wtorek, 10 marca 2026

Kindżał - odcinek pierwszy

 Kindżał

Odcinek 1- Propozycja

Przedstawiony w prologu Zdzisław, w piękny majowy dzień, wszedł do sklepu i wbrew temu czego Leszek mógł się po nim spodziewać pozorom, wcale się nie zdziwił na widok sprzedawcy.  Wszedł pewnym krokiem z uśmiechem na ustach prawie krzycząc od progu - witam mojego dawnego kolegę.  Potem mocno uścisnął Leszka dłoń i powiedział - cześć Leszek, słyszałem od naszego wspólnego znajomego Rafała Wilka, którego niedawno spotkałem w Warszawie,  że prowadzisz tutaj sklep z winami i innymi alkoholami i to już chyba od około dziesięciu lat.  A jak wiesz, Rafał mieszka  w tej okolicy i mówił mi, że często do ciebie zagląda. Chwalił ciebie jako sprzedawcę i polecał wina, które sprzedajesz.  Przyjechałem na parę dni do Bydgoszczy i pomyślałem sobie, że wpadnę i odwiedzę starego znajomego.  Mów co tam u ciebie?   Nie ma specjalnie o czym mówić – odpowiedział Leszek.   Jak widzisz żyję prosto, normalnie.  Wycofałem się już parę lat temu ze wszystkich biznesów i teraz spokojnie prowadzę sobie ten wiejski sklepik z winami.   No nie żartuj.  To nie żaden wiejski sklepik, ale jak widzę  świetnie zaopatrzony w najróżniejsze alkohole, dobry, branżowy sklep, którego nawet w stolicy by się nie powstydzili.  Zresztą jak pamiętam zawsze miałeś ciągoty do dobrych alkoholi, a handlujesz nimi chyba już kilkanaście lat, co?   To prawda, niedługo będzie 15 lat, lecz co to dzisiaj za handel, gdy na każdym rogu supermarket, hipermarket, albo konkurencyjny, inny sklep z alkoholem.   Ot tak sobie siedzę niedaleko od mojego domu do którego mam dobry dojazd i próbuję zarobić na jako takie utrzymanie.   No chyba, aż tak źle to nie jest, co?   Niestety jest i zanosi się na to, że będzie jeszcze gorzej, gdyż inwazja tych cholernych zagranicznych sklepów trwa w najlepsze i nic nie wskazuje na to, aby miało się coś zmienić, chyba, że jak zwykle, na gorsze.  A  my mali polscy handlowcy nie mamy żadnych szans, aby skutecznie  przed tym wielkim zachodnimi sieciami handlowymi się bronić.  Przede wszystkim nie posiadamy dostępu do gotówki no nie i nie otrzymujemy od władz państwowych i lokalnych takich  ulg i różnorakich preferencji jak te zagraniczne molochy.  A do tego jesteśmy wykorzystywani przez nasze państwo, które z wielkich sklepów niczego praktycznie nie zgarnia i nie dość, że do budżetu nie wpływała z tytułu ich działalności żadna kasa to jeszcze gorzej - ze wszystkiego są zwalniani.   Niestety z nami jest odwrotnie, nas się wykorzystuje wręcz do granic absurdu.  A przecież jak wiemy z historii na handlu bogaciły się całe narody, a u nas odwrotnie – oddaliśmy prawie cały polski handel w obce ręce niczego nie uzyskując w zamian.    Tak się dzieje już od kilkunastu lat, a żadnych pozytywnych przesłanek, albo chociaż minimalnej zmiany tej polityki naszych władz, absolutnie nie widać.   Smutne to i przykre, ale niestety prawdziwe.  

Z tego co mówisz dochodzę do wniosku, że nie jesteś zadowolony ze swojej obecnej sytuacji – zapytał Zdzisław.   To zależy jak na to spojrzeć – odparł Leszek.  Mam spokój, nielicznych, ale świetnych klientów, zresztą wielu z nich znasz ze starych czasów. W miarę sił, czasu i środków coś tam próbuję, jak zawsze, działać także społecznie, no i oczywiście udzielam się sportowo.  Na szczęście zdrowie jeszcze dopisuje.  Ale, ale, ja jak zwykle się rozgadałem, a ty prawie ani słowa.  A co tam Zdzisław u ciebie?   Och, u mnie zawsze wiele się dzieje.  Już od sześciu lat mieszkam pod Warszawą.   Dawno doszedłem do tego, że jak chcesz prowadzić naprawdę poważne interesy to musisz ciągle być w pobliżu władzy, w pobliżu decydentów, w pobliżu urzędników wydających różne pozwolenia, koncesje, no i w ogóle decydujących o tym co ważne i istotne.   Co ja ci zresztą będę tłumaczył, sam wiesz jak było, a wiele się nie zmieniło.  Trochę ludzi w kręgach, w których od lat się obracam się zmieniło, ale zasady i sposoby postępowania zostały te same co kilkanaście lat temu.  Działam w różnych branżach, budowlanej, finansowej, energetycznej, a teraz myślę o nowej dziedzinie, o branży metalowej.  To ty jesteś, zresztą podobnie jak kiedyś, biznesmen pełną gęba, co? – zapytał Leszek.   E, przesada, gdzie mi tam do prawdziwych biznesmenów.   Jakoś sobie nieźle radzę, ale bez nowych pomysłów, bez ucieczki do przodu, bez rozszerzania kręgu znajomości i swoich możliwości, szybko może się stać inaczej.  Cały czas muszę być czujny, wytrwały, elastyczny, przebiegły, a zresztą sam wiesz jak to działa, pod tym względem naprawdę nic się nie zmieniło. A jeżeli już to na gorsze bo konkurencja wielokrotnie się zwiększyła od czasów  kiedy nasze drogi, dawno temu się skrzyżowały.   No, ale przecież to nie czas i miejsce na takie rozmowy.  Wpadłem zobaczyć co u ciebie słychać i zobaczyć ten twój sklep.  Z tego co mówisz to wnioskuję, że u ciebie nie najlepiej, co?    Jak już ci mówiłem to zależy od punktu widzenia - odpowiedział Leszek.  Jasne, że chciałbym podróżować po świecie, mieć sporo kasy, dużo przyjaciół i masę ciekawych przeżyć, ale tak mi się życie ułożyło, że zostałem z boku, a teraz, z perspektywy czasu, można spokojnie powiedzieć, że jestem na aucie.  Niestety, jak mawiała moja babcia – każdy w życiu ma to na co zasłużył.  Sam nie wiem, czy to prawda, ale przynajmniej jakoś siebie próbuję tłumaczyć moją obecną sytuację.   

No dobra, fajnie się gada, ale ja muszę już lecieć – powiedział Zdzisław, czekają na mnie w kontrahenci.  Za godzinę umówiłem się z nimi w restauracji w Hotelu City.  Daj mi dwa dobre wina na dzisiejszy wieczór.  Przed wyjazdem jeszcze do ciebie wpadnę, bo jak rozmowy z moimi bydgoskimi kontrahentami dobrze wypadną to może będę miał do ciebie jakąś propozycję.  Jednak na razie to rzecz niepewna i nie chciałbym teraz o tym rozmawiać.   To cześć, do zobaczenia za parę dni – mówiąc to Zdzisław podał rękę na pożegnanie, a już po chwili wsiadał do swojego srebrnego nowiutkiego Lexusa.  Pewnie ma z czterolitrowy silnik pomyślał Leszek, patrząc za odjeżdżającym wspaniałym autem  wydającym z siebie cichy charakterystyczny pomruk. 

Po tej rozmowie Leszek przez kilka dni nie mógł zaznać spokoju.  Ciągle wracał myślami do tego co jego dawny kolega powiedział na odchodnym.  Co też za propozycję mógł mieć do niego Zdzisław?  Przecież jak sam mówił, wpadł do niego dzięki przypadkowemu spotkaniu z ich wspólnym znajomym w Warszawie.  A może nie było to takie przypadkowe?   A może Zdzisław coś planował do czego potrzebował takich ludzi jak Leszek?  A może tak tylko zdawkowo powiedział, jak to wielu zwykło mówić przy  przypadkowych spotkaniach po latach?  Te i podobne myśli nachodziły go w kółko. Już od kilku lat nikt niczego mu nie proponował, a ci do których się zwracał o pomoc w załatwieniu jakiejś godziwej pracy w  swoim wyuczonym zawodzie zawsze dużo obiecywali i nigdy niczego nie zrobili.   A takich rozmów odbył dziesiątki, gdyż chciał wrócić do normalnego życia, a praca w tym sklepie z winami tego mu niestety nie zapewniała.   Na początku każdej takiej rozmowy koledzy i znajomi zapewniali go o swoim poparciu, obiecywali, że zrobią wszystko co w ich mocy bo przecież go znają, wiedzą jaki jest porządny, solidny, doświadczony i tak dalej w tym duchu.  Jednak gdy przychodził z dokumentami czyli życiorysem, podaniem, świadectwami i innymi takimi papierami to wtedy już różnie bywało.  Nadal zapewniali, nadal obiecywali ale, nie wiedzieć czemu, jakby z mniejszym zapałem.  Potem bywało zazwyczaj jeszcze kilka rozmów, a kończyło się na tym, że przestawali przychodzić do jego sklepu i często nawet nie odbierali już wcale jego telefonów.   A tutaj nagle taka niespodzianka.  Zupełnie odwrotnie niż do tej pory.   O co też może chodzić?  Leszek był podekscytowany i wymyślał najróżniejsze scenariusze.  Czekał z wielka niecierpliwością na zapowiedzianą kolejną wizytę Zdzisława, ale nie próbował jej w żaden sposób przyspieszać, gdyż z doświadczenia wiedział, że każde takie działanie kończy się przeważnie efektem odwrotnym od tego spodziewanego.  A miał w tej materii wiele obserwacji i przemyśleń zaś na pewno wnioski jakie wyciągał nie były bezpodstawne.  Dawniej zawsze miał dużo  przyjaciół, znajomych, kumpli do kart, picia i do wizyt w różnych ciekawych miejscach.  To  zapewne jest regułą znaną od pokoleń, iż zawsze masz dużo przyjaciół jak ci się powodzi i jak masz kasę.  A gdy powodzenie maleje, kasa znika to owi przyjaciele również jakoś tak tajemniczo znikają.  

