środa, 18 sierpnia 2021

Bogusław - odcinek 32

 Poprzedni odcinek


Odcinek 32

Wreszcie przyszła wiosna, a wraz z nią nastały dla naszych rzemieślników, a teraz coraz częściej nazywanymi biznesmenami, naprawdę dobre czasy.  Bogusław akurat skończył definitywnie pierwszy etap robót w Inowrocławiu i skasował ogromne pieniądze.  W połowie maja kupił sobie w Pewexie za siedem i pół tysiąca dolarów przepiękną srebrzystą Toyotę  Corollę.   Jak podjechał po raz pierwszy tym ślicznym samochodem pod biuro firmy to pan Janek ich główny księgowy, starszy doświadczony gość, powiedział - Panie Bogusławie co pan zrobił, przecież jak urzędnicy skarbowi dowiedzą się ile pieniędzy wydał pan na ten samochód, a życzliwych co doniosą, sam pan wie, nie brakuje, to was pozamykają, a pewnie i do mnie jeszcze się dobiorą.  Ale pan zrobił głupotę.  Samochód jest wspaniały, ale to nie czasy, żeby ludzi kłuć w oczy takim luksusem.  Dzisiaj z perspektywy czasu przyznać trzeba, że pan Janek miał trochę racji.  Niestety ale wtedy tylko żartowali sobie i śmiali się z obaw głównego księgowego.  Zresztą wkrótce, bo już po niecałym miesiącu zdarzyło się coś bardzo przykrego, co być może wyszło im na dobre.  Jednego dnia w połowie czerwca Leszek z Bogusławem za kierownicą jechali sobie ulicą Krasińskiego, jechali tą Toyotą przepiękną jak strach, jak sobie, zgodnie ze słowami znanej piosenki, żartowali.  Jechali lewym pasem, nagle na wysokości ulicy Libeltta z całej siły w przód Toyoty od pasażera strony, uderzył stary zdezelowany Żuk.  Później kierowca tego Żuka, który jechał prawym pasem i nagle skręcił w lewą stronę, tłumaczył się, że w ostatniej chwili  przypomniał sobie, że ma skręcić w lewo w ulicę Libeltta, a Toyoty jakoś nie zauważył.  Zdemolował on okrutnie przód, z prawej strony, tego nowego wspaniałego samochodu.  Trzeba przyznać, że Bogusław przyjął to zdarzenie dosyć spokojnie.  Przechodnie na ulicy widząc co się stało, głośno żałowali tego samochodu, myśląc że to auto miss Polski, gdyż parę dni wcześnie nowo wybrana miss otrzymała akurat taki sam i tego koloru samochód, jako główną nagrodę.  Już po jakiejś pół godzinie przyjechała milicja i zrobiła się wielka afera bo facet od Żuka nie chciał się zgodzić, że to jego wina.  I chociaż wszystko o tym świadczyło, że tak było to on wykrzykiwał, że Toyota jechała za szybko i on uważał, że jeszcze zdąży skręcić z prawego pasa w lewo.  Na szczęście  milicjanci byli kumaci i nie dali sobie wcisnąć opowiastki właściciela Żuka.  Wreszcie po około godzinie sprawdzania dokumentów, jałowych dyskusjach i spisaniu przez milicjantów wszystkiego co spisać musieli załatwili formalności z milicją.  Milicja poleciła im wezwać kogoś lub wynająć taksówkę lub bagażówkę wziąć samochód na hol i odholować w bezpieczne miejsce ten teraz już dużo mniej piękny samochód.  Jednak oni odczekali, aż milicyjny Polonez zniknie im z oczu po czym wsiedli do Toyoty, którą można było jechać chociaż część uszkodzonego błotnika trochę haczyła o koło i  podjechali tym zniszczonym autem ich biuro znajdujące się raptem kilkaset metrów od miejsca wypadku.  Gdy podjeżdżali to akurat w tym momencie do biura wchodziła żona Bogusława - Maria, jak zobaczyła co się stało to stanęła jak wryta i krzyknęła z wielką rozpaczą w głosie - Jezus Maria, Boguś zmarnowałeś dorobek całego naszego życia.  I chodząc, ogromnie wzburzona, wokół samochodu wielokrotnie to powtarzała.   W pewnym momencie Bogusław już nie wytrzymał i krzyknął - Marysia przestań odpierdalać szopkę.  Marię zamurowało, ale już po chwili się trochę uspokoiła.  Z wielkim przejęciem Leszek opowiedział jej co się stało, a ona w tym czasie tylko co chwilę powtarzała - co my teraz zrobimy, co my teraz zrobimy?  Dopiero jak Bogusław drugi raz ostro do niej powiedział - nie rób z siebie idiotki, to tylko kupa złomu, naprawi się i wszystko będzie jak trzeba, to się trochę uspokoiła, przestała głośno rozpaczać, a tylko coś cicho mruczała.  Wreszcie jeszcze wzburzona, ale już jakby trochę mniej poszła do swoich rodziców mieszkających nad biurem ich firmy.

Jednak później naprawa „tego złomu” w podwarszawskim Mysiadle, gdzie był wówczas, jedyny autoryzowany serwis Toyoty w Polsce, trwała prawie pięć miesięcy.  Z czego ponad cztery to było oczekiwanie na sprowadzenie z Japonii, potrzebnych części.   Być może fakt, że jak przez te pięć miesięcy nikt nie widział tego nietypowego, jak na tamte czasy auta, a może też cieszył się z nieszczęścia Bogusława, spowodował, że nikt nikomu niczego nie doniósł.   W każdym razie, na ich szczęście, żaden urząd skarbowy i inna instytucja nie zainteresowały się tym zakupem.  

Niestety ten wspaniały okres nie trwał zbyt długo.  Już w połowie roku zaczęło się sporo problemów.   Największym zmartwieniem nowych biznesmenów, oczywiście oprócz powszechnego braku materiałów budowlanych, chociaż z zupełnie  innych powodów niż obecnie, były ogromne opóźnienia w otrzymywaniu zapłaty za wykonane prace.  Na pieniądze trzeba było czekać miesiącami.  Biurokracja szerzyła się jeszcze wówczas na dobre. Ogromna ilość wymaganych podpisów i pieczątek, ciągły brak pieniędzy u uspołecznionych inwestorów, faworyzowanie firm państwowych, nieufność i szczegółowe kontrolowanie wszystkiego co nie było państwowe to były główne powody tych wielkich opóźnień.  Najgorzej płacił ich główny wówczas zleceniodawca, czyli Urząd Miejski.  Z drugiej zaś strony był to płatnik najsolidniejszy, bo chociaż płacił późno to jednak nie było żadnego ryzyka, że nie zapłaci w ogóle.  Tak samo było z kolejarzami.

W przypadku Urzędu Miejskiego z finansowej opresji firmę ratował Bogusław.   Miał on niesamowite, wprost aktorskie zdolności i chociaż często przekraczał nawet granice bezczelności lub śmieszności to jednak prawie zawsze osiągał cel.  Wchodził pewnym i zdecydowanym krokiem z odpowiednimi akcesoriami i z szerokim uśmiechem na ustach do biura w urzędzie.  W takim biurze siedziało przeważnie kilka pań, strasznie czymś zajętych, nie miały one czasu, ani cierpliwości dla jakichkolwiek interesantów, a już najmniej dla takich co przychodzili po pieniądze.  Bogusław podchodząc do któreś z pań i całując ją w rękę zawsze miał dla niej dużo komplementów i innych miłych zachowań.  Na przykład zaczynał tak - ale pani dzisiaj ślicznie wygląda pani Basiu, niczym ta wczorajsza miss, ja to bym się z panią od razu umówił, ale pewnie pani by nie chciała.  Mówił to bardzo poważnym tonem i z ogromnym przejęciem, bez śladu fałszu, czy ironii,  do czterdziestokilkuletniej kierowniczki referatu  finansowego.  A tutaj dla miłej pani Basi, żeby osłodziła sobie te chwile ciężkiej pracy,  czekoladka – dodawał.  Jak doszedł do kierowniczki działu finansowego, która urzędowała w pokoju obok, ale z wejściem tylko przez to biuro z paniami, to rzucał kolejne jeszcze śmielsze stwierdzenia, typu - pani kierowniczka jest dopiero wspaniałą kobietą, żeby takie były wszystkie panie to jaki ten świat byłby piękny.  Ten pani mąż to dopiero szczęściarz.  Jak ja mu zazdroszczę. I tak przez pięć, dziesięć minut mówił do kierowniczki swoim tubalnym, przekonującym, przyjemnym głosem, pełnym słodyczy i skupiającym w jakiś magnetyczny sposób uwagą kierowniczki .  Po czym wyjmował ze swojej eleganckiej teczki butelkę dobrego trunku i podając pani Marii, szefowej od finansów, dodawał - pani Mario pani tak się w tym biurze denerwuje i spala, że w domu ten kieliszeczek dobrego koniaku na pewno pani dobrze zrobi.  Ależ nie trzeba panie Bogusławie, to naprawdę zbędne, bo uczciwie panu powiem, że w przyspieszeniu wypłaty pieniążków to i tak nic nie pomoże, gdyż to nie zależy tylko ode mnie.  Ależ pani Mario tutaj chodzi tylko o prawdziwą sympatię do pani i pani pracy, ja tutaj nie mam nic innego na myśli.  Wiem dobrze, że gdyby pani mogła to by nam pani puściła ten przelew.  I tak rozmawiając w tym duchu, po kolejnych paru minutach Bogusław żegnał się z paniami znowu całując każdą w rękę i dodając parę miłych słów.  A pieniądze już po tygodniu zamiast po dwóch miesiącach, były na ich koncie.  Miał Bogusław cały arsenał sposobów na „Miłe panie”.   Jednego razu przyszedł do pani Basi, która zastępowała panią Marię i naopowiadał jej jakie to nieszczęścia spotkały ich na budowie.  Mówił, że na budowie przewróciła się koparka, poraniła pracownika, który jest w szpitalu.  Koparkę trzeba naprawić, pracownikowi zapłacić odszkodowanie, jeszcze raz wykonać tę samą pracę, a tutaj  nie ma pieniędzy, bo urząd nie przelewa.  Wszystko to się zdarzyło naprawdę tylko nie na ich budowie i do tego ponad rok temu.   Pani Basia ogromnie przejęta słuchała uważnie, po chwili powiedziała - jak jutro będzie kierowniczka to z nią porozmawiam o pana problemach panie Bogusławie, chyba coś zaradzimy.  I znowu za tydzień był przelew.  Innym razem Bogusław dowiedział się od kogoś, że pani Maria uwielbia zapach Chanel nr 5.  Kupił w Pewexie ten perfum i poszedł z nim do pani Marii, udając, że wie iż ma ona dzisiaj urodziny i z tej okazji chciał jej zrobić drobny prezent.  Oczywiście z urodzinami była nieprawda, ale perfumy zostały u pani Marii.   Takich i podobnych pomysłów Bogusław miał zawsze w zanadrzu wiele.  W zdecydowanej większości  przynosiły one sukces.  Nie było w tym jednak tej dzisiejszej pazernej, wszechogarniającej korupcji.  Były to miłe i drobne dowody wdzięczności.  Nie miały nic wspólnego z przekupstwem, a raczej urozmaicały trochę urzędnicze życie.

Z drobnymi objawami zjednywania sobie naszych inwestorów, dostawców i innych współpracowników, że się tak eufemistycznie wyrazimy,  z jednym, wszakże do tej pory  wyjątkiem dotyczącym sytuacji u strażaków, które trudno nazwać drobnym, mieli  często do czynienia.  Były to zjawiska ogromnie  dla nich uciążliwe i często bardzo kosztowne, ale naprawdę wielu spraw w tamtej rzeczywistości nie sposób było inaczej załatwić.  Chociaż, czy dzisiaj dużo się pod tym względem zmieniło?   Inne są tylko formy i nazwy, a w środku jest to samo.    Jednak dopiero jak uzyskali duże zlecenie na wykonywanie prac we Fordonie  to zostali praktycznie zmuszeni do płacenia regularnego swoistego haraczu.  W tej nowo budowanej olbrzymiej dzielnicy mieszkaniowej był ogromny front dla robót, w których się specjalizowali.  Chętnych jednak do ich wykonywania z dnia na dzień przybywało.  Konkurencja rosła, praktycznie w każdym miesiącu przybywało kilka nowych prywatnych firm budowlanych, które chętnie by ich zastąpiły.  Mieli chwilowo sporą nad nimi przewagę, wynikającą z naszych doświadczeń zawodowych i rocznej już praktyki pracy na swoim.  Coraz trudniej było jednak uzyskać nowe intratne zlecenia.  Dobrze rozwijała się tylko współpraca z kolejarzami, gdzie lata mojej poprzedniej pracy robiły swoje.  Jednak ich ambicje były  ogromne.  Chcieli stworzyć największą prywatną firmę budowlaną w regionie         


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię