piątek, 1 października 2021

Bogusław - odcinek 33

Poprzedni odcinek


Taka moja mała lub nawet większa refleksja przed napisaniem kolejnego odcinka.  

Coraz trudniej mi wracać do przeżyć sprzed ponad trzydziestu lat i coraz trudniej przypominać mi sobie tamte wydarzenia.  Pamięć płata figle, a i bystrość umysłu jest coraz bardziej ograniczona.  Staram się i dlatego proszę ewentualnych czytelników tych moich wypocin o dużą wyrozumiałość.

Odcinek - 33

W częściowej realizacji tego zamiaru, czyli zamiaru utworzenia dużej budowlanej

firmy wielką rolę odegrał pan Marian Górny.  Pan Marian, niepozorny szczupły

szatyn, niczym szczególnym oprócz stanowiska, które piastował się nie

wyróżniający był wówczas inspektorem nadzoru nad wszystkimi robotami w ich

branży.  Inspektorem na największym wówczas placu budowy w regionie czyli w

Nowym Fordonie. Przez jego ręce, jakbyśmy powiedzieli, przechodziły ogromne

pieniądze. Bez jego podpisu niemożliwa była zapłata jakiejkolwiek faktury za

wykonane w jego branży roboty w całym Nowym Fordonie. 


Już przy pierwszych niewielkich robotach jakie ongiś wykonali we Fordonie udało

się im uzyskać u pana Mariana dobrą markę. Co zaowocowało kolejnymi

zleceniami.  Jednak ich otrzymanie nie było wcale proste, a także zostało

obwarowane przez inwestora kilkoma zasadniczymi warunkami.  O tych warunkach

 później. 


Minął miesiąc od wznowienia współpracy z panem Górnym i jego firmą.  Pod koniec

miesiąca zakończyli roboty przy wykonywaniu już dużo większego zlecenia niż to,

które wykonywali kiedyś.  Z tej okazji cała trójka razem wraz z panem inspektorem

udała się świętować zakończenie tych robót.  

Poszli na, jak się później okazało, na wspaniały wieczorny obiad do najbardziej

prestiżowej restauracji w Bydgoszczy czyli do Orbisu.  Rozsiedli się w sali

kolumnowej jak stali bywalcy, Bogusław skinął na znajomego kelnera i zaczęli

zamawiać. Tradycyjnie zaczęli od kremu ze szparagów, potem fantazja szefa, a po

niej wędzony łosoś i oczywiście grzanki z kawiorem.  Wszystko pod rytmicznie

wznoszone toasty zmrożoną czystą.  Najedli się i napili do syta, a nawet pewnie 

więcej, i mając już całkiem, jak to się mówi, dobre humory rozpoczęli szczerą i

poważną rozmowę z panem inspektorem o kolejnych zleceniach.  Pan Marian

wydawałoby się, że już  dobrze zawiany okazał się jednak bardzo czujny i pewnie

dzięki wypitemu alkoholowi w pewnym momencie powiedział do panów

biznesmenów - panowie nie czarujmy, co będziemy kluczyć i kombinować, powiem

wprost - sami wiecie jak jest - wy chcecie żyć i ja chcę żyć i mój szef też chce żyć,

ale nikt nie dodał, że dobrze żyć. 


Macie dużą szansę na otrzymanie następnych znacznie większych zleceń na roboty niż te, które wykonywaliście dla nas do tej pory, ale drugi raz powiem bez owijania w bawełnę, będzie to was kosztowało pięć procent ich całej wartości. Zapłacicie je na moje ręce, ale dopiero po otrzymaniu pieniędzy za wykonane roboty. Ja myślę, że uczciwie stawiam sprawę. Będzie cały czas wiadomo co i jak. Nie będziecie musieli robić podchodów, prowadzić dziwnych dyskusji i wymyślać Bóg wie co. Z mojej strony mogę wam obiecać, że zrobię wszystko, żebyście za dużo nie stracili na takim rozwiązaniu. Oczywiście dla zasady próbowaliśmy się targować. Najpierw padła z ust  Leszka kwota trzech procent, którą Bogusław, po zapadłej w tym momencie chwili milczenia, zwiększył do czterech procent. Jednak Marian, gdyż zdążyliśmy już wypić brudzia, powiedział - dajcie spokój co to dla was te głupie pięć procent, które na dodatek wam wyrównam, nie ma co gadać, dobrze to przemyślałem i policzyłem, mniej być nie może, najwyżej więcej. Trochę udając niezadowolenie zgodzili się.   A tak prawdę mówiąc właśnie na taka propozycję i na takie rozwiązanie z góry czyli i nie była już to dla nich żadna niespodzianka.

Po tych ustaleniach Bogusław pstryknął na kelnera, a gdy ten podszedł powiedział - Bogdan dawaj tu zaraz szampana, musimy czymś porządnym oblać dobry interes. Ale jaki ma być ten szampan, panie prezesie, zapytał kelner. Jak to jaki, dobry i mocno zimny, odpowiedział Bogusław. Już się robi panie prezesie. Po chwili kolejny raz, pili tym szampanem brudzia, a Bogusław tradycyjnie roztaczał przed Marianem wizje wielkich wspólnych biznesów. Pan inspektor się rozczulił i także zaczął obiecywać ogromne zlecenia.  I tak to we wzajemnej komitywie, przy dobrych humorach, wspaniałym jedzeniu i jeszcze lepszym  piciu, zawarli jeden z najkorzystniejszych kontraktów w całej karierze ich budowlanej firmy.  Roboty u tego inwestora wykonywali przez parę lat i dosłownie rzec można, że wykopali z ziemi góry kasy.

Jak już pisaliśmy - od tego wspaniałego wieczora zleceń we Fordonie zaczęło im przybywać. Ich firmy się rozrastały, a oni zarabiali coraz więcej. Już po paru miesiącach doświadczenie zdobyte na robotach w Fordonie zaczęli wykorzystywać, przeważnie z dobrym skutkiem, przy szukaniu nowych zleceń i zawieraniu nowych umów. Po półtora roku pracy na swoim poznali lepiej mechanizmy działania tego specyficznego rynku. Dzięki temu weszli na budowy w Bydgoskiej Fabryce Kabli, bydgoskim Spomaszu, wykonywali roboty w Janikowie i Inowrocławiu.  Ich obroty rosły. W ciągu roku ich miesięczna wartość wzrosła dziesięciokrotnie.  Rozpoczynając roboty we Fordonie, zaczęli szukać miejscowych dostawców niektórych materiałów, takich jak beton, kręgi betonowe, czy pokrywy studzienek rewizyjnych i to dlatego, że transport tych materiałów był bardzo kosztowny, a nieliczne firmy transportowe jak na przykład Transbud czy bazy transportowe niektórych budowlanych firm państwowych były bardzo kosztowne i delikatnie mówiąc, bardzo chimeryczne, niesłowne i działały byle jak często uszkadzając materiał w czasie transportu.

W ten sposób trafili do rodzinnej firmy „Grabowski”. Mieściła się ona przy niewielkim domu jednorodzinnym, na obrzeżach starego Fordonu, a prowadzili ją ojciec z dwoma synami. Już po paru miesiącach kupowali w tej firmie bardzo dużo materiałów z przewozem których nie mieli kłopotów bo ich budowy znajdowały się niedaleko wytwórni i zawsze znaleźli amatorów z firm państwowych, którzy w godzinkę zarabiali na boku niemałe dla nich kwoty.

Poznali też dobrze jej właścicieli. Jednym z nich, starszy z braci był Wojtek Grabowski znany bydgoski opozycjonista, uczestnik słynnych zajść na sesji Rady Miejskiej w marcu 1981 roku, które to wypadki omal nie doprowadziły do strajku generalnego w Polsce. Wojtek, był jednym z najbardziej pobitych wówczas przez milicję, uczestnikiem tych wydarzeń. Okazał się być niesamowicie sympatycznym, uczynnym i solidnym partnerem w ich wspólnych interesach.   Pierwsza wizyta Michała i Leszka w firmie panów Grabowskich miała miejsce w bardzo chłodny kwietniowy dzień. Wojtek przyjął panów biznesmenów w skromnym pokoju mieszkalnym, które udawało biuro. O tym, że to było biuro świadczyła obecności w nim starego, wielkiego zniszczonego biurka, zawalonego nieomal całkowicie różnymi papierami, ale były tam też na owym blacie biurka betonowe próbki, było jedzenie, odzież i wiele jeszcze innych rzeczy. W trakcie tych pierwszych negocjacji cenowych Michał i Leszek, siedzieli na metalowym chwiejącym się łóżku i strasznie przemarznięci pili z musztardówek gorzką herbatę Ulung.  Z czasem ich współpraca się bardzo dobrze rozwinęła. Później dzięki Wojtkowi poznali wiele ciekawych osób nie tylko z opozycji.

Kończył się bardzo udany rok 1988.  Leszek jeszcze rok temu nie miał pojęcia, że tak dobrze może być, że tak szybko można tyle osiągnąć i tyle zarobić.  To był dla niego swoisty szok.  Ten szok spowodowany przede wszystkim materialnymi sukcesami spowodował także zawirowania w jego życiu rodzinnym.   W połowie jesieni zaczął myśleć o kupnie lepszego samochodu. Tym razem zdecydował się na kupno używanego, japońskiego auta – Daichatsu Charade.    Kupił to auto z ogłoszenia.   Po wstępnym, telefonicznym uzgodnieniu ceny, która miała wynosić cztery i pół tysiąca dolarów. Umówił się z właścicielem na sfinalizowanie transakcji. Pojechali taksówką z żoną i córką do ładnego jednorodzinnego domu na bydgoskich Bartodziejach. Przy bramie, w trakcie obszczekiwania i obwąchiwania przez dwa duże psy, powitał ich wysoki tęgi mężczyzna z podobną do siebie żoną. We wnętrzu domu, aż kipiało od mosiądzu, skór i kryształów. Jak się w trakcie załatwiania formalności okazało, właściciel kupił w Peweksie ten samochód dwa lata wcześniej za taką samą kwotę jakiej zażądał od Leszka. Pomimo półgodzinnej dyskusji o cenie w żaden sposób nie chciał opuścić ani centa. Ciągle podkreślał ilu to ma chętnych na ten samochód. W jakim jest on dobrym stanie i jaka to dla potencjalnego nabywcy super okazja. Przy tym chwalił się swoją pozycją i znajomościami oraz wyraźnie dawał odczuć swoją wyższość. Po prostu okazał się być zadufanym, pewnym siebie, nowobogackim burakiem. Dużo nie brakowało, a nie doszłoby do sprzedaży, ale Leszek bardzo, jak się to mówi, był bardzo podniecony całą ta sytuacją, a ponieważ przybył, aby ten samochód kupić  to i jakoś zdrowy rozsądek mniej funkcjonował bo już widział siebie jak tym samochodem jedzie do swojego domu.   Dlatego też pomimo wszystko potrafił ścierpieć, nawet prawie dwugodzinne sprawdzanie przez lupę każdego dolarowego banknotu po zawarciu umowy sprzedaży. 

W końcu wsiedli całą rodziną do nowego samochodu. Leszek Uruchomił silnik i ruszył, a wyjeżdżając z podwórka tego gbura, dodał gazu lecz niestety uczynił to tak samo jak to robił dotychczas w swoim maluchu (Fiat 126 P), a tutaj auto zamiast normalnie mułowato ruszyć do przodu to wyrwało się do owego przodu jak szalone i dosłownie tylko niewielu centymetrów zabrakło, żeby od razu Leszek nie rozbił auta o słupek od bramy wjazdowej na buraczaną posesję.

 Ale szczęście  tym razem mu dopisało i jakoś bezpiecznie dojechali na parking pod ich blokiem. Ten japoński samochód, z najmniejszym wówczas na świecie wśród osobowych aut, silnikiem wysokoprężnym, spalającym niecałe cztery litry oleju napędowego na sto kilometrów, okazał się bardzo wdzięcznym i świetnym samochodem. Przez półtora roku, kiedy to był w Leszka posiadaniu, spędził on i jego rodzinka w nim wiele wspaniałych chwil.  Byli tym samochodem i w Leningradzie i w Paryżu i we wielu innych miejscach.  Cudowne były te podróże, które odbyli tym niewielkim, ale niezawodnym i bardzo ekonomicznym samochodem.

Niedługo potem jak Leszek zakupił Daichatsu, stał się również współwłaścicielem innego samochodu. Był to mercedes, popularnie zwany beczką. Kupili go wspólnie we troje.  Ich coraz dalsze i liczniejsze budowy rozpoczynane, a to w Wydartowie koło Mogilna, a to w Ogorzelinach koło Chojnic, w Gamerkach koło Ostródy, w Janikowie, Toruniu, Inowrocławiu i innych miejscowościach, zmuszały do ciągłego jeżdżenia do tych miejsc. Jeździć musieli na negocjacje do inwestorów, których siedziby mieściły się i kilkaset kilometrów od Bydgoszczy.  Jeździć musieli kontrolować budowy.  Jeździć musieli w celu zdobywania (nie kupowania) materiałów budowlanych i potrzebnego sprzętu.  Jeździć  musieli we wielu innych sprawach. 

Do tej pory jeździli swoimi samochodami, ale powstawały drobne nieporozumienia co do rozliczania paliwa, zużycia samochodów, były dyskusje kto jeździ więcej, kto mniej. Żeby tego w przyszłości uniknąć postanowili kupić porządny, służbowy samochód. Przez prawie miesiąc chodzili po różnych komisach, giełdach samochodowych i oglądali samochody z ogłoszeń prasowych.  Doświadczeni nauczką z nieszczęsnym Żukiem dieslem szczególnie dokładnie oglądali różne samochody w tym i  kilkanaście Mercedesów wystawionych w komisie przy ulicy Kaszubskiej w Bydgoszczy. Byli tam kilkakrotnie. Za każdym razem podchodziło do nich dwóch młodych mężczyzn i z wielkim znawstwem i przekonaniem zachwalało im zalety tych samochodów.  Ale cały czas przypominała się im wspomniana fatalna wpadka z tym dostawczym Żukiem i dlatego byli już znacznie ostrożniejsi. Po długich dyskusjach i obejrzeniu dziesiątek różnych samochodów ich wybór padł na żółto-pomarańczowego mercedesa 240D.  ten samochód znaleźli w skromnym, posiadającym ledwie parę samochodów, komisie przy ulicy Horodelskiej. Stał sobie z boku, nikt go im specjalnie nie zachwalał, kolor jego był paskudny i ogólnie nie robił najlepszego wrażenia. Lecz jak się później okazało oprócz tego paskudnego koloru posiadał już tylko same zalety. Miał otwierany (szyberdach) dach, silnik wysokoprężny spalający około ośmiu litrów oleju napędowego na sto kilometrów, prowadził się wspaniale, było w nim dużo miejsca i to na przewiezienie kilku pracowników czy to na przewiezienie  drobnych materiałów lub czy niewielkiego sprzętu. Samochód bardzo im się spodobał i jak się potem okazało był to dobry wybór'

Byli z niego zadowoleni. Służył im prawie dwa lata, aż do chwili, gdy (jak się potem okazało - niby) ich zaufany pracownik Zdzisław Pająk, jadąc tym Mercedesem nie spowodował wypadku. Sam wypadek nie był groźny, ale mocno ucierpiał przód samochodu i parę jego mechanizmów.  Po tym wypadku oddali Mercedesa do naprawy do zaprzyjaźnionego mechanika, jednak głównie z powodu braku części naprawa trwała parę miesięcy. W tym czasie pozamieniano w nim, dużo różnych części na gorsze (taka ówczesna praktyka) i samochód po owej "naprawie" już tak nie jeździł jak przed wypadkiem. Ciągle się coś w nim psuło i wreszcie, z ogromnym żalem, byli zmuszeni go sprzedać. Piszemy tak dużo o tych samochodach, ponieważ były to ich pierwsze naprawdę duże zakupy i mocno je przeżywali.  Wydali na nie ogromne, jak na nich i na ten czas, pieniądze i pewnie głównie dlatego wydarzenia te mocno pozostały w ich pamięci.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię