora Orbana podczas wczorajszego wiecu wyborczego.


wtorek, 24 marca 2026

Kindżał odcinek - 3

 Na początku sierpnia 2005 roku, podczas kolejnej wizyty Zdzisława w Bydgoszczy,  panowie uzgodnili dosyć szczegółowo warunki przyszłej współpracy i w połowie owego sierpnia, Leszek po raz pierwszy wybrał się do Podkowy Leśnej.  Nigdy przedtem nie był w tym podwarszawskim miasteczku.  Bez większych problemów trafił na ulicę Matejki.  Prawie na końcu tej szerokiej, ładnej ulicy, zabudowanej przedwojennymi domami, niektórymi pięknie odrestaurowanymi, ale wiele z tych domów było nadal w nienajlepszym stanie, dotarł do celu swojej podróży

Wreszcie Leszek zobaczył zabudowania dawnej gminnej spółdzielni o których to sporo ze Zdzisławem rozmawiał..  Parę metrów od skraju chodnika  stał, elegancko odnowiony niewielki parterowy budynek z dwoma eleganckimi oknami wystawowymi.  Dach miał pokryty czerwona dachówką, a  pomalowany był na pastelowy kolor w odcieniu pustynnego piasku.  Przed budynkiem i z jego prawej strony był duży, mogący pewnie pomieścić  kilkanaście osobowych samochodów, parking.   Ów parking Był  wyłożony solidną kostką betonową o odcieniu podobnym do koloru ścian sklepu.   W głębi, z prawej strony sklepowego budynku widać było parterowy, niewielki budynek zbudowany z białej cegły i pokryty papą.   Za budynkiem sklepowym, w odległości około piętnastu metrów stał budynek znacznie większy od tych dwóch wspomnianych.   Był także zbudowany z białej cegły i również pokryty dachem z papy.  Leszek od razu się domyślił się, że mniejszy budynek to pewnie wspomniane dwa mieszkania, a większy to byłe geesowskie magazyny.  

Te obserwacje poczynił jeszcze z okien swojego samochodu, zatrzymując się tuż przy krawężniku ulicy.  Po chwili podjechał pod budynek sklepowy i zaparkował swoją jedenastoletnią  Mazdę 626 na parkingu, tuż przy wejściu do tego pięknie odnowionego sklepu.   Wysiadł i zaczął się uważnie rozglądać po najbliższym otoczeniu.   Jednak  niewiele zdążył zobaczyć bo już po minucie do zaparkowania auta,  podszedł młody, około trzydziestoletni mężczyzna i zapytał - pan to pewnie jest tym Leszkiem, co to szef mówił, że dzisiaj przyjedzie i, że mam panu wszystko pokazać, a potem wpuścić do sklepu, gdzie ma pan poczekać, aż szef dojedzie.  Leszek, przez dłuższą chwilę  uważnie przyglądał się swojemu rozmówcy po czym zapytał - a pan to pewnie jest Jacek Kubera, co?   A pewnie, że to ja – odparł zapytany.  Po krótkiej chwili dodał - to co, od czego chce pan zacząć oglądanie, bo tu panie za dużo do oglądania to nie ma, ale jak kazali to wszystko pokażę.  

I  Leszek ruszył za Jackiem, który najpierw skierował się w stronę ogrodu znajdującego się nieco z tyłu, obok budynku sklepowego.  Idąc przyglądał się temu swojemu przyszłemu współpracownikowi i widział młodego, szczupłego, średniego wzrostu, prawie jeszcze chłopaka, który dziwnie potrząsając co jakiś czas głową, jakby z dużym onieśmieleniem i zakłopotaniem szedł przodem, wcale się nie oglądając i nie odzywając.   Stanęli pośrodku ogrodu i Jacek powiedział - to nasz ogród i tylko ja się nim zajmuję, ale roboty nie ma za dużo bo tu wszystko samo rośnie.  Czasami coś obcinam, podlewam, zrywam jabłka, śliwki i inne owoce, zależy jakie akurat są.  Leszek zobaczył przed sobą  sporą przestrzeń obsadzoną kilkudziesięcioma różnymi drzewami, wieloma krzakami, a wszystko to zarosłe wysoką dziką łąką.  Teraz ślicznie zieloną, poprzetykaną sierpniowymi kwiatami oraz doskonale mu znanymi, różnymi chwastami, z którym na co dzień wojował w swoim ogrodzie.  I chociaż było to miejsce dosyć zaniedbane to jednak sprawiało bardzo dobre i miłe wrażenie.  Aż chciało się usiąść pod którymś z drzew, popróbować owoców i dłużej poleniuchować.  Jednak Jacek przerwał te myśli Leszka pytając - to co teraz panu pokazać?    Może najpierw zajrzyjmy do magazynów, a potem do mieszkań i na końcu do sklepu – dobrze – odpowiedział Leszek.  Jak tam pan chce tylko muszę iść po klucze od tych magazynów bo przy sobie ich nie mam.   To może pójdzie pan ze mną i zobaczy jak jest tam gdzie mieszkam i tam obok w sąsiednim mieszkaniu, które teraz jest puste?   To chodźmy – powiedział Leszek i ruszył za Jackiem.  Mieszkania wyglądały okropnie, wszystko stare, brudne, byle jakie, zużyte i poniszczone. A to sąsiednie mieszkanie, które miało być dla niego to jeszcze bardziej sprawiło na nim przygnębiające wrażenie.  Leszek nie poświęcił wiele czasu nie oglądanie bo za bardzo nie było co oglądać.  Już po paru minutach, szybko wyszedł z tego sprawiającego mu przykrość pomieszczenia, na zewnątrz, na powietrze.  

Niestety w ten niezwykle upalny dzień, w mieszkaniu Jacka panował specyficzny zaduch.  To był przykry zapach przepoconej odzieży, resztek jedzenia i papierosów.  Szybko przeszli pod magazyn i Jacek otworzył wielkie metalowe wrota.  Weszli do środka tego co miało w przyszłości być nowoczesną firmą.  Magazyn, składający się z czterech pomieszczeń był obszerny i wysoki.  Pomieszczenia były jako tako wysprzątane i całkowicie puste.  W nich także specjalnie nie było co oglądać.  Dlatego już po kolejnych paru minutach otwierali nowe, piękne drewniane drzwi wyremontowanego sklepu.  A tutaj Leszek  zobaczył zupełnie inny świat niż do tej pory.  Wszystko, jak się to mówi na wysoki połysk.  Pięknie pomalowane ściany na kolor miodowy,  posadzka w podobnym kolorze ułożona z drogich i oryginalnych płytek ceramicznych, wszystko świeże i pachnące jeszcze farbami i innymi zapachami świeżo wyremontowanych pomieszczeń.  Dalej Leszek ujrzał  spore zaplecze, czyli puste podobnie urządzone jak w jego poprzednim sklepie  pomieszczenie pełne regałów i różnych półek.  Po prawej stronie tego pomieszczenia znajdowała się niewielka, ale doskonale wyposażona łazienka.   A z lewej strony odchodził od zaplecza niewielki korytarz na końcu którego znajdowało się drugie wyjście ze sklepu, prowadzące na wewnętrzne podwórko otoczone z trzech stron sklepem, barakiem z mieszkaniami, magazynem w głębi, a z czwartej strony tego podwórka znajdował się drewniany parkan, w którym nieopodal wyjścia ze sklepu, była furtka, prowadząca do ogrodu.  Całość, pomijając mieszkania, sprawiła na Leszku bardzo dobre wrażenie.  Było cicho, dużo zieleni, żadnych sąsiadów, sklepów, warsztatów czy innych budowli.  Najbliższy dom znajdował się w odległości jakiś dwudziestu metrów od sklepu.  Tylko ta nieszczęsna linia energetyczna psuła urodę miejsca, a słup energetyczny wprost  przytłaczał swoim ogromem na tle wyremontowanego sklepu.  Na szczęście stał z tyłu, pewnie tak z siedem, a może osiem metrów od ścian budynku sklepu.  Zaś od ulicy oraz z parkingu nie rzucał się za mocno w oczy.   Dopiero jak się szło, po zewnętrznej stronie działki w stronę ogrodu to od razu było widać, iż ów dysonans stanowił wielki mankament tego miejsca.

Jeszcze Leszek się dobrze nie rozsiadł na jednym z  trzech wygodnych, skórzanych krzesłach obrotowych, które obok małego okrągłego eleganckiego stoliczka i wspomnianych pustych regałów stanowiły całe obecne wyposażenie sklepu, gdy ujrzał przez okno zajeżdżającego na sklepowy parking pięknego  srebrzystego Lexusa.   Już po chwili  panowie powitali się wylewnie tak jak najlepsi przyjaciele.   Zaraz też po owym powitaniu Zdzisław najpierw zapytał o przebieg podróży od Leszka domu do miejsca, gdzie się teraz znajdowali.  Zapytał również o obecne Leszka samopoczucie, a potem nie czekając za bardzo o odpowiedź, od razu przeszedł do sedna, mówiąc  - i co,  jak mają się twoje sprawy, załatwiłeś wszystko jak chciałeś?   Zależy co masz na myśli - odparł Leszek i kontynuował - po długich, burzliwych i często bardzo przykrych rozmowach, postanowiliśmy z moją, każdego dnia, coraz bardziej oddalającą się ode mnie żoną, sprzedać nasz dom.   Ustaliliśmy, że jak pojawi się konkretny kupiec to uzgodnimy wszystkie szczegóły, łącznie z podziałem pieniędzy za dom, jego wyposażeniem i innym naszym wspólnym, do tej pory, majątkiem.   

Przykro to mówić, lecz wszystko wskazywało na to, iż  nasze wspólne życie zbliża się do końca i niebawem każde pójdzie swoją drogą.  Drogą coraz bardziej oddalającą nas od siebie.  Ten stan trwał już od kilku lat, lecz udawaliśmy, że wszystko jest dobrze, że nadal chcemy być razem, nadal się popieramy i wspieramy.  Niestety prawda była taka, że już prawie w niczym nie znajdowaliśmy wzajemnego zrozumienia.  Wszystko co tylko Leszek czynił było powodem do skrajnej irytacji jego żony.  Lub w najlepszym przypadku było to powodem jej milczącego braku jakiejkolwiek akceptacji,  Po chwili autorefleksji Leszek powiedział - nie chciałbym cię jednak zanudzać moimi rodzinnymi problemami.   Co zaś do spraw służbowych to ci powiem, że wszystko z mojej strony jest załatwione zgodnie z naszymi wcześniejszymi ustaleniami.  Z  końcem sierpnia zamykam mój sklep z winami i praktycznie na początku września możemy go przenosić tutaj do Podkowy.    Tylko z tym mieszkaniem dla mnie coś by trzeba zrobić.   Dobrze, dobrze, w ciągu tygodnia podeślę tatę Jacka i trzech ludzi, a oni w parę dni opanują temat, nie martw się o to.  A jak ci się tutaj podoba, a jakie wrażenie zrobił na tobie Jacek?   Miejsce jest świetne, trochę co prawda mało uczęszczane i na końcu ulicy, ale jak podeślesz mi na początek kilkudziesięciu klientów to mam nadzieję, że później już sobie  poradzę.  Z tego co zdołałem poczytać o Podkowie Leśnej i innych okolicznych miejscowościach wygląda na to, iż potencjał miejsca jest ogromny.   Konkurencja pewnie, jak obecnie wszędzie, duża, ale myślę, że będzie dobrze.  Gorzej niż obecnie pod Bydgoszczą, na pewno nie może być.   Kiedyś szło mi nawet, jak na taki niewielki biznes, nie najgorzej.  Niestety dawno się to już skończyło.  Najpierw powstał niedaleko jeden spory supermarket, a jakieś pół roku temu, jeszcze bliżej mojego sklepu otworzyli drugi supermarket.  Do tego powstały w niedalekim sąsiedztwie, aż dwa nowe sklepy z winami.  Pierwszy z nich otworzył jeden z moich najlepszych klientów, dziany gość, chiński hurtownik.  A otworzył ten ciekawie urządzony i bardzo dobrze zaopatrzony sklep z winami, głównie po to, żeby jak to zwykł mawiać, aby jego żona, nie nudziła się w domu i nie dostawała głupich myśli.  Przyszedł nawet do mnie pochwalić się tym sklepem i stwierdził, że wreszcie żona ma porządne zajęcie, a on ma spokój.  Po  paru miesiącach, kilkaset metrów dalej, następny mitoman otworzył kolejny sklep specjalizujący się w handlu winami.  Pewnie  sądził, że ja dorobiłem się domu na tym marnym sklepiku.  Sam zresztą wiesz jak to jest z tymi  różnymi naśladowcami, albo z byłymi naszymi pracownikami.  Jednemu na dziesięciu się udaje, ale o tym przekonują się znacznie później. Najpierw jednak napsują krwi i utrudnią życie takim jak my.  Mamy jednak ponoć demokrację i każdy może robić co chce. A że większość oprócz chęci nie ma pojęcia o tym co chcą robić, a tym bardziej z pomysłem i ewentualnym sukcesem to już zupełnie inna sprawa.  

A tak wspominając minione chwile, gdy tak myślę o tych niby kokosach, o które mnie inni posądzają, jakie to niby zrobiłem w tym podmiejskim sklepie z winami to zaraz przychodzi mi na myśl inne wydarzenie z mojego życia. Przypominasz sobie chyba tę bydgoską kamienicę, w której na pierwszym piętrze tyle razy się spotykaliśmy, grając w pokera, zamawiając panienki w Rajskim Owocu i gdzie zrobiliśmy tyle świetnych biznesów.  Otóż, przedstaw sobie, że  mieszkały w niej aż siedemdziesiąt trzy osoby, pamiętam to dobrze bo przez ponad dziesięć lat prowadziłem administrację tej nieruchomości, której zresztą byłem współwłaścicielem.  Otóż pewnego dnia lokatorzy, którzy mieli powojenne przydziały z urzędu miasta do zamieszkania w tej prywatnej kamienicy, zebrali się na korytarzu i postanowili zastrajkować przeciw właścicielom nieruchomości czyli przeciw mnie i dwójce moich  wspólników.  Od dawna krążyły wśród nich pogłoski, które z czasem przerodziły się w  pewność, że my dorobiliśmy się naszych wspaniałych samochodów i wielu innych rzeczy na ich krzywdzie. Byli przekonani, iż ich wyzyskujemy, a to, że podwyższyliśmy im nieznacznie czynsz  przelało czarę goryczy i postanowili się zbuntować.  Ten czynsz był zresztą ustalany przez władze miejskie, ale oni na żadne podwyżki nie mieli zamiaru się zgodzić i postanowili, że będą walczyć, jak to mówili, o swoje.    Dzisiaj możemy się z tego śmiać, ale wtedy to był poważny problem bo oni poszli na skargę do jakiegoś komitetu dzielnicowego, którym rządziła słynna pani katechetka.  Tam nas przedstawili jako chciwych kapitalistów, którzy dorabiają się na biednych ludziach, a do tego utrudniają im życie, szykanują i w ogóle co to za demokracja.  Oni o taką demokrację nie walczyli.  Później poznałem jednego gościa z tego komitetu i on mi szczegółowo opowiedział jak to było z tą delegacją mieszkańców naszej kamienicy, która przyszła do nich na skargę i z prośbą o pomoc.  Niestety sprawy potoczyły się źle dla nas, gdyż ta durna baba, pełniła funkcję  przewodniczącej tego dzielnicowego komitetu.  I później słowami słowami naszych lokatorów, zaczęła na nas nadawać gdzie tylko się dało.  Niby nic, niby mogliśmy się nie przejmować, lecz my mieliśmy dwa sklepy w tej kamienicy.  Jeden delikatesowy, a drugi monopolowy i oba posiadały koncesję na handel alkoholem, a do owego komitetu, którym ta katechetka niepodzielnie rządziła, co dwa lata musieliśmy występować o opinię samorządową w celu przedłużenia tej koncesji.   Długo by opowiadać co i jak trzeba było robić, żeby sprawy ułagodzić.  Tylko dodam, że owa katechetka później została ministrą w rządzie Ewy Kopacz, tej od jajeczniczki i pomylonych kroków na dywanie podczas wizyty u Merkelowej.  A tak dla porównania to  najśmieszniejsze było to, iż jak postanowiłem naprawić dach tej kamienicy, dać nową papę i opierzenia to nie starczył na to cały czynsz, którzy lokatorzy wpłacili nam w ciągu trzech lat.  A oni byli przekonani, że my dorabiamy się ich kosztem i w żaden sposób nie dali sobie wytłumaczyć, że to absolutna bzdura.  To z tymi sklepami moich konkurentów pewnie będzie podobnie, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą.  Jak w małej podmiejskiej miejscowości liczącej dwa tysiące mieszkańców, mogą działać dwa supermarkety znanej sieci i trzy specjalistyczne sklepy z winami?  Moim zdaniem to jednak spora przesada.  Co można w tej sytuacji zrobić?  

Gdyby nie ty i to że do mnie przyjechałeś pewnie i tak za pół roku, a najpóźniej za rok, musiałbym zwijać swój biznesie, no chyba, że wcześniej zwinęliby inni te swoje sklepy.   Dzięki spotkaniu z tobą i dzięki twojej propozycji mam szansę coś zmienić w swoim życiu na lepsze.  

Ale dosyć tych dywagacji.  Teraz musimy ustalić czynsz i inne koszty, a także ogólne zasady ewentualnej naszej dalszej współpracy, żebym wiedział co i jak.   Trzeba dogadać różne szczegóły i jak dojdziemy do porozumienia to za dwa tygodnie możemy ruszać ze sprzedażą w tym miejscu.  Od razu ci mówię, że do przeprowadzki koniecznie potrzebuję samochodu i ludzi do transportu tych tysięcy butelek win i innych alkoholi i całej reszty towaru..   A także potrzebuję ludzi do demontażu i ponownego montażu całego wyposażenia sklepu.  Już o tym wstępnie  rozmawialiśmy i jak chyba sobie przypominasz - obiecywałeś pomoc.  Mam nadzieję, że obietnica jest nadal  aktualna, co?   Oczywiście powiedz tylko kiedy, a dwa duże dostawczaki będą następnego dnia u ciebie.  Myślę, że jak zrobią po trzy kursy każdy to wszystko spokojnie przewieziesz.  Koszty biorę na siebie, nie martw się o to.  Razem z samochodami przyjedzie oprócz kierowców jeszcze dwóch ludzi to na pewno sobie szybko i sprawnie w piątkę poradzicie.   A tutaj, na miejscu jeszcze pomoże i przypilnuje wszystkiego Jacek.  No właśnie, nie odpowiedziałeś mi co myślisz o Jacku?  Trudno coś powiedzieć po godzinnej znajomości, ale sprawia sympatyczne wrażenie.  Mówiłeś, że jest upośledzony, ale oprócz rzadkiego nerwowego tiku twarzy nic takiego nie zauważyłem.  Niestety Jacek jest opóźniony w rozwoju ogólnym, skończył ledwie i to z wielkim trudem cztery klasy podstawówki, nie potrafi się skupić na bardziej złożonych sprawach, a czasami ma gorsze dni, wtedy zapomina o wszystkim co mu się mówi i co jakiś czas trzeba mu wszystko tłumaczyć od nowa.  Na szczęście to się zdarza rzadko, raz, a czasami dwa razy w miesiącu.  Ogólnie jednak jest świetnym, obowiązkowym, pilnym i solidnym człowiekiem.  Można mu ufać, a jak się do ciebie przekona to będziesz miał z niego zawsze i wszędzie duży pożytek.   Jest bardzo wrażliwy i dlatego trzeba uważać co i jak się do niego mówi.  Nie obraża się na nerwy, ani na krzyki, ale zamyka się w sobie i potrafi parę dni się nie odezwać.  Jednak bez obaw, nawet wówczas wszystko co musi to i tak bardzo dobrze robi.  Dlatego uważaj na niego, dbaj o niego i spróbuj pozyskać jego przychylność, a na pewno tego nie pożałujesz.  

To co, rozejrzyj się po miasteczku, po okolicy, jak chcesz to wyskocz do stolicy i telefonuj do mnie kiedy mam podesłać samochody.  Ja niestety dzisiaj nie mam więcej czasu, muszę zaraz wracać do firmy, do Warszawy.   Jak już na stałe  będziesz na miejscu to się umówimy u mnie w domu i sobie pogadamy co i jak, a także powspominamy dawne wspaniałe czasy.   Nic się nie martw, będzie dobrze i jestem przekonany, że się dogadamy we wszystkich sprawach.    

Leszek wrócił do swojego domu i sklepu.   Zaraz następnego dnia po wizycie w Podkowie Leśnej zaczął intensywne przygotowania do przeprowadzki.   Jak to jednak zazwyczaj bywa,  prawie nic nie poszło tak szybko i gładko jak przewidywali.  Najpierw powstał problem z pozwoleniem na handel alkoholem, bez którego nie można rozpocząć sprzedawania win.  Okazało się, iż komisja wydająca owe pozwolenia zbierała się w urzędzie miasta raz na dwa miesiące, a najbliższe posiedzenie miało być dopiero dziesiątego października.  Potem zaistniały spore problemy z remontem mieszkania dla Leszka.  Pan  Joachim Kubera ten zaufany budowlaniec Zdzisława zachorował.  A ta jego choroba przeciągała się długo.  Bez niego Zdzisław nie zdecydował się na remont mieszkania dla Leszka.    Potem były jeszcze problemy z Sanepidem i Inspekcją Pracy, które muszą wydawać pozytywne opinie dla takiej działalności.   

Aż wreszcie siódmego października przyjechał pierwszy transport z wyposażeniem do Podkowy Leśnej i tutaj, już na samym początku spotkały Leszka kolejne problemy.  Największy z nich był związany z  przewiezieniem i ponownym ustawieniem starej, przedwojennej kasy pancernej.   Ową kasę Leszek nabył, za spore jak na tamte czasy pieniądze, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku od firmy złotniczej z Inowrocławia.  Ta potężna, wysoka na ponad półtora metra, ogromnie ciężka, ważąca prawie trzysta kilogramów,  kasa, była nie lada wezwaniem i problemem przy transporcie oraz wyniesieniem jej na zaplecze sklepu w Podkowie.  Leszek musiał pożyczyć specjalne nosidła, gdyż o innym sposobie jej przeniesienia nie było mowy z uwagi na jej ciężar i wymiary pomieszczeń.  Aż sześć osób mozoliło się przez parę godzin z jej przeniesieniem.  Najpierw do samochodu, a potem z samochodu na zaplecze sklepu w Podkowie.   W końcu się udało.  Ta wielka metalowa ognioodporna kasa miała na środku głównych drzwi, wielką metalową rączkę służącą do otwierania sejfu.   Grube na dziesięć centymetrów drzwi miały na obwodzie cały system metalowych bolców wchodzących przy zamykaniu w specjalne otwory.   Kasę otwierało się w ten sposób, że trzeba było najpierw w odpowiedni sposób włożyć do dwóch zamków specjalne skomplikowane, dwuskrzydłowe,  klucze, a potem po przekręceniu owych kluczy o pół obrotu, chwytało się za wspomnianą, wielką, umieszczona centralnie, dwustronną rączkę i obracało się ja o ćwierć obrotu, wówczas z charakterystycznym szczękiem bolców, drzwi można było spokojnie odchylać.   Dodatkowo w środku, w tej kasie był jeszcze specjalny, osobny schowek otwierany dodatkowym, nietypowym kluczem.  Ta kasa to był taki rodzaj talizmanu Leszka, który on woził ze sklepu do sklepu i dzięki której czuł się zawsze  bezpiecznie.  Był przekonany, że ma dobrze schowane i zabezpieczone  pieniądze i inne wartościowe rzeczy.   Szczególnie na początku jego działalności handlowej miało to ogromne znaczenie, gdyż wówczas na przełomie lat  osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy Leszek zaczynał swoja handlowa drogę, obracało się tylko gotówką i nieraz w tym sejfie leżały naprawdę ogromne, jak na tamte czasy, kwoty.   Na przykład, gdy wczesną jesienią  1990 roku Leszek wraz ze swoim dwoma ówczesnymi wspólnikami wziął z państwowego banku jeden miliard złotych kredytu to cała ta suma znalazła się po przywiezieniu z banku najpierw w tym sejfie.  I dopiero stąd tak jak obecnie z bankowego konta, była systematycznie wydawana.  A warto wspomnieć, że w owym czasie przeciętna pensja wynosiła około jednego miliona złotych.  Ta kasa w ciągu siedemnastu  lat, które była już w posiadaniu Leszka, zmieniała swoje miejsce piąty raz i zawsze były z tym ogromne kłopoty.   Ale też dzięki tej wielkiej, solidnej, ciężkiej i ognioodpornej kasie była spora pewność, że nikt jej nie wyniesie, a nawet nie otworzy. 

W ciągu tych kilkunastu lat włamywano się do Leszka sklepów chyba z dziesięć razy, ale nigdy żadnemu złodziejowi nie udało się dostać do środka tego sejfu.   Chociaż raz jeden uparty włamywacz pozostawił na kasie spore rysy , ale tylko na zewnętrznej powłoce i do ich usunięcia wystarczyło trochę malowania i  polerowania.  Dlatego też ten sejf był tak ważny dla Leszka bo wiązało się z nim  wiele wspomnień i wydarzeń, a jednocześnie dawał duże poczucie bezpieczeństwa.  

Wreszcie w połowie października wszystko było gotowe.  Sklep doskonale wyposażony i pełen towaru prezentował się wspaniale. Posiadał nawet specjalne stoisko do degustacji win z profesjonalną lodówką, różnymi kieliszkami, kraterem i licznymi winiarskimi akcesoriami.  Na ladach, wolnych kawałkach ścian pomiędzy regałami, pełno było plakatów z opisami regionów winiarskich świata, informacji o serwowanych winach, a na ladzie leżały katalogi firm winiarskich, wizytówki i pocztówki reklamowe.  

W tym samym czasie pan Kubera uporał się z remontem mieszkania.  Spisał się wyśmienicie.  Pastelowe kolory ścian, piękne wykładziny na podłodze i doskonałe wyposażenie kuchni oraz łazienki robiły naprawdę wielkie wrażenie.  Leszek  mógł spokojnie zamieszkać w tym ładnym dwupokojowym mieszkaniu z dużą kuchnią i sporą łazienką.  

Aż w końcu nastąpiło uroczyste otwarcie sklepu.   Klienci zostali zaproszeni listownie na to otwarcie, które odbyło się w sobotę 22 października.   Niestety z listy zaproszonych klientów, którą dostarczył Zdzisław, zamiast spodziewanych pięćdziesięciu osób, przybyło  tylko piętnastu, ale to i tak, jak Leszek wiedział z doświadczenia, nie był  najgorszy wynik.  Wszyscy byli zachwyceni sklepem, wyborem win i innych alkoholi, możliwością degustacji, a także sposobem prezentacji całej sklepowej oferty.

I tak Leszek rozpoczął kolejny etap swojego ciekawego i różnorodnego życia, które jednak ostatnimi czasy stało się głównie monotonne i smutne.   

Dzięki swojej fachowości i umiejętnemu podejściu do kupujących, pomału zaczął zyskiwać kolejnych stałych  klientów.   W ciągu miesiąca prawie każdy z listy klientów zaproszonych na otwarcie, odwiedził jego sklep.  Ci jego nowi klienci okazali się bardzo wymagający i zazwyczaj dobrze znający się na tym co chcą kupić.  Na szczęście byli otwarci na liczne sugestie Leszka, który mając wieloletnie doświadczenie starał się jak tylko mógł sprostać ich wymaganiom.  A także starał się klientom zaprezentować zazwyczaj  coś czego jeszcze nie znali.   Już po pół roku miał więcej stałych i zdecydowanie lepszych klientów niż po kilku latach działalności w pod-bydgoskiej miejscowości.  A ci klienci, oprócz zakupów, podobnie jak w poprzednim jego sklepie, często przyjeżdżali sobie pogadać o bieżących sprawach lub podyskutować na różne tematy.   Widocznie lubili te rozmowy z Leszkiem, gdyż nieraz wizyta w sklepie trwała godzinę lub i dłużej.   Leszek był ciekawym i interesującym rozmówcą, tak twierdziło również wielu jego poprzednich klientów.   Interesował się i to często bardzo dogłębnie wieloma rzeczami.  Znał się dobrze na literaturze fantasy, na powieściach historycznych, szczególnie tych ze starożytności, dużo wiedział o żeglarstwie i tenisie.  Interesował się teatrem, szczególnie klasyką polską oraz współczesną polską literaturą, głównie tą z obyczajowego nurtu.  Cały czas żył bieżącą polityką, udzielając się na licznych internetowych forach dyskusyjnych.  Prowadził też swojego bloga. Dlatego jego rozmówcy lubili z nim dyskutować, a czasem spierać się lub krytykować, wszystko jednak w granicach normy i relacji sprzedawca - klient.   I chociaż często na skutek owych dyskusji Leszek mylił się przy kasowaniu należności i to zawsze jakoś dziwnie na swoją niekorzyść to jednak nie potrafił się zmienić i do rozmów z klientami ciągnęło go jak wilka do lasu. 

A  jego klientami byli zazwyczaj ludzie niepospolici i inteligentni oraz bardzo ciekawi wszelkich aspektów życia..   Byli prawnikami, lekarzami, artystami i przedsiębiorcami, ale czasami odwiedzali go także policjanci, wojskowi czy różni urzędnicy.  Rzadko jednak trafiał się jakiś polityk lub inna osoba publiczna, chociaż takich w okolicy, gdzie obecnie działał, nie brakowało.  Leszek sądził, że pewnie oni nie muszą nic kupować, gdyż wszystko inni kupują za nich, a politycy pewnie  jak zwykle tylko korzystają z cudzej pracy i cudzej własności.  Chociaż jak naprawdę było to tego nie wiedział.  Była też spora grupa klientów, która nie wdawała się w żadne rozmowy, a nawet wszelakimi sposobami ich unikała.   Tacy klienci przeważnie, zaraz przy pierwszym kontakcie, dawali odczuć swoja wyższość oraz sugerowali wielką znajomość konkretnych trunków.  Zdawali się być znawcami, którzy żadnej rady nie potrzebują, a wręcz przeciwnie to oni mogą opowiedzieć o zaletach i walorach trunków bo przecież bywali w winnicach, wytwórniach win czy różnych whiskey, ale może innym razem bo teraz się strasznie spieszą.   Takich klientów Leszek od razu wyczuwał, nie dawał jednak tego po sobie poznać, a tylko przybierał maskę pozornej pokory i zrozumienia dla ich znajomości tematu.


piątek, 20 marca 2026

Nasza nadzieja i nasza przyszłość - takiej pragniecie?

Podczas II Wojny Światowej Niemcy zabili ponad sześć milionów Polaków.   Z samej tylko Warszawy wywieźli czterdzieści tysięcy wagonów naszego narodowego dobra.  A ile z całej Polski to jedynie Pan Bóg wie.

Odszkodowań wojennych nie wypłacili, a Herr Tusk, chce je wypłacić za nich. A o skradzione dobra nawet nie śmie się upomnieć.

Jak świat światem nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem.

DLACZEGO JESTEŚMY TAKIMI GŁUPCAMI?

Przyjaciele
o

czwartek, 19 marca 2026

Kindżał odcinek - 2

Odcinek pierwszy zakończyliśmy słowami - sporo się zastanawiałem i analizowałem różne za i przeciw i wyszło mi, że chciałbym tobie zaproponować, abyś w przyszłości był szefem tego mojego nowego biznesu.  

Poniżej ciąg dalszy:

Leszka zamurowało i dopiero po dłuższej chwili odrzekł - ale ja się zupełnie nie znam na tej branży.  Nic nie szkodzi, od znania się na tej, jak mówisz branży, są inni.  Do tego znania się zatrudnimy fachowców, a ty będziesz tylko pilnować całości tak samo jak ja bym to robił, ale przecież nie mogę być w kilku miejscach naraz.   Dostaniesz gabinet, dobrą pensję, wyszykujemy ci na początek jedno ze wspomnianych mieszkań przylegających do sklepu i będziesz nadzorował, najpierw modernizację, a potem działanie tej firmy.  Przecież to dla ciebie pestka, nie takimi firmami już kierowałeś, prawda?

No tak, bywało, że zatrudniałem ponad stu ludzi i to w paru różnych firmach i nieźle mi się wiodło, ale to dawno minione czasy.   E tam, ty mi tutaj nie opowiadaj, jak się raz nauczyłeś to umiesz – odpowiedział Zdzisław.  Jak się do tego przedtem nadawałeś to i teraz się będziesz nadawał tym bardziej, że cała firma to według moich ustaleń i wyliczeń, będzie liczyła docelowo mniej niż dwudziestu ludzi.   Zaskoczyłeś mnie niesamowicie taką propozycją  i to do tego stopnia, że kompletnie nie wiem co mam teraz powiedzieć.   

Zakładając, że po głębokich przemyśleniach, bo to przecież całkowita zmiana mojego dotychczasowego życia, się zgodzę to powiedz mi chociaż od kiedy byś chciał mnie zatrudnić?  Najlepiej od zaraz, ale rozumiem, musisz pozamykać swoje sprawy, jakoś ułożyć się z żoną, pomyśleć co z domem i pewnie załatwić jeszcze wiele innych tematów.   Dobrze to przemyśl.  Ja będę znowu w Bydgoszczy za jakieś dwa tygodnie to mi powiesz co zdecydowałeś, zgoda?   Możemy się tak umówić, ale powiedz co ja miałbym robić tak od zaraz tam u ciebie, przecież ta firma handlująca narzędziami ma powstać, jak sam mówisz, za jakieś dwa lata, a czym mam się zajmować do tego czasu? – zapytał Leszek.  I o tym także już pomyślałem – odparł Zdzisław.  Tam, w tych budynkach i przyległym do nich podwórzu oraz sporym kawałkiem pola za budynkami, a także dużym, ładnym ogrodem, możemy od ręki, niewielkim nakładem coś urządzić.   Obecnie w jednym ze  wspomnianych dwóch mieszkań po GS-owskich magazynierach, mieszka tylko jeden młody chłopak, a drugie stoi puste.  Ten mieszkaniec to syn Joachima Kubery, bardzo porządnego człowieka, który od ponad piętnastu lat  pracuje ze mną.  Najpierw był u mnie kierownikiem robot, a pięć lat temu, za moja namową i pomocą, założył własną firmę budowlana i teraz jest oficjalnym podwykonawcą na moich budowach.  To mój najbardziej zaufany współpracownik, a jego firma chociaż niewielka wykonuje dla mnie wiele robót jako podwykonawca.   To on często, gdy ja przebywam w różnych rozjazdach, praktycznie zarządza moimi budowami, pilnuje moich pracowników i patrzy co robią inni podwykonawcy.  A zna się na budowlanym fachu jak mało kto.  Do tego człowiek uczciwy i niekonfliktowy.   Dzięki niemu zaoszczędziłem ogromne kwoty i pozbyłem się niejednego złodzieja.  Niestety dorosły syn Joachima, Jacek jest trochę opóźniony w rozwoju i nie za bardzo się nadaje do wykonywania jakiś samodzielnych, kwalifikowanych i złożonych robót.   Za to proste prace remontowe, naprawcze, budowlane i porządkowe inne, wykonuje z pełnym oddaniem, zaangażowaniem, a do tego solidnie pod każdym względem.  Chłopak chciał się usamodzielnić i przestać przebywać ciągle u ojca na garnuszku dlatego udostępniłem mu jedno z tych dwóch mieszkań w Podkowie.  Teraz on tam wszystkiego pilnuje i o wszystko dba.   Niestety z uwagi na swoją wrodzoną wadę wymaga on systematycznego nadzoru. Nie trzeba go pilnować bez przerwy, ale co parę dni ja lub jego ojciec do niego zaglądamy, uzgadniamy co i gdzie ma robić i on to robi.    W tej chwili remontujemy pomieszczenia, w których był sklep, potem weźmiemy się za mieszkania, a na końcu zrobimy remont magazynów.  Wiesz o czym mówię, zapytał Zdzisław uśmiechając się znacząco?  Nie bardzo wiem o co ci chodzi.  Jak to, ty stary wyżeracz nie wiesz jak się modernizuje w cudzysłowie?   A o to ci chodzi – odparł Leszek.   Oczywiście, znam te metody.   I tutaj zrobimy jak zwykle – dodał Zdzisław.  Rozbierzemy magazyny do gołej ziemi, zrobimy nowe fundamenty, lekko, to taki żart,  je powiększymy i postawimy w miejsce magazynów geesowskiej spółdzielni  sporą, nowoczesną  halę.   Dzięki temu nic się nie zmieni.  Jest hala i będzie hala, a do tego nowoczesna i swoją architekturą dobrze wkomponowana w otoczenie.   Trochę to wszystko będzie kosztować, ale jestem na to przygotowany.  Do przeprowadzenia tych zamiarów jesteś mi tam potrzebny.   Cieszę się ogromnie, że o mnie pomyślałeś, ale nadal nie rozumiem co miałbym tam teraz robić?

I tutaj dochodzimy do kolejnego mojego pomysłu – odparł Zdzisław.  Otóż myślę, że do czasu rozpoczęcia tej właściwej inwestycji mógłbyś przenieść do Podkowy Leśnej ten swój sklep z winami.  Jak już przed chwilą mówiłem - kończymy remont pomieszczenia po dawnym geesowskim sklepie.  Główna sala sprzedaży będzie miała około pięćdziesięciu metrów kwadratowych powierzchni czyli pewnie tak akurat tyle ile liczy twój obecny sklep.   Towar i meble zabierzesz stąd, a o pozwolenie na handel alkoholem się nie martw, już odbyłem w tej sprawie parę rozmów i nie będzie z tym kłopotu.  Pozostałe sprawy związane z przenoszeniem sklepu także biorę na siebie.  Ty tylko zapewnisz organizację, a ja dam ludzi i środki.  A może nawet zmienimy kiedyś zdanie i jak  z czasem ten sklep się dobrze przyjmie to pomyślimy o zrobieniu sieci takich sklepów wokół Warszawy.  Co o tym myślisz?

Dawno już myślałem o takiej sieci i nawet pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zacząłem ją tworzyć.  Niestety brak dostępu do porządnego kredytu i ogromna konkurencja głównie zagranicznych firm, spowodowały, iż po paru latach musiałem ze sporymi stratami, wycofać się z tego pomysłu.  Obecnie nasz rynek handlu winami się zmienia i kto wie czy ten pomysł nie jest wart realizacji w niedalekiej przyszłości.  Wróćmy jednak do obecnych ustaleń.  Jak oceniasz w ogóle możliwość działania takiego sklepu z winami w Podkowie?  Jak myślisz będą klienci – zapytał Leszek.  Ja tam się na handlu winami się nie znam, a tylko tak pomyślałem o tobie, żebyś miał zajęcie do czasu uruchomienia tej naszej nowej firmy, w której masz zostać prezesem.  Na początek, żeby rozruszać sklep, przyślę ci grono moich znajomych.  Dam im wskazówki, gdzie mają jechać, zachwalę twoją wiedzę i doświadczenie, a potem, na pewno, sam sobie doskonale poradzisz.   Moim zdaniem w Podkowie zarobisz znacznie więcej niż tutaj. Będziesz w innym, nowym środowisku, a przede wszystkim będziesz miał perspektywę dobrej posady i dobrych zarobków.  Ja zaś będę miał spokojną głowę.  Jak ty się weźmiesz w niedalekiej perspektywie za remont magazynów po Gminnej Spółdzielni to ja będę mógł bez obaw zajmować się innymi moimi tematami, a także organizowaniem narzędziowej firmy, która ma w tych wyremontowanych magazynach powstać.   To co o tym myślisz, jak to widzisz  – zapytał Zdzisław.  

Leszek kompletnie zaskoczony takimi konkretnymi i natychmiastowymi propozycjami, nie wiedział co ma odpowiedzieć.  Musiał to sobie przemyśleć.   Musiał podjąć ważne decyzje dotyczące całej reszty swojego życia.  A takie decyzje nigdy nie są łatwe.  Nawet jak jest nam źle to się trzymamy tego co jest bo już to znamy, a wszystkiego nowego się obawiamy.  Leszek, nie był inny pod tym względem i uważał podobnie, dlatego po dłuższym namyśle, odpowiedział - muszę się z tym przespać.  A także chciałbym poznać więcej szczegółów twojej propozycji.   Potem, jak w nocy, bo wtedy mój umysł najlepiej pracuje, przeanalizuję wszystkie za i przeciw to postaram się dać konkretną odpowiedź.  Zresztą wiesz jak to jest z  nocnymi decyzjami, one zawsze wymagają porannych akceptacji, a z tym to różnie bywa.  Dałeś mi twardy orzech do zgryzienia.   Teraz nic więcej nie mogę powiedzieć.  Mam twój numer telefonu to zadzwonię do ciebie, powiedzmy za tydzień i wstępnie powiem co zdecydowałem.  Zgoda? 
 
 Rozumiem twoje obawy i nawet zdziwiłbym się, gdybyś inaczej mi odpowiedział – odrzekł Zdzisław.  To pewnie na dzisiaj wystarczy tych naszych uzgodnień.  Daj mi trzy dobre wina, takie jak te poprzednie.  Z tego co pamiętam to były wina chilijskie takie z fioletowym krzyżem na etykiecie.   Oczywiście dobrze pamiętasz to  misiones, wina z górnej półki chilijskiej, z najlepszego dnia zbiorów, ręcznie zbierane winogrona i z pierwszego naciśnięcia soku.  Wina mocne, solidne, taninowe, pełne owocowych zapachów i ze wspaniałą rubinową szatą.  Dam ci dwa cabernety i jedno carmenere, dobrze – zapytał Leszek.   Oczywiście, zrób tak jak mówisz.   Prosto z twojego sklepu jadę do mojego Konstancina, a wieczorem otworzę sobie jedną flaszkę i przy niej jeszcze pomyślę co i jak z tą naszą przyszłą współpracą.