sobota, 15 sierpnia 2026

Kindżał - odcinek 13

Ten miły i orzeźwiający wietrzyk przynosił nadzieję na zmianę.  Na zmianę od tak wielu dni  pogody, którą dotychczas były długo już trwające, niesamowite upały.   Ten wietrzyk, zapewne wszystkim dawał ulgę i odrobinę wytchnienia.  Do tego szybko zaczął rosnąć w siłę. I już po kilkunastu minutach zmieniał się z wietrzyka w wiatr, a zaraz potem zaczął się zamieniać w wichurę.  Po kolejnych  minutach na niebie zaczęły pojawiać się, najpierw białawe i siwe chmury, a potem chmury coraz ciemniejsze i ciemniejsze.  Wyraźnie było widać i czuć, że zaraz stanie się coś niedobrego.  Odległe na początku słabe grzmoty narastały i pojawiły się pierwsze błyskawice. Co na pewno zwiastowało nadchodzącą srogą burzę.  Wiatr nadal wzmagał się z każdą minutą i już zaczynał przechodzić w nawałnicę,  Unosiła ona w powietrze tumany piasku i śmieci, które zalegały na niezbyt starannie sprzątanych jezdniach i chodnikach.  Po paru kolejnych minutach coraz silniejszy wicher zaczął przyginać drzewa, zrywać z nich liście i owoce, a także targać i niszczyć kwiaty oraz inne rośliny.  W ciągu kwadransa zrobiło się prawie ciemno, chociaż było dopiero około godziny szesnastej, co w połowie lipca oznacza pełnię dnia.  Huragan wył niemiłosiernie, a bardzo częste błyskawice i głośne grzmoty wprost zaczęły przerażać.  Leszek obserwując to wszystko z miejsca przed sklepem, gdzie przed kilkunastoma minutami pożegnał macharadżę i jego syna, i jeszcze pełen niesamowitych wrażeń związanych z pobytem u niego tak niezwykłych i niespodziewanych gości, pełen dziwnego niepokoju wszedł do sklepu, usiadł przy ladzie i próbował rutynowo robić tygodniowe zamówienie na brakujące lub kończące się wina.  Nie mógł się jednak skupić na żadnej pracy i ciągle wracał myślą do szczegółów minionej dopiero co wizyty.  Próbował odgonić te myśli od siebie i zająć się czymś konkretnym, ale nie umiał i nie mógł.  Siedział i myślał o figurce, o maharadży, o jego synu, a przede wszystkim o pieniądzach i brylantach, które schował do swojego sejfu. 

Zaś na zewnątrz żywioł cały czas przybierał na sile.  Teraz już błyskało co kilka sekund, a towarzyszące błyskawicom potężne grzmoty wprowadzały coraz większy niepokój do Leszka umysłu.  Do tego zaczął padać grad wielkości ziaren fasoli, uderzając z wielkim hałasem w sklepowe okna, w dach i, we wszystko co go otaczało.  Robiło się coraz groźniej, coraz bardziej ponuro i wręcz niesamowicie.

 Leszek z przerażenia siedział jak skamieniały na swoim obrotowym fotelu i myślał, że takiej intensywnej i potężnej burzy jeszcze w swoim życiu nie przeżywał.  A ten niesamowity huragan nadal rósł w siłę, a grad z deszczem jeszcze się wzmagały, a błyskawice o najróżniejszych kształtach i formach oświetlały, niemalże bezustannie, prawie czarne niebo.  Grzmoty nie cichły i Leszek zaczął się naprawdę bać.  Już miał wstać, opuścić rolety, zamknąć sklep i pójść do swojego mieszkania, gdy nagle, w powstałej przez chwilę ciszy, rozległ się nieprawdopodobnie potężny grzmot, tuż po nim niesamowicie wielki  huk, a po paru sekundach coś runęło na dach sklepu, niszcząc prawie cały budynek i natychmiast potem jeszcze przytomny Leszek poczuł zapach spalenizny, a za chwilę zobaczył ogień.  Nie bardzo wiedząc co się dzieje upadał na podłogę przygnieciony pewnie kawałkami rozbitego dachu.  Jeszcze resztką sił zrzucił z siebie drewniane elementy tego dachu, które na nim leżały a potem poczuł jak zaczynają się palić na nim spodnie i koszulka. Instynktownie, nie bardzo wiedząc co robi, zdołał odczołgać się parę metrów w stronę wyjścia na zapleczu, jeszcze raz ostatkiem sił przeczołgał się przy sejfie z dopiero co otrzymanymi skarbami, otworzył, na szczęście nie zamknięte przez Jacka, drzwi na podwórze, przebył jeszcze nadludzkim wysiłkiem parę metrów, a potem stracił świadomość i popadł w nicość.

Tak to w ciągu jednej  niepełnej godziny Leszek z samych wyżyn ziemskiego Nieba trafił na najgłębszy poziom ziemskiego piekła.


CZĘŚĆ  IV 

Powolny powrót.

Leszek odzyskał przytomność w szpitalu dopiero po dwóch tygodniach.  Niestety nie odzyskał świadomości.  Chociaż reagował na mowę, gesty, dotyk to jednak nie czynił tego świadomie.  Nic do niego nie docierało.  Był jakby nieobecny duchem.  Zaczął pomalutku przyjmować podawane mu łyżeczką, a nie, jak do tej pory kroplówką, pokarmy i napoje, wodził oczyma za personelem szpitalnym i reagował na głos.  Niestety nie odzywał się i nie rozumiał co się do niego mówi.  Rozległe oparzenia, potężne i wielokolorowe sińce, liczne otarcia i zadrapania zaczynały się goić, ale umysł nadal szwankował.  Lekarze nie stwierdzili żadnych uszkodzeń wewnętrznych, ani złamań czy zwichnięć, co w przypadku takiego zdarzenia było prawie, ich zdaniem, cudem.  Lekarz prowadzący powiedział na naradzie o trzymiesięcznej niezbędnej kuracji.  Twierdził, że po tym czasie, pomimo blizn i różnych nie do końca wyleczonych skaleczeń, Leszek mógłby wrócić do normalnego życia.  Jednak co do stanu umysłu i powodów takiego zachowania się Leszka,  nie miał żadnych hipotez.  Dokładne badania głowy nie wykazały uszkodzeń i było wiadomo, iż taki stan pacjenta był wynikiem urazu psychicznego, a nie fizycznego.  Szybko minęły trzy miesiące pobytu w szpitalu.  Stan fizyczny Leszka poprawił się bardzo, ale stan umysłu był niezmienny.  Brak było jakichkolwiek świadomych reakcji na zewnętrzny świat.

Lekarze zaczynali się zastanawiać co dalej zrobić z tym pacjentem.  Badania psychiatryczne nie przyniosły odpowiedzi na pytanie jaki jest powód takiego zachowania i jak je można leczyć.  W ciągu całego ponad trzymiesięcznego pobytu we warszawskim szpitalu, tylko raz Leszka odwiedziła jego żona, która poinformowała lekarzy o wszczętej sprawie rozwodowej oraz o braku zainteresowania swoim, już teraz byłym, jak samo to określała, mężem.  Dom był wynajęty i Leszek nie miał dokąd wrócić.  Sklep w Podkowie Leśnej  był spalony, a mieszkanie uszkodzone.  Zresztą bez ciągłej opieki, Leszek nie dałby sobie rady.  Ponieważ nadal był zameldowany na stałe w pod-bydgoskiej miejscowości to w końcu po licznych konsultacjach i uzgodnieniach, wysłano Leszka do szpitala dla psychicznie i nerwowo chorych w Świeciu nad Wisłą.  Jest to największy szpital tego typu w województwie, w którym Leszek mieszkał.  Ma on liczny, doskonale wyszkolony personel, a także wielu specjalistów od nawet najbardziej unikatowych chorób, również tego typu jaka przytrafiła się Leszkowi.  Pod koniec października zawieziono Leszka karetką do tego szpitala.  Tam został poddany wielotygodniowym badaniom, eksperymentom psychiatrycznym i najróżniejszym stosowanym w tego typu przypadkach, terapiom.  Niestety, po pół roku intensywnych badań i leczenia, nic się nie zmieniło.  Otępienie Leszka pozostało takie samo, chociaż cały organizm funkcjonował już normalnie.  Liczni specjaliści badający Leszka nie mogli dojść do wspólnego wniosku jak skutecznie go leczyć.  Co jakiś czas zmieniano terapię, lecz niestety wszystko na próżno.  Specjaliści byli zgodni, iż to się stało na skutek ogromnego szoku, ale żaden z nich tak naprawdę nie wiedział jak odblokować umysł Leszka.  

Tak minęły dwa lata.  Przyszła jesień 2007 roku, a z nią do szpitala przybył nowy specjalista od psychiatrii, doktor nauk medycznych pan Józef Bondyra.  Był to stosunkowo młody, czterdziestoletni, szczupły, łysiejący blondyn o wyrazistych oczach i ogólnym wyglądzie wzbudzającym zaufanie.  Opanowany, spokojny, świetny specjalista, jeszcze z ambicjami i misją do spełnienia w swoim życiu.  Po zapoznaniu się z podległymi mu pacjentami, wybrał trzech z nich, na których postanowił zwrócić szczególną uwagę, gdyż był przekonany o możliwości ich wyleczenia lub przynajmniej znacznej poprawy ich stanu psychiki.  Wśród tej trójki znalazł się także Leszek.  Pan doktor Bondyra zbadał go bardzo gruntownie, dokonał szczegółowego wywiadu z jego życia, zapoznał się z opisem zdarzenia, które stało się powodem takiej sytuacji Leszka, a także dotychczasowym przebiegiem leczenia.  Na początek poprosił także żonę Leszka o wizytę w szpitalu oraz o przywiezienie kilku wybranych rzeczy osobistych Leszka typu albumy ze zdjęciami, notatniki, kalendarze z zapiskami  i inne podobne tego typu przedmioty.  Żona Leszka , która już rok wcześniej uzyskała decyzję sądu o ubezwłasnowolnieniu swojego męża, nie bardzo chciała przyjeżdżać, rozmawiała niechętnie i zdawkowo, lecz doktor Bondyra nie ustępował i po trzecim telefonie w ciągu paru tygodni, w końcu zdecydowała się na przyjazd.  W piękne październikowe przedpołudnie, pełne kolorów i babiego lata, zjawiła się w gabinecie doktora Bondyry przystojna, szczupła, elegancka kobieta w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat. Przedstawiła się z nazwiska i postawiła na biurku doktora spory karton różnych rzeczy Leszka, o które on  prosił.  Po krótkiej rozmowie poszli z wizytą do Leszka, ale ten jak zwykle nie odzywał się i nie reagował na pytania swojej żony, która szybko się zniechęciła i zaczynała być poirytowana takim zachowaniem męża dlatego już po kilkunastu minutach wrócili do gabinetu pana doktora.  Tutaj, żona Leszka najpierw poinformowała doktora, że jest w trakcie finalizowania sprzedaży ich wspólnego domu, którym ona obecnie zarządza.  I zaraz dodała, że niewiele z uzyskanych ze sprzedaży pieniędzy zostanie dla Leszka.  Dom miał niespłacony kredyt, a dodatkowo przed sprzedażą dokonała wielu remontów, które także sporo kosztowały.  Doktor Bondyra wypytywał ją szczegółowo, gdzie Leszek będzie mógł zamieszkać i z czego się utrzymywać, gdy wyjdzie z zakładu, gdyż jest on przekonany o możliwości jego wyleczenia.  Niestety nie u mnie - odpowiedziała, ja mam już innego partnera i po uzyskaniu rozwodu, co także ma niedługo nastąpić, zamierzam się z nim pobrać - dodała.  Mogę tylko po szczegółowym rozliczeniu przekazać mojemu byłemu mężowi kwotę, która z tych rozliczeń wyniknie.  Potem pan doktor wypytywał żonę Leszka o jego  bliskich, przyjaciół i ewentualnie inną kobietę.  Chcąc polepszyć klimat rozmowy lekarz zapytał - a jak ma pani na imię pani Marcinkowska.  Jeszcze Marcinkowska - odpowiedziała, a na imię mam Wiesława.  Pani Wiesiu czy może mi pani opowiedzieć o jakiś szczególnych zdarzeniach z waszego wspólnego życia, albo o jakiś szczególnie wam bliskich osobach?   Jeżeli chodzi o zdarzenia to już od wielu lat, grubo ponad dziesięciu, żyliśmy nie razem, a  raczej obok siebie.  Różne były tego powody i nie chcę o nich mówić.  Co do najbliższych Leszka to także niewiele mam do powiedzenia.  Mama Leszka to już prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszką, z tego co wiem to od paru lat nie wychodzi z domu i chyba niemożliwym jest, aby przyjechała.  A nawet gdyby się tak stało to Leszek  zarówno z mamą jak i z trójką swojego rodzeństwa, nie miał jakiś mocnych związków emocjonalnych.  Już od dawna spotykał się z nimi tylko okazjonalnie i nie łączyły ich jakieś specjalnie silne więzy rodzinne.  To długa historia i dosyć skomplikowana, wywodząca się jeszcze z dzieciństwa mojego męża, ale nie sądzę, żeby jej opowiedzenie coś panu doktorowi dało.  Zresztą ja znam tylko niektóre sprawy i mogłabym coś pokręcić, albo źle opowiedzieć i zamiast pomóc to jeszcze bym bardziej zaszkodziła.  Nie ma pani racji, właśnie takie opowiedzenie o problemach męża i to wywodzących się, aż z dzieciństwa, mogłoby tutaj wiele pomóc, lecz jeżeli pani nie jest pewna jak było i nie pamięta szczegółów i mogłaby mnie źle poinformować to może i racja.  Chociaż chętnie jednak posłuchałbym nawet tej pani wersji - odrzekł pan doktor.  

To może przejdźmy do innego tematu, a o tamtym porozmawiamy kiedy indziej. Czy może mi pani powiedzieć coś o waszych lub Leszka przyjaciołach oraz o jego związku z innymi kobietami.  O innych kobietach to nic nie wiem, a co do przyjaciół to wspólnych nie mamy już od dawna, gdyż jak wspominałam, żyliśmy w innych światach, natomiast co do przyjaciół Leszek to miał on kilku.  Jednak jak mu zaczęło gorzej iść w interesach, kontakty zaczęły się ograniczać, a potem zrywać i  w końcu osoby, o których mówię, chyba przestały być jego przyjaciółmi, chociaż do końca nie jestem tego pewna.  I co z nikim się pan Leszek nie spotykał, nie przyjaźnił?    Z ostatnich przeżytych wspólnie lat,  z tego co pamiętam to została mu tylko jedna bliska osoba.  To jest jego przyjaciel jeszcze ze szkoły średniej, Mirek Zdanowski.  On jeden dosyć regularnie do nas przyjeżdżał, tak parę razy w roku, a  i mąż także do niego czasami jeździł.  Mirek mieszka w niedużym wielkopolskim mieście, ma tam swój dom i liczną rodzinę.  Pamiętam jak Mirek, kiedyś dawno temu, opowiadał, że już po dwóch  latach wspólnej nauki, jego rodzina zaczęła traktować Leszka jak drugiego syna, a nie miał on brata, lecz tylko siostrę.   Zapraszali go na uroczystości rodzinne, na wakacje, na odpusty, gdyż wtedy jeszcze mieszkali na wsi i przy wielu innych okazjach.  Zawsze był mile u nich widziany i bardzo dobrze przyjmowany.  A potem jak poszedł na studia to tym bardziej.  Cieszyli się razem z nim z jego świetnych wyników w nauce i innych licznych sukcesów.   Później już za naszych wspólnych czasów, pamiętam także, iż bardzo lubił  jeździć do Mirka i jego rodziny.  Zawsze wracał z tych wyjazdów zadowolony.  Czasami jeździłam z nim, ale mnie jakoś, zresztą ze wzajemnością, nie polubili.  Tak, to chyba jedyna, oprócz naszej córki, bliska Leszkowi osoba, którą znam.  A  może ma pani jakiś kontakt do tego pana Mirosława?   A tak mam aktualny telefon, bo nawet parę miesięcy temu dzwonił do mnie i wypytywał o stan Leszka.  I co pani powiedziała?  Powiedziałam prawdę bo akurat  krótko, przed tym telefonem Mirka, jakieś pół roku temu, byłam z wizytą u męża.  Byłam  razem z córką, która specjalnie przyjechała z Francji na tą okoliczność.  Niestety Leszek tylko dziwnie na nas patrzył, nie odzywał się i nie reagował na nasze pytania i opowiadania córki o jej życiu.  Byliśmy u niego z pół godziny, potem jeszcze rozmawialiśmy z jednym z lekarzy i pojechałyśmy smutne i niepocieszone do domu.  

Pan doktor nie zareagował na ten nagły przypływ, niby uczucia do Leszka, wyrażony przez panią Wiesławę w relacji z poprzedniej wizyty u męża, a tylko zapytał - a jak pani może porównać wrażenie z tej poprzedniej wizyty  z wrażeniem z dzisiejszego pobytu u męża?   Moim zdaniem nic się nie zmienił, chociaż dzisiaj wyglądał fizycznie znacznie lepiej i wydawał mi się bardziej ożywiony.  Czułam jego przenikliwy wzrok i zauważyłam, a przynajmniej odniosłam takie wrażenie, parę ruchów głową na potwierdzenie lub zaprzeczenie tego co mówiłam.  Czegoś takiego z poprzedniej wizyty nie pamiętam.  Jednak może to mi się tylko tak zdawało, pewności nie mam.  No cóż dziękuję pani za wizytę, za rzeczy i spostrzeżenia oraz odpowiedzi na moje pytania.  Mam nadzieję na dalszą współpracę, która moim zdaniem, może dużo pomóc jeszcze aktualnemu, pani mężowi, pani Wiesiu.  Co pani na to?  Pomoże mu pani?  Raczej nie.  Raczej proszę na mnie nie liczyć.  Jak panu mówiłam zaczynam nowe życie i mój partner, a niedługo mąż, już bardzo niechętnie patrzył nawet na tę wizytę.  Rozumiem panią.  Trudno będziemy musieli poradzić sobie bez pani.   Jeszcze raz dziękuję i pozwoli pani odprowadzić się do samochodu.  Ależ oczywiście panie doktorze będzie mi bardzo miło.  Rozstali się przy samochodzie pani Wiesławy i zaraz po jej odjeździe pan doktor mocno się zamyślił nad losami swego pacjenta, ale też, już po chwili uznał wizytę pani Wiesi za udaną.  Za wizytę, która przyniosła mu dużo informacji i nowy punkt zaczepienia do dalszego leczenia tego jak mu się wydawało bardzo sympatycznego pacjenta.


Poprzedni odcinek 


Odcinek 1

środa, 12 sierpnia 2026

A Tusk mówi, komuś, mnie podobnemu - z jakiej paki należą się panu odszkodowania wojenne od Niemców?

Ten Tusk to polska obecna tragedia i tak jednoznacznie oceni go historia.

Jednak chciałbym zadać kłam jego twierdzeniom z kampanii wyborczej PO z roku 2023, kiedy na jednym z wieców wyborczych mojemu równolatkowi na zapytanie co sądzi o odszkodowaniach wojennych od Niemców dla Polaków - odpowiedział - a z jakiej paki one się panu mogą należeć?

Poniżej tekst, który ukazuje, że się należą. Bo taka lub podobna była historia milionów Polaków w trakcie II Wojny Światowej.

Leszek

Odcinek  11

Jak już wspominaliśmy - ósma klasa była dla Leszka bardzo dobrym okresem.  Z nauką nie miał żadnych problemów (patrz poniżej - świadectwo ukończenia ósmej klasy).   I co było dla niego bardzo ważne to fakt, iż w tej ósmej klasie pozyskał paru prawdziwych szkolnych przyjaciół.  Poprzednio miał tylko kolegów podwórkowych, z których jedynie Gracjana możemy nazwać przyjacielem Leszka.  Do tych przyjaciół Leszek zaliczał wspomnianych już Leszka, Zenka oraz Tomka.  Nigdy do tej pory nie zbliżył się do nikogo tak jak do tych swoich szkolnych kolegów. Mógł z nimi rozmawiać o wszystkim, mógł snuć plany na przyszłość i w ogóle czuł w nich bratnie dusze, z którymi lubił spędzać czas i to w najróżniejszy sposób.         I chociaż żadna z tych szkolnych znajomości nie przetrwała do dnia dzisiejszego to jednak wówczas miały one dla Leszka ogromne znaczenie.  Były one dla niego niezwykle budujące, a do tego ogromnie sympatyczne i przydały Leszkowi sporo poczucia własnej wartości oraz wprowadzały go w inny, nieznany mu dotąd krąg ludzi, spraw i zachowań.  Do tej pory nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że oprócz jego podwórkowego życia i zwyczajnych szkolnych kolegów, może istnieć coś więcej, coś znacznie głębszego, lepszego, opartego na czymś więcej niż tylko zabawa.  Pewnie potrzeba było czasu i osiągnięcia tego progu młodzieńczości oraz uzyskania przynajmniej minimum dojrzałości, aby tak się stało?  A może też stały za tym inne powody?  Faktem jest, że dzięki swoim szkolnym przyjaciołom Leszek poczuł się dużo pewniej, a tej pewności dodawali mu także niektórzy nauczyciele swoimi pochwałami i namawianiem do dalszej nauki.       I gdyby wówczas znalazł się ktoś kto by nim pokierował, ktoś kto by mu naprawdę doradził, ktoś kto próbowałby go zrozumieć i na niego pozytywnie wpłynąć to z całą pewnością życie Leszka potoczyłoby się zupełnie inaczej. 

I gdyby był mniej przekorny, i gdyby był bardziej uległy, gdyby potrafił nie poddawać się nastrojom (jak łatwo to teraz napisać?) i nie poddawać się stosunkowo łatwo wpływom innych ludzi to zapewne tak samo jak większość jego klasowych koleżanek i kolegów znalazłby się w szkole średniej w Poznaniu, a nie jak to się stało, w Bydgoszczy.

Zacznijmy jednak ten wątek od początku.  

Przyszła wiosna 1967 roku.  W naszym kochanym kraju niepodzielne rządy sprawował Władysław Gomułka. Ten zapewne kiedyś wielki patriota i człowiek uczciwy, zmienił się z czasem w ponury partyjny beton, skutkiem czego kraj stawał się podobny do niego.  Bez rozmachu, bez perspektyw, bez ożywczych prądów, bez zmian, pogrążony w stagnacji i trwaniu.  Wszystko co postępowe, wszystko co mogło zmienić tą stagnację, co mogło zamieszać w tym smutnym trwaniu, wprowadzając ożywcze prądy i pozytywne zmiany było konsekwentnie zwalczane, a ludzie próbujący to czynić stawali się wrogami socjalizmu
i  wrogami ojczyzny.  W takim to właśnie momencie naszej smutnej socjalistycznej rzeczywistości, czternastoletniemu Leszkowi przyszło podejmować wielką życiową decyzję.

Jego rodzice, którzy tak samo jak wówczas praktycznie wszyscy, oboje byli zatrudnieni na państwowych posadach i pomimo ciężkiej codziennej pracy, ledwo wiązali koniec z końcem.  Byli to ludzie uczciwi, zapracowani, prostoduszni, bez układów i znajomości czyli tak zwanych pleców i chodów.  Żyli skromnie, wychowywali trójkę dzieci, robili co mogli, aby sprostać przeciwnościom życia, lecz wspomniana sytuacja kraju nie sprzyjała takim ludziom.  Zresztą tak prawdę mówiąc to nigdy nie sprzyja, ale czasami jest takim ludziom przynajmniej trochę lepiej. Dlatego też, gdy przyszło do rozmów na temat przyszłości Leszka rodzice, a także dziadkowie, namawiali go, aby poszedł do miejscowej szkoły zawodowej. W tej szkole już w pierwszej klasie dostawało się jakieś wynagrodzenie, a po trzech latach miało się zapewnioną pracę  i można było było zacząć konkretnie pomagać rodzinie. Wielokrotnie rodzice rozmawiali o tym z Leszkiem i coraz bardziej go namawiali do podjęcia takiej decyzji.   Na Leszka wątpliwości, że z jego wynikami powinien skończyć przynajmniej średnią szkołę, odpowiadali, że jak ukończy zawodówkę to przecież może się dalej uczyć wieczorowo, albo zaocznie.  Leszek był zrozpaczony postawą swoich rodziców.  Przecież wszyscy jego najbliżsi koledzy i koleżanki wybierali się do średnich szkół do Poznania, a on, taki ambitny, taki niepokorny i taki, jego zdaniem, mądry, miał skończyć na miejscowej szkole zawodowej?   Pomogła mu pani od biologii, której nazwiska już nie pamięta.  Tą panią Leszek najbardziej lubił ze wszystkich nauczycieli i któregoś dnia zwierzył się jej ze swojej, jego zdaniem, tragicznej sytuacji.  Pani była osobą mądrą i taktowną dlatego też nic Leszkowi od razu nie odpowiedziała, ale poprosiła, aby rodzice przyszli do szkoły z nią porozmawiać.  Po paru dniach mama Leszka odbyła długą rozmowę z panią od biologii i po tej rozmowie w ich domu zaczęto wspominać o możliwości wyjazdu Leszka na nauki do poznańskiego technikum. Co prawda jego siostra uczyła się już w technikum ekonomicznym, ale to mieściło się w ich mieście i koszty jej nauki nie były tak duże jak te związane z ewentualną, przyszłą nauką Leszka w innej miejscowości. Najpierw rodzice trochę się kłócili o tą dalszą leszkową edukację bo ojciec obstawał nadal przy szkole zawodowej, ale po paru tygodniach i on zmienił zdanie i pomału zaczęli planować jak to zrobić, aby starczyło im pieniędzy na naukę Leszka w Poznaniu.

Po tej zgodzie rodziców, Leszek najpierw planował zapisać się na egzaminy wstępne do technikum melioracyjnego w Poznaniu bo akurat nauczyciel z tego technikum był u nich na lekcji wychowania obywatelskiego i bardzo zachwalał tą szkołę, a także ciekawie mówił o przyszłym zatrudnieniu, dobrej płacy, możliwościach awansu i w ogóle o świetlanej przyszłości tego fachu.  Potem była mowa o technikum geodezyjnym bo ojciec jednego z kolegów Leszka był geodetą i opowiadał ciekawie o jego pracy, chwaląc zarobki, niezależność i znaczenie tego zawodu.  A jeszcze później Leszek zapragnął uczyć się w  technikum kolejowym, gdyż kilku jego sąsiadów, w tym ojciec jednego z najbliższych kumpli podwórkowych Leszka, pracowało na kolei i zwykli oni powtarzać, że kto ma w głowie olej ten idzie na kolej.  Leszek nie miał jeszcze sprecyzowanych zainteresowań, nie miał też jeszcze pasji w żadnej dziedzinie. Nikt z nim tak na poważnie i z przekonaniem o tym nie rozmawiał.  Nikt mu nie doradzał jaką ma wybrać dziedzinę, w której by mógł być najlepszy, albo chociaż dobry.   Nikt wówczas nie robił badań predyspozycji,  badań osobowości, czy innych tego typu rzeczy.  Rozmawiało się ogólnie, używając szablonów, haseł i chwaląc typowe zachowania i postawy.  Dzisiaj taki sposób działania, rozumowania i argumentowania, na pewno każdemu wyda się niepoważny, a nawet śmieszny, lecz musimy na to spojrzeć z perspektywy tamtego czasu, tamtych warunków życia, tamtych wojennych doświadczeń jego rodziców, którzy rozumowali zupełnie inaczej i którzy przeżyli po pięć lat ciężkiej wojennej niewoli.

Mama Leszka już w drugim miesiącu wojny została przymusowo skierowana do niemieckiego gospodarstwa rolnego, do tak zwanego bauera, którego gospodarstwo mieściło się kilkanaście kilometrów od jej rodzinnego miasta.  I ona, miejska dziewczynka ze swoimi marzeniami i wyobrażeniami, już od dwunastego roku życia była zmuszona wykonywać wszystkie ciężkie gospodarskie prace.  Do tego musiała jeszcze opiekować się dziećmi tego bauera..  Za te prace nie dostawała nic oprócz marnego jedzenia i zakwaterowania w mizernej, zimnej i okropnej komórce o powierzchni czterech metrów kwadratowych.
Często ta młodziutka dziewczyna była wyśmiewana, poniżana i zmuszana do wysiłków ponad wszelką miarę, a nieraz i bita, szczególnie gdy podpadła wymagającej i złośliwej żonie bauera. I ta wyniszczająca ją praca i to upodlenie trwało ponad pięć lat.  A potem przyszły okropne czasy stalinowskie, gdzie tylko karierowicze i wszelkiej maści cwaniacy oraz oportuniści (ugodowcy) dobrze się mieli, a cała reszta wprost przeciwnie.  Zaś mama Leszka, która od najmłodszych lat  zawsze pragnęła zostać nauczycielką, a była i jest osobą bardzo inteligentną, empatyczną i która w przedwojennej szkole powszechnej osiągała bardzo dobre oceny, została po swoich wojennych przeżyciach młodym ludzkim wrakiem i nie potrafiła się pozbierać. Nie znalazła w tym złamanym życiu, w sobie sił, ducha i wiary aby zacząć realizować swoje wielkie marzenie. Gdy  po kilku latach doszła trochę do siebie to miała już trójkę dzieci i męża, który trzy lata spędził w zasadniczej służbie wojskowej, aż w Kołobrzegu.   I gdy dzieci były najmniejsze, a on był najbardziej potrzebny to go nie było.  Przyjeżdżał na dwa, trzy dni, raz na parę miesięcy.  I w ten sposób marzenia jego mamy prysły prysły ostatecznie.  Została jej smutna, ciężka i biedna rzeczywistość trudnych lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Natomiast całą rodzinę ojca już na początku wojny przymusowo wysiedlono do Niemiec.  I tutaj jego ojciec tak jak i pozostali członkowie rodziny, został zmuszony do ciężkiej fizycznej pracy, a nie miał wówczas jeszcze nawet dwunastu lat.  Wywieziono ich w głąb Rzeszy, aż pod francuską granicę i osiedlono w dużym niemieckim gospodarstwie rolnym.  Tam już po paru miesiącach pobytu jego ojciec, a dziadek Leszka, powszechnie lubiany, uczciwy, prawy człowiek, wdał się w konspirację.  Stworzyli tam wspólnie z innymi przesiedlonymi kilkudziesięcioosobową grupę, która miała za cel ucieczkę z Niemiec i przyłączenie się do polskich wojsk w Anglii.  Niestety jak znacznie później dowiedział się jego ojciec, mieli wśród siebie niemiecką wtyczkę, a był nią Ukrainiec tak jak i oni przesiedlony w te strony i pracujący w sąsiednim gospodarstwie.   To on zadenuncjował wszystkich konspiratorów.  Niemcy ich aresztowali i po paru dniach wszystkich, w tym i dziadka Leszka, rozstrzelano. Potem całą pozostałą rodzinę oprócz najstarszego brata Janka, zatrzymanego przez Niemców w areszcie, z chęcią wcielenia go do niemieckiej armii, przeniesiono karnie w okolice Hamburga.  Tam trafili do wielkiego gospodarstwa rolnego o zaostrzonym rygorze, gdzie musieli pracować jeszcze ciężej niż poprzednio.  Mieszkali w okropnych warunkach w drewnianych komórkach, podobnych do kurników, a traktowano ich gorzej niż bydło, którym także się opiekowali. Wymagano od nich ciężkiej pracy na roli, pracy ponad ich siły i ich możliwości.  Karmiono ich marnie i ciągle zapadali na jakieś choroby bo byli przecież jeszcze dziećmi mającymi od 12 do 15 lat.

Tak przeżyli ponad pięć lat i dopiero w ostatnich dniach wojny wyzwolili ich Amerykanie, u których, w ich strefie okupacyjnej, potem żyli przez ponad rok.  Tam, jak wspominał ojciec Leszka, mieli jak u pana Boga za piecem.  Dostawali dużo jedzenia, w tym w bród słynnych puszek UNRRY, a nawet sporo papierosów i niemało alkoholu. Nie musieli nic robić i tylko co parę tygodni byli namawiani do wyjazdu do Ameryki. Jednak matka ojca, a Leszka babcia, uparła się wrócić z całą rodziną do Polski bo podobno to obiecała swojemu mężowi tuż przed jego rozstrzelaniem, w czasie ostatniej półgodzinnej wizyty u niego w areszcie. Tak też się stało i w czerwcu 1946 roku przypłynęli statkiem z Hamburga do Gdyni.

Mając za sobą takie przeżycia, o których jeżeli nie przeżyło się samemu czegoś podobnego to nawet nie sposób ich sobie wyobrazić, a także patrząc na ich powojenne zmaganie się z przeciwnościami losu, trudno dzisiaj się dziwić, iż rodzice Leszka nie mieli wiedzy, doświadczenia i nie bardzo mogli doradzać swojemu czternastoletniemu synowi.  Leszek pamięta, że czasami, ale raczej rzadko i niechętnie, wracali we wspomnieniach do tych ponurych wspomnień, do tych chwil, które zabrały im całą młodość, całą radość życia, które pozbawiły ich możliwości kształcenia się i rzuciły ogromny czarny cień na całą ich życiową drogę.

Szukając swojej przyszłej drogi wiosną 1967 roku, Leszek nie patrzył na swoich rodziców przez taki pryzmat. Tak tego nie widział, tak tego nie odczuwał i nie rozumiał ich wahań, obaw i wątpliwości. Dzisiaj już wie, że im chodziło o stabilizację, o pewność bytu, o polepszenie tego bytu.  Wie, że nadal tkwiły w nich wielkie obawy co do przyszłości.  Wszak trwała tak zwana zimna wojna i każdego dnia słuchali z radia lub telewizora (jeden propagandowy program), że Amerykanie i inni kapitaliści chcą zniszczyć socjalizm, czyli ich ojczyznę i ich samych.  Czyż po okropieństwach, które przeżyli nie mogli się obawiać o przyszłość swoją i przyszłość swoich dzieci? 

Wróćmy jednak do wiosny 1967 roku.   W trakcie podejmowania decyzji gdzie pójść się dalej uczyć, dała o sobie znać przekorna natura Leszka, który zawsze i wszędzie chciał się odróżniać od innych, iść pod prąd, buntować się i robić wszystko po swojemu.   Dlatego też słuchając ciągle o Poznaniu do którego wybierała się większość jego koleżanek i kolegów on postanowił postąpić inaczej i wybrał szkołę w Bydgoszczy. Nieważne było, iż obaj pradziadkowie Leszka byli rodowitymi poznaniakami, że jego miasto to typowa Wielkopolska, że do Poznania było 50 km, a do Bydgoszczy 80 km.  Nic nie było ważne, gdy Leszek chciał się wyróżnić i zrobić coś na przekór innym.  Dzisiaj już wie, że to było głupie, że to było naiwne, że takimi rzeczami nie należy się kierować w swoim życiu, ale skąd miał to wiedzieć, mając czternaście lat?   Rodzice, co trzeba uczciwie oddać, po wyrażeniu zgody na naukę w technikum, nie wpływali w żaden sposób na jego decyzję.  Zresztą zapracowani, bez doświadczenia i znajomości rzeczy, przekonani przez panią od biologii, że syn powinien się dalej kształcić w porządnej szkole, woleli nie wypowiadać więcej swoich opinii. Dodatkowym argumentem dla Leszka był fakt, iż kolega Zenek, którego ojciec był kolejarzem, także po wielu wahaniach, postanowił zdawać egzaminy do Technikum Kolejowego w Bydgoszczy, gdyż było ono wówczas jednym z najlepszych szkół kolejowych w Polsce, znacznie wyżej notowanym niż takie samo technikum w Poznaniu.

I w ten sposób ósmego maja 1967 roku w piękny słoneczny, pachnący prawdziwą wiosną poniedziałkowy poranek, pośród wybuchających zewsząd wszelkich odcieni zieleni, pośród bieli kwitnących kasztanów i śmiało pojawiających się innych przeróżnych majowych kolorów, Leszek wyjechał razem z mamą o godzinie czwartej pięćdziesiąt z peronu drugiego w swoją pierwszą podróż do miasta, które później zostało jego miastem, które później pokochał, w którym mieszkał, pracował, w którym odnosił sukcesy i ponosił porażki.


W 2003 roku w maju moja mama w swoich zapiskach napisała jak powyżej.  Bez komentarza.


poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Leszek - odcinek 21 - Ewa


Leszek - Odcinek 21

Jeszcze trochę o życiu w internacie.  Jedno piętro to najwyższe, jak już wspomnieliśmy, zajmowały w internacie dziewczęta i dzięki temu internatowe życie było dużo ciekawsze niż gdyby mieszkali w nim tylko sami chłopcy.  A trochę Leszek już znał to bezustanne męskie towarzystwo bo chodził do męskiej klasy, w której często nie było komu łagodzić obyczajów, że się tak delikatnie wyrazimy.

Prawie w każdą sobotę odbywały się w internacie, przeważnie w dużej świetlicy na parterze, zabawy taneczne, zabawy bo słowo dyskoteka dopiero raczkowało.  Odbywały się także różne wieczory tematyczne z okazji rocznic, świąt, albo popularnych imienin, na przykład Andrzejki.  Na tych zabawach lub wieczornicach chłopaki popisywali się przed internetowymi dziewczętami, tańczyli z nimi, bawili się w różne gry i ogólnie podrywali je.  Z czasem powstało kilka internetowych par, ale nie było to zjawisko powszechne.  Te wspaniałe chwile przy nastrojowym świetle, przy przebojach tamtego czasu, kiedy królował big-beat, te młodzieńcze zachwyty, ten nastrój, ta atmosfera i to wspaniałe towarzystwo internetowych koleżanek i kolegów, uczyniły z tych przeżyć jedne z najmilszych i najczęściej wspominanych chwil jego wczesnej młodości.

To w internacie i to już w pierwszym roku pobytu, Leszek doszedł do dużej wprawy w grze w tenisa stołowego, którego to naukę rozpoczynał, kilka lat wcześniej, na kuchennym stole w swoim domu.   I już po pół roku intensywnych ćwiczeń doszedł do takiej wprawy, że w zasadzie tylko dwie osoby z kilkudziesięciu regularnie grywających w ping ponga na internetowym stole, były lepsze od niego.  Jednym był szczupły, drobny chłopaczek, rok młodszy od Leszka, którego nazywali Olik i który pochodził z Charzykowych leżących nad pięknym jeziorem Łukomie, nieopodal Chojnic, a drugim był młody wychowawca internetowy, zwany Aparacikiem.  Przy tym stole ping pongowym Leszek spędzał nieraz po kilka godzin dziennie, a lubił to szalenie zaś w grze bywał zawsze nieustępliwy i waleczny.

W ogóle, pomimo różnych wad i niedomagań, na przykład marnego jedzenia, czy nadmiernej zdaniem Leszka, dyscypliny, życie w internacie było wspaniałe.  Było pełne koleżanek i kolegów.  Z jego klasy w internacie mieszkało ośmioro chłopaków.  Często po dwudziestej drugiej, gdy Bąbel, wspomniany ich internetowy wychowawca, zamykał się już w swoim dyżurnym pokoju, cała ósemka lub jej część, zbierała się w jednej ze sal i siedząc na łóżkach, przez parę godzin zawzięcie dyskutowali na przeróżne tematy, kłócąc się niekiedy zawzięcie. Grywali także w karty, szachy, domino lub warcaby, a czasami słuchali cichej gry na klarnecie jednego z ich klasowych kolegów o przezwisku Puma.  A grał świetnie.  A czasami Bąbel ich nakrył w trakcie takiego nocnego urzędowania i odgrażał się co też im zrobi za takie nieobliczalne nieposłuszeństwo. Straszył ich kierownikiem, zakazem wyjazdu do domu w sobotę i innymi takimi rzeczami. Jednak tak naprawdę to był dusz człowiek i zawsze kończyło się tylko na owym straszeniu.

I to wspomniane wspólne oglądanie meczów piłkarskich, głównie reprezentacji Polski, ale także pucharowych występów polskich zespołów klubowych.  Największych przeżyć dostarczyły im pamiętne mecze Górnika Zabrze z Romą.  Szczególnie trzeci mecz półfinałowy.   Po dwumeczu z rzymianami sprawa tego kto będzie grał nadal była nierozstrzygnięta bo w obu meczach padł wynik 2:2 i o awansie do finału rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharu miał zadecydować trzeci mecz, rozgrywany na neutralnym gruncie, na stadionie we francuskim w Strasbourgu.  W tym meczu znowu było 1:1 i dopiero rzut monetą (dogrywek i karnych wówczas nie było) zdecydował o tym kto będzie grał w finale.  Moneta okazała się szczęśliwa dla Polaków.  To wówczas ogromnie wtedy popularny komentator telewizyjny, nieodżałowany Jan Ciszewski, wykrzykiwał słynne na długie dziesięciolecia słowa: - Polska, Górnik, Górnik Polska.  W tamtym czasie wszystkie komentarze musiały być wyważone i spokojne, a tutaj pan Jan z pełnym zaangażowaniem, oddaniem i entuzjazmem krzyczał w socjalistycznej telewizji.   A potem był jeszcze przegrany 2:1 finał z Manchesterem City.  Co tam się podczas tych meczów działo w internackiej świetlicy to nie sposób tego opisać.

Szczególnie utkwiło w pamięci Leszka jedno zdarzenie związane z oglądaniem meczów.  Był listopad i Polacy grali z Bułgarią w eliminacjach Mistrzostw Świata, a oni tego dnia mieli lekcje do godziny 20.05. Droga ze szkoły do internatu zajmowała im około 20 minut, a potem musieli jeszcze zjeść kolację i dopiero po niej mogli zasiadać do oglądania meczu, który rozpoczynał się o 20.45.   Litościwy nauczyciel zwolnił ich dziesięć minut wcześniej na ten ważny mecz eliminacyjny.  Ruszyli ze szkoły w ulewnym deszczu i prawie biegnąc już po trzynastu minutach co sprawdził skrupulatny Stefan, byli w internacie.  A gdy wchodzili do budynku to Puma, ten od klarnetu, powiedział: - ale szybko padało.   I to powiedzenie stało się później jedną z ich ulubionych odzywek.   Przed telewizorami byli tuż po pierwszym gwizdku, a Polacy wygrali ten mecz.  Niestety  do Meksyku pojechali Bułgarzy.

Mieli także w internacie swoje radio.  W każdym pokoju był wspomniany już głośnik, a na parterze, za recepcją był radiowęzeł z nowoczesną, jak na ówczesne czasy, radiolą.  Radiowęzeł prowadziło troje uczniów, którzy mieli ku temu predyspozycje i co było ich pasją, a nadzór nad nim roztaczał wspomniany już wychowawca zwany Aparacikiem. Przez te głośniki budzono ich co rano o szóstej, przez nie nadawane były różne internatowe komunikaty, wiadomości i zarządzenia pana kierownika.  Były także internetowe koncerty życzeń, koledzy puszczali aktualne przeboje, a nawet próbowali czytać poezję i tworzyli mniej lub bardziej udane audycje z okazji różnych najczęściej oficjalnych świąt państwowych, rocznic i innych takich wydarzeń..

Późną dżdżystą polską jesienią, a konkretnie na prywatce w "Andrzejki",  Leszek poznał Ewę.  Prywatka odbywała się w domu Mariana, chłopaka jego starszej siostry Krystyny, która uczyła się w Technikum Ekonomicznym mieszczącym się w ich rodzinnym mieście i w maju przyszłego roku miała zdawać maturę.  Marian mieszkał na ulicy Janowieckiej w niedużym domu jednorodzinnym.  Był początkującym cukiernikiem, a dla swojej dziewczyny specjalnie przygotował wspaniały czekoladowy tort.  Przy tym torcie i przy lampce słodkiego, czerwonego wina Calabres, podczas lania wosku do dużej miednicy przez ucho od klucza, Leszek po raz pierwszy zobaczył Ewę bo akurat weszła w tym momencie na owe "Andrzejki", a przyprowadziła ją do Mariana jego młodsza siostra Danka.  Już przy ich pierwszym kontakcie wzrokowym z Ewę w Leszku coś ogromnie drgnęło.  To coś co większość uważa za miłość od pierwszego wejrzenia. Do dzisiaj nie wiadomo jak tam naprawdę było, ale zauroczenie Ewą trwało wiele lat.  I oczywiście nie dotyczyło tylko jej wyglądu.  Ewa była nieprzeciętnie bystra i spostrzegawcza, miała dużo przyjaciół i była naturalna.  Nie grała nikogo.  Po prostu była sobą.  Była Ewą.  A czy tak naprawdę wiemy dlaczego się w kimś zakochujemy?

Ewa była wówczas śliczną dziewczyną o wspaniałej rozwiniętej, jak na swój ówczesny wiek, kobiecej figurze.  Miała długie, sięgające jej ślicznych piersi, ciemne proste włosy, które na czole tworzyły fikuśny ząbek dochodzący prawie do jej brwi. Leszek od razu poczuł się Nią w jakiś dziwny sposób niesamowicie zauroczony.   Patrzył na Nią i nie mógł się napatrzeć.

Potem dowiedział się od swojej młodszej siostry,  że Ewa była uczennicą miejscowego Liceum Ogólnokształcącego, a mieszkała na ulicy Piaskowej.  Już w trakcie ich pierwszego wspólnego tańca w rytm jednego z największych wówczas przebojów, wspaniałej piosenki pod tytułem "Mały książę" w wykonaniu Kasi Sobczyk i zespołu Czerwono - Czarni, Leszek poczuł coś niesamowitego, coś co zdarza się w ludzkim życiu niesamowicie rzadko, albo nie zdarza się wcale.  Dlatego też już na całe życie zachował szczególny sentyment do tej piosenki, która była świadkiem jego pierwszych chwil z Ewą.  Cały, wielogodzinny, wieczór spędził z Ewą, nie odstępując jej na krok, a widocznie i ona coś do niego poczuła, gdyż już po paru godzinach trzymali się za ręce i głęboko zaglądali sobie w oczy.   A potem, tuż przed godziną dwudziestą drugą, bo takie miała od rodziców przykazanie, Leszek odprowadził Ewę pod jej dom, a na pożegnanie nieśmiało cmoknął w policzek.   To był początek ich długiej, burzliwej i zmiennej znajomości.

Następny odcinek


Ewa. 

sobota, 8 sierpnia 2026

piątek, 7 sierpnia 2026

Partyjne wspomnienie.

W 1992 roku zapisałem się do KLD (Kongres Liberalno Demokratyczny).  Wówczas wierzyłem w idee jakie były podstawą działania tej partii. Doszedłem nawet do funkcji przewodniczącego KLD w województwie (tym starym) bydgoskim.

Byłem, wierzyłem, działałem, wspierałem (także finansowo) i co?

Poniżej moja karta uczestnictwa w szkoleniu liderów KLD


                                                 Dzisiaj, już od dawna w to nie wierzę.


czwartek, 6 sierpnia 2026

Przypominam - 61

 Siódma i ósma klasa szkoły podstawowej numer 1 w Wągrowcu.

Leszek - odcinek 10

Ostatnie dwie klasy szkoły podstawowej (Szkoła Podstawowa nr 1, klasa 7A  i 8A) to był dla Leszka bardzo dobry okres .   I chociaż spotkało go także wiele porażek, głównie tych związanych z jego pierwszymi uczuciami do szkolnych koleżanek to jednak ogólnie był to okres początków prawdziwego kształtowania się jego osobowości i czas podejmowania najważniejszej życiowej decyzji związanej z jego dalszą edukacją.

Do jego klasy chodziły wspaniałe koleżanki i wspaniali koledzy.  Rzec można uczniowski kwiat powiatu. Leszek najbardziej kolegował się ze swoim imiennikiem, także Leszkiem, bystrym, uzdolnionym i niezwykle sympatycznym chłopakiem z ogromną czupryną kręconych blond włosów.  Natura Leszka, którego ojciec był nauczycielem w ich szkole, była z rodzaju tych, o których zwykło się mówić - żywe srebro.  Obaj Leszkowie czuli do siebie sporą sympatię, a ich relacje były zupełnie inne od tych z Gracjanem.  To były relacje związane z nauką, startem w olimpiadach powiatowych, sportem, wspólnym kibicowaniem miejscowej drużynie piłki ręcznej i snuciem dalekosiężnych planów na przyszłość. Niestety ten przesympatyczny i dobry człowiek zginął później dosyć młodo w wypadku samochodowym.  Drugim kolegą z którym Leszek także się mocno kumplował był Zenek.  Mówili o nim - tęga głowa.  Pomimo swoich niewątpliwych uzdolnień był on jednak uczynny, miły, nie zadzierał nosa, a do tego był bardzo pomysłowy i czas spędzany z nim zawsze płynął wartko i ciekawie..  Leszek odwiedzał go czasami w jego domu przy ulicy Piaskowej, którą to ulicą zwykł wracać ze szkoły.  A ponieważ dom Zenka przylegał do dużego ogrodu, sporego stawu i nadrzecznych łąk to naprawdę mieli tam co robić.  Bliskim kolegą Leszka byli także Janusz - najbardziej poważny, zrównoważony  ze wszystkich chłopaków w klasie.  To on jedyny z ich grupy miał bardzo już określone zainteresowania i wytyczone dalekosiężne plany, które zresztą później z wielkim powodzeniem udało mu się zrealizować.  A pomimo takiej postawy nie był przy tym nadęty i zadufany w sobie jak to ma zazwyczaj miejsce obecnie.   Kolejnym bliskim kolegą był Tomasz - chłopak o bujnej czarnej, kędzierzawej czuprynie, zawsze uśmiechnięty i zadowolony, świetny sportowiec i doskonały kumpel do wszystkiego, a szczególnie do różnorakich zabaw i gier zręcznościowych.

W klasie było tyle samo dziewczyn co i chłopaków.  Wśród dziewczyn prym niewątpliwie wiodła Wiesia - piękność klasowa i szkolna, a przy tym osóbka mądra, rezolutna, ale niestety dosyć zarozumiała.  Jej ojciec także był ich szkolnym nauczycielem i to jeszcze bardziej powodowało obrastanie Wiesi w przysłowiowe piórka, zupełnie inaczej niż to miało miejsce w przypadku wspomnianego Leszka.  Wiesia miała duże zdolności do przedmiotów ścisłych, lubiła się popisywać i jak to byśmy dzisiaj powiedzieli - brylować.  Nie było w niej jednak nachalności, ani nadętego zadufania, lecz spora pewność siebie poparta poczuciem własnej wartości.

