Ten miły i orzeźwiający wietrzyk przynosił nadzieję na zmianę. Na zmianę od tak wielu dni pogody, którą dotychczas były długo już trwające, niesamowite upały. Ten wietrzyk, zapewne wszystkim dawał ulgę i odrobinę wytchnienia. Do tego szybko zaczął rosnąć w siłę. I już po kilkunastu minutach zmieniał się z wietrzyka w wiatr, a zaraz potem zaczął się zamieniać w wichurę. Po kolejnych minutach na niebie zaczęły pojawiać się, najpierw białawe i siwe chmury, a potem chmury coraz ciemniejsze i ciemniejsze. Wyraźnie było widać i czuć, że zaraz stanie się coś niedobrego. Odległe na początku słabe grzmoty narastały i pojawiły się pierwsze błyskawice. Co na pewno zwiastowało nadchodzącą srogą burzę. Wiatr nadal wzmagał się z każdą minutą i już zaczynał przechodzić w nawałnicę, Unosiła ona w powietrze tumany piasku i śmieci, które zalegały na niezbyt starannie sprzątanych jezdniach i chodnikach. Po paru kolejnych minutach coraz silniejszy wicher zaczął przyginać drzewa, zrywać z nich liście i owoce, a także targać i niszczyć kwiaty oraz inne rośliny. W ciągu kwadransa zrobiło się prawie ciemno, chociaż było dopiero około godziny szesnastej, co w połowie lipca oznacza pełnię dnia. Huragan wył niemiłosiernie, a bardzo częste błyskawice i głośne grzmoty wprost zaczęły przerażać. Leszek obserwując to wszystko z miejsca przed sklepem, gdzie przed kilkunastoma minutami pożegnał macharadżę i jego syna, i jeszcze pełen niesamowitych wrażeń związanych z pobytem u niego tak niezwykłych i niespodziewanych gości, pełen dziwnego niepokoju wszedł do sklepu, usiadł przy ladzie i próbował rutynowo robić tygodniowe zamówienie na brakujące lub kończące się wina. Nie mógł się jednak skupić na żadnej pracy i ciągle wracał myślą do szczegółów minionej dopiero co wizyty. Próbował odgonić te myśli od siebie i zająć się czymś konkretnym, ale nie umiał i nie mógł. Siedział i myślał o figurce, o maharadży, o jego synu, a przede wszystkim o pieniądzach i brylantach, które schował do swojego sejfu.
Zaś na zewnątrz żywioł cały czas przybierał na sile. Teraz już błyskało co kilka sekund, a towarzyszące błyskawicom potężne grzmoty wprowadzały coraz większy niepokój do Leszka umysłu. Do tego zaczął padać grad wielkości ziaren fasoli, uderzając z wielkim hałasem w sklepowe okna, w dach i, we wszystko co go otaczało. Robiło się coraz groźniej, coraz bardziej ponuro i wręcz niesamowicie.
Leszek z przerażenia siedział jak skamieniały na swoim obrotowym fotelu i myślał, że takiej intensywnej i potężnej burzy jeszcze w swoim życiu nie przeżywał. A ten niesamowity huragan nadal rósł w siłę, a grad z deszczem jeszcze się wzmagały, a błyskawice o najróżniejszych kształtach i formach oświetlały, niemalże bezustannie, prawie czarne niebo. Grzmoty nie cichły i Leszek zaczął się naprawdę bać. Już miał wstać, opuścić rolety, zamknąć sklep i pójść do swojego mieszkania, gdy nagle, w powstałej przez chwilę ciszy, rozległ się nieprawdopodobnie potężny grzmot, tuż po nim niesamowicie wielki huk, a po paru sekundach coś runęło na dach sklepu, niszcząc prawie cały budynek i natychmiast potem jeszcze przytomny Leszek poczuł zapach spalenizny, a za chwilę zobaczył ogień. Nie bardzo wiedząc co się dzieje upadał na podłogę przygnieciony pewnie kawałkami rozbitego dachu. Jeszcze resztką sił zrzucił z siebie drewniane elementy tego dachu, które na nim leżały a potem poczuł jak zaczynają się palić na nim spodnie i koszulka. Instynktownie, nie bardzo wiedząc co robi, zdołał odczołgać się parę metrów w stronę wyjścia na zapleczu, jeszcze raz ostatkiem sił przeczołgał się przy sejfie z dopiero co otrzymanymi skarbami, otworzył, na szczęście nie zamknięte przez Jacka, drzwi na podwórze, przebył jeszcze nadludzkim wysiłkiem parę metrów, a potem stracił świadomość i popadł w nicość.
Tak to w ciągu jednej niepełnej godziny Leszek z samych wyżyn ziemskiego Nieba trafił na najgłębszy poziom ziemskiego piekła.
