Na początku sierpnia 2005 roku, podczas kolejnej wizyty Zdzisława w Bydgoszczy, panowie uzgodnili dosyć szczegółowo warunki przyszłej współpracy i w połowie owego sierpnia, Leszek po raz pierwszy wybrał się do Podkowy Leśnej. Nigdy przedtem nie był w tym podwarszawskim miasteczku. Bez większych problemów trafił na ulicę Matejki. Prawie na końcu tej szerokiej, ładnej ulicy, zabudowanej przedwojennymi domami, niektórymi pięknie odrestaurowanymi, ale wiele z tych domów było nadal w nienajlepszym stanie.
Wreszcie Leszek zobaczył cel swojej podróży. Parę metrów od skraju chodnika stał, elegancko odnowiony niewielki parterowy budynek z dwoma eleganckimi oknami wystawowymi. Dach miał pokryty czerwona dachówką, a pomalowany był na pastelowy kolor w odcieniu pustynnego piasku. Przed budynkiem i z jego prawej strony był duży, mogący pewnie pomieścić kilkanaście osobowych samochodów, parking. Był wyłożony solidną kostką betonową o odcieniu podobnym do koloru ścian sklepu. W głębi, z prawej strony sklepowego budynku widać było parterowy, niewielki budynek zbudowany z białej cegły i pokryty papą. Za budynkiem sklepowym, w odległości około piętnastu metrów stał budynek znacznie większy od tych dwóch wspomnianych. Był także zbudowany z białej cegły i również pokryty dachem z papy. Leszek od razu się domyślił się, że mniejszy budynek to pewnie wspomniane dwa mieszkania, a większy to byłe geesowskie magazyny.
Te obserwacje poczynił jeszcze z okien swojego samochodu, zatrzymując się tuż przy krawężniku ulicy. Po chwili podjechał pod budynek sklepowy i zaparkował swoją jedenastoletnią Mazdę 626 na parkingu, tuż przy wejściu do tego pięknie odnowionego sklepu. Wysiadł i zaczął się uważnie rozglądać po najbliższym otoczeniu. Jednak niewiele zdążył zobaczyć bo już po minucie do zaparkowania auta, podszedł młody, około trzydziestoletni mężczyzna i zapytał - pan to pewnie jest tym Leszkiem, co to szef mówił, że dzisiaj przyjedzie i, że mam panu wszystko pokazać, a potem wpuścić do sklepu, gdzie ma pan poczekać, aż szef dojedzie. Leszek, przez dłuższą chwilę uważnie przyglądał się swojemu rozmówcy po czym zapytał - a pan to pewnie jest Jacek Kubera, co? A pewnie, że to ja – odparł zapytany. Po krótkiej chwili dodał - to co, od czego chce pan zacząć oglądanie, bo tu panie za dużo do oglądania to nie ma, ale jak kazali to wszystko pokażę.
I Leszek ruszył za Jackiem, który najpierw skierował się w stronę ogrodu znajdującego się nieco z tyłu, obok budynku sklepowego. Idąc przyglądał się temu swojemu przyszłemu współpracownikowi i widział młodego, szczupłego, średniego wzrostu, prawie jeszcze chłopaka, który dziwnie potrząsając co jakiś czas głową, jakby z dużym onieśmieleniem i zakłopotaniem szedł przodem, wcale się nie oglądając i nie odzywając. Stanęli pośrodku ogrodu i Jacek powiedział - to nasz ogród i tylko ja się nim zajmuję, ale roboty nie ma za dużo bo tu wszystko samo rośnie. Czasami coś obcinam, podlewam, zrywam jabłka, śliwki i inne owoce, zależy jakie akurat są. Leszek zobaczył przed sobą sporą przestrzeń obsadzoną kilkudziesięcioma różnymi drzewami, wieloma krzakami, a wszystko to zarosłe wysoką dziką łąką. Teraz ślicznie zieloną, poprzetykaną sierpniowymi kwiatami oraz doskonale mu znanymi, różnymi chwastami, z którym na co dzień wojował w swoim ogrodzie. I chociaż było to miejsce dosyć zaniedbane to jednak sprawiało bardzo dobre i miłe wrażenie. Aż chciało się usiąść pod którymś z drzew, popróbować owoców i dłużej poleniuchować. Jednak Jacek przerwał te myśli Leszka pytając - to co teraz panu pokazać? Może najpierw zajrzyjmy do magazynów, a potem do mieszkań i na końcu do sklepu – dobrze – odpowiedział Leszek. Jak tam pan chce tylko muszę iść po klucze od tych magazynów bo przy sobie ich nie mam. To może pójdzie pan ze mną i zobaczy jak jest tam gdzie mieszkam i tam obok w sąsiednim mieszkaniu, które teraz jest puste? To chodźmy – powiedział Leszek i ruszył za Jackiem. Mieszkania wyglądały okropnie, wszystko stare, brudne, byle jakie, zużyte i poniszczone. A to sąsiednie mieszkanie, które miało być dla niego to jeszcze bardziej sprawiło na nim jeszcze przygnębiające wrażenie. Leszek nie poświęcił wiele czasu nie oglądanie bo za bardzo nie było co oglądać. Już po paru minutach, szybko wyszedł z tego sprawiającego mu przykrość pomieszczenia, na zewnątrz, na powietrze.
