Tak budowano podwaliny pod nowy Fordon, a ja byłem majstrem zatrudnionym w Hydrobudowie Włocławek, która to owe kolektory budowała.
| Zdjęcie wykonałem latem 1986 roku. |
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Po 15 latach blog nie jest już tylko blogiem. To jest kapitał — archiwum tekstów, doświadczeń, nazwisko, historia i grono ludzi, którzy już kiedyś na niego trafili.
W Pana przypadku widzę cztery konkretne sposoby wykorzystania „Dziwnej Bydgoszczy”:
I jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem bardzo ważna.
Nie próbowałbym robić z „Dziwnej Bydgoszczy” kolejnego zwykłego portalu.
Poniżej zdjęcie które wykonałem w czerwcu 1992 roku w nabytym pół roku wcześniej gospodarstwie rolnym w Niemczu przy ulicy Kolonijnej.
W tle, za odsuniętą częścią foliowego namiotu, widać łąkę na której wiele lat później powstała zabudowa ulicy Okoniowej i ulic przyległych do Okoniowej.
Bydgoszcz - internat Technikum Kolejowego Ministerstwa Komunikacji. Internat znajdujący się przy ulicy Warszawskiej 25. Jesień 1969 roku.
Tacy byliśmy wspaniali i takie niesamowite mieliśmy idee i oczekiwania.
Dzisiaj krótko, ale warto zastanowić się nad tym kto i jak sprzedał zachodnim sieciom około 80% całego polskiego handlu i jakie są tego skutki? Kto na tym zarabia i gdzie płaci podatki? Tylko sprzedawczyki, albo głupcy mogli tak postąpić. Natomiast obecnie są oni zacnymi biznesmenami i to już czasem nawet w kolejnym pokoleniu owych sprzedawczyków.
Mikołajki, hotel Gołębiewski tuż po jego otwarciu. Luty 1994. Ten obraz ponad głową Ludmiły wisi ponad moim komputerowym monitorem od tamtego czasu i bez przerwy mi towarzyszy i przynosi mi co wieczór ukojenie.. Oczywiście z dwóch powodów. Pierwszy i najważniejszy to Ludmiła, a drugi to piękny obraz Andrzeja Wiszniewskiego z Białegostoku.
Piękna piosenka o przemijaniu lata i nie tylko lata.
A poniżej fantastyczna piosenka o prawdziwym przemijaniu:
I jeszcze piękna piosenka Skaldów z płyty " Mój pejzaż" z oratorium z 1972 roku.
Przypominam bo warto przypominać.
Kto chce ten przeczyta, ale, moim zdaniem warto to zrobić. Tak było i tak mało jest świadectw z tego czasu i z tamtych zdarzeń.
Odcinek - 24,
W końcu Leszek w tej euforii, rzec można, „dofrunął” do domu. Z wielkim podnieceniem emocjonalnym, nerwowo i chaotycznie opowiedział swoim paniom o tym co się niedawno wydarzyło. Najpierw nie chciały mu uwierzyć, lecz po długiej chwili, gdy Leszek zapewniał, że to prawda, wielka radość zapanowała w ich trzyosobowej rodzinie. Radość ogromna i niepowszechna. Potem długo rozmawiali o tym jak się Leszkowi ów sukces udało osiągnąć. On nie chciał zdradzać wszystkiego zbyt dokładnie bo przecież akcja z panem docentem również i jego zaskoczyła. Nie chciał opowiadać o tak dziwnych także dla niego działaniach, a co dopiero dziwnych dla jego żony i córki. Tym bardziej, że panie cieszyły się ogromnie z sukcesu swojego męża i tatusia. W tej wielkiej radości postanowili po długich rozmowach spełnić przynajmniej kilka swoich przyziemnych marzeń.
Dlatego dnia następnego wybrali się do Pewexu czyli do socjalistycznej namiastki wielkiego bogatego zachodniego świata. Pewex-y to były sklepy tak zwanego eksportu wewnętrznego, jak je wówczas oficjalnie nazywano.
W tym miejscu trzeba wspomnieć, że wówczas w normalnych sklepach półki z towarami były zazwyczaj puste i trwało wieczne polowanie na wszelkiego rodzaju dobra. Normalnością były kartki na reglamentowane towary. Do tego królowały różne asygnaty i bony Jednak przy wszystkich zakupach liczyły się wszelakiego rodzaju znajomości. Jak to się wówczas mówiło - największą karą dla człowieka było dożywotnie pozbawienie go „pleców” i „chodów”.
Długo w noc dyskutował Leszek ze swoją żoną co najpierw zrobić, aby wykorzystać ten uśmiech losu. Wreszcie postanowili, że najpierw musza spełnić swoje małe, ale może i trochę większe marzenia. Dlatego też następnego dnia, po pracy, późnym popołudniem cała rodzina udała się na bydgoski Stary Rynek, czyli do królestwa składającego się z tak zwanych „koników” i dwóch sklepów dewizowych. Od jednego z owych natarczywych handlarzy walutą, powszechnie zwanych cinkciarzami lub ładniej konikami, zaś obecnie będącymi przeważnie wielkimi i szanowanymi biznesmenami, którzy wówczas na swoim starcie do wielkiej kariery przez cały dzień powtarzali - bony kupię, marki i dolary kupię, bony sprzedam, dolary, marki sprzedam, a także - dolary dla szanownego pana i tak dalej i tym podobnie natarczywie zaczepiali potencjalnych klientów - kupili sto bonów Pekao. Ich wartość była równa w owym eksporcie wewnętrznym stu dolarom, ale były one trochę tańsze od samych dolarów. Leszek zapłacił za te bony jedną piątą otrzymanej wczoraj kwoty. Z tymi bonami cała trójka weszła do ówczesnego „raju”. Mnogość, kształty i kolory wszelkich towarów wprost kuły w oczy. Oczy przywykłe na co dzień do pustych półek i najczęstszych odzywek pań sklepowych brzmiących – nie ma. Leszek co prawda bywał już w tym sklepie, ale przeważnie miał w kieszeni jeden lub dwa bony i kupował określony towar, na przykład czekoladę lub pół litra żytniej. A tutaj nagle do wydania trzy dobre jego poprzednie pensje. Kilkanaście minut oswajali się z towarami i ich cenami, a potem zaczęli kupować. Karolinka dostała wymarzone klocki Lego i mnóstwo różnych słodyczy. Potem pierwszy raz jedli Snikersy, Merci, trójkątną czekoladę Tablerone, Marsy, ananasy w plastrach, pili sok Donald z kartonika i próbowali jeszcze wielu innych, dzisiaj już powszechnie znanych i ogólnie dostępnych towarów, zaś wówczas uważanych przez zdecydowaną większość, za szczyt luksusu. Joanna dostała wymarzoną wodę toaletową Chanel nr 5, kolorowe mydła, wielki pojemnik, szczególnie wówczas deficytowego szamponu i wiele różnych artykułów spożywczych. Sobie Leszek kupił wodę toaletową Boss, dwie butelki ulubionego białego słodkiego Martini, gin Gordons i butelkę pięciogwiazdkowej brandy, popularnie zwanej wtedy koniakiem. Po tych zakupach, których nie mieli nawet we trójkę jak unieść, wynajęli taksówkę i pojechali na swoje Szwederowo. W domu, okazało się, że zostało im jeszcze około 30 bonów.
Taki był pierwszy kontakt Leszka z tak zwanym lepszym, oczywiście materialnie, światem. Dzisiaj to się może wydawać śmieszne, ale wówczas było to dla nich nie lada przeżycie.
Gdy to piszemy minęło od tamtego czasu raptem kilkadziesiąt lat, a jak zmieniła się w tym czasie nasza mentalność? Dla kogo teraz marzeniem jest woda kolońska, czy puszka ananasów, albo sok w kartoniku?
Można by tak długo opisywać jak to było, ale tylko ci co to przeżyli wiedzą, a ci co nie przeżyli pojęcia nie maja i mieć nie będą. Dlatego, albo uwierzą w to co piszemy, albo pozostaną w swojej niewiedzy.
Dalej prace u zakonników potoczyły się już bez większych sensacji. Najgorsze mieli za sobą, a i ojciec Piotr zrobił się jakby łagodniejszy i jakby bardziej wyrozumiały. Parę faktów z tego okresu warto jednak odnotować.
Jednego dnia, już pod koniec prac w parafii, spotkały Leszka dwa dziwne i zarazem groźne wydarzenia. Mogły one nawet pozbawić go życia i pewnie były jakiegoś rodzaju ostrzeżeniem. Sygnałem do opamiętania się, po tych pierwszych zachłyśnięciach się dużym sukcesem. Ale wówczas Leszek ich tak nie odebrał. Te refleksje naszły go dopiero po latach.
Otóż późnym popołudniem, kiedy na budowie już nikogo nie było, chcąc sobie skrócić drogę do domu, Leszek przechodził po resztce betonowego fundamentu bramy. Ten szeroki na jakieś trzydzieści centymetrów, a długi na pięć metrów fundament wisiał nad głębokim i szerokim wykopem, w którym był już ułożony rurociąg. Brama rozebrano w trakcie robót przy kanalizacji, ale pozostał z niej, tylko ów fundament przebiegający w powietrzu nad wykopem i jeden betonowy filar wystający z tego fundamentu, a znajdujący się na skraju wykopu. Po tym betonie lekkomyślny Leszek przechodził na drugą stronę wykopu bo nie chciało mu się iść kilkaset metrów dookoła. W pewnym momencie, będąc już prawie u celu, stracił równowagę i spadłby tyłem na głowę, na betonowe rury, ułożone na dnie wykopu, ale udało mu się w ostatniej chwili wykonać jakiś dziwny ruch całym ciałem i wręcz cudem, złapać za niewielki kamień wystający ze wspomnianego filara bramy. Dzięki temu ruchowi odzyskał na chwilę równowagę, zrobił rozpaczliwy balans całym ciałem i skoczył z całych sił na skarpę wykopu, łapiąc się jego krawędzi. Potem pomału podciągnął się na rękach i wczołgał się na powierzchnię terenu otaczającego wykop. Nic mu się nie stało i pewnie nigdy by do tego wydarzenia nie powrócił, ale było inaczej. Jak się wygrzebał z tego wykopu to ruszył na skos przez pole do budynku zakonu, żeby się umyć. Przeszedł połowę drogi i nagle zapadł się, prawie po szyję, pod ziemię. W ostatniej chwili łokciami wsparłem się o murawę i z trudem wydostał się na powierzchnię. Stanął na nogi i ostrożnie zajrzał w co też wpadł, ale oprócz głębokiej dziury nic więcej nie widział. Dopiero później okazało się, że było to stare szambo, a Leszek wpadł do jednego z jego włazów. Ten właz był nakryty zgniłymi już teraz deskami do tego zarosłymi trawą i chwastami i dlatego był niewidoczny. Te dwa przypadki, które nastąpiły tak krótko po sobie ogromnie Leszka wówczas przestraszyły. Niestety nie wyciągnął z nich żadnego wniosku i szybko o nich zapomniał. Dopiero później, po latach zaczął o nich inaczej myśleć. Ale co z tego?
Kolejny raz upominam się o nijakiego Michała Dziębę ( ani on mój swat, ani nawet inny znajomy). Chodzi mi o mechanizm i rzeczywiste zasady działania mojego Państwa. Czy może zniknąć człowiek i nikt nie wie gdzie on jest i co z nim się stało?
A tym bardziej, że zadawał kłopotliwe (Trzaskowski) pytania i posiadał unikatową wiedzę?
Bez mojego komentarza.
Tak — po przeczytaniu 14 odcinków „Kindżała” moja ocena jest dziś wyraźnie wyższa niż po pierwszych częściach. Przede wszystkim dlatego, że opowieść przestała być tylko historią o niezwykłym indyjskim artefakcie, a zaczęła być historią o człowieku, jego życiu, wyborach, utraconych miłościach i konsekwencjach tych wyborów.
Moja ogólna ocena: 8/10
I już tłumaczę dlaczego.
1. Największa wartość „Kindżała” to Leszek
W moim odczuciu to właśnie Leszek jest prawdziwym „kindżałem” tej opowieści — nie przedmiot. Artefakt uruchamia wydarzenia, ale czytelnik coraz bardziej chce wiedzieć co stało się z Leszkiem i dlaczego stał się takim człowiekiem.
W 14. odcinku następuje bardzo ważne przesunięcie. Lekarz próbuje dotrzeć do psychiki Leszka poprzez wspomnienia, a słowo „Ewa” otwiera zupełnie nową przestrzeń jego przeszłości.
To jest moim zdaniem bardzo dobry zabieg.
2. Odcinki 13–14 są dla mnie przełomowe
Wcześniej historia była przede wszystkim przygodowa i tajemnicza. W 12. odcinku mamy jeszcze maharadżę, posążek, ukryte symbole, pieniądze i brylanty.
Potem następuje katastrofa i pobyt Leszka w szpitalu.
A w 14. odcinku zaczyna się właściwie śledztwo psychologiczne.
Lekarz zaczyna rekonstruować życie Leszka poprzez ludzi, którzy go znali. Najpierw żona, potem Mirek, Ewa, Eliza, problemy małżeńskie, pieniądze, córka, młodość. To daje opowieści drugie dno.
I właśnie to drugie dno uważam za najciekawszą część „Kindżała”.
Co szczególnie mi się podoba
Autentyczność.
Nie mam wrażenia, że próbuje Pan pisać „pod literaturę”. To jest opowieść człowieka, który coś przeżył, coś pamięta i coś sobie wyobraził. Ta niedoskonałość stylistyczna paradoksalnie może być częścią jej charakteru.
Druga rzecz to powolność Leszka. Kiedyś rozmawialiśmy o tym, że główny wątek przyspieszy, ale bohater nie. I po 14 odcinkach uważam, że to była bardzo dobra decyzja.
Leszek nie jest typowym bohaterem sensacyjnej powieści. On jest trochę bierny, zagubiony, analizujący, uwikłany w przeszłość. Dzięki temu historia ma bardziej melancholijny charakter.
Co jest słabsze
Tu będę bardziej krytyczny niż wcześniej.
Największym problemem jest tempo.
W 14 odcinkach wydarzyło się bardzo dużo, ale część czytelników może mieć poczucie, że główna tajemnica związana z kindżałem została odsunięta na dalszy plan.
Drugim problemem są długie dialogi i bardzo rozbudowane informacje. W 14. odcinku rozmowa Mirka z lekarzem jest interesująca, ale miejscami można by ją skrócić o 20–30% bez utraty treści.
Trzecia rzecz: Ewa i Eliza są bardzo dobrym materiałem literackim, ale teraz trzeba uważać, żeby „Kindżał” nie zamienił się w opowieść wyłącznie o przeszłości Leszka. Tajemnica powinna nadal gdzieś pod spodem pracować.
I najważniejsze
Po 14 odcinkach widzę już coś, czego nie widziałem tak wyraźnie po 6 czy 8 odcinkach.
„Kindżał” zaczyna mieć własny charakter.
To nie jest klasyczny kryminał.
To nie jest klasyczna powieść przygodowa.
To nie jest też zwykła autobiografia.
To jest połączenie historii obyczajowej, psychologicznej, przygodowej i trochę onirycznej, w której rzeczywistość miesza się ze snem.
I właśnie dlatego uważam, że nie powinien Pan teraz na siłę przyspieszać opowieści. Lepiej konsekwentnie prowadzić Leszka do momentu, w którym czytelnik zacznie rozumieć, co naprawdę wydarzyło się w jego życiu i jaki związek z tym wszystkim ma kindżał.
Gdybym miał ocenić poszczególne elementy:
Element Ocena
Pomysł 9/10
Postać Leszka 9/10
Tajemnica 8,5/10
Klimat 8,5/10
Emocje 8,5/10
Oryginalność 9/10
Język 7/10
Tempo 6,5/10
Potencjał całości 9/10
Najkrócej: po 14 odcinkach uważam, że „Kindżał” zasługuje na dalsze pisanie i — co ważniejsze — na próbę dotarcia z nim do szerszego grona czytelników.
I mam jeszcze jedną, chyba ważniejszą obserwację: odcinek 14 może być początkiem drugiej, znacznie ciekawszej części „Kindżała”. Mogę wskazać dokładnie, dlaczego właśnie odcinek 14 może być punktem zwrotnym całej powieści.
Popraw dokładność przy pracy z dokumentami i badaniami
Przejdź na plan Plus i korzystaj z rozszerzonego rozumowania, aby łączyć informacje z dokumentów, materiałów badawczych, plików i innych złożonych źródeł.
Wybierz plan Plus
Pan doktor dokładnie, a nawet wręcz bardzo dokładnie, przejrzał rzeczy przywiezione przez żonę Leszka. Na początek z tych oględzin owych materiałów, wybrał jeden album ze zdjęciami. Ze zdjęciami takimi stosunkowo starymi, takimi sprzed kilkudziesięciu lat. Sam nie wiedział dlaczego akurat ten album wybrał, lecz intuicja mu podpowiedziała, że to może być coś w tej sprawie ważnego. Jako dobry psychiatra kierował się przede wszystkim wiedzą i doświadczeniem, ale obecnie po latach pracy coraz częściej kierował się właśnie intuicją lub jakimś przekonaniami, które sam nie wiedział dlaczego się w jego umyśle pojawiały. Z doświadczenia wiedział także, iż we wielu przypadkach leczenia swoich pacjentów często o sukcesie wyleczenia lub chociażby poprawy ich stanu zdrowia decydowały z pozoru sprawy drobne lub mało istotne patrząc z punktu prawidłowego przebiegu procesu leczenia. I coś mu podpowiadało, że w przypadku choroby Leszka może tak właśnie być.
A potem, niby przypadkiem, zostawił ten album na szafce przy łóżku Leszka. Parę razy dziennie zaglądał do pokoju Leszka chcąc się przekonać czy dostrzeże chociaż minimalną zmianę w jego nastroju lub zachowaniu. Niestety niczego takiego nie zobaczył.
Po tygodniu braku jakichkolwiek efektów zastosowania tej specyficznej i nietypowej albumowej terapii, pan doktor pomyślał - a może jednak trzeba postąpić inaczej? Dlatego też po kolejnych kilku dniach postanowił zatelefonować do Mirka, do jedynego, według słów jego żony, przyjaciela Leszka. Jak postanowił tak zrobił. Sądził, że jak zdjęcia nic nie pomogły to może przyjaciel coś podpowie lub znajdzie jakiś chociaż mały kluczyk do leszkowego umysłu. Zatelefonował i poprosił pana Mirka o wizytę w szpitalu. Mirek od razu ochoczo się zgodził. Po kolejnym tygodniu pan doktor zobaczył przed sobą miłego blondyna, średniego wzrostu z niewielkim brzuszkiem i o ujmującym, sympatycznym wyrazie twarzy, którego wiek ocenił na około pięćdziesiąt lat. Przyjrzał mu się uważnie i od razu pomyślał, że ta wizyta może stanowić przełom w dotarciu do tego co gnębi jego pacjenta.
Rozmowa z Mirkiem, od razu potoczyła się żwawo i ciekawie. Pan Mirosław dużo i interesująco mówił o Leszku. A przede wszystkim, zaraz na wstępie, podziękował panu Bondyrze za szczególne zainteresowanie się jego przyjacielem i za zaproszenie go do szpitala. Po krótkiej rozmowie, podobnie jak w przypadku spotkania z żoną Leszka, przeszli do niewielkiej salki, w której samotnie, od ponad dwóch lat, przebywał Leszek.
Tuż po wejściu pierwszy odezwał się Mirek mówiąc do Leszka, po prostu - cześć. I wtedy po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu Leszek wypowiedział jedno słowo - Ewa. Po czym zamilkł i tylko nieznacznie się uśmiechał, a potem w dziwny sposób wodził wzrokiem za Mirkiem.
Panowie posiedzieli z Leszkiem prawie pół godziny, lecz nic istotnego więcej już się nie wydarzyło. Dlatego pożegnali się z nim kiwając głowami i mówiąc - do zobaczenia. Po czym przeszli do lekarskiego gabinetu. Gdy tylko usiedli na krzesłach, po przeciwnej stronie biurka, pan Bondyra powiedział - mamy go!. Mirek nie bardzo rozumiejąc co pan doktor ma na myśli zapytał - co znaczą pana słowa, panie doktorze? Otóż proszę pana, jak uczy nas fachowa literatura i doświadczenie, jeżeli pacjent wypowiedział jedno słowo to wypowie, na pewno następne słowa. Tylko kiedy i na skutek jakich bodźców to tego nigdy nie wiadomo, gdyż to są konkretne, indywidualne przypadki i nie ma tutaj żadnej reguły.
Na początek niech mi pan powie o co chodzi z tym imieniem Ewa i dlaczego nie wypowiedział pana imienia, lecz powiedział właśnie to słowo? Ewa to była pierwsza miłość Leszka. Taka prawdziwa, taka młodzieńcza, co to pozostaje dla wielu zawsze najważniejszą do końca życie i bez względu na to jak potoczą się potem losy zakochanych. Ewa była wspaniałą, inteligentną dziewczyną z wielkim temperamentem i niezwykłymi pomysłami we wielu dziedzinach życia. Zawsze była uśmiechnięta i zadowolona, a śmiech miała głośny i perlisty, który zarażał wszystkich wokół. Potrafiła, nie tylko pozytywnie zaskakiwać, ale była konsekwentna i uparta w dążeniu do realizacji swoich rozlicznych pomysłów. Leszek kochał się w niej, jak to się mówi, na zabój. Trwało to parę lat. Jak się poznali to Leszek miał siedemnaście, a ona piętnaście lat i była ponad wiek rozwinięta zarówno umysłowo jak i fizycznie. Bardzo często, szczególnie w naszej młodości, ale także i później Leszek wracał w rozmowach do Ewy. Niestety, gdy Ewa skończyła osiemnaście lat jej rodzice przeprowadzili się do Poznania. Leszek w tym czasie rozpoczął już studia w Bydgoszczy i przez jakiś czas utrzymywali jeszcze znajomość, ale później Ewa poznała innego i miłość się skończyła.
Pamiętam, że Leszek strasznie to przeżywał. Wtedy nasze kontakty były dosyć częste i pośrednio brałem w tym udział. Próbowałem go pocieszać, ale bez skutku. Chodził smutny, zadumany, jakiś taki rozkojarzony, jednym słowem nie ten Leszek. Dopiero, gdzieś tak po roku się ogarnął, poznał wtedy swoją przyszłą żonę i pomału wrócił do dawnego zachowania, do dawnej żywotności i dawnego trybu życia. Jednak o Ewie rozmawialiśmy często i nigdy Leszek jej nie zapomniał i chyba, tak mi się wydaje, nigdy już nie był tak szczęśliwy jak wtedy, w ciągu tych kilku lat spędzonych z Ewą. Ależ to rewelacyjna wiadomość dla mnie proszę pana. Czy ma pan jakiś kontakt z tą panią Ewą? Ona pewnie mogłaby nam ogromnie pomóc w przywróceniu Leszka do normalnego życia. Niestety panie doktorze, ale Ewa już nie żyje. Zmarła jakieś dwa lata temu na raka. Dowiedziałem się o tym od jej rodziców, którzy mają rodzinę mieszkającą w pobliżu mojego domu i co jakiś czas, pomimo już bardzo zaawansowanego wieku, przyjeżdżają do krewnych. Także i Ewę widziałem wielokrotnie jak z nimi przyjeżdżała, ale nigdy z nią osobiście nie rozmawiałem, a byłoby o czym. Jednak bałem się reakcji zarówno jej jak i Leszka i, aby nie rozdrapywać starych ran, nawet mu o tym nigdy nie powiedziałem. Miała męża i dwójkę dzieci to po co miałbym ją niepokoić i zakłócać jej życie. To smutne co pan mówi, a już tak się ucieszyłem z powodu dzisiejszego wydarzenia. No cóż takie jest życie i niestety często jak robimy krok do przodu to potem musimy zrobić dwa do tyłu.
A może panie Mirosławie zna pan inne osoby, które mogłyby podobnie jak pan wpłynąć na pana Leszka? Nikt mi do głowy nie przychodzi. Kiedyś Leszek miał wielu przyjaciół, z którymi podróżował, imprezował, pracował czy uprawił swój ulubiony tenis i żeglarstwo, ale ostatnimi czasy, a widziałem Leszka po raz ostatni przed tym wypadkiem, jeszcze zanim wyjechał do Podkowy Leśnej, czyli ponad cztery lata temu, o nikim takim mi nie wspominał. Potem już tylko czasami rozmawialiśmy telefonicznie, ale także nie wspominał mi o żadnej bliskiej osobie. A przy naszym ostatnim spotkaniu, które miało miejsce w moim domu i podczas którego wypiliśmy sporo, Leszek szczególnie się otworzył i próbował się mnie radzić co ma dalej robić z żoną. Rozmawialiśmy także dużo o tej propozycji jego kolegi Zdzisława dotyczącej pracy w tej podwarszawskiej miejscowości, jednak nic nie wspomniał o żadnej kobiecie, czy innej bliskiej znajomości. Wspominaliśmy jak zawsze Ewę i dużo mówiliśmy o naszych przeżyciach z młodych lat. Ale przypominam sobie o jeszcze jednej kobiecie Leszka. Ta dziewczyna miała na imię Eliza. W tamtym okresie, gdy się znali, a było już to po tym jak zaczęły się kłopoty Leszka dotyczące spraw małżeńskich. Po paru latach zerwali ze sobą i nic więcej na ten temat nie wiem.. Leszek, gdy się spotykaliśmy czasami mi o niej opowiadał, ale to były takie rzekłbym, że oficjalne relacje i trudno było wyczuć w jego słowach jakieś głębsze uczucia do tej kobiety.
Ale, ale pani Mirosławie, gdy już pan wspomniał o kłopotach z żoną to może powie mi pan coś więcej – dlaczego tak się poróżnili? Może pan coś o tym wie, to dla mnie bardzo ważne, a żona Leszka jakoś nie chciała na ten temat rozmawiać. Według mnie to przede wszystkim poszło o pieniądze. Leszek, od drugiej połowy lat osiemdziesiątych, przez około dziesięć lat, był bardzo zamożnym człowiekiem, a i przedtem także dobrze mu się wiodło. Wówczas wszystko się dobrze między nimi układało. Niestety później już mu tak dobrze nie szło i żona ciągle miała do niego pretensje i to dosłownie o wszystko. I jak to w życiu – od słowa do słowa, od zdarzenia do zdarzenia, od kłótni do kłótni, najpierw był brak zrozumienia, a potem to pewnie i wzajemna narastająca niechęć, a czasami nienawiść i wrogość. Nie potrafili tego przezwyciężyć, tym bardziej, że córka skończywszy dwadzieścia lat wyjechała do Francji niby się uczyć, ale nic z tego nie wyszło i to jeszcze bardziej ich rozdzieliło. Żona miała do Leszka pretensje, że to jego wina, iż córka ich opuszcza, a potem miała pretensje, że córka zamiast się uczyć to podjęła pracę i to jako kelnerka, a ona miała takie wielkie ambicje, w stosunku do niej. I tak się to potoczyło. Sam pan doktor rozumie. Może były także inne powody, lecz Leszek mi o nich nigdy nie wspominał. No tak, takie sytuacje są dosyć powszechne i zawsze bardzo przykre, ale wróćmy, panie Mirosławie, do tej pani Elizy. Pamiętam z opowiadań Leszka, że Elizę poznał w banku, w którym pracowała, a on był klientem tego banku. Pewnego razu jechali razem windą z czwartego piętra na parter i Leszek zaproponował odwiezienie do domu. I tak to się zaczęło. Ta znajomość trwała około parę lat, a Leszek zawsze w rozmowie ze mną nazywał Elizę kobietą swoich dorosłych lat. Z tego co opowiadał wyłaniał się obraz łagodnej i spokojnej dziewczyny. Już dobrze nie pamiętam, ale pamiętam, że Leszek był od niej starszy o jakieś dziesięć lat. A wiem to dlatego, że nawet opowiadał mi o chęci rozwodu z Wiesią i o zamiarze poślubienia Elizy. Rodzina Elizy była przeciwna takiemu związkowi z uwagi na tą różnicę wieku, a Eliza była bardzo przywiązana do rodziców. Miała także dwie starsze siostry, które również odwodziły ją od takiego kroku. Kto wie czy gdyby nie postawa rodziny Elizy ich życie nie potoczyłoby się zupełnie inaczej i do dzisiaj byliby razem? Eliza była ładną, niewysoką, szczupłą dziewczyną. Wyróżniała się gęstymi, długimi do ramion, kręconymi, kasztanowymi włosami i owalną buzią o niewinnym wyglądzie. Leszek wspominał w tamtym okresie o wielu wspólnych przeżyciach i zawsze mówił o niej z wielkim szacunkiem i radością. Ta jego kobieta dorosłych lat na początku ich znajomości, chyba tak po roku bardzo chciała się z Leszkiem związać na stałe, a on się zastanawiał, analizował, myślał o córce i żonie. Po kilku latach znajomości, jak był bliski podjęcia tej decyzji to Eliza z kolei zaczynała mieć wątpliwości i to głównie, jak już mówiłem za sprawą rodziny. A potem okazało się także, iż pod koniec ich wspólnej znajomości miała już innego chłopaka, a był nim jej dawny szkolny kolega. I tak to panie doktorze, jak zapewne sam pan najlepiej wie, bywa, według starej zasady, że w tym największy jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Ich znajomość się skończyła. Szkoda tego związku z Elizą. Pewnie dzisiaj Leszek byłby innym człowiekiem, ale co zrobić? Stało się i już tego nie zmienimy. Dużo więcej o Elizie już panu nie opowiem, gdyż wiele więcej nie wiem. Dziękuję za to co pan już powiedział, panie Mirku, to i tak bardzo dużo i bardzo cennych, z mojego punktu widzenia, informacji. Jak jednak odnaleźć tą Elizę? Nie mam pojęcia panie doktorze. Mam tutaj karton różnych rzeczy Leszka przywiezionych przez jego żonę, może pan potrafi w nich coś odszukać? Mirek przejrzał pobieżnie rzeczy w kartonie i powiedział: - widzę to wszystko po raz pierwszy i nie mam pojęcia gdzie i czego szukać, ale jak przewertujemy te różnorakie kalendarze i zeszyty z zapiskami to może coś znajdziemy. Och, nie będę pana trudził, sam później spróbuję to zrobić. Bardzo panu dziękuję za wizytę i za informacje. Naprawdę dużo mi pan pomógł. Serdecznie się pożegnali i pan doktor powrócił do swoich obowiązków, a Mirosław pojechał autem do domu.
Naprawdę nie ma sensu komentować tego co poniżej. A jeżeli ktoś ma inne zdanie to chętnie z tym innym zdaniem chciałbym podyskutować.
Po kilku informacjach na tym moim blogu o ohydnym Czarzastym pora na przedstawienie jego kumpla czyli rzecz o nijakim Jerzym Urbanie.
Poniżej kopia z moich regularnych wieloletnich zapisków. Tym razem z marca 2003 roku
To zdjęcie mojej żony Ludmiły. Wykonałem je w kwietniu 2023 roku przed hotelem w urbanizacji La Zenia (Costa Blanca)
To były cudowne chwile.

To pewnie z jakiejś literatury, ale nie kojarzę z której książki.
OdpowiedzUsuń



Koryto,koryto i długo długo....koryto. Co to sumienie? Czy to wszystko już było? Oczywiście TAK. Co tu mówić, człowiek jest w każdej epoce taki sam: chciwy, pazerny,obłudny, samolubny, aspołeczny...Na szczęście nie liczni są po prostu porządnymi ludżmi i dzięki nim są zmiany społeczne. Trzymam kciuki za zmiany na korzyść większości Polaków.
OdpowiedzUsuńRozpoczynam nowy cykl pod tytułem jak wyżej. To zdanie już pod koniec XV wieku wypowiedział najgenialniejszy (moim zdaniem) człowiek w historii ludzkości.
Zawsze i wszędzie ta myśl się potwierdza.
Dlatego dzisiaj przypomnę co napisałem o nijakim Czarzastym w moich systematycznie prowadzonych notatkach w marcu 2003 roku.
Gdybym był owym Czarzastym ( o ironio marszałkiem sejmu mojej ojczyzny) to powiedziałbym, że sprawiedliwość zawsze triumfuje. |
Dzisiaj prezentuję zdjęcie fragmentu naszej działki przy ulicy Kolonijnej numer pocztowy 67 w Niemczu. Zdjęcie wykonałem w sierpnia 1996 r. roku. Czyli 30 lat temu.
Idea zacna, choć wobec pomysłu (realizacji) likwidacji Kolei Parkowej w Myślęcinku to raczej niespełnialne marzenia. Do tego dochodzą warunki terenowe i prawa własności gruntu. Do Samociążka to 17 km torów (+ jakieś mijanki na przystankach) i przynajmniej 1 wiadukt (w Rynkowie).
OdpowiedzUsuńNa dzisiaj jest to tylko idea, raczej bez możliwości realizacji w najbliższych latach, ale warto mieć dalekosiężne plany i robiąc coś w sprawie przywrócenia prawdziwej kolejki w Myślęcinku, pomyśleć już i wziąć pod uwagę taki wariant. A co do wiaduktu to równie dobrze można wykonać tunel, pewnie byłoby taniej przy dzisiejszej technice wykonywania, na przykład, warszawskiego metra i odpadłoby sporo problemów.
OdpowiedzUsuńO ile dobrze pamiętam, to w Rynkowie tory idą w wykopie, robić tunel pod wykopem, to chyba nie najlepszy pomysł :(
OdpowiedzUsuńNa wysokości stacji Rynkowo tak jest jak piszesz, ale trochę dalej wykop się kończy. To był tylko tak luźno rzucony pomysł bez głębszych przemyśleń i chodziło mi raczej o ideę, a nie o stronę techniczną.
OdpowiedzUsuńHmmm.Przypadkiem buszując w internecie napotkałem tę stronę....i może odniosę się do Twych spostrzeżeń....
OdpowiedzUsuńKolejka wąskotorowa?...już była-kiedyś...I była piękna...aż ktoś postanowił ją kiedyś rozwalić a tory zdemontować...To takie polskie,prawda?-rujnowanie a nie budowanie...ktoś musiał tory oddać na złom aby przytulić parę gównianych groszy...To smutne,nieprawdaż?
W tym dziwnym mieście rządzą chorzy ludzie,dlatego i nic w nim nie ma czym można by sie poszczycić przed osobami przyjezdnymi-to dziura z tramwajami zmarginelizowana przez decydentów z Sejmiku Wojewódzkiego w Toruniu którzy strumień forsy otwierają u siebie a nie w Bydgoszczy.
Twoje rozważania o kolejce są piękne ale mieszca się w kategorii science-fiction.Od 46 lat mieszkam w Smukałe i przez te wszystkie lata gmina nie potrafi w tym obrembie Bydgoszczy jakim jest Myślęcinek,Smukała,Rynkowo,Piaski oraz Miejscowości pobliskie w kierunku Koronowa-Bożenkowo,Tryszczyn,Gościeradz-wykorzystać możliwości jakie oferuje ten przyrodniczo-wodny akwen.Zielone płuca Bydgoszczy jak się o tych miejscach mówi tylko z nazwy są zielone a w rzeczywistości to zaniedbane szare dzielnice zmarginelizowane kosztyem śmierdzacego,zaśmieconego i wiecznie głośnego centrum miasta.Pięknie usytuowane elektrownie wodne w Smukale,Tryszczynie i Samociążku zachęcają nie tylko do inwestowania w Twoją wizje lecz również w szlak wodny-jedyny taki w Europie który łączy największe rzeki Polski jak i zachód z wschodem Europy tymi drogami...To jest paradoks,prawda-mieć pod nosem taki potencjał i nie umieć go wykorzystać,prawda?...
...Ale nad tym można tylko ubolewać....
Święta racja ! Wszystko wskazuje na to, że włodarzom miasta ten temat najwyraźniej wisi.
OdpowiedzUsuńTypowo polskie jest też, że wielu opowiada z wypiekami na twarzy jakie cudeńka widzieli w innych krajach, a tu marnuje się taka atrakcja. W krótkim czasie staliśmy się narodem barbarzyńców - w ciągu jednego tylko miesiąca (od końca sierpnia do końca września 2011) w Polsce przestały kursować 3 kolejki parkowe: w Cichowie woj. Wielkopolskie, w Chorzowie po 54 latach istnienia (!) i w Bydgoszczy. Teraz pozostała w ruchu jedna jedyna taka atrakcja, w Poznaniu (Maltanka). Czy nie jest to żenujące ?
Jest.