Leszek słuchał i uszom swoim nie wierzył. Przecież to jakaś wprost nieprawdopodobna historia. To jakaś hinduska legenda, to coś nierzeczywistego, a nawet wręcz coś absurdalnego.
To niemożliwe, to jakaś gra lub zwyczajne kłamstwo mające na celu pozyskanie artefaktu, którego był tylko pośrednikiem w jego sprzedaży.
Pamiętał jednak co o posążku mówili i Olaf i Artur. Pamiętał także jaki w nim samym, od pierwszego wejrzenia, wzbudził ów posążek, a szczególnie ten kindżał, ogromny niepokój. Pomimo tego jednak zaczął się zastanawiać czy to nie są przypadkiem jacyś oszuści, czy nie próbują podstępem wydobyć od niego taką cenną rzecz. Jeszcze raz uważnie popatrzył na swoich gości, ale zamiast fał dostrzegł tylko przenikliwy wzrok maharadży i podobny wzrok, jego syna. Obaj byli teraz cisi i spokojni, ale wręcz namacalnie czuł jakieś wielkie napięcie, które wisiało pomiędzy nimi.
Dlatego też chcąc mieć chociaż kilka chwil do zastanowienia się co dalej robić poprosił obu Hindusów, aby usiedli na dwóch fotelach, które stały w głębi sklepu. Często siedząc na tych fotelach Leszek prowadził długie rozmowy ze swoimi klientami, a czasami nawet wypijali sobie po kieliszku lub dwa, wina w trakcie tych rozmów. Dlatego też wzorując się na tym co już wielokrotnie przeżywał i chcąc zyskać na czasie powiedział - proszę bardzo siadajcie panowie i poczekajcie chwilę, ja muszę się zastanowić co mam w tej sytuacji myśleć, a tym bardziej robić.
Oczywiście rozumiem pana odpowiedział starszy Hindus i dodał - może pan zatelefonuje do naszego wspólnego znajomego czyli warszawskiego prawnika. Tak to dobra myśl - odparł Leszek. Jednak prawnik nie odbierał telefonu. Leszek pomyślał, a może spróbuję zatelefonować do Artura do Szwecji. Niestety i tutaj słyszał tylko angielski komunikat, iż abonent jest czasowo niedostępny. Wówczas podszedł do obu panów i powiedział - niestety nie mogę się skontaktować, ani z prawnikiem, ani z właścicielem figurki, gdyż jak zapewne panowie już wiecie właścicielem tej figurki jest Artur Wegner, który kupił ją od swojego szwedzkiego przyjaciela Olafa Karlsona, u którego obecnie przebywa w Szwecji. I wtedy Leszek opowiedział maharadży i jego synowi oficjalną wersję tego jak figurka znalazła się najpierw w rękach Olafa, a potem Artura.
Panowie słuchali uważnie i gdy Leszek skończył, znowu przemówił starszy z Hindusów - to co pan mówi jest dla nas niepojęte i wręcz zadziwiające. Przez te wszystkie lata figurka była w posiadaniu tylko dwóch osób. My szukaliśmy jej po całym świecie, dokładaliśmy ogromnych starań, aby ja znaleźć. Pozostawiliśmy szczegółowe opisy posążka we wielu firmach prawniczych, muzeach, antykwariatach i u znanych kolekcjonerów w Europie, Ameryce i oczywiście w Indiach oraz licznych innych krajach. Niestety przez te wszystkie lata nie trafiliśmy na najmniejszy ślad tego posążka. A on spokojnie leżał najpierw w sztokholmskim, a potem podwarszawskim sejfie. Jest to dla mnie ogromnie zaskakujące - powiedział starszy z dwóch Hindusów.
Jednak cud odnalezienia naszej najświętszej figurki nie oznacza, abyśmy nie wynagrodzili tego dzięki komu ja odzyskaliśmy. Nagrody która w tym przypadku trafi tylko do pana. Z tego co pan mówi to również obecny właściciel tej figurki nie nabył jej w złej wierze, ale kupił ją by pomóc przyjacielowi, nie wiedząc wcale, że może zaszkodzić tym samemu sobie. Tak ta figurka ma magiczną, niepojętą moc. Nie znamy jej natury, ale bez zastrzeżeń w to wierzymy. Przez całe pokolenia nasza rodzina doskonale się o tym przekonała, doznając tylu dobrodziejstw i szczęścia. Ta figurka ma dla nas tak ogromną wartość i tak się cieszymy z jej odnalezienia, że postaramy się później wynagrodzić także jej obecnego właściciela. Jesteśmy bogaci i stać nas na to, a zresztą nie chodzi tutaj o pieniądze. Chcemy się podzielić naszą radością z innymi, z tymi, którzy się do niej przyczynili. Dla nas najważniejszym jest, aby posążek jak najszybciej wrócił do swojej kapliczki. To co proszę pana - powiedział maharadża - moglibyśmy obejrzeć posążek? Oczywiście, ale za chwilę, zawołam tylko mojego przyjaciela, aby pozostał z pana synem w sklepie, a my przejdziemy na zaplecze, gdzie spokojnie pan będzie mógł obejrzeć posążek. Leszek zatelefonował do Jacka prosząc go o przyjście do sklepu. Już po paru minutach Jacek stanął w drzwiach od zaplecza, do których, na wszelki wypadek, zawsze miał swój klucz. Wszedł i od progu zapytał - co tam szefie, o co chodzi? Słuchaj Jacek – powiedział Leszek – pozostaniesz tutaj z tym młodym panem w sklepie, a ja z tym starszym panem będę na zapleczu przy sejfie. Usiądź sobie wygodnie i poczekaj na mnie, dobrze? Tak jest szefie – odparł Jacek. Jeszcze idąc do sejfu i wyjmując ukryte klucze potrzebne do jego otwarcia, Leszek wziął, na wszelki wypadek w rękę pilota od alarmu, na którym naciskając jeden guzik zawiadamiał swoją firmę ochraniarska o alarmie, a ta miała obowiązek przyjechać w ciągu dziesięciu minut do sklepu. Czując się już pewniej dzięki Jackowi i alarmowi, powiedział - bardzo proszę panie maharadżo ze mną, proszę tutaj do sąsiedniego pomieszczenia. Pozwoli pan, ponieważ to pomieszczenie jest jak pan widzi bardzo małe, dlatego tylko w dwójkę będziemy oglądali posążek, a mój przyjaciel w tym czasie będzie towarzyszył pana synowi. Ależ oczywiście nie widzę żadnych problemów, aby tak uczynić. Całe zachowanie obu Hinduskich gości było takie powściągliwe, kulturalne, spokojne, ich wyjaśnienia brzmiały wiarygodnie, a z ich postaci emanowała taka dostojność i szlachetność, że obawy Leszka zaczęły się pomału rozwiewać. Otworzył sejf, otworzył schowek w sejfie i wyjął z niego figurkę owiniętą w czarne sukno. Odwiązał ozdobny sznur, odwinął figurkę i podał maharadży. Ten z ogromnym zaskoczeniem patrzył na posążek, pewnie nie chcąc jeszcze uwierzyć, że to prawda, że odnalazł najcenniejszą rzecz swojego życia. Wziął posążek z rąk Leszka w swoje drżące z emocji ręce, a twarz zrobiła mu się prawie sina z przejęcia i nie potrafił nic powiedzieć chociaż było widać, iż próbuje. Po paru minutach trochę się uspokoił i wyciągnął z kieszeni spodni sporą lupę. Przez tą lupę zaczął uważnie oglądać figurkę. Trwało to z pięć minut, aż wreszcie powiedział – to ona, to nasza figurka, to nasze szczęście, to powrót naszej pomyślności, a zarazem koniec klęsk, porażek i nieszczęść. Dziękuję panu. Nie mam słów, aby wyrazić moją wdzięczność – dodał i oddał figurkę w ręce Leszka. Jest pan pewien, że to ona – zapytał Leszek widząc, że maharadża mu ją oddaje? Ależ oczywiście. Ona ma wiele ukrytych symboli, które widać dopiero przez szkło powiększające, a jeszcze trzeba dobrze wiedzieć gdzie i jak patrzeć. Wszystko sprawdziłem, wszystko się zgadza, jestem pewien na sto procent. A posążek panu oddaję, gdyż najpierw chciałbym wręczyć panu nagrodę, a potem dopiero oficjalnie zabrać posążek. Tak to musi być, a nie inaczej, gdyż takie są nasze prawa i obyczaje, a tym uchybić nie możemy. Leszek zawinął figurkę w sukno i przeszli do sklepu, gdzie maharadża skinął głową na syna i poprosił Leszka o otwarcie zamka w drzwiach wejściowych. Już po chwili syn maharadży wracał do sklepu z niewielką walizką, z której wyjął najpierw sześć paczek banknotów, mówiąc: - tutaj jest sześć paczek po sto banknotów, a każdy banknot ma nominał pięćset Euro, co daje trzysta tysięcy Euro. Proszę pan sprawdzi i przeliczy – powiedział młody Abhiraj do Leszka. Leszek pobieżnie przejrzał banknoty i był pewien, iż są autentyczne. Nie wiedział skąd, ale był już teraz zupełnie pewien co do prawdziwości słów radżaputy. Następnie syn maharadży wyjął mały aksamitny woreczek, ściągnięty u góry mieniącą się wąską tasiemką i powiedział - w tym woreczku jest siedem diamentów o szlifie brylantowym, każdy diament ma około pięciu karatów, a wartość każdego z nich przy tej klasie czystości i tym szlifie to obecnie około stu tysięcy dolarów. Razem tych siedem diamentów to znacznie ponad siedemset tysięcy dolarów. Te diamenty łącznie z gotówką, której więcej w tak krótkim czasie nie udało się nam we Warszawie zebrać to jest na pewno milion dolarów, o których mówił mój ojciec. Leszek kompletnie nie znał się na żadnych kamieniach szlachetnych, a już na brylantach to w ogóle. Nie wiedział jak zareagować? Czy wierzyć? Czy wypytywać swoich gości? Czy może zrobić coś innego, ale nic mu do głowy nie przychodziło, a od razu pomyślał, że już owe trzysta tysięcy Euro to dwa razy tyle ile chciał Artur za posążek. To co on właściwie ryzykuje? Właściwie to nic, a wszystko wskazywało na to, że ma do czynienia z prawdziwymi hinduskimi arystokratami i prawdziwą ich historią. Niby oglądał diamenty, niby je ważył w rękach, niby udawał, że docenia ich wartość, ale tak naprawdę to nie miał zielonego pojęcia czy to są brylanty, czy nie. Jeszcze chwilę pooglądał, zastanawiając się co zrobić, ale po paru minutach powiedział - wierzę panom, iż jest tak jak mówicie, przyjmuję te pieniądze i te brylanty, chociaż są dla mnie czymś tak zaskakującym, iż nie umiem nawet tego wyrazić. To jest wprost niewiarygodne. Nie wiem co o tym wszystkim sądzić i jak się zachować, ale jak mówi stare porzekadło – jak nie wiesz jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie. Dlatego wręczam panom ich figurkę i życzę, aby spełniła wszystkie pokładane w niej wasze nadzieje.
Maharadża uroczyście przyjął posążek, skłonił się nisko, po czym wziął w objęcia Leszka i go serdecznie uścisnął. Po chwili to samo uczynił jego syn. Następnie panowie wylewnie się pożegnali, wsiedli do Rolls Royce`a i odjechali.
To co mogę już iść do swoich ogrodowych zajęć - zapytał Jacek, przerywając kompletne zamroczenie umysłu u Leszka. Ach, tak się zamyśliłem, że zapomniałem Jacku o tobie. Oczywiście idź. Dziękuję ci za pomoc i proszę cię, abyś nikomu nie opowiadał tego co przed chwilą widziałeś i słyszałeś, dobrze? Będę o tym pamiętał, ale co teraz zrobisz? Przecież taka masa forsy i jakieś drogie kamienie to po co dalej pracować w sklepie - ni to stwierdził, ni zapytał Jacek. Tak, masz rację, jestem kompletnie oszołomiony i muszę to wszystko dobrze przemyśleć. Na razie działamy tak jakby nic się nie wydarzyło, a potem zobaczymy. W porządku, to idę do swojej roboty. Wieczorem chyba coś dobrego postawisz z tej okazji, co Leszek? Jacek z Leszkiem od dawna byli na ty, ale przy innych ludziach Jacek najczęściej mówił do niego szefie, a czasami panie Leszku. Z wielkim roztargnieniem Leszek odpowiedział - tak oczywiście. Jak będziesz szedł to zamknij drzwi od zewnątrz i dobrze schowaj klucze bo teraz musimy jeszcze bardziej uważać. I Pamiętaj Jacek, że jak nie jestem w sklepie to jest włączony alarm i wtedy nie możesz wchodzić drzwiami od zaplecza bo zaraz przyjedzie firma ochraniarska i będzie zadyma. Pamiętam, nie martw się, przecież mnie znasz i wiesz, że ja sam nigdy tutaj nie wchodzę, a tylko wtedy jak mnie zawołasz. Wiem, ale po tych dzisiejszych przeżyciach jestem taki podenerwowany, taki nieswój i taki niespokojny dlatego ci to przypominam. To idę, do zobaczenia wieczorem. Jacek wyszedł, a Leszek usiadł na obrotowym krześle przy sklepowej ladzie, podparł głowę obiema rękami i się zadumał.
Co robić? Co zrobić z pieniędzmi? Co zrobić z tymi brylantami? Niestety przez ten kompletny mętlik w głowie nie za bardzo mógł skupić myśli, zebrać się w sobie i chociaż postanowić coś na najbliższą przyszłość. W końcu powiedział sobie - dzisiaj przeżyłem taki szok, taki mam zamęt w umyśle to pewnie będzie najlepiej jak odłożę podjęcie jakiejkolwiek decyzji, aż przynajmniej trochę nie ochłonę. Wieczorem wypijemy, ja dobry koniak, a Jacek popije sobie Samosa czyli greckie słodkie wino, które zawsze tak mu smakuje, potem się prześpię, a rano zobaczymy.
Schował pieniądze i szlachetne kamienie do metalowej kasetki, w której zawsze trzymał utarg i inną kasę. Kasetkę wstawił do schowka w sejfie, zamknął dokładnie sejf i wyszedł na zewnątrz, aby trochę ochłonąć i zaczerpnąć parę łyków świeżego powietrza przynoszonego przez orzeźwiający wiatr, który pojawił się niedawno i to kompletnie nie wiadomo skąd i dlaczego.




