Kindżał
Odcinek 1- Propozycja
Przedstawiony w prologu Zdzisław, w piękny majowy dzień, wszedł do sklepu i wbrew temu czego Leszek mógł się po nim spodziewać pozorom, wcale się nie zdziwił na widok sprzedawcy. Wszedł pewnym krokiem z uśmiechem na ustach prawie krzycząc od progu - witam mojego dawnego kolegę. Potem mocno uścisnął Leszka dłoń i powiedział - cześć Leszek, słyszałem od naszego wspólnego znajomego Rafała Wilka, którego niedawno spotkałem w Warszawie, że prowadzisz tutaj sklep z winami i innymi alkoholami i to już chyba od około dziesięciu lat. A jak wiesz, Rafał mieszka w tej okolicy i mówił mi, że często do ciebie zagląda. Chwalił ciebie jako sprzedawcę i polecał wina, które sprzedajesz. Przyjechałem na parę dni do Bydgoszczy i pomyślałem sobie, że wpadnę i odwiedzę starego znajomego. Mów co tam u ciebie? Nie ma specjalnie o czym mówić – odpowiedział Leszek. Jak widzisz żyję prosto, normalnie. Wycofałem się już parę lat temu ze wszystkich biznesów i teraz spokojnie prowadzę sobie ten wiejski sklepik z winami. No nie żartuj. To nie żaden wiejski sklepik, ale jak widzę świetnie zaopatrzony w najróżniejsze alkohole, dobry, branżowy sklep, którego nawet w stolicy by się nie powstydzili. Zresztą jak pamiętam zawsze miałeś ciągoty do dobrych alkoholi, a handlujesz nimi chyba już kilkanaście lat, co? To prawda, niedługo będzie 15 lat, lecz co to dzisiaj za handel, gdy na każdym rogu supermarket, hipermarket, albo konkurencyjny, inny sklep z alkoholem. Ot tak sobie siedzę niedaleko od mojego domu do którego mam dobry dojazd i próbuję zarobić na jako takie utrzymanie. No chyba, aż tak źle to nie jest, co? Niestety jest i zanosi się na to, że będzie jeszcze gorzej, gdyż inwazja tych cholernych zagranicznych sklepów trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na to, aby miało się coś zmienić, chyba, że jak zwykle, na gorsze. A my mali polscy handlowcy nie mamy żadnych szans, aby skutecznie przed tym wielkim zachodnimi sieciami handlowymi się bronić. Przede wszystkim nie posiadamy dostępu do gotówki no nie i nie otrzymujemy od władz państwowych i lokalnych takich ulg i różnorakich preferencji jak te zagraniczne molochy. A do tego jesteśmy wykorzystywani przez nasze państwo, które z wielkich sklepów niczego praktycznie nie zgarnia i nie dość, że do budżetu nie wpływała z tytułu ich działalności żadna kasa to jeszcze gorzej - ze wszystkiego są zwalniani. Niestety z nami jest odwrotnie, nas się wykorzystuje wręcz do granic absurdu. A przecież jak wiemy z historii na handlu bogaciły się całe narody, a u nas odwrotnie – oddaliśmy prawie cały polski handel w obce ręce niczego nie uzyskując w zamian. Tak się dzieje już od kilkunastu lat, a żadnych pozytywnych przesłanek, albo chociaż minimalnej zmiany tej polityki naszych władz, absolutnie nie widać. Smutne to i przykre, ale niestety prawdziwe.
Z tego co mówisz dochodzę do wniosku, że nie jesteś zadowolony ze swojej obecnej sytuacji – zapytał Zdzisław. To zależy jak na to spojrzeć – odparł Leszek. Mam spokój, nielicznych, ale świetnych klientów, zresztą wielu z nich znasz ze starych czasów. W miarę sił, czasu i środków coś tam próbuję, jak zawsze, działać także społecznie, no i oczywiście udzielam się sportowo. Na szczęście zdrowie jeszcze dopisuje. Ale, ale, ja jak zwykle się rozgadałem, a ty prawie ani słowa. A co tam Zdzisław u ciebie? Och, u mnie zawsze wiele się dzieje. Już od sześciu lat mieszkam pod Warszawą. Dawno doszedłem do tego, że jak chcesz prowadzić naprawdę poważne interesy to musisz ciągle być w pobliżu władzy, w pobliżu decydentów, w pobliżu urzędników wydających różne pozwolenia, koncesje, no i w ogóle decydujących o tym co ważne i istotne. Co ja ci zresztą będę tłumaczył, sam wiesz jak było, a wiele się nie zmieniło. Trochę ludzi w kręgach, w których od lat się obracam się zmieniło, ale zasady i sposoby postępowania zostały te same co kilkanaście lat temu. Działam w różnych branżach, budowlanej, finansowej, energetycznej, a teraz myślę o nowej dziedzinie, o branży metalowej. To ty jesteś, zresztą podobnie jak kiedyś, biznesmen pełną gęba, co? – zapytał Leszek. E, przesada, gdzie mi tam do prawdziwych biznesmenów. Jakoś sobie nieźle radzę, ale bez nowych pomysłów, bez ucieczki do przodu, bez rozszerzania kręgu znajomości i swoich możliwości, szybko może się stać inaczej. Cały czas muszę być czujny, wytrwały, elastyczny, przebiegły, a zresztą sam wiesz jak to działa, pod tym względem naprawdę nic się nie zmieniło. A jeżeli już to na gorsze bo konkurencja wielokrotnie się zwiększyła od czasów kiedy nasze drogi, dawno temu się skrzyżowały. No, ale przecież to nie czas i miejsce na takie rozmowy. Wpadłem zobaczyć co u ciebie słychać i zobaczyć ten twój sklep. Z tego co mówisz to wnioskuję, że u ciebie nie najlepiej, co? Jak już ci mówiłem to zależy od punktu widzenia - odpowiedział Leszek. Jasne, że chciałbym podróżować po świecie, mieć sporo kasy, dużo przyjaciół i masę ciekawych przeżyć, ale tak mi się życie ułożyło, że zostałem z boku, a teraz, z perspektywy czasu, można spokojnie powiedzieć, że jestem na aucie. Niestety, jak mawiała moja babcia – każdy w życiu ma to na co zasłużył. Sam nie wiem, czy to prawda, ale przynajmniej jakoś siebie próbuję tłumaczyć moją obecną sytuację.
No dobra, fajnie się gada, ale ja muszę już lecieć – powiedział Zdzisław, czekają na mnie w kontrahenci. Za godzinę umówiłem się z nimi w restauracji w Hotelu City. Daj mi dwa dobre wina na dzisiejszy wieczór. Przed wyjazdem jeszcze do ciebie wpadnę, bo jak rozmowy z moimi bydgoskimi kontrahentami dobrze wypadną to może będę miał do ciebie jakąś propozycję. Jednak na razie to rzecz niepewna i nie chciałbym teraz o tym rozmawiać. To cześć, do zobaczenia za parę dni – mówiąc to Zdzisław podał rękę na pożegnanie, a już po chwili wsiadał do swojego srebrnego nowiutkiego Lexusa. Pewnie ma z czterolitrowy silnik pomyślał Leszek, patrząc za odjeżdżającym wspaniałym autem wydającym z siebie cichy charakterystyczny pomruk.
Po tej rozmowie Leszek przez kilka dni nie mógł zaznać spokoju. Ciągle wracał myślami do tego co jego dawny kolega powiedział na odchodnym. Co też za propozycję mógł mieć do niego Zdzisław? Przecież jak sam mówił, wpadł do niego dzięki przypadkowemu spotkaniu z ich wspólnym znajomym w Warszawie. A może nie było to takie przypadkowe? A może Zdzisław coś planował do czego potrzebował takich ludzi jak Leszek? A może tak tylko zdawkowo powiedział, jak to wielu zwykło mówić przy przypadkowych spotkaniach po latach? Te i podobne myśli nachodziły go w kółko. Już od kilku lat nikt niczego mu nie proponował, a ci do których się zwracał o pomoc w załatwieniu jakiejś godziwej pracy w swoim wyuczonym zawodzie zawsze dużo obiecywali i nigdy niczego nie zrobili. A takich rozmów odbył dziesiątki, gdyż chciał wrócić do normalnego życia, a praca w tym sklepie z winami tego mu niestety nie zapewniała. Na początku każdej takiej rozmowy koledzy i znajomi zapewniali go o swoim poparciu, obiecywali, że zrobią wszystko co w ich mocy bo przecież go znają, wiedzą jaki jest porządny, solidny, doświadczony i tak dalej w tym duchu. Jednak gdy przychodził z dokumentami czyli życiorysem, podaniem, świadectwami i innymi takimi papierami to wtedy już różnie bywało. Nadal zapewniali, nadal obiecywali ale, nie wiedzieć czemu, jakby z mniejszym zapałem. Potem bywało zazwyczaj jeszcze kilka rozmów, a kończyło się na tym, że przestawali przychodzić do jego sklepu i często nawet nie odbierali już wcale jego telefonów. A tutaj nagle taka niespodzianka. Zupełnie odwrotnie niż do tej pory. O co też może chodzić? Leszek był podekscytowany i wymyślał najróżniejsze scenariusze. Czekał z wielka niecierpliwością na zapowiedzianą kolejną wizytę Zdzisława, ale nie próbował jej w żaden sposób przyspieszać, gdyż z doświadczenia wiedział, że każde takie działanie kończy się przeważnie efektem odwrotnym od tego spodziewanego. A miał w tej materii wiele obserwacji i przemyśleń zaś na pewno wnioski jakie wyciągał nie były bezpodstawne. Dawniej zawsze miał dużo przyjaciół, znajomych, kumpli do kart, picia i do wizyt w różnych ciekawych miejscach. To zapewne jest regułą znaną od pokoleń, iż zawsze masz dużo przyjaciół jak ci się powodzi i jak masz kasę. A gdy powodzenie maleje, kasa znika to owi przyjaciele również jakoś tak tajemniczo znikają.
I nagle coś zupełnie innego. Zdzisław przyjechał z własnej woli i sam coś zaproponował. Niby nic konkretnego, niby nic pewnego, ale dla obecnego stanu ducha Leszka i tak było to niesamowite dlatego też, jak już wspominaliśmy, nie mógł sobie znaleźć miejsca i nie mógł przestać o tym myśleć.
I tak, w tym niepokoju i niepewności, a także w stanie małej, ledwie tlącej się, nadziei, minęło mu pięć, pięknych, majowych dni.
Leszek był już po pięćdziesiątce i wiedział, że jego czas minął. Jednak podobnie jak każdy człowiek, łudził się i liczył na odmianę losu, liczył na przypadek, na łut szczęście, a czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi, liczył także na drugiego człowieka. W tym przypadku miał do czynienia z kimś kto kiedyś był świadkiem jego powodzenia i kto wyjątkowo dobrze go znał. I chociaż zdrowy rozsądek mu podpowiadał, aby nie przywiązywać zbyt wielkiego znaczenia do lekko wypowiedzianych słów jego kolegi to jednak nie umiał tego odrzucić, gdyż jak powszechnie wiadomo nadzieja to zawsze coś, co umiera ostatnie i tą nadzieją żył Leszek w te majowe dni.
Zdzisław zjawił się dopiero po dziesięciu dniach, we wtorek, krótko po południu. Zaraz na wstępie powiedział - jutro wracam do siebie, do swojego domu pod Warszawą, ale tak jak obiecałem wpadłem jeszcze do ciebie. Nie za bardzo poszły mi sprawy, z którymi tutaj przyjechałem i będę musiał niebawem znowu pojawić się za tydzień lub dwa w Bydgoszczy, ale to już inny problem. Dlatego z tą propozycją, o której wspomniałem, muszę się na razie wstrzymać. Nie wiem jak mi się potoczą nowe, rozpoczęte biznesy, a nie chciałbym na próżno zawracać ci głowę. Leszek nie potrafił ukryć swojego rozczarowania i nieśmiało zapytał - ale tak ogólnie to co masz na myśli, o co chodzi? Wybacz mi, ale niestety nie mogę odpowiedzieć, dopóki nie będę pewny, że sprawy pójdą tak jak tego pragnę. Przepraszam cię, ale muszę już jechać, gdyż jeszcze jestem umówiony na dzisiaj w dwóch miejscach w Bydgoszczy, a za dnia chciałbym dojechać do domu. Wiesz jakie są te nasze drogi, jaki na nich ruch i ilu na nich wariatów. Lepiej jeździć jak jest jasno. Tak jest po prostu bezpieczniej. Ja już wyrosłem z tych rekordowych przejazdów na trasie Warszawa - Bydgoszcz, czym kiedyś, jak pewnie dobrze pamiętasz, często się tak chwaliłem. Teraz zdrowie i bezpieczeństwo są dla mnie najważniejsze, a te popisy zostawiam młodszym. Podał Leszkowi rękę, którą ten mocno uścisnął, wyszedł ze sklepu, wsiadł do swojego samochodu i odjechał.
Leszek usiadł za sklepową ladą i kolejny raz zaczął ze smutkiem rozmyślać o swoim aktualnym życiu. Kolejny raz przeżywał srogi zawód. Te niepowodzenia, tak sobie myślał, stały się, i to od dłuższego już czasu, jego specjalnością. Niestety tak to zazwyczaj bywa jak się liczy na innych. Przecież to nie po raz pierwszy spotyka go srogi zawód w takich przypadkach liczenia na innych i pewnie też nie ostatni. Ostatnimi czasy, już od paru lat, coraz częściej miewał podobne, niewesołe myśli dotyczące najbliższej i dalszej swojej przyszłości. Cała ta jego przyszłość zdawała się być mglista i niepewna. Przecież mógł tak samo jak jego byli wspólnicy pójść na lipną rentę, albo postarać się, wiadomymi metodami o przyspieszoną emeryturę. Co zresztą uczyniło wielu jego kolegów i znajomych. Niestety, a może stety, nie uczynił tego w stosownym czasie. Nie zrobił tego wtedy gdy miał odpowiednie znajomości, możliwości i pieniądze. Wówczas, zresztą z niemałym oburzeniem, krytykował tych co tak robili, pouczał ich i głosił otwarcie, że tak nie można, że to przecież oszustwo. Dziwił się jak inni mogą tak czynić i niczym się nie przejmować, a teraz sam rozważał, że mógł podobnie postąpić. Jak to zawsze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Czasami nawet najbardziej porządni ludzie w chwilach swojej słabości mają wątpliwości czy naprawdę warto zawsze i wszędzie postępować przyzwoicie. Niestety życie uczy, że ten co wszędzie i zawsze pragnie postępować dobrze najczęściej upada wśród tych wielu, którzy porządnymi nie są. Dlatego też takie gorzkie myśli psuły mu coraz częściej życie. Jak się to zwykło mawiać – pozostawały mu jeszcze prawie cztery olimpiady pracy, a potem licha emeryturka. Emeryturka licha, gdyż od prawie dwudziestu lat był na swoim, a emerytury takich osób są symboliczne.
Siedział długimi godzinami w tym swoim sklepie czekając na nielicznych klientów i coraz częściej dopadły go takie i inne czarne myśli. Tak mijało mu coraz więcej tych coraz smutniejszych dni. Dni podczas których cały czas dręczyła go niepewność - czy jeszcze się coś wydarzy, czy jeszcze uda mu się odmienić swoje życie? Tylko owi nieliczni klienci, z którymi, jak zwykle, prowadził ciekawe i długie rozmowy, byli jego jedyną pociechą i jedynym urozmaiceniem tego monotonnego i jałowego życia. Życia jakże różnego od tego jakie pędził poprzednio. Z żoną już od lat nie układało mu się najlepiej. Ona od czasu jak zlikwidowali swój duży, bydgoski sklep, miała swoje życie, swoją pracę, swoich znajomych i żyła innym rytmem i innymi sprawami niż Leszek. Żyli niby razem, lecz tak naprawdę to w swoistej separacji, nawet rzadko razem jadali posiłki i rzadko coś wspólnie robili. Żona miała do Leszka pretensje oto, że mu się teraz nie wiodło. Miała także pretensje oto, że jak mu się wiodło to jej nie słuchał, a przecież doradzała mu od lat, żeby wrócił do zawodu i został poważnym dyrektorem. Długo by o tym pisać, ale nie ma co się na tym rozwodzić. Jedyna córka przebywała za granicą i przyjeżdżała raz na parę miesięcy i to raczej z obowiązku niż z miłości.
Leszek człowiek nadzwyczaj ambitny, drażliwy, uporządkowany i systematyczny, czuł jak życie przecieka mu przez palce. Nie znajdował w sobie siły na dokonanie jakiś istotnych zmian. I tak trwał, a oczekiwał od życia jeszcze wiele. Chciał podróżować, chciał pomieszkać rok lub chociaż pół roku w jakimś ciepłym kraju. Chciał podobnie, jak wielu innych, opisać swoje, jego zdaniem, ciekawe życie. Oczywiście ciekawe do momentu, w którym zerwał z wielkim światem. Miał jeszcze wiele planów i marzeń, ale czuł, że z dnia na dzień stają się one coraz bardziej nierealne.
Minął miesiąc od pamiętnej wizyty i Leszek, pełen rozterek i żalów oraz pretensji do swojego losu, prawie zapomniał o Zdzisławie. Aż tu raptem na początku wyjątkowo upalnego lipca w czasie gdy Leszek mył szyby wystawowe, bo ostro świecące słońce mocno ujawniało ich brud, już z daleka zauważył znajomego srebrzystego Lexusa. Serce zabiło mu mocno, a nadzieja kolejny raz obudziła się. Tak to był Zdzisław, który po chwili wolno i dostojnie wjechał na sklepowy parking. Po kolejnej chwili, dawni koledzy powitali się serdecznie, ściskając sobie mocno dłonie. Przez moment milczeli, przyglądając się jeden drugiemu, a potem Zdzisław zapytał - jak się czujesz, co u ciebie słychać? A dziękuję, dobrze. Zaś samopoczucie bardzo mi się od razu poprawiło na twój widok. Na zdrowie nie narzekam.
Leszek pragnąc stworzyć dobrą atmosferę do dalszej rozmowy zaczął od wspomnień i powiedział - tak sobie po twojej poprzedniej wizycie, myślałem o naszych wspólnych przeżyciach sprzed ponad 15 lat i w tych rozmyślaniach wychodziło mi, że byłeś jednym z najporządniejszych facetów, jakich w tym zwariowanym czasie przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych spotkałem na swojej drodze. Przypominałem sobie jak to chcieliśmy zakładać bank. Pamiętasz? O tak, dobrze pamiętam. Mieliśmy nawet pełnomocnika do jego organizacji i do tego z tytułem doktora ekonomii, chyba miał na imię Piotr, ale nazwiska już nie pamiętam. Nazywał się Brzeziński – odpowiedział Leszek. Taki wysoki, postawny gość, z gęstą, jasną czupryną, miłym uśmiechem przyklejonym do warg i sympatycznym tubalnym głosem. Pewnie to ta jego niepospolita powierzchowność, te zewnętrzne, jakże miłe i czarujące, rzec można, cechy tak nas zwiodły – kontynuował wspomnienia Zdzisław i dodał - pamiętam, że dużo i często podróżował służbowo, oczywiście za nasze bo sam był wyjątkowo wyrachowany, co wtedy poczytywaliśmy mu jako przyszłemu bankowcowi, na plus. Potrafił tydzień lub dłużej siedzieć na jakiś szkoleniach w Poznaniu, Gdańsku i Warszawie. Spotykał się z dziesiątkami osób w różnych miastach i w różnych firmach, próbując wybadać wybraną grupę ewentualnych przyszłych klientów. Pobierał od nas sporą miesięczną pensję i bardzo dobrze z tego w tamtym okresie sobie żył. Tak pamiętam, trwało to chyba pół roku, albo nawet dłużej i wszystko, jak wspomniałeś, na nasz koszt – dodał Leszek. I kontynuował - pamiętam, że trzeba było mieć wówczas, pod koniec 1991 roku jeden miliard złotych, żeby założyć bank. Zebraliśmy się w szóstkę, w tym ty i ja i zadeklarowaliśmy taką kwotę. A było to wówczas około tysiąca dobrych pensji. Spotykaliśmy się wielokrotnie w naszym biurze na jednym z bydgoskich rynków. Toczyliśmy wielogodzinne dyskusje, omawiając nawet obsady stanowisk w tym prawie już naszym banku. Potem zazwyczaj zdrowo popijając grywaliśmy w pokera, a pule trafiały się czasami całkiem zacne, na szczęście bez szaleństw, pożyczek czy zastawów. W trakcie gry tym łatwiej przychodziło nam obstawiać kolejne pule bo snuliśmy świetlane wizję ogromnych zarobków w tym naszym banku. Wizje te, nawet oceniając z dzisiejszej perspektywy, były bardzo realne, lecz niestety, jak czas pokazał, postawiliśmy na złego konia i do tego w pełni mu zaufaliśmy.
Byliśmy tak pochłonięci innymi sprawami, że nie zauważyliśmy, iż kolega Piotr zaczął rozmawiać o powołaniu banku także z innymi, którzy go w końcu normalnie przekupili. A tym samym nasza kasa, nasze zaangażowanie i nasze oczekiwania poszły w błoto. Och, gdyby dobrze policzyć, co ten Piotr nas kosztował, do tego porady prawne, szkolenia, wyjazdy, hotele i cała masa tych innych początkowych wydatków związanych z uzyskaniem koncesji oraz pozyskaniem tak zwanej przychylności urzędniczej i wieloma jeszcze innymi sprawami to wyszłyby nam niemałe zmarnowane pieniądze. Pewnie tak ze sto dobrych, na owe czasy pensji – snuł wątek Leszek. Tak, tak, dobrze to pamiętam bo dla mnie to była pierwsza wówczas porażka i to bardziej ambicjonalna niż finansowa, odrzekł Zdzisław i dodał - a Piotr i tak potem brał udział w tworzeniu prywatnego bydgoskiego banku. Ciekawe na ile przy tym skorzystał wówczas z naszych pieniędzy, naszej pomocy i naszej inicjatywy, ale tego już się nie dowiemy, gdyż Piotr zniknął z naszego życia. Zapewne obawiając się naszych, a może i nie tylko naszych reakcji i żądań gdzieś tam się przeniósł, chyba na Wybrzeże, a później jak ten bydgoski bank, którego był współtwórcą, popadł w tarapaty to słyszałem, że wyjechał do Stanów.
Fakt, mamy co wspominać i pewnie nie raz jeszcze, mam nadzieję, będziemy mieli okazję to robić – dodał Zdzisław. Pogadajmy jednak o tym, z czym do ciebie przyjechałem. Żeby nie było między nami nieporozumień to od razu chciałbym powiedzieć, że bardzo cię cenię i poważam i chociaż, jak sam mówisz nie za bardzo ci się teraz powodzi to i tak mam jak najlepsze zdanie o twojej uczciwości, zaangażowaniu i fachowości w tym co zawsze robisz. I wcale tutaj nie mówię zdawkowo, ani też nie po ty by cię pocieszyć, lecz wierz mi, że naprawdę tak myślę. Można powiedzieć, że tak jak ty mówiłeś przed chwilą dobrze o mnie, tak samo ja myślę o tobie. A wiem co mówię. Spotykałem na swojej biznesowej drodze setki, a może i tysiące różnych osób, nigdy ich nie liczyłem, nie zapisywałem, ani też, oprócz kilku osób, z nikim szczególnie się nie bratałem. Ciebie poznałem, gdy zaczynałem działać na swoim i pamiętam nasze rozmowy z tamtych czasów. Rozmowy o powodach takich, a nie innych decyzji, o tym co nas zmuszało do podejmowania ryzyka i o tym dlaczego to zrobiliśmy czyli przeszliśmy na swoje zamiast pozostawać na swoich świetnych wówczas państwowych posadach. Łączy nas wspólny, podobny początek na tej nowej drodze. Wówczas łączyło nas wiele, ale przede wszystkim zaufanie i wzajemny szacunek. Zawsze dotrzymywałeś słowa, chociaż nieraz na tym traciłeś, byłeś solidny i odpowiedzialny i powiem ci, że takich ludzi jak ty w moim zawodowym życiu spotkałem tylu, że mógłbym ich zliczyć na palcach jednej ręki, a jeszcze zostałyby mi wolne palce. Nie chciałbym, jak to się mówią, kadzić ci, ani też nadmiernie cię wychwalać, czy też powierzchownie oceniać, ale to co myślę to, zgodzisz się chyba ze mną, mogę powiedzieć, prawda?. Chodzi mi o twoje zaufanie. Czyż nie mam racji? No, nie wiem, ja sam sobie nie ufam, a co dopiero ufać drugiemu. To co mówisz jest dla mnie miłe, lecz mam już tyle lat, jestem wielkim realistą i przypuszczam, iż twoja, że się tak wyrażę, mowa ma, na pewno, jakiś konkretny cel – odpowiedział Leszek. Oczywiście, ale to co powiedziałem także jest bardzo ważne, jeżeli myślałbym inaczej to nie oglądałbyś mnie dzisiaj tutaj – odpowiedział Zdzisław i kontynuował - no dobrze, ale jeżeli wspomniałeś o celu to pozwól, że przejdę do konkretów. Otóż niedawno, jakiś rok temu, zakupiłem ponad hektar ziemi w podwarszawskiej miejscowości Podkowa Leśna. To niewielkie niespełna czterotysięczne, podwarszawskie miasteczko. Powstało nie tak dawno bo w okresie międzywojennym. To piękne miasto ogród, rozłożone wokół stacji kolei dojazdowej z Warszawy. Dużo zieleni, dużo pięknych domów, w których mieszka sporo znanych powszechnie osób. Tutaj mieszkał także Jarosław Iwaszkiewicz i wiele, wiele innych znanych osobistości. I właśnie w tej miejscowości kupiłem ponad hektarową działkę na której znajduje się parę budynków. W jednym z nich był duży sklep, dawnej Gminnej Spółdzielni, popularnego GS-u. W drugim budynku były spore magazyny, w których składowano kiedyś najróżniejsze towary i stąd wywożono je do innych okolicznych sklepów. Oprócz tego w tym kompleksie budynków są jeszcze dwa, całkiem przyzwoite, mieszkania. Kiedyś zamieszkiwali w nich magazynierzy z GS-u. Kupiłem to, głównie dlatego, że cena była okazyjna, a także dlatego, że poprzedni właściciel winien był mi sporą kasę. W ten sposób korzystnie przejąłem to wszystko od niego w ramach długu jaki miał u mnie. Normalnie bym się na coś takiego nie zdecydował, ale trafiła się okazja to wziąłem. Jak dojdziemy do porozumienia to ci opowiem szczegółowo jak to było, a na pewno cię ta sprawa zaciekawi bo zamieszani w to byli ludzie, których kiedyś znałeś. Przed budynkiem jest spory parking, wiesz z takiej socjalistycznej trylinki czyli dużych sześciokątnych bloczków betonowych. Nad działką przebiega linia energetyczna, a kilka metrów od budynku, w którym był geesowski sklep stoi słup wysokiego napięcia. Ta energetyczna linia przebiegająca nad budynkami to spory mankament i głównie z tego powodu cena całej nieruchomości była stosunkowo korzystna. Po zakupie od razu pomyślałem o jej skablowaniu, ale już podczas wstępnych rozmów z energetyką, jak to mówią, szczęka mi opadła i dałem sobie z tym spokój. Pewnie dziwisz się po co ci to opowiadam, ale bez tego wstępu nie mogę przejść do sedna sprawy. I Zanim przejdę do tego sedna to muszę ci jeszcze powiedzieć, że od ponad dziesięciu lat mieszkam w Konstancinie Jeziornej, czyli niedaleko Podkowy i stąd w ogóle ta sprawa z pomysłem na budynki i teren w Podkowie.. A teraz do rzeczy - otóż w niedalekiej przyszłości, powiedzmy półtora do dwóch lat zamierzam na tej działce, o której rozmawiamy, urządzić nowoczesne centrum handlu różnymi narzędziami metalowymi, urządzeniami metalowymi i formami z metalu. Jestem już po serii rozmów z niemieckim kontrahentem i jego przedstawicielem działającym w Bydgoszczy. I właśnie w tej sprawie tutaj przyjeżdżałem. Wszystko jest na dobrej drodze, ale najpierw, korzystając z tego, że mam już magazyny i nie muszę się starać o nowe pozwolenia i plany, a tylko muszę zmodernizować to co już stoi sądzę, że ta inwestycja jest bardzo realna w rozsądnym czasie. Sądzę, że dwa lata zupełnie mi na to wystarczą. Otóż po wspomnianym przypadkowym spotkaniu naszego wspólnego kolegi, który mi opowiedział co teraz robisz, przemyślałem o tobie jako o moim przyszłym współpracowniku. Sporo się zastanawiałem i analizowałem różne za i przeciw i wyszło mi, że chciałbym tobie zaproponować, abyś w przyszłości był szefem tego mojego nowego biznesu.