Zdjęcie z grudnia 2022 roku. Teraz jest jeszcze gorzej. A takie dobre pensje i premie otrzymują zarządzający tym pięknym miejscem. Pytam się: za co?
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Zdjęcie z grudnia 2022 roku. Teraz jest jeszcze gorzej. A takie dobre pensje i premie otrzymują zarządzający tym pięknym miejscem. Pytam się: za co?
Prolog część 3
Leszek był jednak realistą i zdawał sobie sprawę z tego, że prawdziwego sukcesu, według wyobrażeń znacznej większości ludzi, już nie osiągnie lecz tkwiło w nim głębokie przekonanie, iż idąc drogą swoich zasad, swoich wyobrażeń i wyznawanych wartości, również może sporo zyskać. Był pewien, że taki sposób działania także zapewni mu dostatnie, ciekawe i satysfakcjonujące życie. Bo przecież zawsze lepiej żyć z przekonaniem, że jesteśmy przekonani, iż to co czynimy jest dobre, niż z przekonaniem, że to jest złe. Oczywiście nic nie jest proste i nic nie daje nam wiary, że dobrze lub źle czynimy. Dopiero skutki naszych działań potwierdzają to czy uczyniliśmy dobrze lub uczyniliśmy źle.
Pozostawmy jednak za sobą, przynajmniej chwilowo, dalsze tego typu teoretyczne rozważania i wróćmy do realiów.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, Leszek po tych wszystkich, wyżej wspomnianych przeżyciach, pozostał w końcu z jednym porządnym, dużym sklepem monopolowym. Pozostał za to bez długów i zobowiązań oraz bez większych złudzeń. Zostało mu tyle, że starczyło jeszcze na wybudowanie niewielkiego domu pod miastem, na działce, którą kupił w okresie swojego największego powodzenia. To co zarabiał obecnie w całości przeznaczał na w miarę przyzwoite życie. O kumulacji z poprzednich lat nie było mowy, o szaleństwach, wyjazdach, zakupach, brylowaniu, luksusach i zbytkach także. Ale był wolny psychicznie i mentalnie, a także był wolny od wszelakich zależności, podległości i najróżniejszych układów. Co prawda brakowało mu poprzedniego uznania, poprzedniej akceptacji, poprzedniego sposobu życia, kolegów, imprez, podróży i wielu innych rzeczy, które utracił przestając być uznanym biznesmenem, ale uzyskał równowagę psychiczną, spokój i prawdziwą niezależność.
I tak Leszkowi, w tym swoistym zawieszeniu, minęło kilka kolejnych lat.
Sklep, który mu pozostał był duży, dobrze zaopatrzony i miał sporą klientelę. Było w nim ponad tysiąc rodzajów różnych alkoholi, a także sporo innych towarów. Sprzedawaniem zajmował się Leszek z żoną, a także zatrudniali trójkę innych pracowników. Z tej trójki najważniejsza była Krystyna Furmanek, która z niewielką przerwą pracowała u Leszka od ponad dziesięciu lat. Ona i jej dwie koleżanki Danka Molenda i Iwona Kozłowska pracowały razem długie lata w sklepach Spółdzielni Spożywców, a po przejściu na emeryturę w wieku 55 lat przyszły dorabiać u Leszka w sklepie. To dzięki nim Leszek mógł jeszcze gdzieś wyjechać i mieć czasami wolną sobotę i niedzielę. One były prawie jak rodzina, a przede wszystkim były uczciwe, nie tak jak zdecydowana większość pracowników, których Leszek poprzednio zatrudniał w handlu.
I pewnie tak by sobie pracowali nadal w tym sklepie, gdyby wszystko wokół nie zaczęło się dynamicznie zmieniać. W handlu te zmiany zaczęły być coraz bardziej istotne i zabójcze dla takich sklepów jak ten osiedlowy sklep Leszka. Wielka inwazja, najpierw hipermarketów, a potem supermarketów, spowodowała, że Leszek uwijający się od rana do wieczora zarabiał coraz mniej, a bywały miesiące, że nie zarabiał nic. Ten stan rzeczy coraz bardziej wpływał na życie osobiste. Coraz mniej zaczynało mu zostawać na normalne życie. Każdego niemal dnia głowili się z żoną, co dalej robić? Jak żyć? Mieli dom, żaglówkę, dwa samochody, przynajmniej raz do roku wyjeżdżali na wakacje, ale niestety to wszystko zaczynało im jakoś umykać, szwankować, nie zazębiać się, powodując coraz większe napięcia, kłótnie i konflikty. Coraz więcej pracowali, a coraz mniej mieli i nie byli w stanie zarobić na dalsze takie życie jakie do tej pory prowadzili.
Jeszcze kolejny rok Leszek się wahał, ale kiedy po drugiej stronie ulicy, prawie na wprost jego sklepu, powstał wielki niemiecki supermarket, a ich obroty kolejny raz znacznie spadły to w końcu postanowił sprzedać sklep. Za część uzyskanych pieniędzy chciał otworzyć niewielki specjalistyczny sklep z winami. Chciał go otworzyć niedaleko domu, w którym mieszkał, czyli w popularnej pod-bydgoskiej miejscowości. Sprzedawanie i negocjacje z potencjalnymi nabywcami trwały kolejny rok, ale w końcu się udało. I na początku dwutysięcznych lat Leszek otworzył ten nowy sklep z winami i innymi alkoholami. Miejscowość, w której mieszkał oddalona jest raptem dziesięć kilometrów od centrum Bydgoszczy i cały czas się dynamicznie się rozwijała. Przybywało wiele nowych domów, a w ciągu dziesięciu lat liczba ludności się podwoiła i nadal rosła w szybkim tempie. Tysiące bydgoszczan budowało nowe domy pod miastem, a jego miejscowość była jednym z najbardziej ulubionych kierunków wyprowadzania się z miasta. Leszek bardzo liczył na tych nowych, zazwyczaj dynamicznych i zamożnych ludzi, upatrując w nich swoich potencjalnych klientów. Jednak początki nowego sklepu były bardzo trudne. Bywały dni, że nie miał, ani jednego klienta. Siedział na próżno po dziesięć godzin w sklepie. Różne myśli go nachodziły. Nie miał nawet ochoty na swoją ulubioną grę w tenisa, w którą grywał do tej pory regularnie i to już od kilkunastu lat. Nie miał ochoty na ukochane żeglowanie, co także do tej pory czynił regularnie od lat. W ogóle nie miał prawie na nic ochoty. To kolejne niepowodzenie zatruwało mu życie. Przez to, ale nie tylko, coraz gorzej mu się układało z żoną. Stawała się ona coraz bardziej niezadowolona, drażniła ją i irytowała postawa męża. Nazywała go nieudacznikiem, leniem nie potrafiącym niczego dobrze zrobić. Zapomniała o poprzednim wygodnym życiu, o Leszka sukcesach i wszystkim co ich do tej pory łączyło. Liczyło się tu i teraz. W końcu postanowiła wrócić na państwową posadę do swojego zawodu.
A Leszek tak trwał, bez przerwy martwiąc się co dalej. Nieustannie rozmyślał jak i z czego będzie żył, a przecież nie był już młodym człowiekiem i nie miał już tak wiele jak dawniej energii do nowych wyzwań i do nowych pomysłów. Jego osobisty świat ogromnie się skomplikował. Co prawda nowy sklep z roku na rok, zwiększał swoje obroty, klientów przybywało, ale to wszystko było mało na potrzeby Leszka i jego rodziny. Nie była to ta skala jakiej oczekiwał zakładając ten nowy, niewielki biznes. Jego zniechęcenie rosło, jego sytuacja materialna pogarszała się, praktycznie z miesiąca na miesiąc i nie wiadomo czym by się skończyło dalsze prowadzenie sklepu z winami, gdyby nie zaskakująca wizyta jego dawnego znajomego - Zdzisława Baranowicza. Wizyta, która zdarzyła się w maju, a jej miejscem był pod-bydgoski sklep z winami.
W przeciągu paru lat wielogodzinnego przesiadywania w swoim sklepie, Leszek miał okazję poznać wielu powszechnie znanych bydgoszczan, którzy przenieśli się z miasta na wieś – na łono natury, jak to zwykli mówić.
Miejscowość w której mieszkał i prowadził sklep już w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczęła wyrastać na bardzo popularne miejsce zamieszkania dla bydgoskich elit. Powoli stała się ona synonimem powodzenia i zamożności. I właśnie te osoby z nowych elit pomalutku zaczęły zostawać jego klientami. Przybywało także klientów z sąsiednich miejscowości tej zamożnej pod-bydgoskiej gminy i gmin ościennych.
Leszek co dzień zaczynał coraz częściej stykać się w swoim sklepie z wieloma lokalnie popularnymi tutaj osobami. Przychodziło do niego wielu ludzi sukcesu, artystów, lekarzy, prawników i biznesmenów. Niewielki, ale dobrze zaopatrzony sklep z czasem zaczął być dosyć popularny i zaczął zyskiwać coraz lepsza opinię. Niektórzy z owych klientów lubili długo rozmawiać z Leszkiem na różne tematy. Dyskutował, ze znanymi prawnikami, lekarzami, sportowcami, przedsiębiorcami i lokalnymi politykami, a także wysokimi urzędnikami państwowymi i samorządowymi. Poznał bliżej dużą grupę bardzo wartościowych, jego zdaniem, mieszkańców swojej i sąsiednich miejscowości. Rozmawiał z klientami o lokalnej polityce, o ich pasjach, zamiłowaniach, o przeczytanych książkach, a także o życiu osobistym i wielu, wielu innych sprawach.
Dlatego klient, który przyszedł do jego sklepu na początku maja 2005 roku i, który okazał się być jego znajomym, jak się to mówi ze starych dobrych czasów, wcale go tak mocno nie zaskoczył. A był nim wspomniany już Zdzisław Baranowicz, którego Leszek nie widział przynajmniej od sześciu, a może siedmiu lat. Poznając kolegę, zaraz po jego wejściu do sklepu, Leszek od razu pomyślał, że pewnie kupił lub wybudował w okolicy dom i zajrzał do jego sklepu po dobre wino nawet nie mając pojęcia kto ten sklep prowadzi.
A Zdzisław Baranowicz, o którym mowa, to był bardzo ciekawy człowiek. Ten, wówczas, niespełna pięćdziesięcioletni mężczyzna, swoje pierwsze duże sukcesy zawodowe zaczął odnosić na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. W tym też okresie Leszek zetknął się z nim po raz pierwszy. A to ich pierwsze spotkanie miało miejsce w bydgoskiej restauracji Orbis na balu cukierników w styczniu 1988 roku. Ten przystojny, szczupły, niewysoki ciemny blondyn, potrafił u większości rozmówców od razu wzbudzać duże zaufanie. Trudno powiedzieć co było tego powodem, może tembr głosu, a może emanujący z niego spokój i opanowanie, a może jego zawsze dobry humor, albo energia jaka zdawała się bić z jego oblicza, a może jeszcze coś innego? Pewnym jest – ludzie go lubili, lubili z nim przebywać i garnęli się do jego towarzystwa. Potrafił ciekawie opowiadać i to na dowolne tematy. Był szalenie inteligentny, bystry i przedsiębiorczy. Miał w sobie to coś co zawsze zjednuje bliźnich do takich ludzi, a co trudno jednoznacznie określić słowami dlaczego tak jest.
Leszek działał razem z nim dużo wcześniej i to w kilku różnych organizacjach. Organizacjach powstających na początku okresu przemian jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Razem należeli do gildii kupieckiej, bractwa kurkowego, do stowarzyszenia przedsiębiorców i jeszcze paru innych tego typu tworów. Lubili się, a łączyły ich podobne poglądy na wiele spraw, podobna chęć do działania, a także wspólne pasje, głównie do tenisa ziemnego i żeglarstwa. Nie byli przyjaciółmi, ale byli dobrymi znajomymi i wielokrotnie Leszek bywał zapraszany na najróżniejsze uroczystości organizowane w pięknym, dużym i wspaniale położonym domu Zdzisława. Mieszkał na jednym z bydgoskich osiedli, tuż nad samą rzeką z fantastycznym widokiem na rozlewisko Brdy.
Na tym kończy się prolog i przechodzimy do właściwej opowieści opartej na wspomnianym na wstępie śnie, a właściwie to na dwóch snach.
Kolejny raz przypominam o tym największym geniuszu znawcy ludzkiej duszy. Duszy w działaniach dotyczących motywacji ludzkich poczynań. Niewiele do poczytania, ale naprawdę warto.
Poniżej tekst z mojego blaga z 2022 roku, ale oparty na moim wpisie, na moim blogu z 2012 roku.
Trzeba sobie zadać dużo trudu, aby dotrzeć do sedna czegokolwiek. Niccolo Machiavelli dotarł do tego absolutnego sedna. Ten geniusz przełomu XV i XVI wieku pochodzący z Florencji, obnażył prawdziwe intencje ludzkiej duszy. Nazwał je po imieniu i opisał. Dlatego też do dzisiaj nienawidzą go mali i ubodzy duchem ludzie. Bo kto chciałby wiedzieć dlaczego postępuje tak lub inaczej będąc przekonanym, że to co robi to jedyne słuszne rozwiązanie. Ale czy naprawdę? Ten włoski geniusz to opisał i do dzisiaj wszelakiej maści rządzący czymkolwiek nienawidzą go za to co uczynił. Poniżej mój tekst napisany ponad 10 lat temu i oparty na faktach pochodzących z przeczytanych przeze mnie książek.
Prolog część 2
Rozpoczęte wówczas na dużą skalę procesy prywatyzacyjne polskiej gospodarki pozwoliły wielu takim sprytnym osobnikom wzbogacić się, i to wzbogacić się ogromnie. A te przemiany i to na wielką skalę odbywały się w przeciągu paru miesięcy lub góra, paru lat. Te przykłady niebotycznych fortun wyrosłych nagle i znikąd zaczęły powodować prawdziwą erozję nowej polskiej demokracji.
A Leszek pozostał ze swoimi zasadami, a czas płynął i pomału cechy Leszka zaczynały powodować, iż koledzy, mający wokół tyle niesamowitych przykładów nagłych karier i sami dążący do sukcesów za wszelka cenę, zaczęli, najpierw od niego stronić, a potem po cichu i po kryjomu, go opuszczać. Jego wrodzona przyzwoitość przestała pasować do obowiązującego obrazu biznesowej rzeczywistości. Początkowe wielkie sukcesy z czasem zaczęły być trochę mniejsze, a później jeszcze mniejsze i mniejsze, aż w końcu okazało się, że Leszek jest nie za bardzo przystosowany do dynamicznych przemian i coraz mniej znajduje wspólnego języka ze swoimi, niegdyś bardzo dobrymi, biznesowymi kolegami. A ci koledzy, którzy jeszcze parę lat temu zabiegali o jego względy, teraz po przeróżnych przekształceniach i prywatyzacjach, po pobraniu wielkich kredytów w zastaw majątku, który dopiero chcieli kupić i potem z tego majątku ów kredyt spłacać, zaczęli szybko wyprzedzać Leszka na biznesowej drodze.
I w taki sposób Leszek, jeszcze niedawno jeden z pierwszych, zaczynał z upływem lat, pozostawać coraz bardziej z tyłu, plasując się w rezultacie w grupie ostatnich. Już nie spotykał się z prezydentem miasta i z wojewodą jak to wcześniej często bywało. Już nie dla niego były zaproszenia do pierwszych rzędów na premiery teatralne, operowe, a nawet loże na imprezach sportowych. Gdzieś Leszek w tym coraz bardziej zmieniającym się świecie biznesu, można powiedzieć, że się kompletnie pogubił. Wielu wśród tych nowych ludzi sukcesu, jeszcze nie tak dawno jego bliskich kumpli, z którymi wspólnie wiele zrobili i zarobili, zaczęło się mocno wyrywać do przodu, a jednocześnie zaczęli oni coraz mniej liczyć się z Leszkiem, a nawet często starali się go nie zauważać. Stąd już było blisko do obojętności, a potem do lekceważenia. To wcale nie znaczy, że Leszek był naiwny, albo, że był oderwany od realiów, które go otaczały. Leszek zdawał sobie sprawę z tego jaki jest otaczający go świat, jacy są otaczający go ludzie, co nimi kieruje i jakie są motywy ich postępowań, ale wierzył, że ludzie powinni kierować się się pobudkami wyższej natury, a nie tylko chciwością, sprytem i cwaniactwem. Niestety to właśnie ta wiara go zgubiła, gdyż nie potrafił rozróżnić tych co czynią dobrze od tych co tylko mówią, że to czynią. Nie znał jeszcze wówczas jednej z najsłynniejszych łacińskich maksym, która brzmi: „cupiditas mater omnium malorum” (po polsku: „chciwość matką wszelkiego zła”)
Leszek nie potrafiąc rozróżnić prawdziwych cwaniaków od tych nielicznych, którzy jeszcze próbowali działać w miarę uczciwie, logicznie, w zgodzie z ogólnie pojętymi zasadami przyzwoitości, łudził się, że to chwilowe, że on im jeszcze pokaże, że on im... i tak w ogóle, i tak dalej. Niestety rzeczywistość pokazała, że to Leszek nie potrafił się do niej dostosować, a inni i owszem. Tak to z roku na rok Leszek popadał w coraz większe publiczne zapomnienie i miał coraz mniejsze znaczenie w kręgach, w których nie tak dawno brylował i to w pierwszych rzędach. Zaś to, że jeszcze niedawno był jednym z filarów tego nowego, lokalnego kapitalizmu, z czasem przestawało się kompletnie liczyć. Niektórzy koledzy, którzy kiedyś przy nim zarobili pierwsze pieniądze i to nie te z państwowej pensji, ale będąc na państwowych posadach, pieniądze dodatkowe, często przekraczające wielokrotnie ich pobory teraz na jego widok zaczęli udawać, że go nie zauważają. Przy przypadkowych spotkaniach na ulicy, zaczęli odwracać głowy w drugą stronę, albo w najlepszym przypadku, zbywali Leszka ogólnikami i truizmami. Leszek strasznie to przeżywał. Prawie ze szczytu wysokiej drabiny spadł, jak się to mówi, na glebę. Był jednak ponad wszelką miarę, człowiekiem ambitnym i nie dawał po sobie poznać tego co przeżywał i z czym miał coraz częściej do czynienia. Robił dobrą minę do złej gry. Jeszcze żył nienajgorzej dzięki zgromadzonemu wcześniej majątkowi i oszczędnościom, ale czuł, że coś musi zrobić, na coś musi się zdecydować. Może wrócić do zawodu, a może wyjechać?
Jednocześnie z biznesowym niepowodzeniem zaczęły się problemy rodzinne. Wiele tych problemów było z winy Leszek, ale nie wszystkie. Żona coraz częściej miała do niego pretensje o różne rzeczy i sprawy i coraz bardziej się od siebie oddalali. Córka wyjechała na studia do innego miasta, a to jeszcze gorzej wpływało na relacje z żoną. W życiu Leszka nastał czas swoistego letargu, czas zawieszenia, czas oczekiwania i czas wiary, że na pewno jeszcze będzie lepiej. I tak w tym oczekiwaniu minęło mu kolejnych kilka lat. Nic wielkiego jednak się nie wydarzyło, nie stał się żaden cud, a wszelkie próby powrotu na szczyty kończyły się kolejnymi porażkami. Nie te cechy, nie to zachowanie, nie te umiejętności dostosowania się, za duży krytycyzm i za duża racjonalność, a za mało cech lisa i wilka.
W końcu Leszek pragnąc naprawdę coś zmienić, postanowił sprzedać udziały w firmach, których był współwłaścicielem. Sprzedał je swoim dotychczasowym wspólnikom. Sprzedał także posiadane udziały w różnych nieruchomościach, spłacił swoje pożyczki i różne zobowiązania oraz kredyty i postanowił rozpocząć wszystko na nowo. No może nie tak zupełnie na nowo, ale raczej od nowa potraktować rzeczy zasadnicze czyli głównie niezależność, zgodę z samym sobą, zgodę z głoszonymi prawdami i poglądami. Wreszcie bardzo zapragnął robić to co naprawdę lubi.
Niestety, od razu ujawnił się szereg elementarnych konfliktów. Chcąc zachować swój poziom życia do którego przyzwyczaił się przez kilkanaście lat sporego powodzenia, musiał pójść na liczne kompromisy. I to kompromisy zarówno w sferze materii jak i w sferze ducha. Jednak wytyczył sobie granice, których postanowił nie przekraczać. A te granice to głównie działalność, ogólnie rzecz ujmując, w zgodzie z przepisami i prawem, a także w zgodzie z przyjętym, przemyślanym i postanowionym przez niego, systemem wartości opartym głównie o to, aby czynić tylko to co przynosi mu maksymalne korzyści, ale nie odbywa się kosztem innych i nie przynosi im krzywdy. To takie truizmy, takie oczywistości, które niby każdy wyznaje, lecz jak się przyjrzymy się temu bliżej to naprawdę bardzo rzadko mamy do czynienia z tymi co tak postępują. Zazwyczaj kończy się na hasłach, chęciach, zapowiedziach i zamiarach, a co do czynów w myśl głoszonych powyższych hasłach to, jak Leszek zdążył się przekonać i to na własnej skórze, prawie nigdy nie dochodzi. Leszek postanowił sobie, że on będzie inny.
Jak zapewne doskonale wiemy, wielu tak postanawia, a potem żałują za grzechy. Jednak Leszek poniekąd dobrowolnie rezygnując z wielkiej kariery biznesowej, z wielkich pieniędzy, z wielkich możliwości, z wielkiego świata kierował się głównie tym, aby być w zgodzie z sobą samym, aby mógł każdemu odważnie spojrzeć w oczy i, aby to co mówił, pokrywało się z tym co zamierzał robić. Mógł przecież pozostać ze swoimi wspólnikami. Mógł przymykać oczy na wiele spraw i rzeczy. Mógł robić to co czynili inni. Mógł traktować bardzo elastycznie różne normy, przepisy i zasady prawne. I mógł dalej brnąć w ten coraz bardziej skomplikowany świat nowego polskiego biznesu. Niestety, tak naprawdę to nie mógł. Gdyby próbował iść do celu nie patrząc na stosowane środki i rodzaj wybranej drogi to nie znalazłby spokoju ducha, wiecznie by się czymś gnębił, czegoś się obawiał, czegoś się bał. Takim był typem człowieka, taki miał charakter i taką wrażliwość. A natury człowieka nie zmienisz.
Mirosław Breguła (Univers) i Beata Kozidrak.
Piękna historia. Przypominam.. To nie tylko Ich historia.
I do tego niepospolity bonus:
Dzisiaj na plaży La Zenia (południowy kraniec Costa Blanca) występował hiszpański kwartet gitarowy grając i śpiewając głównie muzykę hiszpańską.
Ten występ bardzo mi się podobał, a w poniższym linku mały fragmencik z tego występu.
Posłuchałem pana Marka Wocha https://www.youtube.com/watch?v=GE-nzlPIuiU i pod tym wywiadem zamieściłem swój komentarz:
Poniżej ów komentarz:
Pan Woch dobrze mówi, ale w polityce nie wystarczy mieć rację, ale trzeba mieć siłę, aby swoje racje wprowadzić w czyn (nijaki Niccollo). Ten czyn to ogłupienie większości elektoratu, aby was wybrała. A tutaj to demagogia, populizm, bezczelność (nijaki Czaczkowski) i wszelkie inne formy uwodzenia tak zwanego elektoratu. Zdrowy rozsądek zanika w owym procesie uwodzenia, a decydują jednostki. Cała historia ludzkości to namiętności indywidualnych natur (Niccollo). Zaś owi wielcy w owych sprawach wielkich, są tacy sami jak w swoich sprawach zwyczajnych, indywidualnych, codziennych. Krótko mówiąc to lider (zły jak tusk) lub dobry jak Morawiecki, decydują za nas i o nas. Ludzie niestety są w swojej większości tak głupi, że dają się uwodzić bo zawsze bardziej wierzą w to o czym są przekonani, a nie w to co naprawdę jest.
Przypominam moje życzenia jakie składałem czytelnikom mojego bloga na koniec 2013 roku, czyli 12 lat temu. Moim zdaniem wszystkie są aktualne i niezrealizowane.
Jeżeli ktoś się pokusi przeczytać te niespełnione obietnice to proszę o komentarz.
Dziesięć lat temu miałem dziwny sen, a najdziwniejsze jest to, że ten sen trwał podczas dwóch kolejnych nocy i wszystko w nim było spójne i logiczne, a przecież zazwyczaj sny takie nie są, a ten sen lub raczej dwa sny, takie były.
Treść tego snu posłużyła mi jako fabuła do napisania książki, której dałem tytuł "Kindżał".
Poniżej pierwsza część prologu, w którym zapoznajemy się z głównym bohaterem tej opowieści.
Po prologu zacznie się akcja powieści.
Kindżał - Prolog
Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Leszek Marcinkowski był blisko czołówki ówczesnych bydgoskich biznesmenów. O jego sukcesach można było przeczytać w lokalnej prasie, albo dowiedzieć się na licznych spotkaniach gildii kupieckiej, lub w innych, powstających wówczas, organizacjach skupiających różnych przedsiębiorców. Przedsiębiorców, którzy bardzo licznie odradzali się w tej nowej polskiej demokracji. Już od końca lat osiemdziesiątych Leszek był współwłaścicielem sporych, jak na tamte czasy prywatnych firm. Były one dobrze rozpoznawalne na lokalnym rynku. Miały silną pozycję w branży budowlanej i handlowej. Leszkowi wówczas wiodło się naprawdę świetnie. Dysponował prawie wszystkim o czym marzył normalny człowiek w ówczesnej polskiej rzeczywistości. I do tego był przed czterdziestką i cały świat w jego wyobrażeniu, stał przed nim otworem. Miał wspaniałą żonę i jeszcze wspanialszą córkę. Miał szeroki krąg znajomych, z którymi często i to w najróżniejszych okolicznościach, miło i ciekawie spędzał wiele czasu. To doborowe grono składające się głównie z przyjaciół ze studiów jego i jego żony oraz najbliższych duchem i miejscem zamieszkania, sąsiadów, spotykało się regularnie na licznych imieninach, urodzinach i rocznicach. A także organizowali wspólnie bale przebierańców, grzybobrania, albo wyjazdy pod namiot na Kaszuby, nad Zalew Koronowski lub w Bory Tucholskie. Miał też rodzinę mieszkającą we Wrocławiu i Poznaniu oraz we wielkopolskim mieście, z którego pochodził. Wszędzie jeździł swoim nowiutkim samochodem kupionym w Pewexie (to były tak zwane sklepu eksportu wewnętrznego, gdzie płacić można było tylko dolarami) za absurdalną jak na owe czasy kwotę wynoszącą kilkaset tamtych przeciętnych pensji. Z przyjaciółmi spędzał także liczne wspaniałe wieczory, grywając z nimi w brydża, gadając godzinami o życiu i polityce. Wówczas zaczął także często grywać w tenisa i w piłkę nożną, latem na korcie i boisku, a zimą na sali. Miał także swój jacht. Nie był on zbyt luksusowy, ale był świetny. To była żaglówka klasy Venus, zbudowana przez szkutnika z Koronowa na indywidualne zamówienie Leszka. Dzięki protekcji kolegi z technikum stała ona przy bojce w renomowanym klubie żeglarskim, w Romanowie nad Zalewem Koronowskim.
Wraz z żoną mieli piękne mieszkanie na Osiedlu Leśnym A to najlepsze bydgoskie osiedle. Stąd blisko na stadion Zawiszy, a Leszek był wielkim miłośnikiem piłki nożnej. Dobry dojazd do jeziora w Borównie i nad Zalew Koronowski i oczywiście blisko do największego miejskiego parku w Polsce, czyli do Myślęcinka, a także blisko do okolicznych lasów które w sezonie były pełne grzybów.
W tym czasie Leszek zaczął działać nie tylko we wspomnianych organizacjach biznesowych, ale także w partii politycznej. A nawet po paru latach został w tamtym czasie szefem struktur wojewódzkich współrządzącej wówczas partii. Poznał osobiście wielu liderów partyjnych, ministrów i sporo innych znaczących oraz popularnych osób. Pijał z nimi wódkę i prowadził ożywione dyskusje na rozmaite tematy, a nawet zdarzało się, że pomagał tym wielkim, żyrując im kredyt na zakup samochodu lub kojarząc różne osoby między sobą dla ich wzajemnej korzyści, a dla swojej, jak się później okazało, straty. Miał wówczas w sobie ogromne pokłady energii, świetne zdrowie i przeważnie dobry humor.
Niestety Leszek bywał także łatwowierny, naiwny i prostoduszny. A do tego sądził, a nawet był przekonany, że inni są tacy sami, albo przynajmniej bardzo podobni. Zresztą miał podstawy tak sądzić, gdyż otaczający go znajomi i przyjaciele w dużym stopniu posiadali podobne cechy. Dlatego też nowym kolegom partyjnym i biznesowym Leszek opowiadał o swoich przemyśleniach, o swoich poglądach i przekonaniach, wierząc, że tak działając, czyni dobrze i, że oni mają takie same intencje jak on. Pomimo swojej otwartości wobec innych i tej wspomnianej łatwowierności, z której nie zdawał sobie wówczas zupełnie sprawy, wiodło się Leszkowi bardzo dobrze. I pewnie dalej by tak było, gdyby potrafił w porę zrozumieć swoje błędy. Jednak z przykrością trzeba stwierdzić, że Leszek należał do tych osób, które zawsze i wszędzie chcą postępować otwarcie, prosto i zgodnie ze swoim przekonaniem i przyjętymi zasadami, a jak doskonale wiemy nie jest to najlepsza droga do sukcesu, a raczej wręcz przeciwnie. Jak mówi znane przysłowie: „Kto ust swych nie strzeże ten zagraża sam sobie” O tym, że tak jest naprawdę Leszek miał się niebawem przekonać. I tak, pewnie tylko dzięki wielkiemu zamieszaniu przy zmianie ustroju i wielkiemu wymieszaniu pomiędzy starymi, a nowymi elitami, udawało się Leszkowi przeżyć dostatnio tak wiele lat
Okres przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego wieku, sprzyjał osobom takim jak Leszek, osobom przedsiębiorczym, aktywnym, mającym swoje zdanie oraz odwagę, chęci i energię do działania. Niestety już w pierwszych latach dziewięćdziesiątych, zaczęło się to gwałtownie zmieniać. Logika, zdrowy rozsądek, odpowiedzialność, doświadczenie i prawdziwa aktywność, zastąpione zostały cwaniactwem, pazernością, kumoterstwem i kolesiostwem, przekupstwem i powszechną korupcją. Zaczął królować spryt, czyli lichy rodzaj rozumu, który sprytnym ludziom każe postępować, niezależnie od wszystkiego, tylko w taki sposób, który przynosi im od razu duże korzyści, daje natychmiastowe efekty i pozwala, po plecach i głowach innych, wspinać się coraz wyżej i wyżej, nie oglądając się na nic. A najlepsze lub najgorsze, zależnie od punktu patrzenia, w tym sprycie jest to, iż takiego prawdziwie sprytnego postępowania nie można się nauczyć, z tym po prostu trzeba się urodzić. Natomiast odwrotnie - rzetelna praca, budowanie od podstaw, sumienność, dotrzymywanie słowa, przestrzeganie prawa i przepisów oraz zawartych umów, a także wiele, wiele innych tego typu, postaw, które powinny cechować prawdziwego przedsiębiorcę, stały się przeważnie tylko pustymi słowami, którymi wszędzie i zawsze górnolotnie szafowano, a postępowano zupełnie odwrotnie.
Fragment deptaka pomiędzy Playa Cabo Roig, a Playa Capitan, cztery lata temu. Obecnie jest tutaj bardziej bezpiecznie (barierki i oświetlenie)
| Dzisiaj już ten deptak wygląda inaczej. Poprzedni post z tego cyklu |
Ponad 9 lat temu tak jak "bohater" z GW (Hugo jakiś tam) również udawałem murzyna i również mnie nikt nie zaczepił chociaż było to trzy tysiące kilometrów od miejsca, gdzie ów redaktor prowokował Polaków.
Poniższe zdjęcie wykonałem w grudniu 2024 roku.
Naprawdę tutaj jest wówczas tak jak widać na poniższym zdjęciu.
Przedstawiam dowód na teorię ocieplenia klimatu, o której to teorii lewacy bredzą bez końca.
Poniżej bydgoski styczeń roku 1996 i widok zamarzniętej wówczas Brdy.
A przecież później Brda już nigdy zimą nie zamarzła.
To jest na pewno (pisane osobno) dowód owego ocieplenia.
| Moja córka na tle zamarzniętej Brdy |
Dzisiejszego popołudnia obejrzałem i wysłuchałem na plaży w Cabo Roig hiszpańskiego tria. Grali piękną hiszpańską muzykę.
Bardzo mi się ten występ podobał.
Poniżej minutowy filmik z tego swoistego koncertu:
Kiedyś w Bydgoszczy było wiele zakładów produkujących powszechnie znane produkty w całej Polsce.
Poniżej link do wpisu na moim blogu z 2012 roku, który o tym przypomina.
Niestety obecnie został tylko toruński satrapa, który przydziela kasę z UE tylko do swojego miasta.
Przypominam jak naprawdę kształtowała się III RP. Raczej nie było to prawe i moralne, ale raczej przede wszystkim merkantylne i nieuczciwe. W poniższym linku taki mały przykład owych praktyk.
A czy ktoś kiedyś to rozliczy i ukarze tych ewidentnych przestępców i normalnych złodziei? Nie sądzę.
Niestety tak powstała obecna tak zwana polska szlachta. Ale cóż to za szlachta, która powstała na ewidentnych przestępstwach i na normalnym złodziejstwie, które to cechy przekazują swoim potomkom, którzy z kolei mienią się wielkimi biznesmenami.
Szkoda naszej Polski dla takich oszustów.
Tej wiosny przeprowadziliśmy się z domu w Niemczu do mieszkania w Maksymilianowie.
Poniżej jedno z pierwszych zdjęć jakie wykonałem z tarasu naszego nowego mieszkania.
Teraz jest tutaj zupełnie inaczej.
Widok z okna mojej obecnej sypialni o godzinie 13.05., 01.01. 2026 roku.
ŻYCZĘ wszystkim czytelnikom mojego bloga tyle Słońca każdego dnia w tym nowym 2026 roku.
ŻYCZĘ zdrowych, wesołych, bogatych i pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia.
ŻYCZĘ także świąt pełnych akceptacji tego co jest nam w życiu dane. Życzę cieszeniu się z każdej z chwil bo przecież nasze szczęście uwija sobie gniazdko w powodzi codzienności.
ŻYCZĘ również ciekawych i różnorakich prezentów, i to nie tylko tych materialnych.
Życzę także wszystkim czytelnikom mojego bloga TEGO CZEGO SAMI SOBIE ŻYCZĄ.
Życzę także Wszystkiego Najlepszego, a zdrowia przede wszystkim, na ten nowy 2026 rok. Rok konia ognistego.
Poniżej nasza hiszpańska choinka (wykonana przez Ludmiłę z bambusa) oraz kilka zdjęć bogatego i inspirującego żłobka w San Pedro del Pinatar
W internacie Technikum Kolejowego (Warszawska 25) jesienią 1970 roku.
Tacy wówczas byliśmy.
Poniższe zdjęcie jest z jednym z kilku najlepszych zdjęć jakie uczyniłem w całym moim życiu. A od 1976 roku przynajmniej raz w miesiącu wykonywałem zdjęcia z jednego filmu - 36 klatek.
A bywało, że i więcej. Chodziłem z aparatem FED-4 (równowartość jednej ówczesnej mojej pensji) i fotografowałem. Dzisiaj wiem, że należało fotografować więcej ogółów, a mniej szczegółów, ale wtedy tego nie wiedziałem.
Dzisiaj wiem, że to najlepsze moje zdjęcie.
Zdjęcie wykonałem we wrześniu 1980 roku, na ulicy Bielickiej - róg z Konopną, na bydgoskim Szwederowie. |
Handel jest podstawą zamożności narodów, a my ten handel oddaliśmy naszym wrogom, którzy codziennie zarabiają na nas miliony euro. Oni się bogacą, a my biedniejemy.
Pisałem o tym na tym moim blogu wielokrotnie.
Dzisiaj przypominam mój wpis z 2016 roku.
Było źle, jest jeszcze gorzej.
Jedno spojrzenie sprzed lat na jeden z fragmentów najbardziej dziwacznego bydgoskiego skrzyżowania (Szwederowo).
Trzecia klasa Technikum Kolejowego w Bydgoszczy, wydział budowy dróg i mostów. Jesień 1969 rok.
Lekcja chemii u profesora Czesława Bukowskiego, ale dla sporej grupy uczniów to odpoczynek po parogodzinnym meczu piłkarskim na stadionie Brdy w Bydgoszczy.
Co jest panowie - pyta pan Czesław? A wielu z owych nich, mówi, że są zmęczeni. Lekcje zaczynały się od 13.10., a od 10.30 "panowie" czasami kopali piłkę na wspomnianym stadionie.
W minioną środę i czwartek razem z Grażyną i Piotrem, naszymi przyjaciółmi z Krakowa, zwiedzaliśmy Toledo. 450 kilometrów przejechaliśmy w cztery i pół godziny w dodatku z pół godzinnym postojem. Po dwunastej byliśmy na miejscu i zakwaterowaliśmy się w hotelu w samym centrum Toledo, tuż obok zamku.
Toledo to dawna stolica Hiszpanii i na każdym kroku pełno tutaj zabytków i pięknych widoków. My zwiedziliśmy jedną z największych katedr w Europie, a potem do muzeum z obrazami El Greco. Coś niesamowitego. Później punkty widokowe, kawa, marcepany, uliczki, sklepy. Wreszcie usiedliśmy w małej restauracji i zjedliśmy zupę kastylijską popijając ją lokalnym winem. Potem wielka porcja frytek na świątecznym jarmarku i pizza u Palestyńczyka.
Około dwudziestej pierwszej dotarliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni do naszego hotelu.
Następnego ranka o godzinie dziewiątej wspaniałe śniadanie w pięknej historycznej piwnicy.
Po śniadaniu dalsze zwiedzanie i zakupy drobnych pamiątek.
Cudowne chwile, cudowne miejsce i wspaniałe towarzystwo.
Poniżej kilkanaście zdjęć z pobytu w Toledo:
Kora w jednym z najlepszych swoich przebojów i do tego, moim zdaniem, wartym refleksji.
https://www.youtube.com/watch?v=hIlJrDTv2kI&list=RDVpGrkArV2EY&index=3
I tak dla równowagi Dżem:
Zawsze warto posłuchać czegoś innego niż tylko tej wszechobecnej muzycznej anglojęzycznej sieczki:
Wczoraj lotem z Bydgoszczy po 3 godzinach i piętnastu minutach znalazłem się w Alicante. Na lotnisko taxi ekspres (prawie równowartość biletu lotniczego). Z lotniska odebrali mnie moi świetni znajomi z miasta Łodzi i już po kolejnych czterdziestu minutach byliśmy u celu czyli w Cabo Roig.
Cała podróż trwała około cztery i pół godziny.
A dzisiaj gdy wstałem około godziny jedenastej (do Cabo dotarliśmy około 23) to wyszedłem na taras i wykonałem cztery poniższe zdjęcia:
![]() |
| Zdjęcie z okna sypialni |
![]() |
| zdjęcie z tarasu |
![]() |
| Widok z deptaka przylegającego do posesji, w której mieszkam. |
![]() |
| Widok z drugiej sypialni (godzina 17.15) |