Parę tygodni po wyjeździe Zdzisława zaczęły docierać do Leszka pierwsze informacje na temat jego kłopotów. Oczywiście ich źródłem byli stali klienci sklepu. Jeden z klientów powiedział Leszkowi, że Zdzisław stracił wszystkie swoje firmy, które przejęła jakaś kancelaria adwokacka. Ponadto stracił warszawskie nieruchomości czyli jakąś kamienicę i grunty pod Warszawą. A jakby tego było mało to się okazuje, iż ma jeszcze ogromne długi. Drugi klient dodał, że wszystko to co Zdzisław stracił to przejęła znana kancelaria prawna – Namysłowscy i Wspólnicy, specjalizująca się od lat w restrukturyzacji, wykupie i obrocie nieruchomościami. Co i jak w szczegółach wyglądały te przejęcia i dlaczego do nich doszło to klienci nie wiedzieli lub nie chcieli o tym mówić. Jednak zgodnie twierdzili, że sytuacja pana Baranowicza jest beznadziejna i fakt, że udało mu się uratować dom w Konstancinie i firmę w Podkowie Leśnej zawdzięcza tylko temu, że obie nieruchomości od początku kupione były na jego żonę. Zresztą o żonie Zdzisława wszyscy wyrażali się bardzo pochlebnie mówiąc o niej, że jest rezolutna, inteligentna, bystra i potrafi swojego dopilnować. Leszek wiedział jeszcze o zagranicznym oddziale jednej z firm Zdzisława, który był mocno niezależny od centrali i na którym warszawskim prawnikom nie udało się położyć swoich chciwych łap. Nie zmieniało to jednak tych fatalnych faktów.
Te bardzo złe wiadomości podziałały na Leszka bardzo przygnębiająco. Postawiły pod wielkim znakiem zapytania jego przyszłość. Przyszłość jakiej spodziewał się mając w nieodległej perspektywie objęcie funkcji dyrektora w firmie handlującej narzędziami. Nie było jego ambicją i nie chciał do końca życia prowadzić sklepu z winami w Podkowie Leśnej. Marzyły mu się jeszcze wyjazdy do egzotycznych miejsc, zwiedzanie Polski, kupno na starość niewielkiego mieszkania, najlepiej w okolicach jego ukochanych Bieszczad i marzyło mu się jeszcze wiele innych rzeczy. Niestety ta sytuacja, jaka powstała po praktycznym upadku Zdzisława, przekreślała jego plany. Odsuwała marzenia i była powodem ogromnej apatii jaka go ogarnęła, apatii prawie na pograniczu depresji. Leszek coraz bardziej się martwił, przemyśliwał, kombinował, kalkulował, planował, obliczał, ale nic mu z tego na dobre nie wychodziło, gdyż bez, chociaż niewielkiej, ale stabilnej niezależności materialnej, wszystkie jego plany, jak się to mówi, brały w łeb.
Przyszła druga połowa kwietnia, a z nią temperatury powyżej dwudziestu stopni Celsjusza i wreszcie wybuchła tak długo oczekiwana wiosna. Nagle na ulicach pojawili się ludzie w krótkich rękawkach, a przecież jeszcze tydzień temu nosili zimowe kurtki. Także i trochę ożywił się Leszek, gdyż Jacek zaczął przebąkiwać, że nie daje rady w ogrodzie i przydałaby się pomoc, no to Leszek ruszył z ową pomocą. A chyba nic tak nie poprawia nastroju jak wiosenna praca w zmieniającym się prawie każdego dnia ogrodzie. Kopali, grabili, przycinali, a nawet zamontowali niewielki foliowy tunel, aby posadzić w nim sadzonki pomidorów, głównie tych małych – koktajlowych za którymi Jacek szczególne przepadał. W końcu, jak zwykle po kwietniu, przyszedł maj i Leszek przypomniał sobie zdarzenia sprzed dwóch lat kiedy to właśnie w pierwszych dniach tego miesiąca, niespodziewanie odwiedził go w jego poprzednim sklepie Zdzisław Baranowicz. Leszek przypomniał sobie nadzieje jakie nim owładnęły po owej wizycie. A potem przypomniał sobie niepewność i wątpliwości i zaczął myśleć, że jednak źle postąpił przenosząc się do Podkowy Leśnej. Ale próżne to były żale, gdyż powrót do poprzedniej sytuacji nie był możliwy.
I tak znowu trwał w zawieszeniu i niepewności, a czas nieubłaganie płynął nie przynosząc niczego dobrego. Dawno przekroczył pięćdziesiątkę i chociaż był jeszcze pełen planów, nadziei i miał co do życia jeszcze wielkie oczekiwania to jednak rzeczywistość coraz bardziej mu te plany i oczekiwania korygowała i to zawsze na jego niekorzyść.
Kindżał część - 2
Gdzieś tak w połowie maja, w piękny, zielony, pachnący świeżością i kwitnącymi kwiatami ogrodowych, owocowych drzew, kolejny raz odwiedził jego sklep czarny, tajemniczy klient. A był to poniedziałkowy wczesny wieczór po szczególnie pięknym dniu. Czarny klient nie był w sklepie od ponad dwóch miesięcy i Leszek zaczął już myśleć, że pewnie gdzieś wyjechał, albo, że może mu się coś stało i być może nie zobaczy go nigdy więcej. Żal mu się robiło na tą myśl, gdyż był on najbarwniejszym klientem jaki do tej pory mu się w ogóle trafił i chociaż mało z nim rozmawiał to jednak jakiś nimb tajemniczości, zagadkowości, a jednocześnie oryginalności zawsze szczególnie pobudzał jego zmysły, intrygował go i powodował różne refleksje. Dlatego też niezmiennie oczekiwał kolejnych wizyt czarnego klienta, jak zwykł go w myślach nazywać. Widząc w drzwiach sklepu swojego zagadkowego klienta, tradycyjnie ubranego na czarno, Leszek w duchu bardzo się ucieszył. Jego radość zaczęła być jeszcze większa, gdy tym razem czarny klient zaczął sam rozmowę mówiąc: - już dawno chciałem z panem szerzej porozmawiać, ale jakoś tak nie było okazji lub nastroju. Pewnie też za mało i za krótko pana znałem, a z natury jestem bardzo nieufny i ostrożny, ale dzisiaj postanowiłem to zmienić. Zacznę od przedstawienia się - nazywam się Artur Wegner, jestem rodowitym podkowianinem i chociaż losy rzucały mnie w różne miejsca na świecie to jednak teraz, już ponad pięć lat temu, osiadłem tutaj i mam nadzieję, że już na stałe.
Mam do pana pewną propozycję, ale nie chciałbym jej składać tutaj w sklepie, lecz pragnąłbym pana zaprosić do siebie, do domu, gdzie spokojnie moglibyśmy porozmawiać. Jeżeli się pan zgodzi to proszę zaproponować jakiś termin, a jeżeli nie to trudno, pozostaniemy na dotychczasowej stopie sklepowej znajomości. Rozumiem, że może się pan obawiać tego o co mi chodzi, przecież praktycznie mnie pan nie zna i taka propozycja może pana zaskakiwać, a nawet bardzo dziwić jednak zapewniam, że chodzi o rzecz prozaiczną chociaż dla mnie istotną i ważną. Co pan sądzi o mojej propozycji, będzie pan chciał się ze mną spotkać – zapytał pan Artur i zamilkł. Leszka w pierwszym momencie wprost zamurowało i przez sporą chwilę zastanawiał się co odpowiedzieć, aż w końcu po dłuższym namyśle powiedział: -pan się przedstawił to ja też muszę to uczynić - nazywam się Leszek Marcinkowski i pochodzę z Bydgoszczy. Co do spotkania - nie ma problemu, chętnie się z panem spotkam, tym bardziej, że miałem już okazję być w paru domach moich obecnych klientów i wszystkie te wizyty były dla mnie bardzo miłe i udane. Jeżeli chodzi o termin to może odpowiadają panu popołudniowe godziny w najbliższą niedzielę, gdyż niedziela to jedyny dzień, który mam cały do swojej dyspozycji, ponieważ sklep w ten dzień jest zamknięty. Ależ proszę bardzo, może być najbliższa niedziela i to jak najbardziej, Przyjadę po pana powiedzmy o godzinie siedemnastej, zgoda? To jesteśmy umówieni odpowiedział Leszek. Po chwili milczenia pan Artur, jakby zastanawiając się na czymś, zapytał - a jak tam te pana inne sprzedaże, te nie związane z ofertą sklepu? Już dawno u pana nie byłem bo ostatnimi czasy musiałem wyjechać za granicę, a kiedyś już o tym, jak sobie przypominam, rozmawialiśmy? Coś ciekawego pan ostatnio sprzedał? Leszek pomyślał i odpowiedział: - to tylko taka przypadkowa sprzedaż i zdarza się raz na jakiś czas, tylko wtedy, gdy któryś z moich stałych i znanym mi klientów ma taką potrzebę lub chęć. Ostatnio sprzedałem trochę oryginalnych alkoholi, które otrzymał znany lekarz od swoich pacjentów. Lekarz ten jest od początku jednym z moich najlepszych klientów, a z alkoholi, jak twierdzi, pije tylko dobre czerwone wina dlatego też pozostałe przyniósł, abym sprzedał, a za uzyskane pieniądze nabył dobre wina. Prócz tego niedawno sprzedałem także obraz jednego z przedwojennych malarzy, ale takiego mniej znanego. Natomiast parę miesięcy temu sprzedałem patefon z końca XIX wieku. Zawsze jak mam coś ciekawego to namawiam moich klientów na zakup tych rzeczy i jak do tej pory prędzej czy później chętny zawsze się znajduje. Ciekawe to miejsce ten pana sklep – ni to stwierdził, ni to powiedział pan Artur, po czym dodał: - ma pan jakieś nowe wina z rodzaju tych jakie zawsze kupowałem? Oczywiście, mamy wspaniałe nowe wina włoskie z tej słynnej serii super Toscanów, jest tej nowa Rioja i dwa rodzaje nowych Saint-Emilion Grand Cru. To świetnie, niech mi pan da, według swojego uznania, jak zwykle szóstkę win z tych nowości. Do tej pory na pana wyborach się nie zawiodłem to pewnie i teraz tak będzie. Po chwili pan Artur opuszczał sklep z kartonem win pod pachę i na odchodnym mówiąc do zobaczenia, przypomniał Leszkowi, że są umówieni na najbliższą niedzielę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię