sobota, 27 maja 2017

Dzień Dziecka w Myślęcinku i jednocześnie ostatnia tegoroczna majówka.

Takich tłumów na "Dzień Dziecka" w Myślęcinku jeszcze nie widziałem.  Fakt, organizatorem była Caritas Bydgoszcz, swoje dołożyła piękna pogoda, ale przede wszystkim dopisały dzieci.  Były ich tysiące. Policjanci i strażacy oraz wojskowi, którzy ustawili swój sprzęt na Różopolu, uśmiechali się do dzieci i dorosłych, a także cierpliwie odpowiadali na wszystkie pytania i demonstrowali swój sprzęt.  Były występy na scenie, wspólne zabawy, darmowa zupa i źródlana woda.  Były upominki dla każdego dziecka od Biedronki, a nawet były bardzo uprzejme panie z ZUS-u z którymi miałem okazję porozmawiać.

Wszędzie były tłumy.  Przede wszystkim na Różopolu, ale także w ZOO i w ogrodzie botanicznym, i na plaży, i na polanach, a bary i lodziarnie były wprost oblegane.

Cokolwiek nie mówiliby zwolennicy PO, KOD, albo SLD i inni neoliberałowie to im nigdy tak bogato i z taką frekwencją nie udało się zorganizować tego jakże sympatycznego święta.

500+  robi swoje i świadczą o tym fakty, a nie słowa.

Poniżej kilka zdjęć zrobionych w miniona sobotę w bydgoskim Myślęcinku.




Darmowa zupa

Absolutny mistrz

Kąpiący się w maju.

Nawet wracając z Różopola do bazy strażacy uśmiechali się do spacerowiczów.

Wszechobecne torby z prezentami dla dzieci od Biedronki.

Od ponad roku nie widziałem tutaj kolejki, a w sezonie parę razy w tygodniu piję w tym miejscu kawę.


Piękny tulipanowiec amerykański w ogrodzie botanicznym.

czwartek, 25 maja 2017

Kilka refleksji natury ogólnej - 47

To my, normalni obywatele naszego państwa będący w 90 procentowej większości powinniśmy manipulować (czytaj: kierować, wpływać, stymulować, zmuszać, wskazywać) politykami, a nie oni nami. Przecież my ich wybieramy, a potem oni robią nas w przysłowiowego konia. Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest oczywista. Otóż wąska grupka cwaniaków i spryciarzy tworzy tak zwaną partię polityczną i później kompletnie nieznająca rzeczywistości ogromne rzesze wyborców wybierają taką partię do zarządzania naszym krajem. 

I ta grupa cwaniaków i spryciarzy robi co chce wmawiając maluczkim (tym 90%), że czynią to dla ich dobra. Cwaniacy tworzą układy, sitwy, zblatowania, a czym dłużej trwają przy władzy tym silniejsze są owe powiązania. Niby jest czwarta władza (media), ale koniunkturalna, merkantylna czyli normalnie przekupna. Niby jest trzecia władza (sądownictwo), ale patrz jak wyżej. Niby jest druga władza (ta wykonawcza), ale ile tam kasy i jak łatwo "trochę" tej kasy przytulić do siebie. I wreszcie niby jest ta pierwsza władza, czyli ta ustawodawcza, ale jak spojrzymy na przykład na takich jej przedstawicieli jak toruńska posłanka nowoczesnej (coś tam Wielgus) lub posła Urbaniaka (PO), który twierdzi, że obecnie są większe prześladowania niż za tak zwanej komuny to jednoznacznie stwierdzić musimy, iż nie są to tuzy intelektu. 

I co mamy zrobić? Musimy dla naszego dobra interesować się na bieżąco polityką w gminie, powiecie, województwie i kraju. Bo to nasze zainteresowanie ogranicza bezkarność owych spryciarzy i cwaniaków, którzy skupili się w organizacjach zwanych partiami. To dzięki naszej bierności grupka raptem kilkunastu partyjnych działaczy stanowiących organ decyzyjny danej partii robi co chce. Kłamie, wprowadza w błąd, ustala listy wyborcze według klucza własnych, osobistych korzyści, manipuluje tymi co to twierdzą, że się nie interesują polityką. Ta grupka cwaniaków kręci, kombinuje, oszukuje i praktycznie robi co chce.  

A kluczem do wszystkiego jest powszechne interesowanie się tym co nas otacza i to zarówno w skali mikro jak i w skali makro. To dzięki naszej bierności oni rządzą, ale gdybyśmy ich bardziej kontrolowali to ich rządzenie byłoby bardziej na naszą, a mniej na ich korzyść.  

Proszę zastanowić się nad tymi słowami i iść na zebranie miejskie, wiejskie, iść na sesję rady gminy, powiatu, miasta, czy sejmiku. Iść i powiedzieć to co nas boli, powiedzieć co się nam nie podoba, powiedzieć co chcemy zmienić. A zobaczycie, że efekty będą natychmiastowe i ogromnie korzystne.  

To bierność zdecydowanej większości społeczeństwa pozwala szujom, cwaniakom i spryciarzom wodzić za nos całe społeczeństwo. Nie wierzcie amerykańskiemu TVN i niemieckiemu Polsatowi, słuchajcie różnych stacji i sami wyciągajcie wnioski, a rzeczywistość szybko zmieni się na lepsze.



Poprzedni post z tego cyklu.

piątek, 19 maja 2017

Majówka w Myślęcinku.

Parę dni temu nadszedł wreszcie ten upragniony prawdziwy maj.

Myślęcinek ożył i pomimo piątkowego, "roboczego", popołudnia zaludniły się polany, plaża, alejki parkowe, ścieżki rowerowe.  Pełno rolkarzy, biegaczy, kijkarzy, rowerzystów i spacerowiczów.

Poniżej kilka zdjęć wykonanych w to piękne popołudnie w bydgoskim Myślęcinku.










poniedziałek, 15 maja 2017

Leszek - odcinek 35

Trzeci rok studiów Leszek rozpoczął w nowej uczelni, a raczej w uczelni o nowej nazwie.

Otóż z dniem pierwszego października 1974 roku nastąpiło połączenie Wyższej szkoły Inżynierskiej w Bydgoszczy z bydgoską filią Akademii Rolniczej w Poznaniu i decyzją Rady Ministrów utworzono nową uczelnię czyli Akademię Techniczno-Rolniczą w Bydgoszczy.

Trzeci rok studiów był bardzo szczęśliwym okresem dla Leszka i Joanny  Znowu dużo studenckich imprez, wiele spotkań towarzyskich, brydży, wyjazdów i sporo innych atrakcji. Zazwyczaj spotykali się w gronie już zgranej paczki do której oprócz Joanny i Leszka należeli Ania i jej chłopak Wiesław studiujący zootechnikę, Janusz, Krystyna, Elżbieta i Jola.  Z nauką szło Leszkowi dobrze, Joannie podobnie. Nadal pracował w Drukatorze i wypłaty za tę pracę łącznie ze stypendium stanowiły przyzwoity dochód.  Jako studentowi wiodło mu się całkiem dobrze.

Na koniec 1974 roku w gronie przyjaciół i znajomych urządzili imprezę Sylwestrową.  Urządzili ją w Leszka akademiku i w jego pokoju.   Potrawy podgrzewali we wspólnej dla całego piętra kuchni, a tańce odbywały się na korytarzu, a nawet i na schodach.  Była ich spora, kilkunastoosobowa ekipa w tym młodsza siostra Leszka, Danka i nawet jego kuzyn Roman studiujący wówczas matematykę na UAM w Poznaniu, a także Ela z Michałem, Maciej i Małgosia, Tadeusz i Renata, Jurek, Heniu i Mirka.

