piątek, 24 maja 2019

Ponownie na budowie S5

Dzisiaj (24.05.2019) "wizytowałem" (stary inwestorski nawyk) kolejny odcinek budowy drogi ekspresowej S5 w okolicach Bydgoszczy.

Tym razem przejechałem rowerem nowy odcinek ścieżki rowerowej wzdłuż przebudowanego i oddanego już do użytku odcinka drogi numer 244 (Maksymilianowo - Koronowo) wraz z czynnym także wiaduktem nad budowaną drogą ekspresową.  To tylko dwa kilometry nowej ścieżki, która ma w przyszłości połączyć Bydgoszcz z Samociążkiem, ale zawsze coś i to porządnie wykonane.

Jeżeli uda się w końcu wybudować ścieżkę rowerową wzdłuż ulicy Jeździeckiej na odcinku od Szosy Gdańskiej do ulicy Słowackiego w Niemczu (Gmina Osielsko deklaruje na ten cel 1 mln. zł.  czyli około połowy kosztów chociaż ta ścieżka będzie przebiegać przez teren należący do Bydgoszczy ) , dalej do Koronowskiej w Żołędowie ścieżka jest wybudowana, a potem tylko odcinek wzdłuż ulicy Koronowskiej i jak powstanie cała ścieżka wzdłuż drogi nr 244 to zamknie się wielka pętla.  I bydgoszczanie będą mogli jechać z Myślęcinka do Samociążka, a potem do Koronowa i kładką po kolejce wąskotorowej wrócić przez Tryszczyn do Bydgoszczy,

Dla wielu turystów rowerowych, a tych jest coraz więcej, będzie to na pewno ciekawa i atrakcyjna wycieczka.

Poniżej kilka zdjęć z dzisiejszej "wizytacji".

Czynny wiadukt w ciągu drogi nr 244

Widok z wiaduktu w kierunku północnym.  W głębi widać budowany wiadukt nad torami kolejowymi.

Widok z wiaduktu w kierunku południowym

Nie wiedziałem co to za wiadukt.  Poszedłem do budujących i zapytałem.  Okazało się, że to przejście dla zwierząt.

Konstrukcja owego przejścia dla zwierząt.  Moim zdaniem to ogromna przesada.  Wymiary przejścia to długość ok. 50 m, a szerokość ok.30 m.
Oj bogaty z nas naród

A wokół powyższego przejścia  (na zdjęciu w głębi) i to z obu jego stron powycinano ogromne połacie lasu.  Pracownicy z którymi rozmawiałem twierdzili, że to jakiś błąd tych co wycinali las.


Nowa ścieżka rowerowa.  Ale po co ten chodnik i dla kogo?
Znowu kłania się nasze bogactwo.

Moje oblicza - 1

 Ten mój blog służy temu co ja pragnę przekazać ewentualnym jego czytelnikom.

Dzisiaj rozpoczynam kolejny wątek, tym razem osobisty.

Mam zdjęcia starsze od poniższego, ale one moim zdaniem,  nie przedstawiają mnie jako mnie.  Przedstawiają mnie jako nieświadome prawd tego świata  dziecko lub nieco starsze dziecko i równie nieświadome.

W chwili mojego życia, gdy wykonano to zdjęcie byłem już dosyć świadomym tego co mnie otaczało.

Dlatego ten cykl rozpoczyna zdjęcie z okresu, gdy już realnie się kształtowałem i gdy wydawało mi się, że doskonale wiem co mnie w życiu czeka.

Oczywiście każdy zapyta - po co to czynię? 

Czynię to po to, aby coś po mnie pozostało.

Pamięć jest zawodna, wdzięczność przeradza się w nienawiść, a wszystko jest względne.  Zaś internet jest bezwzględny i zawsze pozostaje jakiś ślad chociażby na maleńkim marginesie.

 Autor bloga  - jesień 1968 roku.