I nagle coś zupełnie innego.  Zdzisław przyjechał z własnej woli i sam coś zaproponował.  Niby nic konkretnego, niby nic pewnego, ale dla obecnego stanu ducha  Leszka i tak było to niesamowite dlatego też, jak już wspominaliśmy, nie mógł sobie znaleźć miejsca i nie mógł przestać o tym myśleć.  

I tak, w tym niepokoju i niepewności, a także w stanie małej, ledwie tlącej się, nadziei, minęło mu pięć, pięknych, majowych dni.

Leszek był już po pięćdziesiątce i wiedział, że jego czas minął.  Jednak podobnie jak  każdy człowiek, łudził się i liczył na odmianę losu, liczył na przypadek, na łut szczęście, a czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi, liczył także na drugiego człowieka. W tym przypadku miał do czynienia z kimś kto kiedyś był świadkiem jego powodzenia i kto wyjątkowo dobrze go znał.   I chociaż zdrowy rozsądek mu podpowiadał, aby nie przywiązywać zbyt wielkiego znaczenia do lekko wypowiedzianych słów jego kolegi to jednak nie umiał tego odrzucić, gdyż jak powszechnie wiadomo nadzieja to zawsze coś, co umiera ostatnie i tą nadzieją żył Leszek w te majowe dni.  

Zdzisław zjawił się dopiero po dziesięciu dniach, we wtorek, krótko po południu.  Zaraz na wstępie powiedział - jutro wracam do siebie, do swojego domu pod Warszawą, ale tak jak obiecałem wpadłem jeszcze do ciebie.  Nie za bardzo poszły mi sprawy, z którymi tutaj przyjechałem i będę musiał niebawem znowu pojawić się za  tydzień lub dwa w Bydgoszczy, ale to już inny problem.  Dlatego z tą propozycją, o której wspomniałem, muszę się na razie wstrzymać.   Nie wiem jak mi się  potoczą nowe, rozpoczęte biznesy, a nie chciałbym na próżno zawracać ci głowę.   Leszek nie potrafił ukryć swojego rozczarowania i nieśmiało zapytał - ale tak ogólnie to co masz na myśli, o co chodzi?  Wybacz mi, ale niestety nie mogę odpowiedzieć, dopóki nie będę pewny, że sprawy pójdą tak jak tego pragnę.   Przepraszam cię, ale muszę już jechać, gdyż jeszcze jestem umówiony na dzisiaj w dwóch miejscach w Bydgoszczy, a za dnia chciałbym dojechać do domu.  Wiesz jakie są te nasze drogi, jaki na nich ruch i ilu na nich wariatów.  Lepiej jeździć jak jest jasno.  Tak jest po prostu bezpieczniej.  Ja już wyrosłem z tych rekordowych przejazdów na trasie Warszawa - Bydgoszcz, czym kiedyś, jak pewnie dobrze pamiętasz, często się tak chwaliłem.   Teraz zdrowie i bezpieczeństwo  są dla mnie najważniejsze, a te popisy zostawiam młodszym.  Podał Leszkowi rękę, którą ten mocno uścisnął,  wyszedł ze sklepu, wsiadł do swojego samochodu i odjechał.

Leszek usiadł za sklepową ladą i kolejny raz zaczął ze smutkiem rozmyślać o swoim aktualnym życiu.  Kolejny raz przeżywał srogi zawód.  Te niepowodzenia, tak sobie myślał,  stały się, i to od dłuższego już czasu, jego specjalnością.   Niestety tak to zazwyczaj bywa jak się liczy na innych.  Przecież to nie po raz pierwszy spotyka go srogi zawód w takich przypadkach liczenia na innych i pewnie też nie ostatni.    Ostatnimi czasy, już od paru lat, coraz częściej  miewał podobne, niewesołe myśli dotyczące najbliższej i dalszej swojej przyszłości.  Cała ta jego przyszłość zdawała się być mglista i niepewna.  Przecież mógł tak samo jak jego byli wspólnicy pójść na lipną rentę, albo postarać się, wiadomymi metodami o przyspieszoną emeryturę.  Co zresztą uczyniło wielu jego kolegów i znajomych.  Niestety, a może stety, nie uczynił tego w stosownym czasie.  Nie zrobił tego wtedy gdy miał odpowiednie znajomości, możliwości i pieniądze.   Wówczas, zresztą z niemałym oburzeniem, krytykował tych co tak robili, pouczał ich i głosił otwarcie, że tak nie można, że to przecież oszustwo.   Dziwił się jak inni mogą tak czynić i niczym się nie przejmować, a teraz sam rozważał, że mógł podobnie postąpić.  Jak to zawsze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.  Czasami nawet najbardziej porządni ludzie w chwilach swojej słabości mają wątpliwości czy naprawdę warto zawsze i wszędzie  postępować przyzwoicie.  Niestety życie uczy, że ten co wszędzie i zawsze pragnie postępować dobrze najczęściej upada wśród tych wielu, którzy porządnymi nie są.  Dlatego też takie gorzkie myśli psuły mu coraz częściej życie.  Jak się to zwykło mawiać – pozostawały mu jeszcze  prawie cztery olimpiady pracy, a potem licha emeryturka.  Emeryturka licha, gdyż od prawie dwudziestu lat był na swoim, a emerytury takich osób są  symboliczne.  

Siedział długimi godzinami w tym swoim sklepie czekając na nielicznych klientów i coraz częściej  dopadły go takie i inne czarne myśli.  Tak mijało mu coraz więcej tych coraz smutniejszych dni.  Dni podczas  których cały czas dręczyła go niepewność - czy jeszcze się coś wydarzy, czy jeszcze uda mu się odmienić swoje życie?   Tylko owi nieliczni klienci, z którymi, jak zwykle,  prowadził ciekawe i długie rozmowy, byli jego jedyną pociechą i jedynym urozmaiceniem tego monotonnego i jałowego życia.  Życia jakże różnego od tego jakie pędził poprzednio.  Z żoną już od lat nie układało mu się najlepiej.  Ona od czasu jak zlikwidowali swój duży, bydgoski sklep, miała swoje życie, swoją pracę, swoich znajomych i żyła innym rytmem i innymi sprawami niż Leszek.  Żyli niby razem, lecz tak naprawdę to w swoistej separacji, nawet rzadko razem jadali posiłki i rzadko coś wspólnie robili.  Żona miała do Leszka pretensje  oto, że mu się teraz nie wiodło.  Miała także pretensje oto, że jak mu się wiodło to jej nie słuchał, a przecież doradzała mu od lat, żeby wrócił do zawodu i został poważnym dyrektorem.  Długo by o tym pisać, ale nie ma co się na tym rozwodzić.  Jedyna córka przebywała za granicą i przyjeżdżała raz na parę miesięcy i to raczej z obowiązku niż z miłości.
Leszek człowiek nadzwyczaj ambitny, drażliwy, uporządkowany i systematyczny, czuł jak życie przecieka mu przez palce.  Nie znajdował w sobie siły na dokonanie jakiś istotnych zmian.  I tak trwał, a oczekiwał od życia jeszcze wiele.  Chciał podróżować, chciał pomieszkać rok lub chociaż pół roku w jakimś ciepłym kraju.  Chciał podobnie, jak wielu innych, opisać swoje, jego zdaniem, ciekawe życie.  Oczywiście ciekawe do momentu, w którym zerwał z wielkim światem.  Miał jeszcze wiele planów i marzeń, ale czuł, że z dnia na dzień stają się one coraz bardziej nierealne.  

Minął miesiąc od pamiętnej wizyty i Leszek, pełen rozterek i żalów oraz pretensji do swojego losu, prawie zapomniał o Zdzisławie.  Aż tu raptem na początku wyjątkowo upalnego lipca w czasie gdy Leszek  mył szyby  wystawowe, bo ostro świecące słońce mocno ujawniało ich brud, już z daleka zauważył znajomego srebrzystego Lexusa.  Serce zabiło mu mocno, a nadzieja kolejny raz obudziła się.  Tak to był Zdzisław, który po chwili wolno i dostojnie wjechał na sklepowy parking.   Po kolejnej chwili, dawni koledzy powitali się serdecznie, ściskając sobie mocno dłonie.  Przez moment milczeli, przyglądając się jeden drugiemu, a potem Zdzisław zapytał - jak się czujesz, co u ciebie słychać?   A dziękuję, dobrze. Zaś  samopoczucie bardzo mi się od razu poprawiło na twój widok.  Na zdrowie nie narzekam. 

 Leszek pragnąc stworzyć dobrą atmosferę do dalszej rozmowy zaczął od wspomnień i powiedział - tak sobie po twojej poprzedniej wizycie, myślałem o naszych wspólnych przeżyciach sprzed ponad 15 lat i w tych rozmyślaniach wychodziło mi, że byłeś jednym z najporządniejszych facetów, jakich w tym zwariowanym czasie przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych spotkałem na swojej drodze.  Przypominałem sobie jak to chcieliśmy zakładać bank.  Pamiętasz?   O tak, dobrze pamiętam.  Mieliśmy nawet pełnomocnika do jego organizacji i do tego z tytułem doktora ekonomii, chyba miał na imię Piotr, ale nazwiska już nie pamiętam.  Nazywał się Brzeziński – odpowiedział Leszek.  Taki wysoki, postawny gość, z gęstą, jasną czupryną, miłym uśmiechem przyklejonym do warg i sympatycznym tubalnym głosem.  Pewnie to ta jego niepospolita powierzchowność, te zewnętrzne, jakże miłe i czarujące, rzec można, cechy tak nas  zwiodły – kontynuował wspomnienia Zdzisław i dodał - pamiętam, że dużo i często podróżował służbowo, oczywiście za nasze bo sam był wyjątkowo wyrachowany, co wtedy poczytywaliśmy mu jako przyszłemu bankowcowi, na plus.  Potrafił tydzień lub dłużej siedzieć na jakiś  szkoleniach w Poznaniu, Gdańsku i Warszawie.  Spotykał się z dziesiątkami osób w różnych miastach i w różnych firmach, próbując wybadać wybraną grupę ewentualnych przyszłych klientów.  Pobierał od nas sporą miesięczną pensję i bardzo dobrze z tego w tamtym okresie sobie żył.   Tak pamiętam, trwało to chyba pół roku, albo nawet dłużej i wszystko, jak wspomniałeś, na nasz koszt – dodał Leszek.   I kontynuował - pamiętam, że trzeba było mieć wówczas, pod koniec 1991 roku jeden miliard złotych, żeby założyć bank.  Zebraliśmy się w szóstkę, w tym ty i ja i zadeklarowaliśmy taką kwotę.  A było to wówczas około tysiąca dobrych pensji.  Spotykaliśmy się wielokrotnie w naszym biurze na jednym z bydgoskich rynków.  Toczyliśmy wielogodzinne dyskusje, omawiając nawet obsady stanowisk w tym prawie już naszym banku.  Potem zazwyczaj zdrowo popijając grywaliśmy w pokera, a pule trafiały się czasami całkiem zacne, na szczęście bez szaleństw, pożyczek czy zastawów.  W trakcie gry tym łatwiej przychodziło nam obstawiać kolejne pule bo snuliśmy  świetlane wizję ogromnych zarobków w tym naszym banku.  Wizje te, nawet oceniając z dzisiejszej perspektywy, były bardzo realne, lecz niestety, jak czas pokazał, postawiliśmy na złego konia i do tego w pełni mu zaufaliśmy. 
 
Byliśmy tak pochłonięci innymi sprawami, że nie zauważyliśmy, iż kolega Piotr zaczął rozmawiać o powołaniu banku także z innymi, którzy go w końcu normalnie przekupili.  A tym samym nasza kasa, nasze zaangażowanie i nasze oczekiwania poszły w błoto.  Och, gdyby dobrze policzyć, co ten Piotr nas kosztował, do tego porady prawne, szkolenia, wyjazdy, hotele i cała masa tych innych początkowych wydatków związanych z uzyskaniem koncesji oraz pozyskaniem tak zwanej  przychylności urzędniczej i wieloma jeszcze innymi sprawami to wyszłyby nam niemałe zmarnowane pieniądze.  Pewnie tak ze sto dobrych, na owe czasy pensji – snuł wątek Leszek.  Tak, tak, dobrze to pamiętam bo dla mnie to była pierwsza wówczas porażka i to bardziej ambicjonalna niż finansowa, odrzekł Zdzisław i dodał - a Piotr i tak potem brał udział w tworzeniu prywatnego bydgoskiego banku.  Ciekawe na ile przy tym skorzystał wówczas z naszych pieniędzy, naszej pomocy i naszej inicjatywy, ale tego już się nie dowiemy, gdyż Piotr zniknął z naszego życia.  Zapewne obawiając się naszych, a może i nie tylko naszych reakcji i żądań gdzieś tam się przeniósł, chyba na Wybrzeże, a później jak ten bydgoski bank, którego był współtwórcą, popadł w tarapaty to słyszałem, że wyjechał do Stanów. 

Fakt, mamy co wspominać i pewnie nie raz jeszcze, mam nadzieję, będziemy mieli okazję to robić – dodał Zdzisław.  Pogadajmy jednak o tym, z czym do ciebie przyjechałem.  Żeby nie było między nami nieporozumień to od razu chciałbym powiedzieć, że bardzo cię cenię i poważam i chociaż, jak sam mówisz nie za bardzo ci się teraz powodzi to i tak mam jak najlepsze zdanie o twojej uczciwości, zaangażowaniu i fachowości w tym co zawsze robisz.  I wcale tutaj nie mówię zdawkowo, ani też nie po ty by cię pocieszyć, lecz wierz mi, że naprawdę tak myślę. Można powiedzieć, że tak jak ty mówiłeś przed chwilą dobrze o mnie, tak samo ja myślę o tobie.  A wiem co mówię.   Spotykałem na swojej biznesowej drodze setki, a może i tysiące różnych osób, nigdy ich nie liczyłem, nie zapisywałem, ani też, oprócz kilku osób, z nikim szczególnie się nie bratałem.  Ciebie poznałem, gdy zaczynałem działać na swoim i pamiętam nasze rozmowy z tamtych czasów.  Rozmowy o powodach takich, a nie innych decyzji, o tym co nas zmuszało do podejmowania ryzyka i o tym dlaczego to zrobiliśmy czyli przeszliśmy na swoje zamiast pozostawać na swoich świetnych wówczas państwowych posadach.   Łączy nas wspólny, podobny początek na tej nowej drodze.  Wówczas łączyło nas wiele, ale przede wszystkim zaufanie i wzajemny szacunek.  Zawsze dotrzymywałeś słowa, chociaż nieraz na tym traciłeś, byłeś solidny i odpowiedzialny i powiem ci, że takich ludzi jak ty w moim zawodowym życiu spotkałem tylu, że mógłbym ich zliczyć na palcach jednej ręki, a jeszcze zostałyby mi wolne palce.  Nie chciałbym, jak to się mówią,  kadzić ci, ani też nadmiernie cię wychwalać, czy też powierzchownie oceniać, ale to co myślę to, zgodzisz się chyba ze mną, mogę powiedzieć, prawda?.  Chodzi mi o twoje zaufanie.  Czyż nie mam racji?   No, nie wiem, ja sam sobie nie ufam, a co dopiero ufać drugiemu.  To co mówisz jest dla mnie miłe, lecz mam już tyle lat,  jestem wielkim realistą i przypuszczam, iż twoja, że się tak wyrażę, mowa ma, na pewno, jakiś konkretny cel – odpowiedział Leszek.   Oczywiście, ale to co powiedziałem także jest bardzo ważne, jeżeli myślałbym inaczej to nie oglądałbyś mnie dzisiaj tutaj – odpowiedział Zdzisław i kontynuował - no dobrze, ale jeżeli wspomniałeś o celu to pozwól, że przejdę do konkretów.  Otóż niedawno, jakiś rok temu, zakupiłem ponad hektar ziemi w podwarszawskiej miejscowości Podkowa Leśna.  To niewielkie niespełna czterotysięczne, podwarszawskie miasteczko. Powstało nie tak dawno bo w okresie międzywojennym.  To piękne miasto ogród, rozłożone wokół stacji kolei dojazdowej z Warszawy.   Dużo zieleni, dużo pięknych domów, w których mieszka sporo znanych powszechnie osób.  Tutaj mieszkał także Jarosław Iwaszkiewicz i wiele, wiele innych znanych osobistości.  I właśnie w tej miejscowości kupiłem ponad hektarową działkę na której znajduje się parę budynków.  W jednym z nich był duży sklep, dawnej Gminnej Spółdzielni, popularnego GS-u.    W drugim budynku były spore magazyny, w których składowano kiedyś najróżniejsze towary i stąd wywożono je do innych okolicznych sklepów.  Oprócz tego w tym kompleksie budynków są jeszcze dwa, całkiem przyzwoite,  mieszkania.  Kiedyś zamieszkiwali w nich magazynierzy z GS-u.  Kupiłem to, głównie dlatego, że cena była okazyjna, a także dlatego, że poprzedni właściciel winien był mi sporą kasę. W ten sposób korzystnie przejąłem to wszystko od niego w ramach długu jaki miał u mnie.  Normalnie bym się na coś takiego nie zdecydował, ale trafiła się okazja to wziąłem.   Jak dojdziemy do porozumienia to  ci opowiem szczegółowo jak to było, a na pewno cię ta sprawa zaciekawi bo zamieszani w to byli ludzie, których kiedyś znałeś.   Przed budynkiem jest spory parking, wiesz z takiej socjalistycznej trylinki czyli dużych sześciokątnych bloczków betonowych.   Nad działką przebiega linia energetyczna, a kilka metrów od budynku, w którym był geesowski sklep stoi słup wysokiego napięcia.  Ta energetyczna linia przebiegająca nad budynkami to spory mankament i głównie z tego powodu cena całej nieruchomości była stosunkowo korzystna.  Po zakupie od razu pomyślałem o jej skablowaniu, ale już podczas wstępnych rozmów z energetyką, jak to mówią, szczęka mi opadła i dałem sobie z tym spokój.  Pewnie dziwisz się po co ci to opowiadam, ale bez tego wstępu nie mogę przejść do sedna sprawy.  I Zanim przejdę do tego sedna to muszę ci jeszcze powiedzieć, że od ponad dziesięciu lat mieszkam w Konstancinie Jeziornej, czyli niedaleko Podkowy i stąd w ogóle ta sprawa z pomysłem na budynki i teren w Podkowie..  A teraz do rzeczy - otóż w niedalekiej przyszłości, powiedzmy półtora do dwóch lat zamierzam na tej działce, o której rozmawiamy, urządzić nowoczesne centrum handlu różnymi narzędziami metalowymi, urządzeniami metalowymi i formami z metalu.  Jestem już po serii rozmów z niemieckim kontrahentem i jego przedstawicielem działającym w Bydgoszczy.  I właśnie w tej sprawie tutaj przyjeżdżałem.   Wszystko jest na dobrej drodze, ale najpierw, korzystając z tego, że mam już magazyny i nie muszę się starać o nowe pozwolenia i plany, a tylko muszę zmodernizować to co już stoi sądzę, że ta inwestycja jest bardzo realna w rozsądnym czasie.   Sądzę, że dwa lata zupełnie mi na to wystarczą.  Otóż po wspomnianym przypadkowym spotkaniu naszego wspólnego kolegi, który mi opowiedział co teraz robisz, przemyślałem o tobie jako o moim przyszłym współpracowniku.  Sporo się zastanawiałem i analizowałem różne za i przeciw i wyszło mi, że chciałbym tobie zaproponować, abyś w przyszłości był szefem tego mojego nowego biznesu.  


sobota, 7 marca 2026

Minione chwile - 51

Mieliśmy taką tradycję, że w moje urodziny jechaliśmy nad polskie morze i piliśmy na plaży białe słodkie Martini.

Poniżej zdjęcie z takiej wspaniałej chwili, a kiedy to było, to widać na dacie na tym zdjęciu



                                            Poprzedni post z tego cyklu

środa, 4 marca 2026

Orihuela - miasto w Walencji, w prowincji Alicante.

W poprzednią środę czyli 25.02.2026 pojechaliśmy do położonego w głębi lądu historycznego miasta Orihuela.  Po polsku moglibyśmy powiedzieć, że to miasto na prawach powiatu. Miasto liczy około 60 tysięcy mieszkańców.  Od miejsca gdzie obecnie mieszkamy (Cabo Roig) do Orihueli przejechać musieliśmy tylko 30 kilometrów, a znaleźliśmy się w całkowicie innym świecie.

Korzenie miasta sięgają czasów starożytnych.  Wtedy miasto nazywało się Orcdelis.

To miejsce, gdzie możemy zobaczyć prawdziwą Hiszpanię.  Hiszpanię bez tłumów turystów, ale z wieloma zabytkami, pięknymi uliczkami i z zupełnie innym klimatem niż te nadmorskie atrakcje Costa Blanca (w tym i Orihuela Costa czyli region od Punta Prima do Campoamor).

 Orihuela to miasto o bogatej historii i o silnym charakterze religijnym.  To tutaj w trakcie santa semana (wielki tydzień) odbywają się jedne z największych uroczystości (procesje) w całej Hiszpanii.

Nam się bardzo podobało.  A do tego spotkała nas urocza niespodzianka.  Usiedliśmy na kawę przy stolikach ustawionych na niewielkim rynku.  Na zewnątrz znajdowało się kilkanaście stolików, ale tylko trzy były zajęte i to zajęte przez samych Polaków.  Przy jednym ze stolików siedziało małżeństwo z Piły, przy drugim Polka mieszkająca pod Guardamar już od 40 lat wraz dwójką jej przyjaciół z Polski, a przy trzecim nasza czwórka.  Stoliki sąsiadowały ze sobą i już po kilkunastu minutach rozpoczęliśmy wspólne konwersacje.

Do Orihueli, moim zdaniem, warto pojechać.  Jest tam co oglądać, poznawać i odczuwać.

Poniżej kilka zdjęć zrobionych wówczas w tym mieście:


 


Takie platformy z figurami świętych dźwiga w trakcie wielkanocnych procesji minimum kilkunastu mężczyzn






Fragment wspomnianej kawiarni "Z Polakami", ale to zdjęcie z łakomymi gołębiami.

                            Poprzedni nasz pobyt w Orihueli 01.2016 rok

Mira Kubasińska - "Gdy Ciebie nie ma".

 Piękna piosenka.

Piękna piosenka

niedziela, 1 marca 2026

Kolejna niedziela na plaży La Zenia.

 "Rzeczy małe dają radość istnienia" to zdanie z książki Eckharta Tolle pod tytułem "Nowa Ziemia"

Dzisiaj oglądając kolejny występ hiszpańskich artystów na plaży La Zenia wreszcie świadomie wiedziałem, że to właśnie ta chwila jest jak najbardziej ową radością.

Różnorodną (głownie hiszpańską) muzykę wykonywało czworo artystów.  Występ był podbudzający i ożywiający, a wręcz z mojego punktu widzenia - wspaniały.

Poniżej zdjęcie i link do filmiku (niestety za duży, aby zamieścić go bezpośrednio) z tych cudownych chwil.


                                                             Filmik z La Zeni


Poprzedni post z tego cyklu

środa, 25 lutego 2026

Byliśmy w grotach, w Vila Jolosa i w San Juan de Alicante.

W miniony wtorek wraz z naszymi krakowskimi przyjaciółmi pojechaliśmy zwiedzać groty w miejscowości Canelobre Caves.  Te groty  są oddalone o około 50 km od wybrzeża na którym obecnie przebywamy..  Po drodze oglądaliśmy panoramę prawdziwej, a nie tej turystycznej Hiszpanii.

Potem pojechaliśmy do miasta Vila Jolosa, gdzie podziwialiśmy piękne kolorowe domy, brodziliśmy w wodzie na pięknej szerokiej plaży, a po wypiciu kawy pojechaliśmy do San Juan - miasta położonego na północnych obrzeżach Alicante.

Poniżej kilka zdjęć z każdego z tych miejsc.

Wejście do grot

Widok na okolicę z punktu wejścia do groty.  Tak praktycznie wygląda około 80% powierzchni Hiszpanii

W grocie




Vila Jolosa






Jak wyżej


Na pięknej szerokiej plaży znajduje się kilkanaście boisk do siatkówki i kilkanaście do piłki nożnej


Wracamy do domu.


Poprzedni post z tego cyklu


niedziela, 22 lutego 2026

Kilka aktualnych obrazków z Hiszpanii

Piszesz i masz. 

Parę zdjęć z dzisiaj i z kilku poprzednich dni.. Oraz z dnia następnego (23.02.2026)

Temperatura pomiędzy 19 - 22 stopnie Celsjusza.  Piękne Słońce i niezmiennie piękne okoliczności przyrodnicze.  Kwitną liczne kwiaty, ptaki głośno śpiewają, zielone papużki dokazują, owoce na drzewach, migdałowce już przekwitły i coraz więcej ludzi na plażach w tym i kąpiących się.


                                  Widok z mojego okna - dzisiaj około godziny 14.00

Autor bloga - Playa Flamenca miniony czwartek


Widok z mojego okna dzisiaj około godziny 22.00


Na plaży w Mil Palmeras - wczoraj około godziny 16.00


Brytyjski żartowniś - spójrzcie na tablicę rejestracyjną.  Miniona środa - Cabo Roig


                                           Polecam mój kanał na Yuotube

23.02.26.  Las Ramblas

Pole golfowe Villa Martin


Mgła w Cabo.  23.02.26. godzina 15.30


Playa Capitan we mgle 23.02.26. godzina. 16.30


Widok z deptaka pomiędzy plażami w Cabo Roig i Cala Capitan - 23.02.26. godzina 17.00


piątek, 20 lutego 2026

Bydgoski wstyd - 15

 


Zdjęcie z grudnia  2022 roku.  Teraz jest jeszcze gorzej.  A takie dobre pensje i premie otrzymują zarządzający tym pięknym miejscem.  Pytam się: za co?


Poprzedni post z tego cyklu




wtorek, 17 lutego 2026

Kindżał - prolog - część 3

Prolog część 3

Leszek był jednak realistą i zdawał sobie sprawę z tego, że prawdziwego sukcesu, według wyobrażeń znacznej większości ludzi, już nie osiągnie lecz tkwiło w nim głębokie  przekonanie, iż idąc  drogą swoich zasad, swoich wyobrażeń i wyznawanych wartości, również może sporo zyskać.   Był pewien, że taki sposób działania  także zapewni mu dostatnie, ciekawe i satysfakcjonujące życie.  Bo przecież zawsze lepiej żyć z przekonaniem, że jesteśmy przekonani, iż to co czynimy jest dobre, niż z przekonaniem, że to jest złe.  Oczywiście nic nie jest proste i nic nie daje nam wiary, że dobrze lub źle czynimy.  Dopiero skutki naszych działań potwierdzają  to czy uczyniliśmy dobrze lub uczyniliśmy źle.

Pozostawmy jednak za sobą, przynajmniej chwilowo, dalsze tego typu teoretyczne rozważania i wróćmy do realiów.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, Leszek po tych wszystkich, wyżej wspomnianych przeżyciach, pozostał w końcu z jednym porządnym, dużym sklepem monopolowym.   Pozostał za to bez długów i zobowiązań oraz bez większych złudzeń.   Zostało mu tyle, że  starczyło jeszcze na wybudowanie niewielkiego domu pod miastem, na działce, którą kupił w okresie swojego największego powodzenia.   To co zarabiał obecnie w całości przeznaczał na w miarę przyzwoite życie.  O kumulacji z poprzednich lat nie było mowy, o szaleństwach, wyjazdach, zakupach, brylowaniu, luksusach i  zbytkach także.   Ale był wolny psychicznie i mentalnie, a także był wolny od wszelakich zależności, podległości i najróżniejszych układów.   Co prawda brakowało mu poprzedniego uznania, poprzedniej akceptacji, poprzedniego sposobu życia, kolegów, imprez, podróży i wielu innych rzeczy, które utracił przestając być uznanym biznesmenem, ale uzyskał równowagę psychiczną, spokój i prawdziwą niezależność.  

I tak Leszkowi, w tym swoistym zawieszeniu, minęło kilka kolejnych lat.  

Sklep, który mu pozostał był duży, dobrze zaopatrzony i miał sporą klientelę.  Było w nim ponad tysiąc rodzajów różnych alkoholi, a także sporo innych towarów.  Sprzedawaniem zajmował się Leszek z żoną, a także zatrudniali trójkę innych pracowników.   Z tej trójki najważniejsza była  Krystyna Furmanek, która z niewielką przerwą pracowała u Leszka od ponad dziesięciu lat.  Ona i jej dwie koleżanki Danka Molenda i Iwona Kozłowska pracowały razem długie lata w sklepach Spółdzielni Spożywców, a po przejściu na emeryturę w wieku 55 lat przyszły dorabiać u Leszka w sklepie.  To dzięki nim Leszek mógł jeszcze gdzieś wyjechać i mieć czasami wolną sobotę i niedzielę.   One były prawie jak rodzina, a przede wszystkim były uczciwe, nie tak jak zdecydowana większość pracowników, których Leszek poprzednio zatrudniał w handlu.   

I pewnie tak by sobie pracowali nadal w tym sklepie, gdyby wszystko wokół nie zaczęło się dynamicznie zmieniać.   W handlu te zmiany zaczęły być coraz bardziej istotne i zabójcze dla takich sklepów jak ten osiedlowy sklep Leszka.   Wielka inwazja, najpierw hipermarketów, a potem supermarketów, spowodowała, że Leszek uwijający się od rana do wieczora zarabiał coraz mniej, a bywały miesiące, że nie zarabiał nic.  Ten stan rzeczy coraz bardziej wpływał na życie osobiste.  Coraz mniej zaczynało mu zostawać na normalne życie.  Każdego niemal dnia głowili się z żoną, co dalej robić?  Jak żyć?  Mieli dom, żaglówkę, dwa samochody,  przynajmniej raz do roku wyjeżdżali na wakacje, ale niestety  to wszystko zaczynało im jakoś umykać, szwankować, nie zazębiać się, powodując coraz większe napięcia, kłótnie i konflikty.  Coraz więcej pracowali, a coraz mniej mieli i  nie byli w stanie zarobić na dalsze takie życie jakie do tej pory prowadzili.  

Jeszcze kolejny rok Leszek się wahał, ale kiedy po drugiej stronie ulicy, prawie na wprost jego sklepu, powstał wielki niemiecki supermarket, a ich obroty kolejny raz znacznie spadły to w końcu postanowił sprzedać sklep.  Za część uzyskanych pieniędzy chciał otworzyć niewielki specjalistyczny sklep z  winami.   Chciał go otworzyć niedaleko domu, w którym mieszkał, czyli w popularnej pod-bydgoskiej miejscowości.  Sprzedawanie i negocjacje z potencjalnymi nabywcami trwały kolejny rok, ale w końcu się udało.  I na początku dwutysięcznych lat Leszek otworzył ten nowy sklep z winami i innymi alkoholami.   Miejscowość, w której mieszkał oddalona jest raptem dziesięć kilometrów od centrum Bydgoszczy i cały czas się dynamicznie się rozwijała.  Przybywało wiele nowych domów, a w ciągu dziesięciu lat liczba ludności się podwoiła i nadal rosła w szybkim tempie.  Tysiące bydgoszczan budowało nowe domy pod miastem, a jego miejscowość była jednym z najbardziej ulubionych kierunków wyprowadzania się z miasta.  Leszek bardzo liczył na tych nowych, zazwyczaj dynamicznych i zamożnych ludzi, upatrując w nich swoich potencjalnych klientów.   Jednak początki nowego sklepu były bardzo trudne.  Bywały dni, że nie miał, ani jednego klienta.  Siedział na próżno po dziesięć godzin w sklepie.  Różne myśli go nachodziły.   Nie miał nawet ochoty na swoją ulubioną grę w tenisa, w którą grywał do tej pory regularnie i to już od kilkunastu lat.  Nie miał ochoty na ukochane żeglowanie, co także do tej pory czynił regularnie od lat.  W ogóle nie miał prawie na nic ochoty.  To kolejne niepowodzenie zatruwało mu życie.  Przez to, ale nie tylko, coraz gorzej mu się układało z żoną.  Stawała się ona coraz bardziej niezadowolona, drażniła ją i irytowała postawa męża.  Nazywała go nieudacznikiem, leniem nie potrafiącym niczego dobrze zrobić.  Zapomniała o poprzednim wygodnym życiu, o Leszka sukcesach i wszystkim co ich do tej pory łączyło.  Liczyło się tu i teraz.   W końcu postanowiła wrócić na państwową posadę do swojego zawodu.

A Leszek tak trwał, bez przerwy martwiąc się co dalej.  Nieustannie rozmyślał jak i z czego będzie żył, a przecież nie był już młodym człowiekiem i nie miał już tak wiele jak dawniej energii do nowych wyzwań i do nowych pomysłów.   Jego osobisty świat ogromnie się skomplikował.   Co prawda nowy sklep z roku na rok, zwiększał swoje obroty, klientów przybywało, ale to wszystko było mało na potrzeby Leszka i jego rodziny.  Nie była to ta skala jakiej oczekiwał zakładając ten nowy, niewielki biznes.    Jego zniechęcenie rosło, jego sytuacja materialna pogarszała się, praktycznie z miesiąca na miesiąc i nie wiadomo czym by się  skończyło dalsze prowadzenie sklepu z winami, gdyby nie zaskakująca wizyta jego dawnego znajomego - Zdzisława Baranowicza.  Wizyta, która zdarzyła się w maju, a jej miejscem był pod-bydgoski sklep z winami.

W przeciągu  paru lat wielogodzinnego przesiadywania w swoim sklepie, Leszek miał okazję poznać wielu powszechnie znanych bydgoszczan, którzy przenieśli się z miasta na wieś – na łono natury, jak to zwykli mówić.

Miejscowość w której mieszkał i prowadził sklep już w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczęła wyrastać na bardzo popularne miejsce zamieszkania  dla bydgoskich elit.  Powoli stała się ona synonimem powodzenia i zamożności.  I właśnie te osoby z nowych elit pomalutku zaczęły zostawać jego klientami.  Przybywało także klientów z sąsiednich miejscowości tej zamożnej pod-bydgoskiej gminy i gmin ościennych.

Leszek co dzień zaczynał coraz częściej stykać się w swoim sklepie z wieloma lokalnie popularnymi tutaj osobami.   Przychodziło do niego wielu ludzi sukcesu, artystów, lekarzy, prawników i biznesmenów.  Niewielki, ale dobrze zaopatrzony sklep z czasem zaczął być dosyć popularny i zaczął zyskiwać coraz lepsza opinię.   Niektórzy z owych klientów lubili długo rozmawiać z Leszkiem na różne tematy.   Dyskutował, ze znanymi prawnikami, lekarzami, sportowcami, przedsiębiorcami i lokalnymi politykami, a także  wysokimi urzędnikami państwowymi i  samorządowymi.  Poznał bliżej dużą grupę bardzo wartościowych, jego zdaniem, mieszkańców swojej i sąsiednich miejscowości.  Rozmawiał z klientami o lokalnej polityce, o ich pasjach, zamiłowaniach, o przeczytanych książkach, a także o życiu osobistym i wielu, wielu innych sprawach.      

Dlatego klient, który przyszedł do jego sklepu na początku maja 2005 roku i, który okazał się być jego znajomym, jak się to mówi ze starych dobrych czasów, wcale go tak mocno nie zaskoczył.  A był nim wspomniany już  Zdzisław Baranowicz, którego Leszek nie widział przynajmniej od sześciu, a może siedmiu lat.  Poznając kolegę, zaraz po jego wejściu do sklepu, Leszek od razu pomyślał, że pewnie kupił lub wybudował w okolicy dom i zajrzał do jego sklepu po dobre wino nawet nie mając pojęcia kto ten sklep prowadzi.

A Zdzisław Baranowicz, o którym mowa, to był bardzo ciekawy człowiek.  Ten, wówczas, niespełna pięćdziesięcioletni mężczyzna, swoje pierwsze duże sukcesy zawodowe zaczął odnosić na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.   W tym też okresie Leszek zetknął się z nim po raz pierwszy.   A to ich pierwsze spotkanie miało miejsce w bydgoskiej restauracji Orbis na balu cukierników w styczniu 1988 roku.   Ten przystojny, szczupły, niewysoki ciemny blondyn, potrafił u większości rozmówców od razu wzbudzać duże zaufanie.  Trudno powiedzieć co było tego powodem, może tembr głosu, a może emanujący z niego spokój i opanowanie, a może jego zawsze dobry humor, albo energia jaka zdawała się bić z jego oblicza, a może jeszcze coś innego?   Pewnym jest – ludzie go lubili, lubili z nim przebywać i garnęli się do jego towarzystwa.    Potrafił ciekawie opowiadać i to na dowolne tematy.  Był szalenie inteligentny, bystry i przedsiębiorczy.  Miał w sobie to coś co zawsze zjednuje bliźnich do takich ludzi, a co trudno jednoznacznie określić słowami dlaczego tak jest.  

Leszek działał razem z nim dużo wcześniej i to w kilku różnych organizacjach.   Organizacjach powstających na początku okresu przemian jak przysłowiowe grzyby po deszczu.  Razem należeli do gildii kupieckiej,  bractwa kurkowego, do stowarzyszenia przedsiębiorców i jeszcze paru innych tego typu tworów.  Lubili się, a łączyły ich podobne poglądy na wiele spraw, podobna chęć do działania, a także wspólne pasje, głównie do tenisa ziemnego i żeglarstwa.  Nie byli przyjaciółmi, ale byli dobrymi znajomymi i wielokrotnie Leszek bywał zapraszany na najróżniejsze uroczystości organizowane w pięknym, dużym i wspaniale położonym domu Zdzisława.   Mieszkał na jednym z bydgoskich osiedli, tuż nad samą rzeką z fantastycznym widokiem na rozlewisko Brdy.

Na tym kończy się prolog i przechodzimy do właściwej opowieści opartej na wspomnianym na wstępie śnie, a właściwie to na dwóch snach.



sobota, 14 lutego 2026

Niccollo Machiavelli

Kolejny raz przypominam o tym największym geniuszu znawcy ludzkiej duszy. Duszy  w działaniach dotyczących motywacji ludzkich poczynań. Niewiele do poczytania, ale naprawdę warto.

Poniżej tekst z mojego blaga z 2022 roku, ale oparty na moim wpisie, na moim blogu z 2012 roku.

Trzeba sobie zadać dużo trudu, aby dotrzeć do sedna czegokolwiek.  Niccolo Machiavelli dotarł do tego absolutnego sedna.  Ten geniusz przełomu XV i XVI wieku pochodzący z Florencji, obnażył prawdziwe intencje ludzkiej duszy.  Nazwał je po imieniu i opisał.  Dlatego też do dzisiaj nienawidzą go mali i ubodzy duchem ludzie.  Bo kto chciałby wiedzieć dlaczego postępuje tak lub inaczej będąc przekonanym, że to co robi to jedyne słuszne rozwiązanie.  Ale czy naprawdę?  Ten włoski geniusz to opisał i do dzisiaj  wszelakiej maści rządzący czymkolwiek nienawidzą go za to co uczynił.  Poniżej mój tekst napisany ponad 10 lat temu i oparty na faktach pochodzących z przeczytanych przeze mnie książek.

Warto przeczytać - 4

Valeriu  Marcu   "Machiavelli szkoła władzy".

Moim zdaniem, tę książkę powinien przeczytać każdy kto chociaż odrobinę ociera się o działalność polityczną, społeczną lub inną działalność publiczną.  Oczywiście pozostali także powinni przeczytać, ale szczególną wartość ta książka ma dla tych, którzy pragną poznać prawdziwe motywacje ludzkich działań, pragną zrozumieć mechanizmy zdobywania, utrwalania i sprawowania władzy oraz pragną poznać prawdziwe oblicze duszy ludzkiej.  Niccolo Machiavellego nazwać można prekursorem, a właściwie to ojcem wszelkiej nowoczesnej polityki.  W swoich dziełach pokazuje techniki polityczne wszystkich czasów, które go poprzedzały, a które są równie aktualne obecnie.  Najbardziej znanym dziełem Machiavellego jest "Książę".  Jest to, ogólnie mówiąc, zbiór rad jak zdobyć i sprawować władzę, a rady te udzielał Machiavelli florenckiemu księciu Cesare Borgia, synowi bardzo kontrowersyjnego papieża Aleksandra VI.  Jak piszą prawdziwi znawcy dzieł Machiavellego - o żadnej książce nie napisano więcej głupot niż o "Księciu".  A prawie wszyscy wypowiadający się na temat Machiavellego, posługują się głównie tym dziełem.  Z niego czerpią swa wiedzę i oceny.  Często też spotykamy się z ocenami negatywnymi lub nawet pogardliwymi dzieł Machiavellego.  Powszechnie używa się nawet terminu - machiavelizm, który u prawie wszystkich wypowiadających się na temat Machiavellego ma znaczenie negatywne.  Nic bardziej mylnego.  Jak twierdził Napoleon - jedyna książka polityczną, którą można czytać, jest dzieło Machiavellego.  A również jak pisze na zakończenie swojej książki Valeriu Marcu - "Niezniszczalne zwierciadło, w jakim Niccolo ukazał duszę człowieka, może być przez czas, pochwały czy nagany porysowane i zniekształcone; będzie jednak świeciło nie mniej niż pierwszego dnia.

Aby dobrze zrozumieć dzieła Niccolo Miachiavellego należy, moim skromnym zdaniem, przeczytać przynajmniej parę książek o nim, ale nie książek jego przeciwników, którzy chcą tylko widzieć w jego działaniach wszelkie zło, którzy z określenia machiavelizm zrobili synonim tylko negatywnych zachowań, postaw i rad, ale trzeba przeczytać książki obiektywne, ukazujące w rzeczywistym świetle życie, działalność i twórczość jednego z największych ludzi w historii świata.  Polecam książkę wymienioną powyżej, a także książkę autorstwa Mieczysława Manelli pod tytułem "Machiavelli".

Moim zdaniem Niccolo Machiaveli odsłania prawdziwe oblicze ludzkiej natury, pisze o tym bez hipokryzji, uprzedzeń i bez odwoływania się do religii.  Ukazuje nam jakim naprawdę jest człowiek, co nim naprawdę kieruje, jakie są motywy jego działań i zachowań.  Pokazuje w sposób szczery, aż do bólu, a często nawet brutalny to co większość chciałaby ukryć pod płaszczykiem hipokryzji lub zwyczajnego kłamstwa.  Nie daje się oszukiwać, pisze wprost, pisze prosto, otwarcie, podaje przykłady i jasno oraz krótko formułuję swoje sądy.  Wielu to oburza, gdyż mają o sobie znacznie lepsze zdanie niż to, które jest ich ich prawdziwym obliczem, a którego zasady, mechanizmy i motywacje tak wspaniale przedstawił Machiavelli.

Niccolo Machiavelli nigdy nie dostąpił wielkich zaszczytów chociaż na nie, niewątpliwie, zasługiwał.  Niestety sam zawsze postępował według zasad, które głosił i które, często jako pierwszy na świecie, sformułował i opisał.  Dlatego też był kontrowersyjny, nie poddawał się fali, nie łamał słowa, żył tak jak głosił, że należy żyć, stosował wobec siebie te rady, które dawał innym, a to nie przysparzało mu przyjaciół, zaszczytów i majątku.

Aby zachęcić do przeczytania książki o której dzisiaj piszę, przytoczę kilka prawd, zasad i klasyfikacji jakie sformułował Niccolo Machiavelli, a jednocześnie dodam, że książka ta nie jest zbiorem jego mądrości, ale żywo i wartko napisaną specyficzną historią  jego życia na tle historii Europy /głównie Włoch, a przede wszystkim Florencji/ przełomu XV i XVI wieku, epoki wspaniałego Odrodzenia po zimie średniowiecza.
Parę zasad opisanych przez Machiavellego już zamieściłem na moim blogu w cyklu "cytaty znane i nieznane" - na przykład: http://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2012/03/cytaty-znane-i-nieznane-optymizm.html

Cytat I :  "Namiętności indywidualnych natur stanowią czynnik decydujący w polityce".

Cytat II:  "Natura umieściła dary szczęścia pomiędzy ludźmi, raczej wystawione na rabunek niżeli przeznaczone dla pilności, raczej dane złym niżeli dobrym sztukom; obserwują oni czyny ludzi i widzą, jak wszyscy, co doszli do wielkich bogactw i wielkiej potęgi, osiągnęli to oszustwem i gwałtem, i jak temu, co przebiegłością zdobyli, nadają szacowne imię zysku, aby puścić w zapomnienie nikczemny sposób zdobycia."

Cytat III: "Musi być polityk w ogóle, a demagog w szczególności wielkim hipokrytą, zdolnym symulantem, wybitnym znawcą sposobności, wirtuozem w wykorzystywaniu wszelkich słabostek i obliczaniu niedopatrzeń, musi umieć pobudzać próżnostki, zręcznie żonglować ideałami, musi być kochankiem przebiegłości i wyznawcą przemocy".

Cytat IV:   "Są trzy rodzaje umysłów ludzkich:
                 -pierwszy - rozumie wszystko sam przez się
                 -drugi - rozumie to co inni pokazują
                 -trzeci - nie rozumie sam przez się, ani gdy mu inni udzielają rad.

I na koniec jedno zdanie o Machiavellim, jakże charakterystyczne dla niego:

"Interesy ludzi, którym się kłania, nie przeszkadzają jego talentowi prawdy".


Tę książkę, naprawdę warto, a nawet trzeba, przeczytać.

Może ktoś lub wielu, zmieni swoje dotychczasowe widzenie świata pod jej wpływem?

środa, 11 lutego 2026

Kindżał - prolog - część 2

Prolog część 2

Rozpoczęte wówczas na dużą skalę procesy prywatyzacyjne polskiej gospodarki pozwoliły wielu takim sprytnym osobnikom wzbogacić się, i to wzbogacić się ogromnie. A te przemiany i to na wielką skalę odbywały się w przeciągu paru miesięcy lub góra, paru lat.  Te przykłady niebotycznych fortun wyrosłych nagle i znikąd zaczęły powodować prawdziwą erozję nowej polskiej demokracji.   

A Leszek pozostał ze swoimi zasadami, a czas płynął i pomału cechy Leszka zaczynały powodować, iż koledzy, mający wokół tyle niesamowitych przykładów nagłych karier i sami dążący do sukcesów za wszelka cenę, zaczęli, najpierw od niego stronić, a potem po cichu i po kryjomu, go opuszczać.   Jego wrodzona przyzwoitość przestała pasować do obowiązującego obrazu biznesowej rzeczywistości.    Początkowe wielkie sukcesy z czasem zaczęły być trochę mniejsze, a później jeszcze mniejsze i mniejsze, aż w końcu okazało się, że Leszek jest nie za bardzo przystosowany do dynamicznych przemian i coraz mniej znajduje wspólnego  języka ze swoimi, niegdyś bardzo dobrymi, biznesowymi kolegami.   A ci koledzy, którzy jeszcze parę lat temu zabiegali o jego względy, teraz po przeróżnych przekształceniach i prywatyzacjach, po pobraniu wielkich kredytów w zastaw majątku, który dopiero chcieli kupić i potem z tego majątku ów kredyt spłacać,  zaczęli szybko wyprzedzać Leszka na biznesowej drodze.  

I w taki sposób Leszek, jeszcze niedawno jeden z pierwszych, zaczynał z upływem lat, pozostawać coraz bardziej z tyłu, plasując się w rezultacie w grupie ostatnich.  Już nie spotykał się z prezydentem miasta i z wojewodą jak to wcześniej często bywało.  Już nie dla niego były zaproszenia do pierwszych rzędów na premiery teatralne, operowe, a nawet loże na imprezach sportowych.  Gdzieś Leszek w tym coraz bardziej  zmieniającym się świecie biznesu, można powiedzieć, że się kompletnie pogubił.   Wielu wśród tych nowych ludzi sukcesu, jeszcze nie tak dawno jego bliskich kumpli, z którymi wspólnie wiele zrobili i zarobili, zaczęło się mocno wyrywać do przodu, a jednocześnie zaczęli oni coraz mniej liczyć się z Leszkiem, a nawet często starali się go nie zauważać.  Stąd już było blisko do obojętności, a potem do lekceważenia.  To wcale nie znaczy, że Leszek był naiwny, albo, że był oderwany od realiów, które go otaczały.  Leszek zdawał sobie sprawę z tego jaki jest otaczający go świat, jacy są otaczający go ludzie, co nimi kieruje i jakie są motywy ich postępowań, ale wierzył, że ludzie powinni kierować się się pobudkami wyższej natury, a nie tylko chciwością, sprytem i cwaniactwem.  Niestety to właśnie ta wiara go zgubiła, gdyż nie potrafił rozróżnić tych co czynią dobrze od tych co tylko mówią, że to czynią.  Nie znał jeszcze wówczas jednej z najsłynniejszych łacińskich maksym, która brzmi: „cupiditas mater omnium malorum”  (po polsku:  „chciwość matką wszelkiego zła”)

Leszek nie potrafiąc rozróżnić prawdziwych cwaniaków od tych nielicznych, którzy jeszcze próbowali działać w miarę uczciwie, logicznie, w zgodzie z ogólnie pojętymi zasadami przyzwoitości, łudził się, że to chwilowe, że on im jeszcze pokaże, że on im... i tak w ogóle, i tak dalej.  Niestety rzeczywistość pokazała, że to Leszek nie potrafił się do niej dostosować, a inni i owszem.  Tak to z roku na rok Leszek popadał w coraz większe publiczne zapomnienie i miał coraz mniejsze znaczenie w kręgach, w których nie tak dawno brylował i to w pierwszych rzędach.   Zaś to, że jeszcze niedawno był jednym z filarów tego nowego, lokalnego kapitalizmu, z czasem przestawało się kompletnie liczyć.  Niektórzy koledzy, którzy kiedyś przy nim zarobili pierwsze pieniądze i to nie te z państwowej pensji, ale będąc na państwowych posadach, pieniądze dodatkowe, często przekraczające wielokrotnie ich pobory teraz na jego widok zaczęli udawać, że go nie zauważają.   Przy przypadkowych spotkaniach na ulicy, zaczęli odwracać głowy w drugą stronę, albo w najlepszym przypadku, zbywali Leszka ogólnikami i truizmami.  Leszek strasznie to przeżywał.  Prawie ze szczytu wysokiej drabiny spadł,  jak się to mówi, na glebę.  Był jednak ponad wszelką miarę, człowiekiem ambitnym i nie dawał po sobie poznać tego co przeżywał i z czym miał coraz częściej do czynienia.  Robił dobrą minę do złej gry.  Jeszcze żył nienajgorzej dzięki zgromadzonemu wcześniej majątkowi i oszczędnościom, ale czuł, że coś musi zrobić, na coś musi się zdecydować.  Może wrócić do zawodu, a może wyjechać?  

Jednocześnie z biznesowym niepowodzeniem zaczęły się problemy rodzinne.  Wiele tych problemów  było z winy Leszek, ale nie wszystkie.  Żona coraz częściej miała do niego pretensje o różne rzeczy i sprawy i coraz bardziej się od siebie oddalali.  Córka wyjechała na studia do innego miasta, a to jeszcze gorzej wpływało na relacje z żoną.  W życiu Leszka nastał czas swoistego letargu, czas zawieszenia, czas oczekiwania i czas wiary, że na pewno jeszcze będzie lepiej.   I tak w tym oczekiwaniu minęło mu kolejnych kilka lat.  Nic wielkiego jednak się nie wydarzyło, nie stał się żaden cud, a wszelkie próby powrotu na szczyty kończyły się kolejnymi porażkami.  Nie te cechy, nie to zachowanie, nie te umiejętności dostosowania się, za duży krytycyzm i za duża  racjonalność, a za mało cech lisa i wilka.

W końcu Leszek pragnąc naprawdę coś zmienić, postanowił sprzedać udziały w  firmach, których był współwłaścicielem.  Sprzedał je swoim dotychczasowym wspólnikom.  Sprzedał także  posiadane udziały w różnych nieruchomościach, spłacił swoje pożyczki i różne zobowiązania oraz kredyty i postanowił rozpocząć wszystko na nowo.  No może nie tak zupełnie na nowo, ale raczej od nowa potraktować rzeczy zasadnicze czyli głównie niezależność, zgodę z samym sobą, zgodę z głoszonymi prawdami i poglądami.  Wreszcie bardzo zapragnął robić to co naprawdę  lubi.   

Niestety, od razu ujawnił się szereg elementarnych konfliktów.   Chcąc zachować swój poziom życia do którego przyzwyczaił się przez kilkanaście lat sporego powodzenia, musiał pójść na liczne kompromisy.  I to kompromisy zarówno w sferze materii jak i w sferze ducha.  Jednak wytyczył sobie granice, których postanowił nie przekraczać.  A te granice to głównie działalność, ogólnie rzecz ujmując, w zgodzie z przepisami i prawem, a także w zgodzie z przyjętym, przemyślanym i postanowionym przez niego, systemem wartości opartym głównie o to, aby czynić tylko to co przynosi mu maksymalne korzyści, ale nie odbywa się kosztem innych i nie przynosi im krzywdy.   To takie truizmy, takie oczywistości, które niby każdy wyznaje, lecz jak się przyjrzymy się temu bliżej  to naprawdę bardzo rzadko mamy do czynienia z tymi co tak postępują.  Zazwyczaj kończy się na hasłach, chęciach, zapowiedziach i zamiarach, a co do czynów w myśl głoszonych powyższych hasłach to, jak Leszek zdążył się przekonać i to na własnej skórze, prawie nigdy nie dochodzi.  Leszek postanowił sobie, że on będzie inny.  

Jak zapewne doskonale wiemy, wielu tak postanawia, a potem żałują za grzechy.  Jednak Leszek poniekąd dobrowolnie rezygnując z wielkiej kariery biznesowej, z wielkich pieniędzy, z wielkich możliwości, z wielkiego świata kierował się głównie tym, aby być w zgodzie z sobą samym, aby  mógł każdemu odważnie spojrzeć w oczy i, aby to co mówił, pokrywało się z tym co zamierzał robić.   Mógł przecież pozostać ze swoimi wspólnikami.  Mógł przymykać oczy na wiele spraw i rzeczy.  Mógł robić to co czynili inni.  Mógł traktować bardzo elastycznie różne normy, przepisy i zasady prawne.  I mógł dalej brnąć w ten coraz bardziej skomplikowany świat nowego polskiego biznesu.  Niestety, tak naprawdę to nie mógł.  Gdyby próbował iść do celu nie patrząc na stosowane środki i rodzaj wybranej drogi to nie znalazłby spokoju ducha, wiecznie by się czymś gnębił, czegoś się obawiał, czegoś się bał.  Takim był typem człowieka, taki miał charakter i taką wrażliwość.  A natury człowieka nie zmienisz.


Poprzedni odcinek

Następny odcinek


poniedziałek, 9 lutego 2026

Wspomnienie muzyczne.

Mirosław Breguła (Univers) i Beata Kozidrak.

Piękna historia.  Przypominam..  To nie tylko Ich historia.

Piękna miłość

I do tego niepospolity bonus: 

Bonus




niedziela, 8 lutego 2026

Dzisiaj na plaży La Zenia.

Dzisiaj na plaży La Zenia (południowy kraniec Costa Blanca) występował hiszpański kwartet gitarowy grając i śpiewając głównie muzykę hiszpańską.

Ten występ bardzo mi się podobał, a w poniższym linku mały fragmencik z tego występu.

Występ na plaży

sobota, 31 stycznia 2026

Aktualny komentarz polityczny.

 Posłuchałem pana Marka Wocha https://www.youtube.com/watch?v=GE-nzlPIuiU   i pod tym wywiadem zamieściłem swój komentarz:

Poniżej ów komentarz:

Pan Woch dobrze mówi, ale w polityce nie wystarczy mieć rację, ale trzeba mieć siłę, aby swoje racje wprowadzić w czyn (nijaki Niccollo). Ten czyn to ogłupienie większości elektoratu, aby was wybrała. A tutaj to demagogia, populizm, bezczelność (nijaki Czaczkowski) i wszelkie inne formy uwodzenia tak zwanego elektoratu. Zdrowy rozsądek zanika w owym procesie uwodzenia, a decydują jednostki. Cała historia ludzkości to namiętności indywidualnych natur (Niccollo). Zaś owi wielcy w owych sprawach wielkich, są tacy sami jak w swoich sprawach zwyczajnych, indywidualnych, codziennych. Krótko mówiąc to lider (zły jak tusk) lub dobry jak Morawiecki, decydują za nas i o nas. Ludzie niestety są w swojej większości tak głupi, że dają się uwodzić bo zawsze bardziej wierzą w to o czym są przekonani, a nie w to co naprawdę jest.

Poprzedni post z tego cyklu

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Przypominam - 52

Przypominam moje życzenia jakie składałem czytelnikom mojego bloga na koniec 2013 roku, czyli 12 lat temu.  Moim zdaniem wszystkie są aktualne i niezrealizowane.

Jeżeli ktoś się pokusi przeczytać te niespełnione obietnice to proszę o komentarz.

Niespełnione obietnice

Poprzedni post z tego cyklu

sobota, 24 stycznia 2026

Kindżał - prolog - część 1

Dziesięć lat temu miałem dziwny sen, a najdziwniejsze jest to, że ten sen trwał podczas dwóch kolejnych nocy i wszystko w nim było spójne i logiczne, a przecież zazwyczaj sny takie nie są, a ten sen lub raczej dwa sny, takie były.

Treść tego snu posłużyła mi jako fabuła do napisania książki, której dałem tytuł "Kindżał".

Poniżej pierwsza część prologu, w którym zapoznajemy się z głównym bohaterem tej opowieści.

Po prologu zacznie się akcja powieści.

Kindżał - Prolog

Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Leszek Marcinkowski był blisko czołówki ówczesnych bydgoskich biznesmenów. O jego sukcesach można było przeczytać w lokalnej prasie, albo dowiedzieć się na licznych spotkaniach gildii kupieckiej, lub w  innych, powstających wówczas, organizacjach skupiających różnych   przedsiębiorców.   Przedsiębiorców, którzy bardzo licznie odradzali się w tej nowej polskiej demokracji.  Już od  końca lat osiemdziesiątych Leszek był współwłaścicielem  sporych, jak na tamte czasy prywatnych firm.  Były one dobrze rozpoznawalne na lokalnym rynku.   Miały silną pozycję w branży budowlanej i handlowej.   Leszkowi wówczas wiodło się naprawdę świetnie.  Dysponował prawie wszystkim o czym marzył normalny człowiek w ówczesnej polskiej  rzeczywistości.  I do tego był przed czterdziestką i cały świat w jego wyobrażeniu, stał przed nim otworem.  Miał wspaniałą żonę i jeszcze wspanialszą córkę.  Miał szeroki krąg znajomych, z którymi często i to w najróżniejszych okolicznościach, miło i ciekawie spędzał wiele czasu.   To doborowe grono składające się głównie z przyjaciół ze studiów jego i jego żony oraz najbliższych duchem i miejscem zamieszkania, sąsiadów, spotykało się regularnie na licznych  imieninach, urodzinach i rocznicach. A także organizowali wspólnie bale przebierańców,  grzybobrania, albo wyjazdy pod namiot na Kaszuby, nad Zalew Koronowski lub w Bory Tucholskie.  Miał też  rodzinę mieszkającą we Wrocławiu i Poznaniu oraz we wielkopolskim mieście, z którego pochodził.  Wszędzie jeździł swoim nowiutkim samochodem kupionym w Pewexie (to były tak zwane sklepu eksportu wewnętrznego, gdzie płacić można było tylko dolarami) za absurdalną jak na owe czasy kwotę wynoszącą kilkaset tamtych przeciętnych pensji.   Z przyjaciółmi spędzał także  liczne wspaniałe wieczory, grywając z nimi w brydża, gadając godzinami o życiu i polityce.  Wówczas zaczął także często grywać w tenisa i w piłkę nożną, latem na korcie i boisku, a zimą na sali.    Miał także swój jacht.  Nie był on zbyt luksusowy, ale był świetny.  To była   żaglówka klasy Venus, zbudowana przez szkutnika z Koronowa na indywidualne zamówienie Leszka.  Dzięki protekcji kolegi z technikum stała ona przy bojce w renomowanym klubie żeglarskim, w Romanowie nad Zalewem Koronowskim. 

 Wraz z żoną mieli piękne mieszkanie na Osiedlu Leśnym  A to najlepsze bydgoskie osiedle.  Stąd blisko na stadion Zawiszy, a Leszek był wielkim miłośnikiem piłki nożnej. Dobry dojazd do jeziora w Borównie i nad Zalew Koronowski i  oczywiście blisko do największego miejskiego parku w Polsce, czyli do Myślęcinka, a także blisko do okolicznych lasów które w sezonie były pełne grzybów.  

W tym czasie Leszek zaczął działać nie tylko we wspomnianych organizacjach biznesowych, ale także w partii politycznej.   A nawet po paru latach został w tamtym czasie szefem struktur wojewódzkich  współrządzącej wówczas partii.  Poznał osobiście wielu liderów partyjnych, ministrów i sporo  innych znaczących oraz popularnych osób.    Pijał z nimi wódkę i prowadził ożywione dyskusje na rozmaite tematy, a nawet zdarzało się, że pomagał tym wielkim, żyrując im kredyt na zakup samochodu lub kojarząc różne osoby między sobą dla ich wzajemnej korzyści, a dla swojej, jak się później okazało, straty.   Miał wówczas w sobie ogromne pokłady energii, świetne zdrowie i przeważnie dobry humor. 

Niestety Leszek bywał także łatwowierny, naiwny i prostoduszny.  A do tego sądził, a nawet był przekonany, że inni są tacy sami, albo przynajmniej bardzo podobni.   Zresztą miał podstawy tak sądzić, gdyż otaczający go znajomi i przyjaciele w dużym stopniu posiadali podobne cechy.  Dlatego też nowym  kolegom partyjnym i biznesowym Leszek opowiadał o swoich przemyśleniach, o swoich poglądach i przekonaniach, wierząc, że tak działając, czyni dobrze i, że oni mają takie same intencje jak on. Pomimo swojej otwartości wobec innych i tej wspomnianej łatwowierności, z której nie zdawał sobie wówczas zupełnie sprawy,  wiodło się Leszkowi bardzo dobrze.  I pewnie dalej by tak było, gdyby potrafił w porę zrozumieć swoje błędy.  Jednak z  przykrością trzeba stwierdzić, że Leszek należał do tych osób, które zawsze i wszędzie chcą postępować otwarcie, prosto i zgodnie ze swoim przekonaniem i przyjętymi zasadami, a jak doskonale wiemy nie jest to najlepsza droga do sukcesu, a raczej wręcz przeciwnie.  Jak mówi znane przysłowie: „Kto ust swych nie strzeże ten zagraża sam sobie”  O tym, że tak jest naprawdę Leszek  miał się niebawem przekonać.  I tak, pewnie tylko dzięki wielkiemu zamieszaniu przy zmianie ustroju i wielkiemu wymieszaniu pomiędzy starymi, a nowymi elitami, udawało się Leszkowi przeżyć dostatnio tak wiele lat

Okres przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego wieku, sprzyjał osobom takim jak Leszek, osobom przedsiębiorczym, aktywnym, mającym swoje zdanie oraz odwagę, chęci i energię do działania.  Niestety już w pierwszych latach dziewięćdziesiątych, zaczęło się to gwałtownie zmieniać.  Logika, zdrowy rozsądek, odpowiedzialność, doświadczenie i prawdziwa aktywność, zastąpione zostały cwaniactwem, pazernością, kumoterstwem i kolesiostwem, przekupstwem i powszechną korupcją.   Zaczął królować spryt, czyli lichy rodzaj rozumu, który sprytnym ludziom każe postępować, niezależnie od wszystkiego, tylko w taki sposób, który przynosi im od razu duże korzyści, daje natychmiastowe efekty i pozwala, po plecach i głowach innych, wspinać się coraz wyżej i wyżej, nie oglądając się na nic.  A najlepsze lub najgorsze, zależnie od punktu patrzenia, w tym sprycie jest to, iż takiego prawdziwie sprytnego postępowania nie można się nauczyć, z tym po prostu trzeba się urodzić.   Natomiast odwrotnie - rzetelna praca, budowanie od podstaw, sumienność, dotrzymywanie słowa, przestrzeganie prawa i przepisów oraz zawartych umów, a także wiele, wiele innych tego typu, postaw, które powinny cechować prawdziwego przedsiębiorcę, stały się przeważnie tylko pustymi słowami, którymi wszędzie i zawsze górnolotnie szafowano, a postępowano zupełnie odwrotnie.  


Następny odcinek