Zabawa była przednia, jedzenie jak na tamte czasy wyśmienite bo każdy co tam miał to przywiózł z domu lub wystał w sklepowych kolejkach, aby szczególnie uczcić taką okazję.  Kończył się ten jakże udany dla nich rok.  Były tańce, korowody, wygłupy, przemowy, kawały, najpierw ukradkowe, a potem coraz bardziej śmiałe umizgi, śpiewy i oczywiście Extra Żytnia z sokiem Dodoni (Pewex).   Do tańca przygrywał ówczesny hit czyli magnetofon kasetowy.  Królował Bobby Vinton (szczególnie "My melody of love"), Beatlesi, Niemen, Skaldowie, Czerwone Gitary i inni.  A zaraz po północnym toaście zniknęli gdzieś Maciej i Małgosia.  Odnaleźli się po paru godzinach w jednym z pokojów.  Siedzieli sobie przy świeczce i grzecznie się przytulali, wolno sącząc dobre winko i głęboko zaglądając sobie do oczu.  I tak im to już potem pozostało.  Pomimo iż oboje bardzo towarzyscy i sympatyczni to zawsze przedkładali swoje towarzystwo nad szersze grono.  Wspominamy tutaj Macieja bo w przyszłości odegra znaczącą rolę w leszkowej drodze życiowej.

Na wiosnę został ogłoszony konkurs na najlepszego studenta i Leszek zajął w nim drugie miejsce w skali całej uczelni.  Dostał wielki dyplom, odznakę z tytułem "primus inter pares", sporą nagrodę pieniężną i nawet napisali o nim w miejscowej prasie (IKP).  W poprzednim roku zajął w tym konkursie trzecie miejsce.  Była także działalność w kole naukowym "Inżynierii Ruchu" i w Radzie Wydziałowej SZSP. 

W tym samym czasie przeprowadzono w kraju reformę administracyjną i zamiast 17 województw utworzono ich 49, a także zlikwidowano powiaty.  To centralne władze partyjne chciały osłabić siłę swoich wojewódzkich pierwszych sekretarzy, a wzmocnić swoje wpływy w całym tak zwanym terenie.  Zaś  -najśmieszniejszym w tej reformie był fakt, że autorem owej reformy był nijaki Michał Kulesza, który 24 lata później był także autorem kolejnej reformy, gdy z kolei utworzono 16 województw i odtworzono powiaty.

Czyż nie jest to chichot i ironia historii?  

Na skutek tamtej reformy z 1975 roku rodzinny Wągrowiec Leszka, od zawsze związany z Poznaniem znalazł się w województwie pilskim.  Pierwszym posunięciem nowych pilskich władz była przeprowadzka urzędów i urzędników z powiatu do województwa.  Potem rozpoczęto wywożenie co lepszych biurek, krzeseł, szaf, maszyn do pisania i innego wyposażenia z powiatowych instytucji.  Wszyscy miejscowi powiatowi notable drżeli czy uda im się załapać do Piły bo przecież poniżeniem byłaby dla nich praca, urzędzie gminnym.  Zamieszanie było ogromne i okropne. Dużo się o tym mówiło na tak zwanym mieście, a także po licznych urzędach, zakładach, instytucjach i domach.  Nawet zawiązała się grupa na rzecz przyłączenia Wągrowca do Poznania bo ten od zawsze należał do Wielkopolski.  Miał liczne oraz ścisłe powiązania ze stolicą Wielkopolski.  Mieszkańcy zebrali mnóstwo podpisów, ich przedstawiciele narobili sporo szumu, gdzie tylko się dało, ale "wiecie, rozumiecie" komuna była odporna na protesty.  Opornych, albo przekupywała dobrym stanowiskiem, albo karała i zapominała o nich.  Tak też było tutaj. Po roku protesty ucichły.  Część uległych znalazła synekury w Pile lub w innych miejscach, a ci odważni przestali z czasem nimi być.  Pomimo, iż przyłączono Wągrowiec do odległej o 70 kilometrów Piły, z którą do tej pory nie miał żadnych związków, a nie do odległego o 55 kilometrów Poznania z którym miasto miało wiekowe związki i pomimo protestów to już tak pozostało.  Rodzinny Wągrowiec Leszka został nagle zaliczony do ziem nadnoteckich chociaż zawsze leżał na Pałukach.  Warto o tym wspomnieć bo podobnych absurdów pełno w naszym życiu i zawsze autorzy owych absurdów twierdzą, że robią to dla dobra społeczeństwa, kraju, regionu, a tak naprawdę to garstka sprawujących rozliczne władze, robi to po to, aby tę władzę utrzymać i ją umocnić. 

Również wiosną 1975 roku dziekan Instytutu Budownictwa Lądowego ogłosił nabór na praktykę zagraniczną na Węgrzech.  W ramach wymiany studentów miało na nią pojechać kilkunastu studentów z Leszka Instytutu.  Udział w tej praktyce był zarazem, jak na tamte siermiężne czasy, wspaniałą wycieczką. Chęć wyjazdu zgłosiło ponad pięćdziesięciu studentów z trzech roczników studentów.  Pod koniec kwietnia specjalna komisja złożona z władz Instytutu i przedstawicieli studentów ogłosiła listę zakwalifikowanych.  Wśród nich znalazł się także Leszek.

Także w kwietniu 1975 roku Leszek i Joanna po raz pierwszy zetknęli się z tym poważniejszym aspektem dorosłego życia.  Para z ich najbliższego kręgu czyli Ania i Wiesław postanowili się pobrać.  Ania była najlepszą przyjaciółką Joanny, a z Wiesiem znali się już od czasów Technikum Chemicznego.  O Ani i Wiesiu napisać by można całą osobną księgę i na pewno nie byłaby ona nudna.  W każdym razie  pod koniec kwietnia wzięli oni ślub i zamieszkali w wynajętym pokoju u cioci Irenki na Wyżynach.  Leszek do dzisiaj z nostalgia wspomina wizyty w tym pokoju.  Ponieważ było to pierwsze małżeństwo z ich grona dlatego stali się oni jakby ważniejsi, patrzyło się na nich z namaszczeniem i pilnie obserwowało co to dalej będzie.  Było dobrze.

W tym miejscu warto napisać kilka zdań o tym co było tłem tamtego życia.  Bo to przecież był szczyt potęgi epoki Gierka i chociaż zazwyczaj życie rodzinne czy towarzyskie bywało kompletnie oddzielone od tamtych politycznych czy gospodarczych zdarzeń to jednak było przedmiotem zainteresowań i często było tematem namiętnych dyskusji oraz okazją do wygłaszania różnorakich opinii i ocen.   Niestety wówczas wszędzie królowało kumoterstwo, liczyły się tak zwane chody i układy, a robienie świństw przez tych na górze tym na dole było na porządku dziennym.  Propaganda socjalizmu święciła triumfy, a jej formy i intensywność często przerażały normalnych ludzi.  A co najgorsze to fakt, że ci co wówczas byli piewcami tamtego ustroju, tymi, którzy najgłośniej wychwalali ów socjalizm i najwięcej na tym korzystali po przemianach 1989 roku, wyrośli na nowych twórców, nowych czasów, zaś o tym co wtedy robili i co głosili zupełnie zapomnieli.  Natomiast odnosząc się do obecnego czasu (2017 rok) to miejsce tych o których mowa powyżej w dużej mierze zajęli ich synowie, córki i wnuki.  Ot taki kolejny kwiatek polskiej odmiany demokracji lub raczej kpiny z niej.

Przyszła połowa lipca i grupa studentów pod wodzą młodego asystenta magistra Kazimierza Baja wyruszyła pociągiem międzynarodowym "Batory" z Warszawy do Budapesztu.  Przez całą przedłużającą się z powodu wielogodzinnych postojów na granicach, a szczególnie w Komarnie (około pięć godzin) podróż oficjalny opiekun grupy czyli pan magister Baj, bo tak prosił, aby do niego zwracać, opowiadał kawał za kawałem.  Był bardzo rozrywkowym i fajnym facetem, którego studenci do tej pory z tej strony nie znali.  I wreszcie, gdy wjechali na terytorium węgierskie, a wszystkich od śmiechu bolały poliki,  pan magister Baj poważnym tonem oświadczył swoim podopiecznym, że teraz jak już dojeżdżają do celu to chce im powiedzieć coś miłego.  Wszyscy studenci byli przekonani, że pan magister pragnie zaproponować przejście na "ty" bo przecież dzieliło ich raptem kilka lat różnicy wieku.  Niestety.  Pan magister oświadczył, że od teraz mogą do niego mówić panie Kazimierzu, a nie jak do tej pory panie magistrze.  Dlatego zawsze później gdy uczestnicy tej praktyki, przechodzili z kimś na "ty" to zawsze wypowiadali ceremonialnie formułkę - mów mi panie Kazimierzu.

Wreszcie wjechali na budapesztański dworzec Keleti, a gdy wysiedli to opanowało ich zdziwienie, a nawet pewnego rodzaju szok.  Wielki dworzec, ogromny ruch, wspaniałe dworcowe wnętrza, ruchome schody, a zaraz potem niesamowite metro i szerokie ulice pełne pojazdów i ludzi.  A wszystko dużo ładniejsze i lepsze niż w Polsce i te sklepy pełne towarów.

Więcej o praktyce zagranicznej w kolejnym odcinku.   

piątek, 12 maja 2017

Wreszcie na majówce.

Wczoraj i dzisiaj byłem w moim rodzinnym Wągrowcu.  Byłem u mojej mamy i u mojego przyjaciela Irka. Powspominaliśmy sobie bo za nami 50 lat  znajomości. Poznaliśmy się w maju 1967 roku w pociągu jadącym z Wągrowca do Bydgoszczy. Jechaliśmy ze swoimi mamami, aby zapisać się na egzaminy wstępne do bydgoskiego Technikum Kolejowego.

Było co wspominać.  A pierwszego września 2017 roku minie 50 lat jak zamieszkałem w Bydgoszczy.

Po dosyć "trudnej" nocy, po dobrym śniadaniu u przyjaciół i kawie u mamy, wybrałem się w marsz dookoła Jeziora Durowskiego, które zaczyna się w centrum Wągrowca, a kończy w Kobylcu.

Poniżej kilka zdjęć z tego prawie trzygodzinnego marszu.









Struga Gołaniecka wpływająca do Jeziora Durowskiego w okolicach Kobylca.

wtorek, 2 maja 2017

Gospodarka leśna w Samociążku nad Zalewem Koronowskim.

Dopiero dzisiaj zaczęliśmy tegoroczny sezon rowerowy w naszym pięknym kraju.  Trochę późno, ale najpierw wyjazd, a potem marna pogoda.

Wybraliśmy się do Samociążka na nasze ulubione miejsce, które często odwiedzamy, głównie na rowerach.

Dojechaliśmy i się przeraziliśmy.  Leśnicy wycięli ogromną (pewnie jak zwykle trzy hektary) połać starego lasu i to lasu przylegającego bezpośrednio do Zalewu Koronowskiego.  Zniszczyli tradycyjne miejsce biwakowania i wędkowania wielu bydgoszczan i mieszkańców powiatu bydgoskiego.

Kompletnie nie rozumiem takiego postępowania.  Czym kierują się owi leśnicy?  Bo na pewno nie interesem tych dla których to był urokliwy zakątek i to zakątek tłumnie i często odwiedzany.   Na razie jest tutaj jeden wielki bałagan.

Żal serce ściska na takie zniszczenia i taką bezmyślność.

Poniżej zdjęcia sprzed roku i zdjęcia z wczoraj (01.05.17.)


                                                                      TAK BYŁO





                                                                                 TAK JEST





niedziela, 30 kwietnia 2017

Bydgoskie porównania - 6

Dzisiaj dwa zdjęcia fragmentu bydgoskiego Starego Rynku przedzielone prawie 37 letnim przedziałem czasowym.