Miałem wówczas 16 lat.

poniedziałek, 20 maja 2019

Dzisiaj na budowie S5

Dzisiaj pierwszy raz jechałem drogą ekspresową S5.  Co prawda przejechałem tylko nie więcej niż dwa kilometry i do tego rowerem, ale zawsze był to ten pierwszy raz i tak już pozostanie.

Poniżej kilka zdjęć z tej mojej "podróży" tą jakże oczekiwaną od długich lat przez bydgoszczan ( i nie tylko) drogą.

Co do terminu zakończenia robót nie będę się wypowiadał, ale na pewno nie będziemy jeździć po niej w planowanym terminie.







            Zdjęcia wykonałem dzisiaj czyli 20.05.2019 roku w Żołędowie i w Maksymilianowie

niedziela, 19 maja 2019

Szkolne wspomnienia - 10

Pomiędzy wrześniem 1967 roku, a czerwcem 1972 roku uczyłem się w Technikum Kolejowym Ministerstwa Komunikacji w Bydgoszczy przy ulicy Kopernika 1

To był najcudowniejszy okres mojego życia, chociaż wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy.

I tak jak każdy nastolatek buntowałem się z tysiąca różnych powodów.  A do tego szkoła z mundurami, z  regulaminem i nauczycielami jednoznacznie go wymagającymi i to bez wyjątków.

Nie będę moralizował bo nikt tego nie lubi, ale to właśnie, moim zdaniem, ta moja szkoła mnie ukształtowała.

Przyjechałem tutaj z pięknego powiatowego miasta Wielkopolski, z Wągrowca, na przekór tym wszystkim , którzy poszli do poznańskich szkół ( 50 km do Poznania, a 80 km do Bydgoszczy).  Po prostu byłem indywidualistą i tak mi już zostało,  Prawie nikt z moich bliskich tego do dzisiaj nie dostrzega, ale to nie powód, abym nadal nim nie był. 

Bycie sobą jest wartością, moim zdaniem, więcej wartą od wszystkiego innego.

Poniższe zdjęcie to kwintesencja tego o czym powyżej napisałem.

To zdjęcie wykonane w internatowym dwuosobowym pokoju numer 227 w internacie Technikum Kolejowego przy ulicy Warszawskiej numer 25 w Bydgoszczy.

A na tym zdjęciu to autor bloga i autor powyższych dywagacji w chwilowej niedyspozycji (choroby) w maju 1971 roku.



                          Poprzedni post z tego cyklu

środa, 15 maja 2019

Smutek na Długiej.

Wczoraj przeszedłem (pieszo) od pętli tramwajowej w Myślęcinku do Wyspy Młyńskiej, a potem pokrążyłem po Starym Mieście i przez Zbożowy Rynek udałem się do hali Łuczniczki i dalej na korty tenisowe Bydgoskiego Towarzystwa Tenisowego. 

Chodziłem ponad dwie godziny i dzisiaj tylko o trzech refleksjach z tego spaceru (a raczej marszu).

Po pierwsze już trzykrotnie ( w przeciągu 8 lat) na moim blogu w cyklu "Bydgoski wstyd" pisałem o największym bydgoskim wstydzie czyli zagospodarowaniu terenu narożnika ulic Gdańskiej i Śniadeckich ( przy Rywalu).  Teraz zamiast ohydnego ugoru mamy równie ohydny parking, jakieś budy i stragan warzywny.  A wszystko w scenerii późnego Gomułki.

Brak mi słów oburzenia na fakt, że przez ostatnie dziesięciolecia nie można zrobić z tego miejsca czegoś co byłoby na miarę ósmego miasta Polski, a nie nie na miarę socjalistycznej pipidówki.

Sprawa druga to przebudowa płyty Starego Rynku.  Duża kasa, dużo czasu, dużo roboty, a efekt moim zdaniem mizerny.

Trzecia sprawa to smutek na ulicy Długiej co najlepiej ilustrują poniższe zdjęcia.  Cóż tutaj komentować?







sobota, 11 maja 2019

Bydgoski wstyd - 9

Wczoraj z mojego tarasu widziałem ogromne kłęby dymu unoszące się nad wydawało mi się, że Niemczem.  Później okazało się, że to palił się jeden z baraków w Rynkowie.  Kiedyś miały tutaj swoją siedzibę wojska OTK (Obrony Terytorialnej Kraju), a później był tutaj internat Technikum Kolejowego.  Jednak od kilku dziesięcioleci miejsce to popadało w coraz większą ruinę.

Pisałem już o tym na moim blogu, a także na różnych forach internetowych, ale tylko pisałem.

Teren jest położony w obrębie Bydgoszczy w pięknym miejscu i do tego tuż przy przystanku kolejowym Rynkowo.

Dlaczego od tylu lat nikt z władz, radnych lub przedsiębiorców się tym miejscem nie zainteresowali to tego nie wiem.

Pewnie jak się wszystko spali i do tego z wielkim kawałem lasu otaczającym te ruiny to wtedy zaczną się dywagacje, tłumaczenia i wzajemne zwalanie win.

Poniżej kilka zdjęć, które wykonałem dzisiaj czyli 11.05.2019 roku.


Skutki wczorajszego pożaru








Przy okazji kolejny raz alarmuję, że leśnicy wycinają piękny bukowy las znajdujący się nad polaną Zacisze w Myślęcinku.  Twierdzą, że to cięcia pielęgnacyjne, ale dwa lata temu też takie cięcia robili.  To o co chodzi?





                              Poprzedni post z tego cyklu.

Sens życia.

Nikt tak naprawdę nie wie, nie ma pojęcia jaki jest sens jego życia.  Teorii na ten temat jest tyle ile ludzi na tej naszej planecie.  Religie próbują nadać sens temu sensowi, ale czy nie bardziej próbują manipulować maluczkimi uważając (w postaciach owych niby przedstawicielach Boga) się za lepszych, za tych co to.........i tak dalej.  Bo przecież zawsze znajdą się ci co mają inne zdanie, są mądrzejsi, są bardziej wierni, są doskonalsi, są po prostu tymi, którym wydaje się, że inni muszą podążać ich drogą, a jeżeli tego nie czynią to błądzą i zasługują na wieczne potępienie.

Cóż chciałem powiedzieć pisząc to co powyżej ?

Chciałem zmusić do refleksji.  Chciałem powiedzieć, że nie ma jednej, jedynej prawdy.

Sensem życia jest samo życie, a najbardziej szczęśliwi są ci co nie krzywdząc innych osiągają własne szczęście.  Własne szczęście w powodzi codzienności.

Te moje dywagacje mogą wydawać się naiwne, albo nawet głupie, lecz moim zdaniem warte są refleksji.

Szczęście przybiera różne formy i oblicza, ale zawsze jest ulotne i trzeba je umieć chwytać i umieć cieszyć się chwilą bo jak śpiewał Ryszard Riedel z zespołem Dżem - "Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi bo nie jesteś sam chwila która trwa może być najlepszą z twoich chwil. "

Każdy ma swoją wizje szczęścia i swoje oczekiwania, ale często przeżywając owe chwile nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.

Refleksje zazwyczaj przychodzą później i żal nam tamtych chwil, ale jakżeż wielką sztuką jest autentyczne cieszenie się szczęśliwymi chwilami, gdy one trwają.  Niestety najczęściej nie mamy najmniejszego pojęcia, że to w tym momencie mijają te nasze szczęśliwe chwile.

Warto się nad tym zastanowić.  Przystanąć, pomyśleć, ucieszyć się ową chwilą.

Na moim blogu dużo takich chwil szczęścia zamieściłem.

Poniżej jedna z nich.


https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2014/05/bieszczady-sierpien-1992.html

piątek, 10 maja 2019

Moje podróże -20 - trzydzieści lat temu

Trzydzieści lat temu spędziliśmy w Paryżu dwa piękne tygodnie.  Piękne bo był maj czyli najpiękniejszy miesiąc w roku.  Najpiękniejsze bo byliśmy w najpiękniejszym mieście naszego Świata.  Najpiękniejsze bo wszystko nas szokowało, onieśmielało i zadziwiało.  To był cudowny czas i moje pierwsze zetknięcie się z tak zwanym Zachodem.  To był pierwszy giros, pierwsza fanta, pierwszy powiew tego czego zupełnie do tej pory nie znałem.

To wjazd na trzeci poziom wieży Eiffla (48 franków - czyli połowa ówczesnej polskiej pensji).  To kawa pita na francuskiej ulicy za 6 franków, to trzynasta dzielnica w której się zgubiłem, to pierwsze owoce morza i tak dalej.

Dzisiaj to tylko sentyment, ale wtedy to był szok kulturowy i ekonomiczny.

Na szczęście było mnie na to stać i finansowo i mentalnie.

Jednak wrażenia pozostały i zawsze ten pierwszy raz jest najpiękniejszy.

Maj 1989 - przed Luwrem

Widok z trzeciego poziomu wieży Eiffla

Widok ze wzgórza Montmartre



Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 9 maja 2019

Moje podróże odcinek 19 - 30 lat temu

Poniżej zdjęcie, które wykonałem na 30 lat przed spaleniem się tej jednej z najsłynniejszych światowych ikon .




                            Poprzedni post z tego cyklu

środa, 8 maja 2019

Moje podróże - odcinek 18 - 30 lat temu.

W maju 1989 roku udałem się wraz z moją żoną i moją córką w podróż do Paryża.  Pojechaliśmy naszym wspaniałym (jak na owe czasy) samochodem Daichatsu Charade i w 200 -stuletnią rocznicę proklamowania "Stanów Generalnych" związanych z Rewolucja Francuską znaleźliśmy się we Wersalu, gdzie uroczyście obchodzono ową rocznicę.  Poniżej dwa zdjęcia dokumentujących te dawno minione, chwile.





                              Poprzedni post z tego cyklu

sobota, 4 maja 2019

Bogusław - odcinek 12


Poprzedni odcinek.


Bogusław odcinek 12

Leszek serdecznie podziękował swojemu teściowi.  I słuchając jego rad  wczesnym popołudniem podjechał pod Pewex na Starym Rynku, gdzie nabył od miejscowych koników, trzy bony towarowe PKO, za które z kolei nabył butelkę brandy Maxime.  Godzinę później, w piękne, słoneczne, ale mroźne środowe popołudnie, dwudziestego pierwszego stycznia roku pańskiego 1987, Leszek zapukał do biura pana Barczaka.  Tutaj, zaraz po wejściu, bardzo serdecznie, przywitał go wysoki, szczupły, postawny mężczyzna w średnim wieku z gęstą czupryną siwych włosów.   Leszek przedstawił się i od razu chciał wręczyć panu Barczakowi przyniesioną ze sobą flaszkę.  Ten jednak zdecydowanie odmówił i dobrotliwym tonem powiedział - pan schowa ten trunek, przyda się nam jak pójdziemy do innych, a jak nie, to wypijemy go kiedyś we trójkę z pana teściem.  Po chwili dodał - niech pan siada i mówi o co chodzi.   Może kawy lub herbaty , czy też może coś mocniejszego?  Leszek zdeprymowany, nieudanym początkiem wizyty, odmówił wszystkiego i zaczął opowiadać najpierw o swoich zamiarach, potem o piśmie z Urzędu Miasta i wreszcie o wizycie u prezesa Izby Rzemieślniczej.  Pan Janusz, gdyż tak prosił, żeby się do niego zwracać, wysłuchał uważnie przydługich wywodów Leszka, kiwając przy tym głową, z pełnym zrozumieniem oraz niekiedy dodając - a to historia.  Słuchał i uśmiechał się przy tym znacząco i to z widoczną aprobatą. 

Gdy  Leszek skończył swoją opowieść, Tak po prostu powiedział - widzę, że sprawa jest nietypowa i chyba mocno skomplikowana.  Na szczęście dla pana tak się składa, że jeszcze dzisiaj wieczorem spotykam się z panem Bogdanem Malinowskim, który jest starszym cechu branży budowlanej i drzewnej.  Jest on chyba jedyną osobą do której mógłbym się zwrócić o radę lub pomoc w pana sprawie.

Jeszcze niech mi pan powie, czy zależy panu na czasie, czy też można temat spróbować załatwiać spokojnie?  Bardzo mi zależy na czasie panie Januszu i to z wielu względów, z których najważniejszy to mój przyszły wspólnik.  Ogromnie mi na nim zależy, bo to  mój wieloletni dobry kolega, można nawet powiedzieć, że przyjaciel, a do tego w  sprawach zawodowych jest fantastyczny, doskonale sobie radzi z ludźmi i w ogóle jest super.  Jednym słowem bardzo bym chciał, żeby był moim wspólnikiem.   Jednak tak naprawdę to on jeszcze się waha i nie jest do końca przekonany, że dobrze robi idąc na swoje.   Dlatego też na samym początku ten wielki problem, może przekreślić nasze wspólne plany.  Są też inne powody, ale o nich wolałbym dzisiaj nie mówić -  dodał Leszek.  No tak, rozumiem pana, postaram się zorientować, czy w tej sytuacji mógłbym panu coś pomóc.  Niech pan jutro w południe do mnie zadzwoni to może będę już coś wiedział.   Głowa do góry i bądź pan dobrej myśli.  Proszę przekazać pozdrowienia dla pańskiego teścia,.  Ze swojej strony muszę dodać, że to wyjątkowy i bardzo solidny człowiek -  mówiąc to podał  Leszkowi rękę na pożegnanie.

Wieczorem po dwudziestej, Leszek pojechał do Michała i opowiedział mu ostatnie wydarzenia.  Potem porozmawiali około pół godziny o tym co dalej czynić, ale uradzili niewiele.   Tylko tyle, żeby z  dalszymi działaniami wstrzymać się do uzyskania odpowiedzi od pana Janusza.   W czwartek, parę minut po godzinie jedenastej, po powrocie z budowy w Toruniu, Leszek przechadzał się wokół pawilonu, w którym mieściło się biuro  firmy pana Janusza, zastanawiając się, czy wypada już tak wcześnie do niego pójść, czy może tylko zatelefonować do niego z budki telefonicznej.  Po piętnastu minutach wahań, wreszcie zdobył się na odwagę i wszedł na pierwsze piętro budynku, a po chwili wkroczył do biura firmy pana Janusza..  Miał szczęście, pan Janusz wrócił właśnie z Osowej Góry, gdzie pobudował niedawno spory i nowoczesny zakład poligraficzny.   Przyjął go bardzo serdecznie, nakazał wygodnie się rozsiąść we fotelu, poprosił sekretarkę o dwie kawy, a po chwili powiedział - od razu powiem, że w pana sprawie niczego konkretnie jeszcze nie wiem, ale bardzo dobrze się składa, że pan przyszedł, a nie dzwonił, ponieważ dzisiaj na piętnastą  umówiłem pana w cechu ze starszym cechu.  Tym o którym wczoraj wspominałem.  Tam u niego jeszcze raz dokładnie pan opowie o co chodzi.   Wczoraj w rozmowie ze mną, on wstępnie zadeklarował się, iż jak tylko będzie w stanie, to na pewno pomoże.   Oczywiście pójdę z panem.  Żeby jednak nam się dobrze rozmawiało to przydałaby się jakaś dobra butelka.  Z tego co wiem to Bogdan, czyli starszy cechu, szczególnie lubi whisky. 

To na razie tyle co miałbym do powiedzenia w pana sprawie.  A co tam u teścia?   Panowie pijąc kawę porozmawiali zdawkowo jeszcze około dziesięć minut, a na pożegnanie pan Janusz powiedział - spotkamy się parę minut przed piętnastą, na ulicy Jagiellońskiej, wie pan gdzie jest siedziba cechu?  Tak, tak oczywiście, będę tam o określonej godzinie i postaram się odpowiednio przygotować.  Po około piętnastu minutach od wejścia, Leszek opuścił biuro pana Janusza i tak jak poprzedniego dnia udał się pod Pewex na Starym Rynku.   Parę minut przed piętnastą czekał pod drzwiami wejściowymi do budynku cechu.  W jego przewieszonej przez ramię na długim pasku, skórzanej, myśliwskiej torbie, otrzymanej od dziadka Joanny, spoczywała pękata butelka whisky "Old Smuggler".

Pan Janusz był punktualny.   O trzeciej weszli do obskurnej i zniszczonej klatki schodowej.  Tutaj, na pierwszym piętrze tej starej kamienicy położonej w centrum miasta, znajdowało biuro cechu.  Wytarte drewniane stopnie schodów, chybotliwe poręcze, odrapane ściany z resztkami jakiejś seledynowej farby, pamiętającej pewnie okres świetności budynku, który już dawno przeminął, to pierwsze wrażenia Leszka związane z  cechem rzemiosł budowlanych i drzewnych.  Biuro cechu, od klatki schodowej, odgradzały solidne, rzeźbione drzwi, lecz niestety też pełne liszajów, plam i zadrapań.  Panowie weszli do środka do obszernego pomieszczenia.

Jedna z czterech urzędujących w nim pań, ujrzawszy pana Janusza, od razu do niego podeszła i konfidencjonalnie powiedziała - musicie panowie chwilę poczekać, proszę spocznijcie na tych krzesłach.  Akurat u starszego jest ktoś z komitetu wojewódzkiego, ale chyba zaraz wyjdzie bo siedzi już tam ze dwie godziny.   Starszy mi mówił, że pan przyjdzie i kazał przeprosić, gdybyście panowie  musieli trochę czekać.   Sam pan rozumie panie Januszu, siła wyższa.   Panowie usiedli na chybotliwych, twardych drewnianych krzesłach.  Pan Janusz wdał się w rozmowę z jedną z pań, a Leszek z ciekawością zaczął oglądać od środka ten kawałeczek, tak pożądanego przez niego, rzemieślniczego świata. 

Jednak to co zobaczył nie wprowadziło go w dobry nastrój, a raczej wręcz odwrotnie.   Na środku tego dużego pokoju, na podłodze zrobionej z pomalowanych na czarno, szerokich i mocno wytartych desek, stały cztery olbrzymie staromodne biurka.  W pokoju były dwa trzyskrzydłowe okna.  Wysokie na jakieś trzy i pół metra ściany, w stanie podobnym jak te na klatce schodowej, wieńczył sufit pełen ładnych, lecz niestety mocno podniszczonych gipsowych stiuków, ze środka których zwisały dwie olbrzymie, wieloramienne mosiężne lampy.  Pod ścianami stało kilka szaf zamykanych na drewniane rolety i dwa wielkie regały.   Obok szaf stało kilka różnej wielkości stolików, na których błyszczały swoją czernią i lśniły okrągłymi przyciskami stare maszyny do pisania.  Przy każdym ze stolików stało proste, drewniane biurowe krzesło.  Całe to wyposażenie pewnie pamiętało chyba jeszcze czasy sprzed pierwszej wojny światowej.  Na tych biurkach, regałach i stolikach, na parapetach okien i w pootwieranych szafach, a nawet w wolnych kątach pokoju i również wprost na podłodze, leżało mnóstwo papierowych teczek, skoroszytów, segregatorów, różnych luźnych dokumentów, pojedynczych kartek, zeszytów, notesów, kalek i innych papierzysk.   Stały tutaj stojaki z dziesiątkami różnej wielkości i kształtu pieczątek, spinacze, dziurkacze, zszywacze.  Leżały ołówki, długopisy, gumki do mazania, poduszki do tuszu, dwa spore kalkulatory elektryczne i cała masa innych mniej lub bardziej potrzebnych, w biurze, rzeczy.  Na regałach, w równych szeregach, stały jakieś dziwne książki, pewnie stare podręczniki, instrukcje lub przepisy.  Ułożone w stosy odpoczywały dzienniki urzędowe i branżowe.  Na blatach biurek wśród tego wszystkiego, obok szklanek z niedopitą herbatą, kanapek i ciastek, pewnie z cukierni na parterze, królowały wielkie czarne, ebonitowe aparaty telefoniczne, a obok nich stały stalowo szare, z mnóstwem przycisków i dźwigni wraz z dużą korbką z boku, arytmometry, popularnie zwane kręciołkami.  Wśród tego wszystkiego trzy panie z wielkim ożywieniem omawiały wczorajszy program telewizyjny.

