czwartek, 3 sierpnia 2017

Leszek - odcinek 39

Jak powiedziała kiedyś Agnieszka Osiecka - wspomnienia piszą ludzie drugiego rzędu.  Napisała to mając na myśli siebie, a pisząc to wspominała Zbyszka Cybulskiego i pisząc, że o jego życiu powinien wypowiedzieć się Bogumił Kobiela.  Niestety Kobiela nie napisał. A teraz już nie żyje i dlatego pisać muszę ja, ja Agnieszka Osiecka.

Tak samo ja (zachowując proporcje) wolałbym, aby o Leszku pisał ktoś kto potrafi to czynić lepiej. Ktoś kto potrafi bardziej zainteresować, zaintrygować lub zmusić się do refleksji, albo może bardziej sprowokować do zwyczajnego przeczytania napisanego tekstu. Niestety. Opis dotychczasowych przeżyć Leszka mało kogo interesuje, a obawiam się, że będzie jeszcze gorzej.

Czy pisać nadal?  Po co?  Dla kogo?  Czy to ma sens?  A może dosyć tej grafomanii?  Napisałem prawie 40 odcinków, i patrząc na statystykę oraz na komentarze, pozostaję w nastroju bardziej niż pesymistycznym.

Nie wszystko musi być na wynos, na sprzedaż, lecz jak mamy poznać samego siebie nie znając historii naszych ojców, matek, dziadków i babć, a także innych naszych poprzedników?  Kim możemy być bez swojej tożsamości?  I nie chodzi tutaj o oceny, o wartościowanie, o chwalenie się, o podsumowania życia, o wspomnienia, o opis tego co było, a już nie jest, lecz chodzi o to, aby nasi następcy, przynajmniej w odrobinie, potrafili uniknąć raf, których nam uniknąć się nie udało.  Najgorsze ze wszystkiego jest upokorzenie.  Starajmy się innych nie upokarzać, aby samemu nie być upokorzonym.  Dlatego warto poznać doświadczenia innych.  I zaznaczam, że nie ma to nic wspólnego z realną oceną otaczającej nas obecnie rzeczywistości.

Ale co tam, nie należy się zrażać, napiszę odcinek 39.  I proszę tych nielicznych czytelników chociażby o negatywne komentarze, ale przynajmniej z krótkim uzasadnieniem.  Ja się staram, a co Wy robicie?

Odcinek - 39

Minął tydzień urlopu.  Minęła Gwiazdka, minął Nowy Rok i drugiego stycznia roku pańskiego 1977 Leszek po skomplikowanej, długiej, na koszt państwa, podróży, dotarł do bram największej europejskiej twierdzy, czyli do twierdzy Modlin.  To tutaj, ongiś jadąc konno korytarzem wzdłuż ponad dwukilometrowej długości budynku, chorążowie dźwiękiem trąbek o szóstej rano budzili tysiące wojaków śpiących w niszach owych korytarzy.  Z czasem owe nisze zabudowano zaś konie i trąbki zastąpiono dźwiękami, docierającymi wszędzie, a dochodzącymi z ordynarnych głośników.

I tak w jednej z owych, już teraz zabudowanych, nisz, Leszek wraz z Andrzejem i drugim Leszkiem znalazł swoje lokum.  Oni w takiej niszy mieszkali w trójkę, a ich podwładni w podobnej niszy mieszkali w trzydziestu chłopa.  Czyli mieszkał cały pluton.  Każdy z podchorążych był dowódcą takiego plutonu i nie mając najmniejszego doświadczenia oraz marną wiedzę wojskową, musiał takim plutonem dowodzić. A to dowodzenie polegało na szkoleniu, musztrze, utrzymywaniu dyscypliny, szkoleniu w różnych dziedzinach, ale przede wszystkim na zapewnieniu tak zwanej gotowości bojowej i jak najlepszym prezentowaniu się na cotygodniowych apelach.  Musiał dbać o tak zwane morale podległych mu żołnierzy jak również odpowiadał za ich socjalistyczną postawę, zaangażowanie w służbę i całą masę innych rzeczy.  Leszek zaraz pierwszego dnia dostał książeczkę, w której na ponad sześćdziesięciu stronach było napisane co należy do jego obowiązków jako dowódcy plutonu.  Prawdę mówiąc nawet nigdy do końca jej nie przeczytał bo ilość zawartych w niej poleceń i obowiązków po prostu go przerażała i wolał, aż tak szczegółowo o tym wszystkim nie wiedzieć.  A przecież naprawdę za tymi przepisami, obowiązkami i całą tą napuszoną pragmatyką służbową, kryły się losy poszczególnych żołnierzy.  Każdy z nich był indywidualistą, a Leszkowi trafiło się tak zwane stare wojsko czyli ci co mieli za pół roku odejść do cywila.  A ponadto pochodzili głównie z okolic Jarosławia i Radomia. Zdecydowana większość podwładnych Leszka miała ukończoną tylko szkołę podstawową, zaś po półtorarocznej służbie w wojsku, zachowywali się tak jakby byli przynajmniej porucznikami.  Leszek bez doświadczenia, bez umiejętności wojskowych, bez znajomości przynajmniej podstaw psychologii i zarządzania tym "starym wojskiem" w rzeczywistości był bezradny.  Robił błędy i często nie wiedział lub nie umiał się odpowiednio zachować.  Na szczęście nie był odosobniony w tej wojskowej głupocie. Jego koledzy mieli podobnie.  

Dlatego też trójka przyjaciół ze studiów na Wydziale Budownictwa Lądowego Akademii Techniczno- Rolniczej w Bydgoszczy, która wspólnie znalazła się w twierdzy Modlin, postanowiła, że trzeba przeczekać tę początkową nawałnicę.  Nawałnicę spisanych obowiązków, poleceń dowódców, presji i cwaniactwa podległych im szeregowców.   Po wielogodzinnych dyskusjach postanowili, że będą robić to co uważają za słuszne, oczywiście wykonując głównie rozkazy, a całą resztę zostawią na później i czekać będą co z tego wyniknie.

Major Słonimski, dowódca batalionu ciągle stawiał im ambitne zadania.  Dotyczyły one wyników w strzelaniu, musztry, zachowań w czasie alarmów,  odpowiednich postaw polityczno-obywatelskich ich podwładnych i inne takie.

Co tydzień, w poniedziałek odbywały się uroczyste apele.  Grała orkiestra wojskowa, maszerowali żołnierze i wszyscy razem śpiewali wojskowe piosenki.  Uroczystości były podniosłe, orkiestra grała głośno, żołnierze jeszcze głośniej śpiewali i wszyscy czuli wspólnotę tych chwil, tych postaw, tego patriotyzmu.

Tak minęły ponad trzy miesiące.  Minęły na owych musztrach, na strzelaniach, na szkoleniach i na alarmach oraz wielu innych rzeczach i sprawach.  Przeszedł im, i to wcale nie najgorzej, ten czas. Leszek awansował i został sierżantem.  Dostawał przepustki, ale przeważnie tylko dwunastogodzinne, a te nie wystarczały do tego, aby pojechać do swojej ukochanej żony.

Dlatego jechał koleją z Modlina do Warszawy.  Tutaj pierwsze kroki kierował przeważnie do domów centrum.  Do Warsa, Sawy i do Juniora i próbował kupić coś oryginalnego swojej ukochanej żoneczce.  Parę razy mu się to udało.  Raz kupił piękną bluzkę z nadrukiem (absolutna wtedy nowość) przedstawiającym toskański krajobraz.  To był hit, nikt takiej bluzki nie miał, ale niestety Joanna po jakimś czasie wyprała ową bluzkę i powiesiła pranie na strychu i potem już owa piękna bluzka zdobiła kogoś innego.  I chociaż wiedzieliśmy kto ją ukradł, lecz nic zrobić nie mogliśmy bo dowodów było brak.

Po udanych lub nieudanych zakupach, Leszek szedł do pobliskiego Hortexu i stojąc w długiej kolejce kupował sobie najlepsze wówczas lody.  Lody najlepsze w całej Polsce, lody kolorowe, wielosmakowe z różnymi dodatkami, ozdobami z parasolek, słomek i innych różności.  To był wówczas ogólnokrajowy hit na rynku.  

Także w samej twierdzy podchorążowie byli traktowani jak kadra oficerska.  Mogli chodzić do kasyna oficerskiego i brać udział w różnych uroczystościach, a przede wszystkim mogli robić zakupy w tym miejscu.  A te zakupy dotyczyły tylko osób uprzywilejowanych przez gierkowski system.  Jadąc, raz na miesiąc, na dwa dni do swojej ukochanej, przywoził wielkie pęta kiełbasy podwawelskiej, spore kawały szynki wędzonej lub gotowanej, albo szynki w puszkach, rozmaite alkohole, ananasy w puszkach i wiele innych absolutnie wtedy deficytowych towarów.

W twierdzy życie toczyło się w ściśle określonym, wojskowym rytmie.  Hierarchia, obowiązki i przywileje były ściśle określone i każdy ich dokładnie przestrzegał. Podchorążowie starali się nie wychylać, zaś z problemami zawsze mogli pójść do swoich dowódców kompanii, ale nie było to dobrze widziane i problemów należało nie stwarzać. Stare wojsko często dawało się Leszkowi we znaki.  Nieformalni ich przywódcy zastawiali na Leszka różne pułapki mając zamiar go ośmieszyć, albo nawet skompromitować jako ich dowódcę.  Leszek zaś próbował ich obłaskawić przepustkami, pochwałami, ograniczaniem służby, mniejszym rygorem i innymi takimi rzeczami.  Ponieważ byli to zazwyczaj prości ludzie to wiele mu się udawało, ale poniósł też kilka spektakularnych porażek.  Największą z nich była ucieczka jednego z jego podwładnych.  Nikt nic nie wiedział lub nie chciał powiedzieć co się stało z zaginionym żołnierzem.  Ale WSW (Wojskowa Służba Wewnętrzna), po paru dniach ustaliła, że przebywa on w swoim domu w Libiążu.

Dowódca batalionu polecił Leszkowi pojechać do owego Libiąża i sprowadzić żołnierza do jednostki.  I Leszek pojechał.  Tłukł się różnymi kolejami i autobusami i w końcu stanął przed śląskim familokiem, gdzie ponoć miał przebywać ten jego podwładny.  Niestety jak zapewniała matka, a także żona tego żołnierza, nie było go tutaj.  Leszek wiedział, bo tak go poinformowało WSW, że ojciec tego nieszczęśnika pracuje jako wzorowy górnik w kopalni Janina.  Pojechał do owej kopalni, porozmawiał z personalnym i dowiedział się kiedy i gdzie może spotkać tego ojca.  Przeczekał sporo godzin i po skończonej szychcie podszedł do wychodzącego z kopalni ojca uciekiniera.  Przedstawił się, powiedział co go sprowadza i jakie mogą być konsekwencje tego, gdyby jego syn został uznany za dezertera. Ojciec ogromnie się przejął i obiecał Leszkowi, że natychmiast porozmawia z synem.  I już po paru godzinach Leszek wracał z uciekinierem do Modlina.  Powodem ucieczki była prozaiczna sprawa.  Ktoś napisał anonim, wysyłając go do jednostki, że żona go zdradza. Młody, dwudziestoletni chłopak, zupełnie zgłupiał, załamał się i pojechał do domu sprawdzić jak jest.  O tym wszystkim opowiedział Leszkowi w drodze powrotnej. Jak tam naprawdę było to tego Leszek do dzisiaj nie wie, ale zdaniem dowództwa, spisał się znakomicie.  Chłopak dostał siedem dni aresztu, a autorytet Leszka wśród jego trzydziestu podwładnych, znacznie wzrósł. 

Na początku kwietnia cały pułk energicznie zaczął się przygotowywać do wyjazdu na tak zwane zgrupowanie polowe.  Docelowym miejscem owego zgrupowania była wieś Rząsawa  leżąca tuż obok Częstochowy.

Cała wyprawa do owej Rząsawy to, jak mawiał jeden  z Leszka nauczycieli, istna ironia.

Ale o tym w następnym odcinku. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię