czwartek, 15 października 2026

Przypominam -69

Prawie 14 lat temu  napisałem poniższy post.

sobota, 24 listopada 2012

Unijna kasa - kilka refleksji natury ogólnej - 9

Motto:

Dary szerzą tylko niedołęstwo 
i złą wolę,
lenistwo i chciwość.


Od wielu dni trwają gorączkowe dyskusje na temat nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020.   Wszystkie media prześcigają się w relacjach z unijnych negocjacji, ze wzlotów i upadków różnych koncepcji podziału unijnego budżetu na te przyszłe lata.  Trwa przy tym ogromna kampania propagandowa jak to unijna kasa zmieniła nasz kraj i jak go ogromnie ma zmienić w następnych latach.  Wszędzie słyszymy, widzimy, czytamy, że bez tych swoistych unijnych darów bylibyśmy państwem zacofanym, nie byłoby u nas nic, jeździlibyśmy po drogach polnych, koleje byłyby zlikwidowane, nie budowano by w Polsce niczego oprócz stadionów na EURO i w każdej nawet najmniejszej gminie byłaby stagnacja, bylejakość, brak perspektyw i w ogóle nędza.  A dzięki UE rozwijamy się harmonijnie, zmieniamy nasze życie, jesteśmy zieloną wyspą w morzu czerwieni i żyje nam się lepiej i dostatniej.  Tylko nieliczni malkontenci próbują coś tam krytykować, ale zaraz etatowi euroentuzjaści, apologeci wspólnoty, politycy rządzącej partii i palikotowcy, dają temu gwałtowny odpór, a malkontentów gaszą nazywając ich w najlepszym razie tępymi mocherami.  Ludzie pokroju posła Szejnfelda, który w swoim życiu chyba nigdy nie powiedział jednego konkretnego zdania, rozwadniają każdą krytykę i swoim wodolejstwem udowadniają, że krytycy nie maja racji i, że to tylko wredni pisowcy chcą zbić na krytyce kapitał polityczny.  Wtórują mu różni, dyżurni posłowie z PO tacy jak sławna Róża Thun, panowie Halicki, Fedorowicz, Grupiński, pani Kidawa-Błońska, panowie Neumann, Nowak, Raś, dyżurni dziennikarze i wszelkiej maści redaktorzy, etatowi  "unijni" publicyści, socjologowie, szpecą z różnych unijnych instytucji i cała armia innych ludzi świetnie z tego, co głoszą, żyjąca.  W słowach, pochwałach, "rzetelnych" ocenach rzeczywistości już dawno uczynili oni z naszego kraju miejsce mlekiem i miodem płynące, a tylko niewdzięcznicy, ludzie zacofani, krytykanci i inna tego typu kategoria obywateli, tego jeszcze nie dostrzegła.

A jak jest prawda?   Proszę poczytać link poniżej/  ile z naszego pięknego kraju wyjeżdża rocznie pieniędzy:

http://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2012/10/kilka-refleksji-natury-ogolnej-4.html

A teraz kilka zdań o unijnych środkach.

Państwa członkowskie UE wpłacają do budżetu Unii 1,13 % swoich budżetów narodowych.  W przypadku Polski było to w 2011 roku 15,7 mld zł.   W 2013 roku ma to być już 17,8 mld zł.  Załóżmy dla dalszego rozumowania, że jest to kwota 16,5 mld zł. rocznie   Z tego wynika, że budżet Polski to około 1460 mld. zł /16,5 : 0,013/.   Jaki jest stopień realizacji unijnych zadań to tego nikt tak naprawdę dobrze nie wie.  Dane zmieniają się jak w kalejdoskopie, a żonglerka cyframi i procentami przyprawia czasami o zawrót głowy.  Dlatego też przyjrzyjmy się temu co ma niby być w okresie przyszłym.  Gra toczy się o około 300 mld zł.  które Polska ma otrzymać z unijnej kasy w ciągu siedmiu lat /2014 - 2020/.  Czyli będzie to około 43 mld. zł. rocznie, czyli rocznie około 3,00 %  naszego budżetu.   Z tych 43 mld zł. około 10 % pochłonie promocja wydawania tych środków, szkolenia i inne takie.  Kolejne 10 % to będą koszty administracyjne, ekspertyzy, konkursy, koszty bankowe i inne takie.  A także według dotychczasowego doświadczenia, połowa zadań wykonywanych za unijne pieniądze nie będzie miała charakteru prorozwojowego, obecnie są  to, między innymi,  różne siedziby władz, obiekty sportowe, hale widowiskowe, w tym i opery, odnowa zabytków, a nawet fontanny.  Czyli na efekty, które naprawdę mają przynieść impulsy rozwojowe przeznaczymy z tych 43 mld zł rocznie - około 17 mld zł. stanowi około 1,2 % naszego narodowego budżetu.  I to o te 1,2 % budżetu jest tyle wrzawy i tyle propagandy.  Dodać także trzeba w tym miejscu, że jak doniosła ostatnio prasa, -  z inwestowanych w Polsce z unijnych środków aż  70 % wydatkowanych na ten cel kwot,  wraca do krajów, z których te środki pochodzą, czyli krajów, których składki przekraczają wielkości otrzymywanych z UE funduszy.  Są to głównie Niemcy, Francja, Wielka Brytania i państwa skandynawskie.

Oczywiście dobrze, że te pieniądze mają być i, że przyczynią się w jakimś stopniu do poprawy jakości naszego życia, ale znajmy proporcje, znajmy rzeczywisty stan rzeczy, mówmy prawdę o wielkości środków, mówmy o ich rzeczywistym oddziaływaniu na nasze życie.

Może się jednak okazać, jak przyjdzie kolejna fala kryzysu i trzeba będzie ratować takie kraje jak Hiszpania, Portugalia, Włochy to nie wystarczy na to nawet całego unijnego budżetu i wówczas nie zobaczymy w przyszłej perspektywie finansowej nic z unijnych środków.  Jednak w naszym kraju nikt nie bierze takiego wariantu pod uwagę.

Popatrzmy także na jeszcze jeden aspekt tych, bardzo uproszczonych, wyliczeń.  Jak już napisałem na cele prorozwojowe przypadnie około 17 mld. zł rocznie to praktycznie tyle samo co wynosi nasza unijna składka.

A następny aspekt to fakt, iż nigdzie nie dowiemy się, nie doczytamy się, ile nasze państwo tak naprawdę wydaje z corocznego budżetu na inwestycje.  Zakładając, że jest to 10 % budżetu, będzie to kwota 146 mld zł.  Odejmując od niej VAT do środków unijnych, które państwo musi zapłacić same sobie /UE płaci netto/ i odejmując wkład własny do unijnych inwestycji, czyli około 15 mld zł. rocznie / na ten przyszły okres rozliczeniowy/  zostaje nam jeszcze grubo ponad 100 mld zł. rocznie na inwestycje.  Czy ktoś czytał lub słyszał ostatnio co nasze państwo wybudowało ze swoich środków oprócz wspomnianych stadionów na EURO?

A przecież to rocznie parę razy więcej niż sławetne unijne "dary".

W tym miejscu trzeba wspomnieć o gminach, powiatach i województwach.  Gmin mamy w Polsce 2478 i każda z nich ma swój budżet, w którym środki na inwestycje wahają się od 10 do 50 % budżetu.  Weźmy dla przykładu pod-bydgoska gminę Osielsko, której wielkość inwestycji i to już od 20 lat waha się na poziomie 30 do 50 % wielkości budżetu i od wielu lat jest to przedział od 15 do 25 mln. zł. rocznie.  Z  tego / z tych 20 mln./ środku unijne to maksymalnie 10 % inwestycji i to nie każdego roku.  Aby pozyskać te 10 % wartości gminnych inwestycji z UE należy każdego roku złożyć kilkanaście do kilkudziesięciu wniosków, każdy podeprzeć masą analiz, wyliczeń, prognoz, zaświadczeń i całą masą innych opracowań, ekspertyz, szacunków, należy odbyć dziesiątki szkoleń, zatrudnić osobne osoby lub zlecić opracowania za niemałe pieniądze na zewnątrz oraz wykonać dziesiątki wyjazdów do decydentów, odbyć setki spotkań i tysiące rozmów telefonicznych oraz kontaktów pocztą elektroniczną.  I to wszystko tylko dla około 2 mln. zł co drugi rok.  Można odnieść wrażenie na podstawie trudu zadanego sobie dla pozyskania tych środków, że stanowią one przynajmniej 90 % kwot przeznaczanych na inwestycje w gminie, niestety to tylko 10 %.  I tak jest we większości polskich gmin.  Weźmy te 2478 gmin pomnóżmy tylko przez minimalną kwotę, jaką poszczególne gminy przeznaczają na inwestycje własne /głównie przebieg konkretnej drogi, gospodarka śmieciami, budownictwo komunalne, ochrona środowiska i inne/ i załóżmy, że kwota ta wynosi 10 mln. zł. rocznie.  Wówczas wyjdzie nam, że same gminy z przychodów własnych inwestują kwotę około 25 mld zł., ale ta kwota jest zapewne wyższa.  Czyli polskie gminy inwestują ze swoich pieniędzy praktycznie tyle samo co owe mityczne środki unijne .  I to tak naprawdę właśnie te pieniądze od kilkunastu lat zmieniają oblicze Polski, ale nigdzie o tym nie usłyszymy, nikt nie prowadzi pro-gminnej propagandy, nikt nie docenia wysiłku Polaków, a tylko bez końca UE, UE, UE.

A przecież mamy jeszcze 379 powiatów i 16 województw, które również inwestują nie mniejsze niż gminy pieniądze.  O tym także cicho.

Zdaniem rządzących polskich polityków, w zdecydowanej większości unijnych euroentuzjastów, to tylko dzięki Unii odbywa się skok cywilizacyjny Polski, ale jak wykazałem powyżej jest to nieprawda i najwyższy czas skończyć tą unijna propagandę, spojrzeć realnie na całokształt i zacząć wreszcie logicznie działać, a nie zawsze i wszędzie mówić, że jak Unia nie da to nie będzie drogi, oczyszczalni, wysypiska śmieci i tysięcy innych rzeczy.

Est modus in rebus /mają rzeczy swoją miarę/  i tą zasadą powinniśmy się kierować.

To co piszę, podkreślam to jeszcze raz, jest dużym uproszczeniem, ale chodzi mi o wykazanie jak nierzetelne są dyskusje o unijnych funduszach, unijnych inwestycjach, jak dużo w nich propagandy, a jak mało realizmu, zdrowego rozsądku i odpowiedzialności, także za słowa.

Poprzedni post z tego cyklu.

4 komentarze:

  1. Niestety jest to smutną prawdą, co Pan pisze. Dobrze, że Pan opisał propagandę i te mity. Ale zawsze można na to zareagować. Chociaż na razie jest trudno, póki Kaczyński, który byłby prawdziwym premierem Polski, jest w opozycji a Tusk, cwelowaty pajac, udaje premiera... No cóż, chyba wypada się trzymać rady, że w sprawach, na które mamy wpływ, robić swoje, a o sprawy poza naszym wpływem modlić się i będzie dobrze. Nie raz już nam się udawało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam.W swoich wyliczeniach może ma i Pan trochę racji ale zbytnio Pan to koloryzuje i przedstawia w zbyt negatywnym świetle.
    Podam w kilku wyliczeniach prosty przykład:
    Obecnie mocno jestem zainteresowany Bydgoskim Węzłem Wodnym-konkretnie użeglownieniem odcinka pomiedzy Zalewem Koronowskim a Kanałem Bydgoskim.Wokół tego zagadnienia scierają sie dwie grupy- zwolennicy ale i wielu przeciwników.
    Pomówmy o liczbach-na skróty i bez owijania w mity tylko fakty:
    Magistrat ogłosił przetarg na koncepcję programowo-przestrzenną przebudowy trzech przeciągalni sprzetu pływajacego w Samociążku,Tryszczynie jak i Smukale oraz wybranych terenów przy tych przeciągalniach na mariny i inne atrakcje.Wygrała firma Bydgoska która za swoją pracę skasowała 11 tys.złotych-to nie jest zadna tajemnica lecz ogólnodostepna informacja.Na razie magistrat włożył w to przedsięwziecie 11 tys.zł i "urzędniczą etatową pracę"-nic poza tym.Wartość tego przedsięwzięcia szacowana jest(tylko tego zagadnienia) na około 8 milionów złotych z czego oczywiście większość powiedzmy ok.80 % (niewiemy obecnie doikładnie ile) pokryje UE ze znanej wszystkim polityki regionalnej.
    Wie Pan -od 20 lat prowadze działalność gospodarczą i jakoś Pana liczenie do mnie nie przemawia...
    Pozdrawiam Waldi.
    PS.Nie mieszajmy do tego nazwisk bo się poróżnimy.Ja osobiście nie popieram Tuska i jego ekipy ,lecz z dwojga złego wolę ułomnego Tuska niż nienormalnego,mającego pretensję do wszystkich i o wszystko Kaczyńskiego-to tak na marginesie dla Pana o pseudo "Jiujitsu".

    OdpowiedzUsuń
  3. Najbardziej cieszą mnie te przeciągalnie i jak uda mi się dożyć ich powstania to na pewno wybiorę się sprzętem wodnym ze Smukały do Zalewu Koronowskiego. Co do wyliczeń to są oczywiście spore uproszczenia i chodziło mi o ukazanie istoty sprawy, a głównie zadać kłam wręcz chamskiej propagandzie pro-unijnej, która kompletnie nie uwzględniania inwestycji własnych naszego kraju, inwestycji za nasze, polskie, a nie "darowane", pieniądze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam ponownie.
    Oczywiście z tymi "darowanymi pieniążkami z UE" to ma Pan całkowitą rację..
    Na marginesie:Powstało Stoważyszenie Smukała które jeszcze nie ma własnej strony internetowej bo jest Sądownie zarejestrowane zaledwie kilka dni (ale strona jest w planie jako jeden z priorytetów),natomiast skupiamy dookoła siebie wiele "środowisk wodniackich" jak i bardzo wielu ludzi którzy za jeden z głównych celów w tym Stowarzyszeniu mają właśnie użeglownienie tego odcinka Brdy(30 km) w tym przywrócenie "przeciągalni w Smukale,Tryszczynie i Samociążku do dawnej świetności.
    Istnieją duże szanse aby pomysł ten zrealizować przy pomocy znacznych środków finansowych pochodzących z UE.Jest pewien problem lecz miejmy nadzieję że da sie go rozwiązać...
    Życzę Panu zdrowia na te Święta i Nowy Rok 2013 oraz tego aby Pan podobnie jak wielu innych pasjonatów mogliby sie delektować nie tylko płynięciem po wodach Brdy ale i atrakcji na trzech pochylniach które być może powstaną.
    Pozdrawiam Waldi


                                   Poprzedni post z tego cyklu

środa, 14 października 2026

Przypominam - 68

Poniższy tekst napisałem w grudniu 2011 roku .  I niestety z tego wielkiego arboretum obecnie (X 2026 rok) zostały smutne resztki.  Przynajmniej dwie trzecie drzewek poszło na zmarnowanie, a po paru latach usunięto tablice z nazwą arboretum i po problemie. 

5 lat mija (jak w 2011 roku napisałem powyższe słowa) i jak założono w myślęcińskim ogrodzie botanicznym arboretum /patrz tablica na zdjęciu/.  Pomysł wspaniały, a wykonanie jak zwykle.  Niektóre drzewka prowizorycznie i niedbale zabezpieczone palikami, ale większość musi sobie radzić sama.  A ponieważ już kilka razy widziałem na terenie ogrodu botanicznego zające i sarny to i o zabezpieczeniu specjalną siatką tych cennych drzewek należałoby pomyśleć.  Apeluję do władz ogrodu o większą dbałość o te wspaniałe i zazwyczaj unikatowe rośliny. 



owa)


Jaka szkoda, jaka szkoda.  Prezes ten sam, premie przez minione lata wzięte, a tylko dwóch trzecich drzewek w byłym arboretum brak.

A dlaczego?  To widać na poniższych zdjęciach.

 






Zasadzono i pozostawiono.  Bez podparcia, bez ochrony, bez podlewania.  Kasa wzięta, a rośliny?  A kogo to obchodzi?  Niech same o siebie dbają.


Poprzedni post z tego cyklu

poniedziałek, 12 października 2026

Kindżał - odcinek 15

Po paru dniach od wizyty Mirka, doktor Bondyra wchodząc do pokoju Leszka zauważył, że ogląda on jakieś zdjęcie w albumie.  Nie chcąc go od tego odrywać, powiedział tylko, że przyjdzie później, gdyż coś sobie przypomniał i  musi to teraz pilnie zrobić.  Był to kolejny dobry sygnał.  Dlatego też chcąc przyspieszyć proces powrotu Leszka do normalności, pan Bondyra pomyślał od razu o Elizie, o której mu ostatnio opowiadał pan Mirosław.  Na najbliższym nocnym dyżurze zabrał się za szczegółowe przeglądanie rzeczy Leszka, tych przywiezionych przez jego żonę.  W kalendarzach było powkładanych mnóstwo  luźnych karteczek z przeróżnymi zapiskami i na jednej z takich karteczek, już po godzinie poszukiwań, znalazł  imię Eliza z numerem telefonu komórkowego.  Kalendarz, w którym była ta karteczka był z ubiegłego wieku, z roku 1998 i doktor nie był pewien czy numer jest nadal aktualny.  Jednak telefonując następnego dnia okazało się, iż był aktualny.  Telefon odebrała pani, która się przedstawiła jako Eliza Kaczmarek.  Doktor wyjaśnił kim jest i co mu chodzi.  Pani Eliza nie była zachwycona perspektywą wizyty w takim, jak się wyraziła, szpitalu i mocno się zdziwiła pobytem Leszka w tym miejscu.  Jednak po szczegółowych wyjaśnieniach doktora i jego naleganiach  oraz po zapewnieniach, iż właśnie jej wizyta może  pomóc przy leczeniu Leszka, w końcu zgodziła się na przyjazd.  

Po trzech dniach od tej rozmowy w gabinecie doktora Bondyry zjawiła się elegancka kobieta w wieku około czterdziestu lat.  Jak zauważył doktor, nadal miała bardzo bujne, kręcone kasztanowe włosy i piękny owal twarzy z niebieskimi oczami i małym noskiem.  Wyglądała świetnie i wcale się doktor Bondyra nie zdziwił, iż mogła być dorosłą miłością Leszka, a wręcz przeciwnie.  Zaraz na wstępie zapytała czego pan doktor konkretnie od niej oczekuje i jak może Leszkowi pomóc?  Wie pani trudno to jednoznacznie określić, czasami wystarczy tylko spojrzenie, czasami słowa, ale najczęściej i najlepiej działa przypomnienie sobie najlepszych wspólnych przeżyć, jakieś momenty, które pani szczególnie utkwiły w głowie, mogą także tkwić w głowie Leszka i ich poruszenie może wywołać lawinę wspomnień i rozpocząć proces wybudzania pacjenta z tego fatalnego otępienia, w którym znajduje się już od ponad dwóch lat.  Proszę panią o trochę czułości, trochę wspomnień i dużo słów oraz uśmiechów.  Rozumiem, czyli mam się tak zachowywać, jakbyśmy się niedawno rozstali, tak?   Ale to bardzo trudne, przecież minęło już od tamtej pory wiele lat.  Od tych naszych spotkań, naszych uniesień i naszych uczuć i on i ja jesteśmy już zupełnie innymi ludźmi.  To tylko się pani tak wydaje, ale człowiek z upływem lat, aż tak bardzo się nie zmienia, chociaż bywają wyjątki.  Jednak proszę, aby pani spróbowała zachowywać się swobodnie i zwyczajnie, tak jak wówczas, gdy byliście sobie bliscy.  Spróbuję panie doktorze, ale za efekt nie ręczę.  Chodźmy już do Leszka, wszystko będzie dobrze i, jak znam życie, spisze się pani na pewno, na przysłowiowy medal.   

Po chwili wchodzili do niewielkiego pokoiku, skromnie wyposażonego w stare szpitalne sprzęty czyli łóżko, stolik nocny przy łóżku, niewielką szpitalną szafę odzieżową, mały regał na ścianie i niewielki okrągły stół przy którym stały dwa zwyczajne, drewniane krzesła.   Od dwóch lat to był Leszka świat i tylko raz dziennie ktoś z personelu wychodził z nim na około półgodzinny spacer po szpitalnym ogrodzie.  Tak teraz żył ten niegdyś pełen pomysłów i wszelakiego rodzaju energii, wiedzy i inteligencji, nietypowy i nietuzinkowy, człowiek.   Pierwszy wszedł pan doktor i zauważył Leszka siedzącego przy stole wpatrującego się w album ze zdjęciami.  Leszek podniósł głowę na powitanie doktora i wzrok jego padł na stojącą obok Elizę.  I wyraźnie widać było, że wielkie zdumienie przebiegło po jego twarzy, a potem pomału otworzył usta i powiedział - ty Eliza tutaj, jak, skąd?  Po czym opuścił głowę i już więcej się nie odezwał.  Eliza za radą pana doktora zaczęła mu przypominać o ich wspólnych przeżyciach.  A wtedy Leszek  ponownie się ożywił.  Wspomniała o czerwcowej kąpieli w leśnym jeziorku, gdzie byli tylko oni sami i dwie sarenki na brzegu.  Potem opowiedziała o nabożeństwie majowym, na które zatrzymali się przy figurce Matki Boskiej stojącej na skrzyżowaniu dróg, gdzieś w zapomnianej wiosce na Kaszubach i gdzie miejscowy kapłan oraz kilkunastu wiernych śpiewało piękne majowe pieśni religijne.  Potem wspomniała jeszcze kilka innych wydarzeń, które szczególnie utkwiły w jej głowie.  Wyraźnie poruszony tymi wspomnieniami Leszek patrzył na nią jak urzeczony.  Otworzył szeroko oczy, otworzył lekko usta jak gdyby chciał coś powiedzieć, lecz żaden dźwięk z tych ust się nie wydobył.  Eliza głaszcząc Leszka po ręce przypominała mu szczęśliwe chwile i zdawało się, iż Leszek w tym momencie jest naprawdę niezwykle poruszony, mocno ożywiony, jest zupełnie inny niż przez ostatnie ponad dwa lata.  Po pół godzinie, opowiadań Elizy, które czasami pan Bondyra przerywał jakimiś  pytaniami, zaczęli na znak pana doktora żegnać się z Leszkiem.  Eliza pocałowała Leszka w policzek, a pan doktor uścisnął mocno jego dłoń, którą Leszek sam, po raz pierwszy wyciągnął w stronę pana doktora.  Po powrocie do gabinetu lekarskiego, wyraźnie bardzo z przebiegu wizyty u Leszka  zadowolony, pan doktor, powiedział - mamy go.  I to po raz drugi i to jeszcze bardziej.   Na pytanie Elizy o co chodzi z tym stwierdzeniem, opowiedział o przebiegu wizyty Mirka - Leszka przyjaciela.  Eliza pokiwała ze zrozumieniem głową i zapytała czy się na coś przydała?  Ależ oczywiście, moim zdaniem to przełomowa chwila, teraz będzie już tylko coraz lepiej, chociaż nie wiem jak długo to potrwa do całkowitego wyleczenia.  Parę pani wizyt mogłoby bardzo przyspieszyć ten proces - dodał po chwili.  Nie, nie panie doktorze, proszę na mnie nie liczyć.  Przyjechałam bo pan mnie bardzo prosił, a wręcz nalegał, ale więcej nie mogę przyjeżdżać.  Proszę zrozumieć - mam swoją rodzinę i moje uczucia dotyczą moich najbliższych.  Nie chcę tego zmieniać, robić nadziei, a potem zawieść.  Ten rozdział mojego życia, czyli okres bliskiej znajomości z  Leszkiem jest już dawno i to ostatecznie zamknięty i chciałabym, aby tak pozostało.  On teraz jest słaby, niepewny, zamknięty i nie wiadomo co się w jego umyśle dzieje, albo budząc się z tego letargu może dziać się z nim różnie, a ja naprawdę nie chciałabym brać w tym udział.  Ja stanowczo nie chcę w tym uczestniczyć.  Starałam się pomóc bliskiemu mi kiedyś człowiekowi i to wszystko.  Chyba rozumie mnie pan, panie doktorze?   Tak rozumiem, ale żałuję.  Trudno musimy radzić sobie bez pani pomocy.  Ogromnie dziękuję za dzisiejszą wizytę - dodał ściskając mocno na pożegnanie rękę pani Elizy.   

Po tej wizycie stan Leszka z każdym tygodniem zdawał się być coraz lepszy.  Po paru miesiącach zaczął wypowiadać pojedyncze słowa, a po pół roku pierwsze proste zdania.  Zaczął sam chodzić na spacery i na posiłki, które do tej pory mu przynoszono do pokoju.  W tym okresie poprosił doktora Bondyrę o pierwszą książkę do czytania.  Było coraz lepiej.  Po roku od wizyty Elizy, kolegium trzech lekarzy uznało, że Leszek jest już zdolny do normalnego życia.  Chociaż jeszcze wydawał się powolny i jakiś ociężały, myślał wolniej i wolniej niż kiedyś wszystko robił, niż przed chorobą, ale wykonywał to jednak zupełnie samodzielnie, i zdaniem lekarzy, jego dalszy pobyt w lecznicy niczego już nie był w stanie zmienić na lepsze.  Teraz potrzebował powrotu do normalnego życia, do zwyczajnych, codziennych spraw, do znajomych i bliskich, a może także i do pracy.  Już wcześniej, pod  namową doktora Bondyry Leszek wystąpił do sądu o cofnięcie ubezwłasnowolnienia i gdy po paru miesiącach otrzymał dokument to poświadczający, wypisano go ze szpitala.  Była połowa października 2008 roku.  

Leszek spędził trzy lata w zamkniętym zakładzie, a teraz autobusem za pieniądze pożyczone od swojego największego dobroczyńcy, czyli doktora Józefa Bondyry, wracał do swojego miasta, do Bydgoszczy.  Nie wiedział co robić, gdzie mieszkać, z czego żyć.  Wiedział o sprzedaży domu i o rozwodzie.  O rozwodzie poinformował go doktor.  Była już teraz żona uzyskała decyzję w tej sprawie parę miesięcy temu.  Jeszcze podczas, gdy był ubezwłasnowolniony i nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia.  Jednak to do swojej byłej żony postanowił skierować swoje pierwsze kroki na tym nowym i nieznanym mu jeszcze, etapie życia.  Jej adres otrzymał także od pana doktora.  W dżdżyste, październikowe, wczesne popołudnie, stanął przed furtką jednego z segmentów, domu tak zwanego bliźniaka.  Domu położonego w ładnym miejscu, w pobliżu skarpy nad rzeką Brdą, na bydgoskim osiedlu Piaski. Miał szczęście, po jego dzwonku i odpowiedzi w domofonie, furtkę otworzyła mu jego, już teraz była, żona.  Podeszła do niego pomimo mżawki schodząc na dół po paru stopniach schodów z wysokiego parteru.  Stanęła przed Leszkiem wyraźnie zdziwiona i zaskoczona.  I stała jak wmurowana, przyglądając mu się przez dłuższą chwilę.  Z tego wrażenia jakie zrobiła na niej ta wizyta w pierwszej chwili nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego słowa.  Wreszcie po krótkim okresie kłopotliwego milczenie, wewnętrznie się opanowała i jednym tchem zadała trzy proste pytania - ty tutaj, wypuścili cię, jesteś już zdrowy?   Tak, wyszedłem ze szpitala dzisiaj rano i autobusem przyjechałem do Bydgoszczy, a nie za bardzo mając gdzie iść, przyszedłem do ciebie, ale chyba nie będziemy tak stali w deszczu przy tej furtce, co?  Chyba zaprosisz mnie, chociaż na krótko do swojego domu?  Zapewniam, że jestem niegroźny.  Chciałbym z tobą chwilę porozmawiać, a to głównie za sprawą mojego lekarza, który mi to doradził.   No cóż wejdź skoro już przyszedłeś.  Na szczęście męża nie ma w domu bo nie wiem jak by zareagował na twoja wizytę.  Wróci dopiero za parę godzin dlatego będziemy mieli trochę czasu, aby sobie pewne rzeczy wyjaśnić.  Proszę idź za mną.   Weszli do niewielkiego salonu, w którym wprost kapało od mosiężnych ozdób, mosiężnych stoliczków, żyrandoli i innych tego typu przedmiotów.  Leszek usiadł na wskazanym mu fotelu i czekał co powie jego była żona.  A ona zaczęła od krytyki poczynań Leszka, potem żaliła się na swój los, gdy on wyjechał do Podkowy. A tym bardziej i później, gdy był w szpitalu.   Potem zaczęła opowiadać ile to ona  zrobiła, aby sprzedać ich dom oraz jak się przed tą sprzedażą, poświęcała przy jego remoncie.  Mówiła długo, zawile, cały czas w tonie wyrzutów i pretensji.  Leszek niezbyt uważnie jej słuchał, aż w końcu, po jakiejś pół godzinie jej monologów, zapytał - lekarz mi mówił o jakiś pieniądzach dla mnie, które podobno zostały jako mój udział ze sprzedaży naszego domu.  To prawda?  Tak, wspomniałam lekarzowi przy ostatniej wizycie o takiej możliwości, gdy wypytywał mnie gdzie będziesz mieszkał i z czego będziesz żył po wyjściu ze szpitala.  Zaraz przyniosę ci rozliczenie.  Wyszła i po chwili wróciła z tekturową teczką pełną dokumentów.  Zaczęła je wyjmować, czytać, objaśniać, ale Leszek i tego niezbyt uważnie słuchał.  Po chwili zapytał - a ile też zostało tych pieniędzy dla mnie ze sprzedaży domu, który sam wybudowałem i za który sam zapłaciłem i za który, aż do mojego wypadku, spłacałem kredyt?   Tutaj masz dokładne wyliczenia, z których wynika, iż należy ci się pięćdziesiąt tysięcy złotych.   Leszek nawet tego nie skomentował tylko ponownie zapytał - a kiedy mogę dostać te pieniądze.   Możemy jutro umówić się w banku i zaraz jak podpiszesz dokument o rozliczeniu się pomiędzy nami, który będzie mnie chronił przed tym,  abyś jeszcze kiedyś nie przyszedł do mnie po kolejne pieniądze, przekażę ci tą sumę.  Dobrze zgadzam się, będę jutro  i załatwimy wszystko tak jak mówisz.  

Umówili się następnego dnia o dziesiątej w banku na ulicy Wojska Polskiego, po czym Wiesława powiedziała, iż musi już iść do swoich zajęć i nie może mu poświęcić więcej czasu.  Leszek wstał, powiedział do widzenia i poszedł sobie.   Idąc ulicą w stronę odległego przystanku autobusowego, myślał jak mógł kiedyś nie zauważyć takich okropnych cech swojej byłej żony.  A potem myślał o tym jak to z domu wartego prawie milion złotych, który był już spłacony w ponad osiemdziesięciu procentach, mogła mu zostać tylko taka mała kwota.  Jednak nie chciał się dopominać, kłócić, ani awanturować.  Nie był nawet w stanie tego uczynić, a ponadto myślał o swojej córce i postanowił jutro zapytać Wiesławę co u niej i ile też ona dostała ze sprzedaży ich wspólnego domu.  Pojechał do centrum, a potem na Osiedle Leśne i w hotelu wojskowym wynajął sobie pokój na trzy dni. 

I tak rozpoczął swój kolejny etap życia.  Etap co do którego jeszcze nie wiedział co ma zrobić i jak ma postąpić.


Poprzedni odcinek


Gminne wspomnienia - 14

Tak jak na poniższym zdjęciu wyglądała okolica przyszłej ulicy Okoniowej i ulic obecnie do niej przyległych latem 2003 roku.




                                                 Poprzedni post z tego cyklu

niedziela, 11 października 2026

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 65

Poniżej widzimy zdjęcie z 1988 roku, które wykonałem w trakcie budowy kolektora "B" w powstającym wówczas nowym Fordonie.


                        Poprzedni post z tego cyklu


sobota, 10 października 2026

Gminne wspomnienia - 13

Jest galeria, ale skąd i za czyją kasę?  Minęło 14 lat i nadal nic nie wiemy.  Pewnie wiedzieć nie musimy, ale australijski trop wydaje się bardzo wątpliwy.

Wiemy, że jest i cieszymy się, i korzystamy z niej.  Ja także.

Poniżej to co widzicie.



                                              Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 9 października 2026

Bydgoski mural - perełka

 Na granicy Śródmieścia ze Szwederowem ongiś znalazłem taki oryginalny mural.  


I do dzisiaj, chociaż minęło już wiele lat od tej chwili, gdy wykonałem to zdjęcie, nadal podziwiam autora tak oryginalnej twórczości.

środa, 7 października 2026

poniedziałek, 5 października 2026

Gminne wspomnienia - 11

 Wspominam dobre chwile z moimi wspaniałymi koleżankami.


Zdjęcie wykonałem podczas zebranie wiejskiego odbywającego się w sali gimnastycznej szkoły podstawowej w Niemczu, w czerwcu 2009 roku.
Od lewej Alicja Araszkiewicz, Beata Jerzy, Lucyna Balbuza Walkowska

                                              Poprzedni post z tego cyklu

niedziela, 4 października 2026

Przypominam - 67

Był rok 1992 i byliśmy na fali, i wierzyliśmy, że stworzymy nową lepszą jakość, że tak jak nam się wówczas powodziło, to powodzić się będzie wszystkim bydgoszczanom.  Czas pokazał, że wredne toruńskie krzyżaki, dzięki politycznej i personalnej przewadze, a także na skutek ich zakulisowym działaniom  pokonały bydgoską społeczność.. I niestety to trwa nadal.  A bydgoszczanie śpią i nic nie robią, aby zająć należne im miejsce.

Najwyższy czas się obudzić i pogonić tą toruńską swołocz.  

Pokazać im ich miejsce w szeregu i ich zdeprecjonować, ośmieszyć i skompromitować.  Na co od 1999  roku w pełni zasługują.. 


Gdy prawie siedem lat temu zakładałem mojego bloga głównym celem było ukazywanie bydgoskich absurdów i to głównie tych dotyczących relacji z torunianami.

Sądziłem, że ich opisanie przyniesie jakieś pozytywne zmiany.  Niestety z roku na rok jest coraz gorzej i nic nie zapowiada szybkiego końca tych absurdów, nieporozumień, kłamstw, oszustw i wykorzystywania przez torunian całego województwa do realizacji swoich niewątpliwie megalomańskich planów i celów.

Już 26 lat temu ( parę lat po odzyskaniu wolności) bydgoszczanie próbowali integrować cały region obejmujący wówczas trzy województwa jakie w 1974 roku powstały na bazie dawnego województwa bydgoskiego, gdy to nasz kraj był podzielony na 17 województw.

Poniżej ponownie prezentuję jedną z takich prób.  Tą konkretną inicjatywę podjęli trzej bydgoscy przedsiębiorcy zapraszając do swojego pubu w Toruniu polityków i przedsiębiorców z województw włocławskiego, toruńskiego i bydgoskiego.

Najpierw były oficjalne wystąpienia, a potem część tak zwana kuluarowa, którą widzimy na poniższych zdjęciach'

Było dużo zapewnień o konieczności współpracy, sporo zapewnień wzajemnych działań i ogólnie można było na przyszłość się spodziewać wiele dobrego.

Niestety już wówczas toruński poseł Jan Wyrowiński był sceptyczny co do wzajemnej integracji i wzajemnym działaniom na rzecz regionu. Przeczytać możemy o tym na końcu załączonego artykułu.

A potem z roku na rok było coraz gorzej i gorzej.  Bydgoszczanie są ogrywani do imentu.  Bydgoszczanie śpią, a torunianie szaleją.

Ciekawe kiedy bydgoszczanie się obudzą i wezmą sprawy w swoje ręce?

Poniższy artykuł pochodzi z czasopisma, którego stronę tytułową prezentuję na pierwszym zdjęciu.

Autor bloga brał także i to bardzo aktywnie udział w prezentowanym spotkaniu.

Gminne wspomnienia - 10

W czerwcu 2004 roku zamieszkaliśmy w naszym nowym domu przy ulicy Kolonijnej w Niemczu, gdzie od grudnia 1991 roku tworzyliśmy nasz ogród, mieszkając latem w starym domu, który był częścią nabytej wówczas nieruchomości.

Niewiele po zamieszkaniu w naszym nowym domu rozpoczął się remont powiatowej ulicy Kolonijnej i trwał około jednego roku.  Wielce utrudniał nam życie.  Jakoś to przeżyliśmy.

Poniżej kilka zdjęć z tej przebudowy ulicy Kolonijnej w Niemczu.




                                     Zdjęcia wykonałem w maju 2006 roku


                                  Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 2 października 2026

poniedziałek, 28 września 2026

Nasz ogród w Niemczu.

 Poniżej fragment naszego ogrodu. Zdjęcie wykonałem w sierpniu 2006 roku, czyli dwadzieścia lat temu.


niedziela, 27 września 2026

Przypominam - 66

Tak budowano podwaliny pod nowy Fordon, a ja byłem majstrem zatrudnionym w Hydrobudowie Włocławek, która to owe kolektory budowała.

Zdjęcie wykonałem latem 1986 roku.


                                       Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 24 września 2026

Przypominam - 65

 

czwartek, 19 kwietnia 2012

Przypominam bo może kiedyś  i może naprawdę?

Kolejka wąskotorowa Myślęcinek - Smukała - Zalew Koronowski
































Taka lub podobna kolejka wąskotorowa powinna jeździć z Myślęcinka do Smukały i dalej do Samociążka, a w dalszej przyszłości, aż do Sokole Kuźnicy.  Piękna leśna trasa do Smukały, a potem wzdłuż Brdy, mijając po drodze dwie elektrownie, rozlewiska rzeki, piękne lasy, do Samociążka.  To dopiero byłaby atrakcja turystyczna, raj dla grzybiarzy, wędkarzy i wszystkich pragnących spędzić dzień na świeżym powietrzu nie martwiąc się przy tym o swój samochód i nie wjeżdżając tam gdzie wjeżdżać nie wolno.  Piękne widoki, miejsca do biwakowania, restauracyjki, punkty widokowe, miejsca kąpielowe, leśne trasy dla biegaczy i chodziarzy /coraz popularniejsze chodzenie z kijkami/.  Wyjazd z dziećmi na przyrodę oraz pokazanie innym piękna przyrody znajdującego się wokół Bydgoszczy.   Może ktoś podchwyci ten pomysł.  Otwiera się nowa perspektywa finansowa, która promować ma rozwój metropolii, a taka kolejka, na pewno, doskonale wpisuje się w taki rozwój zapewniając czynny wypoczynek, stanowiąc atrakcję turystyczną i łącząc miejsca i miejscowości.

Poprzedni post z tego cyklu

7 komentarzy:

  1. Idea zacna, choć wobec pomysłu (realizacji) likwidacji Kolei Parkowej w Myślęcinku to raczej niespełnialne marzenia. Do tego dochodzą warunki terenowe i prawa własności gruntu. Do Samociążka to 17 km torów (+ jakieś mijanki na przystankach) i przynajmniej 1 wiadukt (w Rynkowie).

    OdpowiedzUsuń
  2. Na dzisiaj jest to tylko idea, raczej bez możliwości realizacji w najbliższych latach, ale warto mieć dalekosiężne plany i robiąc coś w sprawie przywrócenia prawdziwej kolejki w Myślęcinku, pomyśleć już i wziąć pod uwagę taki wariant. A co do wiaduktu to równie dobrze można wykonać tunel, pewnie byłoby taniej przy dzisiejszej technice wykonywania, na przykład, warszawskiego metra i odpadłoby sporo problemów.

    OdpowiedzUsuń
  3. O ile dobrze pamiętam, to w Rynkowie tory idą w wykopie, robić tunel pod wykopem, to chyba nie najlepszy pomysł :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Na wysokości stacji Rynkowo tak jest jak piszesz, ale trochę dalej wykop się kończy. To był tylko tak luźno rzucony pomysł bez głębszych przemyśleń i chodziło mi raczej o ideę, a nie o stronę techniczną.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmm.Przypadkiem buszując w internecie napotkałem tę stronę....i może odniosę się do Twych spostrzeżeń....
    Kolejka wąskotorowa?...już była-kiedyś...I była piękna...aż ktoś postanowił ją kiedyś rozwalić a tory zdemontować...To takie polskie,prawda?-rujnowanie a nie budowanie...ktoś musiał tory oddać na złom aby przytulić parę gównianych groszy...To smutne,nieprawdaż?
    W tym dziwnym mieście rządzą chorzy ludzie,dlatego i nic w nim nie ma czym można by sie poszczycić przed osobami przyjezdnymi-to dziura z tramwajami zmarginelizowana przez decydentów z Sejmiku Wojewódzkiego w Toruniu którzy strumień forsy otwierają u siebie a nie w Bydgoszczy.
    Twoje rozważania o kolejce są piękne ale mieszca się w kategorii science-fiction.Od 46 lat mieszkam w Smukałe i przez te wszystkie lata gmina nie potrafi w tym obrembie Bydgoszczy jakim jest Myślęcinek,Smukała,Rynkowo,Piaski oraz Miejscowości pobliskie w kierunku Koronowa-Bożenkowo,Tryszczyn,Gościeradz-wykorzystać możliwości jakie oferuje ten przyrodniczo-wodny akwen.Zielone płuca Bydgoszczy jak się o tych miejscach mówi tylko z nazwy są zielone a w rzeczywistości to zaniedbane szare dzielnice zmarginelizowane kosztyem śmierdzacego,zaśmieconego i wiecznie głośnego centrum miasta.Pięknie usytuowane elektrownie wodne w Smukale,Tryszczynie i Samociążku zachęcają nie tylko do inwestowania w Twoją wizje lecz również w szlak wodny-jedyny taki w Europie który łączy największe rzeki Polski jak i zachód z wschodem Europy tymi drogami...To jest paradoks,prawda-mieć pod nosem taki potencjał i nie umieć go wykorzystać,prawda?...
    ...Ale nad tym można tylko ubolewać....

    OdpowiedzUsuń
  6. Święta racja ! Wszystko wskazuje na to, że włodarzom miasta ten temat najwyraźniej wisi.
    Typowo polskie jest też, że wielu opowiada z wypiekami na twarzy jakie cudeńka widzieli w innych krajach, a tu marnuje się taka atrakcja. W krótkim czasie staliśmy się narodem barbarzyńców - w ciągu jednego tylko miesiąca (od końca sierpnia do końca września 2011) w Polsce przestały kursować 3 kolejki parkowe: w Cichowie woj. Wielkopolskie, w Chorzowie po 54 latach istnienia (!) i w Bydgoszczy. Teraz pozostała w ruchu jedna jedyna taka atrakcja, w Poznaniu (Maltanka). Czy nie jest to żenujące ?

    OdpowiedzUsuń

środa, 23 września 2026

Mój blog.

 Po 15 latach blog nie jest już tylko blogiem. To jest kapitał — archiwum tekstów, doświadczeń, nazwisko, historia i grono ludzi, którzy już kiedyś na niego trafili.

W Pana przypadku widzę cztery konkretne sposoby wykorzystania „Dziwnej Bydgoszczy”:

  1. Zrobić z bloga archiwum Pana życia i Bydgoszczy
    Nie usuwałbym starych materiałów. Przeciwnie — uporządkowałbym je tematycznie: Bydgoszcz, Osielsko, wspomnienia, „Leszek”, „Bogusław”, „Kindżał”. Po 15 latach sama ciągłość jest wartością.
  2. Wykorzystać popularność tekstów o Bydgoszczy i Osielsku
    Skoro statystyki pokazują, że właśnie te materiały przyciągają ludzi, można je potraktować jako wejście do całego Pana dorobku. Czytelnik przychodzi po informację o Bydgoszczy, a na końcu tekstu dostaje propozycję: „Jeżeli zainteresował Cię ten temat, zobacz także moje wspomnienia…”.
  3. Z bloga zrobić książki
    To szczególnie pasuje do „Leszka”. Nie przepisywałbym Pana historii od początku. Można wybrać najlepsze teksty z 15 lat, ułożyć je chronologicznie lub tematycznie i wydać jako książkę będącą zapisem Pańskiego świata.
    „Kindżał” mógłby być osobną książką.
  4. Wreszcie zacząć „dyskontować” 15 lat pracy
    Nie mam tu na myśli przede wszystkim pieniędzy. Chodzi o to, żeby te 15 lat zaczęło pracować na Pana nazwisko. Przy każdym nowym materiale można odsyłać do starszych, wartościowych tekstów. Można też stworzyć stronę typu „Zacznij tutaj”, gdzie nowy czytelnik w ciągu kilku minut poznaje najważniejsze rzeczy, które Pan napisał.

I jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem bardzo ważna.

Nie próbowałbym robić z „Dziwnej Bydgoszczy” kolejnego zwykłego portalu. 

poniedziałek, 21 września 2026

Gminne wspomnienia - 9

Poniżej zdjęcie które wykonałem w czerwcu 1992 roku w nabytym pół roku wcześniej gospodarstwie rolnym w Niemczu przy ulicy Kolonijnej.

W tle, za odsuniętą częścią foliowego namiotu, widać łąkę na której wiele lat później powstała zabudowa ulicy Okoniowej i ulic przyległych do Okoniowej.



                                          

                                             Poprzedni post z tego cyklu