sobota, 30 maja 2026

Kindżał - odcinek 8

 Kindżał - odcinek 8

Zaprosił mnie do siebie, do ich rodzinnego domu, gdzie teraz mieszkał.   W piękne wrześniowe popołudnie usiedliśmy na wspaniałym tarasie, z którego roztaczał się fantastyczny widok na Sztokholm.   Olaf nalał do oryginalnych dwóch kryształowych kieliszków starego osiemnastoletniego Martella, czyli jak sam dobrze wiedziałem, absolutnie genialnego koniaku i to tego z wielkiej czwórki, najlepszych koniaków Świata, a rocznikowo wprost rewelacyjnym.  Już po pierwszym łyku owego cudownego trunku, po delektowaniu się euforią smaku owego napoju Bogów,  rozpoczęliśmy naszą rozmowę.

Od razu, już w chwili gdy się witaliśmy, zauważyłem, że  od naszego ostatniego spotkania, Olaf bardzo się zmienił.  Teraz siedząc obok niego na tarasie miałem okazję bliżej mu się przyjrzeć.  Z ogromną przykrością zauważyłem, że był zupełnie innym człowiekiem niż ten, z którym ponad pięć lat temu, powróciłem z Indii.   Wyglądał źle i niezdrowo, był przeraźliwie wychudzony, a posiwiałe rzadkie już obecnie włosy, poszarzała twarz i matowe, niegdyś tak iskrzące się intensywnym niebieskim kolorem oczy, dopełniały tego smutnego i przykrego dla mnie, obrazu.  Był jakby nie tym człowiekiem, którego znałem.    A przecież miał dopiero czterdzieści parę lat.  Nie miałem pojęcia o co chodzi.  Skąd ta zmiana.  Nie odważyłem się jednak pytać o przyczyny tak ogromnych zmian, a tylko grzejąc w dłoniach pękaty kieliszek świetnego koniaku, czekałem na to co on sam powie. 

A właśnie ja tutaj o koniaku w kieliszku, a pana szklaneczka pusta.  Już przechodzę do sedna sprawy to może jeszcze po jednym drinku, co panie Leszku?  Dobrze się słucha i dobrze popija, ale moja norma nie pozwala mi wypić dziennie więcej jak trzysta gram wódki lub maksymalnie butelkę wina - odpowiedział Leszek.  Patrząc po tym ile jeszcze zostało wódki w butelce to może pan śmiało, według swojej normy, spokojnie i bez obaw wypić jeszcze jednego drinka  - stwierdził pan Artur.  Po czym już więcej nie pytając, nalał Leszkowi oraz sobie i kontynuował opowieść.  

Olaf zaczął opowiadać, że od pewnego czasu, od jakiś dwóch lat, interesy idą mu coraz gorzej, a ostatnio to już wręcz beznadziejnie.  Rodzina widząc moje niepowodzenia nadal namawiała mnie do pracy u brata.  A  przecież powinni już dawno wiedzieć, że ja się do tego nie nadaję.   Ale najgorsza jest sprawa mojego zdrowia.  Jak sam widzisz, delikatnie mówiąc, nie jest ze mną najlepiej.  Chodzę od paru lat po różnych lekarzach, a ci stawiają różne diagnozy, lecz żaden nie potrafi mi pomóc.  Podobno to jakieś zarazki z Indii znalazły sobie we mnie siedzibę, a ich natury i sposobu leczenia tutejsi lekarze nie potrafią określić.  Męczę się coraz gorzej i od jakiegoś czasu noszę się z myślą, żeby pojechać do Indii,  może tamci specjaliści coś mi doradzą i pomogą przywrócić moje zdrowie.  Zabieram się do tego wyjazdu już od paru miesięcy, ale nie mogę się jakoś na to zdobyć.  

Potem Olaf jeszcze długo i szczegółowo opowiadał mi o swoim życiu, zdrowiu i problemach, aż w końcu powiedział to o co naprawdę mu chodzi i po co mnie zaprosił.  Po ponad dwóch godzinach różnych opowieści i po wypiciu prawie całej butelki koniaku, Olaf gdzieś na chwilę wyszedł i sądziłem, że poszedł po prostu do toalety, ale okazało się, że nie.  Wrócił po paru minutach niosąc w rękach dziwny pakunek, który zaczął pomalutku i pieczołowicie odwijać.  Już po chwili ukazała się naszym oczom figurka siedzącego w pozycji kwiatu lotosu hinduskiego Buddy.  Tak na oko miała jakieś dwadzieścia centymetrów wysokości i gdy ją wziąłem w ręce i zacząłem oglądać to ze zdziwieniem stwierdziłem, iż jak na taką niepozorną wielkość jest wyjątkowo ciężka.  W środku figurki, na brzuchu  Buddy widniała niewielka hinduska, prawoskrętna swastyka.  Tuż poniżej tej swastyki, w lewej dłoni Budda trzymał kindżał skierowany ostrzem w dół, a w końcu jego rękojeści osadzony był duży, jasnozielony szmaragd.  Całość była ciemnego, nieokreślonego koloru, zmieniającego się nieznacznie, w zależności od tego pod jakim kątem się na figurkę patrzyło. Jeszcze chwilę pooglądałem ten niesamowity przedmiot i oddałem Olafowi, a on  postawił ostrożnie figurkę na stoliczku stojącym pomiędzy fotelami, na których siedzieliśmy i powiedział - to jest najdziwniejsza rzecz z jaką w życiu miałem do czynienia, a wierz mi, że przez tych dziesięć lat w Indiach naprawdę wiele ciekawych, dziwnych, zaskakujących i tak wielce oryginalnych, rzeczy widziałem.  Wieloma z nich handlowałem, albo chociaż podziwiałem w domach, pałacach lub różnych świątyniach, ale taką figurkę widziałem tylko jedną.   Tę figurkę przyniosło do mnie, na rok przed naszym wyjazdem z Indii, trzech Hindusów i powiedziało, że jest ona bezcenna, że ma ponad pięćset lat, wykonana jest z kamienia z nieba, a osadzony w rękojeści kindżału szmaragd jest niespotykanym co do czystości, koloru i wielkości kamieniem tego rodzaju.  Twierdzili, że figurkę kupili od jakiegoś ciężko chorego starca, gdzieś na północnym wschodzie Indii, że była ona w jego rodzinie od dawna, ale on był już ostatnim członkiem tej rodziny i potrzebował pieniądze, aby  ratować swoje życie.  Jak było naprawdę to tego nie wiem, ale ponieważ zażądali za figurkę trzydziestu tysięcy dolarów, co na owe czasy i na tych biednie wyglądających Hindusów było kwotą bardzo dużą to powiedziałem im, że jestem zainteresowany, ale muszę sprawdzić i popytać co to za figurka, ile jest warta i skąd pochodzi.   Trzej handlarze zgodzili się ze mną, schowali figurkę do niepozornej torby i powiedzieli, że przyjdą za tydzień po odpowiedź. 

W czasie tego tygodnia przepytałem kilku moich zaufanych hinduskich przyjaciół czy znają, albo chociaż słyszeli o  rzeźbie Buddy z metalu lub kamienia ze swastyką na piersi oraz z charakterystycznym dużym szmaragdem.  Jednak każdy z nich twierdził, że nigdy o czymś takim nie słyszał.  Natomiast jeden z nich doradził mi, abym się udał do pewnego świętego męża, który może coś o tym posążku wiedzieć.  Podał mi jego adres i udałem się tam następnego dnia, a było to na dzień przed ponowną wizytą trójki Hindusów.   Świętobliwy mąż okazał się być mędrcem i hinduskim braminem, czyli  kapłanem wysokiego szczebla, a jednocześnie członkiem najwyższej kasty hinduskiej.    Na mój opis posążka i na moje pytanie odpowiedział tylko, iż jest to przedmiot bardzo starego i wielkiego, ale wąskiego kultu, że jest bezcenny i, że on nie radzi mi go kupować.  Nic więcej, pomimo wielu moich próśb, a nawet  prób zapłacenia mu za wiedzę jaką posiadał w tej sprawie,  nie wskórałem i niczego dodatkowego się nie dowiedziałem.  Wróciłem do domu i zastanawiałem się przez pół nocy co zrobić, aż wreszcie zdecydowałem, że kupię ten posążek.   Pomyślałem sobie - w końcu nie jest to dla mnie jakaś ogromna kwota, a w przyszłości może przyniesie mi wielkie pieniądze.  Przecież to rzecz tak unikatowa i oryginalna, tak rzadka, dziwna i fascynująca, że na pewno znajdzie się kupiec, który kupi figurkę za cenę wielokrotnie wyższą niż ta jaką mam za nią zapłacić.

Następnego dnia Hindusi zjawili się w moim biurze już z samego rana.  Przywitali się i usiedli w pomieszczeniu, które im wskazałem.  Nic nie mówili i było widać, że czekają na moją decyzję.  Jeszcze raz wziąłem od nich ten posążek i dokładnie go obejrzałem i muszę powiedzieć, że im mocniej mu się przyglądałem tym bardziej mnie zadziwiał.  Zadziwiał mnie materiał z którego był wykonany i chociaż mi się wydawało, że się znam na metalach, kamieniach i różnych stopach metali to w żaden sposób nie byłem w stanie określić z czego jest on wykonany.  Zadziwiała mnie precyzja wykonania rzeźby i oczywiście zadziwiał mnie ów ogromny szmaragd wprawiony w rękojeść sztyletu.   Trzymałem, oglądałem i podziwiałem  figurkę przez kilkanaście minut.  Nie odzywałem się, a Hindusi w tym czasie wpatrywali się we mnie z widocznym napięciem.  W końcu powiedziałem im, że zdecydowałem się nabyć ich figurkę, ale zanim im zapłacę to  chciałbym czegoś więcej się o niej dowiedzieć.  Wyglądający na najstarszego z nich  odparł, że nie mają żadnej wiedzy na jej temat.  Kupili ją bo byli przekonani, iż sam szmaragd jest więcej wart niż chciał od nich właściciel owej figurki.  A do mnie przyszli ją sprzedać, gdyż słyszeli, że jestem znanym i uczciwym handlarzem tego typu rzeczami, a oni chcą wyjechać z Indii i potrzebują pieniędzy na podróż.

Jeszcze raz, udając wahanie i jakby nie dowierzając ich słowom, dokładnie obejrzałem posążek i zauważyłem, że swastyka jest lekko czerwonawa z ramionami wygiętymi nieznacznie na zewnątrz, a w środku każdego pola swastyki widnieje niewielka niebieskawa kropka.  Na spodzie figurki była następna malutka, ale odwrotna, czyli lewoskrętna swastyka.  Całość sprawiała niesamowite wrażenie i miałem odczucie, że owa figurka czasami ożywa i jakby na mnie spogląda. Ale to było tylko takie złudzenie.  W końcu poszedłem do sejfu po pieniądze i wypłaciłem Hindusom żądana przez nich kwotę.  Zabrałem posążek i schowałem go do mojego sejfu.  

Po paru miesiącach, z różnych źródeł, dowiedziałem się, że figurka nie przedstawia Buddy, ale Boga Śiwę.  Wiedziałem już dawno, że swastyka jest sanskryckim symbolem przynoszącym szczęście, czyli symbolem dobra i pomyślności, ale intrygowała mnie ta mała, odwrotna swastyka na spodzie figurki.  Okazało się, że ta lewoskrętna swastyka jest znakiem nocy i magii, a jednocześnie emblematem straszliwej bogini Kali, żony Śiwy.  Od jednego z hinduskich handlarzy starociami dowiedziałem się także, iż słyszał on o podobnej rzeźbie, która według jego wiedzy  została zrobiona na początku czternastego wieku, a do jej wykonania użyto  meteorytu, który w tamtym czasie został odnaleziony na północy Indii.  Z czego ten meteoryt się składał, z jakiego metalu lub kamienia tego nigdy nie określono.  A tym samym nie były i nie są znane właściwości i skład materiału z jakiego ten posążek wykonano.  Po dalszych, długich i żmudnych indagowaniach wielu  różnych osób, okazało się, iż podobnych figurek w całych Indiach jest tylko kilka, a wartość ich jest nie do oszacowania, gdyż się nimi nie handluje.  

Należą one do nielicznych, królewskich rodów  maharadżów i są  symbolem ich władzy, bogactwa i wszelkiej pomyślności.  Te niesamowite posążki są talizmanami rodów, które je posiadają i wszyscy członkowie owych rodów najszczerzej wierzą, że to im zawdzięczają swój byt na tym świecie, swoje zdrowie, swoje szczęście i wszystko to co posiadają zarówno w sferze ducha jak i materii.  Dlatego też wartość takiego posążka dla członka rodziny maharadżów, która od wielu pokoleń go posiada jest wprost nieoceniona.  To nie jest skarb jako wartość materialna, lecz raczej przedmiot kultu, wiary i nadziei.   To rzecz absolutnie bezcenna, konieczna i potrzebna rodowi tak samo jak potrzebne jest człowiekowi powietrze do oddychania.  To podstawowy element ich życia, ich wiary i ich trwania.

Wiele jeszcze innych rzeczy, opinii i faktów dowiedziałem się o tej figurce i coraz bardziej byłem zaskoczony tą wiedzą i coraz częściej zastanawiałem się jakim sposobem ta niesamowita figurka trafiła do rąk zwyczajnych  Hindusów.  Jak to możliwe, że mogli oni wejść w jej posiadanie w uczciwy sposób?  Szybko doszedłem do wniosku, że musiało się to stać na drodze przestępstwa.  Świadczyło o tym ich zachowanie, pośpiech, nieufność, tajemniczość oraz kwota jakiej zażądali za posążek.  W trakcie naszych kontaktów byli wyraźnie zdenerwowani i bardzo im zależało na szybkim otrzymaniu gotówki do ręki i to w dolarach.  Jak teraz o tym myślę to sam się zastanawiam dlaczego nie zwróciłem uwagi na to ich bardzo podejrzane zachowanie.  Na te ich rozbiegane oczy, na unikanie konkretnych odpowiedzi na moje pytania, ich ukradkowe spojrzenia między sobą, na dziwne i nietypowe postępowanie, czyli na ich wręcz zerową wiarygodność.  Jednak wówczas tak nie myślałem.  Może byłem zaślepiony niesamowitością przedmiotu, który mi oferowali, a może już ten przedmiot zaczął na mnie jakoś wpływać, a może były i inne powody?  Faktem jest, że zamiast zastanowić się nad tym co czynię, zamiast zebrać większą wiedzę lub zmusić sprzedawców do ujawnienia przynajmniej części prawdy, nie uczyniłem tego.  A wręcz przeciwnie ogarnęła mnie jakaś przemożna chęć posiadania tego posążka.  Czyż mogłem przewidzieć fatalne następstwa tego pożądania owej figurki?   Pewnie nie, lecz nie zmienia to faktu, iż owe wydarzenie odmieni, jak później pokazał to czas, całkowicie moje życie.  I to odmieni na złe, a nie na dobre.

Co prawda gdy na spokojnie analizowałem w jej trakcie przebieg całej transakcji to doszedłem do wniosku, iż ci trzej Hindusi sprawiali wrażenie jakby czegoś mocno się bali.   Pewnie grunt palił im się pod nogami, a wiedzieli, że żaden hinduski handlarz nie nabędzie takiego posążka dlatego przyszli do mnie. A zapewne zaraz po otrzymaniu pieniędzy wyjechali z Indii.  Takie i inne myśli mnie nachodziły, lecz, niestety żadne głębsze refleksje i wątpliwości mnie nie wdarły się do mojego zaślepionego umysłu.  I dopiero jak już od paru miesięcy posążek bezpiecznie spoczywał w mojej kasie pancernej to zaczęły mnie nachodzić wątpliwości o których przed chwilą wspominałem    I także  zaczynałem czuć jakiś niepokój i coraz częściej myślałem o tym zadziwiającym posążku.   Jednak w końcu postanowiłem na razie nic w tej materii nie robić.  Uznałem, że poczekam, a może ktoś będzie go szukał, albo może ktoś będzie chciał dyskretnie go ode mnie odkupić lub też wydarzy się jeszcze coś innego to wtedy zastanowię się co zrobić.  I tak figurka przeleżała u mnie ponad rok, a potem przyjechała z nami do Szwecji.  W tej masie różnych rzeczy, które przywieźliśmy, po dziesięciu latach pobytu w Indiach, nikt nie zwrócił uwagi na nieduży posążek, który z uwagi na swój kolor niczym się nie wyróżniał od całej masy podobnych rzeczy jakie wówczas przewoziłem.  Tym bardziej, że szmaragd zamalowałem farbą podobną do koloru figurki, czyli taką ciemno-stalową.   Zresztą ta figurka na pierwszy rzut oka nie czyni  jakiegoś imponującego, a nawet interesującego wrażenia.  Chociaż ma coś w sobie co przyciąga wzrok, lecz jest to coś nieokreślonego, jest to raczej jakieś trudne do sprecyzowania, oddziaływanie na podświadomość niż na zmysł estetyczny.   Dopiero, gdy się jej bliżej przyjrzymy, najlepiej przy pomocy lupy i w strumieniach silnego światła to dostrzeżemy jej niesamowite, intrygujące, wręcz zadziwiające, piękno.  Piękno unikatowe, niepowtarzalne, które w naszym umyśle od razu zaczyna tworzyć jakieś niesamowite fantastyczne obrazy z pogranicza rzeczywistości i fikcji.  Trudno określić co jest przyczyną takiego oddziaływania tego posążka na nasze zamysły, czy to niesamowity kosmiczny metal, z którego wykonano posążek, czy może kunszt i mistrzostwo artysty, który go stworzył, albo setki lat w czasie których służył on jednemu rodowi i w tym czasie w jego wnętrzu jest zaklęta została cała historia tej rodziny.  A może to coś zupełnie innego lub też te i inne rzeczy wspólnie.  W każdym razie posążek jest czymś najdziwniejszym ze wszystkich rzeczy jakie w życiu widziałem, a przecież widziałem naprawdę wiele.  

Przez parę lat, z uwagi na nawał rozlicznych spraw, a także z powodu kilku wyjazdów do Indii i innych krajów Dalekiego Wschodu w tym także trwającego prawie rok pobytu w Pakistanie, a także paru miesięcy we Wietnamie i Tajlandii, nie za bardzo miałem czas i możliwości interesowania się tą teraz moją,  niesamowitą figurką, która spoczywała sobie spokojnie w sejfie ulokowanym w naszym domu w Sztokholmie.  Czasami sobie pomyślałem o tym posążku, a nawet kilka razy na skutek nieokreślonego impulsu,  długo i dokładnie go oglądałem, gdy akurat byłem w Szwecji, ale to było wszystko co mnie przez te lata z nim tak naprawdę wiązało.  Figurka sobie spokojnie leżała, a ja żyłem swoim intensywnym życiem.   W tym okresie interesy szły mi jeszcze  wówczas całkiem dobrze, wszystko mi sprzyjało, a nawet próbowałem się ożenić.  
W Pakistanie poznałem moją rodaczkę, która pracowała w naszej ambasadzie i akurat do niej trafiłem z moim problemem związanym z przedłużeniem pobytu w tym kraju.  Spotykaliśmy się parę miesięcy i w tej oryginalnej scenerii owego  niesamowicie kontrastowego kraju, wszystko układało się nam wspaniale.   Niestety, gdy po powrocie zacząłem spotykać się z Ingrid w Sztokholmie, tak miała na imię moja narzeczona, której skończył się już kontrakt w Pakistańskiej ambasadzie, i gdy zaczęliśmy poważnie planować wspólną przyszłość  to sprawy zaczęły się komplikować.  Ingrid, gdy mnie bliżej poznała, gdy zobaczyła mój normalny dla mnie, ale nie dla niej, tryb życia, gdy zdała sobie sprawę z moich przyzwyczajeń i nałogów ukształtowanych podczas wieloletniego pobytu na Wschodzie to zaczęły ją nachodzić coraz większe wątpliwości dotyczące naszego dalszego wspólnego życia.  Zaczęła się bać o swoją pozycję i swoją przyszłość i po paru miesiącach, nasz tak obiecujący związek, z którym wiązałem tyle nadziei, normalnie się rozpadł.   


 


sobota, 23 maja 2026

Bydgoski wstyd - 16

Poniżej zdjęcie rzeźby umieszczonej na myślęcińskim stawie w pobliżu dawnej leśniczówki.  Ta rzeźba podlega regularnej ruinie już od ponad 30 lat, o czym zresztą pisałem już kilkakrotnie na tym moim blogu.

Nasuwa się w związku z tym co powyżej jednoznaczna refleksja - dlaczego tak się dzieje? 

Ja nie wiem, a może ktoś wie?

Zdjęcie wykonałem 22.05.2026 roku


                                                    Poprzedni post z tego cyklu

Kindżał - odcinek 7

Jak tak dzisiaj gdy o tym myślę spisując tamte wydarzenia to jestem przekonany, iż właśnie w tym momencie połączyły się losy Artura i Leszka, zresztą tak samo jak wcześniej, gdy rodzice Olafa wyrazili zgodę na jego hinduska eskapadę to połączyły się losy Artura i Olafa.  A stało się to dlatego, ponieważ  Olaf zaproponował mi, abym  z nim pojechał do Indii i pomógł mu w organizacji i działalności owej firmy.  Miałem dobrą opinię u swojego szefa, a i rodzicom Olafa wydawało się, że tak będzie pewniej i bezpieczniej dlatego zgodzili się także na finansowanie mojego pobytu przez ów rok w Indiach.  Oczywiście wyznaczyli limity wydatków, ale były to jak dla mnie kwoty znacznie przekraczające spodziewane potrzeby.  Mając przed sobą perspektywę rocznego pobytu w tym oryginalnym kraju i do tego pobytu  finansowanego przez innych, z wielka ochotą się na ten wyjazd zgodziłem.   Ojciec mnie oczywiście przestrzegał i prosił, a nawet żądał, abym nie wdawał się, jak on to nazywał, w awanturę z Olafem.  Zapewniał mnie o swoim poparciu i twierdził, że jestem na początku pięknej kariery w Szwecji.  Wielokrotnie mnie pytał po co mi tak wielkie ryzyko, po co stawiam całe swoje życie na tak niepewną kartę, a nawet mnie źle mówił o Olafie i jego wyczynach.   Kto jednak może przekonać młodego, wykształconego człowieka, bez żadnych zobowiązań i do tego posiadającego trochę gotówki, aby zrezygnował z rocznego darmowego pobytu w Indiach.  Słuchałem, kiwałem głową, przytakiwałem, a zrobiłem swoje.  

Może teraz opowiem panu trochę o Olafie, gdyż jego ujmujący sposób bycia,  umiejętność przekonywania, wzbudzający sympatię wygląd i inne pozytywne cechy, a także jego sytuacja rodzinna i materialna, sprawiły, iż dzisiaj gdy o tym myślę to jestem przekonany, że właśnie te rzeczy odegrały decydującą rolę w ostatecznym podjęciu decyzji o moim wyjeździe z nim do Indii.   W tamtym czasie Olaf  był bardzo przystojnym, pełnym osobistego uroku i pełnym wprost tryskającej z niego energii, młodym mężczyzną.  Był wysoki i szczupły miał bardzo wyrazistą  twarz z ostro zarysowanymi kościami policzkowymi i przenikliwe niebieskie oczy.   Całości wyglądu dopełniały jasno blond, gęste, lekko falującymi się włosy.  Wszyscy zgodnie uznawali go za bardzo przystojnego mężczyznę.   A jego uśmiech w tamtym czasie gdy go poznałem, był tak otwarty, taki zaraźliwy i  szczery, iż  każdego co się z nim zetknął, prawie od razu zniewalał.   Olaf miał szalone powodzenie u kobiet, a i z mężczyznami nieźle sobie radził.   Umiał z nimi  rozmawiać, wyczuwać ich nastroje i momentalnie się do nich dostosowywać.  Trafiał do ludzi zarówno swoimi argumentami jak i całą swoją osobowością.  A ludzie go po prostu lubili i lubili przebywać w jego towarzystwie.  Należał do tych nielicznych, którzy często tylko samą swoją obecnością wzbudzają zainteresowanie, szacunek, a czasami i podziw.  Z takim to nietuzinkowym człowiekiem zetknął mnie los już na początku mojej samodzielnej drogi życiowej i dzisiaj sam nie wiem czy to było dla mnie korzystne, czy nie.  Jednak obecnie  coraz częściej myślę, że lepiej byłoby dla mnie, gdybym nigdy Olafa nie poznał.  

Ale ja tutaj zaczynam snuć różne rozważania odbiegając od tematu, a do tego widzę, że szklaneczka pana jest pusta.  Pozwoli pan, że naleję jeszcze jednego drinka, proporcje zapamiętałem.   Nie, nie, proszę mówić tak jak do tej pory, to jest szalenie zajmujące i chętnie pana będę słuchać, niezależnie od tego jak długo to ma trwać, a co do drinka to proszę bardzo, z przyjemnością jeszcze wypiję.

Pan Artur nalał sobie i Leszkowi, upił łyk ze swojej szklaneczki po czym wrócił do swojej opowieści - wiosną 1984 roku, a konkretnie 25 kwietnia polecieliśmy samolotem ze Sztokholmu do Delhi.  Tam mieliśmy już zarezerwowany hotel i po paru dniach aklimatyzacji zaczęliśmy się rozglądać za dawnymi znajomymi Artura, za nowymi znajomymi i za nowymi okazjami.  Nie będę pana zanudzał szczegółami naszych działań, powiem tylko, że nasz pobyt w Indiach zamiast przewidywanego jednego roku, trwał aż dziesięć lat.   Już po roku kiedy to rodzina Olafa przestała przysyłać przekazy pieniężne, byliśmy na tyle mocni finansowo, że mogliśmy sami sobie zapewnić całkiem wygodne życie w Indiach.   

Po paru latach naszych wspólnych działań, gdzieś tak chyba po czwartym roku pobytu w Indiach Olaf zaczął wyjeżdżać do odległych miast tego ogromnego kraju, ja natomiast trzymałem się tylko dwóch miejsc czyli Bombaju i Delhi.  Tutaj poznałem wielu europejskich handlowców przyjeżdżających na miesiąc lub dwa na zakupy towarów do swoich firm.  Zawarłem z nimi szereg umów i dostarczałem im głównie meble i inne towary służące do wyposażenia mieszkań.  Interes kręcił się dobrze.  Zarabiałem sporo, ale coraz częściej zaczynałem mieć już dosyć Indii.  Z Olafem robiliśmy od czasu do czasu wspólne interesy jednak większość jego spraw była mi mało znana.  Mieszkaliśmy już wówczas osobno, w innych miastach i kontaktowaliśmy się raz na parę miesięcy.  

Pewnego dnia, gdy mijał dziesiąty rok pobytu w tym ciekawym, ale ogromnie uciążliwym, przynajmniej, jak dla mnie kraju, przyjechał do mnie Olaf i stanowczo oświadczył, że natychmiast wraca do Szwecji.  Ponieważ ja także coraz częściej o tym myślałem dlatego powiedziałem, że wracam z nim.   O tych dziesięciu latach spędzonych w Indiach napisać mógłbym parę książek.  Były to lata pełne ciężkiej pracy, pełne ciągle nowych pomysłów, zaskakujących zmian, lata ciekawe, lata spędzone w kompletnie egzotycznym kraju, w którym prawie wszystko było inne niż to co było moim doświadczeniem przed wyjazdem do Indii.  Pomimo powodzenia materialnego i poznania bardzo wielu wspaniałych, interesujących, a często i oryginalnych ludzi, nie był to jednak świat, w którym chciałbym żyć na stałe.  I tak sądzę, że za długo w nim przebywałem.  Dlatego też z wielką chęcią i zaangażowaniem polikwidowałem moje miejscowe firmy, sklepy i przedstawicielstwa, porozmawiałem z moimi ówczesnymi indyjskim kontrahentami o nowych zasadach współpracy, a potem spakowałem co się dało i kupiłem bilet na samolot.

Dlatego w połowie 1994 roku znaleźliśmy się znowu w Sztokholmie.   Tam nasze drogi się rozeszły na dobre i przez parę lat nie spotkałem Olafa, a nawet nie miałem od niego i o nim nawet najmniejszej wiadomości.  Ja nadal importowałem to samo z Indii co poprzednio, ale na dużo mniejszą skalę.  Kupiłem sobie niewielki dom na przedmieściach stolicy Szwecji.   Żyłem dostatnio i spokojnie.  Moi rodzice na samym początku polskich przemian wrócili do kraju.  Wyremontowali dom po dziadkach, ten, w którym teraz jesteśmy i rozpoczęli, jak to mówili, zmagania z polską demokracją.  Niewiele miałem z nimi kontaktów w ostatnich latach oprócz okazjonalnych telefonów i bardzo rzadkich listów.  A teraz mam do siebie wielki żal, że nie ujrzałem już nigdy mojego ojca.  W dwa lata po moim powrocie z Indii do Szwecji zachorował na raka i zmarł w ciągu miesiąca.  Nie byłem w stanie tego przewidzieć i gdy ja tylko ciągle się wybierałem go odwiedzić to on w tym czasie odszedł od nas na zawsze.  Wtedy też, na pogrzebie ojca, ostatni raz widziałem moją mamę.  Po roku od śmierci ojca odeszła cichutko, nic nikomu nie mówiąc.  Do dzisiaj nie wiem dlaczego zmarła.  Zawsze była okazem zdrowia.  Pewnie nie umiała sama żyć.  Po tej rodzinnej tragedii zacząłem zastanawiać się nad powrotem do Polski.  Kasy miałem sporo, a wspaniały dom w Podkowie wymagał ręki gospodarze.  Byłem jedynym spadkobiercą, a ze Szwecją oprócz moich interesów, niewiele mnie wiązało.  W końcu postanowiłem sprzedać mój szwedzki dom, zamknąć firmę i wrócić do mojego kraju.  Był to rok 1999 i pomyślałem sobie, że idzie nowy wiek to i ja muszę wszystko zmienić.  Dopinałem właśnie likwidację moich szwedzkich interesów, gdy skontaktował się ze mną telefonicznie Olaf.   Olaf, którego nie widziałem już od około pięciu lat, nic o sobie nie mówiąc,  poprosił o pilne spotkanie.   Byłem ogromnie zaskoczony i zdziwiony, ale to przecież jemu zawdzięczałem moją obecną pozycję, to on mi pomógł na początku indyjskiego startu i to wreszcie dzięki jego decyzji opuściłem ten kraj z czym nosiłem się od dawna, ale nie potrafiłem tego uczynić.   Dlatego też czułem się mocno zobowiązany do spotkania się z nim, a ponadto byłem ciekaw co u niego, jak żyje, jak sobie radzi?  


Poprzedni odcinek

Następny odcinek

środa, 20 maja 2026

Hiszpańskie wspomnienia



Może Ktoś pozna to miejsce?

Dla ułatwienia dodam, że to południowy skraj powszechnie znanej urbanizacji na Costa Blanca (Orihuela Costa) tuż w pobliżu (10 km) z granicą pomiędzy Valencią, a Murcją.

poniedziałek, 18 maja 2026

Była bydgoska gazeta.

Kiedyś w Bydgoszczy była taka popularna gazeta, ale już dawno jej nie ma i nie wiem dlaczego?
Przypominam:



czwartek, 14 maja 2026

Komora normo - baryczna w Osielsku przy ulicy Słonecznej

 Po paru latach od zaistnienia reklamy jak poniżej, nadal tutaj jesteśmy:


Jest to dla nas bardzo miłe, ale totalnie nie merkantylne.  Może czas to zmienić?  Totalne pozytywne skutki oddziaływania na nasz organizm w pełni potwierdzamy i nikt nam za owe potwierdzenia nie płaci  
A może zapłaci?


poniedziałek, 11 maja 2026

Kindżał - odcinek 6

I ponownie, jak dwa lata temu, po pierwszej wizycie Zdzisława w jego sklepie, Leszek przemyśliwał o co też może panu Arturowi chodzić.  I powtórnie wróciło do niego trochę nadziei.  Tej nadziei, która jeszcze tak niedawno prawie zupełnie  go opuściła.  Nie była to jednak taka ożywcza energia, którą wlał w niego ongiś Zdzisław, lecz coś znacznie mniejszego, ale także pobudzającego Leszka do bardziej pozytywnego, niż to miało ostatnio miejsce, patrzenia na otaczający go świat.  A może ów tajemniczy czarny klient chce mu zaproponować współpracę, a może ma jakąś inną pracę dla niego, a może chodzi o coś zupełnie nowego, nieznanego?  Parę dni Leszek głowił się nad tymi pytaniami i obmyślał jak postąpić, gdyby takie propozycje padły.  

Aż wreszcie nadeszła niedziela, a potem niedzielne popołudnie i piękny, czysty, lśniący aż do przesady, czarny Jaguar podjechał na sklepowy parking, gdzie Leszek już od dawna niecierpliwie czekał na swojego gościa.  Panowie przywitali się oficjalnie po czym Leszek wsiadł do tego wspaniałego samochodu, a już po pięciu minutach podjeżdżali do uroczej, przedwojennej  willi, otoczonej starym, bardzo zadbanym ogrodem.  Pan Artur zatrzymał samochód na podjeździe, na wprost wejścia do domu i powiedział - zapraszam do środka.  Po przekroczeniu wielkich dwuskrzydłowych, oczywiście czarnych, drzwi, Leszek wszedł do hallu i pierwsze co mu się rzuciło w oczy to posadzka ułożona z czarno-białych płytek, a potem niby dyskretnie się rozglądając zwrócił uwagę na czarno-białe ściany ozdobione paroma ciemnymi pejzażami oprawionymi w czarne ramy.  Z hallu przeszli na prawo do dużego salonu z taką samą posadzką i takimi samymi ścianami jak w poprzednim pomieszczeniu.  Na ścianach wisiały rzucające się w oczy wielkie grafiki z widokami przedwojennej Warszawy, a otaczały je cienkie czarne ramki z malutkimi złotymi szlaczkami.  W salonie w jego centralnym miejscu stał wielki czarny stół z dwunastoma czarnymi krzesłami, zaś w głębi stały dwie czarne, skórzane kanapy, jedna dwuosobowa, a druga trzyosobowa,  natomiast obok pięknego  kominka z czarnego kamienia królowały dwa wielkie, czarne klubowe fotele,  pomiędzy którymi stał na czterech oryginalnie wygiętych nogach, niewielki czarny stolik z laki.  Pan Artur zaprosił Leszka, aby usiadł na jednym z owych foteli i zapytał - czy ma pan chęć czegoś się napić może kawy lub herbaty, czy też jakieś wino, czy może whisky, koniak, albo wódkę?  Leszek odparł -wino najbardziej lubię pić do posiłków, a jestem już po dobrym obiedzie, koniak lubię do kawy, ale dla mnie za późno już na kawę, za whisky nie przepadam dlatego też poproszę czystą, najlepiej, jeśli można to z jakimś sokiem.  

Po chwili na czarnej tacy z takiej samej laki jak wspomniany stolik, gospodarz przyniósł dwie kryształowe szklanki oraz zmrożoną butelkę Smirnoffa Black, a w karafce sok z czarnej porzeczki i powiedział - proszę sobie nalać według własnego upodobania.  Leszek nalał   wódki do wysokości jednej trzeciej szklanki i uzupełnił do pełna schłodzonym sokiem.  Gospodarz uczynił podobnie, po czym usiadł, podniósł szklankę i powiedział - wypijmy za nasze spotkanie i za to co być może z niego wyniknie.  Panowie stuknęli się szklaneczkami i upili z nich po sporym łyku, po czym pan Artur powiedział - pewnie dziwi lub przynajmniej zaskakuje pana to nasze spotkanie co panie Leszku?  To prawda.  Jestem ogromnie zaskoczony.  Dlatego też na początek zanim przejdę do rzeczy czyli do powodu, dla którego pana zaprosiłem to pozwoli pan, że opowiem trochę o sobie, gdyż jest to, moim zdaniem niezbędne, aby  potem przedstawić panu moją propozycję.  Gdybym postąpił inaczej to ta moja propozycja może się wydać panu niepoważna lub może nawet śmieszna.  

Jak już wspomniałem większość mojego dorosłego życia spędziłem za granicami naszego pięknego kraju.  Tuż po ukończeniu Wydziału Budownictwa Politechniki Warszawskiej wyjechałem do Szwecji, gdzie od paru lat przebywał mój ojciec i to on mnie na ten wyjazd namówił.   Z wielkim przekonaniem mnie zapewniał, że będzie to dla mnie wielokrotnie korzystniejsze niż podjęcie nawet najlepszej pracy w kraju.  Zbiegło się to akurat z końcówką stanu wojennego, a jak wtedy było to sam pan wie.  Z ogromnym trudem i dzięki wielu zabiegom znajomych i rodziny, po pół roku od rozpoczęcia starań o wyjazd, uzyskałem paszport i wizę i pojechałem do tej Szwecji.  Tam początkowo pracowałem na budowie, najpierw jako robotnik, a po roku, jak dosyć dobrze opanowałem język to zostałem takim urzędnikiem od materiałów na budowie, a później majstrem nadzorującym pracę kilkunastu robotników.  Zarabiałem dobrze, a patrząc na pensje moich kolegów z którymi czasami rozmawiałem przez telefon, a paru nawet mnie w czasie swoich urlopów odwiedziło w Szwecji  to  moje pobory i to już jako robotnika budowlanego były kilkadziesiąt razy większe niż dobre polskie pensje moich kolegów.  Jak już powiedziałem powodziło mi się nieźle i zacząłem nawet sporo odkładać.  jednak z upływam czasu coraz bardziej nie podobało mi się to co robiłem.  Nie miałem żadnego zadowolenia, ani satysfakcji i nie widziałem siebie dalej w takim miejscu.  Szukałem innej pracy, ale nie miałem jeszcze obywatelstwa i o uzyskaniu dobrej pracy mogłem tylko pomarzyć. I tutaj, jak to w życiu bywa, pomógł mi przypadek.  Otóż pracując jako ów urzędnik budowlany poznałem brata  mojego szefa, który był dużo od niego młodszy i był moim rówieśnikiem.  Tak jak ja również i on, głównie na życzenie swojej rodziny,  przyuczał się do budowlanego fachu.  Po kolejnym roku znaliśmy się już dobrze.  Wytworzyła się pomiędzy nami więź wspólnego niezadowolenia i w rozmowach zaczęliśmy snuć inne, czasami bardzo śmiałe plany.  Już dobrze wiedzieliśmy, że te budowy to nie jest nasze miejsce w życiu.  Ten brat, mojego surowego, obowiązkowego i niesympatycznego szefa, którego rodzina chciała koniecznie ustatkować i okiełznać to był taki lekkoduch i obieżyświat.  Zamiast studiować i uczyć się budowlanego zawodu jak jego ojciec i brat to on podróżował po  różnych krajach próbując różnych zajęć i interesów. 

Jednak te jego interesy nie bardzo mu wychodziły i gdy rodzina przestała go finansować, uważając, iż czas, żeby sam zaczął na siebie zarabiać to musiał wrócić do Szwecji i tak zaczął pracę w firmie brata.  Ale już po paru miesiącach widać było, że to nie jest zajęcie dla niego.  Gdy się bliżej poznaliśmy to z wielkim zapałem i przekonaniem zaczął on opowiadać o stworzeniu  firmy w Indiach.   Firma miała sprowadzać do Szwecji hinduskie wyroby jubilerskie, szlachetne i półszlachetne kamienie i inne  podobne produkty.  Ten brat szefa  o którym tyle opowiadam nazywał się  Olaf Karlson i dalej, aby było prościej, będę o nim mówił Olaf.  Brat Olafa, a mój pracodawca czyli Thomas Karlson był majętnym człowiekiem, a ponadto rodzice obu braci także byli bardzo zamożnymi ludźmi.  Początkowo nawet nie chcieli słuchać o tym egzotycznym handlu, na który głównie oni musieliby na początek wyłożyć pieniądze. Po prawie rok trwających przekonujących i emocjonalnych namowach brat Olafa i jego rodzice przychylili się wreszcie do jego pomysłu.  Widząc nieskuteczność swoich prób uczynienia z Olafa przedsiębiorcy budowlanego zdecydowali się zainwestować w ten hinduski biznes.    Na początek nie miała to być dla nich wielka kwota.   Olaf miał pojechać przynajmniej na rok do Indii, rozeznać się na miejscu co i jak, a potem wrócić do Szwecji z konkretnym planem i konkretnymi propozycjami.  Olaf w jednej ze swoich poprzednich podróży już raz przebywał parę miesięcy w Indiach, poznał trochę kraj i ludzi, poczynił pewne znajomości i był pewien, że te doświadczenia pomogą mu odnieść sukces.  Bardzo był do tego przekonany i nawet trochę zaraził tym optymizmem, wiarą i przekonaniem swoich rodziców, ale brat do końca został nieufny i bez przerwy go ostrzegał przed takim, jak to mówił, awanturniczym i ryzykownym życiem.   Olaf zaś odwrotnie nieodmiennie twierdził, że to jest świetny interes.  


Ale, ale panie Leszku, pozwoli pan, że będę się do pana tak zwracał, ja tutaj tak szczegółowo opowiadam, a może to pana wcale nie interesuje, co?  Ależ nie, wprost przeciwnie to co pan mówi jest dla mnie bardzo zajmujące, proszę opowiadać tak długo i tak szczegółowo jak pan uważa, mnie to ogromnie ciekawi – odpowiedział Leszek. 


Poprzedni odcinek z tego cyklu

Następny odcinek


niedziela, 10 maja 2026

niedziela, 3 maja 2026

Majowa piosenka.

Jedna z najpiękniejszych polskich majowych piosenek.

Krzysztof Myszkowski i Jego zespół (SDM) Stare Dobre Małżeństwo.

Warto posłuchać i, warto przeżywając te majowe chwile, pomyśleć o słowach tej piosenki.

Majowy czas

czwartek, 30 kwietnia 2026

Kindżał odcinek - 5

Parę tygodni po wyjeździe Zdzisława zaczęły docierać do Leszka pierwsze informacje na temat jego kłopotów.  Oczywiście ich źródłem byli stali klienci sklepu.  Jeden z klientów powiedział Leszkowi, że Zdzisław stracił wszystkie swoje firmy, które przejęła jakaś kancelaria adwokacka.  Ponadto stracił warszawskie nieruchomości czyli jakąś kamienicę i grunty pod Warszawą.  A  jakby tego było mało to się okazuje, iż ma jeszcze ogromne długi.   Drugi klient dodał, że wszystko to co Zdzisław stracił to przejęła znana kancelaria prawna –  Namysłowscy i Wspólnicy, specjalizująca się od lat w restrukturyzacji, wykupie i obrocie nieruchomościami.  Co i jak w szczegółach wyglądały te przejęcia i dlaczego do nich doszło to klienci nie wiedzieli lub nie chcieli o tym mówić. Jednak zgodnie twierdzili, że sytuacja pana Baranowicza jest beznadziejna i fakt, że udało mu się uratować dom w Konstancinie i firmę w Podkowie Leśnej zawdzięcza tylko temu, że obie nieruchomości od początku kupione były na jego żonę.  Zresztą o żonie Zdzisława wszyscy wyrażali się bardzo pochlebnie mówiąc o niej, że jest rezolutna, inteligentna, bystra i potrafi swojego dopilnować.   Leszek wiedział jeszcze o zagranicznym oddziale jednej z firm Zdzisława, który był mocno niezależny od centrali i na którym warszawskim prawnikom nie udało się położyć swoich chciwych łap.  Nie zmieniało to jednak tych fatalnych faktów.

Te bardzo złe wiadomości podziałały na Leszka bardzo przygnębiająco.   Postawiły pod wielkim znakiem zapytania jego przyszłość.  Przyszłość jakiej spodziewał się mając w nieodległej perspektywie objęcie funkcji dyrektora w firmie handlującej narzędziami.  Nie było jego ambicją i nie chciał do końca życia prowadzić sklepu z winami w Podkowie Leśnej.  Marzyły mu się jeszcze wyjazdy do egzotycznych miejsc, zwiedzanie Polski, kupno na starość niewielkiego mieszkania, najlepiej w okolicach jego ukochanych Bieszczad i marzyło mu się jeszcze wiele innych rzeczy.  Niestety ta sytuacja, jaka powstała po praktycznym upadku Zdzisława, przekreślała jego plany.  Odsuwała marzenia i była powodem ogromnej apatii jaka go ogarnęła, apatii  prawie na pograniczu depresji.  Leszek coraz bardziej się martwił, przemyśliwał, kombinował, kalkulował, planował, obliczał, ale nic mu z tego na dobre nie wychodziło, gdyż bez, chociaż niewielkiej, ale stabilnej niezależności materialnej, wszystkie jego plany, jak się to mówi, brały w łeb.

Przyszła druga połowa kwietnia, a z nią temperatury powyżej dwudziestu stopni Celsjusza i wreszcie wybuchła tak długo oczekiwana wiosna.  Nagle na ulicach pojawili się ludzie w krótkich rękawkach, a przecież jeszcze tydzień temu nosili zimowe kurtki.  Także i trochę ożywił się Leszek, gdyż Jacek zaczął przebąkiwać, że nie daje rady w ogrodzie i przydałaby się pomoc, no to Leszek ruszył z ową pomocą.   A chyba nic tak nie poprawia nastroju jak wiosenna praca w zmieniającym się prawie każdego dnia ogrodzie.  Kopali, grabili, przycinali, a nawet zamontowali niewielki foliowy tunel, aby posadzić w nim sadzonki pomidorów, głównie tych małych – koktajlowych za którymi Jacek szczególne przepadał.  W końcu, jak zwykle po kwietniu, przyszedł maj i Leszek przypomniał sobie zdarzenia sprzed dwóch lat kiedy to właśnie w pierwszych dniach tego miesiąca, niespodziewanie odwiedził go w jego poprzednim sklepie  Zdzisław Baranowicz.  Leszek przypomniał sobie nadzieje jakie nim owładnęły po owej wizycie.  A potem przypomniał sobie niepewność i wątpliwości i zaczął myśleć, że jednak źle postąpił przenosząc się do Podkowy Leśnej.  Ale próżne to były żale, gdyż powrót do poprzedniej sytuacji nie był możliwy. 

I tak znowu trwał w zawieszeniu i niepewności, a czas nieubłaganie płynął nie przynosząc niczego dobrego.  Dawno przekroczył pięćdziesiątkę i chociaż był jeszcze pełen planów, nadziei i miał co do życia jeszcze wielkie oczekiwania to jednak rzeczywistość coraz bardziej mu te plany i oczekiwania korygowała i to zawsze na jego niekorzyść.


Kindżał część - 2  

Gdzieś tak w połowie maja, w piękny, zielony, pachnący świeżością i kwitnącymi kwiatami ogrodowych, owocowych drzew, kolejny raz odwiedził jego sklep czarny, tajemniczy klient.  A był to poniedziałkowy wczesny wieczór po szczególnie pięknym dniu.  Czarny klient nie był w sklepie od ponad dwóch miesięcy i Leszek zaczął już myśleć, że pewnie gdzieś wyjechał, albo, że może mu się coś stało i być może nie zobaczy go nigdy więcej.  Żal mu się robiło na tą myśl, gdyż był on najbarwniejszym klientem jaki do tej pory mu się w ogóle trafił i chociaż mało z nim rozmawiał to jednak jakiś nimb tajemniczości, zagadkowości, a jednocześnie oryginalności zawsze szczególnie pobudzał jego zmysły, intrygował go i powodował różne refleksje.  Dlatego też niezmiennie oczekiwał kolejnych wizyt czarnego klienta, jak zwykł go w myślach nazywać.   Widząc w drzwiach sklepu swojego zagadkowego klienta, tradycyjnie ubranego na czarno, Leszek w duchu  bardzo się ucieszył.  Jego radość zaczęła być jeszcze większa, gdy tym razem czarny klient zaczął sam rozmowę mówiąc: - już dawno chciałem z panem szerzej porozmawiać, ale jakoś tak nie było okazji lub nastroju.   Pewnie też  za mało i za krótko pana znałem, a z natury jestem bardzo nieufny i ostrożny, ale dzisiaj postanowiłem to zmienić.  Zacznę od przedstawienia się - nazywam się Artur Wegner,  jestem rodowitym podkowianinem i chociaż losy rzucały mnie w różne miejsca na świecie to jednak teraz, już ponad pięć lat temu, osiadłem tutaj i mam nadzieję, że już na stałe.  

Mam do pana pewną propozycję, ale nie chciałbym jej składać tutaj w sklepie, lecz pragnąłbym pana zaprosić do siebie, do domu, gdzie spokojnie moglibyśmy porozmawiać.  Jeżeli się pan zgodzi to proszę zaproponować jakiś termin, a jeżeli nie to trudno, pozostaniemy na dotychczasowej stopie sklepowej znajomości.  Rozumiem, że może się pan obawiać tego o co mi chodzi, przecież praktycznie mnie pan nie zna i taka propozycja może pana zaskakiwać, a nawet bardzo dziwić jednak zapewniam, że chodzi o rzecz prozaiczną chociaż dla mnie istotną i ważną.   Co pan sądzi o mojej propozycji, będzie pan chciał się ze mną spotkać – zapytał pan Artur i zamilkł.  Leszka w pierwszym momencie wprost zamurowało i przez  sporą chwilę zastanawiał się co odpowiedzieć, aż  w końcu po dłuższym namyśle powiedział:  -pan się przedstawił to ja też muszę to uczynić - nazywam się Leszek Marcinkowski i pochodzę z Bydgoszczy.  Co do spotkania - nie ma problemu, chętnie się z panem spotkam, tym bardziej, że miałem już okazję być w paru domach moich obecnych klientów i wszystkie te wizyty były dla mnie bardzo miłe i udane.   Jeżeli chodzi o termin to może odpowiadają panu popołudniowe godziny w najbliższą niedzielę, gdyż niedziela to jedyny dzień, który mam cały do swojej dyspozycji, ponieważ sklep w ten dzień jest zamknięty.  Ależ proszę bardzo, może być najbliższa niedziela i to jak najbardziej, Przyjadę po pana powiedzmy o godzinie siedemnastej, zgoda?  To jesteśmy umówieni odpowiedział Leszek.  Po chwili milczenia pan Artur, jakby zastanawiając się na czymś, zapytał - a jak tam te pana inne sprzedaże, te nie związane z ofertą sklepu?  Już dawno u pana nie byłem bo ostatnimi czasy musiałem wyjechać za granicę, a kiedyś już o tym, jak sobie przypominam, rozmawialiśmy?  Coś ciekawego pan ostatnio sprzedał?  Leszek pomyślał i odpowiedział: - to tylko taka przypadkowa sprzedaż i zdarza się raz na jakiś czas, tylko wtedy, gdy któryś z moich stałych i znanym mi klientów ma taką potrzebę lub chęć.  Ostatnio sprzedałem trochę oryginalnych alkoholi, które otrzymał znany lekarz od swoich pacjentów.  Lekarz ten jest od początku jednym z moich najlepszych klientów, a z alkoholi, jak twierdzi, pije tylko dobre czerwone wina dlatego też pozostałe przyniósł, abym sprzedał, a za uzyskane pieniądze nabył dobre wina.   Prócz tego niedawno sprzedałem także obraz jednego z przedwojennych malarzy, ale takiego mniej znanego.  Natomiast parę miesięcy temu sprzedałem patefon z końca XIX wieku.  Zawsze jak mam coś ciekawego to namawiam moich klientów na zakup tych rzeczy i jak do tej pory prędzej czy później chętny zawsze się znajduje.    Ciekawe to miejsce ten pana sklep – ni to stwierdził, ni to powiedział pan Artur, po czym dodał: - ma pan jakieś nowe wina z rodzaju tych jakie zawsze kupowałem?   Oczywiście, mamy wspaniałe nowe wina włoskie z tej słynnej serii super Toscanów, jest tej nowa Rioja i dwa rodzaje nowych Saint-Emilion Grand Cru.   To świetnie, niech mi pan da, według swojego uznania, jak zwykle szóstkę win z tych nowości.   Do tej pory na pana wyborach się nie zawiodłem to pewnie i teraz tak będzie.   Po chwili pan Artur opuszczał sklep z kartonem win pod pachę i na odchodnym mówiąc do zobaczenia, przypomniał Leszkowi, że są umówieni na najbliższą niedzielę. 


Poprzedni odcinek


Następny odcinek

piątek, 24 kwietnia 2026

Leśny Dwór

Na stokach Smerka we Wetlinie małżeństwo dwojga artystów (Mazowsze) postanowiło wybudować pensjonat.  Bywałem tam kilka razy o czym zresztą pisałem już na moim blogu, ale nigdzie nie jadłem takich smacznych potokowych pstrągów, takich miejscowych rydzów i nie słuchałem tak wspaniałej muzyki (Cztery pory roku i podobne) i nigdzie nie czułem się tak jak w owym domu.  

Wspaniałe miejsce, wspaniały klimat i fantastyczni właściciele.

Zdjęcie poniżej to właściciele owego cudownego miejsca oraz moja córka i moja skromna osoba.

Sierpień 1995 roku

 

czwartek, 23 kwietnia 2026

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Kindżał odcinek - 4

 Odcinek - 4

Gdzieś tak po ośmiu miesiącach od otwarcia sklepu w Podkowie Leśnej zaczął bywać w nim, średnio raz na dwa tygodnie, pewien tajemniczy pan.  Leszek nazwał go w myśli czarnym klientem, gdyż zawsze ubrany był od stóp do głów w odzież o ciemnym, przeważnie czarnym lub zbliżonym do czarnego, kolorze.  Nawet latem nosił czarne spodnie, czarną koszulkęo typu polo i czarne buty, a do tego oczywiście ciemne okulary i czarną sportową czapeczkę z daszkiem.  Pod sklep podjeżdżał oczywiście czarną limuzyną, która okazała się być klasycznym modelem Jaguara.  Zawsze, grzecznie zwracając się do Leszka, prosił o sześć  dobrych win i nigdy nie dyskutował, ani nie kwestionował wyborów Leszka.   Za każdym razem kupował inne wina, chociaż czasami prosił o jedno lub dwa z tych poprzednio zakupionych.  Leszka bardzo intrygował ten klient.  Był szczupłym, przystojnym, wysokim mężczyzną w wieku około 45 lat z potężną czupryną całkiem jeszcze czarnych włosów,  zawsze starannie wygolony i pachnący najlepszą woda kolońską, najczęściej Farenheitem z firmy Dior.  Na jego twarzy przeważnie malował się obraz jakiejś melancholii, zadumy lub smutku. A przenikliwy wzrok, klasyczny, jak z greckich posągów, nos i wyraziście zarysowany podbródek, powodowały, iż wydawał się być jakby bohaterem smutnego, dramatycznego filmu.

Tak mijał Leszkowi miesiąc za miesiącem w Podkowie Leśnej.  Satysfakcję z pracy w sklepie miał znacznie większą niż poprzednio, a i zarobki o wiele lepsze.  Niestety na tym całkiem dobrym obrazie jego aktualnego bytu zaczynały się pomału zbierać czarne chmury.  Przede wszystkim nie udawało mu się sprzedać domu.  Mijał rok jak zawarł kilka umów z różnymi pośrednikami od handlu nieruchomościami, a efekty ich działania były żadne.  Utrzymanie domu, w którym obecnie mieszkała tylko jego żona, kosztowało Leszka znaczną część jego aktualnych dochodów.  Nic już go do tego domu nie ciągnęło i jeździł tam rzadko, średnio raz na dwa miesiące i to głównie za sprawą kolejnych wizyt potencjalnych nabywców domu.  Przyjeżdżając zawsze napotykał sporo różnych problemów, które oczywiście wymagały i to sporych wydatków.  Oprócz tych technicznych spraw nic już go z tym wcześniej tak pogodnym domem nie wiązało.   Córka przebywała cały czas za granicą, żona była coraz bardziej niezadowolona, chmurna, opryskliwa i wiecznie miała dziesiątki pretensji i uwag.  Piękny kiedyś ogród, o który obecnie dbał głównie Leszek, został prawie kompletnie zapuszczony bo jak można dbać o ogród spędzając w nim kilka godzin raz na dwa miesiące? Dom też wymagał ciągłych starań, a Leszka nie było i nie miał kto tego robić.  Niedawno żona oświadczyła mu, że zamierza się wyprowadzić bo w domu jest coraz gorzej, a ona nie ma zamiaru nadal tak żyć.   Zażądała od Leszka pieniędzy na mieszkanie w mieście, a co do domu oświadczyła mu, żeby  robił sobie z nim co chce.  Po każdym takim wyjeździe Leszek tydzień dochodził do siebie i nie za bardzo wiedział co ma dalej z tym wszystkim począć. 

Niestety w tym samym czasie zaczęły się pierwsze poważne kłopoty Zdzisława, o których jednak Leszek konkretnie niczego nie wiedział.  Tylko spotykając się co jakiś czas ze swoim kolegą zaczął zauważać zmiany na gorsze w jego dotąd tak optymistycznym widzeniu świata.  Zdzisław chodził teraz smutny, a nawet rzec można, że ponury.  Stał się małomówny, zamknięty w sobie, a do tego coraz częściej zaczął  mówić, iż będzie musiał wyjechać na jakiś czas za granicę.  Co prawda cały czas starał się zachowywać pozory, iż wszystko jest w najlepszym porządku, twierdząc że to co go obecnie spotyka to tylko chwilowe kłopoty, które niebawem przeminą, ale Leszek czuł, że tak nie jest.   Zdzisław nadal twierdził, iż projekt przebudowy magazynów jest już gotowy, a teraz tylko zbiera kasę na ów, jak to mówił - remont.  Jednak Leszek bardziej podświadomie niż świadomie czuł zbliżające się problemy.  Wiedział i doświadczył już tego co ludzie mówią o nieszczęściach, które chodzą parami.  Jeszcze się łudził, jeszcze wierzył w zapewnienia Zdzisława dotyczące ich wspólnych planów, lecz coś mu mówiło, że zbierają się nad tym projektem coraz bardziej ciemne chmury.

Na szczęście bardzo dobrze układały się Leszkowi relacje z Jackiem, który okazał się uczynnym, sympatycznym i niekrępującym towarzyszem ich obecnego życia.   Wiele ze sobą nie rozmawiali, gdyż Jacek nie był specjalnie rozmowny, ale pomimo tego coraz lepiej się rozumieli.  Jacek zajmował się całym otoczeniem ich życia czyli pielęgnował ogród, dbał o sklep, mieszkania, parking, pilnował porządku, dokonywał drobnych napraw.   Wystarczyło, że Leszek coś napomknął, a Jacek już robił.  Jacek potrzebował kogoś kto nim pokieruje, podpowie, pochwali i się nim zainteresuje.  Takie życie temu chłopakowi w zupełności wystarczało.  A było to życie spokojnie, w miarę dostatnio, gdyż Jacek miał pensję od Zdzisława, a także otrzymywał sporą pomoc od swojego ojca.   Jacek interesował się piłką nożną i godzinami mógł oglądać najróżniejsze mecze, nawet po kilka razy te same.  I właśnie na tym polu, we wiernym kibicu Zawiszy Bydgoszcz i to od ponad czterdziestu lat, znalazł Jacek coś co bardzo ich połączyło i zbliżyło.  Często razem oglądali mecze Ligi Mistrzów lub ligę hiszpańską, którą Leszek najbardziej cenił i wówczas nawet się zdarzało, że ten tak małomówny Jacek czasami wdawał się w rozmowę z Leszkiem na tematy piłkarskie.    

Ani się, jak to mówią, Leszek się nie obejrzał, a już minęło półtora roku jego pobytu w Podkowie Leśnej.  W tym czasie poznał bliżej wielu swoich klientów.  Z wieloma prowadził nieustające dyskusje na najróżniejsze tematy, a z niektórymi tak się zakolegował, że nawet raz po raz zapraszali go do domów na kolacje, grille, czy degustacje różnych trunków.  Leszek w takim przypadku zawsze przychodził przygotowany, czyli z dobrym winem i przygotowanymi tematami do dyskusji, albo o winach, albo o konkretnej książce, albo o wspólnych zainteresowaniach, które zdążył już poznać.   W najgorszym razie dyskusje schodziły na bieżące sprawy gospodarcze i polityczne.  Doszło do tego, że kilkunastu klientów zaproponowało mu sprzedaż trunków, których z racji swojej profesji, mieli w nadmiarze, a za otrzymane ze sprzedaży pieniądze kupowali u Leszka wina, które najbardziej lubili.  Potem ktoś przyniósł do sprzedania jakiś obraz, który już mu się znudził, potem ktoś jakąś rzeźbę przywiezioną z Afryki, której jego żona nie chciała widzieć w domu, a nawet zdarzyło się wspaniale stare radio Normande Fidelio z 1955 roku w bardzo dobrym stanie i o cudownym brzmieniu.  To radio Leszek kupił dla siebie, a kosztowało go sześć butelek dobrego wina czyli tak około czterystu złotych.  Zaraz też zrobił miejsce na ladzie i postawił je na honorowym miejscu, gdzie grając swoim lampowym brzmieniem i mrugając magicznym zielonym oczkiem wzbudzało podziw prawie wszystkich klientów.  Niestety nie postało długo, gdyż po paru tygodniach jeden z jego najlepszych klientów tak je sobie upatrzył i tak namawiał Leszka, że ten z ogromnym żalem sprzedał mu to radio, ale nie dla zarobku tylko dla utrzymania sympatii tego klienta, co zresztą mu się potem bardzo opłaciło.  W ten sposób jego niewielki sklep pomału zaczął się stawać bardziej miejscem towarzyskich spotkań, dyskusji, wymiany rzeczy i poglądów niż tylko typowym sklepem sprzedającym alkohol.  

I w tym to właśnie okresie, po ponad półrocznej, sklepowej znajomości, pierwszy raz przemówił do Leszka wspomniany tajemniczy czarny klient.  Oczywiście jak zwykle ubrany był cały na czarno, łącznie z czarnym golfem i czarnymi okularami chociaż pora roku nie była stosowna tym okularom.  A było to  pod koniec zimy w czwartkowy,  wieczór, ostatnich dni lutego.  Do tej pory ich kontakty ograniczały się tylko i wyłącznie do sprzedaży win.  W czasie tych transakcji ów klient zazwyczaj niewiele mówił, a wszystko co mówił dotyczyło tylko i wyłącznie zakupów, które robił w Leszka sklepie.  Tym razem było jednak inaczej.  Czarny klient wszedł, przywitał się tradycyjnym „dobry wieczór”, a potem zamiast, jak zwykle, zamawiać wina to, niby tak mimochodem, zaczął wypytywać Leszka o klientów, którzy zazwyczaj u  niego kupują.  Pytał czy dużo kupują, czy drogie wina i jak często przyjeżdżają oraz czy jest ich wielu i czy Leszek jest zadowolony z prowadzenia tego sklepu.  Mówił spokojnie, tak jakby od niechcenia i jakby nie oczekiwał odpowiedzi, ale Leszek widział, że to tylko pozór, a w rzeczywistości czegoś się chciał dowiedzieć, ale czego tak naprawdę tego nie był w stanie się domyślić.   Leszek ogromnie zdziwiony taką nagłą odmianą owego tajemniczego klienta  odpowiadał mu ogólnikowo i zdawkowo, a czarny klient nie dociekał szczegółów.  Po kilkunastu minutach tej niby zdawkowej rozmowy, tradycyjnie kupił sześć win i odjechał.  

Po dwóch tygodniach ów czarny klient ponownie zawitał do sklepu i zaraz po wejściu oraz zdawkowym powitaniu, zagadnął - słyszałem, że tu u pana w sklepie można czasami kupić oprócz win, które zazwyczaj kupuję, także inne ciekawe rzeczy.  Podobno można korzystnie nabyć i dobry obraz i stare radio i oryginalne cygara przywiezione z Kuby, ciekawe i nietypowe alkohole czy też różnorakie wartościowe starocie.  Czy mam rację?   Leszek spojrzał uważnie na owego intrygującego klienta i odpowiedział - czasami się zdarzy, że ktoś coś przyniesie i chce sprzedać lub zamienić na dobre wina, ale raczej rzadko i raczej ma to bardziej towarzyski charakter niż handlowy.   Jestem jedynie czasami pośrednikiem pomiędzy dwoma klientami, którzy pewnie normalnie nigdy by się nie spotkali i nie mogli dokonać owej zamiany czy sprzedaży, a dzięki mojemu sklepowi i przynajmniej minimalnemu zaufaniu do mnie, takie wymiany lub sprzedaże dochodzą pomiędzy nimi do skutku.    Czarny klient jednak ponownie zapytał - a jak w ogóle z klientami w sklepie i jak idzie pański interes w tej naszej miejscowości?   Przepraszam, że tak obcasowo wypytuję, ale zapewniam, iż nie bez powodu.   Jeżeli sprawiam panu tym przykrość lub nie chce pan odpowiedzieć to proszę mówić wprost.  Zapewniam, że się nie obrażę i nie wpłynie to na moje wizyty w pańskim sklepie.  Ależ nie mam powodów do obrażania się.  Wielu klientów zadaje mi podobne pytania i uważam je za normalne.  Co zaś do odpowiedzi na pańskie  pytania to powiem, iż nie narzekam, pracy nie mam dużo, a zarobek, jak dla mnie, całkiem przyzwoity,  natomiast klienci to w zdecydowanej większości, uprzejmi, kulturalni, mili i sympatyczni ludzie.  Na tym wymiana zdań się przerwała i widać było, że dalsza rozmowa się nie klei.  Leszek czuł, że czarny klient ma jakieś obawy, że  chciałby coś więcej  powiedzieć, lecz z jakiś, tylko jemu znanych powodów, tego nie czyni.  Po chwili krępującego milczenia czarny klient nabył swoich sześć win, pożegnał się i odjechał swoim czarnym samochodem w czarny mrok, gdyż godzina była wieczorna, a dni były jeszcze dosyć krótkie.

W tym samym czasie, pewnego, jeszcze lutowego dnia, przyjechał Zdzisław i poprosił Leszka o poważną rozmowę.  Leszek zamknął sklep, usiedli w Leszka mieszkaniu i Zdzisław powiedział - nie będę owijał w bawełnę i nie będę cię zwodził dlatego powiem wprost - nie mam dla ciebie dobrych wieści.  Moje sprawy stoją coraz gorzej i będę musiał pewnie i to dosyć pilnie, na dłużej wyjechać do Niemiec.  Mam tam w Hamburgu filię swojej firmy, która jeszcze jakoś się trzyma i którą będę tam na miejscu od teraz sam kierował.  Moje interesy tutaj są mocno zagrożone i nie wiem jak to wszystko się skończy.  Nie chcę się wdawać w szczegóły bo i po co?  Niczego to nie zmieni, a tobie może tylko przysporzyć zmartwień.  Przepraszam cię ogromnie, że nie dotrzymałem słowa z tą dyrektorską funkcją w metalowej firmie.  Może jeszcze się nam to uda, ale kiedy może to nastąpić tego dzisiaj nie umiem powiedzieć.  Jedno mogę ci tylko obiecać - będę się mocno starał, aby dotrzymać słowa.  Co do twojego sklepu to nie ma obaw i jak tylko chcesz to możesz go spokojnie nadal prowadzić.  Tą nieruchomość kupiłem na żonę, a mamy rozdzielczość majątkową i nic jej, ani żonie, ani nieruchomości nie grozi, gdyż nie ma to nic wspólnego z moim obecnymi kłopotami.  Z tym wszystko jest jak najlepiej i nie ma obaw, ale jak chciałbyś się wycofać i wrócić do siebie to mów, póki tutaj jestem.  Ile tylko będę mógł to ci pomogę w powrocie.  Przepraszam cię za ten ogromny zawód, który ci sprawiam, lecz wierz mi, że nie ma w tym grama mojej winy.  Chociaż jak myślę o tym co się ostatnio działo to sam nie wiem i nie rozumiem jak to było możliwe.  No cóż długo mi się powodziło, ale widocznie i na mnie przyszła kolej, abym poznał smak prawdziwej klęski.  Miałem nic nie mówić, a jednak się rozgadałem.  Jeszcze raz przepraszam, a teraz powiedz co decydujesz?  Leszek chwile pomyślał, a potem odpowiedział - nie za bardzo mam gdzie i jak wrócić.  Z żoną prawie już nie utrzymuję żadnych relacji.  Z tego co wiem to ma jakiegoś faceta i się do niego wyprowadziła, a dom ma być od maja wynajęty, gdyż konkretnego kupca nie widać na horyzoncie.  Zgodziłem się na ów wynajem.   Będę czekał na sprzedaż domu, aby coś zmienić w swoim życiu bo co można zrobić bez kasy?  Tutaj nie mam źle i nawet trochę odkładam, ale to nie ten przedział, żeby robić rewolucję w życiu.  Jeżeli mogę to pozostanę w Podkowie.  Klientów mam coraz więcej, coraz lepszych i coraz bardziej jestem zadowolony z tej pracy.  A i z Jackiem doskonale się rozumiemy.   On jest mi bardzo pomocny we wielu sprawach i tych związanych ze sklepem i tych prywatnych.  Rozumiem, że Jacek nadal będzie tutaj mieszkał i działał - zapytał Leszek.  Oczywiście, że tak.  O to zadba moja żona.  Ona podjedzie tutaj od czasu do czasu i nadal będzie mu płacić tyle samo co obecnie za utrzymywanie całej nieruchomości w dobrym stanie i za jej pilnowanie.  Także dzierżawę nadal będziesz jej wpłacał tak samo jak do tej pory i gdybyś miał jakieś poważne problemy to znasz telefon do niej.  Ze mną nie będzie kontaktu, najwyżej przez moją żonę.  Damy radę – odpowiedział jak to było obecnie w zwyczaju Leszek i dodał - to jedź do tych Niemiec, pracuj, działaj, zarabiaj kasę, a jak zbierzesz to wracaj i ruszamy z tą twoją planowaną firmą.  Myślę, że gdybyś wreszcie otworzył tę firmę handlującą metalowymi narzędziami to sklep z winami i tak zostawimy, no chyba, że będziesz miał inne plany co do tego budynku?  Dzisiaj nie ma co o tym mówić, to perspektywa przynajmniej dwóch lat, a osiągnięcie tego naszego wspólnego celu stoi pod dużym znakiem zapytania.  Pożyjemy, zobaczymy - odpowiedział Zdzisław.  Leszek próbował wyciągnąć ze Zdzisława jakieś wiadomości na temat rodzaju i wielkości jego problemów, lecz Zdzisław odpowiadał tylko ogólnikami i nic konkretnego nie chciał powiedzieć.  Leszek widział bo przecież znał go dobrze od lat, że to nie ten sam człowiek.  Kiedyś tryskający energią, zdrowiem i dobrym humorem,  teraz był zgaszony, smutny i zmizerniały.  Już parę miesięcy temu Leszek zauważył, że Zdzisław bardzo się zmienił w ostatnim czasie.   Nic jednak nie mówił sadząc, że to może problemy zdrowotne, albo rodzinne.  I dopiero dzisiaj się dowiedział, ale tylko bardzo ogólnikowo o co naprawdę chodzi.  Leszek kilkakrotnie wypytywał Zdzisława co jest prawdziwym powodem jego problemów i deklarował swoją pomoc.  Ale Zdzisław za żadne skarby nie chciał o tym mówić.  Jeszcze chwilę  porozmawiali o klientach, ich przyzwyczajeniach i wspólnych, nowych dla Leszka, a starych dla Zdzisława, znajomych, po czym Zdzisław wstał z krzesła i powiedział - dzisiaj musimy już się pożegnać i nie wiem kiedy się następny raz zobaczymy, ale działaj i bądź dobrej myśli i bądź przekonany, iż ja będę robił wszystko, aby dotrzymać danego tobie słowa i jestem pewien, że mi się to uda.


Poprzedni odcinek


Następny odcinek


niedziela, 19 kwietnia 2026

Przypominam - 55 - wyjątkowo warto przeczytać.

Ten poniższy tekst przypomina o wyjątkowo obłudnej, fałszywej i haniebnej działalności tak zwanej KO przemianowanej z PO.  To hańba dla uczciwej i normalnej polityki, aby takie Kierwińskie, Szłapki, Szczerby, Małgośka, Myszka agresorka et consortes decydowały o codziennych losach mnie i moich rodaków.  To totalne deficyty budżetowe i coraz bardziej obniżający się poziom życia tak zwanych przeciętnych Polaków (w tym i mój)

Poniższy tekst


Musi być nijaki Tusk wielkim wielbicielem Niccolo Machiavellego, którego ja uważam za największy umysł w dotychczasowej historii ludzkości.

Wielu wie, że ów Machiavelli napisał książkę pod tytułem "Książę", ale mało kto wie dlaczego to uczynił.

Napisał to dla Lorenzo Medici (1514 rok).

Cosimo di Medici, najpotężniejszy, mąż stanu, najbogatszy kupiec ówczesnego Świata, który cofnięciem kredytu kładł kres wojnom Wenecji, Mediolanu i Neapolu, którego faktoria w Paryżu decydowała o humorze króla francuskiego, który miał w zastawie mitrę papieża, decydował o wszystkim.

Najchętniej powiadał Cosimo Medyceusz zaliczyłbym i Boga do moich dłużników.

Cosimo wynalazł pozór jako wygodny środek panowania.

Los obdarzył tego człowieka talentem uwodzenia wszystkich.

Namiętności indywidualnych natur stanowią czynnik decydujący w polityce.

Świat kierowany jest w rzeczach wielkich, ogólnych, tymi samymi namiętnościami, jakimi kierowany jest pojedynczy człowiek w rzeczach małych, szczególnych.

Człowiek, który czyni zło, robi to, do czego zmusza go natura, wrodzone pierwiastki jego ciała i ducha trzymają go na uwięzi jak w obcęgach.  Mus jest ojcem wszech rzeczy.  

Powyższe cytaty pochodzą z książki "Machiavelli szkoła władzy" autorstwa Valeriu Marcu, wydanej przez Powszechną Spółkę Wydawniczą "Płomień" w Warszawie w 1938 roku

 I tutaj dostrzegamy prawdziwe motywacje działań  lidera nowej partii przemianowanej z PO na KO.

Pyszny i bezczelny jest ten proniemiecki premier Polski. On nawet kłamie, że nie kłamie. 

Niestety jako rzekł najmądrzejszy człowiek w historii naszego Świata - im kłamstwo bardziej bezczelne tym bardziej ludzie w nie wierzą.


Na głoszenie prawdy każda pora jest dobra.



piątek, 17 kwietnia 2026

Tanie państwo według Tuska.

Parę dni temu otrzymałem fakturę z firmy Enea czyli dostawcy energii elektrycznej do mojego domu.

Poniżej zawiadomienie o owej fakturze: 

Dzień dobry,
informujemy, o wystawieniu nowej faktury o numerze P/20996485/00003/26 .

Należność wynikająca z tego dokumentu wynosi 112,00 zł., z terminem płatności do dnia 27.04.2026.
Prosimy o terminową  wpłatę. 
Aktualne saldo oraz numer rachunku bankowego możesz sprawdzić w eBOK oraz w aplikacji Moja Enea.

Pozdrawiamy
Enea S.A.
Wejdź na Google Play lub App Store i pobierz aplikację Moja Enea. Przejdź do aplikacji i korzystaj z e-faktury.
Wiadomość została wysłana z adresu e-mail przeznaczonego wyłącznie do przesyłania komunikatów. Prosimy na nią nie odpowiadać. W razie pytań prosimy o kontakt przez eBOK.

Wszystko byłoby normalne, ale moje zużycie prądu w owym okresie to 4 (cztery) kWh.

Ostatnie zużycie: 05.02.2026 - 06.04.20264 kWhCzyli 29 złotych za 1 kWhI co Wy na to?

niedziela, 12 kwietnia 2026

Piękne cztery wieczory.

Od minionego czwartku do niedzieli byliśmy (Ludmiła, Michał i ja) na czterech wspaniałych wieczornych obiadach w czterech różnych restauracjach.

Zaczęliśmy od typowo hiszpańskiej restauracji Cerveceria Torremar znajdującej się na niepozornej ulicy  w miejscowości Torre de la Horadada.  Tutaj jedliśmy dania rybne, a jako starter były kalmary.  Dużo różnych dodatków i butelka wina.

W piątek jedliśmy w restauracji greckiej Great Greek w Cabo Roig.  Wielki talerz greckich przysmaków mięsnych z warzywami i sałatkami.  Przygrywał i śpiewał do jedzenia Grek na oryginalnej gitarze.  Do tego oczywiście wino.

A sobotę byliśmy w pizzerii Piccolo w Cabo Roig.  Tutaj jedliśmy różne makarony i jedną pizzę.  Oczywiście wino i dodatki.

W niedzielę byliśmy we wielkiej chińskiej restauracji na Punta Prima. Zupy chińskie, pierożki w trzech rodzajach, krewetki z oryginalnym sosem i ryżem. Oczywiście białe wino, a na deser lody z ciastem i kawa.

Piękne nastroje, dużo śmiechu, opowiadań i rozmów.  Cudowne chwile za które jestem wdzięczny moim towarzyszom tych obiadów.

Poniżej kilka zdjęć z tych pięknych chwil.

Cerveceria Torremar

Lubina z czosnkiem i powyżej dorada



Michałowy Turbot

Talerz grecki z dodatkami

Grający i śpiewający Grek oraz uśmiechnięty kelner

Makarony w Piccolo

Sznycle z makaronem po bolońsku


W restauracji chińskiej


Deser w chińskiej.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Prawda o UE .

Kolejny raz Ryszard Florek.

Posłuchajcie jak nas wykorzystują i okradają stare kraje UE.

A my co?

My dajemy się okradać i wykorzystywać, a obecny rząd to popiera.


Jak nas wykorzystują


wtorek, 7 kwietnia 2026

Minęły święta wielkanocne.

Nam czyli Ludmile, Michałowi i mnie minęły te święta z dużą dozą aktywności, a za to z małą dozą objadania i opijania się.

Czas świąteczny spędzaliśmy na plażach i wycieczce do Alicante i Vila Jolosa.

Poniżej kilka obrazków z tych dwóch świątecznych dni.

Niedziela wielkanocna na plaży w Cabo Roig

Jak wyżej na Playa Capitan

Jak wyżej

Na plaży La Zenia

Poniedziałek wielkanocny w Alicante


Poniedziałek w Vila Jolosa - Sangria i Tortilla Espana

Plaża w Vila Jolosa