CZĘŚĆ IV
Powolny powrót.
Leszek odzyskał przytomność w szpitalu dopiero po dwóch tygodniach. Niestety nie odzyskał świadomości. Chociaż reagował na mowę, gesty, dotyk to jednak nie czynił tego świadomie. Nic do niego nie docierało. Był jakby nieobecny duchem. Zaczął pomalutku przyjmować podawane mu łyżeczką, a nie, jak do tej pory kroplówką, pokarmy i napoje, wodził oczyma za personelem szpitalnym i reagował na głos. Niestety nie odzywał się i nie rozumiał co się do niego mówi. Rozległe oparzenia, potężne i wielokolorowe sińce, liczne otarcia i zadrapania zaczynały się goić, ale umysł nadal szwankował. Lekarze nie stwierdzili żadnych uszkodzeń wewnętrznych, ani złamań czy zwichnięć, co w przypadku takiego zdarzenia było prawie, ich zdaniem, cudem. Lekarz prowadzący powiedział na naradzie o trzymiesięcznej niezbędnej kuracji. Twierdził, że po tym czasie, pomimo blizn i różnych nie do końca wyleczonych skaleczeń, Leszek mógłby wrócić do normalnego życia. Jednak co do stanu umysłu i powodów takiego zachowania się Leszka, nie miał żadnych hipotez. Dokładne badania głowy nie wykazały uszkodzeń i było wiadomo, iż taki stan pacjenta był wynikiem urazu psychicznego, a nie fizycznego. Szybko minęły trzy miesiące pobytu w szpitalu. Stan fizyczny Leszka poprawił się bardzo, ale stan umysłu był niezmienny. Brak było jakichkolwiek świadomych reakcji na zewnętrzny świat.
Lekarze zaczynali się zastanawiać co dalej zrobić z tym pacjentem. Badania psychiatryczne nie przyniosły odpowiedzi na pytanie jaki jest powód takiego zachowania i jak je można leczyć. W ciągu całego ponad trzymiesięcznego pobytu we warszawskim szpitalu, tylko raz Leszka odwiedziła jego żona, która poinformowała lekarzy o wszczętej sprawie rozwodowej oraz o braku zainteresowania swoim, już teraz byłym, jak samo to określała, mężem. Dom był wynajęty i Leszek nie miał dokąd wrócić. Sklep w Podkowie Leśnej był spalony, a mieszkanie uszkodzone. Zresztą bez ciągłej opieki, Leszek nie dałby sobie rady. Ponieważ nadal był zameldowany na stałe w pod-bydgoskiej miejscowości to w końcu po licznych konsultacjach i uzgodnieniach, wysłano Leszka do szpitala dla psychicznie i nerwowo chorych w Świeciu nad Wisłą. Jest to największy szpital tego typu w województwie, w którym Leszek mieszkał. Ma on liczny, doskonale wyszkolony personel, a także wielu specjalistów od nawet najbardziej unikatowych chorób, również tego typu jaka przytrafiła się Leszkowi. Pod koniec października zawieziono Leszka karetką do tego szpitala. Tam został poddany wielotygodniowym badaniom, eksperymentom psychiatrycznym i najróżniejszym stosowanym w tego typu przypadkach, terapiom. Niestety, po pół roku intensywnych badań i leczenia, nic się nie zmieniło. Otępienie Leszka pozostało takie samo, chociaż cały organizm funkcjonował już normalnie. Liczni specjaliści badający Leszka nie mogli dojść do wspólnego wniosku jak skutecznie go leczyć. Co jakiś czas zmieniano terapię, lecz niestety wszystko na próżno. Specjaliści byli zgodni, iż to się stało na skutek ogromnego szoku, ale żaden z nich tak naprawdę nie wiedział jak odblokować umysł Leszka.
Tak minęły dwa lata. Przyszła jesień 2007 roku, a z nią do szpitala przybył nowy specjalista od psychiatrii, doktor nauk medycznych pan Józef Bondyra. Był to stosunkowo młody, czterdziestoletni, szczupły, łysiejący blondyn o wyrazistych oczach i ogólnym wyglądzie wzbudzającym zaufanie. Opanowany, spokojny, świetny specjalista, jeszcze z ambicjami i misją do spełnienia w swoim życiu. Po zapoznaniu się z podległymi mu pacjentami, wybrał trzech z nich, na których postanowił zwrócić szczególną uwagę, gdyż był przekonany o możliwości ich wyleczenia lub przynajmniej znacznej poprawy ich stanu psychiki. Wśród tej trójki znalazł się także Leszek. Pan doktor Bondyra zbadał go bardzo gruntownie, dokonał szczegółowego wywiadu z jego życia, zapoznał się z opisem zdarzenia, które stało się powodem takiej sytuacji Leszka, a także dotychczasowym przebiegiem leczenia. Na początek poprosił także żonę Leszka o wizytę w szpitalu oraz o przywiezienie kilku wybranych rzeczy osobistych Leszka typu albumy ze zdjęciami, notatniki, kalendarze z zapiskami i inne podobne tego typu przedmioty. Żona Leszka , która już rok wcześniej uzyskała decyzję sądu o ubezwłasnowolnieniu swojego męża, nie bardzo chciała przyjeżdżać, rozmawiała niechętnie i zdawkowo, lecz doktor Bondyra nie ustępował i po trzecim telefonie w ciągu paru tygodni, w końcu zdecydowała się na przyjazd. W piękne październikowe przedpołudnie, pełne kolorów i babiego lata, zjawiła się w gabinecie doktora Bondyry przystojna, szczupła, elegancka kobieta w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat. Przedstawiła się z nazwiska i postawiła na biurku doktora spory karton różnych rzeczy Leszka, o które on prosił. Po krótkiej rozmowie poszli z wizytą do Leszka, ale ten jak zwykle nie odzywał się i nie reagował na pytania swojej żony, która szybko się zniechęciła i zaczynała być poirytowana takim zachowaniem męża dlatego już po kilkunastu minutach wrócili do gabinetu pana doktora. Tutaj, żona Leszka najpierw poinformowała doktora, że jest w trakcie finalizowania sprzedaży ich wspólnego domu, którym ona obecnie zarządza. I zaraz dodała, że niewiele z uzyskanych ze sprzedaży pieniędzy zostanie dla Leszka. Dom miał niespłacony kredyt, a dodatkowo przed sprzedażą dokonała wielu remontów, które także sporo kosztowały. Doktor Bondyra wypytywał ją szczegółowo, gdzie Leszek będzie mógł zamieszkać i z czego się utrzymywać, gdy wyjdzie z zakładu, gdyż jest on przekonany o możliwości jego wyleczenia. Niestety nie u mnie - odpowiedziała, ja mam już innego partnera i po uzyskaniu rozwodu, co także ma niedługo nastąpić, zamierzam się z nim pobrać - dodała. Mogę tylko po szczegółowym rozliczeniu przekazać mojemu byłemu mężowi kwotę, która z tych rozliczeń wyniknie. Potem pan doktor wypytywał żonę Leszka o jego bliskich, przyjaciół i ewentualnie inną kobietę. Chcąc polepszyć klimat rozmowy lekarz zapytał - a jak ma pani na imię pani Marcinkowska. Jeszcze Marcinkowska - odpowiedziała, a na imię mam Wiesława. Pani Wiesiu czy może mi pani opowiedzieć o jakiś szczególnych zdarzeniach z waszego wspólnego życia, albo o jakiś szczególnie wam bliskich osobach? Jeżeli chodzi o zdarzenia to już od wielu lat, grubo ponad dziesięciu, żyliśmy nie razem, a raczej obok siebie. Różne były tego powody i nie chcę o nich mówić. Co do najbliższych Leszka to także niewiele mam do powiedzenia. Mama Leszka to już prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszką, z tego co wiem to od paru lat nie wychodzi z domu i chyba niemożliwym jest, aby przyjechała. A nawet gdyby się tak stało to Leszek zarówno z mamą jak i z trójką swojego rodzeństwa, nie miał jakiś mocnych związków emocjonalnych. Już od dawna spotykał się z nimi tylko okazjonalnie i nie łączyły ich jakieś specjalnie silne więzy rodzinne. To długa historia i dosyć skomplikowana, wywodząca się jeszcze z dzieciństwa mojego męża, ale nie sądzę, żeby jej opowiedzenie coś panu doktorowi dało. Zresztą ja znam tylko niektóre sprawy i mogłabym coś pokręcić, albo źle opowiedzieć i zamiast pomóc to jeszcze bym bardziej zaszkodziła. Nie ma pani racji, właśnie takie opowiedzenie o problemach męża i to wywodzących się, aż z dzieciństwa, mogłoby tutaj wiele pomóc, lecz jeżeli pani nie jest pewna jak było i nie pamięta szczegółów i mogłaby mnie źle poinformować to może i racja. Chociaż chętnie jednak posłuchałbym nawet tej pani wersji - odrzekł pan doktor.
To może przejdźmy do innego tematu, a o tamtym porozmawiamy kiedy indziej. Czy może mi pani powiedzieć coś o waszych lub Leszka przyjaciołach oraz o jego związku z innymi kobietami. O innych kobietach to nic nie wiem, a co do przyjaciół to wspólnych nie mamy już od dawna, gdyż jak wspominałam, żyliśmy w innych światach, natomiast co do przyjaciół Leszek to miał on kilku. Jednak jak mu zaczęło gorzej iść w interesach, kontakty zaczęły się ograniczać, a potem zrywać i w końcu osoby, o których mówię, chyba przestały być jego przyjaciółmi, chociaż do końca nie jestem tego pewna. I co z nikim się pan Leszek nie spotykał, nie przyjaźnił? Z ostatnich przeżytych wspólnie lat, z tego co pamiętam to została mu tylko jedna bliska osoba. To jest jego przyjaciel jeszcze ze szkoły średniej, Mirek Zdanowski. On jeden dosyć regularnie do nas przyjeżdżał, tak parę razy w roku, a i mąż także do niego czasami jeździł. Mirek mieszka w niedużym wielkopolskim mieście, ma tam swój dom i liczną rodzinę. Pamiętam jak Mirek, kiedyś dawno temu, opowiadał, że już po dwóch latach wspólnej nauki, jego rodzina zaczęła traktować Leszka jak drugiego syna, a nie miał on brata, lecz tylko siostrę. Zapraszali go na uroczystości rodzinne, na wakacje, na odpusty, gdyż wtedy jeszcze mieszkali na wsi i przy wielu innych okazjach. Zawsze był mile u nich widziany i bardzo dobrze przyjmowany. A potem jak poszedł na studia to tym bardziej. Cieszyli się razem z nim z jego świetnych wyników w nauce i innych licznych sukcesów. Później już za naszych wspólnych czasów, pamiętam także, iż bardzo lubił jeździć do Mirka i jego rodziny. Zawsze wracał z tych wyjazdów zadowolony. Czasami jeździłam z nim, ale mnie jakoś, zresztą ze wzajemnością, nie polubili. Tak, to chyba jedyna, oprócz naszej córki, bliska Leszkowi osoba, którą znam. A może ma pani jakiś kontakt do tego pana Mirosława? A tak mam aktualny telefon, bo nawet parę miesięcy temu dzwonił do mnie i wypytywał o stan Leszka. I co pani powiedziała? Powiedziałam prawdę bo akurat krótko, przed tym telefonem Mirka, jakieś pół roku temu, byłam z wizytą u męża. Byłam razem z córką, która specjalnie przyjechała z Francji na tą okoliczność. Niestety Leszek tylko dziwnie na nas patrzył, nie odzywał się i nie reagował na nasze pytania i opowiadania córki o jej życiu. Byliśmy u niego z pół godziny, potem jeszcze rozmawialiśmy z jednym z lekarzy i pojechałyśmy smutne i niepocieszone do domu.
Pan doktor nie zareagował na ten nagły przypływ, niby uczucia do Leszka, wyrażony przez panią Wiesławę w relacji z poprzedniej wizyty u męża, a tylko zapytał - a jak pani może porównać wrażenie z tej poprzedniej wizyty z wrażeniem z dzisiejszego pobytu u męża? Moim zdaniem nic się nie zmienił, chociaż dzisiaj wyglądał fizycznie znacznie lepiej i wydawał mi się bardziej ożywiony. Czułam jego przenikliwy wzrok i zauważyłam, a przynajmniej odniosłam takie wrażenie, parę ruchów głową na potwierdzenie lub zaprzeczenie tego co mówiłam. Czegoś takiego z poprzedniej wizyty nie pamiętam. Jednak może to mi się tylko tak zdawało, pewności nie mam. No cóż dziękuję pani za wizytę, za rzeczy i spostrzeżenia oraz odpowiedzi na moje pytania. Mam nadzieję na dalszą współpracę, która moim zdaniem, może dużo pomóc jeszcze aktualnemu, pani mężowi, pani Wiesiu. Co pani na to? Pomoże mu pani? Raczej nie. Raczej proszę na mnie nie liczyć. Jak panu mówiłam zaczynam nowe życie i mój partner, a niedługo mąż, już bardzo niechętnie patrzył nawet na tę wizytę. Rozumiem panią. Trudno będziemy musieli poradzić sobie bez pani. Jeszcze raz dziękuję i pozwoli pani odprowadzić się do samochodu. Ależ oczywiście panie doktorze będzie mi bardzo miło. Rozstali się przy samochodzie pani Wiesławy i zaraz po jej odjeździe pan doktor mocno się zamyślił nad losami swego pacjenta, ale też, już po chwili uznał wizytę pani Wiesi za udaną. Za wizytę, która przyniosła mu dużo informacji i nowy punkt zaczepienia do dalszego leczenia tego jak mu się wydawało bardzo sympatycznego pacjenta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię