Odcinek - 4
Gdzieś tak po ośmiu miesiącach od otwarcia sklepu zaczął bywać u niego, średnio raz na dwa tygodnie, pewien tajemniczy pan. Leszek nazwał go w myśli czarnym klientem, gdyż zawsze ubrany był od stóp do głów w odzież o ciemnym, przeważnie czarnym lub zbliżonym do czarnego, kolorze. Nawet latem nosił czarne spodnie, czarną koszulkę typu polo i czarne buty, a do tego oczywiście ciemne okulary i czarną sportową czapeczkę z daszkiem. Pod sklep podjeżdżał oczywiście czarną limuzyną, która okazała się być klasycznym modelem Jaguara. Zawsze, grzecznie zwracając się do Leszka, prosił o sześć dobrych win i nigdy nie dyskutował, ani nie kwestionował wyborów Leszka. Za każdym razem kupował inne wina, chociaż czasami prosił o jedno lub dwa z tych poprzednio zakupionych. Leszka bardzo intrygował ten klient. Był szczupłym, przystojnym, wysokim mężczyzną w wieku około 45 lat z potężną czupryną całkiem jeszcze czarnych włosów, zawsze starannie wygolony i pachnący najlepszą woda kolońską, najczęściej Farenheitem z firmy Dior. Na jego twarzy przeważnie malował się obraz jakiejś melancholii, zadumy lub smutku. A przenikliwy wzrok, klasyczny, jak z greckich posągów, nos i wyraziście zarysowany podbródek, powodowały, iż wydawał się być jakby bohaterem smutnego, dramatycznego filmu.
Tak mijał Leszkowi miesiąc za miesiącem w Podkowie Leśnej. Satysfakcję z pracy w sklepie miał znacznie większą niż poprzednio, a i zarobki o wiele lepsze. Niestety na tym całkiem dobrym obrazie jego aktualnego bytu zaczynały się pomału zbierać czarne chmury. Przede wszystkim nie udawało mu się sprzedać domu. Mijał rok jak zawarł kilka umów z różnymi pośrednikami od handlu nieruchomościami, a efekty ich działania były żadne. Utrzymanie domu, w którym obecnie mieszkała tylko jego żona, kosztowało Leszka znaczną część jego aktualnych dochodów. Nic już go do tego domu nie ciągnęło i jeździł tam rzadko, średnio raz na dwa miesiące i to głównie za sprawą kolejnych wizyt potencjalnych nabywców domu. Przyjeżdżając zawsze napotykał sporo różnych problemów, które oczywiście wymagały i to sporych wydatków. Oprócz tych technicznych spraw nic już go z tym wcześniej tak pogodnym domem nie wiązało. Córka przebywała cały czas za granicą, żona była coraz bardziej niezadowolona, chmurna, opryskliwa i wiecznie miała dziesiątki pretensji i uwag. Piękny kiedyś ogród, o który obecnie dbał głównie Leszek, został prawie kompletnie zapuszczony bo jak można dbać o ogród spędzając w nim kilka godzin raz na dwa miesiące? Dom też wymagał ciągłych starań, a Leszka nie było i nie miał kto tego robić. Niedawno żona oświadczyła mu, że zamierza się wyprowadzić bo w domu jest coraz gorzej, a ona nie ma zamiaru nadal tak żyć. Zażądała od Leszka pieniędzy na mieszkanie w mieście, a co do domu oświadczyła mu, żeby robił sobie z nim co chce. Po każdym takim wyjeździe Leszek tydzień dochodził do siebie i nie za bardzo wiedział co ma dalej z tym wszystkim począć.
Niestety w tym samym czasie zaczęły się pierwsze poważne kłopoty Zdzisława, o których jednak Leszek konkretnie niczego nie wiedział. Tylko spotykając się co jakiś czas ze swoim kolegą zaczął zauważać zmiany na gorsze w jego dotąd tak optymistycznym widzeniu świata. Zdzisław chodził teraz smutny, a nawet rzec można, że ponury. Stał się małomówny, zamknięty w sobie, a do tego coraz częściej zaczął mówić, iż będzie musiał wyjechać na jakiś czas za granicę. Co prawda cały czas starał się zachowywać pozory, iż wszystko jest w najlepszym porządku, twierdząc że to co go obecnie spotyka to tylko chwilowe kłopoty, które niebawem przeminą, ale Leszek czuł, że tak nie jest. Zdzisław nadal twierdził, iż projekt przebudowy magazynów jest już gotowy, a teraz tylko zbiera kasę na ów, jak to mówił - remont. Jednak Leszek bardziej podświadomie niż świadomie czuł zbliżające się problemy. Wiedział i doświadczył już tego co ludzie mówią o nieszczęściach, które chodzą parami. Jeszcze się łudził, jeszcze wierzył w zapewnienia Zdzisława dotyczące ich wspólnych planów, lecz coś mu mówiło, że zbierają się nad tym projektem coraz bardziej ciemne chmury.
Na szczęście bardzo dobrze układały się Leszkowi relacje z Jackiem, który okazał się uczynnym, sympatycznym i niekrępującym towarzyszem ich obecnego życia. Wiele ze sobą nie rozmawiali, gdyż Jacek nie był specjalnie rozmowny, ale pomimo tego coraz lepiej się rozumieli. Jacek zajmował się całym otoczeniem ich życia czyli pielęgnował ogród, dbał o sklep, mieszkania, parking, pilnował porządku, dokonywał drobnych napraw. Wystarczyło, że Leszek coś napomknął, a Jacek już robił. Jacek potrzebował kogoś kto nim pokieruje, podpowie, pochwali i się nim zainteresuje. Takie życie temu chłopakowi w zupełności wystarczało. A było to życie spokojnie, w miarę dostatnio, gdyż Jacek miał pensję od Zdzisława, a także otrzymywał sporą pomoc od swojego ojca. Jacek interesował się piłką nożną i godzinami mógł oglądać najróżniejsze mecze, nawet po kilka razy te same. I właśnie na tym polu, we wiernym kibicu Zawiszy Bydgoszcz i to od ponad czterdziestu lat, znalazł Jacek coś co bardzo ich połączyło i zbliżyło. Często razem oglądali mecze Ligi Mistrzów lub ligę hiszpańską, którą Leszek najbardziej cenił i wówczas nawet się zdarzało, że ten tak małomówny Jacek czasami wdawał się w rozmowę z Leszkiem na tematy piłkarskie.
Ani się, jak to mówią, Leszek się nie obejrzał, a już minęło półtora roku jego pobytu w Podkowie Leśnej. W tym czasie poznał bliżej wielu swoich klientów. Z wieloma prowadził nieustające dyskusje na najróżniejsze tematy, a z niektórymi tak się zakolegował, że nawet raz po raz zapraszali go do domów na kolacje, grille, czy degustacje różnych trunków. Leszek w takim przypadku zawsze przychodził przygotowany, czyli z dobrym winem i przygotowanymi tematami do dyskusji, albo o winach, albo o konkretnej książce, albo o wspólnych zainteresowaniach, które zdążył już poznać. W najgorszym razie dyskusje schodziły na bieżące sprawy gospodarcze i polityczne. Doszło do tego, że kilkunastu klientów zaproponowało mu sprzedaż trunków, których z racji swojej profesji, mieli w nadmiarze, a za otrzymane ze sprzedaży pieniądze kupowali u Leszka wina, które najbardziej lubili. Potem ktoś przyniósł do sprzedania jakiś obraz, który już mu się znudził, potem ktoś jakąś rzeźbę przywiezioną z Afryki, której jego żona nie chciała widzieć w domu, a nawet zdarzyło się wspaniale stare radio Normande Fidelio z 1955 roku w bardzo dobrym stanie i o cudownym brzmieniu. To radio Leszek kupił dla siebie, a kosztowało go sześć butelek dobrego wina czyli tak około czterystu złotych. Zaraz też zrobił miejsce na ladzie i postawił je na honorowym miejscu, gdzie grając swoim lampowym brzmieniem i mrugając magicznym zielonym oczkiem wzbudzało podziw prawie wszystkich klientów. Niestety nie postało długo, gdyż po paru tygodniach jeden z jego najlepszych klientów tak je sobie upatrzył i tak namawiał Leszka, że ten z ogromnym żalem sprzedał mu to radio, ale nie dla zarobku tylko dla utrzymania sympatii tego klienta, co zresztą mu się potem bardzo opłaciło. W ten sposób jego niewielki sklep pomału zaczął się stawać bardziej miejscem towarzyskich spotkań, dyskusji, wymiany rzeczy i poglądów niż tylko typowym sklepem sprzedającym alkohol.
I w tym to właśnie okresie, po ponad półrocznej, sklepowej znajomości, pierwszy raz przemówił do Leszka wspomniany tajemniczy czarny klient. Oczywiście jak zwykle ubrany był cały na czarno, łącznie z czarnym golfem i czarnymi okularami chociaż pora roku nie była stosowna tym okularom. A było to pod koniec zimy w czwartkowy, wieczór, ostatnich dni lutego. Do tej pory ich kontakty ograniczały się tylko i wyłącznie do sprzedaży win. W czasie tych transakcji ów klient zazwyczaj niewiele mówił, a wszystko co mówił dotyczyło tylko i wyłącznie zakupów, które robił w Leszka sklepie. Tym razem było jednak inaczej. Czarny klient wszedł, przywitał się tradycyjnym „dobry wieczór”, a potem zamiast, jak zwykle, zamawiać wina to, niby tak mimochodem, zaczął wypytywać Leszka o klientów, którzy zazwyczaj u niego kupują. Pytał czy dużo kupują, czy drogie wina i jak często przyjeżdżają oraz czy jest ich wielu i czy Leszek jest zadowolony z prowadzenia tego sklepu. Mówił spokojnie, tak jakby od niechcenia i jakby nie oczekiwał odpowiedzi, ale Leszek widział, że to tylko pozór, a w rzeczywistości czegoś się chciał dowiedzieć, ale czego tak naprawdę tego nie był w stanie się domyślić. Leszek ogromnie zdziwiony taką nagłą odmianą owego tajemniczego klienta odpowiadał mu ogólnikowo i zdawkowo, a czarny klient nie dociekał szczegółów. Po kilkunastu minutach tej niby zdawkowej rozmowy, tradycyjnie kupił sześć win i odjechał.
Po dwóch tygodniach ów czarny klient ponownie zawitał do sklepu i zaraz po wejściu oraz zdawkowym powitaniu, zagadnął - słyszałem, że tu u pana w sklepie można czasami kupić oprócz win, które zazwyczaj kupuję, także inne ciekawe rzeczy. Podobno można korzystnie nabyć i dobry obraz i stare radio i oryginalne cygara przywiezione z Kuby, ciekawe i nietypowe alkohole czy też różnorakie wartościowe starocie. Czy mam rację? Leszek spojrzał uważnie na owego intrygującego klienta i odpowiedział - czasami się zdarzy, że ktoś coś przyniesie i chce sprzedać lub zamienić na dobre wina, ale raczej rzadko i raczej ma to bardziej towarzyski charakter niż handlowy. Jestem jedynie czasami pośrednikiem pomiędzy dwoma klientami, którzy pewnie normalnie nigdy by się nie spotkali i nie mogli dokonać owej zamiany czy sprzedaży, a dzięki mojemu sklepowi i przynajmniej minimalnemu zaufaniu do mnie, takie wymiany lub sprzedaże dochodzą pomiędzy nimi do skutku. Czarny klient jednak ponownie zapytał - a jak w ogóle z klientami w sklepie i jak idzie pański interes w tej naszej miejscowości? Przepraszam, że tak obcasowo wypytuję, ale zapewniam, iż nie bez powodu. Jeżeli sprawiam panu tym przykrość lub nie chce pan odpowiedzieć to proszę mówić wprost. Zapewniam, że się nie obrażę i nie wpłynie to na moje wizyty w pańskim sklepie. Ależ nie mam powodów do obrażania się. Wielu klientów zadaje mi podobne pytania i uważam je za normalne. Co zaś do odpowiedzi na pańskie pytania to powiem, iż nie narzekam, pracy nie mam dużo, a zarobek, jak dla mnie, całkiem przyzwoity, natomiast klienci to w zdecydowanej większości, uprzejmi, kulturalni, mili i sympatyczni ludzie. Na tym wymiana zdań się przerwała i widać było, że dalsza rozmowa się nie klei. Leszek czuł, że czarny klient ma jakieś obawy, że chciałby coś więcej powiedzieć, lecz z jakiś, tylko jemu znanych powodów, tego nie czyni. Po chwili krępującego milczenia czarny klient nabył swoich sześć win, pożegnał się i odjechał swoim czarnym samochodem w czarny mrok, gdyż godzina była wieczorna, a dni były jeszcze dosyć krótkie.
W tym samym czasie, pewnego, jeszcze lutowego dnia, przyjechał Zdzisław i poprosił Leszka o poważną rozmowę. Leszek zamknął sklep, usiedli w Leszka mieszkaniu i Zdzisław powiedział - nie będę owijał w bawełnę i nie będę cię zwodził dlatego powiem wprost - nie mam dla ciebie dobrych wieści. Moje sprawy stoją coraz gorzej i będę musiał pewnie i to dosyć pilnie, na dłużej wyjechać do Niemiec. Mam tam w Hamburgu filię swojej firmy, która jeszcze jakoś się trzyma i którą będę tam na miejscu od teraz sam kierował. Moje interesy tutaj są mocno zagrożone i nie wiem jak to wszystko się skończy. Nie chcę się wdawać w szczegóły bo i po co? Niczego to nie zmieni, a tobie może tylko przysporzyć zmartwień. Przepraszam cię ogromnie, że nie dotrzymałem słowa z tą dyrektorską funkcją w metalowej firmie. Może jeszcze się nam to uda, ale kiedy może to nastąpić tego dzisiaj nie umiem powiedzieć. Jedno mogę ci tylko obiecać - będę się mocno starał, aby dotrzymać słowa. Co do twojego sklepu to nie ma obaw i jak tylko chcesz to możesz go spokojnie nadal prowadzić. Tą nieruchomość kupiłem na żonę, a mamy rozdzielczość majątkową i nic jej, ani żonie, ani nieruchomości nie grozi, gdyż nie ma to nic wspólnego z moim obecnymi kłopotami. Z tym wszystko jest jak najlepiej i nie ma obaw, ale jak chciałbyś się wycofać i wrócić do siebie to mów, póki tutaj jestem. Ile tylko będę mógł to ci pomogę w powrocie. Przepraszam cię za ten ogromny zawód, który ci sprawiam, lecz wierz mi, że nie ma w tym grama mojej winy. Chociaż jak myślę o tym co się ostatnio działo to sam nie wiem i nie rozumiem jak to było możliwe. No cóż długo mi się powodziło, ale widocznie i na mnie przyszła kolej, abym poznał smak prawdziwej klęski. Miałem nic nie mówić, a jednak się rozgadałem. Jeszcze raz przepraszam, a teraz powiedz co decydujesz? Leszek chwile pomyślał, a potem odpowiedział - nie za bardzo mam gdzie i jak wrócić. Z żoną prawie już nie utrzymuję żadnych relacji. Z tego co wiem to ma jakiegoś faceta i się do niego wyprowadziła, a dom ma być od maja wynajęty, gdyż konkretnego kupca nie widać na horyzoncie. Zgodziłem się na ów wynajem. Będę czekał na sprzedaż domu, aby coś zmienić w swoim życiu bo co można zrobić bez kasy? Tutaj nie mam źle i nawet trochę odkładam, ale to nie ten przedział, żeby robić rewolucję w życiu. Jeżeli mogę to pozostanę w Podkowie. Klientów mam coraz więcej, coraz lepszych i coraz bardziej jestem zadowolony z tej pracy. A i z Jackiem doskonale się rozumiemy. On jest mi bardzo pomocny we wielu sprawach i tych związanych ze sklepem i tych prywatnych. Rozumiem, że Jacek nadal będzie tutaj mieszkał i działał - zapytał Leszek. Oczywiście, że tak. O to zadba moja żona. Ona podjedzie tutaj od czasu do czasu i nadal będzie mu płacić tyle samo co obecnie za utrzymywanie całej nieruchomości w dobrym stanie i za jej pilnowanie. Także dzierżawę nadal będziesz jej wpłacał tak samo jak do tej pory i gdybyś miał jakieś poważne problemy to znasz telefon do niej. Ze mną nie będzie kontaktu, najwyżej przez moją żonę. Damy radę – odpowiedział jak to było obecnie w zwyczaju Leszek i dodał - to jedź do tych Niemiec, pracuj, działaj, zarabiaj kasę, a jak zbierzesz to wracaj i ruszamy z tą twoją planowaną firmą. Myślę, że gdybyś wreszcie otworzył tę firmę handlującą metalowymi narzędziami to sklep z winami i tak zostawimy, no chyba, że będziesz miał inne plany co do tego budynku? Dzisiaj nie ma co o tym mówić, to perspektywa przynajmniej dwóch lat, a osiągnięcie tego naszego wspólnego celu stoi pod dużym znakiem zapytania. Pożyjemy, zobaczymy - odpowiedział Zdzisław. Leszek próbował wyciągnąć ze Zdzisława jakieś wiadomości na temat rodzaju i wielkości jego problemów, lecz Zdzisław odpowiadał tylko ogólnikami i nic konkretnego nie chciał powiedzieć. Leszek widział bo przecież znał go dobrze od lat, że to nie ten sam człowiek. Kiedyś tryskający energią, zdrowiem i dobrym humorem, teraz był zgaszony, smutny i zmizerniały. Już parę miesięcy temu Leszek zauważył, że Zdzisław bardzo się zmienił w ostatnim czasie. Nic jednak nie mówił sadząc, że to może problemy zdrowotne, albo rodzinne. I dopiero dzisiaj się dowiedział, ale tylko bardzo ogólnikowo o co naprawdę chodzi. Leszek kilkakrotnie wypytywał Zdzisława co jest prawdziwym powodem jego problemów i deklarował swoją pomoc. Ale Zdzisław za żadne skarby nie chciał o tym mówić. Jeszcze chwilę porozmawiali o klientach, ich przyzwyczajeniach i wspólnych, nowych dla Leszka, a starych dla Zdzisława, znajomych, po czym Zdzisław wstał z krzesła i powiedział - dzisiaj musimy już się pożegnać i nie wiem kiedy się następny raz zobaczymy, ale działaj i bądź dobrej myśli i bądź przekonany, iż ja będę robił wszystko, aby dotrzymać danego tobie słowa i jestem pewien, że mi się to uda.





