Listopad 1980 roku.

Wrzesień 2016 roku.
                               Poprzedni post z tego cyklu.

piątek, 28 kwietnia 2017

Nowa Europa i PO to popiera.

Kandydat na prezydenta Francji, który to jest reprezentantem tych co naprawdę rządzą, czyli narzędziem światowego kapitału ( pracował w biznesie rodziny Rothschidów) i który nabrał Francuzów na niby nowe otwarcie, lecz w rzeczywistości na lewicowo - liberalno - kapitałowe lewactwo, stare jak świat, napiętnował był Polaków.  Tak samo jak jego poprzednicy (Chirac, Hollande) wskazał nam Polakom gdzie jest nasze miejsce.  Ubliżył nam, a nawet nas pohańbił.  To przecież od samego początku niby demokratycznych przemian (1989 rok) własnie Francuzi są jednymi z głównych neokolonizatorów naszego pięknego kraju (patrz banki, sieci handlowe, energetyka, telekomunikacja, sanatoria i tak dalej) i teraz na skutek przenosin jednej firmy produkującej sprzęt AGD z Francji do Polski, ów kandydat na prezydenta Francji czyni z nas Polaków głównego wroga Francuzów.

Pomijając absurdalność tej sytuacji, wziąć musimy pod uwagę wpływy Francji na politykę UE. Oprócz Niemiec to jest drugi najważniejszy (po brexicie) gracz.  Lekceważyć ich nie można, ale jak traktować poważnie takie zapewnienia tego plastikowego kandydata na prezydenta Francji, który stwierdza, że w trzy miesiące po objęciu urzędu rozprawi się z Polakami.

Co na to zwolennicy PO i zwolennicy Macrona?

Kolejny raz, i to w chamski oraz bezczelny sposób, Francuzi pokazują nam Polakom, że jesteśmy w UE Europejczykami drugiej i trzeciej kategorii.  Powinniśmy słuchać tych lepszych i nawet się nie odzywać, a co dopiero coś robić wbrew tym z kategorii pierwszej.

Czy my jesteśmy, aż takimi chłopami pańszczyźnianymi, aby się na to zgadzać?

Ja na pewno nie.

Poniżej wypowiedź owego Macrona:

 Zwycięzca I tury wyborów prezydenckich we Francji domaga się sankcji dla Polski za to, że nasz kraj proponuje lepsze warunki dla zagranicznych firm. "Nie przypominam sobie równie antypolskiej kampanii wyborczej we Francji w ostatnich 20 latach" – skomentował na Twitterze prezes Instytutu Nowych Mediów i ekspert ds. polityki francuskiej Eryk Mistewicz.

Całość w poniższym linku:

https://dorzeczy.pl/kraj/28198/Emmanuel-Macron-domaga-sie-sankcji-dla-Polski.html


Quo Vadis Europo?






niedziela, 23 kwietnia 2017

Kowalski = Piasecki

Od paru tygodni trwa nagonka na nijakiego Piaseckiego, byłego bydgoskiego radnego, który to całkiem nieprzyzwoicie i nieobyczajnie się był zachowywał w ramach swojego życia prywatnego. Przynajmniej tak twierdzi jego żona i o czym świadczą dostarczone przez nią dowody.

Pan Kowalski z Gazety Wyborczej ocenił, skazał i napiętnował owego Piaseckiego w swoim felietonie.  Ja osobiście potępiam wszelakie zachowania chamskie wobec innych, a wobec kobiet w szczególności. Natomiast nigdy w takich sytuacjach nie używałbym kwantyfikatorów ogólnych, lecz tylko kwantyfikatorów szczegółowych.  Cóż to jednak znaczy? O co chodzi?  Chcesz dokopać, pragniesz skompromitować, jesteś manipulatorem, nienawidzisz, bronisz swoich interesów i interesów swojego środowiska to każda okazja jest dobra, aby dzięki manipulacjom, sprytowi i cwaniactwu wykazać, że twój przeciwnik "bije murzynów".  A fakty?   Kto tam się będzie nimi przejmował.  Kilkanaście sfrustrowanych kobiet przed budynkiem na Wełnianym Rynku 11 w Bydgoszczy jest tak smacznym kąskiem propagandowym, że nikt nawet nie zastanowi się jakie to śmieszne.  Jakie głupie i jakie naprawdę niemające nic wspólnego z istotą sprawy.

Oczywiście poprawni politycznie i zwolennicy jedynie słusznej opcji ( do której od zawsze należałem), o kombinatorach od Petru i tego z kitką nie wspominając, od razu okrzykną mnie oszołomem, głupkiem i cymbałem.  Ale czy to dla mnie coś znaczy?   NIE - to nic nie znaczy.

Pod felietonem pana Kowalskiego, zamieszczonym w lokalnej GW napisałem:

Z ludzkim chamstwem miałem w moim życiu sporo spotkań. Pewnie i ja sam nieraz się źle zachowałem, ale żeby jakaś partia miała przepraszać za postępowanie prywatne (kto z was jest bez winy?) ludzi do niej należących to tego nie rozumiem. Partia może wykluczyć niemoralnych lub nieetycznych osobników ze swojego grona, ale dlaczego ma przepraszać za coś na co nie ma żadnego wpływu? A pamiętacie tego kozaka z Fordonu co to żonę bił i prześladował, a od 100 lat jest radnym, a teraz nawet wiceprzewodniczącym RM. I jakoś to nijakiemu Kowalskiemu nie przeszkadza. Bądźmy sprawiedliwi, rozsądni i logiczni. To nie PO, SLD czy PiS są winni to poszczególni ludzie są takimi jakimi są. I to ich piętnujmy, a nie partie. Zaś partie piętnujmy wtedy, gdy takich osobników wspierają. SLD wspierała Drozda, a PiS nie wspiera Piaseckiego. Najgorszą cechą naszych "polityków" i to tych lokalnych jak i tych niby ogólnopolskich jest permanentny brak umiejętności logicznego myślenia, a także ich przekonanie o tym, że wszyscy są tak samo "głupi" jak oni.


Nie bronię byłego radnego, którego na oczy nie widziałem. Bronię zasad logiki i tyle.

A tak na marginesie - po paru godzinach mój komentarz został z GW usunięty. Ot taka to ta nasza "demokracja".

Naprawdę mało kto czyta mojego bloga. Po co więc ta manifestacja tej pana niby demokracji? I nie chodzi mi tutaj o to, abym się chwalił bo naprawdę nie mam czym, lecz o to, że znam realia tamte i obecne.

środa, 19 kwietnia 2017

Wczoraj i dzisiaj.

Dzisiaj, po ponad dwóch miesiącach kolejnego pobytu na południu Hiszpanii, powróciliśmy do naszego pięknego kraju.  Niestety kontrast jest ogromnie uderzający przede wszystkim w pogodzie i przyrodzie. Wczoraj jeszcze na plaży przy temperaturze 26 stopni Celsjusza, zaś w nocy plus 19, a dzisiaj po wylądowaniu w Poznaniu temperatura sięgała plus 6 stopni, natomiast teraz po 22.30 w Maksymilianowie za oknem minus 2 stopnie Celsjusza.  Tak bardzo chcieliśmy ominąć zimę, ale się nie udało.





piątek, 14 kwietnia 2017

Wielki Czwartek - jak świętują Hiszpanie.


Hiszpanie mają cztery święta wielkanocne.  Wielki Czwartek, Wielki Piątek, oraz Niedziela i Poniedziałek Wielkanocny.  W ten sposób mają pięć dni wolnych bo dochodzi sobota.  Masowo przyjeżdżają na wybrzeże Morza Śródziemnego i mają swoje krótkie wakacje.   Cały dzień na plażach, a wieczorem bogate inscenizacje religijne, które odbywają się w każdy dzień Semana Santa (święty tydzień).  A po inscenizacjach udają się do rozlicznych restauracji, barów, pescaderii na tapas i piwo lub na normalny posiłek z obowiązkowym winem.

Poniżej dwie plaże oraz migawki z inscenizacji religijnej połączonej z procesją w San Pedro del Pinatar (Murcia).  Zdjęcia wykonałem 13.04.2017

Pod zdjęciami filmik z fragmentem religijnej inscenizacji.

Playa Cabo Roig

Playa Cala Capitan


Zadziwia ogrom najróżniejszych naturalnych kwiatów, w które bogato przyozdobione są wszystkie figury procesji.








niedziela, 9 kwietnia 2017

Kolejnych kilka migawek z Costa Blanca.

Pogoda wspaniała, taki dobry polski lipiec.  Nie za gorąco, tak do 26 stopni Celsjusza, a do tego wiaterek od morza i spora wilgotność (można dużo wypić bez ubocznych skutków).   Noce ciepłe.  A po całorocznej różnorodności wszelakich barw flory, która tutaj normalnie występuje, nagle   wybuchły dodatkowe niesamowite kolory hiszpańskiej wiosny.

A do tego wczoraj byliśmy na znakomitym koncercie w Centro Cultural Virgen Del Carmen w Torrevieja.  Koncert był zatytułowany "Canta a la Primavera".  Znakomity występ miejscowego chóru wraz z grupą taneczną.  Wykonano utwory Verdiego, Pucciniego, a także słynną La Paloma oraz utwory miejscowych twórców.   Wszystko ozdobione było cudownymi układami tanecznymi w wykonaniu młodych tancerek, w znakomitych aranżacjach seniory Marii del Angel.

Cóż więcej dodawać.


W wielu miejscach na wybrzeżu trwają naprawy po niespotykanie potężnych styczniowych sztormach.

Kwitną palmy

i róże

Wnuki Leon i Wiktor z dziadkiem Romanem na korcie.

Na koncercie.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Trzynaście powodów.

Taki tytuł nosi najnowszy (2017 rok) serial amerykański opowiadający o rówieśnikach naszych gimnazjalistów.

Wszyscy zwolennicy gimnazjów powinni go obowiązkowo obejrzeć.  A jak obejrzą to dowiedzą się dlaczego warto było go obejrzeć i dlaczego gimnazja  są do dupy.

Dostępny na Netflix.pl.

środa, 5 kwietnia 2017

Przecież ten agent wpływu (nijaki Petru) kompromituje się już w momencie otwarcia ust.

Jeżeli ktoś rozumie o co chodzi temu misiu i tej misi (niejaka Lubnauer) to proszę o komentarz.  A tak nawiasem mówiąc to co oni bredzą jest przerażające.  I pojąć nie mogę jak ktoś rozsądny posiadający IQ powyżej Petru (ok. 70)  może wspierać takie absurdy, takie głupoty, takie brednie i takich ludzi.

Absurdy "nowoczesnej"


I kto jeszcze im wierzy?  Kto ich wyszkolił?  I dlaczego tak marnie?

Oni obrażają podstawy naszej inteligencji.  I ten żart: - debata ekspercka.

Czyż oni naprawdę nie rozumieją jak są śmieszni?

wtorek, 4 kwietnia 2017

Przypominam.

Taki tekst napisałem (patrz poniższy link) składając życzenia noworoczne czytelnikom mojego bloga w grudniu 2013 roku, a w grudniu 2016 roku powtórzylem te życzenia.  Dzisiaj także z pełnym przekonaniem podtrzymuję to co wtedy napisałem.  Chociaż wielu twierdzi inaczej to ja jednak nie wiem dlaczego

moje życzenia z grudnia 2016

moje życzenia z grudnia 2013 roku


Kto się nie zgadza niechaj napisze dlaczego się nie zgadza?  Ale proszę o fakty, a nie o przekonania.