sobota, 6 stycznia 2018

Leszek - odcinek 47

Okres inspektorowania na kolei to była najlepsza praca w całym zawodowym życiu Leszka.  Praca była ciekawa i dobrze płatna.  Jej tryb Leszek wyznaczał sobie sam.  Oczywiście były obowiązkowe wyjazdy do Gdańska, różne objazdy, narady i konferencje, ale te z góry zaplanowane zajęcia zajmowały maksymalnie jedną czwartą całego czasu pracy, zaś w pozostałych dniach Leszek sam sobie organizował pracę.  To organizowanie polegało na tym, że układał sobie tygodniowe plany odwiedzania różnych budów i nikt w to nie ingerował.  Miał tylko obowiązek każdego dnia pracy zatelefonować poprzez kolejową sieć telefoniczną do pani Halinki z Biura Inwestycji i powiadomić ją gdzie jest.   Pani Halinka to była wyjątkowo sympatyczna i miła pani.   Zawsze służyła dobrym słowem i radą przez telefon, a dodatkowo wspaniałym uśmiechem gdy bywało się w dyrekcji.  Pani Halinka stanowiła naturalne oparcie każdego inspektora gdańskiego biura inwestycji.  Była prawą ręką, a pewnie też i lewą ich bezpośredniego kierownika.  Już po paru miesiącach Leszek nie mógł sobie wyobrazić wykonywania swojej pracy bez pomocy, wsparcia i informacji uzyskiwanych od pani Halinki.

I było tak jak na pierwszym spotkaniu powiedział do Leszka jego nowy szef pan Maciej, mówiąc, że każdy inspektor odpowiada przede wszystkim sam za siebie.   Była to duża samodzielność, lecz równie duża odpowiedzialność.  Szefowie oprócz dwóch narad w miesiącu zazwyczaj nie wtrącali się do pracy inspektorów.   Na naradach za to ich rozliczali z wykonanych zadań i dawali następne zadania.  Taki tryb różnorodnej i samodzielnej pracy bardzo Leszkowi odpowiadał.  A do tego poznał w tej pracy masę fantastycznych osób.   Byli to i Andrzej Lech z Gdańska i Krzysztof Kuteszko z Olsztyna i Jan Rodziewicz z Gdyni, a także Eugeniusz Walczak z Bydgoszczy, Ania i Zbyszek Skrętowie z Łodzi i wielu, wielu innych.

To tutaj w tej pracy Leszek poznał pana Mieczysława Delmaczyńskiego.  To pan Mieczysław został jego nauczycielem, mentorem i czasami nawet powiernikiem.   Była to najwspanialsza osoba ze wszystkich ludzi, których Leszek poznał na swojej zawodowej drodze.  Dlatego poświęcimy mu trochę miejsca w naszym pisaniu bo nikt tak jak On na to nie zasługuje.

Pan Mieczysław przed wojną uzyskał średnie wykształcenie techniczne i w 1935 roku podjął pracę w fabryce samolotów w Białej Podlaskiej.  W sierpniu 1944 roku został zmobilizowany i po kilkumiesięcznym przeszkoleniu w październiku 1944 roku został skierowany do odbudowy kolei po zniszczeniach wojennych.  I na tej kolei, najpierw w Lublinie, a potem w Bydgoszczy i Gdańsku, przepracował prawie pięćdziesiąt lat.  W latach pięćdziesiątych uzupełnił swoje wykształcenie i ukończył studia zostając inżynierem budownictwa.  Praca była zawsze pasją i hobby pana Mieczysława.  Wszędzie gdzie działał zawsze ogromnie się angażował.  U pana Mieczysława motywacja do rzetelnego wykonywania swoich obowiązków wynikała tylko z idealistycznego podejścia do pracy.  Nie kierował się chęcią zdobycia wyższego stanowiska, chęcią posiadania władzy, czy chęcią wpływania na otoczenie, ani też chęcią osiągnięcia wielkich korzyści materialnych.  Pomimo wielu propozycji i wielu możliwości awansu, został do końca swojej zawodowej drogi inspektorem nadzoru inwestorskiego.  Był także dobrym mężem i ojcem córki i dwóch synów.  Cała trójka ukończyła studia co było wielkim powodem do dumy dla pana Mieczysława.  Dodatkowo od 1961 roku pan Mieczysław, głównie społecznie, podejmował się nadzorowania, koordynowania i kierowania robotami przy budowlach sakralnych.  Sporządzał także projekty oraz wykonywał uzupełnienia i przeróbki dla projektów dotyczących budowli sakralnych.  Pomimo ogromu pracy i wielkiego zaangażowania pan Mieczysław był zawsze człowiekiem pełnym dobrego humoru, świetnego samopoczucia i pogody ducha.  Był dobroduszny i prostolinijny.  Był niezwykle towarzyski.  Potrafił zawsze znaleźć najlepsze wyjście w każdej sytuacji zawodowej i towarzyskiej.  Umiał rozładowywać nawet największe konflikty i napięcia, często posługując się przy tym opowiedzeniem dobrego kawału, zacytowaniem przypowieści lub przysłowia.  A był prawdziwą skarbnicą przypowieści, powiedzeń i kawałów.  Zaś fachowiec był z Niego wielkiej klasy, ogromnej wiedzy i o jeszcze większym doświadczeniu.  Wszystkie najtrudniejsze problemy budowlane zawsze najpierw trafiały do pana Mieczysława i to on osądzał i decydował co dalej.   Radzili  się go nie tylko koledzy inspektorzy, lecz także ich szefowie, a bywało, że i szefowie różnych firm wykonujących roboty, które On nadzorował.   Pan Mieczysław miał zawsze dobry humor i tryskał energią.  Zawsze był zawodowo przygotowany, zaginając swoja wiedzą nawet najtęższych fachowców i to nie tylko ową  wiedzą, ale także umiejętnym postępowaniem, które zawsze mu wszystkich zjednywało.  To był dusza człowiek, dobry człowiek, wspaniały nauczyciel i kolega.

Powyższy bardzo skrócony i lakoniczny opis brzmi jak socjalistyczna laurka.  I pewnie wielu czytających tak go potraktuje, ale wierzcie, pan Mieczysław nie tylko na takie słowa zasługiwał.  To już wówczas, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, unikat w całym pozytywnym znaczeniu tego słowa.   Dzisiaj takich ludzi po prostu nie ma.  Dlatego warto ich wspominać bo i swoją pracą i postawą zasłużyli sobie na to.

I Leszek miał to ogromne szczęście, że to pan Mieczysław wprowadzał go do zawodu inspektora nadzoru.

Warto opisać chociaż jedną taką lekcję, których bardzo wiele, mimochodem i bez zaznaczenia tego faktu, pan Mieczysław udzielił Leszkowi. Jedą z takich lekcji opisujemy poniżej.

W poniedziałek 22 listopada 1982 roku na godzinę ósmą rano została zwołana narada koordynacyjna na budowie ośrodka wypoczynkowego PKP w Prądocinie. Kolejowa narada koordynacyjna to średnio przynajmniej dwanaście osób ze strony PKP (reprezentanci licznych służb kolejowych, przedstawiciel regionalnej dyrekcji i dwaj inspektorzy czyli Pan Mieczysław i Leszek).   Do tego przedstawiciele wykonawców robót i zazwyczaj także projektanci.  Tak też było tego dnia w Prądocinie.  W niewielkiej salce, służącej na co dzień kierownikowi budowy za biuro, zebrało się około dwudziestu osób.  Salka była dosyć chłodna bo ogrzewał ją tylko jeden elektryczny piec akumulacyjny.  Tuż po rozpoczęciu narady większość jej uczestników zaczęła namiętnie palić papierosy.   Wówczas było to bardzo powszechne.   Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem narady pan Mieczysław poprosił kierownika, aby otworzył okno, bo jak to określił, nie było czym oddychać.  Wtedy zrobiło się jeszcze zimniej i uczestnicy narady zaczęli sarkać.  Na co pan Mieczysław skwitował, albo palenie, albo otwarte okno bo w tym papierosowym zaduchu to nawet myśleć się nie da.  I tak jednym prostym stwierdzeniem diametralnie ukrócił palenie.

Pierwszym punktem narady był problem związany z przeprowadzeniem kanalizacji pod istniejącą drogą asfaltową.  Pan Mieczysław zaproponował inny przebieg zaprojektowanego ułożenia kanalizacji i to taki, żeby owa kanalizacja nie musiała dwukrotnie przechodzić przez asfaltową jezdnię.  Zaraz z protestem podniósł się przedstawiciel rejonu budynków PKP twierdząc, że tak jak proponuje pan inspektor to trasa iść nie może bo oni w przyszłości planują w tym miejscu dodatkową zabudowę, a kanalizacja nie może się znaleźć pod tą tą zabudową.  Do protestu dołączył się przedstawiciel służby telekomunikacji PKP, której podlegały telefony kolejowe, twierdząc, że on także się nie zgadza bo oni planują tutaj położyć kable telekomunikacyjne.  Po chwili także projektant wniósł zastrzeżenia.   Wtedy Leszek, któremu pan Mieczysław zlecił protokołowanie narady zapytał: - to co ja mam zapisać panie Mieczysławie w tym protokole?   Czy zapisywać wszystkie protesty?   Ależ nie panie Leszku,  na razie niech pan nic nie pisze.   Po czym wstając zwrócił się do zebranych:  - panowie idziemy nad wykop zobaczymy na miejscu jakie są możliwości rozwiązania problemu.  I tak cała dwudziestka, w padającym mokrym deszczu, przy silnym wietrze i temperaturze około zera oraz po błocie do kostek, powędrowała ponad kilometr w jedną tylko stronę i tyle samo, po pół godzinie, z powrotem.  Niczego nie ustalili, ale przyszli zmoknięci, zziębnięci i już dużo spokojniejsi i mniej bojowi. Po, niczego nie uzgadniając w punkcie pierwszym przeszli do punktu drugiego, który dotyczył konstrukcji dachu nad stołówką..  Na wstępie pan Mieczysław stwierdził, że taka konstrukcja dachu jaką zaproponował projektant jest w polskich warunkach nie do przyjęcia bo projektant zaproponował dach koszowy o spadkach do środka dachu. Argumentował to tym, że jakość materiałów i jakość wykonania pozostają daleko w tyle za wspaniałymi pomysłami panów projektantów.  Oczywiście pan projektant absolutnie nie chciał się zgodzić na zmianę projektu.  Jednak zarówno wykonawca jak i inspektor obstawali przy swoim.  Pan Mieczysław twierdził, że dach będzie przeciekał i będą kłopoty z odprowadzeniem wód opadowych bo projektowane rury spustowe mają za mały przekrój, a przy ulewnych deszczach i tak nawet większe rury nie odprowadzą nadmiaru wody, która wówczas zalewać będzie wnętrze stołówki.  Kierownik ośrodka twierdził, że taka stołówka doda urody ośrodkowi, a i projektant nie chciał ustąpić.  A Leszek znowu nie wiedział co wpisać do protokołu i ponownie zapytał pana Mieczysława co ma uczynić.  A ten tak jak poprzednio odparł, aby nic nie pisał, ale z pisaniem jeszcze poczekał bo ci wszyscy malkontenci sami się niedługo siebie przechytrzą i wtedy podpiszą to co proponujemy bo to przecież jedyne rozsądne rozwiązania.  Po czym pan Mieczysław znowu wstał i ponownie cała dwudziestka udała się na budowę stołówki, a deszcz ze śniegiem i wiatr jeszcze się wzmogły.  Obejrzeli aktualny stan budowy stołówki, podyskutowali o dachu oraz o tym gdzie i jak poprowadzić rury spustowe i rynny, po czym, po kolejnej pół godzinie, wrócili jeszcze bardziej zmarznięci i przemoknięci niż poprzednio, do biura kierownika budowy.  Tutaj kierownik się zlitował nad obradującymi i kazał przynieść wielki termos z gorącą herbatą, którą wszyscy z wielkim namaszczeniem pili ze szklanek musztardówek.   Trochę się rozgrzali.  A już po dłuższej chwili pan Mieczysław znowu zaproponował wyjście na budowę.   Bo, jak stwierdził, jest kłopot z głównymi schodami zewnętrznymi prowadzącymi do recepcji ośrodka.  Wykonawca zrobił je za wysokie stopnie i teraz trzeba coś z tym fantem zrobić.  Poszli na kolejne pół godziny, a gdy kolejny raz wrócili do biura kierownika budowy to już praktycznie wszyscy powszechnie sarkali, mówiąc co to za narada, w takich warunkach nie można pracować, po co to ciągłe chodzenie po całej budowie, po tym błocie i przy takiej pogodzie i robiąc inne podobne uwagi.   A przy tym powszechnie zerkali na swoje zegarki bo przecież ich cenny czas, czas przeznaczony na ową naradę, dawno już się skończył.  I to wtedy pan Mieczysław powiedział do Leszka:  - pisz pan protokół z narady panie Leszku i pisz pan tak jak to my proponowaliśmy. Niech pan napisze  o zmianie trasy kanalizacji, zmianie konstrukcji dachu nad stołówką i nadbetonowaniu źle wykonanych stopni schodowych.  Pisz pan w miarę szybko i sprawnie i zaraz idź pan do każdego uczestnika narady, aby się podpisał pod treścią protokołu.   I tak też się stało.  I nawet projektant, który jak twierdził był już godzinę spóźniony na kolejną naradę w Bydgoszczy, podpisał protokół.

Po kilkunastu minutach nikogo już w pomieszczeniu nie było.  Zostali tylko dwaj inspektorzy i kierownik budowy.  I co panie Leszku, udało się wszystko dobrze załatwić, prawda? - ni to zapytał ni to stwierdził pan Mieczysław.


Poprzedni odcinek


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię