Po paru dniach od wizyty Mirka, doktor Bondyra wchodząc do pokoju Leszka zauważył, że ogląda on jakieś zdjęcie w albumie. Nie chcąc go od tego odrywać, powiedział tylko, że przyjdzie później, gdyż coś sobie przypomniał i musi to teraz pilnie zrobić. Był to kolejny dobry sygnał. Dlatego też chcąc przyspieszyć proces powrotu Leszka do normalności, pan Bondyra pomyślał od razu o Elizie, o której mu ostatnio opowiadał pan Mirosław. Na najbliższym nocnym dyżurze zabrał się za szczegółowe przeglądanie rzeczy Leszka, tych przywiezionych przez jego żonę. W kalendarzach było powkładanych mnóstwo luźnych karteczek z przeróżnymi zapiskami i na jednej z takich karteczek, już po godzinie poszukiwań, znalazł imię Eliza z numerem telefonu komórkowego. Kalendarz, w którym była ta karteczka był z ubiegłego wieku, z roku 1998 i doktor nie był pewien czy numer jest nadal aktualny. Jednak telefonując następnego dnia okazało się, iż był aktualny. Telefon odebrała pani, która się przedstawiła jako Eliza Kaczmarek. Doktor wyjaśnił kim jest i co mu chodzi. Pani Eliza nie była zachwycona perspektywą wizyty w takim, jak się wyraziła, szpitalu i mocno się zdziwiła pobytem Leszka w tym miejscu. Jednak po szczegółowych wyjaśnieniach doktora i jego naleganiach oraz po zapewnieniach, iż właśnie jej wizyta może pomóc przy leczeniu Leszka, w końcu zgodziła się na przyjazd.
Po trzech dniach od tej rozmowy w gabinecie doktora Bondyry zjawiła się elegancka kobieta w wieku około czterdziestu lat. Jak zauważył doktor, nadal miała bardzo bujne, kręcone kasztanowe włosy i piękny owal twarzy z niebieskimi oczami i małym noskiem. Wyglądała świetnie i wcale się doktor Bondyra nie zdziwił, iż mogła być dorosłą miłością Leszka, a wręcz przeciwnie. Zaraz na wstępie zapytała czego pan doktor konkretnie od niej oczekuje i jak może Leszkowi pomóc? Wie pani trudno to jednoznacznie określić, czasami wystarczy tylko spojrzenie, czasami słowa, ale najczęściej i najlepiej działa przypomnienie sobie najlepszych wspólnych przeżyć, jakieś momenty, które pani szczególnie utkwiły w głowie, mogą także tkwić w głowie Leszka i ich poruszenie może wywołać lawinę wspomnień i rozpocząć proces wybudzania pacjenta z tego fatalnego otępienia, w którym znajduje się już od ponad dwóch lat. Proszę panią o trochę czułości, trochę wspomnień i dużo słów oraz uśmiechów. Rozumiem, czyli mam się tak zachowywać, jakbyśmy się niedawno rozstali, tak? Ale to bardzo trudne, przecież minęło już od tamtej pory wiele lat. Od tych naszych spotkań, naszych uniesień i naszych uczuć i on i ja jesteśmy już zupełnie innymi ludźmi. To tylko się pani tak wydaje, ale człowiek z upływem lat, aż tak bardzo się nie zmienia, chociaż bywają wyjątki. Jednak proszę, aby pani spróbowała zachowywać się swobodnie i zwyczajnie, tak jak wówczas, gdy byliście sobie bliscy. Spróbuję panie doktorze, ale za efekt nie ręczę. Chodźmy już do Leszka, wszystko będzie dobrze i, jak znam życie, spisze się pani na pewno, na przysłowiowy medal.
Po chwili wchodzili do niewielkiego pokoiku, skromnie wyposażonego w stare szpitalne sprzęty czyli łóżko, stolik nocny przy łóżku, niewielką szpitalną szafę odzieżową, mały regał na ścianie i niewielki okrągły stół przy którym stały dwa zwyczajne, drewniane krzesła. Od dwóch lat to był Leszka świat i tylko raz dziennie ktoś z personelu wychodził z nim na około półgodziny spacer po szpitalnym ogrodzie. Tak teraz żył ten niegdyś pełen pomysłów i wszelakiego rodzaju energii, wiedzy i inteligencji, nietypowy i nietuzinkowy, człowiek. Pierwszy wszedł pan doktor i zauważył Leszka siedzącego przy stole wpatrującego się w album ze zdjęciami. Leszek podniósł głowę na powitanie doktora i wzrok jego padł na stojącą obok Elizę. Wielkie zdumienie przebiegło jego twarz, a potem pomału otworzył usta i powiedział - ty Eliza ty tutaj? Po czym opuścił głowę i już więcej się nie odezwał. Eliza za radą pana doktora zaczęła mu przypominać o ich wspólnych przeżyciach. A wtedy Leszek ponownie się ożywił. Wspomniała o czerwcowej kąpieli w leśnym jeziorku, gdzie byli tylko oni sami i dwie sarenki na brzegu. Potem opowiedziała o nabożeństwie majowym, na które zatrzymali się przy figurce Matki Boskiej stojącej na skrzyżowaniu dróg, gdzieś w zapomnianej wiosce na Kaszubach i gdzie miejscowy kapłan oraz kilkunastu wiernych śpiewało piękne majowe pieśni religijne. Potem wspomniała jeszcze kilka innych wydarzeń, które szczególnie utkwiły w jej głowie. Wyraźnie poruszony tymi wspomnieniami Leszek patrzył na nią jak urzeczony. Otworzył szeroko oczy, otworzył lekko usta jak gdyby chciał coś powiedzieć, lecz żaden dźwięk z tych ust się nie wydobył. Eliza głaszcząc Leszka po ręce przypominała mu szczęśliwe chwile i zdawało się, iż Leszek w tym momencie jest naprawdę niezwykle poruszony, mocno ożywiony, jest zupełnie inny niż przez ostatnie ponad dwa lata. Po pół godzinie, opowiadań Elizy, które czasami pan Bondyra przerywał jakimiś pytaniami, zaczęli na znak pana doktora żegnać się z Leszkiem. Eliza pocałowała Leszka w policzek, a pan doktor uścisnął mocno jego dłoń, którą Leszek sam, po raz pierwszy wyciągnął w stronę pana doktora. Po powrocie do gabinetu lekarskiego, wyraźnie bardzo z przebiegu wizyty u Leszka zadowolony, pan doktor, powiedział - mamy go. I to po raz drugi i to jeszcze bardziej. Na pytanie Elizy o co chodzi z tym stwierdzeniem, opowiedział o przebiegu wizyty Mirka - Leszka przyjaciela. Eliza pokiwała ze zrozumieniem głową i zapytała czy się na coś przydała? Ależ oczywiście, moim zdaniem to przełomowa chwila, teraz będzie już tylko coraz lepiej, chociaż nie wiem jak długo to potrwa do całkowitego wyleczenia. Parę pani wizyt mogłoby bardzo przyspieszyć ten proces - dodał po chwili. Nie, nie panie doktorze, proszę na mnie nie liczyć. Przyjechałam bo pan mnie bardzo prosił, a wręcz nalegał, ale więcej nie mogę przyjeżdżać. Proszę zrozumieć - mam swoją rodzinę i moje uczucia dotyczą moich najbliższych. Nie chcę tego zmieniać, robić nadziei, a potem zawieść. Ten rozdział mojego życia, czyli okres bliskiej znajomości z Leszkiem jest już dawno i to ostatecznie zamknięty i chciałabym, aby tak pozostało. On teraz jest słaby, niepewny, zamknięty i nie wiadomo co się w jego umyśle dzieje, albo budząc się z tego letargu może dziać się z nim różnie, a ja naprawdę nie chciałabym brać w tym udział. Ja stanowczo nie chcę w tym uczestniczyć. Starałam się pomóc bliskiemu mi kiedyś człowiekowi i to wszystko. Chyba rozumie mnie pan, panie doktorze? Tak rozumiem, ale żałuję. Trudno musimy radzić sobie bez pani pomocy. Ogromnie dziękuję za dzisiejszą wizytę - dodał ściskając mocno na pożegnanie rękę pani Elizy.
Po tej wizycie stan Leszka z każdym tygodniem zdawał się być coraz lepszy. Po paru miesiącach zaczął wypowiadać pojedyncze słowa, a po pół roku pierwsze proste zdania. Zaczął sam chodzić na spacery i na posiłki, które do tej pory mu przynoszono do pokoju. W tym okresie poprosił doktora Bondyrę o pierwszą książkę do czytania. Było coraz lepiej. Po roku od wizyty Elizy, kolegium trzech lekarzy uznało, że Leszek jest już zdolny do normalnego życia. Chociaż jeszcze wydawał się powolny i jakiś ociężały, myślał wolniej i wolniej niż kiedyś, przed chorobą, wszystko wykonywał to jednak zaczął być zupełnie samodzielny, i zdaniem lekarzy, jego dalszy pobyt w lecznicy niczego już nie był w stanie zmienić na lepsze. Teraz potrzebował powrotu do normalnego życia, do zwyczajnych, codziennych spraw, do znajomych i bliskich, a może także i do pracy. Już wcześniej, pod namową doktora Bondyry Leszek wystąpił do sądu o cofnięcie ubezwłasnowolnienia i gdy po paru miesiącach otrzymał dokument to poświadczający, wypisano go ze szpitala. Była połowa października 2008 roku.
Leszek spędził trzy lata w zamkniętym zakładzie, a teraz autobusem za pieniądze pożyczone od swojego największego dobroczyńcy, czyli doktora Józefa Bondyry, wracał do swojego miasta, do Bydgoszczy. Nie wiedział co robić, gdzie mieszkać, z czego żyć. Wiedział o sprzedaży domu i o rozwodzie. O rozwodzie poinformował go doktor. Była już teraz żona uzyskała decyzję w tej sprawie parę miesięcy temu. Jeszcze podczas, gdy był ubezwłasnowolniony i nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Jednak to swojej byłej żony postanowił skierować swoje pierwsze kroki na tym nowym i nieznanym mu jeszcze, nowym etapie życia. Jej nowy adres otrzymał także od pana doktora. W dżdżyste, październikowe, wczesne popołudnie, stanął przed furtką domu bliźniaka, położonego w ładnym miejscu, w pobliżu skarpy nad rzeką Brdą, na bydgoskim osiedlu Piaski. Miał szczęście, po jego dzwonku i odpowiedzi w domofonie, furtkę otworzyła mu jego, już teraz była, żona. Podeszła do niego pomimo mżawki schodząc na dół po paru stopniach schodów z wysokiego parteru. Stanęła przed Leszkiem wyraźnie zdziwiona i zaskoczona. I stała jak wmurowana, przyglądając mu się przez dłuższą chwilę. Z wrażenia jakie zrobiła na niej ta wizyta w pierwszej chwili nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego słowa. Wreszcie po krótkim okresie kłopotliwego milczenie, wewnętrznie się opanowała i jednym tchem zadała trzy proste pytania - ty tutaj, wypuścili cię, jesteś już zdrowy? Tak, wyszedłem ze szpitala dzisiaj rano i autobusem przyjechałem do Bydgoszczy, a nie za bardzo mając gdzie iść, przyszedłem do ciebie, ale chyba nie będziemy tak stali w deszczu przy tej furtce, co? Chyba zaprosisz mnie, chociaż na krótko do swojego domu? Zapewniam, że jestem niegroźny. Chciałbym z tobą chwilę porozmawiać, a to głównie za sprawą mojego lekarza, który mi to doradził. Całe szczęście, że męża nie ma w domu, wróci dopiero za parę godzin to będziemy mieli trochę czasu, aby sobie pewne rzeczy wyjaśnić. Proszę idź za mną. Weszli do niewielkiego salonu, w którym wprost kapało od mosiężnych ozdób, mosiężnych stoliczków, żyrandoli i innych tego typu przedmiotów. Leszek usiadł na wskazanym mu fotelu i czekał co powie jego była żona. A ona zaczęła od krytyki poczynań Leszka, potem żaliła się na swój los, gdy on wyjechał do Podkowy i później, gdy był w szpitalu, potem zaczęła opowiadać ile to ona zrobiła, aby sprzedać ich dom oraz jak się przed tą sprzedażą, poświęcała przy jego remoncie. Mówiła długo, zawile, cały czas w tonie wyrzutów i pretensji. Leszek niezbyt uważnie jej słuchał, aż w końcu, po jakiejś pół godzinie jej monologów, zapytał - lekarz mi mówił o jakiś pieniądzach dla mnie, które podobno zostały jako mój udział ze sprzedaży naszego domu. To prawda? Tak, wspomniałam lekarzowi przy ostatniej wizycie o takiej możliwości, gdy wypytywał mnie gdzie będziesz mieszkał i z czego będziesz żył po wyjściu ze szpitala. Zaraz przyniosę ci rozliczenie. Wyszła i po chwili wróciła z tekturową teczką pełną dokumentów. Zaczęła je wyjmować, czytać, objaśniać, ale Leszek i tego niezbyt uważnie słuchał. Po chwili zapytał - a ile też zostało tych pieniędzy dla mnie ze sprzedaży domu, który sam wybudowałem i za który sam zapłaciłem i za który, aż do mojego wypadku, spłacałem kredyt? Tutaj masz dokładne wyliczenia, z których wynika, iż należy ci się pięćdziesiąt tysięcy złotych. Leszek nawet tego nie skomentował tylko ponownie zapytał - a kiedy mogę dostać te pieniądze. Możemy jutro umówić się w banku i zaraz jak podpiszesz dokument o rozliczeniu się pomiędzy nami, który będzie mnie chronił przed tym, abyś jeszcze kiedyś nie przyszedł do mnie po kolejne pieniądze, przekażę ci tą sumę. Dobrze zgadzam się, będę jutro i załatwimy wszystko tak jak mówisz. Umówili się następnego dnia o dziesiątej w banku na ulicy Wojska Polskiego, po czym Wiesława powiedziała, iż musi już iść do swoich zajęć i nie może mu poświęcić więcej czasu. Leszek wstał, powiedział do widzenia i poszedł sobie. Idąc ulicą w stronę odległego przystanku autobusowego, myślał jak mógł kiedyś nie zauważyć takich okropnych cech swojej byłej żony. A potem myślał o tym jak to z domu wartego prawie milion złotych, który był już spłacony w ponad osiemdziesięciu procentach, mogła mu zostać tylko taka mała kwota. Jednak nie chciał się dopominać, kłócić, ani awanturować. Nie był nawet w stanie tego uczynić, a ponadto myślał o swojej córce i postanowił jutro zapytać Wiesławę co u niej i ile też ona dostała ze sprzedaży ich wspólnego domu. Pojechał do centrum, a potem na Osiedle Leśne i w hotelu, wynajął sobie pokój na trzy dni.
I tak rozpoczął swój kolejny etap życia. Etap co do którego jeszcze nie wiedział co ma zrobić i jak ma postąpić.



Idea zacna, choć wobec pomysłu (realizacji) likwidacji Kolei Parkowej w Myślęcinku to raczej niespełnialne marzenia. Do tego dochodzą warunki terenowe i prawa własności gruntu. Do Samociążka to 17 km torów (+ jakieś mijanki na przystankach) i przynajmniej 1 wiadukt (w Rynkowie).
OdpowiedzUsuńNa dzisiaj jest to tylko idea, raczej bez możliwości realizacji w najbliższych latach, ale warto mieć dalekosiężne plany i robiąc coś w sprawie przywrócenia prawdziwej kolejki w Myślęcinku, pomyśleć już i wziąć pod uwagę taki wariant. A co do wiaduktu to równie dobrze można wykonać tunel, pewnie byłoby taniej przy dzisiejszej technice wykonywania, na przykład, warszawskiego metra i odpadłoby sporo problemów.
OdpowiedzUsuńO ile dobrze pamiętam, to w Rynkowie tory idą w wykopie, robić tunel pod wykopem, to chyba nie najlepszy pomysł :(
OdpowiedzUsuńNa wysokości stacji Rynkowo tak jest jak piszesz, ale trochę dalej wykop się kończy. To był tylko tak luźno rzucony pomysł bez głębszych przemyśleń i chodziło mi raczej o ideę, a nie o stronę techniczną.
OdpowiedzUsuńHmmm.Przypadkiem buszując w internecie napotkałem tę stronę....i może odniosę się do Twych spostrzeżeń....
OdpowiedzUsuńKolejka wąskotorowa?...już była-kiedyś...I była piękna...aż ktoś postanowił ją kiedyś rozwalić a tory zdemontować...To takie polskie,prawda?-rujnowanie a nie budowanie...ktoś musiał tory oddać na złom aby przytulić parę gównianych groszy...To smutne,nieprawdaż?
W tym dziwnym mieście rządzą chorzy ludzie,dlatego i nic w nim nie ma czym można by sie poszczycić przed osobami przyjezdnymi-to dziura z tramwajami zmarginelizowana przez decydentów z Sejmiku Wojewódzkiego w Toruniu którzy strumień forsy otwierają u siebie a nie w Bydgoszczy.
Twoje rozważania o kolejce są piękne ale mieszca się w kategorii science-fiction.Od 46 lat mieszkam w Smukałe i przez te wszystkie lata gmina nie potrafi w tym obrembie Bydgoszczy jakim jest Myślęcinek,Smukała,Rynkowo,Piaski oraz Miejscowości pobliskie w kierunku Koronowa-Bożenkowo,Tryszczyn,Gościeradz-wykorzystać możliwości jakie oferuje ten przyrodniczo-wodny akwen.Zielone płuca Bydgoszczy jak się o tych miejscach mówi tylko z nazwy są zielone a w rzeczywistości to zaniedbane szare dzielnice zmarginelizowane kosztyem śmierdzacego,zaśmieconego i wiecznie głośnego centrum miasta.Pięknie usytuowane elektrownie wodne w Smukale,Tryszczynie i Samociążku zachęcają nie tylko do inwestowania w Twoją wizje lecz również w szlak wodny-jedyny taki w Europie który łączy największe rzeki Polski jak i zachód z wschodem Europy tymi drogami...To jest paradoks,prawda-mieć pod nosem taki potencjał i nie umieć go wykorzystać,prawda?...
...Ale nad tym można tylko ubolewać....
Święta racja ! Wszystko wskazuje na to, że włodarzom miasta ten temat najwyraźniej wisi.
OdpowiedzUsuńTypowo polskie jest też, że wielu opowiada z wypiekami na twarzy jakie cudeńka widzieli w innych krajach, a tu marnuje się taka atrakcja. W krótkim czasie staliśmy się narodem barbarzyńców - w ciągu jednego tylko miesiąca (od końca sierpnia do końca września 2011) w Polsce przestały kursować 3 kolejki parkowe: w Cichowie woj. Wielkopolskie, w Chorzowie po 54 latach istnienia (!) i w Bydgoszczy. Teraz pozostała w ruchu jedna jedyna taka atrakcja, w Poznaniu (Maltanka). Czy nie jest to żenujące ?
Jest.