Do Wiesi Leszek, zresztą nie on jeden, pisywał liściki i się w niej czas jakiś podkochiwał, jednak kompletnie bez wzajemności, a nawet wręcz odwrotnie - kilka razy został przez nią obsztorcowany za głupie kawały i chęci popisywania się.  Kolejną klasową gwiazdą była Irka, w której Leszek  podkochiwał się najdłużej ze wszystkich szkolnych koleżanek, lecz było to także tylko jednostronne uczucie.  Irka może nie była, aż tak śliczna jak Wiesia, ale miała to coś w sobie, coś co przyciągało do niej wzrok i wzbudzało sympatię, a do tego była także bardzo zdolna, miła, nie wywyższała się, zawsze była uczynna i pomocna.  W klasie wyróżniały się jeszcze dwie śliczne dziewczyny - Alina i Kalina, obie bystre, zdolne i pilne uczennice.

Ta wspomniana grupa koleżanek i kolegów Leszka stanowiła około jednej czwartej całego składu klasy, zdecydowanie w niej przewodziła i to pod każdym względem.  A w ósmej klasie przewodziła także całej dużej, liczącej dwadzieścia pięć klas, szkole.  Zresztą przewodzili także w innych dziedzinach także poza szkolnych - na spartakiadach, wykopkach, zabawach, grach i turniejach, w pochodach, biwakach, obozach, rajdach i innych podobnych imprezach organizowanych przez szkołę lub pod jej patronatem.

Z tej grupy wywodzili się przewodnicząca (Wiesia) i inni członkowie samorządu szkolnego, a także uczestnicy powiatowych i wojewódzkich olimpiad matematycznych, fizycznych i przyrodniczych. Dominowali w organizacji różnych szkolnych imprez jak zabawy taneczne, zawody sportowe, różne szkolne konkursy, a nawet w harcerstwie. Było to tym łatwiejsze, że troje spośród nich miało za rodziców nauczycieli ich szkoły, a także wielu z nich cieszyło się specjalnymi względami wieloletniego kierownika szkoły pana Szulca.  Warto także wspomnieć o wspaniałych nauczycielach, którzy dopingowali ich do nauki, pomagali w zajęciach dodatkowych, motywowali, namawiali do większego zaangażowania, a przede wszystkim byli najlepszymi przykładami do naśladowania dla swoich uczniów, czyli byli nauczycielami z powołania, z misją, z przekonaniem i zrozumieniem dla uczniów.   Leszek najbardziej zapamiętał swoją wychowawczynię panią Sołtysik, która uczyła ich języka polskiego, a także matematyka Żbikowskiego, fizyka i chemika Martyńskiego, nauczyciela wychowania fizycznego - pana Kaczmarka oraz kierownika szkoły, który uczył ich geografii - pana Szulca.

Na zakończenie nauki w szkole podstawowej odbył się wielki bal.  W balu brali udział uczniowie wszystkich trzech klas ósmych.  Miejscem zabawy była szkolna sala gimnastyczna.   Komitet rodzicielski wzmocniony wieloma ochotnikami, głównie rodzicami absolwentów szkoły, przygotowywał ten bal od paru miesięcy.   Sala była udekorowana, a światła osłonięte kolorową krepą i różnymi bibułkami.  Pod ścianami stały stoły uginające się od różnych potraw, ciast i napojów.  Wśród napojów królowała oranżada w szklanych butelkach, zamykanych na szklane korki z gumową uszczelką i specjalnymi sprężynami, a także herbata nalewana z eleganckich dzbanków do serwisowych, domowych filiżanek.   Wszystko to przygotowali rodzice uczniów, umawiając się przedtem kto co zrobi, co przyniesie i kto będzie bezpośrednio na balu pilnował stołów, porządku i udanej zabawy.  Rodzice zbierali się w szkole przez wiele wieczorów, aby zorganizować te wspólne działania, głównie po to, żeby ich dzieci mogły w należyty, uroczysty i podniosły sposób uczcić fakt zakończenia tego ważnego etapu w życiu każdego z nich.

To była dla Leszka pierwsza taka uroczystość.  Pierwsza taka duża, tak zorganizowana, taka ważna z tyloma przemowami, śpiewami, zapewnieniami o pamięci i życzeniami na przyszłość.  Wszyscy uczniowie ubrani byli w odświętne stroje.  Chłopcy w ciemne garnitury, białe koszule, cienkie krawaty lub aksamitne muszki, a dziewczęta w białe bluzki i ciemne spódnice.
Na koniec, około godziny dwudziestej drugiej, po wielogodzinnych tańcach i innych atrakcjach, wszyscy wspólnie zaśpiewali  "Za rok, za dzień, za chwilę..."  i rozeszli się, dla wielu z nich, już na zawsze.

Leszek szczególnie zapamiętał ten wieczór z uwagi na fakt, że udało mu się i to dwukrotnie zatańczyć z Irenką, w której od dawna się podkochiwał.  Doskonale zapamiętał oba utwory podczas których był taki szczęśliwy.  Była to "Maria Elena"  i "Zachodni wiatr".   Niestety na koniec spotkała go ogromna przykrość, gdyż Irenka odmówiła mu zgody na odprowadzenie jej do domu po zabawie i jako jeden z nielicznych dostał dotkliwego kosza, był smutny, niepocieszony, a nawet z perspektywy tamtego czasu można powiedzieć, że nieszczęśliwy.   Był to ostatni raz kiedy widział swoją wymarzoną Irenkę.  Nigdy więcej już jej nie spotkał.

Najpierw jednak już wczesną wiosną przyszły na Leszka rozterki związane z wyborem następnej szkoły, a po decyzji nastały wydarzenia, które nieodwołalnie zadecydowały o całym jego przyszłym życiu.  Ale o tym w następnym odcinku.




poniedziałek, 3 sierpnia 2026

A gdzie to?

 Byliśmy na pięknej wycieczce w sobotę 25.07.2026 roku.

Zrobiłem wówczas kilka zdjęć.  Jedno z nich zamieściłem już na moim blogu, a dzisiaj kolejne zdjęcia.

Pozostaje pytanie, gdzie byliśmy.





niedziela, 2 sierpnia 2026

Gmina Osielsko - ciekawostki - 3

Poniżej trzy zdjęcia słonecznikowego pola.  Zdjęcia wykonałem w piątek 31.07.2026 roku na ulicy Jagodowej w Maksymilianowie.





Podobny post zamieściłem w sierpniu 2024 roku, ale tym razem zdjęcie wykonałem w Niemczu przy ulicy M. Konopnickiej:


 I bonus - zagadka.  Ciekawe czy ktoś wie gdzie zrobiłem poniższe zdjęcie  w sobotę - tydzień temu.



                            Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 31 lipca 2026

Przypominam - 60

Nie wiem dlaczego te moje wspomnienia nikogo nie interesują.  Kiedyś przeczytałem książkę pod tytułem "Wspomnienia  niebieskiego mundurka"  i bardzo ona mi się podobała, ale obecnie uważam, że moje wspomnienia z tego samego okresu (wieku bohaterów) są dużo ciekawsze.

Jednak nie znajdują żadnego zainteresowania.

Wiem.  Internet i wszystko z nim związane to obecnie prawie wszystko.

Jednak na pewno warto sięgać po coś więcej.

Poniżej link do moich chłopięcych wspomnień z lat 60-tch ubiegłego wieku.

Może to kogoś zainteresuje.

Chłopięce lata


Poprzedni post z tego cyklu


Odcinek 1 cyklu "Leszek"



czwartek, 30 lipca 2026

Przypominam - 59

Niestety, z ubolewaniem stwierdzam, że wszystkie moje obawy, które opisałem w sierpniu 2014 roku na tym moim blogu się spełniły, a nawet jest znacznie gorzej.

Jeżeli ktoś ma chęć i czas to może poczytać w poniższym linku to o czym wspominam.

Sierpień 2014 roku

Cóż dodać?  Pewnie przed przesileniem (Tusk, Czarzasty, Kosiniak) będzie jeszcze gorzej.

Jednak Polacy zawsze byli i będą niezależni, dumni i samodzielni.


 Poprzedni post z tego cyklu

środa, 29 lipca 2026

Gminne wspomnienia - 7

Poniżej zdjęcie niewielkiego fragmentu naszego ogrodu w Niemczu. Zdjęcie wykonałem dwadzieścia lat temu.



                                          Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 24 lipca 2026

Kindżał - odcinek 12

Leszek słuchał i uszom swoim nie wierzył.  Przecież to jakaś wprost  nieprawdopodobna historia.  To jakaś hinduska legenda, to coś nierzeczywistego, a nawet wręcz coś absurdalnego.

To niemożliwe, to jakaś gra lub zwyczajne kłamstwo mające na celu pozyskanie dla siebie tego swoistego artefaktu.  A on przecież był tylko pośrednikiem i to nie z własnej woli, a z raczej z woli pana Artura, którego poznał jako swojego czarnego klienta

Pamiętał jednak co o posążku mówili i Olaf i Artur.  Pamiętał także  jaki w nim samym, od pierwszego wejrzenia, wzbudził ów posążek, a szczególnie ten kindżał, ogromny niepokój.  Pomimo tego jednak zaczął się zastanawiać czy to nie są przypadkiem jacyś oszuści, czy nie próbują podstępem wydobyć od niego taką cenną rzecz.  Jeszcze raz uważnie popatrzył na swoich gości, ale zamiast spodziewanego fałszu dostrzegł tylko przenikliwy wzrok maharadży i podobny wzrok jego syna.  Obaj byli teraz cisi i spokojni, ale wręcz namacalnie czuł jakieś wielkie napięcie, które wisiało pomiędzy nimi.   

Dlatego też chcąc mieć chociaż kilka chwil do zastanowienia się co dalej robić poprosił obu Hindusów, aby usiedli na dwóch fotelach, które  stały w głębi sklepu.  Często siedząc na tych fotelach  Leszek  prowadził długie rozmowy ze swoimi klientami, a czasami nawet wypijali sobie po kieliszku lub dwa, wina w trakcie tych rozmów. Dlatego też wzorując się na tym co już wielokrotnie przeżywał i chcąc zyskać na czasie  powiedział  - proszę bardzo siadajcie panowie i poczekajcie chwilę, ja muszę się zastanowić co mam w tej sytuacji myśleć, a tym bardziej robić.   

Oczywiście rozumiem pana odpowiedział starszy Hindus i dodał - może pan zatelefonuje do naszego wspólnego znajomego czyli warszawskiego prawnika.   Tak to dobra myśl - odparł Leszek.  Jednak prawnik nie odbierał telefonu.  Leszek pomyślał, a może spróbuję zatelefonować do Artura do Szwecji.  Niestety i tutaj słyszał tylko angielski komunikat, iż abonent jest czasowo niedostępny.   Wówczas podszedł do obu panów i powiedział - niestety nie mogę się skontaktować, ani z prawnikiem, ani z właścicielem figurki, gdyż jak zapewne panowie już wiecie właścicielem tej figurki jest Artur Wegner.  To on kupił ją od swojego szwedzkiego przyjaciela Olafa Karlsona, u którego obecnie przebywa w Szwecji.   Na zadziwiający wzrok macharadży oznaczający kompletne według Leszka niezrozumienie o czym mówi, opowiedział maharadży i jego synowi oficjalną wersję tego jak figurka znalazła się najpierw w rękach Olafa, a potem Artura.

Panowie słuchali uważnie i gdy Leszek skończył, znowu przemówił starszy z Hindusów - to co pan mówi jest dla nas  niepojęte i wręcz zadziwiające.   Przez te wszystkie lata figurka była w posiadaniu tylko dwóch osób.  My szukaliśmy jej po całym świecie,  dokładaliśmy ogromnych starań, aby ja znaleźć.  Pozostawiliśmy szczegółowe opisy posążka we wielu firmach prawniczych, muzeach, antykwariatach i u znanych kolekcjonerów w Europie, Ameryce i oczywiście w Indiach oraz licznych innych krajach.  Niestety przez te wszystkie lata nie trafiliśmy na najmniejszy ślad tego posążka.  A on spokojnie leżał najpierw w sztokholmskim, a potem podwarszawskim sejfie.  Jest to dla mnie ogromnie zaskakujące, a wręcz zadziwiające i niepojęte - powiedział starszy z dwóch Hindusów.  

Jednak cud odnalezienia naszej najświętszej figurki tym bardziej jest dla nas obowiązkiem, abyśmy wynagrodzili tego dzięki któremu ją odzyskaliśmy.  

Ta nagrody w tym przypadku trafi tylko do pana bo to pan ją ma i  świadomie lub nieświadomie może pan pozwolić nam ją odzyskać.

Z tego co pan mówi to również obecny właściciel tej figurki nie nabył jej w złej wierze, ale kupił ją by pomóc przyjacielowi, nie wiedząc wcale, że może zaszkodzić tym samemu sobie.  Tak ta figurka ma magiczną, niepojętą moc.  Nie znamy jej natury, ale bez zastrzeżeń w to wierzymy.  Przez całe pokolenia nasza rodzina doskonale się o tym przekonała, doznając tylu dobrodziejstw i szczęścia.  Ta figurka ma dla nas tak ogromną wartość i tak się cieszymy z jej odnalezienia, że postaramy się później wynagrodzić także  jej obecnego właściciela.  Jesteśmy bogaci i stać nas na to, a zresztą nie chodzi tutaj o pieniądze.  Chcemy się podzielić naszą radością z innymi, z tymi, którzy się do niej przyczynili.  Dla nas najważniejszym jest, aby posążek jak najszybciej wrócił do swojej kapliczki.  To co proszę pana - powiedział maharadża - moglibyśmy obejrzeć posążek?   Oczywiście, ale za chwilę, zawołam tylko mojego przyjaciela, aby pozostał z pana synem w sklepie, a my przejdziemy na zaplecze, gdzie spokojnie pan będzie mógł obejrzeć posążek.  Leszek zatelefonował do Jacka prosząc go o przyjście do sklepu.  Już po paru minutach Jacek stanął w drzwiach od zaplecza, do których, na wszelki wypadek, zawsze miał swój klucz.  Wszedł i od progu zapytał - co tam szefie, o co chodzi?  Słuchaj Jacek – powiedział Leszek – pozostaniesz tutaj z tym młodym panem w sklepie, chwilowo zamkniesz sklep, a ja z tym starszym panem będę na zapleczu przy sejfie.  Usiądź sobie wygodnie i poczekaj na mnie, dobrze?  Tak jest szefie – odparł Jacek.  Jeszcze idąc do sejfu i wyjmując ukryte klucze potrzebne do jego otwarcia, Leszek wziął, na wszelki wypadek w rękę pilota od alarmu, na którym, gdyby tego potrzebował, naciskając jeden guzik to zawiadamiał swoją firmę ochraniarska o alarmie, a ta miała obowiązek przyjechać w ciągu dziesięciu minut do sklepu.  Czując się już pewniej dzięki Jackowi i alarmowi, powiedział - bardzo proszę panie maharadżo ze mną, proszę tutaj do sąsiedniego pomieszczenia.  Pozwoli pan, ponieważ to pomieszczenie jest jak pan widzi bardzo małe, dlatego tylko w dwójkę będziemy  oglądali posążek, a mój przyjaciel w tym czasie będzie towarzyszył pana synowi.  Ależ oczywiście nie widzę żadnych problemów, aby tak uczynić.   Całe zachowanie obu Hinduskich gości było takie powściągliwe, kulturalne, spokojne, ich wyjaśnienia brzmiały wiarygodnie, a z ich postaci emanowała taka dostojność i szlachetność, że obawy Leszka zaczęły się pomału rozwiewać.  Otworzył sejf, otworzył schowek w sejfie i wyjął z niego figurkę owiniętą w czarne sukno.  Odwiązał ozdobny sznur, odwinął figurkę i podał maharadży.  Ten z ogromnym zaskoczeniem patrzył na posążek, pewnie nie chcąc jeszcze  uwierzyć, że to prawda, że odnalazł najcenniejszą rzecz swojego życia.  Wziął z ogromnym nabożeństwem posążek z rąk Leszka w swoje drżące z ogromnej emocji ręce, a twarz zrobiła mu się prawie sina z przejęcia i nie potrafił nic powiedzieć chociaż było widać, iż próbuje.  Po paru minutach trochę się uspokoił i wyciągnął z kieszeni spodni sporą lupę.  Przez tą lupę zaczął uważnie oglądać figurkę.  Trwało to z pięć minut, aż wreszcie powiedział – to ona, to nasza figurka, to nasze szczęście, to powrót naszej pomyślności, a zarazem koniec klęsk, porażek i nieszczęść.  Dziękuję panu.  Nie mam słów, aby wyrazić moją wdzięczność – dodał oddając swój największy skarb Leszkowi.  Ależ oczywiście to nasza poszukiwana świętość.  To być lub nie być naszego rodu.  Ta figurka, a szczególnie ów kindżał, mają wiele ukrytych symboli, których nie widać gołym okiem.  Dopiero przez specjalne szkło, a jeszcze do tego trzeba dobrze wiedzieć gdzie i jak patrzeć, owe symbole się ujawniają.  Wszystko sprawdziłem, wszystko się zgadza, jestem pewien na sto procent.  A posążek panu oddaję, gdyż najpierw chciałbym panu wyrazić moją ogromną wdzięczność za tak niepojętą przysługę, a dopiero potem oficjalnie i uroczyście zabrać z rąk pańskich nasz posążek.  

Tak to musi być, a nie inaczej, gdyż takie są nasze prawa i obyczaje, a tym uchybić nie możemy.  Leszek zawinął figurkę w sukno i przeszli do sklepu, gdzie maharadża skinął głową na syna i poprosił Leszka o otwarcie zamka w drzwiach wejściowych.  Już po chwili syn maharadży wrócił do sklepu z niewielką walizką, z której wyjął najpierw sześć paczek banknotów, mówiąc - tutaj jest sześć paczek po sto banknotów, a każdy banknot ma nominał pięćset Euro, co daje trzysta tysięcy Euro.  Proszę pan sprawdzi i przeliczy – powiedział młody Abhiraj do Leszka.   Leszek pobieżnie przejrzał banknoty i był pewien, iż są autentyczne.  Nie wiedział skąd, ale był już teraz zupełnie przekonany co do prawdziwości słów radżaputy.  

Następnie syn maharadży wyjął mały aksamitny woreczek, ściągnięty u góry mieniącą się wieloma kolorami, wąską tasiemką i powiedział - w tym woreczku jest siedem diamentów o szlifie brylantowym, każdy diament ma około pięciu karatów, a wartość każdego z nich przy tej klasie czystości i tym szlifie to obecnie około stu tysięcy dolarów.  Razem tych siedem diamentów to znacznie ponad siedemset tysięcy dolarów.  Te diamenty łącznie z gotówką, której więcej w tak krótkim czasie nie udało się nam we Warszawie zebrać to jest na pewno milion dolarów, o których mówił mój ojciec.   Leszek kompletnie nie znał się na żadnych kamieniach szlachetnych, a już na brylantach to w ogóle.  Nie wiedział jak zareagować?  Czy wierzyć?   Czy wypytywać swoich gości?  Czy może zrobić coś innego, ale nic mu do głowy nie przychodziło, a od razu pomyślał, że już owe trzysta tysięcy Euro to dwa razy tyle ile chciał Artur za posążek.  To co on właściwie ryzykuje?   Właściwie to nic, a wszystko wskazywało na to, że ma do czynienia z prawdziwymi hinduskimi arystokratami i prawdziwą ich historią.  Niby oglądał diamenty, niby je ważył w rękach, niby udawał, że docenia ich wartość, ale tak naprawdę to nie miał zielonego pojęcia czy to są brylanty, czy nie.  Jeszcze chwilę pooglądał, zastanawiając się co zrobić, ale po paru minutach powiedział - wierzę panom, iż jest tak jak mówicie, przyjmuję te pieniądze i te brylanty, chociaż są dla mnie czymś tak zaskakującym, iż nie umiem nawet tego wyrazić.  To jest wprost niewiarygodne.  Nie wiem co o tym wszystkim sądzić i jak się zachować, ale jak mówi stare porzekadło – jak nie wiesz jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie.  Dlatego wręczam panom ich figurkę i życzę, aby spełniła wszystkie pokładane w niej wasze nadzieje.  

Maharadża uroczyście przyjął posążek, skłonił się nisko, po czym wziął w objęcia Leszka i go serdecznie uścisnął.  Po chwili to samo uczynił jego syn.  Następnie panowie wylewnie się pożegnali, wsiedli do Rolls Royce`a  i odjechali.  

To co mogę już iść do swoich ogrodowych zajęć - zapytał Jacek, przerywając kompletne zamroczenie umysłu u Leszka.   Ach, tak się zamyśliłem, że zapomniałem Jacku o tobie.  Oczywiście idź.  Dziękuję ci za pomoc i proszę cię, abyś nikomu nie opowiadał tego co przed chwilą widziałeś i słyszałeś, dobrze?   Będę o tym pamiętał, ale co teraz zrobisz?  Przecież taka masa forsy i jakieś drogie kamienie to po co dalej pracować w sklepie - ni to stwierdził, ni zapytał Jacek.   Tak, masz rację, jestem kompletnie oszołomiony i muszę to wszystko dobrze przemyśleć.  Na razie działamy tak jakby nic się nie wydarzyło, a potem zobaczymy.  W porządku, to idę do swojej roboty.   Wieczorem chyba coś dobrego postawisz z tej okazji, co Leszek?   Jacek z Leszkiem od dawna byli na ty, ale przy innych ludziach Jacek najczęściej mówił do niego szefie, a czasami panie Leszku.  Z wielkim roztargnieniem Leszek odpowiedział - tak oczywiście.  Jak będziesz szedł to zamknij drzwi od zewnątrz i dobrze schowaj klucze bo teraz musimy jeszcze bardziej uważać.  I Pamiętaj Jacek, że jak nie jestem w sklepie to jest włączony alarm i wtedy nie możesz wchodzić drzwiami od zaplecza bo zaraz przyjedzie firma ochraniarska i będzie zadyma.   Pamiętam, nie martw się, przecież mnie znasz i wiesz, że ja sam nigdy tutaj nie wchodzę, a tylko wtedy, gdy mnie zawołasz.   Wiem, ale po tych dzisiejszych przeżyciach jestem taki podenerwowany, taki nieswój i taki niespokojny dlatego ci to przypominam.   To idę, do zobaczenia wieczorem.  Jacek wyszedł, a Leszek usiadł na obrotowym krześle przy sklepowej ladzie, podparł głowę obiema rękami i się zadumał.

Co robić?  Co zrobić z pieniędzmi?  Co zrobić z tymi brylantami?  Niestety przez ten kompletny mętlik w głowie nie za bardzo mógł skupić myśli, zebrać się w sobie i chociaż postanowić coś na najbliższą przyszłość.   W końcu powiedział sobie - dzisiaj przeżyłem taki szok, taki mam zamęt w umyśle to pewnie będzie najlepiej jak odłożę podjęcie jakiejkolwiek decyzji, aż przynajmniej trochę nie ochłonę.  Wieczorem wypijemy, ja dobry koniak, a Jacek popije sobie Samosa czyli  greckie słodkie wino, które zawsze tak mu smakuje, potem się prześpię, a rano zobaczymy. 

Schował pieniądze i szlachetne kamienie do metalowej kasetki, w której zawsze trzymał utarg i inną kasę.  Kasetkę wstawił do schowka w sejfie, zamknął dokładnie sejf i wyszedł na zewnątrz, aby trochę ochłonąć i zaczerpnąć parę łyków świeżego powietrza przynoszonego przez orzeźwiający wiatr, który pojawił się niedawno i to kompletnie nie wiadomo skąd i dlaczego.  


Następny odcinek

Poprzedni odcinek

Odcinek pierwszy

czwartek, 23 lipca 2026

Niemcy coraz bardziej nas kolonizują.

Trudno określić w jakim procencie Niemcy dotychczas opanowali polską gospodarkę (handel, banki, przemysł, usługi i tak dalej).  Oceniam to na minimum 50%.  I każdego roku ta zależność Polaków wobec Niemców się powiększa, a za rządów Tuska rośnie wprost lawinowo.

Nie będę się bawił w statystyki i przytaczanie konkretnych danych z różnych dziedzin naszej gospodarki, które owi Niemcy opanowali i nadal są w ofensywie, ale przytoczę jeden drobny (z pozoru) przykład.

Otóż parę dni temu wykonałem poniższe zdjęcie.  Na tym zdjęciu widzimy, że na magistrali węglowej Śląsk - Porty dominuje niemiecki przewoźnik, czyli DB (Deutsche Bahn).  A w tym samym czasie (gdy DB dobrało się do polskich torów) PKP Cargo (główny polski przewoźnik towarowy) dokonał (czyżby przypadek?) masowych zwolnień polskich pracowników. 

Lokomotywy niemieckie, a cysterny amerykańskie.  A Polacy zamiast zarabiać 100 zł (przykładowo) na przewozie 1 tony pomiędzy Gdynią, a granicą Polski to zarabiają około 10 zł, a Niemcy i Amerykanie zarabiają po 45 zł.

Dlaczego jesteśmy tacy głupi, tacy sprzedajni i dlaczego tolerujemy i wybieramy tych co nam to czynią?

Na magistrali węglowej w pobliżu stacji Maksymilianowo koło Bydgoszczy



poniedziałek, 20 lipca 2026

Poznań - lato 1958 rok.

 

Po lewej autor bloga, a po prawej jego dwie siostry. 
Zdjęcie wykonane przed ZOO w Poznaniu w lipcu 1958 roku.

Kolejny raz przypominam w jakim kraju przyszło nam żyć.

Był człowiek i nadal go nie ma.  Minęło ponad osiem lat i nic nie wiemy.  

środa, 26 grudnia 2018

Granice polskiej demokracji - 2

11 sierpnia 2018 roku napisałem na moim blogu poniższy tekst:

W maju 2018 roku zaistniał we wszystkich mediach nijaki Michał Dzięba.  Głosił prawdę o nijakim Czaczkowskim, który z ramienia PO jest kandydatem na prezydenta naszej stolicy.  Mówił obszernie o przekrętach PO  w KGHM-ie i o wielu innych aferach PO.  Mówił, mówił i przepadł.

Nie ma go.  Nikt o nim nic nie wie.

Nikt nie komentuje.

Nikt o nim nic nie pisze.

Co do jest do k...wy  nędzy za demokracja?

Zadaję pytania dotyczące pana Dzięby od kilku miesięcy na wszystkich możliwych portalach, ale nie otrzymuję żadnych odpowiedzi.

Wierzyłem w Witolda Gadowskiego, lecz niestety i ten ostatni bastion mnie zawiódł.

Poniżej skan moich zapytań do Witolda Gadowskiego, które zostały bez odpowiedzi.

A podobnych pytań na różnych portalach zadałem dziesiątki i nigdzie nie uzyskałem odpowiedzi.


Kto tym manipuluje?


Kto za tym stoi?

Gdzie jest Dzięba?   

Koniec tekstu.



I pomimo, iż minęło kolejnych pięć miesięcy, a ja pod setkami artykułów i wypowiedzi na dziesiątkach różnych portali zadawałem powyższe pytania to nigdy i nigdzie nie otrzymałem odpowiedzi.

Pytałem na portalach niezależnych typu Gadowski, Rola, na portalach rządowych TVP, TVP Info, na portalach opozycyjnych Onet, Lis i na wielu innych, ale wszyscy zgodnie nabrali wody w usta i milczą.

Warto kłócąc się przy świątecznych stołach o to kto ma rację w sporach o "OTUA" zadać sobie to proste, ale jakże fundamentalne pytanie - gdzie jest Michał Dzięba?  Czy jeszcze żyje?  Czy jest w wariatkowie?  Czy uciekł? 

O co chodzi?   Dlaczego wszystkie media zgodnie zamilkły na jego temat?

CZY AŻ TAK JESTEŚMY STEROWANI I KONTROLOWANI?

KTO TO CZYNI?



Beznadziejne granice 1

niedziela, 19 lipca 2026

Kolejna zagadka.

Czy ktoś wie, gdzie wykonałem to zdjęcie pod koniec maja 2026 roku? Oczywiście wykonałem je w granicach naszego miasta.

Dla ułatwienia dodam kolejne zdjęcie.





sobota, 18 lipca 2026

Moja żona.

Ekspresja, niezależność, indywidualność, samodzielność, artystyczne widzenie Świata i wiele innych  nietypowych cech i zachowań oraz wiele innych talentów to tylko niektóre wspaniałe cechy mojej żony Ludmiły.

Poniżej ta ekspresja widziana oczyma fotografa 35 lat temu:


i


piątek, 17 lipca 2026

Bieszczady - sierpień 1996 roku.

Przez kilka lat jeździliśmy (moja córka i ja) regularnie  w Bieszczady.  Mieszkaliśmy w Leśnym Dworze we Wetlinie.  Wspaniały pensjonat., wspaniali właściciele, cudowny klimat (cztery pory roku Vivaldiego) i fantastyczne jedzenie (potokowe pstrągi, rydze i wszystko inne równie smaczne) .  Do tego podwózka na początek szlaków i cała masa innych wspaniałych rzeczy.

Poniżej jedna z cudownych chwil mojego życia - na szycie Połoniny Wetlińskiej  w sierpniu 1996 roku. 



poniedziałek, 13 lipca 2026

La Manga w tle.

Pierwszego roku naszego zimowego pobytu na Costa Blanca poznawaliśmy miejsca, gdzie na pół roku zamieszkaliśmy.  Jednym z tych miejsc była wspaniała plaża w San Pedro del Pinatar położona pomiędzy portem jachtowym, a mierzeją La Manga.  Lubiliśmy tam powracać bo to piękne i bardzo odosobnione oraz ciekawe miejsce.

Poniżej owa plaża, a w głębi La Manga.


niedziela, 12 lipca 2026

Z Nekli do Augustowa

Nasza wycieczka latem 2015 roku z Maksymilianowa do Dobrcza i do Borówna, a potem z Nekli do Augustowa i powrót do Maksymilianowa. Poniższe zdjęcie wykonałem na drodze pomiędzy Neklą, a Augustowem.  Tak od lat "podróżujemy" rowerami po naszej i sąsiednich gminach.