Leszek w tej chwili poczuł się bardzo dziwnie.  Co prawda pracując na kolei bywał często w podobnych biurach, ale tutaj nagromadzenie tych różnych staromodnych sprzętów i wyposażenia było wyjątkowe, a do tego przecież przyszedł do świata, do którego chciał dopiero wstąpić i jego wyobrażenie o nim było całkiem inne.  Nie miał jednak zbyt wiele czasu, aby się nad tym bardziej zastanawiać, gdyż już, po około, dziesięciu minutach od ich przyjścia, z gabinetu Starszego wyszedł jakiś wysoki pan w długim płaszczu i kapeluszu, powiedział oschle - do widzenia po i chwili opuścił biuro cechu.  Po kolejnych paru minutach drzwi od gabinetu ponownie się otworzyły i Leszek zamiast spodziewanego starszego, poważnego, siwego pana, jak go sobie wyobrażał, sądząc po tytule Starszego Cechu, zobaczył, eleganckiego, młodego jeszcze, niespełna czterdziestoletniego, przystojnego, wysokiego mężczyznę.  Pan Bogdan Malinowski, gdyż tak się on nazywał, przywitał się kordialnie z panem Januszem, skinął głową w stronę Leszka i powiedział - przepraszam panów za małe spóźnienie, zapraszam do środka, do mojego gabinetu.  Przez obite skórą, dwuskrzydłowe. wysokie drzwi z eleganckimi mosiężnymi klamkami, panowie weszli jakby do innego świata, Kompletnie odmiennego od tego za drzwiami, które przed chwilą przekroczyli.  Prawie na środku dużego, jasnego pomieszczenia, przy szklanym niskim, ale dużym stoliku, stały cztery eleganckie, czarne, skórzane fotele, które wskazał im pan Bogdan, mówiąc - siadajcie panowie, może kawy i coś mocniejszego?   Chętnie wypijemy kawę, a coś mocniejszego to chyba pan inżynier ma w tej  torbie, powiedział pan Janusz, zwracając się do Leszka.  Tak, tak oczywiście, odpowiedział Leszek, wyjmując niezdarnie sporą butelkę whisky.  O widzę mój ulubiony trunek, lekko zdziwił się Starszy, spoglądając przy tym wymownie na pana Janusza.  Po chwili wyjął z czeluści swojego ogromnego biurka, trzy kieliszki i postawił je na szklanym stoliku.   No to nalej, dodał zwracając się do pana Janusza, zaraz poproszę o kawy.  Pan Leszek zaskoczony elegancją wnętrza oraz bezpośredniością Starszego Cechu, usiadł na brzegu fotela i zaczął się z ciekawością rozglądać po tym pięknym, jego zdaniem, biurze.  Obok foteli, na których siedzieli, stały dwie skórzane kanapy.  Przy ścianach stały eleganckie, ciemne, stylowe, meble, wśród których, wyróżniała się wysoka, bogato rzeźbiona, z mnóstwem drzwi, półek i szuflad, oryginalna gdańska szafa.  Naprawdę robiła wrażenie.  Aż chciało się do niej podejść i pomyszkować w jej przepastnym wnętrzu.  Ciemne, solidne biurko, które stało jakieś dwa metry przed tą szafą, było w tym samym stylu.  Na wolnych kawałkach, czystych i jasnych ścian, wisiały w złotych, bogato zdobionych ramach, obrazy o patriotycznej treści.  Na podłodze leżały grube, w delikatne wzory, ciemne dywany.  Z sufitu zwisała wielka mosiężna, z wieloma kloszami, lampa w stylu "Księstwa Warszawskiego".  Całość tworzyła nastrój powagi, elegancji, dobrego smaku i zamożności.   Leszek czuł się onieśmielony tą prawie wytwornością wnętrza, ale pan Janusz przerwał jego obserwacje, mówiąc - no to wypijmy ten szlachetny trunek na dobry początek.   A teraz niech pan, panie inżynierze, dokładnie opowie panu Bogdanowi w czym problem.   Leszek opowiedział o co chodzi, najwięcej uwagi skupiając na omówieniu wizyty w Izbie Rzemieślniczej.  Pan Bogdan słuchał uważnie, zadając czasem jakieś pytania.  Najbardziej interesowało go to co mówił prezes Izby.  Po kilkunastu minutach Leszek skończył swoje opowiadanie, a wtedy pierwszy odezwał się pan Janusz, mówiąc - jak Bogdan sam widzisz, pan inżynier Marcinkowski ma nie lada problem, chciałby zostać rzemieślnikiem, a nie może.  Ponieważ jest zięciem mojego serdecznego kolegi dlatego bardzo mi zależy, żeby mu pomóc, oczywiście o ile to możliwe.  Chyba trzeba by umożliwić mu ukończenie i to  jakoś szybciej lub na jakiś specjalnych warunkach, tego kursu na mistrzów, a dalej już musi poradzić sobie sam.   Z tym właśnie do ciebie przychodzimy.   Co ty Bogdan na to?    Tak od razu to nie odpowiem, ale wiem kto mógłby tutaj coś zaradzić.  Poczekajcie tutaj, może jeszcze trochę whisky, zaproponował Starszy.  Pójdę do sąsiedniego pokoju i zatelefonuję do odpowiednich osób. To idź, ale ja już nie piję, za dużo mam jeszcze spraw do załatwienia,  odpowiedział pan Janusz.  Pan Leszek także podziękował i pan Bogdan poszedł telefonować.  Wrócił po około pięciu minutach i powiedział - ponieważ jak panowie mówicie sprawa jest pilna, dlatego proponuję, abyśmy spotkali się jeszcze dzisiaj w szerszym gronie, w zakładzie fryzjerskim u pana Zdzisława Pająka, znasz go Janusz prawda?  Oczywiście, bardzo dobrze go znam.  On się zajmuje u nas w cechu szkoleniami i zgodził się z nami porozmawiać.  Mamy przyjść do niego, do jego zakładu na ulicy Sowińskiego, przed osiemnastą, czyli tuż przed zamknięciem.  Jak skończy robotę to porozmawiamy.  Od siebie dodam, zreszta Janusz sam najlepiej wiesz, że przydałaby się jakaś flaszka przy tej wieczornej rozmowie.  Znając Zdzicha to pewnie nie jedna, ale przynajmniej dwie - dodał pan |Janusz    Pamiętam, że kolega Pająk pije tylko czystą, a najbardziej lubi żytnią.



Następny odcinek (13)