Niestety w ten niezwykle upalny dzień, w mieszkaniu Jacka panował specyficzny zaduch. To był przykry zapach przepoconej odzieży, resztek jedzenia i papierosów. Szybko przeszli pod magazyn i Jacek otworzył wielkie metalowe wrota. Weszli do środka tego co miało w przyszłości być nowoczesną firmą. Magazyn, składający się z czterech pomieszczeń był obszerny i wysoki. Pomieszczenia były jako tako wysprzątane i całkowicie puste. W nich także specjalnie nie było co oglądać. Dlatego już po kolejnych paru minutach otwierali nowe, piękne drewniane drzwi wyremontowanego sklepu. A tutaj Leszek zobaczył zupełnie inny świat niż do tej pory. Wszystko, jak się to mówi na wysoki połysk. Pięknie pomalowane ściany na kolor miodowy, posadzka w podobnym kolorze ułożona z drogich i oryginalnych płytek ceramicznych, wszystko świeże i pachnące jeszcze farbami i innymi zapachami świeżo wyremontowanych pomieszczeń. Dalej Leszek ujrzał spore zaplecze, czyli puste podobnie urządzone jak w jego poprzednim sklepie pomieszczenie pełne regałów i różnych półek. Po prawej stronie tego pomieszczenia znajdowała się niewielka, ale doskonale wyposażona łazienka. A z lewej strony odchodził od zaplecza niewielki korytarz na końcu którego znajdowało się drugie wyjście ze sklepu, prowadzące na wewnętrzne podwórko otoczone z trzech stron sklepem, barakiem z mieszkaniami, magazynem w głębi, a z czwartej strony tego podwórka znajdował się drewniany parkan, w którym nieopodal wyjścia ze sklepu, była furtka, prowadząca do ogrodu. Całość, pomijając mieszkania, sprawiła na Leszku bardzo dobre wrażenie. Było cicho, dużo zieleni, żadnych sąsiadów, sklepów, warsztatów czy innych budowli. Najbliższy dom znajdował się w odległości jakiś dwudziestu metrów od sklepu. Tylko ta nieszczęsna linia energetyczna psuła urodę miejsca, a słup energetyczny wprost przytłaczał swoim ogromem na tle wyremontowanego sklepu. Na szczęście stał z tyłu, pewnie tak z siedem, a może osiem metrów od ścian budynku sklepu. Zaś od ulicy oraz z parkingu nie rzucał się za mocno w oczy. Dopiero jak się szło, po zewnętrznej stronie działki w stronę ogrodu to od razu było widać, iż ów dysonans stanowił wielki mankament tego miejsca.
Jeszcze Leszek się dobrze nie rozsiadł na jednym z trzech wygodnych, skórzanych krzesłach obrotowych, które obok małego okrągłego eleganckiego stoliczka i wspomnianych pustych regałów stanowiły całe obecne wyposażenie sklepu, gdy ujrzał przez okno zajeżdżającego na sklepowy parking pięknego srebrzystego Lexusa. Już po chwili panowie powitali się wylewnie tak jak najlepsi przyjaciele. Zaraz też po owym powitaniu Zdzisław najpierw zapytał o przebieg podróży od Leszka domu do miejsca, gdzie się teraz znajdowali. Zapytał również o obecne Leszka samopoczucie, a potem nie czekając za bardzo o odpowiedź, od razu przeszedł do sedna, mówiąc - i co, jak mają się twoje sprawy, załatwiłeś wszystko jak chciałeś? Zależy co masz na myśli - odparł Leszek i kontynuował - po długich, burzliwych i często bardzo przykrych rozmowach, postanowiliśmy z moją, każdego dnia, coraz bardziej oddalającą się ode mnie żoną, sprzedać nasz dom. Ustaliliśmy, że jak pojawi się konkretny kupiec to uzgodnimy wszystkie szczegóły, łącznie z podziałem pieniędzy za dom, jego wyposażeniem i innym naszym wspólnym, do tej pory, majątkiem.
Przykro to mówić, lecz wszystko wskazywało na to, iż nasze wspólne życie zbliża się do końca i niebawem każde pójdzie swoją drogą. Drogą coraz bardziej oddalającą nas od siebie. Ten stan trwał już od kilku lat, lecz udawaliśmy, że wszystko jest dobrze, że nadal chcemy być razem, nadal się popieramy i wspieramy. Niestety prawda była taka, że już prawie w niczym nie znajdowaliśmy wzajemnego zrozumienia. Wszystko co tylko Leszek czynił było powodem do skrajnej irytacji jego żony. Lub w najlepszym przypadku było to powodem jej milczącego braku jakiejkolwiek akceptacji, Po chwili autorefleksji Leszek powiedział - nie chciałbym cię jednak zanudzać moimi rodzinnymi problemami. Co zaś do spraw służbowych to ci powiem, że wszystko z mojej strony jest załatwione zgodnie z naszymi wcześniejszymi ustaleniami. Z końcem sierpnia zamykam mój sklep z winami i praktycznie na początku września możemy go przenosić tutaj do Podkowy. Tylko z tym mieszkaniem dla mnie coś by trzeba zrobić. Dobrze, dobrze, w ciągu tygodnia podeślę tatę Jacka i trzech ludzi, a oni w parę dni opanują temat, nie martw się o to. A jak ci się tutaj podoba, a jakie wrażenie zrobił na tobie Jacek? Miejsce jest świetne, trochę co prawda mało uczęszczane i na końcu ulicy, ale jak podeślesz mi na początek kilkudziesięciu klientów to mam nadzieję, że później już sobie poradzę. Z tego co zdołałem poczytać o Podkowie Leśnej i innych okolicznych miejscowościach to wygląda na to, iż potencjał miejsca jest ogromny. Konkurencja pewnie, jak obecnie wszędzie, duża, ale myślę, że będzie dobrze. Gorzej niż obecnie pod Bydgoszczą, na pewno nie może być. Kiedyś szło mi nawet, jak na taki niewielki biznes, nie najgorzej. Niestety dawno się to już skończyło. Najpierw powstał niedaleko jeden spory supermarket, a jakieś pół roku temu, jeszcze bliżej mojego sklepu otworzyli drugi supermarket. Do tego powstały w niedalekim sąsiedztwie, aż dwa nowe sklepy z winami. Pierwszy z nich otworzył jeden z moich najlepszych klientów, dziany gość, chiński hurtownik. A otworzył ten ciekawie urządzony i bardzo dobrze zaopatrzony sklep z winami, głównie po to, żeby jak to zwykł mawiać, aby jego żona, nie nudziła się w domu i nie dostawała głupich myśli. Przyszedł nawet do mnie pochwalić się tym sklepem i stwierdził, że wreszcie żona ma porządne zajęcie, a on ma spokój. Po paru miesiącach, kilkaset metrów dalej, następny mitoman otworzył kolejny sklep specjalizujący się w handlu winami. Pewnie sądził, że ja dorobiłem się domu na tym marnym sklepiku. Sam zresztą wiesz jak to jest z tymi różnymi naśladowcami, albo z byłymi naszymi pracownikami. Jednemu na dziesięciu się udaje, ale o tym przekonują się znacznie później. Najpierw jednak napsują krwi i utrudnią życie takim jak my. Mamy jednak ponoć demokrację i każdy może robić co chce. A że większość oprócz chęci nie ma pojęcia o tym co chcą robić, a tym bardziej z pomysłem i ewentualnym sukcesem to już zupełnie inna sprawa.
A tak wspominając minione chwile, gdy tak myślę o tych niby kokosach, o które mnie inni posądzają, jakie to niby zrobiłem w tym podmiejskim sklepie z winami to zaraz przychodzi mi na myśl inne wydarzenie z mojego życia. Przypominasz sobie chyba tę bydgoską kamienicę, w której na pierwszym piętrze tyle razy się spotykaliśmy, grając w pokera, zamawiając panienki w Rajskim Owocu i gdzie zrobiliśmy tyle świetnych biznesów. Otóż, przedstaw sobie, że mieszkały w niej aż siedemdziesiąt trzy osoby, pamiętam to dobrze bo przez ponad dziesięć lat prowadziłem administrację tej nieruchomości, której zresztą byłem współwłaścicielem. Otóż pewnego dnia lokatorzy, którzy mieli powojenne przydziały z urzędu miasta do zamieszkania w tej prywatnej kamienicy, zebrali się na korytarzu i postanowili zastrajkować przeciw właścicielom nieruchomości czyli przeciw mnie i dwójce moich wspólników. Od dawna krążyły wśród nich pogłoski, które z czasem przerodziły się w pewność, że my dorobiliśmy się naszych wspaniałych samochodów i wielu innych rzeczy na ich krzywdzie. Byli przekonani, iż ich wyzyskujemy, a to, że podwyższyliśmy im nieznacznie czynsz przelało czarę goryczy i postanowili się zbuntować. Ten czynsz był zresztą ustalany przez władze miejskie, ale oni na żadne podwyżki nie mieli zamiaru się zgodzić i postanowili, że będą walczyć, jak to mówili, o swoje. Dzisiaj możemy się z tego śmiać, ale wtedy to był poważny problem bo oni poszli na skargę do jakiegoś komitetu dzielnicowego, którym rządziła słynna pani katechetka. Tam nas przedstawili jako chciwych kapitalistów, którzy dorabiają się na biednych ludziach, a do tego utrudniają im życie, szykanują i w ogóle co to za demokracja. Oni o taką demokrację nie walczyli. Później poznałem jednego gościa z tego komitetu i on mi szczegółowo opowiedział jak to było z tą delegacją mieszkańców naszej kamienicy, która przyszła do nich na skargę i z prośbą o pomoc. Niestety sprawy potoczyły się źle dla nas, gdyż ta durna baba, pełniąca funkcje przewodniczącej, słowami naszych lokatorów, zaczęła na nas nadawać gdzie tylko się dało. Niby nic, niby mogliśmy się nie przejmować, lecz my mieliśmy dwa sklepy w tej kamienicy. Jeden delikatesowy, a drugi monopolowy i oba posiadały koncesję na handel alkoholem, a do owego komitetu, którym ta katechetka niepodzielnie rządziła, co dwa lata musieliśmy występować o opinię samorządową w celu przedłużenia tej koncesji. Długo by opowiadać co i jak trzeba było robić, żeby sprawy ułagodzić. Tylko dodam, że owa katechetka później została ministrą w rządzie Ewy Kopacz, tej od jajeczniczki i pomylonych kroków na dywanie podczas wizyty u Merkelowej. A tak dla porównania to najśmieszniejsze było to, iż jak postanowiłem naprawić dach tej kamienicy, dać nową papę i opierzenia to nie starczył na to cały czynsz, którzy lokatorzy wpłacili nam w ciągu trzech lat. A oni byli przekonani, że my dorabiamy się ich kosztem i w żaden sposób nie dali sobie wytłumaczyć, że to absolutna bzdura. To z tymi sklepami moich konkurentów pewnie będzie podobnie, ale oni jeszcze o tym nie wiedzą. Jak w małej podmiejskiej miejscowości liczącej dwa tysiące mieszkańców, mogą działać dwa supermarkety znanej sieci i trzy specjalistyczne sklepy z winami? Moim zdaniem to jednak spora przesada. Co można w tej sytuacji zrobić?
Gdyby nie ty to że do mnie przyjechałeś pewnie i tak za pół roku, a najpóźniej za rok, musiałbym zwijać swój biznesie, no chyba, że wcześniej zwinęliby inni te swoje sklepy. Dzięki spotkaniu z tobą i dzięki twojej propozycji mam szansę coś zmienić na lepsze.
Ale dosyć tych dywagacji. Teraz musimy ustalić czynsz i inne koszty, a także ogólne zasady ewentualnej naszej dalszej współpracy, żebym wiedział co i jak. Trzeba dogadać różne szczegóły i jak dojdziemy do porozumienia to za dwa tygodnie możemy ruszać ze sprzedażą w tym miejscu. Od razu ci mówię, że do przeprowadzki koniecznie potrzebuję samochodu i ludzi do transportu tych tysięcy butelek win i innych alkoholi i całej reszty towaru.. A także potrzebuję ludzi do demontażu i ponownego montażu całego wyposażenia sklepu. Już o tym wstępnie rozmawialiśmy i jak chyba sobie przypominasz - obiecywałeś pomoc. Mam nadzieję, że obietnica jest nadal aktualna, co? Oczywiście powiedz tylko kiedy, a dwa duże dostawczaki będą następnego dnia u ciebie. Myślę, że jak zrobią po trzy kursy każdy to wszystko spokojnie przewieziesz. Koszty biorę na siebie, nie martw się o to. Razem z samochodami przyjedzie oprócz kierowców jeszcze dwóch ludzi to na pewno sobie szybko i sprawnie w piątkę poradzicie. A tutaj, na miejscu jeszcze pomoże i przypilnuje wszystkiego Jacek. No właśnie, nie odpowiedziałeś mi co myślisz o Jacku? Trudno coś powiedzieć po godzinnej znajomości, ale sprawia sympatyczne wrażenie. Mówiłeś, że jest upośledzony, ale oprócz rzadkiego nerwowego tiku twarzy nic takiego nie zauważyłem. Niestety Jacek jest opóźniony w rozwoju ogólnym, skończył ledwie i to z wielkim trudem cztery klasy podstawówki, nie potrafi się skupić na bardziej złożonych sprawach, a czasami ma gorsze dni, wtedy zapomina o wszystkim co mu się mówi i co jakiś czas trzeba mu wszystko tłumaczyć od nowa. Na szczęście to się zdarza rzadko, raz, a czasami dwa razy w miesiącu. Ogólnie jednak jest świetnym, obowiązkowym, pilnym i solidnym człowiekiem. Można mu ufać, a jak się do ciebie przekona to będziesz miał z niego zawsze i wszędzie duży pożytek. Jest bardzo wrażliwy i dlatego trzeba uważać co i jak się do niego mówi. Nie obraża się na nerwy, ani na krzyki, ale zamyka się w sobie i potrafi parę dni się nie odezwać. Jednak bez obaw, nawet wówczas wszystko co musi to i tak bardzo dobrze robi. Dlatego uważaj na niego, dbaj o niego i spróbuj pozyskać jego przychylność, a na pewno tego nie pożałujesz.
To co, rozejrzyj się po miasteczku, po okolicy, jak chcesz to wyskocz do stolicy i telefonuj do mnie kiedy mam podesłać samochody. Ja niestety dzisiaj nie mam więcej czasu, muszę zaraz wracać do firmy, do Warszawy. Jak już na stałe będziesz na miejscu to się umówimy u mnie w domu i sobie pogadamy co i jak, a także powspominamy dawne wspaniałe czasy. Nic się nie martw, będzie dobrze i jestem przekonany, że się dogadamy we wszystkich sprawach.
Leszek wrócił do swojego domu i sklepu. Zaraz następnego dnia po wizycie w Podkowie Leśnej zaczął intensywne przygotowania do przeprowadzki. Jak to jednak zazwyczaj bywa, prawie nic nie poszło tak szybko i gładko jak przewidywali. Najpierw powstał problem z pozwoleniem na handel alkoholem, bez którego nie można rozpocząć sprzedawania win. Okazało się, iż komisja wydająca owe pozwolenia zbierała się w urzędzie miasta raz na dwa miesiące, a najbliższe posiedzenie miało być dopiero dziesiątego października. Potem zaistniały spore problemy z remontem mieszkania dla Leszka. Pan Joachim Kubera ten zaufany budowlaniec Zdzisława zachorował. A ta jego choroba przeciągnęła się do długo i długo. Bez niego Zdzisław nie zdecydował się na remont mieszkania dla Leszka. Potem były jeszcze problemy z Sanepidem i Inspekcją Pracy, które muszą wydawać pozytywne opinie dla takiej działalności.
Aż wreszcie siódmego października przyjechał pierwszy transport z wyposażeniem do Podkowy Leśnej i tutaj, już na samym początku spotkały Leszka kolejne problemy. Największy z nich był związany z przewiezieniem i ponownym ustawieniem starej, przedwojennej kasy pancernej. Ową kasę Leszek nabył, za spore jak na tamte czasy pieniądze, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku od firmy złotniczej z Inowrocławia. Ta potężna, wysoka na ponad półtora metra, ogromnie ciężka, ważąca prawie trzysta kilogramów, kasa, była nie lada wezwaniem i problemem przy transporcie oraz wyniesieniem i wniesienia jej na zaplecze sklepu w Podkowie. Leszek musiał pożyczyć specjalne nosidła, gdyż o innym sposobie jej przeniesienia nie było mowy z uwagi na jej ciężar i wymiary pomieszczeń. Aż sześć osób mozoliło się przez parę godzin z jej przeniesieniem. Najpierw do samochodu, a potem z samochodu na zaplecze sklepu w Podkowie. W końcu się udało. Ta wielka metalowa ognioodporna kasa miała na środku głównych drzwi, wielką metalową rączkę służącą do otwierania sejfu. Grube na dziesięć centymetrów drzwi miały na obwodzie cały system metalowych bolców wchodzących przy zamykaniu w specjalne otwory. Kasę otwierało się w ten sposób, że trzeba było najpierw w odpowiedni sposób włożyć do dwóch zamków specjalne skomplikowane, dwuskrzydłowe, klucze, a potem po przekręceniu owych kluczy o pół obrotu, chwytało się za wspomnianą, wielką, umieszczona centralnie, dwustronną rączkę i obracało się ja o ćwierć obrotu, wówczas z charakterystycznym szczękiem bolców, drzwi można było spokojnie odchylać. Dodatkowo w środku, w tej kasie był jeszcze specjalny, osobny schowek otwierany dodatkowym, nietypowym kluczem. Ta kasa to był taki rodzaj talizmanu Leszka, który on woził ze sklepu do sklepu i dzięki której czuł się zawsze bezpiecznie. Był przekonany, że ma dobrze schowane i zabezpieczone pieniądze i inne wartościowe rzeczy. Szczególnie na początku jego działalności handlowej miało to ogromne znaczenie, gdyż wówczas na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy Leszek zaczynał swoja handlowa drogę, obracało się tylko gotówką i nieraz w tym sejfie leżały naprawdę ogromne, jak na tamte czasy, kwoty. Na przykład, gdy wczesną jesienią 1990 roku Leszek wraz ze swoim dwoma ówczesnymi wspólnikami wziął z państwowego banku jeden miliard złotych kredytu to cała ta suma znalazła się po przywiezieniu z banku najpierw w tym sejfie. I dopiero stąd tak jak obecnie z bankowego konta, była systematycznie wydawana. A warto wspomnieć, że w owym czasie przeciętna pensja wynosiła około jednego miliona złotych. Ta kasa w ciągu siedemnastu lat, które była już w posiadaniu Leszka, zmieniała swoje miejsce piąty raz i zawsze były z tym ogromne kłopoty. Ale też dzięki tej wielkiej, solidnej, ciężkiej i ognioodpornej kasie była spora pewność, że nikt jej nie wyniesie, a nawet nie otworzy.
W ciągu tych kilkunastu lat włamywano się do Leszka sklepów chyba z dziesięć razy, ale nigdy żadnemu złodziejowi nie udało się dostać do środka tego sejfu. Chociaż raz jeden uparty włamywacz pozostawił na kasie spore rysy , ale tylko na zewnętrznej powłoce i do ich usunięcia wystarczyło trochę malowania i polerowania. Dlatego też ten sejf był tak ważny dla Leszka bo wiązało się z nim wiele wspomnień i wydarzeń, a jednocześnie dawał duże poczucie bezpieczeństwa.
Wreszcie w połowie października wszystko było gotowe. Sklep doskonale wyposażony i pełen towaru prezentował się wspaniale. Posiadał nawet specjalne stoisko do degustacji win z profesjonalną lodówką, różnymi kieliszkami, kraterem i licznymi winiarskimi akcesoriami. Na ladach, wolnych kawałkach ścian pomiędzy regałami, pełno było plakatów z opisami regionów winiarskich świata, informacji o serwowanych winach, a na ladzie leżały katalogi firm winiarskich, wizytówki i pocztówki reklamowe.
W tym samym czasie pan Kubera uporał się z remontem mieszkania. Spisał się wyśmienicie. Pastelowe kolory ścian, piękne wykładziny na podłodze i doskonałe wyposażenie kuchni oraz łazienki robiły naprawdę wielkie wrażenie. Leszek mógł spokojnie zamieszkać w tym ładnym dwupokojowym mieszkaniu z dużą kuchnią i sporą łazienką.
Aż w końcu nastąpiło uroczyste otwarcie sklepu. Klienci zostali zaproszeni listownie na to otwarcie, które odbyło się w sobotę 22 października. Niestety z listy zaproszonych klientów, którą dostarczył Zdzisław, zamiast spodziewanych pięćdziesięciu osób, przybyło tylko piętnastu, ale to i tak, jak Leszek wiedział z doświadczenia, nie był najgorszy wynik. Wszyscy byli zachwyceni sklepem, wyborem win i innych alkoholi, możliwością degustacji, a także sposobem prezentacji całej sklepowej oferty.
I tak Leszek rozpoczął kolejny etap swojego ciekawego i różnorodnego życia, które jednak ostatnimi czasy stało się głównie monotonne i smutne.
Dzięki swojej fachowości i umiejętnemu podejściu do kupujących, pomału zaczął zyskiwać kolejnych stałych klientów. W ciągu miesiąca prawie każdy z listy klientów zaproszonych na otwarcie, odwiedził jego sklep. Ci jego nowi klienci okazali się bardzo wymagający i zazwyczaj dobrze znający się na tym co chcą kupić. Na szczęście byli otwarci na liczne sugestie Leszka, który mając wieloletnie doświadczenie starał się jak tylko mógł sprostać ich wymaganiom. A także starał się klientom zaprezentować zazwyczaj coś czego jeszcze nie znali. Już po pół roku miał więcej stałych i zdecydowanie lepszych klientów niż po kilku latach działalności w pod-bydgoskiej miejscowości. A ci klienci, oprócz zakupów, podobnie jak w poprzednim jego sklepie, często przyjeżdżali sobie pogadać o bieżących sprawach lub podyskutować na różne tematy. Widocznie lubili te rozmowy z Leszkiem, gdyż nieraz wizyta w sklepie trwała godzinę lub i dłużej. Leszek był ciekawym i interesującym rozmówcą, tak twierdziło również wielu jego poprzednich klientów. Interesował się i to często bardzo dogłębnie wieloma rzeczami. Znał się dobrze na literaturze fantasy, na powieściach historycznych, szczególnie tych ze starożytności, dużo wiedział o żeglarstwie i tenisie. Interesował się teatrem, szczególnie klasyką polską oraz współczesną polską literaturą, głównie tą z obyczajowego nurtu. Cały czas żył bieżącą polityką, udzielając się na licznych internetowych forach dyskusyjnych. Prowadził też swojego bloga. Dlatego jego rozmówcy lubili z nim dyskutować, a czasem spierać się lub krytykować, wszystko jednak w granicach normy i relacji sprzedawca - klient. I chociaż często na skutek owych dyskusji Leszek mylił się przy kasowaniu należności i to zawsze jakoś dziwnie na swoją niekorzyść to jednak nie potrafił się zmienić i do rozmów z klientami ciągnęło go jak wilka do lasu.
A jego klientami byli zazwyczaj ludzie niepospolici i inteligentni oraz bardzo ciekawi wszelkich aspektów życia.. Byli prawnikami, lekarzami, artystami i przedsiębiorcami, ale czasami odwiedzali go także policjanci, wojskowi czy różni urzędnicy. Rzadko jednak trafiał się jakiś polityk lub inna osoba publiczna, chociaż takich w okolicy, gdzie obecnie działał, nie brakowało. Leszek sądził, że pewnie oni nie muszą nic kupować, gdyż wszystko inni kupują za nich, a politycy pewnie jak zwykle tylko korzystają z cudzej pracy i cudzej własności. Chociaż jak to jest naprawdę to tego nie wiedział. Była też spora grupa klientów, która nie wdawała się w żadne rozmowy, a nawet wszelakimi sposobami ich unikała. Tacy klienci przeważnie, zaraz przy pierwszym kontakcie, dawali odczuć swoja wyższość oraz sugerowali wielką znajomość konkretnych trunków. Zdawali się być znawcami, którzy żadnej rady nie potrzebują, a wręcz przeciwnie to oni mogą opowiedzieć o zaletach i walorach trunków bo przecież bywali w winnicach, wytwórniach win czy różnych whiskey, ale może innym razem bo teraz się strasznie spieszą. Takich klientów Leszek od razu wyczuwał, nie dawał jednak tego po sobie poznać, a tylko przybierał maskę pozornej pokory i zrozumienia dla ich znajomości tematu.











