Prolog część 3
Leszek był jednak realistą i zdawał sobie sprawę z tego, że prawdziwego sukcesu, według wyobrażeń znacznej większości ludzi, już nie osiągnie lecz tkwiło w nim głębokie przekonanie, iż idąc drogą swoich zasad, swoich wyobrażeń i wyznawanych wartości, również może sporo zyskać. Był pewien, że taki sposób działania także zapewni mu dostatnie, ciekawe i satysfakcjonujące życie. Bo przecież zawsze lepiej żyć z przekonaniem, że jesteśmy przekonani, iż to co czynimy jest dobre, niż z przekonaniem, że to jest złe. Oczywiście nic nie jest proste i nic nie daje nam wiary, że dobrze lub źle czynimy. Dopiero skutki naszych działań potwierdzają to czy uczyniliśmy dobrze lub uczyniliśmy źle.
Pozostawmy jednak za sobą, przynajmniej chwilowo, dalsze tego typu teoretyczne rozważania i wróćmy do realiów.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, Leszek po tych wszystkich, wyżej wspomnianych przeżyciach, pozostał w końcu z jednym porządnym, dużym sklepem monopolowym. Pozostał za to bez długów i zobowiązań oraz bez większych złudzeń. Zostało mu tyle, że starczyło jeszcze na wybudowanie niewielkiego domu pod miastem, na działce, którą kupił w okresie swojego największego powodzenia. To co zarabiał obecnie w całości przeznaczał na w miarę przyzwoite życie. O kumulacji z poprzednich lat nie było mowy, o szaleństwach, wyjazdach, zakupach, brylowaniu, luksusach i zbytkach także. Ale był wolny psychicznie i mentalnie, a także był wolny od wszelakich zależności, podległości i najróżniejszych układów. Co prawda brakowało mu poprzedniego uznania, poprzedniej akceptacji, poprzedniego sposobu życia, kolegów, imprez, podróży i wielu innych rzeczy, które utracił przestając być uznanym biznesmenem, ale uzyskał równowagę psychiczną, spokój i prawdziwą niezależność.
I tak Leszkowi, w tym swoistym zawieszeniu, minęło kilka kolejnych lat.
Sklep, który mu pozostał był duży, dobrze zaopatrzony i miał sporą klientelę. Było w nim ponad tysiąc rodzajów różnych alkoholi, a także sporo innych towarów. Sprzedawaniem zajmował się Leszek z żoną, a także zatrudniali trójkę innych pracowników. Z tej trójki najważniejsza była Krystyna Furmanek, która z niewielką przerwą pracowała u Leszka od ponad dziesięciu lat. Ona i jej dwie koleżanki Danka Molenda i Iwona Kozłowska pracowały razem długie lata w sklepach Spółdzielni Spożywców, a po przejściu na emeryturę w wieku 55 lat przyszły dorabiać u Leszka w sklepie. To dzięki nim Leszek mógł jeszcze gdzieś wyjechać i mieć czasami wolną sobotę i niedzielę. One były prawie jak rodzina, a przede wszystkim były uczciwe, nie tak jak zdecydowana większość pracowników, których Leszek poprzednio zatrudniał w handlu.
I pewnie tak by sobie pracowali nadal w tym sklepie, gdyby wszystko wokół nie zaczęło się dynamicznie zmieniać. W handlu te zmiany zaczęły być coraz bardziej istotne i zabójcze dla takich sklepów jak ten osiedlowy sklep Leszka. Wielka inwazja, najpierw hipermarketów, a potem supermarketów, spowodowała, że Leszek uwijający się od rana do wieczora zarabiał coraz mniej, a bywały miesiące, że nie zarabiał nic. Ten stan rzeczy coraz bardziej wpływał na życie osobiste. Coraz mniej zaczynało mu zostawać na normalne życie. Każdego niemal dnia głowili się z żoną, co dalej robić? Jak żyć? Mieli dom, żaglówkę, dwa samochody, przynajmniej raz do roku wyjeżdżali na wakacje, ale niestety to wszystko zaczynało im jakoś umykać, szwankować, nie zazębiać się, powodując coraz większe napięcia, kłótnie i konflikty. Coraz więcej pracowali, a coraz mniej mieli i nie byli w stanie zarobić na dalsze takie życie jakie do tej pory prowadzili.
Jeszcze kolejny rok Leszek się wahał, ale kiedy po drugiej stronie ulicy, prawie na wprost jego sklepu, powstał wielki niemiecki supermarket, a ich obroty kolejny raz znacznie spadły to w końcu postanowił sprzedać sklep. Za część uzyskanych pieniędzy chciał otworzyć niewielki specjalistyczny sklep z winami. Chciał go otworzyć niedaleko domu, w którym mieszkał, czyli w popularnej pod-bydgoskiej miejscowości. Sprzedawanie i negocjacje z potencjalnymi nabywcami trwały kolejny rok, ale w końcu się udało. I na początku dwutysięcznych lat Leszek otworzył ten nowy sklep z winami i innymi alkoholami. Miejscowość, w której mieszkał oddalona jest raptem dziesięć kilometrów od centrum Bydgoszczy i cały czas się dynamicznie się rozwijała. Przybywało wiele nowych domów, a w ciągu dziesięciu lat liczba ludności się podwoiła i nadal rosła w szybkim tempie. Tysiące bydgoszczan budowało nowe domy pod miastem, a jego miejscowość była jednym z najbardziej ulubionych kierunków wyprowadzania się z miasta. Leszek bardzo liczył na tych nowych, zazwyczaj dynamicznych i zamożnych ludzi, upatrując w nich swoich potencjalnych klientów. Jednak początki nowego sklepu były bardzo trudne. Bywały dni, że nie miał, ani jednego klienta. Siedział na próżno po dziesięć godzin w sklepie. Różne myśli go nachodziły. Nie miał nawet ochoty na swoją ulubioną grę w tenisa, w którą grywał do tej pory regularnie i to już od kilkunastu lat. Nie miał ochoty na ukochane żeglowanie, co także do tej pory czynił regularnie od lat. W ogóle nie miał prawie na nic ochoty. To kolejne niepowodzenie zatruwało mu życie. Przez to, ale nie tylko, coraz gorzej mu się układało z żoną. Stawała się ona coraz bardziej niezadowolona, drażniła ją i irytowała postawa męża. Nazywała go nieudacznikiem, leniem nie potrafiącym niczego dobrze zrobić. Zapomniała o poprzednim wygodnym życiu, o Leszka sukcesach i wszystkim co ich do tej pory łączyło. Liczyło się tu i teraz. W końcu postanowiła wrócić na państwową posadę do swojego zawodu.
A Leszek tak trwał, bez przerwy martwiąc się co dalej. Nieustannie rozmyślał jak i z czego będzie żył, a przecież nie był już młodym człowiekiem i nie miał już tak wiele jak dawniej energii do nowych wyzwań i do nowych pomysłów. Jego osobisty świat ogromnie się skomplikował. Co prawda nowy sklep z roku na rok, zwiększał swoje obroty, klientów przybywało, ale to wszystko było mało na potrzeby Leszka i jego rodziny. Nie była to ta skala jakiej oczekiwał zakładając ten nowy, niewielki biznes. Jego zniechęcenie rosło, jego sytuacja materialna pogarszała się, praktycznie z miesiąca na miesiąc i nie wiadomo czym by się skończyło dalsze prowadzenie sklepu z winami, gdyby nie zaskakująca wizyta jego dawnego znajomego - Zdzisława Baranowicza. Wizyta, która zdarzyła się w maju, a jej miejscem był pod-bydgoski sklep z winami.
W przeciągu paru lat wielogodzinnego przesiadywania w swoim sklepie, Leszek miał okazję poznać wielu powszechnie znanych bydgoszczan, którzy przenieśli się z miasta na wieś – na łono natury, jak to zwykli mówić.
Miejscowość w której mieszkał i prowadził sklep już w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zaczęła wyrastać na bardzo popularne miejsce zamieszkania dla bydgoskich elit. Powoli stała się ona synonimem powodzenia i zamożności. I właśnie te osoby z nowych elit pomalutku zaczęły zostawać jego klientami. Przybywało także klientów z sąsiednich miejscowości tej zamożnej pod-bydgoskiej gminy i gmin ościennych.
Leszek co dzień zaczynał coraz częściej stykać się w swoim sklepie z wieloma lokalnie popularnymi tutaj osobami. Przychodziło do niego wielu ludzi sukcesu, artystów, lekarzy, prawników i biznesmenów. Niewielki, ale dobrze zaopatrzony sklep z czasem zaczął być dosyć popularny i zaczął zyskiwać coraz lepsza opinię. Niektórzy z owych klientów lubili długo rozmawiać z Leszkiem na różne tematy. Dyskutował, ze znanymi prawnikami, lekarzami, sportowcami, przedsiębiorcami i lokalnymi politykami, a także wysokimi urzędnikami państwowymi i samorządowymi. Poznał bliżej dużą grupę bardzo wartościowych, jego zdaniem, mieszkańców swojej i sąsiednich miejscowości. Rozmawiał z klientami o lokalnej polityce, o ich pasjach, zamiłowaniach, o przeczytanych książkach, a także o życiu osobistym i wielu, wielu innych sprawach.
Dlatego klient, który przyszedł do jego sklepu na początku maja 2005 roku i, który okazał się być jego znajomym, jak się to mówi ze starych dobrych czasów, wcale go tak mocno nie zaskoczył. A był nim wspomniany już Zdzisław Baranowicz, którego Leszek nie widział przynajmniej od sześciu, a może siedmiu lat. Poznając kolegę, zaraz po jego wejściu do sklepu, Leszek od razu pomyślał, że pewnie kupił lub wybudował w okolicy dom i zajrzał do jego sklepu po dobre wino nawet nie mając pojęcia kto ten sklep prowadzi.
A Zdzisław Baranowicz, o którym mowa, to był bardzo ciekawy człowiek. Ten, wówczas, niespełna pięćdziesięcioletni mężczyzna, swoje pierwsze duże sukcesy zawodowe zaczął odnosić na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. W tym też okresie Leszek zetknął się z nim po raz pierwszy. A to ich pierwsze spotkanie miało miejsce w bydgoskiej restauracji Orbis na balu cukierników w styczniu 1988 roku. Ten przystojny, szczupły, niewysoki ciemny blondyn, potrafił u większości rozmówców od razu wzbudzać duże zaufanie. Trudno powiedzieć co było tego powodem, może tembr głosu, a może emanujący z niego spokój i opanowanie, a może jego zawsze dobry humor, albo energia jaka zdawała się bić z jego oblicza, a może jeszcze coś innego? Pewnym jest – ludzie go lubili, lubili z nim przebywać i garnęli się do jego towarzystwa. Potrafił ciekawie opowiadać i to na dowolne tematy. Był szalenie inteligentny, bystry i przedsiębiorczy. Miał w sobie to coś co zawsze zjednuje bliźnich do takich ludzi, a co trudno jednoznacznie określić słowami dlaczego tak jest.
Leszek działał razem z nim dużo wcześniej i to w kilku różnych organizacjach. Organizacjach powstających na początku okresu przemian jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Razem należeli do gildii kupieckiej, bractwa kurkowego, do stowarzyszenia przedsiębiorców i jeszcze paru innych tego typu tworów. Lubili się, a łączyły ich podobne poglądy na wiele spraw, podobna chęć do działania, a także wspólne pasje, głównie do tenisa ziemnego i żeglarstwa. Nie byli przyjaciółmi, ale byli dobrymi znajomymi i wielokrotnie Leszek bywał zapraszany na najróżniejsze uroczystości organizowane w pięknym, dużym i wspaniale położonym domu Zdzisława. Mieszkał na jednym z bydgoskich osiedli, tuż nad samą rzeką z fantastycznym widokiem na rozlewisko Brdy.
Na tym kończy się prolog i przechodzimy do właściwej opowieści opartej na wspomnianym na wstępie śnie, a właściwie to na dwóch snach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię