poniedziałek, 27 lutego 2017

Kolejny raz w Hiszpanii.

Od połowy lutego ponownie przebywamy na południowym krańcu Costa Blanca.  Odpowiednia dieta, rowery, spacery (a właściwie marsze), kąpiele morskie, gimnastyka, słońce, zieleń, lecznicze błota, duże jeziora - zbiornik solanki, a obok nich kilkunastometrowej wysokości hałdy białej morskiej soli wirującej przy wietrze w całym otoczeniu, różnokolorowe kwiaty, kwitnące krzewy, dojrzewające owoce cytryn, pomarańczy i mandarynek i inne wspaniałe kwitnące okazy przyrody, na przykład hibiskus amarillo, wpływają bardzo pozytywnie na naszego umęczonego ducha.  

A także mam nadzieję, że na poprawę zdrowia.

Poniżej kilka migawek z tych ostatnich prawie dwóch tygodni.

Rowerem, także po plażach.

Minionej niedzieli na plaży w Cabo Roig

Osobliwe wędkarstwo.

Typowe śniadanko.

niedziela, 12 lutego 2017

Leszek - odcinek 34

Drugi rok studiów dobiegał końca.  Leszek osiągnął bardzo dobre wyniki i zdał świetnie wszystkie, oprócz jednego, egzaminy.  Tym ostatnim egzaminem był egzamin u pana doktora Nila Konopki z bardzo rozległej, wykładanej przez cały rok, wiedzy dotyczącej budownictwa ogólnego.

Leszek w tym czasie czuł, że świat do niego należy.  Planowali z Joanną i grupą przyjaciół wyjazd na obóz żeglarski, gdzie mieli zdobywać stopień żeglarza.  Zaś we wrześniu planowali kilkudniowe pobyty w Gdańsku, Wąbrzeźnie, Wągrowcu i Funce.  Zatrzymywać się mieli u znajomych i u rodziny.  Wszystko mieli zaplanowane, uzgodnione i z góry już się cieszyli na to co ma ich spotkać.  Dodatkowo cieszyli się bo dzień przed ostatnim egzaminem rozpoczęły się pamiętne Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, które odbywały się w RFN i do których Polska zakwalifikowała się po historycznym remisie z Anglią na Wembley.  A wszyscy dookoła byli zapalonymi kibicami piłki nożnej i wiele sobie obiecywali po występach Polaków.  Wszystko układało się znakomicie, a najbliższa przyszłość obiecywała wiele najlepszego.

Pozostał tylko ten jeden egzamin, który Leszek musiał dobrze zdać, aby nie utracić stypendium.  Potem miesięczna praktyka zawodowa.  A po niej całe dwa miesiące tylko dla nich.  Dla Leszka i Joanny. Zapowiadało się cudownie.  No i jeszcze te Mistrzostwa..

Czternastego czerwca tuż po godzinie dwunastej Leszek stanął przed srogim obliczem pana Nila. Pragnął jak najlepiej zdać ten egzamin, egzamin kończący drugi rok studiów.  Przed ową dwunastą było parę godzin nerwowego oczekiwania, była giełda pytań, było dzielenie się wrażeniami i ocenami z tymi co już wyszli po egzaminie.  Wreszcie Leszek wszedł do sali egzaminacyjnej.  Pan doktor Konopko, starszy już wiekiem, ogromnie doświadczony specjalista w zawodzie i doskonały wykładowca, zadał mu trzy pytania.  Niestety na żadne z nich Leszek nie znał odpowiedzi.   Coś tam bąkał pod nosem, wymyślał, konfabulował, ale już wiedział, że wpadł, i że czeka go jesienny egzamin poprawkowy.  A w związku z tym nerwowe i  zmarnowane  wakacje, wakacje na które tak czekał, tak je planowali i tak na nie oszczędzali.  Przez krótką chwilę ogarnęła go czarna rozpacz i jak się to mówi chciało mu się wyć.

Pan  Konopko zaś odwrotnie, wysłuchał spokojnie jego mętnych wywodów i w pewnej chwili zapytał: - czy już pan skończył swoje odpowiedzi.  Leszek zdruzgotany odpowiedział, że tak.  Pan doktor spoglądał przez chwilę na niego jakoś dziwnie, a po paru minutach niezręcznego milczenia, poprosił o zeszyt z notatkami z całego roku wykładów.  Przejrzał go uważnie, wziął do ręki młotek i spory, tak na oko pięcio-calowy gwóźdź, po czym na specjalnej drewnianej podkładce przebił w samym środku okładki ten duży i gruby zeszyt owym gwoździem na wylot, oddał zeszyt Leszkowi i poprosił o indeks.

Leszek strasznie zdenerwowany, trzęsącymi się rękoma, podał indeks, a pan Nil nic nie mówiąc, coś do indeksu wpisał i oddał go Leszkowi.  Leszek kompletnie załamany, spojrzał na zapis w indeksie i zupełnie osłupiał.  Stało tam napisane jak byk:  „bdb”,  czyli bardzo dobry.  Nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia i w przypływie nagłego impulsu zapytał: - jak to możliwe panie doktorze?  Przecież nie odpowiedziałem na żadne z trzech pytań?  Na to pan  Konopko swoim spokojnym i wyrazistym głosem odrzekł: - i tak wiem, że pan stosunkowo dużo umie.  Przecież nie dałem panu zaliczenia z oceną bardzo dobrą na piękne oczy, prawda? 
Niestety dzisiaj miał pan pecha, a może zjadła pana trema lub puściły nerwy.  Z  tego co ja widziałem to wiem, że przez cały rok chodził pan regularnie na wykłady, zawsze siedział w pierwszym rzędzie i często zadawał różne, a do tego nad wyraz szczegółowe, czasami nawet irytujące pytania.  Poza tym widzę, że przynajmniej połowa notatek na roku jest odpisana z pańskiego zeszytu. Te same sformułowania, te same rysunki i wszystko w takiej samej kolejności.   To co miałem panu postawić?

Z tymi zeszytami to była wieloletnia i barwna tradycja.  Na egzamin ustny należało obowiązkowo przychodzić z całorocznymi notatkami, których forma była z góry określona, już na pierwszym wykładzie.   Pan Konopko przeglądał je dokładnie i przebijał notatnik gwoździem, gdyż wychodził z założenia, że nawet najbardziej leniwy student, jak przepisze i przerysuje około stu stron formatu A4, to się czegoś nauczy.  A ponieważ był człowiekiem obdarzonym wyjątkowo zdrowym rozsądkiem to wiedział, iż studenci będą sobie pożyczali zeszyty lub kombinowali w ten lub inny sposób, aby tylko uniknąć żmudnego i czasochłonnego przepisywania.   Żeby im uniemożliwić jakiekolwiek manipulacje to przejrzane w trakcie ustnego egzaminu notatki studenta, którego akurat odpytywał, od razu na gorąco  „zaznaczał”.  Czyli brał młotek i gwóźdź i przebijał zeszyt na wylot.

Krótko mówiąc, dodał jeszcze po chwili pan Konopko, taka ocena się panu według mnie należy i tyle.

Wychodząc z sali egzaminacyjnej Leszek czuł jak rosły mu skrzydła i już po chwili wprost frunął na tych skrzydłach ulicami miasta, tuż nad chodnikiem.  Frunął do swojej Joanny, aby podzielić się z nią tą przeogromną radością.  Stan w jakim wówczas się znajdował, trudno opisać, ale był to na pewno rodzaj wielkiego szczęścia.  Było to takie duże i ogromnie pozytywne rozładowanie, taka ulga i takie poczucie zadowolenia i spełnienia, które bardzo rzadko goszczą w życiu człowieka.  Leszek, jak dzisiaj się nad tym zastanawia to wychodzi mu, że podobnych chwil w swoim życiu przeżył pięć, może sześć, czyli średnio przypadała mu jedna taka chwila, chwila prawie absolutnego szczęścia i wielkiej chwilowej wolności, raz na dziesięć lat.

Niezmiernie rzadko spotyka się na swojej życiowej drodze ludzi, którzy potrafią się tak zachować jak pan Konopko. Dlatego też to zdarzenie stało się dla Leszka swoistym drogowskazem, swoistym probierzem i miarą tego czego człowiek najbardziej oczekuje, czyli miarą uczciwego docenienia jego starań, jego zaangażowania i jego pracy, miarą rzetelnej oceny i zrozumienia.  Takie chwile, chociaż to stwierdzenie może wielu wydać się na wyrost, są jednym z sensów naszego istnienia bo pozwalają na rozładowanie ogromnych napięć, pozwalają poznać prawdziwe uniesienie i pozwalają, chociaż przez chwilę, być naprawdę wolnym.

Potem były sławetne boje polskich piłkarzy na niemieckich boiskach.  Wreszcie półfinał z gospodarzami, który rozgrywano w błocie po kostki i który w takich warunkach nigdy nie powinien być rozgrywany. Półfinał, w którym Polacy, pomimo tego błota, grali świetnie, ale sędzia nie przyznał im ewidentnego karnego, zaś przyznał go Niemcom, na szczęście Tomaszewski obronił. Niestety największy sęp piłki nożnej, a jednocześnie jeden z najlepszych napastników Gerd Muller strzelił jednak nam gola i to Niemcy znaleźli się w finale.  Polacy zaś pokonali w meczu o trzecie miejsce legendarną Brazylię.  To był największy sukces polskiej piłki w całej jej dotychczasowej historii.

Atmosfera tamtych sportowych uniesień już nigdy się nie powtórzyła.  Leszek oglądał te mecze z całą rodziną Joanny.  Oglądali na czarno-białym dwudziestodwu calowym  telewizorze marki Ametyst. Poczynając od pierwszych goli strzelonych Argentynie, aż po ostatni strzelony Brazylii, podczas wszystkich meczów byli w swoistej euforii, krzykom, zachwytom i komentarzom nie było końca.  I ten niezapomniany Jan Ciszewski ze swoim niesamowitym zaangażowaniem i ogromnymi swoimi emocjami, które na pewno udzielały się znakomitej większości telewidzów.

Ach co to były za chwile i to w takim Leszka życiowym momencie.  Cudowne, wspaniałe, niezapomniane przeżycia.

Cały lipiec to ciężka praca przy torach tramwajowych w Bydgoszczy, gdyż tam odbywała się miesięczna praktyka zawodowa.  I znowu pracowali za darmo.  Praca przy torach polegała na wymianie podkładów, podbijaniu tłucznia specjalnymi kilofami, dokręcaniu śrub i na innych podobnych czynnościach.  Praca nudna, nieciekawa i żmudna.  Pewnie celowo wykorzystywano studentów bo do tych prac zawsze brakowało ludzi, a do tego latem szczególnie bo dochodził jeszcze sezon urlopowy.  Na szczęście nie byli nigdzie skoszarowani, ale musieli przychodzić na siódmą i pracować do piętnastej.  Niewiele warto o tej praktyce pisać prócz tego, że się ona odbyła. Przynajmniej na zakończenie praktyki Wojewódzkie Zakłady Komunikacyjne zorganizowały im trzydniowy pobyt w swoim ośrodku wypoczynkowym Kopernica leżącym na jeziorem Charzykowskim.  Była akurat piękna pogoda.   Było dobre jedzenie, ogniska, trochę popijania, długie rozmowy, karty.  Ośrodek dysponował wspaniałym pełnomorskim jachtem.  Powierzchnia jego żagla miała pięćdziesiąt sześć metrów. kwadratowych.  Michał, o którym później dużo będzie, sąsiad Leszka zza ściany w akademiku, posiadał już uprawnienia sternika i dzięki temu wypożyczono grupie studentów ten jacht na cały długi dzień.  Mieli szczęście, akurat dobrze wiało i przy tym wietrze osiągali niezłe prędkości i spore przechyły.   Ośmioosobowa załoga bawiła się znakomicie.  To było pierwsze żeglarskie doświadczenie Leszka, a krótko potem obóz żeglarski nad tym samym akwenem.  I tak zrodziła się miłość Leszka do żeglarstwa.

Obóz odbywał się nad jeziorem Charzykowskim w miejscu zwanym Kuksą Polaną, położoną nad trzecim chyba największym akwenem tego jeziora. To ten akwen od strony Swornychgaci, a miejsce obozu położone było prawie na przeciw wspomnianej Kopernicy.

Mieszkali w namiotach, ustawionych z dziesięć metrów od brzegu jeziora.  Obok ich namiotu mieszkał Michał, którego narzeczona Elżbieta także pragnęła zdobyć stopień żeglarza. Oprócz tego było jeszcze sześć innych namiotów i namiot kuchenny.  To wówczas Leszek pierwszy raz zasiadł przy sterze.  Pływali drewnianymi omegami z żaglami z płótna żaglowego.  Takich żaglówek mieli do dyspozycji pięć na dwunastu kursantów.  Codziennie po śniadaniu było parę godzin zajęć teoretycznych, które prowadzili ich starsi koledzy, między innymi Marek Żaba i Andrzej Nagórski.  Potem taklowanie, robienie węzłów i do żaglówki. Tak wiało, że przy długich halsach miecze grały, a przechyły sięgały czterdziestu pięciu stopni od pionu. Pogoda prawie przez całe dwa tygodnie była żeglarska i nauka szła dobrze.  Wieczorami ognisko, śpiewy i opowieści do późnych godzin nocnych.

Także wówczas Leszek zetknął się po raz pierwszy z windsurfingiem.  Wówczas były one drewniane z drewnianym boomem biegnącym dookoła płóciennego żagla.  Jak ten płócienny żagiel opadł do wody to bardzo ciężko było go wyciągnąć.  Jednego dnia Leszek stanął na deskę podciągnął żagiel, a że wiatr nie był za silny to podpłynął z tym wiatrem prawie do przeciwnego brzegi, oddalonego o jakieś dwa kilometry.  W ten sposób znalazł się w pobliżu Kopernicy.  Podpłynął jakieś pięćdziesiąt metrów do brzegu i spróbował zrobić zwrot, aby wrócić do swojego obozu.  Niestety, ani zwroty ani płynięcie halsami pod wiatr absolutnie mu się nie udawały.  Stawał na desce wyciągał żagiel i zaraz po przebyciu kilkunastu metrów lądował w wodzie.  Ponownie wdrapywał się na deskę, wciągał żagiel, aby po chwili znowu to powtórzyć.  Po godzinie takich zmagań zupełnie się zniechęcił, usiadł okrakiem na desce i zaczął machać rękoma oraz krzyczeć w stronę swojego obozu. Niestety obóz był odległy o jakieś dwa kilometry i nikt go tam nie widział i nie słyszał. Siedział na tej desce z dwie godziny i ogromnie się niepokoił.  Na szczęście po kolejnej półgodzinie przepływał obok niego kajak z ośrodka w Kopernicy.  Leszek poprosił kajakarzy, żeby go doholowali do obozu żeglarskiego.  Kajakarze, młode małżeństwo, śmiejąc się z niego i żartując na tematy żeglarskie, doholowali go do obozu.  W taki to sposób Leszek zniechęcił się, pewnie zupełnie niesłusznie, ale już na stałe, do windsurfingu.

Ostatniego dnia obozu odbył się egzamin teoretyczny i praktyczny i Leszek zdobył stopień żeglarza.

Na obozie żeglarskim.



Poprzedni odcinek.


Następny odcinek.





środa, 8 lutego 2017

Jeden płatek śniegu w ogromnej zaspie.

Bez komentarza.  Suche fakty.


Pierwszą polską elektrownię jądrową budują dwie spółki z Grupy PGE kierowane przez tych samych menedżerów w zarządach. W jednej dostają pensje ograniczone kominówką, a w drugiej rynkowe. Wśród nich jest były minister skarbu Aleksander Grad, który zarabia łącznie 55 tys. zł brutto, z czego 13 818 zł jako prezes w spółce podlegającej pod ustawę kominową, a 41 468 zł jako szef tej drugiej. To kolejny dowód, że ustawa kominowa jest dziurawa jak ser szwajcarski i w praktyce ograniczenia pensji są iluzoryczne

Poniżej najlepiej oceniony komentarz pod powyższym artykułem spośród 720 komentarzy:



orion57
Oceniono 720 razy 680

Jesli prezes zarabia nawet 100tys zł na miesiąc w prywatniej firmie, to mnie to nie interesuje. Ale jeśli ktoś z z nadania politycznego piastuje funkcje w dwóch spółkach i zarabia ponad 50 tys zł to oznacza,że bierze to z kieszeni ludzi zarabiających nieco powyżej 1000zł miesięcznie. Nie wiem jak to się poprawnie nazywa ale po mojemu to złodziejstwo.

I mój komentarz (11 miejsce na 720 komentarzy)


semeon
Oceniono 28 razy 28

Kiedy wreszcie będziecie rynkowo zarabiać? ŚWIETNE, KAPITALNE. To jest kpina z naszego państwa. To jest Amber Gold POlska w pełnym rozkwicie. Kiedy my to zmienimy? Ja się uwijam od rana do wieczora i jak trochę zarobię to muszę zapłacić ZUS, zaliczkę na podatek, a przed 25 księgowa dobija mnie wysokością VAT-u o innych kosztach nawet nie chce mi się pisać. I nikt mnie nie pyta - kiedy będziesz zarabiał rynkowo. I tak do 67 roku życia, a potem 5 lat na emeryturze, około 1 tys. zł / a składki za siebie płacę już 25 lat. A tutaj proszę, pewnie po 10 latach pracy w szkodliwych "jądrowych warunkach" gość pójdzie na emeryturę i będzie dostawał jej maksymalny pułap, pewnie jakieś 15 tys. zł miesięcznie, pomijając fakt, że będzie miał odłożone parę milioników. Zaś tacy jak ja będą na to pracować. Co to za kraj? Jak coś takiego może istnieć? Jak można nas tak oszukiwać? Kiedy to się zmieni?




Suche fakty.


Brejzy, Szejnfeldy, Kierwińskie i inne Szczerby i tak odwrócą kota ogonem, ale ludziom rozsądnym wystarczą owe suche fakty.

Tak dla refleksji i przypomnienia.


Kultura to wyjątkowi ludzie, a gdy ich brak to i kultury brak.  Był kiedyś w Bydgoszczy świetny dyrektor Teatru Polskiego - Andrzej Maria Marczewski, a kierownikiem muzycznym był wówczas Tadeusz Woźniak ( tak ten Tadeusz Woźniak).  I nie potrzebne wtedy były żadne masterplany dla kultury, nie trzeba było paktów dla kultury i nie było pań Matowskich, panów Kaczmarków i całej tej  dziwacznej kamaryli.  A kultura kwitła w mieście Bydgoszcz.  Najwyższy czas powrócić do dobrych sprawdzonych wzorców, a sprytnych, merkantylnych działaczy pogonić gdzie pieprz rośnie.


Andrzej Maria Marczewski nie tylko był wspaniałym dyrektorem i reżyserem, ale także
był świetnym kompanem.




piątek, 3 lutego 2017

Leszek - odcinek 33

Po pierwszym roku, podczas wakacji, studenci odbywali obowiązkową praktykę geodezyjną. Trzydziestoosobowa grupa studentów w której znalazł się Leszek pojechała na dwa tygodnie do Wtelna. Mieszkali w miejscowej szkole.  Panowie w liczbie szesnastu chłopa w jednej sali lekcyjnej, a czternaście pań w drugiej takiej sali lekcyjnej.  Leszek miał już dwukrotnie praktyki geodezyjne w technikum to dla niego teodolit, niwelator czy węgielnica były narzędziami, które już dobrze znał, ale zdecydowana większość pierwszy raz miała dokonywać pomiarów w terenie.  Robili pomiary geodezyjne drogi pomiędzy Tryszczynem, a Wtelnem.  Te pomiary miały później posłużyć do celów przeprojektowania tej drogi dlatego musiały być wykonane fachowo i rzetelnie.  W ciągu dnia uczciwie pracowali i to za darmo, ale późnymi letnimi popołudniami i długimi wieczorami odchodziły zaloty, brydż, pokerek, picie piwa i winka, które w ciągu dnia po kryjomu kupowali w sklepie GS-u w Tryszczynie.  Przy niewielkich ilościach owych trunków prowadzili wielogodzinne dyskusje na wszelkie możliwe tematy.

Ciekawy był sposób stołowania się.  Otóż na posiłki chodzili do miejscowej, a jakże również GS-owskiej, gospody o wdzięcznej nazwie Zagłoba, a była to taka klasyczna mordownia z gatunku tych co to poeta napisał, że "idzie chłop, gęba sina oj nie wraca ci on z kina".  Na szczęście na czas posiłków gospoda była dla pozostałych klientów zamknięta co nie przysparzało sympatii miejscowych do studenckiej braci. Kilkakrotnie rozegrali także z miejscowymi młodzianami zacięte mecze piłkarskie.  Wyniki były różne, ale skutki zawsze takie same czyli liczne sińce i zadrapania.  Na szczęście obyło się bez poważniejszych urazów chociaż boje były okrutne.

We Wtelnie na uroczym przykościelnym cmentarzu znajduje się grób Leona Wyczółkowskiego.  Byli tam parę razy po kolacji i zawsze miejscowy proboszcz bardzo zajmująco opowiadał im o tym słynnym artyście.

Leszek dokonywał pomiarów we Wtelnie, a Joanna w tym czasie kończyła zdawać egzaminy wstępne do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy.  Zdała je i dostała się na pedagogikę opiekuńczą. Niestety, gdy Leszek kończył swoją praktykę to Joanna rozpoczynała praktykę zerową.  A takie ciekawe mieli plany wakacyjne.   Joanna równie ciężko jak Leszek pracowała na owej praktyce. Trafiła do Zakładów Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego w Fordonie.  Pracowała na dwie zmiany, głównie zaprawiając ogórki.  I pomimo, że praktyka odbywała się tak blisko jej domu to jednak była obowiązkowo skoszarowana w internacie znajdującym się na przeciw zakładu przetwórczego. Mieszkała w złych warunkach, miała marne jedzenie i przez cały miesiąc, aż dwie wolne niedziele do tego tylko częściowo bo od godziny dziesiątej do osiemnastej.  Czy ktoś sobie dzisiaj (2017 rok) wyobraża podobne praktyki i podobny wyzysk studentów i to jeszcze przed podjęciem nauki?

I tak jak już wspomnieliśmy, z ambitnych pierwszych studenckich wspólnych planów wakacyjnych nic Joannie i Leszkowi nie wyszło.  Leszek, gdy Joanna dzielnie walczyła z ogórkami wyjechał z dwoma kolegami na prawie dwa tygodnie do Charzyków nad piękne jezioro Łukomie.  Pojechał z Leszkiem i Jurkiem.  Miał także z nimi pojechać Grzegorz, ale nie dostał urlopu bo Kobra musiała wykonywać kolejne ambitne plany produkcyjne i widocznie Grzegorz był im do tego potrzebny.  Mieszkali na polu biwakowym w dużym namiocie z tropikiem i przedsionkiem.  Chodzili się kąpać.  Pływali kajakami i łodziami, a wieczorem ogniska lub gra w kości albo w karty.  Oczywiście jakiś skromny alkoholik w niewielkich ilościach i tradycyjne długie Polaków rozmowy.  Pobyt był udany, ale nie mógł Leszkowi zastąpić planowanych wakacji z Joanną.  Jednak dobre było i to.  I tak minęły lipiec i sierpień, a cały wrzesień Leszek przepracował w Drukatorze, głównie w charakterze pracownika transportu, ale wykonywał też inne prace, głównie porządkowe i drobne roboty remontowe.  Zarobił nawet sporo bo tym razem nie pracował poprzez złodziejską spółdzielnię studencką, która zabierała czterdzieści procent wynagrodzenia,  Pan prezes Krzemkowski zgodził się go zatrudnić na osobną  miesięczną umowę.  Za to Leszek w czasie tego miesiąca, żartobliwie rzecz ujmując, wielokrotnie biegał po wódkę dla pana prezesa.

Tak to z gotówką w kieszeni w dobrych nastrojach i pełni energii wyruszyli, na początku października, przesuwać góry.  Joanna na pierwszym roku pedagogiki, a Leszek na drugim roku budownictwa.  Na drugim roku oprócz przedmiotów z roku pierwszego, doszło wiele przedmiotów ściśle zawodowych i ilość materiału do opanowania znacznie się powiększyła.  Leszek traktował swoją naukę bardzo poważnie i uczył się dużo co zaczęło przynosić coraz lepsze efekty.

Tymczasem w Polsce rozwinęła się na dobre epoka nazwana gierkowską.  Inwestowano z kredytów zagranicznych i powstawało wiele nowych wielkich zakładów przemysłowych, budowano wiele mieszkań w blokach z wielkiej płyty i w ogóle gospodarka, po latach stagnacji za Gomułki, ruszyła z kopyta.  Wokół kwitła socjalistyczna propaganda i nowe obyczaje socjalistycznych ludzi.  Ale Joanna z Leszkiem żyli obok tego i nie za bardzo się zajmowali tymi sukcesami gierkowskiego ustroju. Oprócz nauki bywali na rozlicznych imprezach studenckich, głównie w klubach Beanus i Hades. Późną jesienią Bydgoszcz odwiedził słynny wówczas studencki kabaret Salon Niezależnych (Janusz Weiss, Michał Tarkowski, Jacek Kleyff). Jedyny jego występ miał miejsce w auli Wydziału Budownictwa na ulicy Grodzkiej.  Wśród szczelnie nabitej studentami auli znajdowali się także Joanna i Leszek i pewnie nigdy w życiu, ani przedtem, ani potem tyle się nie naśmiali.  Oczywiście zdecydowana większość występu dotyczyła ironicznych, ale wielce inteligentnych i wyjątkowo trafnych odniesień do otaczających ich wówczas rzeczywistości.  Studencki kabaret wśród studenckiej widowni mógł sobie na wiele więcej pozwolić niż na normalnym występie.  Jednak nie wszystkim się ów występ spodobał i obecni na sali cenzorzy lub donosiciele spowodowali, że po tym występie Salon Niezależnych dostał trzyletni zakaz występów w województwie bydgoskim (tym normalnym bydgoskim, które potem nijaki Kulesza podzielił na trzy województwa czyli bydgoskie, toruńskie i włocławskie).

W budynku Budownictwa Lądowego była pięknie zagospodarowana piwnica, w której znajdował się także sympatyczny bufet z całkiem dobrym i niedrogim jedzeniem.   Z czasem to spore pomieszczenie oprócz tradycyjnego miejsca dla brydżystów potrafiących grywać tutaj po wiele godzin, często kosztem wykładów i ćwiczeń, zamieniło się w studencki klub o nazwie Loszek.   Odbywało się w nim wiele imprez i to zarówno planowanych jak i spontanicznych.  Improwizowali tutaj lokalni kabareciarze, różni grajkowie i piosenkarki, a nawet odbywały się uroczyste wieczorki braci żeglarskiej, narciarskiej czy turystycznej.  Joanna z Leszkiem bywała na wielu takich imprezach w Loszku.  Zawsze było dużo dobrej zabawy, ogromne ilości śmiechu, a czasem śpiewów i opowiadań.  Organizowano rajdy studencki, wyprawy po choinkę, przejazdy Ondyną (taki statek pływający po Brdzie), różne konkursy z nagrodami i wiele innych imprez i przedsięwzięć.

Jednak nadal najmilszym sposobem spędzania czasu dla Joanny i Leszka były dalekie spacery.  Niezmiennie upodobali sobie myślęcińskie górki.  Teraz na terenach po których wówczas spacerowali jest myślęciński park z alejkami, ścieżkami, sztucznymi stawami, arenami do występów, jest ogród botaniczny, park rozrywki i zoo, lecz wtedy to był zwyczajny las sosnowy, za lasem było pole z leśniczówką po środku, a za polem był (i jest) piękny bukowy las pokrywający myślęcińskie wzgórza. Tutaj mogli godzinami przebywać, a potem szli na niezalesione górki, gdzie obecnie jest stok narciarski i podziwiali odległą panoramę Bydgoszczy.

W tym samym czasie Leszek miał okazję poznać chłopaka, który później został jednym z najsłynniejszych Polaków i jest nim do dzisiaj.  Wtedy był on uczniem VI LO w Bydgoszczy i uczył się razem ze siostrą Joanny, Grażyną, a także razem ze swoją przyszłą żoną Wiesławą.  Grażyna i Wiesława od wielu lat były jak to się zwykło mówić 'papużkami nierozłączkami" i często spotykały się w otwartym i przyjacielskim domu Joanny i Grażyny.  A ponieważ Leszek bywał tam codziennie to zaczął także spotykać owego chłopaka. Chłopaka, który po staremu mówiąc, zaczął smalić cholewki do Wiesławy.  Tym chłopakiem był Zbigniew Boniek. Wówczas  był chudym, niezgrabnym, pryszczatym nastolatkiem z krzywymi nogam, Na Leszku sprawił wrażenie bystrego i inteligentnego młodzieńca chociaż pyskatego i wygadanego.  Dużo i ciekawie, ale to w pewien specyficzny sposób, potrafił opowiadać, a już o piłce, meczach, zagraniach, treningach to w szczególności   Grał w tym okresie w zespole juniorskim Zawiszy Bydgoszcz i już wtedy zapowiadał się na wielkiego piłkarza.

Najtrudniejszą przeprawą dla wszystkich studiujących wówczas budownictwo  było zaliczenie u doktora Kabata.  Już mieli z nim zajęcia na drugim semestrze, ale było tych  zajęć znacznie mniej i była to mechanika ogólna. To był tylko przedsmak tego co czekało ich na drugim roku.  Teraz mieli z panem doktorem Tadeuszem Kabatem jeden z podstawowych przedmiotów na budownictwie czyli mechanikę budowli i to cztery godziny wykładów oraz dwie godziny ćwiczeń w tygodniu. Doktor Kabat był niewątpliwie najlepszym wykładowcą z jakim Leszek się spotkał w swoim życiu.  Był ogromnie wymagający, perfekcyjny, rzetelny, systematyczny i uporządkowany.  Zawsze był doskonale przygotowany do wykładów i z ogromną pewnością siebie najpierw wypisywał na czterech tablicach szereg skomplikowanych wzorów i formułek, a potem używając swojego charakterystycznego wskaźnika jeszcze raz powtarzał.cały materiał wykładu pokazując owym wskaźnikiem odpowiednie wyliczenia, formuły lub wzory ilustrujące na tablicy to o czym aktualnie mówił. Nie używał jak wielu innych podczas wykładów żadnych książek, skryptów czy notatek.  Nie kazał zaglądać do skryptów jego autorstwa i przepisywać z nich notatek, jak to wielu miało w zwyczaju, a tylko na końcu wykładu przytaczał literaturę, która dotyczyła omawianego materiału..

Zaliczyć u Kabata to była sztuka, która w pierwszym podejściu udawała się mniejszości studentów, a zdać egzamin za pierwszym podejściem to było marzenie każdego studenta budownictwa.  Jak już wspominaliśmy do obliczeń w budowlanych projektach służyły wówczas suwaki logarytmiczne i nawet w tym doktor Kabat był bezwzględnie wymagający.  Pomyłka o jedną cyfrę i to na trzecim miejscu znaczącym powodowała przy zaliczeniu obniżkę o całą jedną ocenę.  Pan doktor był także wiodącym pracownikiem na całej uczelni, który zaczął wdrażać obliczenia wielkich projektów przy pomocy ówczesnych komputerów.  To najczęściej jak pan Kabat dokonywał skomplikowanych obliczeń za pomocą Odry 1204 czyli komputera o wielkości sporej szafy, komputer ten zawieszał się i to z nim ówcześni obsługujący to cudo tamtej techniki mieli najwięcej kłopotów.

Leszek oba semestry drugiego roku zaliczył u doktora Kabata, i to za pierwszym podejściem, na cztery, a oba egzaminy zdał na ponad dobry.  To był jego drugi największy sukces podczas jego studiów.  O tym pierwszym będzie w następnym odcinku.


Na praktyce geodezyjnej we Wtelnie.


Na praktyce we Wtelnie - w oczekiwaniu na obiad.



Poprzedni odcinek.



Następny odcinek.