sobota, 13 czerwca 2026

Kindżał - odcinek 10

  Kindżał - odcinek 10

Miał Leszek o czym myśleć przez cały kolejny tydzień.  Zastanawiał się i to mocno i to wielokrotnie, czy taka próba sprzedaży jakże cennej i nietypowej rzeczy ma w ogóle sens.  Oczywiście, czy to ma sens w jego sklepie, a nie w ogóle.  Zastanawiał się czy chociaż jeden klient potraktuje poważnie jego propozycję i okaże zainteresowanie, a jak okaże to co dalej. Nawet pomyślał, że to może go skompromitować w oczach wielu klientów.  Bo przecież sprzedawać dodatkowo cygara, czy prezentowe alkohole to jedno, a artefakt wyceniony na sto tysięcy Euro to rzecz wręcz niezwykła.  Przecież nikt nie wyda w ciemno takiej kwoty, musi jakoś sprawdzić figurkę, musi coś więcej o niej wiedzieć.  Ale co?  Ile powiedzieć klientowi?  Dużo różnych wątpliwości nachodziło Leszka, no i do tego ten niepokój, który odczuł już oglądając posążek za pierwszym razem, a potem w kolejnym razie ten jego nieokreślony niepokój rósł coraz bardziej.  Co się naprawdę mogło się za tym kryć?  Co jest prawdą, a co urojeniem?  A może to tylko fantazja lub celowe działanie dla zysku pana Artura?  Przecież tak naprawdę to pana Artura nie znał i nie mógł być pewnym tego co mu opowiadał.  Wcale nie musiało tak być.  Jak to sprawdzić?  Co zrobić?

A z drugiej strony taki zarobek.  Już od wielu lat takie kwoty były mu obce. Chociaż dawniej, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych często nosił na co dzień przy sobie w swojej skórzanej saszetce kwoty nawet o wiele większe.  Niestety te czasy dawno minęły.  Niestety w kwestii figurki z kindżałem nie miał się kogo poradzić.  Nie miał też nikogo kto mógłby mu coś więcej powiedzieć o panu Arturze.  Już wcześniej próbował zagadywać miejscowych klientów na jego temat, ale oprócz zwyczajnych ogólników o zmarłych rodzicach, o domu, o wspólnym chodzeniu kiedyś do miejscowej szkoły to tak naprawdę nikt nic więcej nie wiedział lub jak wiedział to nie chciał mówić.  I ta jego mania z tym czarnym kolorem.  O co mogło chodzić?  Czym więcej myślał tym mniej znajdował odpowiedzi.  

W końcu po wielodniowych i wielogodzinnych rozmyślaniach i rozważania tej sprawy doszedł do wniosku, że praktycznie to on niczym nie ryzykuje podejmując się takiej sprzedaży.  Ma stary solidny i dobry sejf, czyli ma gdzie zamknąć i zabezpieczyć figurkę. Schowa ją do górnej, zabezpieczonej dodatkowymi solidnymi metalowymi drzwiczkami skrytce i tam na pewno będzie bezpieczna. Natomiast jeżeli kogoś propozycja zakupu tej rzeczy kogoś, kogo zna i ceni, zainteresuje to zamknie na chwilę sklep, przejdą na zaplecze i tam pokaże to cudo i opowie o nim wszystko co wie.  Przygotuje, w porozumieniu z panem Arturem, jakąś oficjalne tłumaczenie dlaczego on chce sprzedać figurkę oraz uzgodnią co klientowi o figurce mówić, a czego raczej nie mówić i jak prowadzić ewentualne negocjacje cenowe.    

Dlatego idąc ponownie do domu Artura w czerwcowe, deszczowe, niedzielne popołudnie,  Leszek był już zdecydowany na podjęcie się próby sprzedaży figurki.  Pan Artur tradycyjnie ubrany na czarno, powitał go serdecznie na progu swojego domu i od razu zapytał jak jakiegoś starego znajomego jak się czuje, po zdawkowej odpowiedzi zaprowadził go do salonu, gdzie Leszek usiadł na tym samym fotelu co poprzednio.  Kryształowe szklaneczki, czarny Smirnoff, sok z czarnej porzeczki, wszystko odpowiednio schłodzone, czekały już na tym samym stoliczku.  Gospodarz nalał po drinku i bez zbędnych nawiązywań i tłumaczeń od razu zapytał - to co panie Leszku – jaka decyzja?  Podejmie się pan próby sprzedania tego niesamowitego przedmiotu, czy nie?  Leszek udając, że jeszcze się namyśla po dłuższej chwili odrzekł - postanowiłem się podjąć tych prób, bo zapewne będzie ich wiele, gdyż trudno nawet marzyć o tym, aby pierwszy klient, którego będę namawiał, kupił figurkę.  Przecież mnie osobiście wydaje się niemożliwe, aby tak cenną i oryginalną rzecz ktoś kupił w sklepie z alkoholem.  Panie Leszku, panie Leszku odpowiedział pan Artur - niech pan nie będzie taki skromny przecież i pan i ja i spore grona pana klientów jest przekonana, że to miejsce to coś znacznie przekraczające ramy zwykłego sklepu.  To taka swoista jednostka handlowo - kulturowa, w której wielu z nas miło spędza czasami i parę godzin na dyskusjach, degustacjach, opowiadaniach o życiu i innych tego typu sprawach.

Dlatego też cieszę się, że podjął pan taką decyzję – powiedział, wyraźnie zadowolony pan Artur, podnosząc wysoko szklaneczkę i stukając się z Leszkiem.  Pozostaje do omówienia jeszcze kilka kwestii technicznych – rzekł Leszek.  Przede wszystkim jest to przedmiot bardzo dużej wartości i na pewno ktoś pragnący go nabyć, chciałby się czegoś więcej o nim dowiedzieć, sprawdzić go, zasięgnąć opinii znawców z tej dziedziny.  Co wówczas?   Co mam zrobić?   Ewentualni klienci mogą chcieć zabrać figurkę do sprawdzenia, do oszacowania, do ekspertyzy.  To jak mam się wtedy zachować?  Co im odpowiedzieć?  Sprawa jest prosta – odpowiedział pan Artur – jeżeli będą chcieli udać się gdzieś z tą figurką to ja z nimi pojadę.  Tylko mnie pan zawiadomi kiedy i gdzie, a ja się dopasuję, wezmę figurkę od pana i udam się z potencjalnym nabywcą tam gdzie on będzie chciał.   Jestem przekonany o pańskiej znajomości osób, którym pan zaproponuje transakcję i nie będę niczego kwestionował, ale proszę najpierw z klientem dokładnie rzecz omówić co i jak, aby nie było przykrych niespodzianek lub dużych nieporozumień.  No dobrze to jedną kwestę mamy ustaloną, a teraz sprawa zapłaty – jak ona ma wyglądać?  Gotówka, przelew, a może jakiś inny sposób, na przykład złoto czy inne wartościowe przedmioty?  Tym niech się pan nie kłopocze tylko powie klientowi, że na pewno się dogadamy.  Oczywiście wolałbym gotówkę, ale jestem otwarty również na inne formy zapłaty.  To dobrze, sporo omówiliśmy, ale jeszcze zostaje najważniejsze – dodał Leszek i kontynuował - co mówić klientowi o figurce?  Z czego jest zrobiona?  Jaką ma wartość?  Jak się znalazła u pana i dlaczego chce ja pan sprzedać?   Takie pytania na pewno padną i muszę być przygotowany na odpowiedzi zgodnie z pana sugestiami.  Dobrze panie Leszku – ja się zastanowię co i jak mówić i przygotuje panu na piśmie odpowiedzi na takie i inne pytania.  Może tak być?  Ależ oczywiście.  To co panie Leszku – jutro przyjeżdżam do pana z figurka i zaczynamy, dobrze?  Jasne, jak już się zdecydowałem to nie ma się co czaić, ale od razu do dzieła, a nuż się uda.  Do odważnych i śmiałych świat należy.  Cieszę się bardzo z takiego obrotu sprawy i chociaż jestem od pana młodszy to korzystając z prawa gospodarza, proponuję przejście na „ty”  bo głupio mi tak ciągle panować, a i rozmawiając przy klientach pewnie będzie znacznie zręczniej i lepiej jeżeli zobaczą oni naszą zażyłość.  Co pan na to?   Jak najbardziej jestem za, a nawet powiem więcej, bardzo mi milo z powodu tej propozycji.   Panowie skrzyżowali ręce, wypili do dna pierwszego drinka i pan Artur rzekł - jestem Artur.  A ja jestem Leszek.  Po chwili Artur nalewając drugiego drinka zapytał czy Leszek nie zjadłby czegoś?  Obiad niedawno jadłem, ale jakieś drobne zakąski – czemu nie - odpowiedział Leszek.  Już po chwili Artur wkraczał z tacą, na której było kilka talerzy z różnymi serami, wędzoną szynką, suchymi kiełbaskami, papryką, pomidorami i paroma jeszcze innymi wiktuałami, ładnie poukładanymi i pierwszorzędnej jakości.  Widocznie Artur spodziewał się takiego obrotu sprawy i był na to przygotowany.  Leszek spróbował paru kawałków sera, popił drugiego drinka i zapytał -  już tak w zasadzie od naszego pierwszego spotkania, intryguje mnie sprawa tego czarnego koloru, który wszędzie wokół ciebie dominuje?  Powiedz mi o co w tym chodzi?  

To stara i bardzo smutna historia.  W połowie drugiego roku moich studiów poznałem piękną dziewczynę Joannę.  Ona była wówczas na pierwszym roku, na innym wydziale naszej uczelni.  Poznaliśmy się na studenckiej imprezie i od razu wybuchła pomiędzy nami wielka miłość.  Miłość z gatunku tych od pierwszego spojrzenia, ale ja raczej powiedziałbym, że od bliższego poznania.  To poznanie trwało raptem parę tygodni, a potem już nie mogliśmy żyć bez siebie.  Joanna była niepowtarzalna, jedyna.  Miała cudowna urodę, wspaniałe kobiece kształty pomimo, iż w momencie naszego poznania miała tylko dziewiętnaście lat.  Miała rzadko spotykane długie do pasa srebrno - platynowe, proste włosy.  Głębokie niebieskie oczy, malutki nosek i cudowne usta, a jak się uśmiechała to cały świat się śmiał razem z nią.  Nie wiem dlaczego zwróciła uwagę właśnie na mnie, gdyż należała do tych kobiet na widok których oglądają się prawie wszyscy mężczyźni.  Akurat jak byłem po pierwszym roku studiów, a moi rodzice wyjechali w tym czasie do pracy do Szwecji.  Mój ojciec nie mógł się wpasować do tego co się wówczas działo w Polsce, a że bez mojej mamy nie potrafił żyć to pojechali razem.  Mieli tam załatwioną pracę i od początku dobrze zarabiali.  Zostawili mi nieduże mieszkanie w Warszawie, a co miesiąc przysyłali sporo, jak na nasze warunki kasy, na moje utrzymanie i na moją naukę.  Zaproponowałem Joannie zamieszkanie u mnie, ale się nie zgodziła.  Ona była, jak się to mówi, z dobrego domu, była dobrze wychowana i nie wyobrażała sobie wspólnego mieszkanie przed ślubem.  Przychodziła do mnie prawie codziennie.  Czasami tylko na pół godziny, a czasami na wiele godzin.  Robiliśmy sobie jedzenie, uczyliśmy się, bawiliśmy i wygłupialiśmy.  Całowaliśmy się i przytulaliśmy, ale o niczym więcej nie było mowy.  Joanna zawsze powtarzała, że na inne rzeczy będziemy mieli całe życie po naszym ślubie, a teraz powinniśmy być beztroscy  cieszyć się życiem i naszą młodością. Już po pół roku rozumieliśmy się lepiej niż niejedno małżeństwo po kilkunastu latach wspólnego związku.  Joanna była ogromnie emocjonalna, ale zarazem inteligentna, uczciwa i prostolinijna.  Byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi, tym bardziej, że omijały nas tak wtedy powszechne, kłopoty materialne.  Jeździliśmy nad Bałtyk, w Bieszczady, na Mazury, chodziliśmy na imprezy, mieliśmy wspaniałe koleżanki i kolegów.  To był najlepszy okres mojego życia.  Joanna była moim duchem i słońcem, moim życiem i moją namiętnością.  Moją  towarzyszką, moim przyjacielem i powiernikiem.  Była moim wszystkim. Och, jaki wówczas byłem szczęśliwy. Niestety los zakpił ze mnie.  Po prawie trzech  latach naszej intensywnej, nienasyconej i wspaniałej miłości, pewnego mglistego i dżdżystego listopadowego poranka, Joannę biegnącą na wykłady, potrącił  na jezdni, tuż obok uczelni, samochód ciężarowy.  Żyła po wypadku jeszcze dwa tygodnie, które przeleżała w szpitalu nie odzyskując przytomności.  Mój życie się zawaliło.   Runął cały mój dotychczasowy świat i wszystko straciło dla mnie sens.  

Przez wiele miesięcy żyłem jakby obok tego co mnie  otaczało.  Na nic nie zważałem, mało co jadłem, nie dbałem o siebie i wszystko było mi obojętne.  Do dzisiaj nie wiem, jak zdołałem w tym stanie skończyć studia.  Pewnie zawdzięczam to faktowi, iż do tej pory byłem świetnym studentem, a tragedia wydarzyła się na początku ostatniego roku studiów, gdy już najgorsze ma się za sobą, a z pracą magisterską i końcowymi egzaminami jakoś sobie poradziłem dzięki pomocy i opiece paru koleżanek i kolegów z roku.  I właśnie wówczas, po paru miesiącach od wypadku, postanowiłem sobie, że do końca życia będę chodził ubrany na czarno.  Miała to być moja swoista żałoba po tej wspaniałej dziewczynie, po tym moim nieopisanym szczęściu, a zarazem miał to być mój hołd dla niej.  Nic więcej nie mogłem już dla niej zrobić.  Potem, zaraz po skończeniu studiów, jak już ci wspominałem, pojechałem do rodziców do Szwecji i podjąłem pracę na budowie.  Cały czas ubierałem się tylko na czarno.  Cały czas przed moimi oczyma zawsze widziałem Joannę i prawie bez przerwy myślałem i wspominałem nasze wspaniałe, cudowne  i ciekawe wspólne życie.  Chodziłem smutny i zadumany, ubrany na czarno i z czarnymi myślami.  W końcu zamiast nazywać mnie po imieniu, zaczęto na mnie wołać black men.  I tak już na długie lata zostało.  Później pojechałem z Olafem na dziesięć lat do Indii i tam także cały czas ubierałem się na czarno i otaczałem się czarno – białymi kolorami co w tym tak barwnym świecie bardzo się wyróżniało i mimowolnie dzięki temu stałem się dosyć szybko rozpoznawalny w tym hinduskim środowisku, gdzie takich jak ja z Olafem było wielu, ale black men był tylko jeden.  I w dużej mierze dzięki temu oryginalnemu dziedzictwu po Joannie zaczęliśmy się szybko piąć w górę.  Potem wróciliśmy do Szwecji i nic się  nie zmieniło z moim upodobaniem do czarnego koloru.  A potem w ciągu roku zmarło oboje moich rodziców co jeszcze bardziej spotęgowało moją skłonność do tego koloru.   I chociaż teraz, jak pewnie zauważyłeś, dodaję czasami drobne elementy złote i zielone to jednak ta czerń zostanie już pewnie do końca mojego życia  takim moim dziwactwem, a może obsesją, a może czymś jeszcze innym co ze mnie wypływa, a czego tak do końca sam nie rozumiem.  

To ogromnie smutne i przykre co opowiedziałeś, ale przecież to było tyle lat temu, że pewnie już się otrząsnąłeś na dobre i możesz zmienić swój świat?  Przecież nie możesz do końca życia ubierać się na czarno i mieszkać sam w czarno – białym domu – stwierdził Leszek.   Tak, tak, oczywiście masz rację, też tak myślę, ale ta moja mania czy może obsesja jest silniejsza ode mnie.  Kobiet po Joannie znalem wiele i w Szwecji i w Indiach, ale żadna nawet w malutkiej części nie mogła pod jakimkolwiek względem, według mojej oceny, dorównać wizerunkowi Joanny jaki do tej pory nosze w moim sercu i w mojej głowie.  Dlatego jestem sam, a czy tak będzie zawsze?  Kto wie?   Ale dosyć tych wspomnień.  Rozkleiłem się.  Już dawno z nikim o tym nie rozmawiałem, a zawsze te wspomnienia o Joannie wywołują u mnie ogromny smutny i melancholijny stan.   To co Leszku jeszcze po jednym?   Dobrze wypijmy i pomilczmy szanując twoje wspomnienia i twój smutek – odpowiedział Leszek i dodał, a jutro koło południa czekam na ciebie u mnie w sklepie i nie zapomnij zabrać figurki. 

Dokładnie w samo południe Artur podjechał pod sklep Leszka.  Wszedł, przywitał się i położył na środku lady zawiniątko z czarnego grubego sukna, misternie obwiązane dekoracyjnym czarnym, plecionym sznurem.  A oto i nasza bohaterka, a tutaj mam dla ciebie trzy kartki opisu, o którym rozmawialiśmy, a także numer telefonu do mnie i adres mojej poczty elektronicznej.  Leszek rozplątał sznur, odwinął figurkę i jeszcze raz dokładnie ja obejrzał.  Robiła wielkie wrażenie.  Widać, że Artur musiał ją niedawno wyczyścić i wypolerować, gdyż świeciła swoim stalowo – szarym blaskiem, a szmaragd błyszczał, wydawało się Leszkowi o wiele mocniej, niż przy kilkukrotnym poprzednim oglądaniu posążka.  To piękna i wspaniała rzecz, nie żal ci z czymś tak wyjątkowym, się rozstawać – co Artur?   Oczywiście, że mi żal, ale jak ci opowiadałem, nie mogę jej zatrzymać no i potrzebuję tych pieniędzy z jej sprzedaży.  Leszek zawinął z powrotem figurkę w czarne sukno, obwiązał plecionym sznurem i przeszedł razem z Arturem do przyległego pomieszczenia, które było zarazem magazynkiem, biurem i mini kuchenką, a w którego kącie tuż przy zapasowych drzwiach wyjściowych, prowadzących na podwórze posesji, stała wspomniana już kasa pancerną.  Otworzył kasę, otworzył schowek i tam włożył posążek.  Po czym wszystko dokładnie zamknął i powiedział: - no niech teraz spokojnie sobie czeka w tym bezpiecznym miejscu na odpowiedniego klienta.  W tym momencie do sklepu wszedł klient dlatego też Artur pożegnał się mówiąc - zajrzę do ciebie, powiedzmy za dwa tygodnie, dobrze?   Oczywiście, zapraszam kiedy tylko chcesz.  Niestety, Artur nie zajrzał, ani za dwa tygodnie, ani za trzy, ani za miesiąc, ani później.  Spotkał się z Leszkiem dopiero po wielu latach od tego momentu wspólnego chowania figurki do sejfu.  Jeszcze tylko raz rozmawiali telefonicznie, a miało to miejsce dokładnie po dziesięciu dniach od pojawienia się posążka w Leszka sklepie.  Artur zatelefonował i powiedział, że od dwóch dni jest w Szwecji.  I dodał - parę dni po naszym ostatnim spotkaniu napisał do mnie mój przyjaciel Olaf.  Napisał, abym koniecznie do niego przyjechał, gdyż czuje, że zbliża się jego koniec pobytu na tym świecie, a chciałby się ze mną zobaczyć, porozmawiać, pożegnać i załatwić, jak to się wyraził, swój ostatni interes w życiu.  Zaraz po jego liście poprosiłem sąsiadów o opiekę nad moim domem, na co się chętnie zgodzili.  Potem kupiłem bilet lotniczy do Sztokholmu i poleciałem.  Na miejscu znalazłem sprawy mojego przyjaciela w bardzo złym stanie.  Artur faktycznie wydaje się umierający, a jego problemami nikt się nie zajmuje   Pokłócił się z bratem na dobre, a rodzice sami starzy i słabi wymagają opieki, a nie opiekowania się nim.  Dlatego nie mogą mu nic pomóc.  I tym samym jego problemy spadły na niego, na umierającego mojego przyjaciela.  Dlatego nie wiem kiedy wrócę.  Zobaczę co się stanie i jak się sprawy potoczą.   W razie nagłej konieczności to pozostaje tylko telefon, ale i to niepewne bo  często zanika sygnał w moim telefonie.  Dlatego musisz sam decydować co do figurki, ale pamiętaj nie dawaj jej nikomu.  Jak już naprawdę będzie poważny klient to jedź z nim tam gdzie będzie chciał i oceniaj sytuację według swojego uznania.  Ja ci ufam i jestem pewien, że się nie zawiodę.  Życzę powodzenia, trzymaj się – zakończył Artur.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię