sobota, 31 sierpnia 2013

Warto przeczytać - 13

Józef Ignacy Kraszewski - "Macocha".

Kilkadziesiąt lat temu, gdy przymierzałem się do przeczytania przebogatej twórczości Ignacego Kraszewskiego, zrezygnowałem z tego pomysłu już po przeczytaniu dwóch jego powieści, czyli "Hrabiny Cosel"  i "Starej baśni" .   Wydawały mi się one wówczas zbyt nudne, ciągnące się niemiłosiernie, naszpikowane różnymi opisami, dygresjami, opisami charakterów i tak dalej.  Teraz, już po przeczytaniu tylko jednej powieści, czyli  "Macochy" jasno widzę, że nie miałem wówczas racji.  Po prostu inaczej patrzyłem na życie i nie potrafiłem docenić talentu Kraszewskiego oraz wspaniałości tego co stworzył.  Będę musiał ten błąd naprawić.  Pewnie nie uda mi się to w całości, gdyż Józef Ignacy Kraszewski, jeszcze do niedawna był pisarzem, który napisał najwięcej powieści, bo aż 232 i nawet znajdował się pod tym względem w księdze rekordów Guinnessa.   Dopiero niedawno (1996 r.) wyprzedził go pisarz brazylijski.

Jednak wracając do "Macochy"  należy napisać, iż jest to, moim zdaniem, wspaniała powieść.  Wspaniała z wielu powodów.   Przede wszystkim dzięki ciekawej akcji, wspaniałemu językowi i wielorakim, ogromnie interesującym, walorom poznawczym.   Akcja powieści toczy się pod koniec XVIII wieku najpierw w malowniczej scenerii zamczyska na Polesiu, będącego od setek lat siedzibą rodu Dobków, a potem na krótko w magnackim pałacu hetmana królewskiego i wreszcie we Warszawie.   W odludnym, starym zamczysku położonym w odciętym od świata rejonie Polesia mieszka zamożny pan Salomon Dobek. O nim i jego przodkach miejscowi opowiadają tajemnicze i przerażające legendy. Szczególnie straszne tajemnice mają kryć lochy zamczyska.......... Kraszewski w ujmujący i wzruszający sposób opisuje uroki życia w poleskiej głuszy.  Opisuje ludzi, obyczaje, piękno przyrody i to wszystko na tle wartkiej, ciekawej, chwilami wręcz, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, sensacyjnej akcji tej powieści.  Czytając ta książkę poznajemy realia życia prywatnego, publicznego, obyczaje, kulturę i różnorakie tradycje naszego narodu tuż przed ostatnim rozbiorem Polski.  Spotykamy się z opisami hulaszczego trybu życia ówczesnej magnaterii, których autor nie ocenia, ani nie krytykuje, a tylko beznamiętnie opisuje.  Z tego obrazu wiele możemy wysnuć wniosków, a co najbardziej przykre to fakt, iż dzisiaj, obserwując życie naszej klasy politycznej, skonstatować możemy - przecież to już było, a zmieniły się tylko szaty obyczaje i język   Jest także w powieści parę wątków historycznych jak początki polskiego teatru, który tworzył Wojciech Bogusławski, czy słynne obiady czwartkowe króla Stanisława, tego którego bierność i nieudolność polityczna, ostatecznie doprowadziła do utraty naszej niepodległości na 123 lata.  Lecz owe historyczne fakty to tylko niewielkie i chwilowe tło powieści.

Głównym wątkiem powieści jest historia Laury, córki zamożnego szlachcica Salomona Dobka, który będąc już po pięćdziesiątce bierze sobie za żonę dużo młodszą i zaborczą żonę Sabinę.   Ta Sabina to tytułowa macocha.

W powieści znajdziemy tajemnicze zamczysko, piękne Polesie, skarby, zabójstwa, stare tajemnice, skomplikowane losy wielu bohaterów, miłość, nienawiść, zawiść, zazdrość, magnackie pałace, szlacheckie obyczaje i całą masę innych interesujących rzeczy, a wszystko to napisane pięknym, potoczystym, śpiewnym i wspaniałym językiem.

Naprawdę warto przeczytać, a jest co czytać ponieważ powieść liczy 653 strony.

Poprzedni post z tego cyklu.

środa, 28 sierpnia 2013

Kilka refleksji natury ogólnej - 16

Belgijska telewizja opublikowała materiał, według którego na terenie polskiej ambasady miały znajdować się laptop i tablet skradzione w trakcie włamania do prywatnego domu w Brukseli. Ambasada zapewniła, że będzie współpracować w tej sprawie z policją i MSZ Belgii. Policja wydała oświadczenie, z którego wynika, że sprzęt mógł znajdować się przy tej samej ulicy, przy której leży polska placówka, ale dokładne określenie jego lokalizacji jest niemożliwe.






A poniżej mój komentarz do tego artykułu, który oceniano 94 razy z czego 88 ocen pozytywnych:

Oceniono 94 razy 88  


"Przyjaciele" z UE (Belgowie, a ich tv szczególnie) powinni wiedzieć, że od publicznych oskarżeń nie ma odwołań. Uczynili nam ogromną szkodę i przykrość. Pytam się - w imię czego? Miłości, solidarności, tolerancji, zrozumienia, współpracy, czy też może niechęci, zarozumiałości, megalomanii, wywyższaniu się, pogardzaniu innymi i tak dalej?

Cały artykuł pod adresem:




A teraz kilka zdań i opinii o dzisiejszej dyskusji sejmowej (przy kompletnie pustych ławach poselskich - za co my płacimy tym posłom, jeżeli oni nawet w najważniejszej dyskusji gospodarczej dotyczącej nowelizacji budżetu i to w tak ogromnym zakresie, nie mają ochoty przychodzić na salę sejmową?)


Najpierw nagłówek z artykułu zamieszczonego w Gazecie Wyborczej:

- Nowelizacja budżetu to nie kataklizm. Zdarza się na świecie i w Polsce też. I już 11 ministrów finansów w UE przedstawiło projekty nowelizacji tegorocznych budżetów - przekonywał w środę w Sejmie minister finansów Jacek Rostowski. Usłyszał, że Polaków to nic nie obchodzi, że się pomylił, okłamał, jest nieudolny i powinien się podać do dymisji.

 A poniżej komentarz jednego z internautów,  zamieszczony pod tym artykułem.  Moim zdaniem doskonale oddaje on to co czyni nasz rząd, a szczególnie jego minister finansów i to już od 6 lat:

emzaprawa



Oceniono 52 razy 32


 Vincent wygląda na człowieka, który do Polski przyjechał na saksy, za kilka tygodni zarobiony zniknie z życia politycznego naszego kraju, pozostawiając nas z rozp... budżetem i wbrew temu co mówi 400 mld. zł. dodatkowego zadłużenia. Te lata rządów PO to mieszanka: głupoty, zaplanowanej nieudolności, korupcji, złodziejstwa, pompowania kasy poprzez różnego rodzaju rady nadzorcze spółek skarbu państwa do prywatnych kieszeni, tworzenie pseudo spółek w których np. pan Grad zarabia jakieś kosmiczne pieniądze i pompuje budżet państwa. Ta polityka to jakaś mieszanka kapitalizmu politycznego, klientelizmu, nepotyzmu. Jesteśmy załatwieni na długie lata. Łatwiej w tej chwili powiedzieć czym Polska nie jest tj. demokratycznym państwem o gospodarce wolnorynkowej, aniżeli czym jest obecnie. Jakiejkolwiek płaszczyzny życia społecznego bym się nie dotknął, to jest albo źle, albo bardzo źle. A jak sobie przejrzę dane Eurostatu, to się nie dziwię, ze 3 mln. ludzi wyjechało.



Cały artykuł wraz ze wszystkimi komentarzami pod adresem:

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,14507575,Rytualne_bicie_rzadu_nowelizacja_budzetu.htm




Następnie, także dotyczący dzisiejszej dyskusji o nowelizacji budżetu, artykuł z dziennika "wPolityce.pl":



A oto treść tego artykułu:  

 Budżetowe krętactwa odbierają głos ministrowi finansów. "J.V.Rostowski jako wielki mag finansów publicznych roluje nie tylko polskie długi, ale i całe polskie społeczeństwo"

Nasz "Sztukmistrz z Londynu" tłumacząc w Sejmie szczegóły nowelizacji budżetu państwa na ten rok chwilowo stracił głos i musiał sięgnąć po szklankę wody. MF przyznał się wreszcie, że rząd pomylił się w swoich prognozach i że wszyscy się pomylili. Otóż nie wszyscy, wystarczy sięgnąć do tekstów z przełomu 2012/2013 wPolityce.pl czy wSieci wystarczyło tylko nie łgać jak najęty.
Jeszcze raz powtarzam, że traktowanie poważnie MF J.V.Rostowskiego i jego prognoz i próby podejmowania z nim dialogu przez opozycję są funta kłaków nie warte. Podejmowanie jakiejkolwiek polemiki ze skrajnie aroganckim, niekompetentnym oraz wiecznie mylącym się mistrzem kreatywnej księgowości, który tworzy kolejne, wirtualne, humorystyczne i nierealistyczne budżety mija się całkowicie z celem.
MF J.V.Rostowski jako wielki mag polskich finansów publicznych roluje nie tylko polskie długi, ale i całe polskie społeczeństwo. W swym sejmowym wystąpieniu mistrz kreatywnej księgowości po zadłużeniu naszego kraju na kolejne blisko 400 mld zł - łącznie dług publiczny to już blisko 1 bln zł w dniu 28 sierpnia 2013 r. stwierdza "prowadzimy odpowiedzialną politykę długu publicznego". Czy to nie zakrawa na kabaret, który w kompleksy może wpędzić tak wybitnego satyryka jak Jan Pietrzak?
W sytuacji gdy mamy katastrofalną zapaść w dochodach podatkowych w tym roku - według członka Komisji Finansów Publicznych posła Z.Kuźmiuka na gigantyczną kwotę ponad 27 mld zł, deficyt budżetu państwa na kwotę 51 mld zł i absolutną niemożność przygotowania realnego budżetu na rok 2014, MF J.V.Rostowski opowiada bajeczkę, że obecna nowelizacja budżetu zapewni bezpieczeństwo i wiarygodność polskich finansów publicznych. Albo więc MF J.V.Rostowski ma nas wszystkich za idiotów i konsekwentnie robi swoje, albo nie ma żadnego pojęcia o zarządzaniu finansami publicznymi dużego europejskiego państwa.
Według finansisty - humorysty J.V.Rostowskiego zwiększenie deficytu budżetowego o nowe 16 mld zł czyli pogłębienie jeszcze i tak wielkiej już dziury - podobno wzmocni naszą gospodarkę. Inteligentna pustka jest naprawdę porażająca. Nie omieszkał też dodać, że w Polsce widać już pierwsze oznaki ożywienia. Oznaki ożywienia widać też, gdy hieny i sępy zlatują się do rozkładającej się padliny. A niewątpliwie stan naszych finansów publicznych i gigantyczny dług publiczny to dziś chaos i totalny rozkład. Szkoda tracić energię i wznosić się na wyżyny intelektu próbując coś wytłumaczyć MF J.V.Rostowskiemu udowadniając mu, że nie wie co czyni. On bowiem wie doskonale, że tą komedię musi grać do końca bez względu na to że lont pod beczką prochu już się tli. MF J.V.Rostowski doskonale zdaje sobie sprawę, że wszystko się wali, że brakuje pieniędzy na opłacenie rządowych rachunków, że po nas choćby potop. Ma konkretne zadanie i chce je wykonać. Już we wrześniu Polacy będą świadkami kolejnego cyrku i komedii pomyłek z projektem budżetu na przyszły 2014 r. I znowu będą zapewnienia zaklęcia i wierutne brednie, że jest dobrze, że wszystko jest pod kontrolą, że mamy bezpieczny, realny i dobrze skonstruowany budżet. A potem znów się okaże, że MF się pomylił, że nikt nie mógł przewidzieć, że jesteśmy uzależnieni od sytuacji w strefie euro - czyli zgodnie ze starą śpiewką obecnego rządu "Polacy nic się nie stało".
Ma rację premier D.Tusk, że dymisja min. finansów to nie jest piłka nożna. Problem w tym, że MF J.V.Rostowski regularnie strzela nam same samobóje i degraduje nas do ligi podwórkowej. To jego trener, promotor premier D.Tusk jak najszybciej powinien usiąść na ławce rezerwowych.



I na koniec skromna tylko informacja o wiekopomnym spotkaniu w pod-bydgoskim Janowie.  Za rok będzie 25 - lecie po okrągłym stole, aż strach się bać co się będzie działo

Dziś, 24 sierpnia, w Janowie pod Bydgoszczą, obradowali przedstawiciele organizacji kombatantów opozycji antykomunistycznej. Represjonowani działacze podziemnej „Solidarności” i innych organizacji patriotycznych i niepodległościowych domagają się uchwalenia ustawy o statucie weterana opozycji antykomunistycznej i korpusie weterana opozycji antykomunistycznej.

Aż ciśnie się na usta pytanie: 





czwartek, 22 sierpnia 2013

Solidarnościowi bohaterowie - część - 2





Niestety to nie będzie bajka, lecz rzeczywistość sprzed lat i rzeczywistość współczesna

Otóż w latach 80-tych pracowałem w Gdańsku jako inspektor nadzoru.  Do
tego fachu wprowadzał mnie pan Bogdan - przedwojenny inżynier,
niespokojny duch, który mając już 70 lat mógł dawno zażywać spokoju na
emeryturze, ale on pracując jeszcze na pół etatu także jako inspektor
nadzoru, pracował faktycznie na dwóch etatach.  Ten absolwent
Politechniki Lwowskiej był jednym z najwspanialszych ludzi jakich w swoim 
życiu spotkałem.  Jego zyciowa postawa, osiągnięcia, przypowiastki, kawały, niesamowicie pozytywny stosunek do bliźnich, żywotność, zawsze dobry humor i wiele innych pozytywnych cech jest tematem na obszerne, osobne opowiadanie.  Tutaj jednak występuje on jako właściciel przyzwoitej, okazałej daczy pod
Bydgoszczą, co w początkach lat 80-tych nie było tak powszechne jak
obecnie.   Pragnę przy tym zaznaczyć, iż to co piszę to jest relacja
pana Bogdana, którą osobiście mi przekazał pod koniec roku 1983, podczas
jednej z naszych służbowych podróży.

Otóż pewnego chłodnego, wczesnowiosennego dnia roku 1983 użyczył pan
Bogdan klucza do owej daczy swojemu bratankowi Tadeuszowi.
Tadeusz, wtedy mający około 40 lat, zebrał na nocne granie w brydża
trójkę swoich kolegów i przy kartkowej kawie i dwóch kartkowych
połówkach wódki, panowie zasiedli do gry.  Ponieważ znali się jeszcze
ze studiów, a grywali dla większych emocji na pieniądze, co prawda na
niewielkie stawki, ale zawsze na pieniądze to też gra szła im
raźnie i ciekawie.  Nagle około północy do tego domku położonego w
lesie nad jeziorem, ale w kompleksie także innych domków, ktoś
ostrożnie zapukał.  Panowi podochoceni juz wypitym
alkoholem, ogromnie zaskoczeni i zdziwieni, otworzyli drzwi.  Ich oczom ukazał się szczupły
trzydziestolatek trzymający pod pachą jakąś paczkę zawiniętą w szary
papier.  Zapytał czy może wejść się ogrzać, gdyż od 21.00 czeka na
kolegę siedząc w swoim zimnym maluchu.  Niestety kolego nie wiadomo dlaczego
nie przyjeżdża.   A on ma właśnie dla niego tą paczkę.  Zmarzł już
kompletnie, gdyż na dworze było raptem 2-3 stopnie, a jedyne oznaki
życia jakie zauważył w tej okolicy to światło w ich domku.  Panowie
zrobili przypadkowemu znajomemu gorącej herbaty, nalali kieliszek
wódki i już mieli go zacząć wypytywać co i jak, gdy nagle  do drzwi
domku ktoś gwałtownie zapukał i nie czekając na odpowiedź do środka
weszło czterech rosłych mężczyzn, którzy pokazując legitymacje
oświadczyli, że są z SB  (służba bezpieczeństwa) i szukają agitatorów
i kolporterów ulotek antyrządowych i antysocjalistycznych.
Podchmieleni brydżyści zaczęli się dziwić, żartować i wygłaszać jakieś
prawdy, czym mocno zdenerwowali ubeków.  A oni w tej złości, szybko i sprawnie zakuli całą piątkę w kajdanki, zabrali paczkę owiniętą w szary papier i wpakowali
wszystkich do dwóch dużych Fiatów, stojących nieopodal domku.  Po czym
zawieźli ich do swojego biura na ulicy Poniatowskiego.  Tutaj 
zatrzymali ich na 48 godzin, a po wypuszczeniu jeszcze ich parokrotnie wzywali celem udzielenia kolejnych wyjaśnień.

Niby nic ciekawego.  Zwyczajny przypadek, pech, dziwne zdarzenie.  Co się jednak
okazało?  Otóż trzydziestolatek był autentycznym działaczem solidarnościowym od dawna poszukiwanym przez UB.  To on drukował ulotki, które miał przy sobie w chwili ich zatrzymania.  Oczywiście ulotki solidarnościowe, które potem  przekazywał dalej innym, do kolportażu.
Zanim cała czwórka brydżystów zdołała się wytłumaczyć z tego co zaszło
to przesiedzieli w miejscowym areszcie owe 48 godzin.   Potem wypuszczono ich do domów,
nakazując niczego nie ujawniać, na co zresztą podpisali stosowne oświadczenia.

Sprawa dla nich na tym się zakończyła.

Przyszedł jednak rok 1989, okrągły stół i zaczęła się "demokracja".
Jeden z kolegów zaczął się piąć po solidarnościowej drabinie i zaczął
windować za sobą kumpli od brydża.  Przypomnieli sobie o swoich
"prześladowaniach", o owym zatrzymaniu i o domniemanym kolportażu ulotek.  Dzięki
nowym znajomościom w nowej policji, wydobyli jakieś dokumenty o ich przesłuchiwaniach oraz o  tym ich zatrzymaniu na 48 godzin.   Potem dorobili do tego super historię, jak to drukowali
ulotki, kolportowali je, jak walczyli z komuną i inne takie.  Przyszło
to im tym łatwiej, że ów prawdziwy drukarz wyjechał w 1985 roku do
Niemiec i do dzisiaj się nie ujawnił.

Panowie zostali "bohaterami" solidarnościowymi, otrzymali medale,
dyplomy, znaleźli się w różnych opracowaniach z tamtego okresu, a
potem zaczęli się wspinać po szczeblach państwowej i samorządowej
kariery.  Sporo osiągnęli, a nawet dostali jakieś odszkodowania za
walkę z komuną.  Dzisiaj, mając już ponad 70 lat są poważanymi,
zasłużonymi działaczami, bohaterami walki o wolność i demokrację, obwozi ich się
po różnych spotkaniach, akademiach i uroczystościach z okazji, imienia,
rocznicy i tym podobne.

Niby nic, ale sądzę, że to dosyć typowa droga sporej grupy owych
"bohaterów"  i rację miał filozof (nie pomnę już który), gdy mówił, iż

dyskrecja to lepsza strona bohaterstwa.


Można próbować ośmieszać lub kompromitować takie osoby, ale tak
naprawdę jest to niemożliwe.  Brak dowodów, a ta "prawda" o nich tak
się zakorzeniła, iż mało kto uwierzy w coś innego.

To jedna ze ślepych ścieżek naszej, jakże jeszcze lichej, demokracji.


Poprzedni post z tego cyklu.

Solidarnościowi bohaterowie - część - 1

Fragment wywiadu z Andrzejem Kołodziejem zamieszczony w Gazeta PL Trójmiasto 18.08 2013.

NAPRAWDĘ WARTO PRZECZYTAĆ

Dlatego nie zabiera pan głosu w sprawach publicznych?

- Coraz bardziej brzydzę się polską sceną polityczną. A że jest zabetonowana, bez szans na zmianę, to odpuściłem sobie, unikam jałowych sporów. Wolę działać lokalnie, tu jeszcze można rozwiązywać realne problemy.

Co jest obrzydliwego w politykach?

- Nasz establishment sprowadził politykę do poziomu rynsztoka. Ich retoryka jest próżna, niewnosząca niczego. Sprowadza się do wzajemnego opluwania, bo na pierwszym planie jest interes partii. Państwo, obywatele zeszli na daleki plan. Realne problemy ludzi dla polityków nie istnieją. Oni nawet nie widzą, że ich konflikt jest absurdalny i zabójczy dla demokracji.

To są pana koledzy. Tusk i Kaczyński też działali w opozycji.

- Znam ich dobrze. Stali się ludźmi władzy. A władza deprawuje. Ich celem jest wyłącznie posiadanie władzy. Dlatego zachowują się jak uzurpatorzy. Zarówno PO, jak i PiS zagwarantowały sobie nienaruszalny byt. Uważają, że mają prawo zrobić wszystko. Mają rację, bo przecież ludzie nie mają żadnej kontroli nad partiami. Dla partyjnych najważniejszy jest polityczny przeciwnik i w tym przekonaniu są wobec siebie całkowicie bezkrytyczni. Z nimi nie ma już o czym rozmawiać, to strata czasu. Często mam wrażenie, jakbym wrócił do końca lat 70., gdy panowała partyjna dyktatura.

Gdy szli po władzę jako PO-PiS, nikt tak nie myślał. Była obietnica i program zmian.

- Nie. Tylko wyborcom tak się wydawało, że chodzi o jakościowe zmiany. Co innego oczekiwania ludzi, co innego plan cynicznych polityków. Cała koncepcja PO-PiSu polegała na tym, żeby wykorzystując osłabienie postkomuny stworzyć dwubiegunową siłę, która trwale zdominuje scenę polityczną. I oni to osiągnęli.

Gorzkie to, co pan mówi.

- Realistyczne. My w Polsce wciąż mamy fałszywe wyobrażenie o politykach. Że chodzi im o jakieś idee, bo tak w kółko powtarzają w telewizji. Tymczasem polityka to dla nich zwykła praca, oni ją wykonują nie dla nas, tylko dla siebie. I co do zasady to nawet dobrze, zwykli ludzie nie powinni zajmować się polityką, ale ludzie muszą zrozumieć, że polityków, jak każdych pracowników, trzeba skrupulatnie rozliczać. Brak prawdziwej, skutecznej, społecznej kontroli nad politycznym establishmentem spowodował, że tym facetom poprzewracało się w głowach. Oni tak się wyalienowali, do tego stopnia stracili kontakt z rzeczywistością, że sami uwierzyli w różne mity. Np. że są reprezentantami narodu. No a przecież większość ludzi nie chodzi na wybory. Ale to ich nie obchodzi. Rozmawiałem ostatnio z Jankiem Rulewskim, wspaniały życiorys, od lat parlamentarzysta. Tłumaczę mu, podnieście chociaż płace minimalne, bo ludzie piszczą z biedy. On mi na to, że to niemożliwe, że budżet, a w końcu wypalił, że przecież politycy też mało zarabiają. Ci w europarlamencie, o, ci to dobrze zarabiają, i oni w Sejmie i w senacie uważają, że też im się tyle należy. Podstawowy fakt, że w Polsce jest przerażające rozwarstwienie społeczne, kompletnie do nich nie dociera. Pan polityk niby wie, że zarabia dwadzieścia razy więcej od prostego robotnika, ale uważa, że jak jemu wystarcza na życie, to im też wystarczy. Ci ludzie żyją w innym świecie, poza wszelką kontrolą, bezkarni.

Jakieś mechanizmy kontroli są...

- Niewystarczające. Co z tego, że są oświadczenia majątkowe. Minister oświadczy, że nosi zegarki, na które teoretycznie go nie stać, bo pożyczył od kolegi biznesmena i nic, partia go obroni. Inny narozrabia po pijanemu i partia też go obroni. Dla nich to normalne. Ale nie powinno być normalne dla ludzi, którzy ich utrzymują. I proszę zauważyć, że gdy dyskurs publiczny przenosi się z tych ich pozornych sporów na sprawy istotne, ustrojowe, dotyczące całego systemu politycznego, to nagle ich spory cichną, stają za sobą murem. Wspólnie bronią się przed jasnością, przejrzystością.

Mówi pan o finansowaniu partii z budżetu?

- To dobry przykład. Daliśmy sobie wmówić, że to dobry system, a niby dlaczego? Politycy tłumaczą, że gdy przestaną dostawać publiczne pieniądze, to zacznie się korupcja. Zastanówmy się, co to znaczy. Przecież oni nas informują, że gdy przestaniemy im płacić, to oni zaczną kraść. Paranoja. Tymczasem nie będzie żadnej korupcji pod warunkiem, że likwidując finansowanie partii z budżetu, zastosujemy realne mechanizmy kontroli. Choćby takie, jakie aparat państwa stosuje wobec zwykłych przedsiębiorców.

Jak to się skończy?

- Skończy się przesileniem, chociaż trudno mi powiedzieć, jaką przybierze ono formę. Ale przesłanki do przesilenia już są. Ludzie są strasznie rozgoryczeni. Z kolei politycy są tak zadufani, że nie widzą, jak zakładają sobie pętlę na szyję, i bardzo się zdziwią, gdy zostaną siłą wysadzeni z siodełka. Polskim politykom wydaje się na przykład, że to, co dzieje się w krajach arabskich, ich nie dotyczy, bo to przecież zupełnie inna kultura. Mylą się, bo symptomy takich ruchów mamy już w Hiszpanii, w Paryżu. Granica jest bardzo cienka. W końcu i u nas dojdzie do radykalnej zmiany systemu politycznego. Skończy się finansowanie partii z publicznych pieniędzy, będą okręgi jednomandatowe, ograniczony immunitet parlamentarzystów. Ja nawet nie oceniam, czy to będą zmiany na lepsze, ale dokonają się, bo obecny system jest już do tego stopnia nie do zniesienia, że muszą pojawić się rozwiązania przeciwne do obecnych.

Z deszczu pod rynnę?

- Niekoniecznie. Rozwiązania ustrojowe trzeba dopasować do rzeczywistości, jedne sprawdzają się tu, inne lepsze są tam. Nie ma przecież wzorca demokracji. Jest demokracja szwajcarska, gdzie niemal o wszystkim obywatele decydują w plebiscytach, i jest rosyjska. Tam też są wybory, tylko że zawsze wygrywa Putin. A u nas z demokracją jest źle, jest co poprawiać. Przykre, ale w moim odczuciu bliżej nam do modelu rosyjskiego.

Przez rewolucję? To już nie lata 70. Teraz mamy czasy, że czym uboższa rodzina, tym chętniej chłonie papkę z telewizji czy brukowców i nie w głowie im protestować.

- Dlatego ja nie wiem, jaką to przyjmie formę, ale do przesilenia dojdzie. Wszystkie rewolucje, również ta nasza z 1980 r., miały przyczyny ekonomiczne. Ludzie reagują, gdy jest już naprawdę źle. Gdy sięgają do kieszeni i wyjmują pusty portfel. Rewolucje zaczynają kobiety. Gdy zauważą, że nie ma pieniędzy na jedzenie dla dzieci, to wykopią swoich mężczyzn sprzed telewizorów prosto na ulice. Tak było zawsze.


Nie widzi pan żadnych jasnych stron III RP?

- Ależ widzę. Jednym z największych dramatów PRL był brak ciągłości majątkowej w rodzinie. Każde pokolenie musiało się dorabiać od zera. Teraz dzieci mogą już na coś liczyć, na jakieś mieszkanie po rodzicach choćby, bo na oszczędności to już rzadko. Ale wkurza mnie ta presja, że mamy siedzieć cicho, bo za komuny było gorzej. To jest gadka mojego pokolenia, pierwszej "Solidarności", okrągłego stołu. Być może przyjdzie nam czekać na zmiany aż naturalnie odejdzie pokolenie ludzi zniewolonych przez komunę. Bo przecież przez tę ćwierć wieku jakiś postęp cywilizacyjny i tak by się dokonał. Tymczasem nie dokonał się w taki sposób, jak marzyłem. Nie zapominajmy, że te wszystkie mieszkania, samochody, są na wieloletnie kredyty. Nasze życie sprowadza się do spłaty rat. No i są ogromne obszary biedy. Ludzie w starych butach przy kasie szukają drobnych. Robią zakupy w najtańszych sklepach, kupują najgorsze jedzenie. Kto tego nie widzi, jest ślepy. A politycy tego zupełnie nie widzą.

Nawet rewolucja ma przywódców. Na kogo pan liczy, nowa partia, związki zawodowe?

- Na żadne partie nie liczę, one potrafią tylko manipulować ludźmi. Związki już szybciej, ale one są strasznie słabe. Daleko im do siły związków z Francji, Włoch czy Niemiec. U nas związki zostały zohydzone, odmawia się im praw. Powstało przekonanie, że milionowy związek nie może być polityczny. Ale 10-tysięczna partia już może. Przecież to chore.

To przez AWS.

- AWS był zlepkiem przygotowanym przez polityków, którzy odwołali się do naiwnej i fałszywej tęsknoty ludzi za jednością. To był projekt polityczny, w który, mam nadzieję, związki już nigdy nie dadzą się wciągnąć. Piotr Duda, którego uważam za najlepszego przywódcę "Solidarności" po 1989 r., proponuje dziś ludziom coś zupełnie innego. On mówi, że politykom nie można ufać. Wszyscy, bez wyjątków, przed wyborami obiecują cuda, a po zdobyciu władzy rozkładają ręce, że nie da rady, bo się budżet nie spina. To dlaczego obiecywali, przecież to jest zwykłe oszustwo i kpina. Jednocześnie Duda deklaruje, że będzie współpracował z każdym, kto zgodzi się realizować postulaty pracownicze. To oczywiście budzi wściekłość polityków. Jeden z senatorów, Libicki, przygotował nawet projekt ustawy antyzwiązkowej, to już skrajna paranoja. Ale dobrze, nie ma się czym przejmować, w końcu "Solidarność" funkcjonuje jak prawdziwy związek zawodowy.

Co pan robi na co dzień?

- W Wielopolu byłem w radzie osiedla. Odkąd wróciłem do Gdyni, działam w Fundacji Pomorska Inicjatywa Historyczna. Robimy drobne, ale ważne rzeczy. Wydałem kilka książek o Wolnych Związkach Zawodowych, strajku w Gdyni, o Solidarności Walczącej w Trójmieście. Teraz razem z miastem będziemy przyznawać honorowe odznaczenia dla ludzi, którzy w Sierpniu strajkowali w Gdyni. Bo to byli odważni ludzie, teraz zapomniani, a warto ich choćby symbolicznie uhonorować. Wydaliśmy też, drugi już, gdyński album z tamtych lat. Mnóstwo zdjęć. Taka pamiątka dziadka dla wnuka, żeby się dowiedział, że dziadek nie siedział całe życie w kapciach, ale też robił ważne rzeczy dla Polski.

Nie kusi pana, żeby zająć się ogólnopolską polityką?

- Nie. Zbyt cenię sobie wolność, żeby zostać urzędnikiem partyjnym.

Na kogo zagłosuje pan w najbliższych wyborach?

- Mówi się, że głosowanie to obywatelski obowiązek, tymczasem coraz więcej znajomych mówi mi, że na najbliższe wybory nie pójdą. I ja ich doskonale rozumiem, bo też nie mam ochoty głosować na żadną z obecnych partii. Tak więc żadnej partii panu nie wymienię i do głosowania na żadną z nich nie mam prawa ludzi namawiać.

Andrzej Kołodziej

Rocznik 1959, robotnik wyrzucony ze Stoczni Gdańskiej za działalność w ROPCiO [Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela], Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża, drukowanie "Robotnika Wybrzeża". 14 sierpnia 1980 r. przyjęty do pracy w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, tego samego dnia zorganizował w niej strajk. Sygnatariusz Porozumień Sierpniowych, wiceprzewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. W 1981 r. zrezygnował z funkcji wiceprzewodniczącego NSZZ "Solidarność", oskarżając Lecha Wałęsę o agenturalność. W stanie wojennym, za przerzut niezależnych wydawnictw do Czechosłowacji, skazany na rok i 9 miesięcy więzienia. W latach 80. działacz Solidarności Walczącej. Ponownie aresztowany w 1988 r. i zmuszony do wyjazdu na Zachód. Wrócił w 1992 r. do rodzinnego Wielopola, od 1999 r. mieszka w Gdyni. 


Cały tekst: http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,14449146,Bohater_Sierpnia_1980___Tusk_i_Kaczynski__Znam_ich.html?as=2#ixzz2ceGemBh2

wtorek, 20 sierpnia 2013

Bydgoszcz - Myślęcinek - sobota 18.08.2013


Resztki po spalonej chacie Baby Jagi, w której mieścił się sezonowy bar.  

A obok budowa.

Budowa miasteczka ruchu drogowego.


I pomyśleć, że nie było kilkuset tysięcy złotych na odbudowę największej atrakcji myślęcińskiego parku, a jest osiem i pół miliona złotych na budowę miasteczka ruchu drogowego.  Rozumiem, że to z innych funduszów i pewnie z unijnej dotacji, ale i tak nie mogę się pogodzić z faktem, że rozbierają tory kolejki wąskotorowej, a  skandynawska firma (polskie firmy nie potrafią, a zresztą unijna kasa musi wrócić do tych co ją dają) buduje za kwotę dziesięciokrotnie większą niż potrzeba było na odbudowę kolejki, miasteczko ruchu drogowego.

Nie mogę się pogodzić z faktem, że znalazł się milion złotych na starą, prawie już złomowaną atrakcję (rollercoaster)  w  parku rozrywki, a nie znaleziono kasy na kolejkę wąskotorową.


Zdjęcia wykonano 18.08.13.

Poprzedni post z tego cyklu.

sobota, 17 sierpnia 2013

Kilka refleksji natury ogólnej - 15

W nawiązaniu do artykułu pt. "Porażka bydgoskich polityków" (patrz link poniżej), napisałem krótki komentarz i umieściłem go, między innymi, na forum Regionalnej Gazety Wyborczej.  Niestety następnego dnia został usunięty cały wątek dotyczący tego artykułu w tym i mój komentarz.  Ponieważ ukazuje on (ten artykuł) ewidentne manipulacje warszawskich i toruńskich polityków dlatego zamieszczam tekst mojego komentarza na tym blogu, aby można było wrócić do dyskusji w trakcie samorządowej kampanii wyborczej czyli już za rok, albo i wcześniej.

http://wiadomosci.onet.pl/kujawsko-pomorskie/kolejna-porazka-bydgoskich-politykow/dysff

W Bydgoszczy, moim zdaniem, nie ma już polityków bydgoskich, ale są "politycy", a zajęci są oni przede wszystkim swoimi karierami i wiernym służeniem swoim partiom i to głównie po to, aby nadal trwać tam gdzie obecnie się znajdują.  Gdyby było inaczej i gdyby owi politycy byli inni niż powyżej napisałem to powinni głośno i zgodnym chórem protestować przeciwko wspólnemu z Toruniem ZIT-owi, co narzucić chce bydgoszczanom ministerstwo rozwoju regionalnego inspirowane do takich działań przez polityków toruńskich.  Ale tak nie jest,  bydgoscy politycy skulili ogony pod siebie i nie protestują przeciwko ewidentnej manipulacji  Dlaczego?

W cytowanym artykule, między innymi, czytamy:  "W przypadku województwa kujawsko-pomorskiego występuje jeden zwarty obszar funkcjonalny, w skład którego wchodzą zarówno Bydgoszcz, jak i Toruń. W tym województwie zatem funkcjonuje jedna strategia "ZIT wojewódzkiego" jak i jeden związek ZIT".

Przecież to jest ewidentna nieprawda, a nawet rzec można, totalna bzdura.  To dlaczego miejscowi polityczni karierowicze łykają ją bez zmrużenia okiem?

Dalej czytamy:  " Jednocześnie zdumiewać może, że obydwa dokumenty zostały oparte na pracy profesora ŚLESZYŃSKIEGO,  w której wykazano dwa odrębne rdzenie i obszary funkcjonalne.  Wykorzystano tę samą mapkę z opracowania z zaznaczonymi obszarami funkcjonalnymi, wymazując granicę między obszarami funkcjonalnymi Bydgoszczy i Torunia"

Czyli mamy do czynienia z ewidentną MANIPULACJĄ i to ze strony polskiego ministerstwa, które nie licząc się z wynikami badań, nie licząc się z faktami postępuje tak, aby osiągnąć z góry założony cel.  TO JEST NIEDOPUSZCZALNE


Przy okazji ukazania ewidentnej manipulacji ze strony członków polskiego rządu, pragnę zwrócić uwagę na poniższy artykuł, który pokazuje dlaczego, między innymi, tak działają polskie ministerstwa.

Jak pan minister może podejmować właściwe decyzje mając takich doradców?

Ministrowie Tuska nadzwyczajnie cenią sobie doradców bez wykształcenia. Kto pracuje dla Sławomira Nowaka?


21-letni doradca bez wyższego wykształcenia pracujący dla MSW nie jest jedynym takim przypadkiem w gabinetach politycznych ministrów. Asystentem politycznym Sławomira Nowaka jest 23-letni Michał Klimczak, który nie ukończył jeszcze żadnego kierunku studiów - pisze Rzeczpospolita.

Człowiek, o którym pisze gazeta to Michał Klimczak, który w Gabinecie Politycznym Sławomira Nowaka znalazł się w 2011 roku, w wieku 21-lat. Zarabia tam 2.590-3.170 zł. W momencie objęcia funkcji był studentem Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW w trybie wieczorowym. Jak poinformował rp.pl rzecznik resortu Nowaka Mikołaj Karpiński, Klimczak pracował wcześniej w Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, posiada także doświadczenie zawodowe z pracy w Biurze Posła do PE Rafała Trzaskowskiego. Przewodniczył też warszawskim strukturom młodzieżówki PO stowarzyszeniu "Młodzi Demokraci" oraz bezskutecznie startował w wyborach do Rady dzielnicy Białołęka. Uzyskał wtedy poparcie 175 wyborców.
Jak nieoficjalnie dowiedziała się rp.pl, Klimczak miał problemy na studiach. Rozpoczął je w 2009 roku i planowo powinien je zakończyć w roku 2012. Tak się jednak nie stało i 23-letni asystent polityczny Nowaka wciaż kontynuuje edukację na studiach wieczorowych pierwszego stopnia.

środa, 14 sierpnia 2013

Zdzisław Szubski - wspomnienie o wspaniałym greckim sportowcu.

Dzisiaj zamiast dalszej części moich wspomnień napisać muszę parę słów o jednym z najlepszych podopiecznych w mojej trenerskiej karierze, czyli o nagle i niespodziewanie zmarłym i to w Bydgoszczy, greckim olimpijczyku i wielokrotnym medaliście Andreasie Kiligkaridiasie.  

Do dzisiaj nie mogę się otrząsnąć z tego co się stało w czerwcu bieżącego roku.  Niech tych kilka zdań wspomnień i opisu ostatnich dni Andreasa, będzie chociaż malutkim hołdem złożonym Jego pamięci.

Zdzisław Szubski.



Rak który się nie cofnął.  Śmierć trzykrotnego olimpijczyka.

Andreas Kiligkaridis był trzykrotnym olimpijczykiem, startował w  Sydney, Atenach i Pekinie.  Był czwartym kanadyjkarzem Świata w 2006 roku z Szeged.  Był medalistą Mistrzostw Europy i wielokrotnym medalistą Grecji na wszystkich dystansach olimpijskich.

Mając 37 lat zmarł niespodziewanie na białaczkę szpiku kostnego stanu ostrego w szpitalu im. Biziela w Bydgoszczy.

Poznaliśmy się w marcu w 2005 roku kiedy rozpoczynałem współpracę z Greckim Związkiem Kajakowym. Andreas były Rosjanin, od ponad 17 lat zamieszkiwał z rodzicami, a później z własną rodziną w Grecji, w Salonikach.

Pierwsze treningi rozpoczęliśmy w Giannitsy, miasteczku położonym około 60 km od Salonik.  Te treningi były próbą rozpoznania metod treningowych jakie ja stosuje i zwyczajów jakich Andreas się dorobił współpracując poprzednio od kilku lat z Bułgarem, a później z Węgrem.

Andreas stary sportowy wyga borykał się z wieloma problemami zdrowotnymi jednak te nie przeszkadzały mu w dochodzeniu do doskonalej formy.  A osiągaliśmy ją kilka razy przy współpracy z metodologami, fizjologami i psychologami greckimi i polskimi.


Zdzisław Szubski i Andreas Kiligkaridis


Pierwszy rok i od razu zmiana metod treningowych. Andreas nie mógł się nadziwić, że tak mało trenujemy. Zawsze mu powtarzałem, że musimy pracować i korzystać z nauki, a nie z nadmiaru wysiłku i codziennych ciężkich treningów. Dużo w tym przypadku wcale nie znaczy dobrze. Starałem się mu wpoić, że przede wszystkim ważna jest jakość, a nie ilość. 

Po dwóch sezonach wspólnych treningów, nieoczekiwanie na Mistrzostwach Świata w Szeged na Węgrzech Andreas przegrał brązowy medal i to na ostatnich metrach. Przegrał z przyszłym mistrzem olimpijskim Atlia Vajda z Wegier. Sezon 2007 to ciężka praca pod kątem przyszłych kwalifikacji olimpijskich.  Zaowocowała ona kwalifikacją na Olimpiadę do Pekinu.

Przełom roku 2007 na 2008 był ciężki pod każdym względem. Będąc w grudniu na zgrupowaniu w Giannitsy koło Salonik, gdzie normalnie temperatura oscyluje w tym okresie na poziomie 12 -16 stopni, nagle spada śnieg i dochodzi do temperatur minusowych. Decyzja, natychmiastowy wyjazd do Portugalii. Nie mogliśmy sobie pozwolić na stratę żadnego dnia. Prośba do prezesa i w dwóch dniach mając trzy lodzie na dachu wyjechałem samochodem do Portugalii.  Gnałem non-stop z przerwami na tankowanie, drzemkę i jedzenie.  2323 km zrobiłem przez 2 dni.
Dotarłem zmęczony ale zadowolony, że możemy rozpocząć pracę w warunkach takich jakich się spodziewaliśmy w Giannitsy.

Athina ALEXOPOULOU, Michalis PAPASAVAS i Andreas KILIGKARIDIS dolecieli do Porto, a  stamtąd samochodem do Milfontes i dalej do Montemor - o - Velho.
Ta  miejscowość  to baza przygotowań olimpijskich Portugalskiej Federacji Kajakowej, a Head Cochem tutaj był i jest trener z Bydgoszczy, mój dawny trener z Astorii Bydgoszcz, Ryszard Hoppe.

Na przełomie lutego i marca razem z reprezentacja Portugalii przygotowywaliśmy się do kwalifikacji olimpijskich które miały być rozgrywane w Milano we WŁOSZECH.

Andreas był zawsze zdeterminowany, zorganizowany, obowiązkowy i skoncentrowany i to na każdym treningu. Po przepracowaniu prawie dwóch miesięcy wróciliśmy na kwalifikacje narodowe Grecji, a stąd zaraz potem, udaliśmy się  bezpośrednio do Włoch.

Przy współpracy sztabu szkoleniowego na Mistrzostwach Europy i zarazem Kwalifikacji Europejskiej w czwartek rano Andreas wystartował w C1 na 1000 metrów. Od pierwszych metrów widać był ze czuje wodę i wejście do finału będzie bezpośrednie z eliminacji. I tak też było.

W finale brakowało trochę szczęścia, aby zdobyć medal Mistrzostw Europy, ale piąte miejsce dawało kwalifikacje Andreasowi na trzecią, a moją siódmą olimpiadę.
Radość i płacz ze szczęścia.  To był wspaniały moment którego NIGDY nie zapomnę

Potem powrót do Grecji, kilka dni aktywnego odpoczynku i wyjazd do Polski, a dokładnie do Bydgoszczy, aby przygotować się do Igrzysk.  Start w Pucharze  Świata w Poznaniu i brązowy medal na dystansie C1 1000 metrów potwierdził wysoka formę Andreasa. Spokój, praca i myśl o Igrzyskach.


Andreas Kiligkaridis


Tydzień przed powrotem do Grecji, aby tam przepakować sprzęt i pobrać nowy olimpijski sprzęt, Andreas asystując na stadionie Zawisza przy mistrzostwach w lekkiej atletyce dostał grypy, która go trzymała przez trzy tygodnie. Potem nastąpił wylot do Pekinu.  Zmiana czasu, klimatu i chyba wszystkiego wokół, pomogła w dojściu do takiej formy jaką posiadał przed wylotem. Start w eliminacjach przeszedł ciężko, ale przeszedł.  W półfinale jednak walka się skończyła i Andreas nie zakwalifikował się do Olimpijskiego finału co było naszym marzeniem od pierwszego dnia wpsółpracy.  Piątek aut z finału i wiadomość którą Sebastian trzymał, aż do skończonego biegu, wiadomość o śmierci mojej mamy Jadwigi.  Straszny i trudny to był dzień w moim życiu. Z toru do wioski  wracałem sam, zapłakany i załamany.

Współpraca z Andreasem toczyła się do 2009, do Mistrzostw Świata w Kanadzie z których to musiałem wyjechać w dzień przedbiegów na 1000 metrów ze względu na stan zdrowia mojego syna Sebastiana.

31.12. 2009 roku skończył mi się grecki kontrakt i ustała współpraca, a Andreas rozpoczął treningi z drugim Węgrem który to doprowadził do porażki cały Team Grecki.

Po dwóch latach spotkaliśmy się w Chile gdzie ja rozpocząłem współpracę od 2011, a Grecka Federacja zwróciła się o pomoc i o ponowną współpracę. 

Podobnie jak w 2004 w Portugalii tak i tym razem w 2008, w tych samych miesiącach, czyli na przełomie lutego i marca rozpoczęliśmy współpracę i greccy zawodnicy wspólnie z zawodnikami Chile zaczęli przygotować się do kwalifikacji olimpijskich  na Londyn.

 Andreasowi zabrakło dwóch miejsc i  wpadł z klasyfikacji olimpijskiej.  W decydującym starcie znalazł się na czwartej pozycji a kwalifikowało się tylko dwóch pierwszych.

Tym razem się nie udało.  Później sytuacja greckiej ekonomii stworzyła takie warunki dla sportowców Greckich że większość zrezygnowała ze sportu wyczynowego lub udali się na długi aktywny wypoczynek, czekając na lepsze czasy.

Taka była również  sytuacja Andreasa, który trenował na kompletnym luzie. Trudno mu było przejść do normalnego trybu życia,  Andreas tego nie chciał i od 2013 rozpoczął ponownie systematyczną współpracę ze mną.

Niestety, coraz częściej zaczął borykać się z przeziębieniami, różnymi wirusami i stanami zapalnymi organizmu. 

Spotkaliśmy się 29 maja w Poznaniu na Pucharze Świata. Cześć Profi, powiedzenie którego nauczył się w Chile. Po kilku minutach rozmowy wyczułem że coś jest nie tak ze stanem zdrowia Andreasa. Wyniki które przywiózł ze sobą nie wskazywały jednak na poważną chorobę.  Jednak powiedziałem do niego: - Andreas odpuszczamy ten Puchar i przygotujemy się na Mistrzostwa Świata, do Duisburga. 

Widziałem niezadowolenie na jego twarzy, coś go jednak mocno nurtowało, ale w końcu niechętnie się zgodził.
W niedzielę po zawodach wróciliśmy do Bydgoszczy ponieważ Andreas i Michali mieli wylot w środę.

Nagle we wtorek rano Andreas zaniemógł.  Wyglądało to niedobrze.  Odwiozłem go do szpital Biziela.  I tak jak się w ten wtorek 4 czerwca położył do szpitalnego łóżka, tak już z niego nie wstał.  Walczył z nagłym atakiem raka do niedzieli. Podanej w niedzielę chemii  organizm nie przyjął i RAK ZWYCIĘŻYŁ. 

Odszedł wielki sportowiec znany w kajakowej rodzinie na całym Świecie. 
Andreas Kiligkaridis zostawił żonę Jane i dwójkę dzieci.

CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI.



Poprzedni post.