Na deptaku w Alicante.
| Zdjęcie wykonałem w marcu 2024 roku. Siedzieliśmy przy sąsiednim stoliku. |
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Pływaliśmy naszą Venuską przez kilkanaście lat, głownie po Zalewie Koronowskim, ale nie tylko.
Poniżej zdjęcie z lipca 1996 roku. Odnoga od Stanicy w Sokole Kuźnicy do Krówki Leśnej. Wspaniałe miejsce na cumowanie i nocleg, a jesienią także na grzyby.
Poniższy post napisałem prawie 14 lat temu, ale nic na dobre się od tego czasu nie zmieniło, a wręcz przeciwnie.
Dlatego też zamieszczam ponownie tekst postu z mojego bloga, z jesieni 2012 roku.
Zamieszczam ten tekst, aby uświadomić tym co nadal wierzą Tuskowi, jak są naiwni i wręcz głupi. Zaś realistom pragnę uświadomić i przypomnieć jak nadal PO nas oszukuje.
I tylko złotej rybki mi żal.
Poniżej treść wspomnianego wyżej posta:
sobota, 6 października 2012
Kindżał - odcinek 11
Część III
NIESPODZIEWANA WIZYTA
Nadeszła połowa lipca, wyjątkowo w tym roku upalnego. Od dwóch tygodni nie spadła kropla deszczu, a temperatury sięgały trzydziestu pięciu stopni w cieniu. Było duszno, kurzyło się okropnie i tylko czasami lekki wietrzyk pomagał swobodniej oddychać. Nawet noce były gorące z temperaturą ponad dwadzieścia pięć stopni. Nigdzie wytchnienia, ochłody i wypoczynku od tego wyjątkowego upału. W powietrzu wisiała zmiana, ale nie chciała przyjść. Klimatyzacja dawała chłód w sklepie, lecz była także niebezpieczna dla zdrowia przy tak dużych, sięgających stu procent, różnicach temperatur pomiędzy osiemnastoma stopniami w sklepie, a trzydziestoma sześcioma stopniami na zewnątrz. Klienci byli poirytowani, a czasem nerwowi, kupowali głównie białe wino, które po odpowiednim schłodzeniu, najlepiej gdzieś w okolicach dwunastu stopni, wypijali dla ochłody i pobudzenia całego organizmu do normalnego funkcjonowania. Zresztą lato zawsze było dla Leszka marnym okresem handlowym z uwagi na urlopy i długie wyjazdy turystyczne jego najlepszych klientów. Tak było i teraz. Do tego wielu miało domy letniskowe w nadmorskich i to nie tylko polskich miejscowościach, a także w słynnym Kazimierzu nad Wisłą, czy w Beskidach lub Bieszczadach. Dlatego też znikali często na całe dwa miesiące, a nawet i na dłużej. Ruch był mały, a temperatury wysokie. Źle to wpływało na samopoczucie Leszka, a do tego brak kontaktu z Arturem i niepewność co dalej czynić z tak cenną rzeczą powierzoną mu przez wspomnianego Artura jeszcze bardziej komplikowało jego aktualną sytuację.. Nie bardzo wiedział jak w tej kwestii się zachować i czy nadal szukać kupców na figurkę, czy czekać na kontakt z Arturem.
W ciągu ponad miesiąca od ostatniej rozmowy z Arturem trzy osoby zainteresowały się figurką. Zresztą wszystkie trzy były na pierwszej liście klientów, którą sporządził dla Leszka, jeszcze przed otwarciem sklepu - Zdzisław. Pierwszym był znany chirurg mieszkający w Konstancinie. Obejrzał figurkę bardzo szczegółowo i widać było, że mu się podoba, a nawet jak sam powiedział - urzekła go. Po czym zaczął się na głos zastanawiać skąd i jak dowiedzieć się więcej o niej bo to przecież dużo pieniędzy i w ciemno kupować nie można. Dobrze się zastanowię nad pana propozycją powiedział wychodząc z kartonem wina ze sklepu. Drugim był prawnik, współwłaściciel znanej warszawskiej kancelarii prawnej. Ten jeszcze dokładniej oglądał figurkę i nawet sobie coś notował. Potem z uwagą wysłuchał, zadając wiele dodatkowych pytań, oficjalnej wersji pochodzenia figurki, którą Leszek mu przeczytał z kartek pozostawionych przez Artura. Wychodząc ze sklepu także z kartonem wina dodał, że on na pewno do tej sprawy wróci, ale musi jeszcze dużo sprawdzić, gdyż już gdzieś o takim posążku słyszał. Trzecia osobą był znany dziennikarz telewizyjny, także mieszkający w Konstancinie, ale on potraktował to raczej jako ciekawostkę, o której chętnie, gdyby się potwierdziły słowa Leszka z Artura kartek, zrobiłby telewizyjny wywiad w swoim cyklicznym programie. Jednak Leszek się na to nie zgodził mówiąc - jeszcze zobaczymy, może kiedyś.
I właśnie w tym czasie, we wczesne poniedziałkowe popołudnie, w ten sam szczyt upału, gdy powietrze wisiało bez najmniejszego ruchu i nawet ptaki i różne inne zwierzęta gdzieś się pochowały, o ludziach nie wspominając, w czasie, gdy Leszek wystawiał w oknie wystawowym najnowszą promocję na białe włoskie wina, pod sklep zajechała duża ciemna limuzyna, w której Leszek od razu rozpoznał jeden z najbardziej prestiżowych aut świata, czyli klasycznego Rolls Royce`a. Auto błyszczało całą swoją karoserią, a chromowane listwy i inne ozdoby tego pojazdu, wprost olśniewały w tym ostrym, prawie południowym, słońcu.
Auto zatrzymało się bardzo blisko wejścia do sklepu i wysiadła z niego trójka mężczyzn. Dwóch z nich było, sądząc na pierwszy rzut oka, prawdopodobnie Hindusami o czym świadczył ich ubiór i wygląd, a trzeci był około czterdziestoletnim, szczupłym, wysokim, białym mężczyzną o dosyć pospolitym wyglądzie. Ubrany był w kremowy garnitur, białą koszulę i stonowany, kolorowy krawat. Panowie weszli do sklepu i dopiero wtedy Leszek im się bardziej przyjrzał. Dwaj Hindusi, z których jeden był starszym, a drugi znacznie młodszy, ubrani byli w ozdobne jasne tuniki, zapięte pod szyją, z dużymi rozcięciami po bokach, pod tunikami mieli spodnie ozdobione wzdłuż pionowych szewków podobnymi elementami jak tuniki. Na nogach mieli tradycyjne czarne, eleganckie buty, a na głowach hinduskie ciemne turbany spięte na środku dużymi mlecznymi kamieniami. Sprawiali wrażenie bardzo przystojnych i dostojnych panów.
Pierwszy przemówił pan w jasnym garniturze - dzień dobry panu, czy mamy do czynienia z panem Leszkiem Marcinkowskim? Tak oczywiście, to ja – odparł Leszek. Ci dwaj panowie przyjechali specjalnie do pana z dalekich Indii, a ponieważ nie znają języka polskiego dlatego zatrudnili mnie na tłumacza. Panowie pragną rozmawiać w języku angielskim, który doskonale znają. Ależ w takim razie tłumacz nie będzie nam potrzebny, gdyż ja również dobrze znam angielski – odparł Leszek już po angielsku, aby panowie z Indii także go zrozumieli. Na to oświadczenie starszy z Hindusów powiedział - w takim razie bardzo panu dziękujemy mister John. My osobiście porozmawiamy z panem. Proszę uprzejmie poczekać na nas w aucie. Kierowca ma włączoną klimatyzację, a gdyby chciał pan czegoś do picia to proszę się swobodnie obsłużyć. Po chwili tłumacz zniknął w czeluściach Rolls Roycea, a starszy z Hindusów przedstawił się mówiąc - nazywam się Ravindra Svarup co znaczy Podobny Do Słońca i jestem trzydziestym ósmym z kolei maharadżą królestwa położonego w południowej części prowincji Bihar, którego stolicą było starożytne miasto Bukar nazywające się obecnie Bokaro, leżące nad rzeką Domator. Jest ze mną mój najstarszy syn Abhiraj czyli Nieustraszony Król. Jest on radżaputą – czyli moim synem i moim następcą. Zapewne zadziwia pana nasza wizyta i zanim zacznę mówić o jej celu dodam tylko, że obecnie w Indiach nie ma już królestw i ich królów. W połowie ubiegłego wieku rząd przeprowadził reformę i musieliśmy oddać państwu wszystkie nasze ziemie i posiadłości w tym wspaniałe i bogate pałace mające często wiele set letnią tradycję. Nasz ród panujący na tych swoich ziemiach ponad tysiąc lat, również to uczynił. Jednak dzięki osobistemu bogactwu, a także dzięki szacunkowi poddanych, ich miłości i zrozumieniu, udało się nam odbudować swoją pozycję i znaczenie. Co prawda już nie jako królowie, ale raczej jako, jak to dzisiaj się mówi, liderzy, organizatorzy i biznesmeni. Nadal zwyczajowo używamy tytułu maharadży, a nasi dawni poddani nawet nie chcą słyszeć, żeby nas inaczej nazywać, chociaż mogą to czynić. Widocznie, ich zdaniem, zasłużyliśmy sobie na takie traktowanie.
Jednak, żeby zachować swoją dawno ugruntowaną pozycję, a także zdobyć szacunek i poważanie wśród naszych dawnych poddanych, musieliśmy się zająć przyziemnymi sprawami i rzeczami, które dawniej były dla nas nawet nie pomyślenia. Dlatego też obecnie mamy kilka dużych firm i biur w całym stanie Bihar, a także dwa spore przedstawicielstwa naszych interesów w Londynie i Nowym Jorku. Pewnie się pan dziwi po co to wszystko mówię, ale bez tego krótkiego wyjaśnienia trudno będzie mi przejść do istoty naszej wizyty. Otóż dwa tygodnie temu dotarła do nas informacja, że rzecz, której poszukujemy już od czternastu lat może znajdować się u pana w sklepie. Wiadomość taką przysłał do naszej londyńskiej kancelarii jeden z warszawskich prawników, który był u pana i oglądał przedmiot, o którym mowa. Na pewno domyśla się pan o co chodzi i skąd pozyskaliśmy taką informację. Tak oczywiście, rozumiem, że chodzi o figurkę siedzącego Śiwy z kindżałem w ręce i z dużym zielonym szmaragdem osadzonym w rękojeści kindżała - stwierdził Leszek. Tak właśnie chodzi o tę figurkę. Ta figurka była w naszym rodzie od ponad ośmiuset lat, ale ponad czternaście lat temu została nam skradziona i to skradziona przez najbardziej zaufanego sługę, którego rodzina służyła nam od pokoleń i którego traktowaliśmy podobnie jak swoją najbliższą rodzinę. Ten posążek Śiwy to nasz najbardziej cenny talizman. To nasze bóstwo opiekuńcze, zapewniające nam przez stulecia pomyślność, szacunek ludzki, zdrowie i bogactwo. To nasza największa świętość i tak też była traktowana. Sam posążek został wyrzeźbiony z kamienia z Nieba. Zaś kindżał z zielonym szmaragdem znajdował się w naszej rodzinie jeszcze przed utworzeniem tej figurki. Wszystkie te trzy rzeczy czyli figurka, kindżał i szmaragd to nasze najważniejsze świętości.
Pilnowaliśmy ich bardziej niż oka w głowie dlatego też posążek stał w specjalnej wewnętrznej kaplicy, a dostęp do niej miała tylko najbliższa rodzina i dwoje zaufanych służących. Niestety nie wiemy co wstąpiło w człowieka, który służył u nas ponad trzydzieści lat, a którego imienia nie chcę nawet wymawiać. Pewnego dnia w maju 1993 roku posążek zniknął razem ze służącym. Od tego czasu go poszukujemy i do tej pory nie wpadliśmy na jego najmniejszy ślad. Brak tego posążka odczuliśmy przez te lata bardzo dotkliwie. Spotkało nas sporo różnych nieszczęść i to zarówno śmierci, chorób, a nawet pożarów, o niepowodzeniach biznesowych nie wspominając. My jesteśmy bardzo przywiązani do naszej tradycji, do naszej religii, do naszych wierzeń i jesteśmy przekonani, że przyczyną owych nieszczęść, o których nawet mówić trudno, jest utrata naszego rodzinnego skarbu, naszego rodzinnego symbolu wszelakiego szczęścia i powodzenia. Dlatego też jak tylko powzięliśmy wiadomość o figurce, jak dotarł do nas jej szczegółowy opis sporządzony przez warszawskiego prawnika, natychmiast polecieliśmy do Delhi, a z Delhi przylecieliśmy prosto do Warszawy. Prawnik, o którym mówimy podał nam jeszcze raz opis figurki, podał adres, załatwił samochód i tłumacza i dlatego jesteśmy u pana. Zanim pan zacznie nas pytać o pewne rzeczy lub mieć uzasadnione różne wątpliwości dodam, że już następnego dnia po kradzieży posążka wyznaczyliśmy milion dolarów nagrody dla tego kto pozwoli nam go odzyskać. Ta nagroda nadal jest aktualna i nie zamierzamy się targować, gdyż religią, przekonaniami i wiarą w naszego Boga nie można handlować. Raz daliśmy słowo i to słowo jest święte. Wierzymy, że gdybyśmy postąpili inaczej to spotkałaby nas sroga kara. Jesteśmy przygotowani do przekazaniu panu od razu owego miliona po upewnieniu się, że to jest naprawdę nasza figurka. Ta kwota nie ma dla nas znaczenia. Ten posążek jest dla nas bezcenny. Jego wartość nie jest wymierna. Dlatego też ten milion dolarów to naprawdę niewielka rekompensata za powrót szczęścia pod nasz dach. Za powrót pomyślności dla całej naszej rodziny i całej naszej społeczności, w której żyjemy od pokoleń. To dla nas najważniejsza i najświętsza sprawa i wszystko uczynimy, aby osiągnąć nasz cel, czyli odzyskanie posążka z kindżałem i szmaragdem.
Napisałem, moim zdaniem, taki ładny tekst. Opisałem moje kolejne młodzieńcze uniesienia, ale jak widzę nikogo te moje wspomnienia nie interesują. Może kiedyś, może ktoś?
Leszek - odcinek 20
W Czerlinie, rodzina Irka ponownie przyjęła Leszka niesamowicie gościnnie i znowu traktowała go jak drugiego syna. Przebywał tam, aż przez dwa tygodnie nie mając najmniejszej ochoty wracać do domu. Dobrze mu było tutaj. Ludzie serdeczni, uczynni, otwarci i gościnni. Każdego dnia coś innego. A to wizyta u kuzynek Irenki i Teresy, a to w pole z kuzynem Irka Stefanem, a to na motocyklu do Gołańczy i do Wapna, a to świniobicie. Rozmaitość zajęć, dobre jedzenie, a przede wszystkim doborowe towarzystwo czyniły z tego pobytu najlepsze wakacje.Poniżej zdjęcie wykonane z tarasu domu przy ulicy Smukalskiej w Bydgoszczy. Zdjęcie wykonałem w maju 2026 roku.
Obecnie ta abolicja obejmie kunia, kierwę, małgośkę i tego cwanego doktorka od szpitala warszawskiego, a także wielu, wielu innych.
Kindżał - odcinek 10
Kolejny raz przypominam:
| Bydgoszcz - Aleja Ossolińskich - maj 1979 rok. Na tym zdjęciu jest moja córeczka ( w wózku), moja żona i jej przyjaciółka Roma oraz przypadkowy osobnik na ławce. Poprzedni post z tego cyklu |
Razem chodziliśmy do Technikum Kolejowego przy ulicy Kopernika numer 1 w Bydgoszczy. Razem studiowaliśmy na ATR na WBL w Bydgoszczy. Razem po studiach byliśmy w wojsku. Razem potem się spotykaliśmy, a później korespondowaliśmy.
Ja w Polsce w szarych lat 80-tych, a mój przyjaciel był już wówczas w jednym ze szwajcarskich kantonów.
Do dzisiaj, pomimo wielu prób (a znaliśmy się bardzo blisko ponad lat kilkanaście) nie udało mi się nawiązać jakikolwiek kontakt z kolegą Tubielewiczem mieszkającym wówczas w w kamienicy na skrzyżowaniu Alei Pierwszego Maja i ulicy Świętojańskiej w Bydgoszczy. ( nad piekarnią Bidgońscych).
Szukam Ciebie mój były przyjacielu. Jeżeli żyjesz to odezwij się.
| Zdjęcie z 1972 roku |
Kindżał - odcinek 9
I to wówczas, w tym czasie, który miał miejsce po około pięciu latach od naszego powrotu z Indii, niewiele po tym jak rozstałem się z Ingrid, zacząłem mieć pierwsze kłopoty. Najpierw zdrowotne, a potem i zawodowe. Z początku myślałem, że to chwilowe lub przejściowe, że zaraz przeminą i wszystko wróci do stanu poprzedniego. Niestety tak się nie stało. Coraz bardziej słabłem fizycznie i upadałem na duchu. Któregoś dnia wyciągnąłem na światło dzienne dawno nie oglądany posążek i zacząłem mu się szczegółowo przyglądać. A czym bardziej mu się przyglądałem tym bardziej rósł mój niepokój. A jednocześnie wzrastało we mnie jakieś nieokreślone rozdrażnienie i stan nieokreślonego, chociaż na razie bardzo słabego, lęku. Zacząłem ponownie interesować się symbolami, które były związane z tym posążkiem. Wiedziałem już, że swastyka oprócz symbolu pomyślności i dobra jest także starożytnym ukazaniem Słońca, a zakrzywione jej ramiona symbolizują promienie słoneczne będące dawcą wszelakiego życia. Wiedziałem, że w czasach na długo przed chrześcijaństwem był to symbol tak samo popularny jak obecnie krzyż. Ale nie wiedziałem, że Śiwa – jogin i asceta, dobroczyńca, głowa rodziny, znany także jako deva czyli szczodrze obdarowujący, którego trzecie oko symbolizuje mądrość, jest także symbolem niszczyciela. Nie wiedziałem do tej pory, że ten trzeci co do rangi, po Brahmie i Wisznu, hinduski Bóg, ten wszechdobry, mądry i wspaniały Pan Niebios ma naturę dwoistą i zarazem jest gwałtownego charakteru, a szczególnie gdy przerywa mu się medytację. Potrafi wówczas spopielić swoim trzecim okiem intruza, który to uczyni. Okazało się, że dwoistość jego charakteru spotęgowała się, gdy nieoczekiwanie wypił on truciznę z mlecznego praoceanu kosmicznego. Chciał, aby się dzięki tej truciźnie zostać lepszym, spokojniejszym i mądrzejszym, a stało się odwrotnie i zamiast zneutralizować w swoim ciele gwałtowność i niszczycielstwo to trucizna ta zabarwiła ciało Śiwy na kolor siwo-niebieski będący w Indiach symbolem nieskończoności, ale jednocześnie owa trucizna cechy przeciwne do tych cech dobrych jeszcze bardziej powiększyła.
Nabyłem tej i innej wiedzy, o której dzisiaj nie chcę więcej mówić bo długo, całymi godzinami musiałbym to czynić, abyś mógł zrozumieć to czego się dowiedziałem, ale nie mamy na to dzisiaj tyle czasu. Może kiedyś, może przy innej okazji ci opowiem. Jedno tylko muszę dodać, otóż czym więcej wiedziałem tym bardziej niepokoiłem się, a szczególnie niepokoił mnie ów kindżał i ten kamień go wieńczący. Coraz bardziej byłem przekonany, że ta figurka jest przyczyną moich wszelakich problemów. A czym więcej o tym my myślałem tym bardziej byłem przekonany, że tak jest. W końcu stwierdziłem, że muszę się pozbyć z mojego życia tej figurki.
Dlatego właśnie w tym celu ciebie zaprosiłem. Otóż chciałbym, abyś zabrał ten posążek do siebie, do Polski. Macie tam teraz coraz więcej bogatych ludzi, a i blisko wam do jeszcze bogatszych Rosjan lub Niemiec i może uda się tobie sprzedać za niezłą kwotę tę niesamowita rzecz.
Co o tym myślisz? A ile ma ta figurka kosztować? – zapytałem Olafa. Jak wiesz podobno jest bezcenna, ale realnie patrząc nie mam żadnego świadectwa jej nabycia, a nawet nie mogę się ujawniać jako jej właściciel, gdyż nie wiem czym to mogłoby się dla mnie skończyć dlatego też sądzę, że suma dwustu tysięcy dolarów byłaby dla mnie do zaakceptowania. A ta suma pozwoliłaby mi spokojnie pojechać na rok do Indii i podjąć się leczenia, być może, aż do wyzdrowienia.
Potem obcasowo dodał - to co Artur, pomożesz? Muszę się nad tym zastanowić – odparł Artur i powiedział - czyli twierdzisz, że przez ponad pięć lat po powrocie z Indii miałeś pasmo sukcesów, a niepowodzenia zaczęły się później, tak? Właśnie tak to widzę i tak to było.
Myślałem całą noc o propozycji Olafa i w końcu doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie jak ja sam kupię ten posążek od niego. Pomyślałem, że na te dwieście tysięcy dolarów to mnie spokojnie stać bez większego uszczerbku na moim majątku, a jak sprzedam posążek w ciągu paru lat to jeszcze na tym wielokrotnie zarobię.
Tak też się stało. Zapłaciłem Olafowi owe pieniądze, a posążek, tuż przed końcem dwudziestego wieku, przywiozłem do Podkowy Leśnej. I tak samo jak w przypadku Olafa przeleżał w moim sejfie ten posążek prawie pięć lat. Podobnie jak Olafowi, interesy w tym czasie szły mi dobrze, a nawiązane w Indiach i Szwecji kontakty sowicie mi się odpłaciły. Zmodernizowałem według swojego gustu dom i ogród, sporo podróżowałem i rzec można, iż żyłem w ciągu tych pięciu lat bardzo dobrze.
Niestety od prawie dwóch lat moje sprawy idą coraz gorzej i chociaż ze zdrowiem, jak dotąd nie mam kłopotów to jednak kilka spektakularnych porażek biznesowych ostatnio poniosłem. I ja podobnie jak Olaf zacząłem myśleć, że to wina owej figurki, która głęboko schowana i owinięta w grube sukno, tkwi głęboko w moim dużym sejfie. Popadłem w taką samą manię, co jest kompletnie dla mnie dziwne i obce. Nawet jej nie dotykam tej figurki i staram się także na nią nie spoglądać, gdy z różnych powodów korzystam z mojego sejfu.
I teraz przechodzę do rzeczy, do sedna sprawy, czyli do prawdziwego powodu zaproszenia pana do mojego domu.
To co może jeszcze po szklaneczce jakiegoś trunku panie Leszku? Nie, dziękuję dla mnie dosyć, a jutro trzeba do pracy i umysł musi funkcjonować normalnie. Znam siebie na tyle dobrze, iż wiem jakie skutki byłby, gdybym jeszcze coś wypił. Jutro miałbym bolącą głowę i ogólne otępienie, a na to sobie nie mogę pozwolić. Proszę sobie nalać jak pan chce, ale ja dziękuję - odparł Leszek. W takim razie ja też zrezygnuję - stwierdził Artur i kontynuował. Z tego co się orientuję to prowadzi pan ten swój sklep już ponad półtora roku i słyszę zewsząd dobre opinie o panu, a także o ofercie win, którą przecież sam dosyć dobrze znam. Ma pan, jak sam pan wspomniał w rozmowie ze mną, spore grono stałych klientów. Sadząc po samochodach jakie widuję pod pana sklepem, a zdarza się zobaczyć nawet Maybacha, Bentleya czy Aston Martina. Widziałem także kilka Porche czy Maserati, o najnowszych modelach prestiżowych Lexusów i Mercedesów, czy tych tak obecnie modnych samochodach terenowych, nie wspominając. Przejeżdżając widzę te i inne auta na parkingu pod pana sklepem. Dlatego sądzę, że pana klientami, przynajmniej w sporej części, muszą być osoby naprawdę zamożne, a może nawet bogate, gdyż ceny większości wymienionych samochodów zaczynają się na poziomie od pół miliona złotych w górę. Oczywiście sporą grupę pana klientów mniej lub bardziej znam, ale wielu zapewne przyjeżdża z innych pod-warszawskich miejscowości, a i nieraz chyba trafiają się dobrzy warszawscy klienci. Mam rację? Tak, mam różnych klientów, w tym spore grono osób dosyć znanych, ale też i niemało takich, o których nic nie wiem, a oceniać ludzi tylko po samochodach to może być bardzo zwodnicze. Chociaż ogólnie muszę przyznać panu rację, panie Arturze. Jeżeli ktoś jeździ samochodem wartym setki tysięcy złotych to raczej do biednych nie należy. Otóż to. Już od paru miesięcy obserwuję dyskretnie osoby kupujące w pana sklepie, a czynię to z prostego powodu, chciałem osobiście się przekonać, że to co zamierzam panu zaproponować ma jakikolwiek sens. Dlatego też wypytywałem pana o te różne dodatkowe transakcje. Krótko mówiąc chciałbym panu zaproponować, aby podjął się pan próby sprzedania posążka, o którym dzisiaj tyle mówiliśmy. Obawiam się go nadal mieć u siebie. Jak już wspominałem budzi on coraz większy chociaż zupełnie irracjonalny mój niepokój. Zakłóca moje życie. Może to się to panu wydać śmieszne co teraz mówię, ale niech mi pan uwierzy, że coraz bardziej jestem przekonany o swojej racji. Jest oczywiście i inny jeszcze powód dla którego chcę sprzedać tą figurkę. Jak już wspomniałem ostatnie parę interesów mi nie wyszło, a teraz mam na oku super biznes i potrzebuję na jego uruchomienie tylko milion złotych, a przynieść mi on może wiele milionów zarobku. Nie będę zapeszał i mówił o tym, gdyż póki nie ma kasy na stole jak się to mówi to nic nie jest pewne. Trochę gotówki mam, lecz to raptem jedna trzecia potrzebnej kwoty. Dlatego pomyślałem, żeby wystawić posążek na sprzedaż. Chciałbym uzyskać ze sprzedaży kwotę pomiędzy dwieście, a dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów lub odpowiednią kwotę w Euro. Oczywiście mogą być także złotówki. Już parę miesięcy temu pomyślałem o panu w związku z tą sprzedażą. Mało kto ma tyle i to codziennych kontaktów z bogatymi ludźmi jak pan, a do tego u wielu z nich uzyskał pan pewien kredyt zaufania i dobrą opinię, a to często kapitał większy niż pieniądze. Potrafi pan, czego sam doświadczyłem, przekonująco, sugestywnie i ciekawie mówić, a to też niezły kapitał. Wreszcie jest pan tutaj już na tyle znany, iż nie ma obawy, że zrobi pan coś niegodnego, złego lub nieuczciwego. Gdyby udało się panu sprzedać ten posążek to dostanie pan ode mnie dziesięć procent od uzyskanej kwoty, a to jak sądzę dla każdego suma nie do pogardzenia. To, na przykład równowartość ceny dobrego, średniej klasy samochodu. To co panie Leszku, spróbuje pan podjąć się tego zadania? Leszek myślał parę minut, aż w końcu odpowiedział - naprawdę udało się panu kompletnie mnie zaskoczyć. Nie mam pojęcia czy chociaż jeden klient będzie chciał o tym artefakcie ze mną rozmawiać. Musiałbym się dobrze zastanowić, gdyż już w mojej głowie wzbudził pan nie lada niepokój swoim opowiadaniem. Muszę to przetrawić, przemyśleć, a także przeanalizować, którym klientom ewentualnie taki zakup zaproponować. Dlatego też zostawmy na dzisiaj już tę rozmowę i proponuję, abyśmy powrócili do niej na przykład za tydzień. Spotkajmy się w przyszłą niedzielę, o tej samej porze co dzisiaj. Może tak być panie Arturze? Ależ oczywiście, jak najbardziej. Umówmy się tylko już dzisiaj, że o figurce, jej wyglądzie, cechach i właściwościach nie będziemy więcej rozmawiać, aby nie rozbudzać również w panu większego niepokoju. Moim zdaniem człowiek naprawdę zamożny kupując taki posążek może w nim ulokować określoną kwotę pieniędzy, która nigdy nie będzie niższa od tej za jaką ją kupi. Ponadto, jak zapewne pan wie, trudno dzisiaj o bezpieczne lokaty. Akcje, obligacje, gotówka, zagraniczne konta, artystyczne dzieła, dobre wina, złoto, diamenty i tysiące innych różnych możliwości, jak pokazuje dzisiejsza rzeczywistość nie są tym co kiedyś, czyli jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Podlegają wahaniom, spekulacjom, kryzysom i tysiącom innych nieprzewidywalnych czynników. W tym świetle lokata w taki posążek i to lokata na poziomie wartości samochodu jakim klient na co dzień jeździ, może się okazać w przyszłości najlepszą lokatą – nie sądzi pan, panie Leszku? Zapewne ma pan wiele racji, ale ja już kilku dobrych lat wypadłem z obiegu takiego myślenia. Niewiele mam i dzięki temu nie mam takich zmartwień, o których pan wspomina. Przyjechałem tutaj, aby objąć posadę dyrektora w nowej firmie mojego dawnego kolegi i zarobić, jak się to mówi, parę złotych. Niestety kolega wpadł w tarapaty, ale to już inna historia i może kiedyś jeszcze o tym porozmawiamy. Na dzisiaj jak dla mnie to wystarczy. Tyle mi pan nakładł do głowy i to takich różności, że naprawdę muszę to sobie spokojnie poukładać i się nad tym zastanowić. O, jak widzę dochodzi już dwudziesta trzecia, czyli zeszło nam na tej rozmowie, prawie sześć godzin, a wydawało mi się, że góra dwie godziny. Będę się żegnał panie Arturze bo jutro roboczy dzień i trzeba o dziesiątej otworzyć sklep. Może odwieźć pana, panie Leszku? Ależ nie, nie ma sensu, to raptem parę ulic, okolica spokojna i z przyjemnością się przejdę. To do zobaczenia za tydzień – powiedział pan Artur odprowadzając Leszka do drzwi wyjściowych. Dobranoc, do zobaczenia – odpowiedział Leszek.
Cabo Roig to nasze od 11 lat miejsce zimowania przez pół smutnego w Polsce okresu od listopada do kwietnia.
Normalnie to ponad 300 słonecznych dni w roku, ale zdarzają się również takie sytuacje jak na poniższym zdjęciu.
To zalana, praktycznie w całości, najlepsza plaża na Costa Orihuel'
Kindżał - odcinek 8
Zaprosił mnie do siebie, do ich rodzinnego domu, gdzie teraz mieszkał. W piękne wrześniowe popołudnie usiedliśmy na wspaniałym tarasie, z którego roztaczał się fantastyczny widok na Sztokholm. Olaf nalał do oryginalnych dwóch kryształowych kieliszków starego osiemnastoletniego Martella, czyli jak sam dobrze wiedziałem, absolutnie genialnego koniaku i to tego z wielkiej czwórki, najlepszych koniaków Świata, a rocznikowo wprost rewelacyjnym. Już po pierwszym łyku owego cudownego trunku, po delektowaniu się euforią smaku owego napoju Bogów, rozpoczęliśmy naszą rozmowę.
Od razu, już w chwili gdy się witaliśmy, zauważyłem, że od naszego ostatniego spotkania, Olaf bardzo się zmienił. Teraz siedząc obok niego na tarasie miałem okazję bliżej mu się przyjrzeć. Z ogromną przykrością zauważyłem, że był zupełnie innym człowiekiem niż ten, z którym ponad pięć lat temu, powróciłem z Indii. Wyglądał źle i niezdrowo, był przeraźliwie wychudzony, a posiwiałe rzadkie już obecnie włosy, poszarzała twarz i matowe, niegdyś tak iskrzące się intensywnym niebieskim kolorem oczy, dopełniały tego smutnego i przykrego dla mnie, obrazu. Był jakby nie tym człowiekiem, którego znałem. A przecież miał dopiero czterdzieści parę lat. Nie miałem pojęcia o co chodzi. Skąd ta zmiana. Nie odważyłem się jednak pytać o przyczyny tak ogromnych zmian, a tylko grzejąc w dłoniach pękaty kieliszek świetnego koniaku, czekałem na to co on sam powie.
A właśnie ja tutaj o koniaku w kieliszku, a pana szklaneczka pusta. Już przechodzę do sedna sprawy to może jeszcze po jednym drinku, co panie Leszku? Dobrze się słucha i dobrze popija, ale moja norma nie pozwala mi wypić dziennie więcej jak trzysta gram wódki lub maksymalnie butelkę wina - odpowiedział Leszek. Patrząc po tym ile jeszcze zostało wódki w butelce to może pan śmiało, według swojej normy, spokojnie i bez obaw wypić jeszcze jednego drinka - stwierdził pan Artur. Po czym już więcej nie pytając, nalał Leszkowi oraz sobie i kontynuował opowieść.
Olaf zaczął opowiadać, że od pewnego czasu, od jakiś dwóch lat, interesy idą mu coraz gorzej, a ostatnio to już wręcz beznadziejnie. Rodzina widząc moje niepowodzenia nadal namawiała mnie do pracy u brata. A przecież powinni już dawno wiedzieć, że ja się do tego nie nadaję. Ale najgorsza jest sprawa mojego zdrowia. Jak sam widzisz, delikatnie mówiąc, nie jest ze mną najlepiej. Chodzę od paru lat po różnych lekarzach, a ci stawiają różne diagnozy, lecz żaden nie potrafi mi pomóc. Podobno to jakieś zarazki z Indii znalazły sobie we mnie siedzibę, a ich natury i sposobu leczenia tutejsi lekarze nie potrafią określić. Męczę się coraz gorzej i od jakiegoś czasu noszę się z myślą, żeby pojechać do Indii, może tamci specjaliści coś mi doradzą i pomogą przywrócić moje zdrowie. Zabieram się do tego wyjazdu już od paru miesięcy, ale nie mogę się jakoś na to zdobyć.
Potem Olaf jeszcze długo i szczegółowo opowiadał mi o swoim życiu, zdrowiu i problemach, aż w końcu powiedział to o co naprawdę mu chodzi i po co mnie zaprosił. Po ponad dwóch godzinach różnych opowieści i po wypiciu prawie całej butelki koniaku, Olaf gdzieś na chwilę wyszedł i sądziłem, że poszedł po prostu do toalety, ale okazało się, że nie. Wrócił po paru minutach niosąc w rękach dziwny pakunek, który zaczął pomalutku i pieczołowicie odwijać. Już po chwili ukazała się naszym oczom figurka siedzącego w pozycji kwiatu lotosu hinduskiego Buddy. Tak na oko miała jakieś dwadzieścia centymetrów wysokości i gdy ją wziąłem w ręce i zacząłem oglądać to ze zdziwieniem stwierdziłem, iż jak na taką niepozorną wielkość jest wyjątkowo ciężka. W środku figurki, na brzuchu Buddy widniała niewielka hinduska, prawoskrętna swastyka. Tuż poniżej tej swastyki, w lewej dłoni Budda trzymał kindżał skierowany ostrzem w dół, a w końcu jego rękojeści osadzony był duży, jasnozielony szmaragd. Całość była ciemnego, nieokreślonego koloru, zmieniającego się nieznacznie, w zależności od tego pod jakim kątem się na figurkę patrzyło. Jeszcze chwilę pooglądałem ten niesamowity przedmiot i oddałem Olafowi, a on postawił ostrożnie figurkę na stoliczku stojącym pomiędzy fotelami, na których siedzieliśmy i powiedział - to jest najdziwniejsza rzecz z jaką w życiu miałem do czynienia, a wierz mi, że przez tych dziesięć lat w Indiach naprawdę wiele ciekawych, dziwnych, zaskakujących i tak wielce oryginalnych, rzeczy widziałem. Wieloma z nich handlowałem, albo chociaż podziwiałem w domach, pałacach lub różnych świątyniach, ale taką figurkę widziałem tylko jedną. Tę figurkę przyniosło do mnie, na rok przed naszym wyjazdem z Indii, trzech Hindusów i powiedziało, że jest ona bezcenna, że ma ponad pięćset lat, wykonana jest z kamienia z nieba, a osadzony w rękojeści kindżału szmaragd jest niespotykanym co do czystości, koloru i wielkości kamieniem tego rodzaju. Twierdzili, że figurkę kupili od jakiegoś ciężko chorego starca, gdzieś na północnym wschodzie Indii, że była ona w jego rodzinie od dawna, ale on był już ostatnim członkiem tej rodziny i potrzebował pieniądze, aby ratować swoje życie. Jak było naprawdę to tego nie wiem, ale ponieważ zażądali za figurkę trzydziestu tysięcy dolarów, co na owe czasy i na tych biednie wyglądających Hindusów było kwotą bardzo dużą to powiedziałem im, że jestem zainteresowany, ale muszę sprawdzić i popytać co to za figurka, ile jest warta i skąd pochodzi. Trzej handlarze zgodzili się ze mną, schowali figurkę do niepozornej torby i powiedzieli, że przyjdą za tydzień po odpowiedź.
W czasie tego tygodnia przepytałem kilku moich zaufanych hinduskich przyjaciół czy znają, albo chociaż słyszeli o rzeźbie Buddy z metalu lub kamienia ze swastyką na piersi oraz z charakterystycznym dużym szmaragdem. Jednak każdy z nich twierdził, że nigdy o czymś takim nie słyszał. Natomiast jeden z nich doradził mi, abym się udał do pewnego świętego męża, który może coś o tym posążku wiedzieć. Podał mi jego adres i udałem się tam następnego dnia, a było to na dzień przed ponowną wizytą trójki Hindusów. Świętobliwy mąż okazał się być mędrcem i hinduskim braminem, czyli kapłanem wysokiego szczebla, a jednocześnie członkiem najwyższej kasty hinduskiej. Na mój opis posążka i na moje pytanie odpowiedział tylko, iż jest to przedmiot bardzo starego i wielkiego, ale wąskiego kultu, że jest bezcenny i, że on nie radzi mi go kupować. Nic więcej, pomimo wielu moich próśb, a nawet prób zapłacenia mu za wiedzę jaką posiadał w tej sprawie, nie wskórałem i niczego dodatkowego się nie dowiedziałem. Wróciłem do domu i zastanawiałem się przez pół nocy co zrobić, aż wreszcie zdecydowałem, że kupię ten posążek. Pomyślałem sobie - w końcu nie jest to dla mnie jakaś ogromna kwota, a w przyszłości może przyniesie mi wielkie pieniądze. Przecież to rzecz tak unikatowa i oryginalna, tak rzadka, dziwna i fascynująca, że na pewno znajdzie się kupiec, który kupi figurkę za cenę wielokrotnie wyższą niż ta jaką mam za nią zapłacić.
Następnego dnia Hindusi zjawili się w moim biurze już z samego rana. Przywitali się i usiedli w pomieszczeniu, które im wskazałem. Nic nie mówili i było widać, że czekają na moją decyzję. Jeszcze raz wziąłem od nich ten posążek i dokładnie go obejrzałem i muszę powiedzieć, że im mocniej mu się przyglądałem tym bardziej mnie zadziwiał. Zadziwiał mnie materiał z którego był wykonany i chociaż mi się wydawało, że się znam na metalach, kamieniach i różnych stopach metali to w żaden sposób nie byłem w stanie określić z czego jest on wykonany. Zadziwiała mnie precyzja wykonania rzeźby i oczywiście zadziwiał mnie ów ogromny szmaragd wprawiony w rękojeść sztyletu. Trzymałem, oglądałem i podziwiałem figurkę przez kilkanaście minut. Nie odzywałem się, a Hindusi w tym czasie wpatrywali się we mnie z widocznym napięciem. W końcu powiedziałem im, że zdecydowałem się nabyć ich figurkę, ale zanim im zapłacę to chciałbym czegoś więcej się o niej dowiedzieć. Wyglądający na najstarszego z nich odparł, że nie mają żadnej wiedzy na jej temat. Kupili ją bo byli przekonani, iż sam szmaragd jest więcej wart niż chciał od nich właściciel owej figurki. A do mnie przyszli ją sprzedać, gdyż słyszeli, że jestem znanym i uczciwym handlarzem tego typu rzeczami, a oni chcą wyjechać z Indii i potrzebują pieniędzy na podróż.
Jeszcze raz, udając wahanie i jakby nie dowierzając ich słowom, dokładnie obejrzałem posążek i zauważyłem, że swastyka jest lekko czerwonawa z ramionami wygiętymi nieznacznie na zewnątrz, a w środku każdego pola swastyki widnieje niewielka niebieskawa kropka. Na spodzie figurki była następna malutka, ale odwrotna, czyli lewoskrętna swastyka. Całość sprawiała niesamowite wrażenie i miałem odczucie, że owa figurka czasami ożywa i jakby na mnie spogląda. Ale to było tylko takie złudzenie. W końcu poszedłem do sejfu po pieniądze i wypłaciłem Hindusom żądana przez nich kwotę. Zabrałem posążek i schowałem go do mojego sejfu.
Poniżej zdjęcie rzeźby umieszczonej na myślęcińskim stawie w pobliżu dawnej leśniczówki. Ta rzeźba podlega regularnej ruinie już od ponad 30 lat, o czym zresztą pisałem już kilkakrotnie na tym moim blogu.
Nasuwa się w związku z tym co powyżej jednoznaczna refleksja - dlaczego tak się dzieje?
Ja nie wiem, a może ktoś wie?
![]() |
| Zdjęcie wykonałem 22.05.2026 roku |
Jak tak dzisiaj gdy o tym myślę spisując tamte wydarzenia to jestem przekonany, iż właśnie w tym momencie połączyły się losy Artura i Leszka, zresztą tak samo jak wcześniej, gdy rodzice Olafa wyrazili zgodę na jego hinduska eskapadę to połączyły się losy Artura i Olafa. A stało się to dlatego, ponieważ Olaf zaproponował mi, abym z nim pojechał do Indii i pomógł mu w organizacji i działalności owej firmy. Miałem dobrą opinię u swojego szefa, a i rodzicom Olafa wydawało się, że tak będzie pewniej i bezpieczniej dlatego zgodzili się także na finansowanie mojego pobytu przez ów rok w Indiach. Oczywiście wyznaczyli limity wydatków, ale były to jak dla mnie kwoty znacznie przekraczające spodziewane potrzeby. Mając przed sobą perspektywę rocznego pobytu w tym oryginalnym kraju i do tego pobytu finansowanego przez innych, z wielka ochotą się na ten wyjazd zgodziłem. Ojciec mnie oczywiście przestrzegał i prosił, a nawet żądał, abym nie wdawał się, jak on to nazywał, w awanturę z Olafem. Zapewniał mnie o swoim poparciu i twierdził, że jestem na początku pięknej kariery w Szwecji. Wielokrotnie mnie pytał po co mi tak wielkie ryzyko, po co stawiam całe swoje życie na tak niepewną kartę, a nawet mnie źle mówił o Olafie i jego wyczynach. Kto jednak może przekonać młodego, wykształconego człowieka, bez żadnych zobowiązań i do tego posiadającego trochę gotówki, aby zrezygnował z rocznego darmowego pobytu w Indiach. Słuchałem, kiwałem głową, przytakiwałem, a zrobiłem swoje.
Może teraz opowiem panu trochę o Olafie, gdyż jego ujmujący sposób bycia, umiejętność przekonywania, wzbudzający sympatię wygląd i inne pozytywne cechy, a także jego sytuacja rodzinna i materialna, sprawiły, iż dzisiaj gdy o tym myślę to jestem przekonany, że właśnie te rzeczy odegrały decydującą rolę w ostatecznym podjęciu decyzji o moim wyjeździe z nim do Indii. W tamtym czasie Olaf był bardzo przystojnym, pełnym osobistego uroku i pełnym wprost tryskającej z niego energii, młodym mężczyzną. Był wysoki i szczupły miał bardzo wyrazistą twarz z ostro zarysowanymi kościami policzkowymi i przenikliwe niebieskie oczy. Całości wyglądu dopełniały jasno blond, gęste, lekko falującymi się włosy. Wszyscy zgodnie uznawali go za bardzo przystojnego mężczyznę. A jego uśmiech w tamtym czasie gdy go poznałem, był tak otwarty, taki zaraźliwy i szczery, iż każdego co się z nim zetknął, prawie od razu zniewalał. Olaf miał szalone powodzenie u kobiet, a i z mężczyznami nieźle sobie radził. Umiał z nimi rozmawiać, wyczuwać ich nastroje i momentalnie się do nich dostosowywać. Trafiał do ludzi zarówno swoimi argumentami jak i całą swoją osobowością. A ludzie go po prostu lubili i lubili przebywać w jego towarzystwie. Należał do tych nielicznych, którzy często tylko samą swoją obecnością wzbudzają zainteresowanie, szacunek, a czasami i podziw. Z takim to nietuzinkowym człowiekiem zetknął mnie los już na początku mojej samodzielnej drogi życiowej i dzisiaj sam nie wiem czy to było dla mnie korzystne, czy nie. Jednak obecnie coraz częściej myślę, że lepiej byłoby dla mnie, gdybym nigdy Olafa nie poznał.
Ale ja tutaj zaczynam snuć różne rozważania odbiegając od tematu, a do tego widzę, że szklaneczka pana jest pusta. Pozwoli pan, że naleję jeszcze jednego drinka, proporcje zapamiętałem. Nie, nie, proszę mówić tak jak do tej pory, to jest szalenie zajmujące i chętnie pana będę słuchać, niezależnie od tego jak długo to ma trwać, a co do drinka to proszę bardzo, z przyjemnością jeszcze wypiję.
Pan Artur nalał sobie i Leszkowi, upił łyk ze swojej szklaneczki po czym wrócił do swojej opowieści - wiosną 1984 roku, a konkretnie 25 kwietnia polecieliśmy samolotem ze Sztokholmu do Delhi. Tam mieliśmy już zarezerwowany hotel i po paru dniach aklimatyzacji zaczęliśmy się rozglądać za dawnymi znajomymi Artura, za nowymi znajomymi i za nowymi okazjami. Nie będę pana zanudzał szczegółami naszych działań, powiem tylko, że nasz pobyt w Indiach zamiast przewidywanego jednego roku, trwał aż dziesięć lat. Już po roku kiedy to rodzina Olafa przestała przysyłać przekazy pieniężne, byliśmy na tyle mocni finansowo, że mogliśmy sami sobie zapewnić całkiem wygodne życie w Indiach.
Po paru latach naszych wspólnych działań, gdzieś tak chyba po czwartym roku pobytu w Indiach Olaf zaczął wyjeżdżać do odległych miast tego ogromnego kraju, ja natomiast trzymałem się tylko dwóch miejsc czyli Bombaju i Delhi. Tutaj poznałem wielu europejskich handlowców przyjeżdżających na miesiąc lub dwa na zakupy towarów do swoich firm. Zawarłem z nimi szereg umów i dostarczałem im głównie meble i inne towary służące do wyposażenia mieszkań. Interes kręcił się dobrze. Zarabiałem sporo, ale coraz częściej zaczynałem mieć już dosyć Indii. Z Olafem robiliśmy od czasu do czasu wspólne interesy jednak większość jego spraw była mi mało znana. Mieszkaliśmy już wówczas osobno, w innych miastach i kontaktowaliśmy się raz na parę miesięcy.
Pewnego dnia, gdy mijał dziesiąty rok pobytu w tym ciekawym, ale ogromnie uciążliwym, przynajmniej, jak dla mnie kraju, przyjechał do mnie Olaf i stanowczo oświadczył, że natychmiast wraca do Szwecji. Ponieważ ja także coraz częściej o tym myślałem dlatego powiedziałem, że wracam z nim. O tych dziesięciu latach spędzonych w Indiach napisać mógłbym parę książek. Były to lata pełne ciężkiej pracy, pełne ciągle nowych pomysłów, zaskakujących zmian, lata ciekawe, lata spędzone w kompletnie egzotycznym kraju, w którym prawie wszystko było inne niż to co było moim doświadczeniem przed wyjazdem do Indii. Pomimo powodzenia materialnego i poznania bardzo wielu wspaniałych, interesujących, a często i oryginalnych ludzi, nie był to jednak świat, w którym chciałbym żyć na stałe. I tak sądzę, że za długo w nim przebywałem. Dlatego też z wielką chęcią i zaangażowaniem polikwidowałem moje miejscowe firmy, sklepy i przedstawicielstwa, porozmawiałem z moimi ówczesnymi indyjskim kontrahentami o nowych zasadach współpracy, a potem spakowałem co się dało i kupiłem bilet na samolot.
Dlatego w połowie 1994 roku znaleźliśmy się znowu w Sztokholmie. Tam nasze drogi się rozeszły na dobre i przez parę lat nie spotkałem Olafa, a nawet nie miałem od niego i o nim nawet najmniejszej wiadomości. Ja nadal importowałem to samo z Indii co poprzednio, ale na dużo mniejszą skalę. Kupiłem sobie niewielki dom na przedmieściach stolicy Szwecji. Żyłem dostatnio i spokojnie. Moi rodzice na samym początku polskich przemian wrócili do kraju. Wyremontowali dom po dziadkach, ten, w którym teraz jesteśmy i rozpoczęli, jak to mówili, zmagania z polską demokracją. Niewiele miałem z nimi kontaktów w ostatnich latach oprócz okazjonalnych telefonów i bardzo rzadkich listów. A teraz mam do siebie wielki żal, że nie ujrzałem już nigdy mojego ojca. W dwa lata po moim powrocie z Indii do Szwecji zachorował na raka i zmarł w ciągu miesiąca. Nie byłem w stanie tego przewidzieć i gdy ja tylko ciągle się wybierałem go odwiedzić to on w tym czasie odszedł od nas na zawsze. Wtedy też, na pogrzebie ojca, ostatni raz widziałem moją mamę. Po roku od śmierci ojca odeszła cichutko, nic nikomu nie mówiąc. Do dzisiaj nie wiem dlaczego zmarła. Zawsze była okazem zdrowia. Pewnie nie umiała sama żyć. Po tej rodzinnej tragedii zacząłem zastanawiać się nad powrotem do Polski. Kasy miałem sporo, a wspaniały dom w Podkowie wymagał ręki gospodarze. Byłem jedynym spadkobiercą, a ze Szwecją oprócz moich interesów, niewiele mnie wiązało. W końcu postanowiłem sprzedać mój szwedzki dom, zamknąć firmę i wrócić do mojego kraju. Był to rok 1999 i pomyślałem sobie, że idzie nowy wiek to i ja muszę wszystko zmienić. Dopinałem właśnie likwidację moich szwedzkich interesów, gdy skontaktował się ze mną telefonicznie Olaf. Olaf, którego nie widziałem już od około pięciu lat, nic o sobie nie mówiąc, poprosił o pilne spotkanie. Byłem ogromnie zaskoczony i zdziwiony, ale to przecież jemu zawdzięczałem moją obecną pozycję, to on mi pomógł na początku indyjskiego startu i to wreszcie dzięki jego decyzji opuściłem ten kraj z czym nosiłem się od dawna, ale nie potrafiłem tego uczynić. Dlatego też czułem się mocno zobowiązany do spotkania się z nim, a ponadto byłem ciekaw co u niego, jak żyje, jak sobie radzi?