Oczywiście wspomnień palaczy papierosów. Ja na szczęście nigdy nim nie byłem chociaż za młodu czasami zapaliłem jednego czy dwa papierosy dziennie.
Poniższe zdjęcie wykonałem w sklepie Komety na bydgoskich Wyżynach (AGS 30) w 2005 roku.
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Oczywiście wspomnień palaczy papierosów. Ja na szczęście nigdy nim nie byłem chociaż za młodu czasami zapaliłem jednego czy dwa papierosy dziennie.
Poniższe zdjęcie wykonałem w sklepie Komety na bydgoskich Wyżynach (AGS 30) w 2005 roku.
I do dzisiaj nadal to czynią (z wyjątkami naturalnymi). To istna kpina. Pojąć nie mogę, że moi rodacy wierzą takim komediantom, cymbałom i merkantylnym na wskroś osobnikom. Dzisiaj są demokratami z łopozycji. Moim zdaniem to wstyd i hańba, że tacy ludzie jeszcze funkcjonują w przestrzeni publicznej.
Ci na powyższych zdjęciach to tylko przykłady, ale pamiętajmy o innych równie zasłużonych dla polskiej "demokracji" osobnikach.
Wczoraj (jeszcze za czasu letniego - co za absurd go zmieniać) pojechałem rowerem ścieżką rowerową do Nekli, a dalej w Pyszczynie skręciłem do Dobrcza, a potem jadąc z Dobrcza do Borówna w miejscowości Pauliny sfotografowałem oryginalny dworek (zdjęcia poniżej).
Przejechałem łącznie 30,6 km przy pięknej pogodzie i wśród pięknych wiejskich krajobrazów.
Nasza szkoła. To ona mnie ukształtowała, a chadzałem do niej w latach od września 1967 do czerwca 1972 roku. I to był najlepszy okres mojego życia z czego wówczas absolutnie nie zdawałem sobie sprawy.
Kary, kary, kary dla nieposłusznych polaczków (owi trzeciej kategorii członkowie UE na dużą literę nie zasługują). Praworządność. Faszyści na marszu niepodległości. Turów z jedną Hiszpanką. Izba niesprawiedliwości, która NIE JEST OBJĘTA unijnymi traktakami. Samowola i skrajna nieobiektywność sędziów. Absurdalne lempartowe protesty przybierające skrajnie chamskie formy. Komuniści z UE ( Miller, Belka, Liberadzki, Hubner, Cimoszewicz) wspierani takimi tuzami intelektu jak Sikorski, Buzek, Arłukowicz et consortes, domagają się kar finansowych dla Polski. Domagają się tak zwanej praworządności, która zresztą nigdy nie została zdefiniowana, a tak naprawdę to domagają się dostępu do koryta i to tylko po to, aby tak jak za poprzednich rządów PO-PSL z owych unijnych środków kraść, kraść, kraść ile tylko się da. Zaś maluczkim mówić, że "piniedzy nie ma i nie będzie".
Poniżej kopia z moich notatek z 2009 roku, który to wpis pokazuje, że nic się nie zmieniło w polityce tak zwanej totalnej opozycji. Polityce, która zmierzała i zmierza do uczynienia nas podległymi UE, a Niemcom w szczególności. Bo to oni tak naprawdę rozdają karty w owej UE.
W sierpniu 1993 roku pojechaliśmy do Piasków. Idziemy sobie plażą, a tutaj nagle dwóch rosyjskich sołdatów pyta nas co tutaj robimy? Okazało się, że weszliśmy prawie kilometr do Federacji Rosyjskiej (dawniej ZSSR). Ponieważ Lucia jest Rosjanką to jej ziomale słysząc płynną rosyjską mowę poradzili nam, abyśmy zawrócili z terytorium Federacji i wrócili do Polski. Wszystko odbyło się grzecznie i bez jakichkolwiek perturbacji, ale jak byłoby, gdyby sołdaty nie napotkali krajanki to tego do dzisiaj nie wiem. Może wtedy była odwilż i byli mniej wrogo nastawieni niż obecnie?
Faktem jest, że była to niezapomniana przygoda.
Poniżej zdjęcie z Piasków po powrocie z owej wyprawy na obce terytorium.
Zazwyczaj robimy wiele zdjęć i potem rzadko je oglądamy, ale zdarzają się nam w tej powodzi obrazków takie, które z przyjemnością oglądamy i do których wracamy.
Poniżej jedno z takich zdjęć. To zdjęcie wykonałem w październiku 2015 roku w bydgoskim Myślęcinku i często lubię je oglądać.
Prawdziwe poczucie szczęście jest poza kadrem poniższego zdjęcia, które jest tylko jego tłem. W głębi na wprost przyszła ulica Okoniowa i ulice przyległe, a po prawej sad z czereśniami, jabłoniami i śliwami, miejsce wspaniałych pikników sąsiedzkich pełnych muzyki, śpiewów i niesamowitych dyskusji, o jedzeniu i piciu nie wspominając.
| Fragment naszego ogrodu |
| Przyszła Okoniowa i jej okolice. |
"Praworządność to cnota ludzi leniwych i pozbawionych wizji"
Jo Nesbo "Wybawiciel"
Ich trzy firmy wymagały coraz więcej uwagi, czasu i pracy. Zaczęło się okazywać, że nie może każdy z z trójki wspólników zajmować się wszystkim. Pomału, raczej w naturalny sposób niż na skutek jakiś specjalnych ustaleń, dokonali podziału zadań. Bogusławowi przypadło głównie szukania nowych zleceń, załatwianie materiałów i rzecz najtrudniejsza, wyrywanie wręcz od inwestorów zapłaty za wykonane roboty. Michał zajął się głównie nadzorem nad robotami. Dla Leszka zostały głównie roboty papierowe, czyli umowy, kosztorysy, różne uzgodnienia, wystawianie faktur, rozliczanie wykonanych robót, pilnowanie księgowości oraz ich wzajemne rozliczenia. Nie trzymali się kurczowo tego podziału. Często te działania się uzupełniały i zazębiały. Czasami też jeden drugiego zastępował. Dochodziło jak to zazwyczaj bywa do różnych, ale raczej drobnych konfliktów i nieporozumień. Nigdy jednak nie kłócili się o pieniądze. Głównym ich zmartwieniem było to tak podzielić roboty pomiędzy swoje trzy budowlane firmy, których byli właścicielami, aby zapłacić jak najmniej podatków i żeby jak najwięcej zostało dla nich.
Wymyślali gratyfikacje za jakieś fikcyjne porady, nadzór nad robotami, udział w posiedzeniach rady nadzorczej ich spółki i inne tego typu zajęcia. Pan Jan, doświadczony księgowy, mocno tych nowych biznesmenów próbował hamować w tych naprawdę nowatorskich i rzec można czasami nawet bezczelnych postępowaniach, ale to był taki czas, że tylko w ten sposób można było osiągać realne sukcesy. Dzięki temu sporo wpływało do kieszeni całej trójki rzemieślników.
Tak im mijał rok 1988 i dzięki swoim niewątpliwym materialnym sukcesom, oraz na skutek ogromnego codziennego zaangażowania w działalność swoich firm nawet nie za bardzo interesowali się politycznymi i gospodarczymi zmianami jakie w szybkim tempie zaczynały się dokonywać. Z oddali słuchali tylko emocjonalnych dyskusji o „popiwku”, czy podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń. Czyli tego co stworzył pseudodemokratyczny schyłkowy socjalizm dla ratowania tego czego już uratować nie było można. Ten podatek to była jednej z największych bzdur schyłkowego socjalizmu. Przy wspaniałych kolacyjkach w Orbisie, albo w Octowni śmiali się z „chrupiących bułeczek” ministra Krasińskiego. Z ogromnym powątpiewaniem słuchali wystąpień premiera Rakowskiego. Zazdrościli zaś tylko ministrowi Mieczysławowi Wilczkowi, który był wówczas symbolem autentycznego sukcesu.
Jednak tak naprawdę to najbardziej obchodziły ich sprawy bezpośrednio dotyczące tego co miało coś wspólnego z działalnością jaką prowadzili. A były to na przykład nowe przepisy, dotyczące wyceny robót budowlanych, wydane przez Ministerstwo Finansów, a zinterpretowane na korzyść rzemieślników przez Centralny Związek Rzemiosła. Można by tak dalej pisać o tamtych chwilach, ale pewnie nikt już by dalej tego nie czytał.
Te ponad półtora roku ich dotychczasowej wspólnej działalności było najlepszym okresem w całej wspólnej, wieloletniej działalności. Było spontaniczne, było pełne sukcesów i związanych z nimi powodzeniami wszelakimi. A mieściło się w tym i wielu bardzo miłych chwil, często pełnych pozytywnych zmian i różnych niespodzianek.
Zdarzają się w życiu człowieka takie chwile, w których chciałby zatrzymać czas. Pragnąłby, aby trwały one już zawsze. Chciałby w nich pozostać i już nigdzie nie iść. Może to być widok mieniącej się niesamowicie wody jeziora, pomarszczonej lekkim wiatrem, w świetle zachodzącego słońca. Może to być chwila z kimś najbliższym. Może to być wielka satysfakcja z osiągnięcia jakiegoś bardzo upragnionego celu. Może to być wiele różnych wspaniałych, indywidualnych przeżyć. Te pierwsze, wspólne prawie dwa lata Bogusława, Michała i Leszka były takim długim wspaniałym momentem życia. Jednak jak to zwykle bywa, człowiek nie potrafi docenić takich chwil. To uświadomienie przychodzi zazwyczaj za późno. Niepokój i potrzeba dalszych zmian gna go w niepojęty sposób zaraz dalej i dalej. I chociaż często obawia się, że tam dalej może nie być wcale lepiej to jednak nie potrafi się zatrzymać. Nie potrafi cieszyć się tą chwilą i najczęściej nie potrafi jej docenić. Tak też było z nimi. Swoisty niepokój, potrzeba dalszych jeszcze większych sukcesów, ambicje, rywalizacje i czort wie co tam jeszcze gnały ich na nieznane lub mało znane im drogi. Pomysł gonił pomysł. Pomału zaczynał się inny etap wspólnej działalności.
Ale o tym już w następnym rozdziale.
Taka moja mała lub nawet większa refleksja przed napisaniem kolejnego odcinka.
Coraz trudniej mi wracać do przeżyć sprzed ponad trzydziestu lat i coraz trudniej przypominać mi sobie tamte wydarzenia. Pamięć płata figle, a i bystrość umysłu jest coraz bardziej ograniczona. Staram się i dlatego proszę ewentualnych czytelników tych moich wypocin o dużą wyrozumiałość.
Odcinek - 33
W częściowej realizacji tego zamiaru, czyli zamiaru utworzenia dużej budowlanej
firmy wielką rolę odegrał pan Marian Górny. Pan Marian, niepozorny szczupły
szatyn, niczym szczególnym oprócz stanowiska, które piastował się nie
wyróżniający był wówczas inspektorem nadzoru nad wszystkimi robotami w ich
branży. Inspektorem na największym wówczas placu budowy w regionie czyli w
Nowym Fordonie. Przez jego ręce, jakbyśmy powiedzieli, przechodziły ogromne
pieniądze. Bez jego podpisu niemożliwa była zapłata jakiejkolwiek faktury za
wykonane w jego branży roboty w całym Nowym Fordonie.
Już przy pierwszych niewielkich robotach jakie ongiś wykonali we Fordonie udało
się im uzyskać u pana Mariana dobrą markę. Co zaowocowało kolejnymi
zleceniami. Jednak ich otrzymanie nie było wcale proste, a także zostało
obwarowane przez inwestora kilkoma zasadniczymi warunkami. O tych warunkach
później.
Minął miesiąc od wznowienia współpracy z panem Górnym i jego firmą. Pod koniec
miesiąca zakończyli roboty przy wykonywaniu już dużo większego zlecenia niż to,
które wykonywali kiedyś. Z tej okazji cała trójka razem wraz z panem inspektorem
udała się świętować zakończenie tych robót.
Poszli na, jak się później okazało, na wspaniały wieczorny obiad do najbardziej
prestiżowej restauracji w Bydgoszczy czyli do Orbisu. Rozsiedli się w sali
kolumnowej jak stali bywalcy, Bogusław skinął na znajomego kelnera i zaczęli
zamawiać. Tradycyjnie zaczęli od kremu ze szparagów, potem fantazja szefa, a po
niej wędzony łosoś i oczywiście grzanki z kawiorem. Wszystko pod rytmicznie
wznoszone toasty zmrożoną czystą. Najedli się i napili do syta, a nawet pewnie
więcej, i mając już całkiem, jak to się mówi, dobre humory rozpoczęli szczerą i
poważną rozmowę z panem inspektorem o kolejnych zleceniach. Pan Marian
wydawałoby się, że już dobrze zawiany okazał się jednak bardzo czujny i pewnie
dzięki wypitemu alkoholowi w pewnym momencie powiedział do panów
biznesmenów - panowie nie czarujmy, co będziemy kluczyć i kombinować, powiem
wprost - sami wiecie jak jest - wy chcecie żyć i ja chcę żyć i mój szef też chce żyć,
ale nikt nie dodał, że dobrze żyć.
Macie dużą szansę na otrzymanie następnych znacznie większych zleceń na roboty niż te, które wykonywaliście dla nas do tej pory, ale drugi raz powiem bez owijania w bawełnę, będzie to was kosztowało pięć procent ich całej wartości. Zapłacicie je na moje ręce, ale dopiero po otrzymaniu pieniędzy za wykonane roboty. Ja myślę, że uczciwie stawiam sprawę. Będzie cały czas wiadomo co i jak. Nie będziecie musieli robić podchodów, prowadzić dziwnych dyskusji i wymyślać Bóg wie co. Z mojej strony mogę wam obiecać, że zrobię wszystko, żebyście za dużo nie stracili na takim rozwiązaniu. Oczywiście dla zasady próbowaliśmy się targować. Najpierw padła z ust Leszka kwota trzech procent, którą Bogusław, po zapadłej w tym momencie chwili milczenia, zwiększył do czterech procent. Jednak Marian, gdyż zdążyliśmy już wypić brudzia, powiedział - dajcie spokój co to dla was te głupie pięć procent, które na dodatek wam wyrównam, nie ma co gadać, dobrze to przemyślałem i policzyłem, mniej być nie może, najwyżej więcej. Trochę udając niezadowolenie zgodzili się. A tak prawdę mówiąc właśnie na taka propozycję i na takie rozwiązanie z góry czyli i nie była już to dla nich żadna niespodzianka.
Po tych ustaleniach Bogusław pstryknął na kelnera, a gdy ten podszedł powiedział - Bogdan dawaj tu zaraz szampana, musimy czymś porządnym oblać dobry interes. Ale jaki ma być ten szampan, panie prezesie, zapytał kelner. Jak to jaki, dobry i mocno zimny, odpowiedział Bogusław. Już się robi panie prezesie. Po chwili kolejny raz, pili tym szampanem brudzia, a Bogusław tradycyjnie roztaczał przed Marianem wizje wielkich wspólnych biznesów. Pan inspektor się rozczulił i także zaczął obiecywać ogromne zlecenia. I tak to we wzajemnej komitywie, przy dobrych humorach, wspaniałym jedzeniu i jeszcze lepszym piciu, zawarli jeden z najkorzystniejszych kontraktów w całej karierze ich budowlanej firmy. Roboty u tego inwestora wykonywali przez parę lat i dosłownie rzec można, że wykopali z ziemi góry kasy.
Jak już pisaliśmy - od tego wspaniałego wieczora zleceń we Fordonie zaczęło im przybywać. Ich firmy się rozrastały, a oni zarabiali coraz więcej. Już po paru miesiącach doświadczenie zdobyte na robotach w Fordonie zaczęli wykorzystywać, przeważnie z dobrym skutkiem, przy szukaniu nowych zleceń i zawieraniu nowych umów. Po półtora roku pracy na swoim poznali lepiej mechanizmy działania tego specyficznego rynku. Dzięki temu weszli na budowy w Bydgoskiej Fabryce Kabli, bydgoskim Spomaszu, wykonywali roboty w Janikowie i Inowrocławiu. Ich obroty rosły. W ciągu roku ich miesięczna wartość wzrosła dziesięciokrotnie. Rozpoczynając roboty we Fordonie, zaczęli szukać miejscowych dostawców niektórych materiałów, takich jak beton, kręgi betonowe, czy pokrywy studzienek rewizyjnych i to dlatego, że transport tych materiałów był bardzo kosztowny, a nieliczne firmy transportowe jak na przykład Transbud czy bazy transportowe niektórych budowlanych firm państwowych były bardzo kosztowne i delikatnie mówiąc, bardzo chimeryczne, niesłowne i działały byle jak często uszkadzając materiał w czasie transportu.
W ten sposób trafili do rodzinnej firmy „Grabowski”. Mieściła się ona przy niewielkim domu jednorodzinnym, na obrzeżach starego Fordonu, a prowadzili ją ojciec z dwoma synami. Już po paru miesiącach kupowali w tej firmie bardzo dużo materiałów z przewozem których nie mieli kłopotów bo ich budowy znajdowały się niedaleko wytwórni i zawsze znaleźli amatorów z firm państwowych, którzy w godzinkę zarabiali na boku niemałe dla nich kwoty.
Poznali też dobrze jej właścicieli. Jednym z nich, starszy z braci był Wojtek Grabowski znany bydgoski opozycjonista, uczestnik słynnych zajść na sesji Rady Miejskiej w marcu 1981 roku, które to wypadki omal nie doprowadziły do strajku generalnego w Polsce. Wojtek, był jednym z najbardziej pobitych wówczas przez milicję, uczestnikiem tych wydarzeń. Okazał się być niesamowicie sympatycznym, uczynnym i solidnym partnerem w ich wspólnych interesach. Pierwsza wizyta Michała i Leszka w firmie panów Grabowskich miała miejsce w bardzo chłodny kwietniowy dzień. Wojtek przyjął panów biznesmenów w skromnym pokoju mieszkalnym, które udawało biuro. O tym, że to było biuro świadczyła obecności w nim starego, wielkiego zniszczonego biurka, zawalonego nieomal całkowicie różnymi papierami, ale były tam też na owym blacie biurka betonowe próbki, było jedzenie, odzież i wiele jeszcze innych rzeczy. W trakcie tych pierwszych negocjacji cenowych Michał i Leszek, siedzieli na metalowym chwiejącym się łóżku i strasznie przemarznięci pili z musztardówek gorzką herbatę Ulung. Z czasem ich współpraca się bardzo dobrze rozwinęła. Później dzięki Wojtkowi poznali wiele ciekawych osób nie tylko z opozycji.
Kończył się bardzo udany rok 1988. Leszek jeszcze rok temu nie miał pojęcia, że tak dobrze może być, że tak szybko można tyle osiągnąć i tyle zarobić. To był dla niego swoisty szok. Ten szok spowodowany przede wszystkim materialnymi sukcesami spowodował także zawirowania w jego życiu rodzinnym. W połowie jesieni zaczął myśleć o kupnie lepszego samochodu. Tym razem zdecydował się na kupno używanego, japońskiego auta – Daichatsu Charade. Kupił to auto z ogłoszenia. Po wstępnym, telefonicznym uzgodnieniu ceny, która miała wynosić cztery i pół tysiąca dolarów. Umówił się z właścicielem na sfinalizowanie transakcji. Pojechali taksówką z żoną i córką do ładnego jednorodzinnego domu na bydgoskich Bartodziejach. Przy bramie, w trakcie obszczekiwania i obwąchiwania przez dwa duże psy, powitał ich wysoki tęgi mężczyzna z podobną do siebie żoną. We wnętrzu domu, aż kipiało od mosiądzu, skór i kryształów. Jak się w trakcie załatwiania formalności okazało, właściciel kupił w Peweksie ten samochód dwa lata wcześniej za taką samą kwotę jakiej zażądał od Leszka. Pomimo półgodzinnej dyskusji o cenie w żaden sposób nie chciał opuścić ani centa. Ciągle podkreślał ilu to ma chętnych na ten samochód. W jakim jest on dobrym stanie i jaka to dla potencjalnego nabywcy super okazja. Przy tym chwalił się swoją pozycją i znajomościami oraz wyraźnie dawał odczuć swoją wyższość. Po prostu okazał się być zadufanym, pewnym siebie, nowobogackim burakiem. Dużo nie brakowało, a nie doszłoby do sprzedaży, ale Leszek bardzo, jak się to mówi, był bardzo podniecony całą ta sytuacją, a ponieważ przybył, aby ten samochód kupić to i jakoś zdrowy rozsądek mniej funkcjonował bo już widział siebie jak tym samochodem jedzie do swojego domu. Dlatego też pomimo wszystko potrafił ścierpieć, nawet prawie dwugodzinne sprawdzanie przez lupę każdego dolarowego banknotu po zawarciu umowy sprzedaży.
W końcu wsiedli całą rodziną do nowego samochodu. Leszek Uruchomił silnik i ruszył, a wyjeżdżając z podwórka tego gbura, dodał gazu lecz niestety uczynił to tak samo jak to robił dotychczas w swoim maluchu (Fiat 126 P), a tutaj auto zamiast normalnie mułowato ruszyć do przodu to wyrwało się do owego przodu jak szalone i dosłownie tylko niewielu centymetrów zabrakło, żeby od razu Leszek nie rozbił auta o słupek od bramy wjazdowej na buraczaną posesję.
Ale szczęście tym razem mu dopisało i jakoś bezpiecznie dojechali na parking pod ich blokiem. Ten japoński samochód, z najmniejszym wówczas na świecie wśród osobowych aut, silnikiem wysokoprężnym, spalającym niecałe cztery litry oleju napędowego na sto kilometrów, okazał się bardzo wdzięcznym i świetnym samochodem. Przez półtora roku, kiedy to był w Leszka posiadaniu, spędził on i jego rodzinka w nim wiele wspaniałych chwil. Byli tym samochodem i w Leningradzie i w Paryżu i we wielu innych miejscach. Cudowne były te podróże, które odbyli tym niewielkim, ale niezawodnym i bardzo ekonomicznym samochodem.
Niedługo potem jak Leszek zakupił Daichatsu, stał się również współwłaścicielem innego samochodu. Był to mercedes, popularnie zwany beczką. Kupili go wspólnie we troje. Ich coraz dalsze i liczniejsze budowy rozpoczynane, a to w Wydartowie koło Mogilna, a to w Ogorzelinach koło Chojnic, w Gamerkach koło Ostródy, w Janikowie, Toruniu, Inowrocławiu i innych miejscowościach, zmuszały do ciągłego jeżdżenia do tych miejsc. Jeździć musieli na negocjacje do inwestorów, których siedziby mieściły się i kilkaset kilometrów od Bydgoszczy. Jeździć musieli kontrolować budowy. Jeździć musieli w celu zdobywania (nie kupowania) materiałów budowlanych i potrzebnego sprzętu. Jeździć musieli we wielu innych sprawach.
Do tej pory jeździli swoimi samochodami, ale powstawały drobne nieporozumienia co do rozliczania paliwa, zużycia samochodów, były dyskusje kto jeździ więcej, kto mniej. Żeby tego w przyszłości uniknąć postanowili kupić porządny, służbowy samochód. Przez prawie miesiąc chodzili po różnych komisach, giełdach samochodowych i oglądali samochody z ogłoszeń prasowych. Doświadczeni nauczką z nieszczęsnym Żukiem dieslem szczególnie dokładnie oglądali różne samochody w tym i kilkanaście Mercedesów wystawionych w komisie przy ulicy Kaszubskiej w Bydgoszczy. Byli tam kilkakrotnie. Za każdym razem podchodziło do nich dwóch młodych mężczyzn i z wielkim znawstwem i przekonaniem zachwalało im zalety tych samochodów. Ale cały czas przypominała się im wspomniana fatalna wpadka z tym dostawczym Żukiem i dlatego byli już znacznie ostrożniejsi. Po długich dyskusjach i obejrzeniu dziesiątek różnych samochodów ich wybór padł na żółto-pomarańczowego mercedesa 240D. ten samochód znaleźli w skromnym, posiadającym ledwie parę samochodów, komisie przy ulicy Horodelskiej. Stał sobie z boku, nikt go im specjalnie nie zachwalał, kolor jego był paskudny i ogólnie nie robił najlepszego wrażenia. Lecz jak się później okazało oprócz tego paskudnego koloru posiadał już tylko same zalety. Miał otwierany (szyberdach) dach, silnik wysokoprężny spalający około ośmiu litrów oleju napędowego na sto kilometrów, prowadził się wspaniale, było w nim dużo miejsca i to na przewiezienie kilku pracowników czy to na przewiezienie drobnych materiałów lub czy niewielkiego sprzętu. Samochód bardzo im się spodobał i jak się potem okazało był to dobry wybór'
Byli z niego zadowoleni. Służył im prawie dwa lata, aż do chwili, gdy (jak się potem okazało - niby) ich zaufany pracownik Zdzisław Pająk, jadąc tym Mercedesem nie spowodował wypadku. Sam wypadek nie był groźny, ale mocno ucierpiał przód samochodu i parę jego mechanizmów. Po tym wypadku oddali Mercedesa do naprawy do zaprzyjaźnionego mechanika, jednak głównie z powodu braku części naprawa trwała parę miesięcy. W tym czasie pozamieniano w nim, dużo różnych części na gorsze (taka ówczesna praktyka) i samochód po owej "naprawie" już tak nie jeździł jak przed wypadkiem. Ciągle się coś w nim psuło i wreszcie, z ogromnym żalem, byli zmuszeni go sprzedać. Piszemy tak dużo o tych samochodach, ponieważ były to ich pierwsze naprawdę duże zakupy i mocno je przeżywali. Wydali na nie ogromne, jak na nich i na ten czas, pieniądze i pewnie głównie dlatego wydarzenia te mocno pozostały w ich pamięci.
UE nakazuje nam zamknąć kopalnię Turów (ok. 7% produkowanej w Polsce energii). Nakazuje nam zaniechać reformy posocjalistycznego sądownictwa, które nigdy po 1989 roku nie zostało zlustrowane i które zawsze samo się wybierało, osądzało i miało się za nadzwyczajną kastę ludzi w naszym społeczeństwie. Co zresztą trwa do dzisiaj. UE w osobie wiceprezes TSUE, Hiszpanki nie mającej wielkiego pojęcia w temacie sprawy, ale tylko sugerowanej politycznymi przesłankami, wydaje wyroki i obciąża nas karami bez podstaw prawnych i wbrew zawartym traktatom. Przypominam wycinkę w Białowieży, czy obecną ocenę sytuację na granicy z Białorusią. Przypominam o nieokreślonym przekraczaniu zasad samorządności, które to zasady praktycznie nie istnieją, ale są zawsze tylko i wyłącznie przedmiotem bieżącej interpretacji konkretnych urzędników UE powodowanych tym czego możemy się domyślać.
Dla każdego normalnie, nie oczadzonego przekazem TVN-24 jest oczywistym, że ta polityka UE zmierza do maksymalnego przywrócenia poddaństwa Polaków starym krajom rządzącym UE, które to poddaństwo zaczęło się realnie zmniejszać. Nawet fakt, że 80% środków UE wraca do krajów starej Unii ich nie zatrzymuje bo nie może jakiś tam "polaczek" fikać nam wielkim. Nie ma prawa się z nami porównywać bo co to za demokracja w tej Polsce? To rządy ciemnogrodu, mocherów i katoli. A tego postępowa UE tolerować nie będzie.
Mógłbym więcej napisać, ale nie widzę sensu. Sensu nie ma dlatego, że tutaj nie chodzi o gospodarkę, prawa, traktaty czy o logikę, realizm, albo poprawę losu całego narodu. Tutaj chodzi o powrót do koryta. O wpływ na podział środków z UE. Powrót do tego co się działo przed 2015 rokiem.
Dlatego UE inspirowana tymi co pragną wrócić do koryta w swojej ignorancji i w swoich libertyńskich przekonaniach ukarze wszystkich Polaków tylko po to, aby garstka targowiczan osiągnęła swój cel.
Nie chcę być prorokiem, ale sądzę, że zmierzamy do modelu takiego, w którym podważonych zostanie wiele wartości i fundamentów naszego państwa, gdyż innej drogi do jego sanacji nie ma.
I tylko napiszę to co twierdzili już starożytni Egipcjanie :
"Wielkość i szczęście kraju zależą od cnót jego sędziów"
Więcej: https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2014/05/cytaty-znane-i-nieznane-25.html
Niedowiarkom polecam piątą serię amerykańskiego serialu pod tytułem "Sprawa idealna", a szczególnie odcinek 9, w którym sędzia nowego typu sądu nijaki Wackner wypowiada credo dotyczące zasad nowej sprawiedliwości. Zasad, które popierają coraz szersze rzesze tak zwanych zwyczajnych Amerykanów. Oczywiście to tylko serialowa rzeczywistość, która jest jaka jest, ale warto się nad nią zastanowić bo może to przyszłość całkiem realna i całkiem nieodległa.
Warto wspomnieć, że V sezon wyprodukowano w 2021 roku, a jego twórcami jest Netflix, zdecydowanie sprzyjający amerykańskim demokratom.
Podbydgoska gmina Osielsko rozwija się bardzo dynamicznie i to pod każdym względem. Dzisiaj jeden z przykładów tego rozwoju.
Na poniższych zdjęciach widzimy jedną z głównych ulic Maksymilianowa czyli ulicę Jagodową. Przed przebudową i po niej.
Takich ulic każdego roku powstaje w gminie Osielsko wiele, ale nie jest moim celem dokumentowanie zmian, ale tylko pokazanie niektórych z nich.
Ulicę Jagodową pokazuję dlatego, że codziennie z niej korzystam ponieważ w jej pobliżu mieszkam.
![]() |
Dzisiaj |
W maju 1988 roku rozpoczynałem moją przygodę z tenisem ziemnym na kortach przy ulicy Markwarta w Bydgoszczy. Poniżej jedno z pierwszych moich zdjęć na tych kortach:
W grudniu 2020 roku wykonałem kilka zdjęć tych samych kortów tenisowych przy ulicy Markwarta w Bydgoszczy i zamieściłem tych kilka zdjęć na moim blogu pod poniższym linkiem:
https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2021/01/bydgoski-wstyd.html
Jakież było moje zdziwienie, gdy w lipcu 2021 roku zobaczyłem, że korty znowu kwitną, są zrewitalizowane i nadal służą bydgoszczanom. Pewnie nie ma tym żadnej mojej zasługi, ale ta zmiana bardzo mnie cieszy.
:
Dzisiaj na boisku w Żołędowie odbyło się święto gminy Osielsko powiązane z obchodami XXX-lecia samorządów w III RP ( wypadała ta rocznica rok temu, ale dopiero teraz z wiadomych względów mogła się publicznie odbyć)
Na początku były podziękowania dla byłych i obecnych samorządowców. Później wręczenie rocznicowych statuetek i okolicznościowych prezentów dla byłych i obecnych radnych oraz dla gminnych oficjeli.
Były zabawy, występy uczestniczek studia piosenki z Gminnego Ośrodka Kultury w Osielsku.
W finale tego święta wystąpiła Kasia Kowalska wraz ze swoim zespołem.
Występ był niesamowicie dynamiczny i energetyczny, a piosenkarka śpiewała super wzbudzając aplauz licznie zgromadzonej widowni, a także tańce pod sceną i wspólne śpiewy.
Bardzo udany, trwający ponad półtorej godziny, koncert.
Poniżej kilka zdjęć i filmik z tej potrzebnej i udanej imprezy.
![]() |
| Też otrzymałem wspomnianą statuetkę |
![]() |
| Kasia Kowalska z zespołem |
![]() |
| Koncert oglądałem w towarzystwie dwóch koleżanek radnych - Danki (z lewej) i Lucyny, |
![]() |
| Takiej frekwencji na gminnej imprezie w gminie Osielsko jeszcze nie widziałem. |
Pięknie zaczął się wrzesień tego roku. Nie za gorąco, słonecznie, prawie bezwietrznie. Kolory przyrody coraz intensywniejsze w przejrzystym powietrzu. Dobry i zdrowy czas.
![]() |
| Mimozami (a właściwie nawłociami - nie pasowały Tuwimowi do rytmu wiersza) jesień się zaczyna |
![]() |
| Przydałoby się sprzątnąć wokół kamiennego kręgu i przy piramidzie energetycznej. Przydałaby się też nowa informacja o kręgu i piramidzie bo stara zniknęła. Ogród botaniczny na myślęcińskiej górce. |
![]() |
| A w lesie? |
![]() |
| Grzyby |
![]() |
| I to nawet rosną na drzewach. |