czwartek, 6 sierpnia 2026

Przypominam - 61

 Siódma i ósma klasa szkoły podstawowej numer 1 w Wągrowcu.

Leszek - odcinek 10

Ostatnie dwie klasy szkoły podstawowej (Szkoła Podstawowa nr 1, klasa 7A  i 8A) to był dla Leszka bardzo dobry okres .   I chociaż spotkało go także wiele porażek, głównie tych związanych z jego pierwszymi uczuciami do szkolnych koleżanek to jednak ogólnie był to okres początków prawdziwego kształtowania się jego osobowości i czas podejmowania najważniejszej życiowej decyzji związanej z jego dalszą edukacją.

Do jego klasy chodzili wspaniałe koleżanki i wspaniali koledzy, rzec można uczniowski kwiat powiatu. Leszek najbardziej kolegował się ze swoim imiennikiem, także Leszkiem, bystrym, uzdolnionym i niezwykle sympatycznym chłopakiem z ogromną czupryną kręconych blond włosów.  Natura Leszka, którego ojciec był nauczycielem w ich szkole, była z rodzaju tych, o których zwykło się mówić - żywe srebro.  Obaj Leszkowie czuli do siebie sporą sympatię, a ich relacje były zupełnie inne od tych z Gracjanem.  To były relacje związane z nauką, startem w olimpiadach powiatowych, sportem, wspólnym kibicowaniem miejscowej drużynie piłki ręcznej i snuciem dalekosiężnych planów na przyszłość. Niestety ten przesympatyczny i dobry człowiek zginął później dosyć młodo w wypadku samochodowym.  Drugim kolegą z którym Leszek także się mocno kumplował był Zenek.  Mówili o nim - tęga głowa.  Pomimo swoich niewątpliwych uzdolnień był on jednak uczynny, miły, nie zadzierał nosa, a do tego był bardzo pomysłowy i czas spędzany z nim zawsze płynął wartko i ciekawie..  Leszek odwiedzał go czasami w jego domu przy ulicy Piaskowej, którą to ulicą zwykł wracać ze szkoły.  A ponieważ dom Zenka przylegał do dużego ogrodu, sporego stawu i nadrzecznych łąk to naprawdę mieli tam co robić.  Bliskim kolegą Leszka byli także Janusz - najbardziej poważny, zrównoważony  ze wszystkich chłopaków w klasie.  To on jedyny z ich grupy miał bardzo już określone zainteresowania i wytyczone dalekosiężne plany, które zresztą później z wielkim powodzeniem udało mu się zrealizować.  A pomimo takiej postawy nie był przy tym nadęty i zadufany w sobie jak to ma zazwyczaj miejsce obecnie.   Kolejnym bliskim kolegą był Tomasz - chłopak o bujnej czarnej, kędzierzawej czuprynie, zawsze uśmiechnięty i zadowolony, świetny sportowiec i doskonały kumpel do wszystkiego, a szczególnie do różnorakich zabaw i gier zręcznościowych.

W klasie było tyle samo dziewczyn co i chłopaków.  Wśród dziewczyn prym niewątpliwie wiodła Wiesia - piękność klasowa i szkolna, a przy tym osóbka mądra, rezolutna, ale niestety dosyć zarozumiała.  Jej ojciec także był ich szkolnym nauczycielem i to jeszcze bardziej powodowało obrastanie Wiesi w przysłowiowe piórka, zupełnie inaczej niż to miało miejsce w przypadku wspomnianego Leszka.  Wiesia miała duże zdolności do przedmiotów ścisłych, lubiła się popisywać i jak to byśmy dzisiaj powiedzieli - brylować.  Nie było w niej jednak nachalności, ani nadętego zadufania, lecz spora pewność siebie poparta poczuciem własnej wartości.

Do Wiesi Leszek, zresztą nie on jeden, pisywał liściki i się w niej czas jakiś podkochiwał, jednak kompletnie bez wzajemności, a nawet wręcz odwrotnie - kilka razy został przez nią obsztorcowany za głupie kawały i chęci popisywania się.  Kolejną klasową gwiazdą była Irka, w której Leszek  podkochiwał się najdłużej ze wszystkich szkolnych koleżanek, lecz było to także tylko jednostronne uczucie.  Irka może nie była, aż tak śliczna jak Wiesia, ale miała to coś w sobie, coś co przyciągało do niej wzrok i wzbudzało sympatię, a do tego była także bardzo zdolna, miła, nie wywyższała się, zawsze była uczynna i pomocna.  W klasie wyróżniały się jeszcze dwie śliczne dziewczyny - Alina i Kalina, obie bystre, zdolne i pilne uczennice.

Ta wspomniana grupa koleżanek i kolegów Leszka stanowiła około jednej czwartej całego składu klasy, zdecydowanie w niej przewodziła i to pod każdym względem.  A w ósmej klasie przewodziła także całej dużej, liczącej dwadzieścia pięć klas, szkole.  Zresztą przewodzili także w innych dziedzinach także poza szkolnych - na spartakiadach, wykopkach, zabawach, grach i turniejach, w pochodach, biwakach, obozach, rajdach i innych podobnych imprezach organizowanych przez szkołę lub pod jej patronatem.

Z tej grupy wywodzili się przewodnicząca (Wiesia) i inni członkowie samorządu szkolnego, a także uczestnicy powiatowych i wojewódzkich olimpiad matematycznych, fizycznych i przyrodniczych. Dominowali w organizacji różnych szkolnych imprez jak zabawy taneczne, zawody sportowe, różne szkolne konkursy, a nawet w harcerstwie. Było to tym łatwiejsze, że troje spośród nich miało za rodziców nauczycieli ich szkoły, a także wielu z nich cieszyło się specjalnymi względami wieloletniego kierownika szkoły pana Szulca.  Warto także wspomnieć o wspaniałych nauczycielach, którzy dopingowali ich do nauki, pomagali w zajęciach dodatkowych, motywowali, namawiali do większego zaangażowania, a przede wszystkim byli najlepszymi przykładami do naśladowania dla swoich uczniów, czyli byli nauczycielami z powołania, z misją, z przekonaniem i zrozumieniem dla uczniów.   Leszek najbardziej zapamiętał swoją wychowawczynię panią Sołtysik, która uczyła ich języka polskiego, a także matematyka Żbikowskiego, fizyka i chemika Martyńskiego, nauczyciela wychowania fizycznego - pana Kaczmarka oraz kierownika szkoły, który uczył ich geografii - pana Szulca.

Na zakończenie nauki w szkole podstawowej odbył się wielki bal.  W balu brali udział uczniowie wszystkich trzech klas ósmych.  Miejscem zabawy była szkolna sala gimnastyczna.   Komitet rodzicielski wzmocniony wieloma ochotnikami, głównie rodzicami absolwentów szkoły, przygotowywał ten bal od paru miesięcy.   Sala była udekorowana, a światła osłonięte kolorową krepą i różnymi bibułkami.  Pod ścianami stały stoły uginające się od różnych potraw, ciast i napojów.  Wśród napojów królowała oranżada w szklanych butelkach, zamykanych na szklane korki z gumową uszczelką i specjalnymi sprężynami, a także herbata nalewana z eleganckich dzbanków do serwisowych, domowych filiżanek.   Wszystko to przygotowali rodzice uczniów, umawiając się przedtem kto co zrobi, co przyniesie i kto będzie bezpośrednio na balu pilnował stołów, porządku i udanej zabawy.  Rodzice zbierali się w szkole przez wiele wieczorów, aby zorganizować te wspólne działania, głównie po to, żeby ich dzieci mogły w należyty, uroczysty i podniosły sposób uczcić fakt zakończenia tego ważnego etapu w życiu każdego z nich.

To była dla Leszka pierwsza taka uroczystość.  Pierwsza taka duża, tak zorganizowana, taka ważna z tyloma przemowami, śpiewami, zapewnieniami o pamięci i życzeniami na przyszłość.  Wszyscy uczniowie ubrani byli w odświętne stroje.  Chłopcy w ciemne garnitury, białe koszule, cienkie krawaty lub aksamitne muszki, a dziewczęta w białe bluzki i ciemne spódnice.
Na koniec, około godziny dwudziestej drugiej, po wielogodzinnych tańcach i innych atrakcjach, wszyscy wspólnie zaśpiewali  "Za rok, za dzień, za chwilę..."  i rozeszli się, dla wielu z nich, już na zawsze.

Leszek szczególnie zapamiętał ten wieczór z uwagi na fakt, że udało mu się i to dwukrotnie zatańczyć z Irenką, w której od dawna się podkochiwał.  Doskonale zapamiętał oba utwory podczas których był taki szczęśliwy.  Była to "Maria Elena"  i "Zachodni wiatr".   Niestety na koniec spotkała go ogromna przykrość, gdyż Irenka odmówiła mu zgody na odprowadzenie jej do domu po zabawie i jako jeden z nielicznych dostał dotkliwego kosza, był smutny, niepocieszony, a nawet z perspektywy tamtego czasu można powiedzieć, że nieszczęśliwy.   Był to ostatni raz kiedy widział swoją wymarzoną Irenkę.  Nigdy więcej już jej nie spotkał.

Najpierw jednak już wczesną wiosną przyszły na Leszka rozterki związane z wyborem następnej szkoły, a po decyzji nastały wydarzenia, które nieodwołalnie zadecydowały o całym jego przyszłym życiu.  Ale o tym w następnym odcinku.




poniedziałek, 3 sierpnia 2026

A gdzie to?

 Byliśmy na pięknej wycieczce w sobotę 25.07.2026 roku.

Zrobiłem wówczas kilka zdjęć.  Jedno z nich zamieściłem już na moim blogu, a dzisiaj kolejne zdjęcia.

Pozostaje pytanie, gdzie byliśmy.





niedziela, 2 sierpnia 2026

Gmina Osielsko - ciekawostki - 3

Poniżej trzy zdjęcia słonecznikowego pola.  Zdjęcia wykonałem w piątek 31.07.2026 roku na ulicy Jagodowej w Maksymilianowie.





Podobny post zamieściłem w sierpniu 2024 roku, ale tym razem zdjęcie wykonałem w Niemczu przy ulicy M. Konopnickiej:


 I bonus - zagadka.  Ciekawe czy ktoś wie gdzie zrobiłem poniższe zdjęcie  w sobotę - tydzień temu.



                            Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 31 lipca 2026

Przypominam - 60

Nie wiem dlaczego te moje wspomnienia nikogo nie interesują.  Kiedyś przeczytałem książkę pod tytułem "Wspomnienia  niebieskiego mundurka"  i bardzo ona mi się podobała, ale obecnie uważam, że moje wspomnienia z tego samego okresu (wieku bohaterów) są dużo ciekawsze.

Jednak nie znajdują żadnego zainteresowania.

Wiem.  Internet i wszystko z nim związane to obecnie prawie wszystko.

Jednak na pewno warto sięgać po coś więcej.

Poniżej link do moich chłopięcych wspomnień z lat 60-tch ubiegłego wieku.

Może to kogoś zainteresuje.

Chłopięce lata


Poprzedni post z tego cyklu


Odcinek 1 cyklu "Leszek"



czwartek, 30 lipca 2026

Przypominam - 59

Niestety, z ubolewaniem stwierdzam, że wszystkie moje obawy, które opisałem w sierpniu 2014 roku na tym moim blogu się spełniły, a nawet jest znacznie gorzej.

Jeżeli ktoś ma chęć i czas to może poczytać w poniższym linku to o czym wspominam.

Sierpień 2014 roku

Cóż dodać?  Pewnie przed przesileniem (Tusk, Czarzasty, Kosiniak) będzie jeszcze gorzej.

Jednak Polacy zawsze byli i będą niezależni, dumni i samodzielni.


 Poprzedni post z tego cyklu

środa, 29 lipca 2026

Gminne wspomnienia - 7

Poniżej zdjęcie niewielkiego fragmentu naszego ogrodu w Niemczu. Zdjęcie wykonałem dwadzieścia lat temu.



                                          Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 24 lipca 2026

Kindżał - odcinek 12

Leszek słuchał i uszom swoim nie wierzył.  Przecież to jakaś wprost  nieprawdopodobna historia.  To jakaś hinduska legenda, to coś nierzeczywistego, a nawet wręcz coś absurdalnego.

To niemożliwe, to jakaś gra lub zwyczajne kłamstwo mające na celu pozyskanie dla siebie tego swoistego artefaktu.  A on przecież był tylko pośrednikiem i to nie z własnej woli, a z raczej z woli pana Artura, którego poznał jako swojego czarnego klienta

Pamiętał jednak co o posążku mówili i Olaf i Artur.  Pamiętał także  jaki w nim samym, od pierwszego wejrzenia, wzbudził ów posążek, a szczególnie ten kindżał, ogromny niepokój.  Pomimo tego jednak zaczął się zastanawiać czy to nie są przypadkiem jacyś oszuści, czy nie próbują podstępem wydobyć od niego taką cenną rzecz.  Jeszcze raz uważnie popatrzył na swoich gości, ale zamiast spodziewanego fałszu dostrzegł tylko przenikliwy wzrok maharadży i podobny wzrok jego syna.  Obaj byli teraz cisi i spokojni, ale wręcz namacalnie czuł jakieś wielkie napięcie, które wisiało pomiędzy nimi.   

Dlatego też chcąc mieć chociaż kilka chwil do zastanowienia się co dalej robić poprosił obu Hindusów, aby usiedli na dwóch fotelach, które  stały w głębi sklepu.  Często siedząc na tych fotelach  Leszek  prowadził długie rozmowy ze swoimi klientami, a czasami nawet wypijali sobie po kieliszku lub dwa, wina w trakcie tych rozmów. Dlatego też wzorując się na tym co już wielokrotnie przeżywał i chcąc zyskać na czasie  powiedział  - proszę bardzo siadajcie panowie i poczekajcie chwilę, ja muszę się zastanowić co mam w tej sytuacji myśleć, a tym bardziej robić.   

Oczywiście rozumiem pana odpowiedział starszy Hindus i dodał - może pan zatelefonuje do naszego wspólnego znajomego czyli warszawskiego prawnika.   Tak to dobra myśl - odparł Leszek.  Jednak prawnik nie odbierał telefonu.  Leszek pomyślał, a może spróbuję zatelefonować do Artura do Szwecji.  Niestety i tutaj słyszał tylko angielski komunikat, iż abonent jest czasowo niedostępny.   Wówczas podszedł do obu panów i powiedział - niestety nie mogę się skontaktować, ani z prawnikiem, ani z właścicielem figurki, gdyż jak zapewne panowie już wiecie właścicielem tej figurki jest Artur Wegner.  To on kupił ją od swojego szwedzkiego przyjaciela Olafa Karlsona, u którego obecnie przebywa w Szwecji.   Na zadziwiający wzrok macharadży oznaczający kompletne według Leszka niezrozumienie o czym mówi, opowiedział maharadży i jego synowi oficjalną wersję tego jak figurka znalazła się najpierw w rękach Olafa, a potem Artura.

Panowie słuchali uważnie i gdy Leszek skończył, znowu przemówił starszy z Hindusów - to co pan mówi jest dla nas  niepojęte i wręcz zadziwiające.   Przez te wszystkie lata figurka była w posiadaniu tylko dwóch osób.  My szukaliśmy jej po całym świecie,  dokładaliśmy ogromnych starań, aby ja znaleźć.  Pozostawiliśmy szczegółowe opisy posążka we wielu firmach prawniczych, muzeach, antykwariatach i u znanych kolekcjonerów w Europie, Ameryce i oczywiście w Indiach oraz licznych innych krajach.  Niestety przez te wszystkie lata nie trafiliśmy na najmniejszy ślad tego posążka.  A on spokojnie leżał najpierw w sztokholmskim, a potem podwarszawskim sejfie.  Jest to dla mnie ogromnie zaskakujące, a wręcz zadziwiające i niepojęte - powiedział starszy z dwóch Hindusów.  

Jednak cud odnalezienia naszej najświętszej figurki tym bardziej jest dla nas obowiązkiem, abyśmy wynagrodzili tego dzięki któremu ją odzyskaliśmy.  

Ta nagrody w tym przypadku trafi tylko do pana bo to pan ją ma i  świadomie lub nieświadomie może pan pozwolić nam ją odzyskać.

Z tego co pan mówi to również obecny właściciel tej figurki nie nabył jej w złej wierze, ale kupił ją by pomóc przyjacielowi, nie wiedząc wcale, że może zaszkodzić tym samemu sobie.  Tak ta figurka ma magiczną, niepojętą moc.  Nie znamy jej natury, ale bez zastrzeżeń w to wierzymy.  Przez całe pokolenia nasza rodzina doskonale się o tym przekonała, doznając tylu dobrodziejstw i szczęścia.  Ta figurka ma dla nas tak ogromną wartość i tak się cieszymy z jej odnalezienia, że postaramy się później wynagrodzić także  jej obecnego właściciela.  Jesteśmy bogaci i stać nas na to, a zresztą nie chodzi tutaj o pieniądze.  Chcemy się podzielić naszą radością z innymi, z tymi, którzy się do niej przyczynili.  Dla nas najważniejszym jest, aby posążek jak najszybciej wrócił do swojej kapliczki.  To co proszę pana - powiedział maharadża - moglibyśmy obejrzeć posążek?   Oczywiście, ale za chwilę, zawołam tylko mojego przyjaciela, aby pozostał z pana synem w sklepie, a my przejdziemy na zaplecze, gdzie spokojnie pan będzie mógł obejrzeć posążek.  Leszek zatelefonował do Jacka prosząc go o przyjście do sklepu.  Już po paru minutach Jacek stanął w drzwiach od zaplecza, do których, na wszelki wypadek, zawsze miał swój klucz.  Wszedł i od progu zapytał - co tam szefie, o co chodzi?  Słuchaj Jacek – powiedział Leszek – pozostaniesz tutaj z tym młodym panem w sklepie, chwilowo zamkniesz sklep, a ja z tym starszym panem będę na zapleczu przy sejfie.  Usiądź sobie wygodnie i poczekaj na mnie, dobrze?  Tak jest szefie – odparł Jacek.  Jeszcze idąc do sejfu i wyjmując ukryte klucze potrzebne do jego otwarcia, Leszek wziął, na wszelki wypadek w rękę pilota od alarmu, na którym, gdyby tego potrzebował, naciskając jeden guzik to zawiadamiał swoją firmę ochraniarska o alarmie, a ta miała obowiązek przyjechać w ciągu dziesięciu minut do sklepu.  Czując się już pewniej dzięki Jackowi i alarmowi, powiedział - bardzo proszę panie maharadżo ze mną, proszę tutaj do sąsiedniego pomieszczenia.  Pozwoli pan, ponieważ to pomieszczenie jest jak pan widzi bardzo małe, dlatego tylko w dwójkę będziemy  oglądali posążek, a mój przyjaciel w tym czasie będzie towarzyszył pana synowi.  Ależ oczywiście nie widzę żadnych problemów, aby tak uczynić.   Całe zachowanie obu Hinduskich gości było takie powściągliwe, kulturalne, spokojne, ich wyjaśnienia brzmiały wiarygodnie, a z ich postaci emanowała taka dostojność i szlachetność, że obawy Leszka zaczęły się pomału rozwiewać.  Otworzył sejf, otworzył schowek w sejfie i wyjął z niego figurkę owiniętą w czarne sukno.  Odwiązał ozdobny sznur, odwinął figurkę i podał maharadży.  Ten z ogromnym zaskoczeniem patrzył na posążek, pewnie nie chcąc jeszcze  uwierzyć, że to prawda, że odnalazł najcenniejszą rzecz swojego życia.  Wziął z ogromnym nabożeństwem posążek z rąk Leszka w swoje drżące z ogromnej emocji ręce, a twarz zrobiła mu się prawie sina z przejęcia i nie potrafił nic powiedzieć chociaż było widać, iż próbuje.  Po paru minutach trochę się uspokoił i wyciągnął z kieszeni spodni sporą lupę.  Przez tą lupę zaczął uważnie oglądać figurkę.  Trwało to z pięć minut, aż wreszcie powiedział – to ona, to nasza figurka, to nasze szczęście, to powrót naszej pomyślności, a zarazem koniec klęsk, porażek i nieszczęść.  Dziękuję panu.  Nie mam słów, aby wyrazić moją wdzięczność – dodał oddając swój największy skarb Leszkowi.  Ależ oczywiście to nasza poszukiwana świętość.  To być lub nie być naszego rodu.  Ta figurka, a szczególnie ów kindżał, mają wiele ukrytych symboli, których nie widać gołym okiem.  Dopiero przez specjalne szkło, a jeszcze do tego trzeba dobrze wiedzieć gdzie i jak patrzeć, owe symbole się ujawniają.  Wszystko sprawdziłem, wszystko się zgadza, jestem pewien na sto procent.  A posążek panu oddaję, gdyż najpierw chciałbym panu wyrazić moją ogromną wdzięczność za tak niepojętą przysługę, a dopiero potem oficjalnie i uroczyście zabrać z rąk pańskich nasz posążek.  

Tak to musi być, a nie inaczej, gdyż takie są nasze prawa i obyczaje, a tym uchybić nie możemy.  Leszek zawinął figurkę w sukno i przeszli do sklepu, gdzie maharadża skinął głową na syna i poprosił Leszka o otwarcie zamka w drzwiach wejściowych.  Już po chwili syn maharadży wrócił do sklepu z niewielką walizką, z której wyjął najpierw sześć paczek banknotów, mówiąc - tutaj jest sześć paczek po sto banknotów, a każdy banknot ma nominał pięćset Euro, co daje trzysta tysięcy Euro.  Proszę pan sprawdzi i przeliczy – powiedział młody Abhiraj do Leszka.   Leszek pobieżnie przejrzał banknoty i był pewien, iż są autentyczne.  Nie wiedział skąd, ale był już teraz zupełnie przekonany co do prawdziwości słów radżaputy.  

Następnie syn maharadży wyjął mały aksamitny woreczek, ściągnięty u góry mieniącą się wieloma kolorami, wąską tasiemką i powiedział - w tym woreczku jest siedem diamentów o szlifie brylantowym, każdy diament ma około pięciu karatów, a wartość każdego z nich przy tej klasie czystości i tym szlifie to obecnie około stu tysięcy dolarów.  Razem tych siedem diamentów to znacznie ponad siedemset tysięcy dolarów.  Te diamenty łącznie z gotówką, której więcej w tak krótkim czasie nie udało się nam we Warszawie zebrać to jest na pewno milion dolarów, o których mówił mój ojciec.   Leszek kompletnie nie znał się na żadnych kamieniach szlachetnych, a już na brylantach to w ogóle.  Nie wiedział jak zareagować?  Czy wierzyć?   Czy wypytywać swoich gości?  Czy może zrobić coś innego, ale nic mu do głowy nie przychodziło, a od razu pomyślał, że już owe trzysta tysięcy Euro to dwa razy tyle ile chciał Artur za posążek.  To co on właściwie ryzykuje?   Właściwie to nic, a wszystko wskazywało na to, że ma do czynienia z prawdziwymi hinduskimi arystokratami i prawdziwą ich historią.  Niby oglądał diamenty, niby je ważył w rękach, niby udawał, że docenia ich wartość, ale tak naprawdę to nie miał zielonego pojęcia czy to są brylanty, czy nie.  Jeszcze chwilę pooglądał, zastanawiając się co zrobić, ale po paru minutach powiedział - wierzę panom, iż jest tak jak mówicie, przyjmuję te pieniądze i te brylanty, chociaż są dla mnie czymś tak zaskakującym, iż nie umiem nawet tego wyrazić.  To jest wprost niewiarygodne.  Nie wiem co o tym wszystkim sądzić i jak się zachować, ale jak mówi stare porzekadło – jak nie wiesz jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie.  Dlatego wręczam panom ich figurkę i życzę, aby spełniła wszystkie pokładane w niej wasze nadzieje.  

Maharadża uroczyście przyjął posążek, skłonił się nisko, po czym wziął w objęcia Leszka i go serdecznie uścisnął.  Po chwili to samo uczynił jego syn.  Następnie panowie wylewnie się pożegnali, wsiedli do Rolls Royce`a  i odjechali.  

To co mogę już iść do swoich ogrodowych zajęć - zapytał Jacek, przerywając kompletne zamroczenie umysłu u Leszka.   Ach, tak się zamyśliłem, że zapomniałem Jacku o tobie.  Oczywiście idź.  Dziękuję ci za pomoc i proszę cię, abyś nikomu nie opowiadał tego co przed chwilą widziałeś i słyszałeś, dobrze?   Będę o tym pamiętał, ale co teraz zrobisz?  Przecież taka masa forsy i jakieś drogie kamienie to po co dalej pracować w sklepie - ni to stwierdził, ni zapytał Jacek.   Tak, masz rację, jestem kompletnie oszołomiony i muszę to wszystko dobrze przemyśleć.  Na razie działamy tak jakby nic się nie wydarzyło, a potem zobaczymy.  W porządku, to idę do swojej roboty.   Wieczorem chyba coś dobrego postawisz z tej okazji, co Leszek?   Jacek z Leszkiem od dawna byli na ty, ale przy innych ludziach Jacek najczęściej mówił do niego szefie, a czasami panie Leszku.  Z wielkim roztargnieniem Leszek odpowiedział - tak oczywiście.  Jak będziesz szedł to zamknij drzwi od zewnątrz i dobrze schowaj klucze bo teraz musimy jeszcze bardziej uważać.  I Pamiętaj Jacek, że jak nie jestem w sklepie to jest włączony alarm i wtedy nie możesz wchodzić drzwiami od zaplecza bo zaraz przyjedzie firma ochraniarska i będzie zadyma.   Pamiętam, nie martw się, przecież mnie znasz i wiesz, że ja sam nigdy tutaj nie wchodzę, a tylko wtedy, gdy mnie zawołasz.   Wiem, ale po tych dzisiejszych przeżyciach jestem taki podenerwowany, taki nieswój i taki niespokojny dlatego ci to przypominam.   To idę, do zobaczenia wieczorem.  Jacek wyszedł, a Leszek usiadł na obrotowym krześle przy sklepowej ladzie, podparł głowę obiema rękami i się zadumał.

Co robić?  Co zrobić z pieniędzmi?  Co zrobić z tymi brylantami?  Niestety przez ten kompletny mętlik w głowie nie za bardzo mógł skupić myśli, zebrać się w sobie i chociaż postanowić coś na najbliższą przyszłość.   W końcu powiedział sobie - dzisiaj przeżyłem taki szok, taki mam zamęt w umyśle to pewnie będzie najlepiej jak odłożę podjęcie jakiejkolwiek decyzji, aż przynajmniej trochę nie ochłonę.  Wieczorem wypijemy, ja dobry koniak, a Jacek popije sobie Samosa czyli  greckie słodkie wino, które zawsze tak mu smakuje, potem się prześpię, a rano zobaczymy. 

Schował pieniądze i szlachetne kamienie do metalowej kasetki, w której zawsze trzymał utarg i inną kasę.  Kasetkę wstawił do schowka w sejfie, zamknął dokładnie sejf i wyszedł na zewnątrz, aby trochę ochłonąć i zaczerpnąć parę łyków świeżego powietrza przynoszonego przez orzeźwiający wiatr, który pojawił się niedawno i to kompletnie nie wiadomo skąd i dlaczego.  


Poprzedni odcinek


Odcinek pierwszy

czwartek, 23 lipca 2026

Niemcy coraz bardziej nas kolonizują.

Trudno określić w jakim procencie Niemcy dotychczas opanowali polską gospodarkę (handel, banki, przemysł, usługi i tak dalej).  Oceniam to na minimum 50%.  I każdego roku ta zależność Polaków wobec Niemców się powiększa, a za rządów Tuska rośnie wprost lawinowo.

Nie będę się bawił w statystyki i przytaczanie konkretnych danych z różnych dziedzin naszej gospodarki, które owi Niemcy opanowali i nadal są w ofensywie, ale przytoczę jeden drobny (z pozoru) przykład.

Otóż parę dni temu wykonałem poniższe zdjęcie.  Na tym zdjęciu widzimy, że na magistrali węglowej Śląsk - Porty dominuje niemiecki przewoźnik, czyli DB (Deutsche Bahn).  A w tym samym czasie (gdy DB dobrało się do polskich torów) PKP Cargo (główny polski przewoźnik towarowy) dokonał (czyżby przypadek?) masowych zwolnień polskich pracowników. 

Lokomotywy niemieckie, a cysterny amerykańskie.  A Polacy zamiast zarabiać 100 zł (przykładowo) na przewozie 1 tony pomiędzy Gdynią, a granicą Polski to zarabiają około 10 zł, a Niemcy i Amerykanie zarabiają po 45 zł.

Dlaczego jesteśmy tacy głupi, tacy sprzedajni i dlaczego tolerujemy i wybieramy tych co nam to czynią?

Na magistrali węglowej w pobliżu stacji Maksymilianowo koło Bydgoszczy



poniedziałek, 20 lipca 2026

Poznań - lato 1958 rok.

 

Po lewej autor bloga, a po prawej jego dwie siostry. 
Zdjęcie wykonane przed ZOO w Poznaniu w lipcu 1958 roku.

Kolejny raz przypominam w jakim kraju przyszło nam żyć.

Był człowiek i nadal go nie ma.  Minęło ponad osiem lat i nic nie wiemy.  

środa, 26 grudnia 2018

Granice polskiej demokracji - 2

11 sierpnia 2018 roku napisałem na moim blogu poniższy tekst:

W maju 2018 roku zaistniał we wszystkich mediach nijaki Michał Dzięba.  Głosił prawdę o nijakim Czaczkowskim, który z ramienia PO jest kandydatem na prezydenta naszej stolicy.  Mówił obszernie o przekrętach PO  w KGHM-ie i o wielu innych aferach PO.  Mówił, mówił i przepadł.

Nie ma go.  Nikt o nim nic nie wie.

Nikt nie komentuje.

Nikt o nim nic nie pisze.

Co do jest do k...wy  nędzy za demokracja?

Zadaję pytania dotyczące pana Dzięby od kilku miesięcy na wszystkich możliwych portalach, ale nie otrzymuję żadnych odpowiedzi.

Wierzyłem w Witolda Gadowskiego, lecz niestety i ten ostatni bastion mnie zawiódł.

Poniżej skan moich zapytań do Witolda Gadowskiego, które zostały bez odpowiedzi.

A podobnych pytań na różnych portalach zadałem dziesiątki i nigdzie nie uzyskałem odpowiedzi.


Kto tym manipuluje?


Kto za tym stoi?

Gdzie jest Dzięba?   

Koniec tekstu.



I pomimo, iż minęło kolejnych pięć miesięcy, a ja pod setkami artykułów i wypowiedzi na dziesiątkach różnych portali zadawałem powyższe pytania to nigdy i nigdzie nie otrzymałem odpowiedzi.

Pytałem na portalach niezależnych typu Gadowski, Rola, na portalach rządowych TVP, TVP Info, na portalach opozycyjnych Onet, Lis i na wielu innych, ale wszyscy zgodnie nabrali wody w usta i milczą.

Warto kłócąc się przy świątecznych stołach o to kto ma rację w sporach o "OTUA" zadać sobie to proste, ale jakże fundamentalne pytanie - gdzie jest Michał Dzięba?  Czy jeszcze żyje?  Czy jest w wariatkowie?  Czy uciekł? 

O co chodzi?   Dlaczego wszystkie media zgodnie zamilkły na jego temat?

CZY AŻ TAK JESTEŚMY STEROWANI I KONTROLOWANI?

KTO TO CZYNI?



Beznadziejne granice 1

niedziela, 19 lipca 2026

Kolejna zagadka.

Czy ktoś wie, gdzie wykonałem to zdjęcie pod koniec maja 2026 roku? Oczywiście wykonałem je w granicach naszego miasta.

Dla ułatwienia dodam kolejne zdjęcie.





sobota, 18 lipca 2026

Moja żona.

Ekspresja, niezależność, indywidualność, samodzielność, artystyczne widzenie Świata i wiele innych  nietypowych cech i zachowań oraz wiele innych talentów to tylko niektóre wspaniałe cechy mojej żony Ludmiły.

Poniżej ta ekspresja widziana oczyma fotografa 35 lat temu:


i


piątek, 17 lipca 2026

Bieszczady - sierpień 1996 roku.

Przez kilka lat jeździliśmy (moja córka i ja) regularnie  w Bieszczady.  Mieszkaliśmy w Leśnym Dworze we Wetlinie.  Wspaniały pensjonat., wspaniali właściciele, cudowny klimat (cztery pory roku Vivaldiego) i fantastyczne jedzenie (potokowe pstrągi, rydze i wszystko inne równie smaczne) .  Do tego podwózka na początek szlaków i cała masa innych wspaniałych rzeczy.

Poniżej jedna z cudownych chwil mojego życia - na szycie Połoniny Wetlińskiej  w sierpniu 1996 roku. 



poniedziałek, 13 lipca 2026

La Manga w tle.

Pierwszego roku naszego zimowego pobytu na Costa Blanca poznawaliśmy miejsca, gdzie na pół roku zamieszkaliśmy.  Jednym z tych miejsc była wspaniała plaża w San Pedro del Pinatar położona pomiędzy portem jachtowym, a mierzeją La Manga.  Lubiliśmy tam powracać bo to piękne i bardzo odosobnione oraz ciekawe miejsce.

Poniżej owa plaża, a w głębi La Manga.


niedziela, 12 lipca 2026

Z Nekli do Augustowa

Nasza wycieczka latem 2015 roku z Maksymilianowa do Dobrcza i do Borówna, a potem z Nekli do Augustowa i powrót do Maksymilianowa. Poniższe zdjęcie wykonałem na drodze pomiędzy Neklą, a Augustowem.  Tak od lat "podróżujemy" rowerami po naszej i sąsiednich gminach.



środa, 8 lipca 2026

Donald Tusk - wywiad z 1993 roku.

Z tego wywiadu dowiadujemy się kim naprawdę jest wieloletni premier Polski - Donald Tusk.

Proszę uważnie przeczytać i samemu wyciągnąć nasuwające się wnioski.

Jedno jednak jest pewne - repolonizacja według Tuska to w istocie regermanizacja, czyli powrót do Jego korzeni (pochodzenie, tradycje, sentymenty i inne takie).  I te kaczki na stawie 33 lata temu. A podobno nie jest mściwy i pamiętliwy - patrz "Szczerość".




niedziela, 5 lipca 2026

Hiszpanki

 

Na deptaku w Alicante.

Zdjęcie wykonałem w marcu 2024 roku.  Siedzieliśmy przy sąsiednim stoliku.


piątek, 3 lipca 2026

30 lat temu - Zalew Koronowski.

Pływaliśmy naszą Venuską przez kilkanaście lat, głownie po Zalewie Koronowskim, ale nie tylko.

Poniżej zdjęcie z lipca 1996 roku.  Odnoga od Stanicy w Sokole Kuźnicy do Krówki Leśnej.  Wspaniałe miejsce na cumowanie i nocleg, a jesienią także na grzyby.



KO (PO) nihil novi sub sole.

Poniższy post napisałem prawie 14 lat temu, ale nic na dobre się od tego czasu nie zmieniło, a wręcz przeciwnie.

Dlatego też zamieszczam ponownie tekst postu z mojego bloga, z jesieni 2012 roku.

Zamieszczam ten tekst, aby uświadomić tym co nadal wierzą Tuskowi, jak są naiwni i wręcz głupi. Zaś realistom pragnę uświadomić i przypomnieć jak nadal PO nas oszukuje.

I tylko złotej rybki mi żal. 

Poniżej treść wspomnianego wyżej posta:


sobota, 6 października 2012

Pięć lat temu trwała, w najlepsze kampania wyborcza przed przyspieszonymi wyborami do sejmu.  Warto sobie przypomnieć jakie hasła głosiła wówczas główna partia opozycyjna czyli Platforma Obywatelska.


 Poniżej podstawowe zobowiązania wyborcze PO z tamtej kampanii:

1. Przyspieszymy i wykorzystamy wzrost gospodarczy.

2. Radykalnie podniesiemy płace dla budżetówki, zwiększymy emerytury i renty.

3. Zmniejszymy liczbę urzędników w Polsce.

4. Wybudujemy nowoczesną sieć autostrad, dróg ekspresowych, obwodnic i mostów.

5. Zagwarantujemy bezpłatny dostęp do opieki medycznej.  Zlikwidujemy NFZ-y.

6. Uprościmy podatki - wprowadzimy podatek liniowy z ulga prorodzinną.  Zlikwidujemy ponad 200 opłat urzędowych.

7. Szybko wypełnimy naszą misję w Iraku.

8. Sprawimy, że Polacy z emigracji będą chcieli wracać do domu i inwestować w Polsce.

9. Podniesiemy poziom edukacji i upowszechnimy internet.

10. Podejmiemy rzeczywista walkę z korupcją.

11. Zlikwidujemy senat.

12. Ograniczymy liczbę posłów.

13. Wprowadzimy jednomandatowe okręgi wyborcze do sejmu i senatu.

14. Zlikwidujemy KRUS.

15. Zlikwidujemy lub znacznie ograniczymy przywileje emerytalne, w tym górnicze.

16. Państwo silne, tanie i przyjazne.

17. Polska zdrowych finansów i niskich podatków.

18. Przyjmiemy ustawy regulującej funkcjonowanie radia i telewizji.

19. Zlikwidujemy powiaty

..

..
..  I tak dalej


Tych zobowiązań było znacznie więcej, a w swoim expose pan premier, już po wyborach, ilość obietnic i zapewnień jeszcze bardziej powiększył.

Co z tego po pięciu latach rządów zrealizowano?

Nie będę tutaj opisywał i analizował tej kwestii, gdyż nie jest to miejsce po temu, a i ilość potencjalnych czytelników pewnie jeszcze bardziej by zmalała dlatego też jako swoistą puentę niech posłuży najnowsza wersja bajki o złotej rybce:

Siedzi rybak nad morzem /koło Gdańska/ i łowi ryby.  Nagle patrzy, a tutaj na wędce trzepoce się mu złota rybka.  Wyciąga ją szybko na brzeg, bierze w rękę i pyta:
-czy ty rybko jesteś złota?
-Nie - odpowiada rybka - ja jestem z Platformy
-Zafrasował się rybak i pyta: - no to ty pewnie nie spełnisz moich życzeń?
-NIE - odpowiada rybka - JA TYLKO OBIECUJĘ.

Przy pisaniu tego krótkiego tekstu wykorzystałem materiał z forum GW.

Poprzedni post z tego cyklu.


czwartek, 25 czerwca 2026

Kindżał - odcinek 11

 Kindżał - odcinek 11

Część III     

NIESPODZIEWANA  WIZYTA 

Nadeszła połowa lipca, wyjątkowo w tym roku upalnego.  Od dwóch tygodni nie spadła kropla deszczu, a temperatury sięgały trzydziestu pięciu stopni w cieniu.  Było duszno, kurzyło się okropnie i tylko czasami lekki wietrzyk pomagał swobodniej oddychać.  Nawet noce były gorące z temperaturą ponad dwadzieścia pięć stopni.  Nigdzie wytchnienia, ochłody i wypoczynku od tego wyjątkowego upału.  W powietrzu wisiała zmiana, ale nie chciała przyjść.  Klimatyzacja dawała chłód w sklepie, lecz była także niebezpieczna dla zdrowia przy tak dużych, sięgających stu procent,  różnicach temperatur pomiędzy osiemnastoma stopniami w sklepie, a trzydziestoma sześcioma stopniami na zewnątrz.  Klienci byli poirytowani, a czasem nerwowi, kupowali głównie białe wino, które po odpowiednim schłodzeniu, najlepiej gdzieś w okolicach dwunastu stopni, wypijali dla ochłody i pobudzenia całego organizmu do normalnego funkcjonowania.  Zresztą lato zawsze  było dla Leszka marnym  okresem handlowym z uwagi na urlopy i długie wyjazdy turystyczne jego najlepszych klientów.  Tak było i teraz.  Do tego wielu miało domy letniskowe w nadmorskich i to nie tylko polskich miejscowościach, a także w słynnym Kazimierzu nad Wisłą, czy w Beskidach lub Bieszczadach.  Dlatego też znikali często na całe dwa miesiące, a nawet i na dłużej.  Ruch był mały, a temperatury wysokie.  Źle to wpływało na samopoczucie Leszka, a do tego brak kontaktu z Arturem i niepewność co dalej czynić z tak cenną rzeczą powierzoną mu przez wspomnianego Artura jeszcze bardziej komplikowało jego aktualną sytuację..  Nie bardzo wiedział jak w tej kwestii się zachować i czy nadal szukać kupców na figurkę, czy czekać na kontakt z Arturem.

W ciągu ponad miesiąca od ostatniej rozmowy z Arturem trzy osoby zainteresowały się figurką.  Zresztą wszystkie trzy były na pierwszej liście klientów, którą sporządził dla Leszka, jeszcze przed otwarciem sklepu - Zdzisław.   Pierwszym był znany chirurg mieszkający w Konstancinie.  Obejrzał figurkę bardzo szczegółowo i widać było, że mu się podoba, a nawet jak sam powiedział - urzekła go.  Po czym zaczął się na głos zastanawiać skąd i jak dowiedzieć się więcej o niej bo to przecież dużo pieniędzy i w ciemno kupować nie można.  Dobrze się zastanowię nad pana propozycją powiedział wychodząc z kartonem wina ze sklepu.  Drugim był prawnik, współwłaściciel znanej warszawskiej kancelarii prawnej.  Ten jeszcze dokładniej oglądał figurkę i nawet sobie coś notował.  Potem z uwagą wysłuchał, zadając wiele dodatkowych pytań, oficjalnej wersji pochodzenia figurki, którą Leszek mu przeczytał z kartek pozostawionych przez Artura.  Wychodząc ze sklepu także z kartonem wina dodał, że on na pewno do tej sprawy wróci, ale musi jeszcze dużo sprawdzić, gdyż już gdzieś o takim posążku słyszał.  Trzecia osobą był znany dziennikarz telewizyjny, także mieszkający w Konstancinie, ale on potraktował to raczej jako ciekawostkę, o której chętnie, gdyby się potwierdziły słowa Leszka z Artura kartek, zrobiłby telewizyjny wywiad w swoim cyklicznym programie.  Jednak Leszek się na to nie zgodził mówiąc - jeszcze zobaczymy, może kiedyś.  

I  właśnie w tym czasie, we wczesne poniedziałkowe popołudnie, w ten sam szczyt upału, gdy powietrze wisiało bez najmniejszego ruchu i nawet ptaki i różne inne zwierzęta gdzieś się pochowały, o ludziach nie wspominając,  w czasie, gdy Leszek wystawiał w oknie wystawowym najnowszą promocję na białe włoskie wina, pod sklep zajechała duża ciemna limuzyna, w której Leszek od razu rozpoznał jeden z najbardziej prestiżowych aut świata, czyli klasycznego Rolls Royce`a.  Auto błyszczało całą swoją karoserią, a chromowane listwy i inne ozdoby tego pojazdu, wprost olśniewały w tym ostrym, prawie południowym, słońcu.  

Auto zatrzymało się bardzo blisko wejścia do sklepu i wysiadła z niego trójka mężczyzn.   Dwóch z nich było, sądząc na pierwszy rzut oka, prawdopodobnie Hindusami o czym świadczył ich ubiór i wygląd, a trzeci był około czterdziestoletnim, szczupłym,  wysokim, białym mężczyzną o dosyć pospolitym wyglądzie.  Ubrany był w kremowy garnitur, białą koszulę i stonowany,  kolorowy krawat.  Panowie weszli do sklepu i dopiero wtedy Leszek im się bardziej przyjrzał.  Dwaj Hindusi, z których jeden był starszym, a drugi znacznie młodszy, ubrani byli w ozdobne jasne tuniki, zapięte pod szyją, z dużymi rozcięciami po bokach, pod tunikami mieli spodnie ozdobione wzdłuż pionowych szewków podobnymi elementami jak tuniki.  Na nogach mieli tradycyjne czarne, eleganckie buty, a na głowach hinduskie ciemne turbany spięte na środku dużymi mlecznymi kamieniami.  Sprawiali wrażenie bardzo przystojnych i dostojnych panów.   

Pierwszy przemówił pan w jasnym garniturze - dzień dobry panu, czy mamy do czynienia z panem Leszkiem Marcinkowskim?  Tak oczywiście, to ja – odparł Leszek.  Ci dwaj panowie przyjechali specjalnie do pana z dalekich Indii, a ponieważ nie znają języka polskiego dlatego zatrudnili mnie na tłumacza.  Panowie pragną rozmawiać w języku angielskim, który doskonale znają.  Ależ w takim razie tłumacz nie będzie nam potrzebny, gdyż ja również dobrze znam angielski – odparł Leszek już po angielsku, aby panowie z Indii  także go zrozumieli.  Na to oświadczenie starszy z Hindusów powiedział - w takim razie bardzo panu dziękujemy mister John.  My osobiście porozmawiamy z panem.  Proszę uprzejmie poczekać na nas w aucie.  Kierowca ma włączoną klimatyzację, a gdyby chciał pan czegoś do picia to proszę się swobodnie obsłużyć.  Po chwili tłumacz zniknął w czeluściach Rolls Roycea, a starszy z Hindusów przedstawił się mówiąc - nazywam się Ravindra Svarup co znaczy Podobny Do Słońca i jestem trzydziestym ósmym z kolei maharadżą królestwa położonego w południowej części prowincji Bihar, którego stolicą było starożytne miasto Bukar nazywające się obecnie Bokaro, leżące nad rzeką Domator.  Jest ze mną mój najstarszy syn Abhiraj czyli Nieustraszony Król.  Jest on  radżaputą – czyli moim synem i  moim następcą.   Zapewne zadziwia pana nasza wizyta i zanim zacznę mówić o jej celu dodam tylko, że obecnie w Indiach nie ma już królestw i ich królów.  W połowie ubiegłego wieku rząd przeprowadził reformę i musieliśmy oddać państwu wszystkie nasze ziemie i posiadłości w tym wspaniałe i bogate pałace mające często wiele set letnią tradycję.   Nasz ród panujący na tych swoich ziemiach ponad tysiąc lat, również to uczynił.   Jednak dzięki osobistemu bogactwu, a także dzięki szacunkowi poddanych, ich miłości i zrozumieniu, udało się nam odbudować swoją pozycję i znaczenie.  Co prawda już nie jako królowie, ale raczej jako, jak to dzisiaj się mówi, liderzy, organizatorzy i biznesmeni.  Nadal zwyczajowo używamy tytułu maharadży, a nasi dawni poddani nawet nie chcą słyszeć, żeby nas inaczej nazywać, chociaż mogą to czynić.  Widocznie, ich zdaniem,  zasłużyliśmy sobie na takie traktowanie.

Jednak, żeby zachować swoją dawno ugruntowaną pozycję, a także zdobyć szacunek i poważanie wśród naszych dawnych poddanych, musieliśmy się zająć przyziemnymi sprawami i rzeczami, które dawniej były dla nas nawet nie pomyślenia.  Dlatego też  obecnie mamy kilka dużych firm i biur w całym stanie Bihar, a także dwa spore przedstawicielstwa naszych interesów w Londynie i Nowym Jorku.  Pewnie się pan dziwi po co to wszystko mówię, ale bez tego krótkiego wyjaśnienia trudno będzie mi przejść do istoty naszej wizyty.  Otóż dwa tygodnie temu dotarła do nas informacja, że rzecz, której poszukujemy już od czternastu lat może znajdować się u pana w sklepie.  Wiadomość taką przysłał do naszej londyńskiej kancelarii jeden z warszawskich prawników, który był u pana i oglądał przedmiot, o którym mowa.  Na pewno domyśla się pan o co chodzi i skąd pozyskaliśmy taką informację.  Tak oczywiście, rozumiem, że chodzi o figurkę siedzącego Śiwy z kindżałem w ręce i z dużym zielonym szmaragdem osadzonym w rękojeści kindżała - stwierdził Leszek.  Tak właśnie chodzi o tę figurkę.  Ta figurka  była w naszym rodzie od ponad ośmiuset lat, ale ponad czternaście lat temu została nam skradziona i to skradziona przez najbardziej zaufanego sługę, którego rodzina służyła nam od pokoleń i którego traktowaliśmy podobnie jak swoją najbliższą rodzinę.  Ten posążek Śiwy to nasz najbardziej cenny talizman.  To nasze bóstwo opiekuńcze, zapewniające nam przez stulecia pomyślność, szacunek ludzki, zdrowie i bogactwo.  To nasza największa świętość i tak też była traktowana.  Sam posążek został wyrzeźbiony z kamienia z Nieba.  Zaś kindżał z zielonym szmaragdem znajdował się w naszej rodzinie jeszcze przed utworzeniem tej figurki.  Wszystkie te trzy rzeczy czyli figurka, kindżał i szmaragd to nasze najważniejsze świętości. 

Pilnowaliśmy ich bardziej niż oka w głowie dlatego też posążek stał w specjalnej wewnętrznej kaplicy, a dostęp do niej miała tylko najbliższa rodzina i dwoje zaufanych służących.  Niestety nie wiemy co wstąpiło w człowieka, który służył u nas ponad trzydzieści lat, a którego imienia nie chcę nawet wymawiać.  Pewnego dnia w maju 1993 roku posążek zniknął razem ze służącym.  Od tego czasu go poszukujemy i do tej pory nie wpadliśmy na jego najmniejszy ślad.  Brak tego posążka odczuliśmy przez te lata bardzo dotkliwie.  Spotkało nas sporo różnych nieszczęść i to zarówno śmierci, chorób, a nawet pożarów, o niepowodzeniach biznesowych nie wspominając.  My jesteśmy bardzo przywiązani do naszej tradycji, do naszej religii, do naszych wierzeń i jesteśmy przekonani, że przyczyną owych nieszczęść, o których nawet mówić trudno, jest utrata naszego rodzinnego skarbu, naszego rodzinnego symbolu wszelakiego szczęścia i powodzenia.  Dlatego też jak tylko powzięliśmy wiadomość o figurce, jak dotarł do nas jej szczegółowy opis sporządzony przez warszawskiego prawnika, natychmiast polecieliśmy do Delhi, a z Delhi  przylecieliśmy prosto do Warszawy.  Prawnik, o którym mówimy podał nam jeszcze raz opis figurki, podał adres, załatwił samochód i tłumacza i dlatego jesteśmy u pana.    Zanim pan zacznie nas pytać o pewne rzeczy lub mieć uzasadnione różne wątpliwości dodam, że już następnego dnia po kradzieży posążka wyznaczyliśmy milion dolarów nagrody dla tego kto pozwoli nam go odzyskać.  Ta nagroda nadal jest aktualna i nie zamierzamy się targować, gdyż religią, przekonaniami i wiarą w naszego Boga nie można handlować.  Raz daliśmy słowo i to słowo jest święte.  Wierzymy, że gdybyśmy postąpili inaczej to spotkałaby nas sroga kara.  Jesteśmy przygotowani do przekazaniu panu od razu owego miliona po upewnieniu się, że to jest naprawdę nasza figurka.  Ta kwota nie ma dla nas znaczenia.  Ten posążek jest dla nas bezcenny.  Jego wartość nie jest wymierna.  Dlatego też ten milion dolarów to naprawdę niewielka rekompensata za powrót szczęścia pod nasz dach.  Za powrót pomyślności dla całej naszej rodziny i całej naszej społeczności, w której żyjemy od pokoleń.  To dla nas najważniejsza i najświętsza sprawa i wszystko uczynimy, aby osiągnąć nasz cel, czyli odzyskanie posążka z kindżałem i szmaragdem.


Poprzedni odcinek


Następny odcinek


Odcinek pierwszy



niedziela, 21 czerwca 2026

Przypominam - 58 - kolejny raz, bo moim zdaniem, warto przypominać.

Napisałem, moim zdaniem, taki ładny tekst.  Opisałem moje kolejne młodzieńcze uniesienia, ale jak widzę nikogo te moje wspomnienia nie interesują.  Może kiedyś, może ktoś?

Leszek - odcinek 20

W Czerlinie, rodzina Irka ponownie przyjęła Leszka niesamowicie gościnnie i znowu traktowała go jak drugiego syna.  Przebywał tam, aż przez dwa tygodnie nie mając najmniejszej ochoty wracać do domu. Dobrze mu było tutaj.  Ludzie serdeczni, uczynni, otwarci i gościnni. Każdego dnia coś innego.  A to wizyta u kuzynek Irenki i Teresy, a to w pole z kuzynem Irka Stefanem, a to na motocyklu do Gołańczy i do Wapna, a to świniobicie.  Rozmaitość zajęć, dobre jedzenie, a przede wszystkim doborowe towarzystwo czyniły z tego pobytu najlepsze wakacje.

W czasie tych wakacji w Czerlinie Leszek poznał bliżej już drugą kuzynkę Irka - Wiesię.   I ponownie, jak rok temu, przyniósł ów fakt Leszkowi zupełnie nowe, nieznane mu dotychczas, przeżycia, uniesienia i emocje.  Przeżycia wspaniałe i niezapomniane, pozostające jasno w pamięci, aż do chwil obecnych.  Wiesia była wówczas piętnastoletnią, ładną dziewczyną, która własnie skończyła ośmioklasową szkołę podstawową.  Od razu, już przy pierwszym spotkaniu na grymce u wspomnianych kuzynek Irka, czyli Haliny i Teresy, Wiesia dała się poznać jako dziewczyna ogromnie sympatyczna, wesoła i bezpośrednia.   A dzięki okazywanej ufności, szczerości i przekorze Leszek od razu poczuł do niej dużo więcej niż normalną sympatię.  Wspomnianą grymką nazywali miejscowi wieczór przy adapterze, na którym dużo się tańczyło i jeszcze więcej przytulało, a czasami piło się też jakieś wino lub odrobinę wódki. Już następnego dnia po zapoznaniu Wiesi, podczas wspomnianego wieczora u kuzynek Irka, ponownie Leszek i Wiesia siedzieli razem w tym samym miejscu co dzień wcześniej, ale już sami bo kuzynki dyskretnie poszły do swoich zajęć, co rusz jednak sprawdzając czy im czegoś nie trzeba, a właściwie to kontrolując ich zachowanie.  Siedzieli tak parę godzin zaglądając sobie głęboko w oczy, przekomarzając się i opowiadając głównie o swoim szkolnym życiu, o swoich planach i swoich marzeniach.  Na trzeci dzień zaczęli się całować, a ich wzajemne spojrzenia jeszcze bardziej się wydłużały i robiły się coraz bardziej namiętne.  Jednej nocy Leszek, dzięki pomocy swojego kolegi, wyszedł przez okno i poszedł do sąsiedniego domu, gdzie u babci mieszkała Wiesia.  Ona na niego czekała.  Wszedł przez okno do pokoju babci i razem położyli się na wielkim małżeńskim łożu obok śpiącej i głośno chrapiącej babci.  Zaczęli się całować i już gdy Leszek miał dotknąć ładnych piersi Wiesi to babcia się przebudziła i zapytała: - Wiesia co ty tak się ruszasz i nie dajesz mi spać. Czy tutaj ktoś jest oprócz ciebie, czy mi tylko tak się wydaje?  Na to Wiesia: - nie ma nikogo babciu, śpij spokojnie to tylko ja nie mogę zasnąć bo jest za gorąco .  Ale babcia jakby nie dowierzała Wiesi i była coraz bardziej rozbudzona.   Leszkowi nie zostało nic innego jak schować się pod łóżkiem.  Na szczęście po kilkunastu minutach znowu usłyszeli chrapanie babci i Leszek musnąwszy delikatnym pocałunkiem policzek Wiesi, wymknął się, a potem szybko wrócił do gościnnego domu swojego szkolnego kolegi.   Nigdy się to na szczęście nie wydało i Leszek nie podpadł dorosłym członkom rodziny Irka.   Jeszcze parę razy, przez kilka dni, chodzili z Wiesią na długie spacery, ale zawsze z Irkiem lub jego siostrą, gdyż widocznie ktoś z dorosłych tak im nakazał, a potem Wiesia wróciła do swojego rodzinnego domu, do odległego Szamocina

Był to bardzo szczęśliwy okres dla Leszka, a cały pobyt był jednym z najlepszych wakacyjnych przeżyć jego dotychczasowego życia.  Te młodzieńcze uniesienia z Wiesią, jej ufność, jej miłosne spojrzenia, jej pocałunki, ich rozmowy i wszystko co razem czynili to były naprawdę cudowne chwile.  Niestety oprócz paru listów i widokówek, które zresztą później Leszkowi gdzieś zaginęły oraz paru nieudanych prób ponownego spotkania się, nie pozostało z tego pobytu nic więcej oprócz tych wspaniałych wspomnień.

Trzecia klasa technikum zaczęła się od wprowadzenia się Leszka i Irka do nowego internatu oddanego parę dni wcześniej do użytku.  Do lamusa poszedł ciasny i marny internat znajdujący się przy ulicy Królowej Jadwigi, który do tej pory mieścił się obok dyrekcji kolei.  Internat do którego zresztą przez dwa lata nie udało im się dostać.   Za to kosztem wielkiej przebudowy i solidnego remontu powstał wspaniały, jak na tamte czasy, nowy szkolny internat.  Było w nim dwa razy więcej miejsc i dzięki temu obaj koledzy także zostali do niego przyjęci.  W piwnicach były szatnie i salki klubowe do potańcówek, do gry w tenisa stołowego, a także pralnia i inne pomieszczenia gospodarcze. Na wysokim parterze była kuchni, stołówka, duża świetlica i pokoje uczniów.  Oprócz tego były jeszcze trzy piętra z uczniowskimi pokojami.  Na dwóch pierwszych mieszkali chłopacy, a na najwyższym dziewczęta. Piętra były podzielone tak jak szkolne wydziały, a do każdej wydziałowej części przylegała świetlica z telewizorem, słomiankami z propagandowymi gazetkami, stolikami i krzesłami.  Te świetlice normalnie służyły odrabiania lekcji, a wieczorem, gdy wychowawca pozwolił to mogli obejrzeć jakiś film lub teatr.  Najwspanialszych przeżyć dostarczało wspólne oglądanie meczów polskiej reprezentacji w piłce nożnej.  Jednak zawsze o 22.00 musieli być w swoich łóżkach, a o 6.00 była pobudka urządzana przez internatowe głośniki.

Pokoje były dwu i czteroosobowe.  Były także porządne sanitariaty, wspólne, na każde pół piętra, prysznice i umywalki.  Kierownikiem internatu był niezapomniany pan Jan Kępski. Zaś ich internetowym wychowawcą był pocieszny grubasek w średnim wieku powszechnie zwanym Bąblem. Było wspaniale.  Było cudownie. Koledzy, koleżanki, wieczornice, zabawy tematyczne, kółka zainteresowań, niezależność od cudzych wymagań i oczekiwań jak do tej pory na dwóch ich stancjach. Radiowęzeł internatowy ze swoimi audycjami i ich muzyką.  A wszystko było świeże, nowe i pachnące.

Leszek zamieszkał w pokoju z trzema kolegami, czyli Irkiem, Stefanem i Jasiem.   Z tym Jasiem to przez pół roku była istna komedia.  Normalnie mieszkał on w Warszawie, ale z tamtego technikum kolejowego go wyrzucono i jakoś mu załatwiono przeniesienie do bydgoskiego technikum.  Jak on dotarł do trzeciej klasy technikum to Leszek do dzisiaj nie wie.  Jako kolega to był nawet sympatyczny i uczynny, a dodatkowo jako warszawiak imponował im.  Przyjeżdżając z domu zawsze przywoził jakieś warszawskie ciekawostki lub liczne ciekawe rzeczy.  Pokazał im pistolet na wodę wyglądający jak prawdziwy, kompletnie nieosiągalny numer Playboya z ogromną rozkładówką, wielkie kolorowe zdjęcia nagich kobiet, pół litra jakieś wietnamskiej wódki i inne tego typu przedmioty.  Natomiast jako uczeń to absolutnie nie nadawał się do szkoły technicznej, a tym bardziej do jej trzeciej klasy.  Nie miał wiedzy, ani zdolności w tym kierunku. Za to miał zdolności w całkiem innych dziedzinach, które najłatwiej nazwać sprytem życiowym i normalnym cwaniactwem. Pomęczył się z nami przez dwa okresy, a potem także go "wypisano" z naszego technikum i wrócił do stolicy.

Jego miejsce zajął Wiesiu, który był o jedną klasę wyżej od pozostałej trójki zamieszkującej ten internatowy pokój przyległy do wspomnianej świetlicy. Wiesiu okazał się niezwykle sympatycznym i uczynnym kolegą.  Pochodził z dalekiej i odległej wioski położonej gdzieś w okolicach Chojnic.  Zagadywał z kaszubska i miał wiele dziwacznych obyczajów, ale obyczajów raczej nieuciążliwych, chociaż odmiennych od normalnych zachowań pozostałych uczniów.  Jednym z nich był bezustanne powtarzanie słowa "kurwa".  Mówiąc  coś do drugiej osoby, używał tego słowa przynajmniej raz, a zazwyczaj częściej, w każdym wypowiadanym zdaniu.  Jednak ta jego "kurwa" wypowiadana miłym i niskim tonem jakoś nikogo nigdy nie raziła, a nawet rzec można dodawała mu swoistego uroku.  To był taki zwyczajny przerywnik do zastanowienia się co dalej powiedzieć.  Koledzy zastanawiali się czy tak samo odpowiada on na lekcjach, albo w domu, lecz Wiesiu twierdził, że zawsze wie co i jak ma mówić.  Był bardzo barwną i ciekawą postacią i chociaż mieszkał z nimi tylko parę miesięcy to pozostawił po sobie bardzo miłe wspomnienia.


                                            Poprzedni post z tego cyklu

sobota, 20 czerwca 2026

Piękna Bydgoszcz - 24

Poniżej zdjęcie wykonane z tarasu domu przy ulicy Smukalskiej w Bydgoszczy. Zdjęcie wykonałem w maju 2026 roku.


                                           Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 19 czerwca 2026

Abolicja według PO

Obecnie ta abolicja obejmie kunia, kierwę, małgośkę i tego cwanego doktorka od szpitala warszawskiego, a także wielu, wielu innych.


Jednym zdaniem - nihil novi sub sole.

sobota, 13 czerwca 2026

Kindżał - odcinek 10

  Kindżał - odcinek 10

Miał Leszek o czym myśleć przez cały kolejny tydzień.  Zastanawiał się i to mocno i to wielokrotnie, czy taka próba sprzedaży jakże cennej i nietypowej rzeczy ma w ogóle sens.  Oczywiście, czy to ma sens w jego sklepie, a nie w ogóle.  Zastanawiał się czy chociaż jeden klient potraktuje poważnie jego propozycję i okaże zainteresowanie, a jak okaże to co dalej. Nawet pomyślał, że to może go skompromitować w oczach wielu klientów.  Bo przecież sprzedawać dodatkowo cygara, czy prezentowe alkohole to jedno, a artefakt wyceniony na sto tysięcy Euro to rzecz wręcz niezwykła.  Przecież nikt nie wyda w ciemno takiej kwoty, musi jakoś sprawdzić figurkę, musi coś więcej o niej wiedzieć.  Ale co?  Ile powiedzieć klientowi?  Dużo różnych wątpliwości nachodziło Leszka, no i do tego ten niepokój, który odczuł już oglądając posążek za pierwszym razem, a potem w kolejnym razie ten jego nieokreślony niepokój rósł coraz bardziej.  Co się naprawdę mogło się za tym kryć?  Co jest prawdą, a co urojeniem?  A może to tylko fantazja lub celowe działanie dla zysku pana Artura?  Przecież tak naprawdę to pana Artura nie znał i nie mógł być pewnym tego co mu opowiadał.  Wcale nie musiało tak być.  Jak to sprawdzić?  Co zrobić?

A z drugiej strony taki zarobek.  Już od wielu lat takie kwoty były mu obce. Chociaż dawniej, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych często nosił na co dzień przy sobie w swojej skórzanej saszetce kwoty nawet o wiele większe.  Niestety te czasy dawno minęły.  Niestety w kwestii figurki z kindżałem nie miał się kogo poradzić.  Nie miał też nikogo kto mógłby mu coś więcej powiedzieć o panu Arturze.  Już wcześniej próbował zagadywać miejscowych klientów na jego temat, ale oprócz zwyczajnych ogólników o zmarłych rodzicach, o domu, o wspólnym chodzeniu kiedyś do miejscowej szkoły to tak naprawdę nikt nic więcej nie wiedział lub jak wiedział to nie chciał mówić.  I ta jego mania z tym czarnym kolorem.  O co mogło chodzić?  Czym więcej myślał tym mniej znajdował odpowiedzi.  

W końcu po wielodniowych i wielogodzinnych rozmyślaniach i rozważania tej sprawy doszedł do wniosku, że praktycznie to on niczym nie ryzykuje podejmując się takiej sprzedaży.  Ma stary solidny i dobry sejf, czyli ma gdzie zamknąć i zabezpieczyć figurkę. Schowa ją do górnej, zabezpieczonej dodatkowymi solidnymi metalowymi drzwiczkami skrytce i tam na pewno będzie bezpieczna. Natomiast jeżeli kogoś propozycja zakupu tej rzeczy kogoś, kogo zna i ceni, zainteresuje to zamknie na chwilę sklep, przejdą na zaplecze i tam pokaże to cudo i opowie o nim wszystko co wie.  Przygotuje, w porozumieniu z panem Arturem, jakąś oficjalne tłumaczenie dlaczego on chce sprzedać figurkę oraz uzgodnią co klientowi o figurce mówić, a czego raczej nie mówić i jak prowadzić ewentualne negocjacje cenowe.    

Dlatego idąc ponownie do domu Artura w czerwcowe, deszczowe, niedzielne popołudnie,  Leszek był już zdecydowany na podjęcie się próby sprzedaży figurki.  Pan Artur tradycyjnie ubrany na czarno, powitał go serdecznie na progu swojego domu i od razu zapytał jak jakiegoś starego znajomego jak się czuje, po zdawkowej odpowiedzi zaprowadził go do salonu, gdzie Leszek usiadł na tym samym fotelu co poprzednio.  Kryształowe szklaneczki, czarny Smirnoff, sok z czarnej porzeczki, wszystko odpowiednio schłodzone, czekały już na tym samym stoliczku.  Gospodarz nalał po drinku i bez zbędnych nawiązywań i tłumaczeń od razu zapytał - to co panie Leszku – jaka decyzja?  Podejmie się pan próby sprzedania tego niesamowitego przedmiotu, czy nie?  Leszek udając, że jeszcze się namyśla po dłuższej chwili odrzekł - postanowiłem się podjąć tych prób, bo zapewne będzie ich wiele, gdyż trudno nawet marzyć o tym, aby pierwszy klient, którego będę namawiał, kupił figurkę.  Przecież mnie osobiście wydaje się niemożliwe, aby tak cenną i oryginalną rzecz ktoś kupił w sklepie z alkoholem.  Panie Leszku, panie Leszku odpowiedział pan Artur - niech pan nie będzie taki skromny przecież i pan i ja i spore grona pana klientów jest przekonana, że to miejsce to coś znacznie przekraczające ramy zwykłego sklepu.  To taka swoista jednostka handlowo - kulturowa, w której wielu z nas miło spędza czasami i parę godzin na dyskusjach, degustacjach, opowiadaniach o życiu i innych tego typu sprawach.

Dlatego też cieszę się, że podjął pan taką decyzję – powiedział, wyraźnie zadowolony pan Artur, podnosząc wysoko szklaneczkę i stukając się z Leszkiem.  Pozostaje do omówienia jeszcze kilka kwestii technicznych – rzekł Leszek.  Przede wszystkim jest to przedmiot bardzo dużej wartości i na pewno ktoś pragnący go nabyć, chciałby się czegoś więcej o nim dowiedzieć, sprawdzić go, zasięgnąć opinii znawców z tej dziedziny.  Co wówczas?   Co mam zrobić?   Ewentualni klienci mogą chcieć zabrać figurkę do sprawdzenia, do oszacowania, do ekspertyzy.  To jak mam się wtedy zachować?  Co im odpowiedzieć?  Sprawa jest prosta – odpowiedział pan Artur – jeżeli będą chcieli udać się gdzieś z tą figurką to ja z nimi pojadę.  Tylko mnie pan zawiadomi kiedy i gdzie, a ja się dopasuję, wezmę figurkę od pana i udam się z potencjalnym nabywcą tam gdzie on będzie chciał.   Jestem przekonany o pańskiej znajomości osób, którym pan zaproponuje transakcję i nie będę niczego kwestionował, ale proszę najpierw z klientem dokładnie rzecz omówić co i jak, aby nie było przykrych niespodzianek lub dużych nieporozumień.  No dobrze to jedną kwestę mamy ustaloną, a teraz sprawa zapłaty – jak ona ma wyglądać?  Gotówka, przelew, a może jakiś inny sposób, na przykład złoto czy inne wartościowe przedmioty?  Tym niech się pan nie kłopocze tylko powie klientowi, że na pewno się dogadamy.  Oczywiście wolałbym gotówkę, ale jestem otwarty również na inne formy zapłaty.  To dobrze, sporo omówiliśmy, ale jeszcze zostaje najważniejsze – dodał Leszek i kontynuował - co mówić klientowi o figurce?  Z czego jest zrobiona?  Jaką ma wartość?  Jak się znalazła u pana i dlaczego chce ja pan sprzedać?   Takie pytania na pewno padną i muszę być przygotowany na odpowiedzi zgodnie z pana sugestiami.  Dobrze panie Leszku – ja się zastanowię co i jak mówić i przygotuje panu na piśmie odpowiedzi na takie i inne pytania.  Może tak być?  Ależ oczywiście.  To co panie Leszku – jutro przyjeżdżam do pana z figurka i zaczynamy, dobrze?  Jasne, jak już się zdecydowałem to nie ma się co czaić, ale od razu do dzieła, a nuż się uda.  Do odważnych i śmiałych świat należy.  Cieszę się bardzo z takiego obrotu sprawy i chociaż jestem od pana młodszy to korzystając z prawa gospodarza, proponuję przejście na „ty”  bo głupio mi tak ciągle panować, a i rozmawiając przy klientach pewnie będzie znacznie zręczniej i lepiej jeżeli zobaczą oni naszą zażyłość.  Co pan na to?   Jak najbardziej jestem za, a nawet powiem więcej, bardzo mi milo z powodu tej propozycji.   Panowie skrzyżowali ręce, wypili do dna pierwszego drinka i pan Artur rzekł - jestem Artur.  A ja jestem Leszek.  Po chwili Artur nalewając drugiego drinka zapytał czy Leszek nie zjadłby czegoś?  Obiad niedawno jadłem, ale jakieś drobne zakąski – czemu nie - odpowiedział Leszek.  Już po chwili Artur wkraczał z tacą, na której było kilka talerzy z różnymi serami, wędzoną szynką, suchymi kiełbaskami, papryką, pomidorami i paroma jeszcze innymi wiktuałami, ładnie poukładanymi i pierwszorzędnej jakości.  Widocznie Artur spodziewał się takiego obrotu sprawy i był na to przygotowany.  Leszek spróbował paru kawałków sera, popił drugiego drinka i zapytał -  już tak w zasadzie od naszego pierwszego spotkania, intryguje mnie sprawa tego czarnego koloru, który wszędzie wokół ciebie dominuje?  Powiedz mi o co w tym chodzi?  

To stara i bardzo smutna historia.  W połowie drugiego roku moich studiów poznałem piękną dziewczynę Joannę.  Ona była wówczas na pierwszym roku, na innym wydziale naszej uczelni.  Poznaliśmy się na studenckiej imprezie i od razu wybuchła pomiędzy nami wielka miłość.  Miłość z gatunku tych od pierwszego spojrzenia, ale ja raczej powiedziałbym, że od bliższego poznania.  To poznanie trwało raptem parę tygodni, a potem już nie mogliśmy żyć bez siebie.  Joanna była niepowtarzalna, jedyna.  Miała cudowna urodę, wspaniałe kobiece kształty pomimo, iż w momencie naszego poznania miała tylko dziewiętnaście lat.  Miała rzadko spotykane długie do pasa srebrno - platynowe, proste włosy.  Głębokie niebieskie oczy, malutki nosek i cudowne usta, a jak się uśmiechała to cały świat się śmiał razem z nią.  Nie wiem dlaczego zwróciła uwagę właśnie na mnie, gdyż należała do tych kobiet na widok których oglądają się prawie wszyscy mężczyźni.  Akurat jak byłem po pierwszym roku studiów, a moi rodzice wyjechali w tym czasie do pracy do Szwecji.  Mój ojciec nie mógł się wpasować do tego co się wówczas działo w Polsce, a że bez mojej mamy nie potrafił żyć to pojechali razem.  Mieli tam załatwioną pracę i od początku dobrze zarabiali.  Zostawili mi nieduże mieszkanie w Warszawie, a co miesiąc przysyłali sporo, jak na nasze warunki kasy, na moje utrzymanie i na moją naukę.  Zaproponowałem Joannie zamieszkanie u mnie, ale się nie zgodziła.  Ona była, jak się to mówi, z dobrego domu, była dobrze wychowana i nie wyobrażała sobie wspólnego mieszkanie przed ślubem.  Przychodziła do mnie prawie codziennie.  Czasami tylko na pół godziny, a czasami na wiele godzin.  Robiliśmy sobie jedzenie, uczyliśmy się, bawiliśmy i wygłupialiśmy.  Całowaliśmy się i przytulaliśmy, ale o niczym więcej nie było mowy.  Joanna zawsze powtarzała, że na inne rzeczy będziemy mieli całe życie po naszym ślubie, a teraz powinniśmy być beztroscy  cieszyć się życiem i naszą młodością. Już po pół roku rozumieliśmy się lepiej niż niejedno małżeństwo po kilkunastu latach wspólnego związku.  Joanna była ogromnie emocjonalna, ale zarazem inteligentna, uczciwa i prostolinijna.  Byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi, tym bardziej, że omijały nas tak wtedy powszechne, kłopoty materialne.  Jeździliśmy nad Bałtyk, w Bieszczady, na Mazury, chodziliśmy na imprezy, mieliśmy wspaniałe koleżanki i kolegów.  To był najlepszy okres mojego życia.  Joanna była moim duchem i słońcem, moim życiem i moją namiętnością.  Moją  towarzyszką, moim przyjacielem i powiernikiem.  Była moim wszystkim. Och, jaki wówczas byłem szczęśliwy. Niestety los zakpił ze mnie.  Po prawie trzech  latach naszej intensywnej, nienasyconej i wspaniałej miłości, pewnego mglistego i dżdżystego listopadowego poranka, Joannę biegnącą na wykłady, potrącił  na jezdni, tuż obok uczelni, samochód ciężarowy.  Żyła po wypadku jeszcze dwa tygodnie, które przeleżała w szpitalu nie odzyskując przytomności.  Mój życie się zawaliło.   Runął cały mój dotychczasowy świat i wszystko straciło dla mnie sens.  

Przez wiele miesięcy żyłem jakby obok tego co mnie  otaczało.  Na nic nie zważałem, mało co jadłem, nie dbałem o siebie i wszystko było mi obojętne.  Do dzisiaj nie wiem, jak zdołałem w tym stanie skończyć studia.  Pewnie zawdzięczam to faktowi, iż do tej pory byłem świetnym studentem, a tragedia wydarzyła się na początku ostatniego roku studiów, gdy już najgorsze ma się za sobą, a z pracą magisterską i końcowymi egzaminami jakoś sobie poradziłem dzięki pomocy i opiece paru koleżanek i kolegów z roku.  I właśnie wówczas, po paru miesiącach od wypadku, postanowiłem sobie, że do końca życia będę chodził ubrany na czarno.  Miała to być moja swoista żałoba po tej wspaniałej dziewczynie, po tym moim nieopisanym szczęściu, a zarazem miał to być mój hołd dla niej.  Nic więcej nie mogłem już dla niej zrobić.  Potem, zaraz po skończeniu studiów, jak już ci wspominałem, pojechałem do rodziców do Szwecji i podjąłem pracę na budowie.  Cały czas ubierałem się tylko na czarno.  Cały czas przed moimi oczyma zawsze widziałem Joannę i prawie bez przerwy myślałem i wspominałem nasze wspaniałe, cudowne  i ciekawe wspólne życie.  Chodziłem smutny i zadumany, ubrany na czarno i z czarnymi myślami.  W końcu zamiast nazywać mnie po imieniu, zaczęto na mnie wołać black men.  I tak już na długie lata zostało.  Później pojechałem z Olafem na dziesięć lat do Indii i tam także cały czas ubierałem się na czarno i otaczałem się czarno – białymi kolorami co w tym tak barwnym świecie bardzo się wyróżniało i mimowolnie dzięki temu stałem się dosyć szybko rozpoznawalny w tym hinduskim środowisku, gdzie takich jak ja z Olafem było wielu, ale black men był tylko jeden.  I w dużej mierze dzięki temu oryginalnemu dziedzictwu po Joannie zaczęliśmy się szybko piąć w górę.  Potem wróciliśmy do Szwecji i nic się  nie zmieniło z moim upodobaniem do czarnego koloru.  A potem w ciągu roku zmarło oboje moich rodziców co jeszcze bardziej spotęgowało moją skłonność do tego koloru.   I chociaż teraz, jak pewnie zauważyłeś, dodaję czasami drobne elementy złote i zielone to jednak ta czerń zostanie już pewnie do końca mojego życia  takim moim dziwactwem, a może obsesją, a może czymś jeszcze innym co ze mnie wypływa, a czego tak do końca sam nie rozumiem.  

To ogromnie smutne i przykre co opowiedziałeś, ale przecież to było tyle lat temu, że pewnie już się otrząsnąłeś na dobre i możesz zmienić swój świat?  Przecież nie możesz do końca życia ubierać się na czarno i mieszkać sam w czarno – białym domu – stwierdził Leszek.   Tak, tak, oczywiście masz rację, też tak myślę, ale ta moja mania czy może obsesja jest silniejsza ode mnie.  Kobiet po Joannie znalem wiele i w Szwecji i w Indiach, ale żadna nawet w malutkiej części nie mogła pod jakimkolwiek względem, według mojej oceny, dorównać wizerunkowi Joanny jaki do tej pory nosze w moim sercu i w mojej głowie.  Dlatego jestem sam, a czy tak będzie zawsze?  Kto wie?   Ale dosyć tych wspomnień.  Rozkleiłem się.  Już dawno z nikim o tym nie rozmawiałem, a zawsze te wspomnienia o Joannie wywołują u mnie ogromny smutny i melancholijny stan.   To co Leszku jeszcze po jednym?   Dobrze wypijmy i pomilczmy szanując twoje wspomnienia i twój smutek – odpowiedział Leszek i dodał, a jutro koło południa czekam na ciebie u mnie w sklepie i nie zapomnij zabrać figurki. 

Dokładnie w samo południe Artur podjechał pod sklep Leszka.  Wszedł, przywitał się i położył na środku lady zawiniątko z czarnego grubego sukna, misternie obwiązane dekoracyjnym czarnym, plecionym sznurem.  A oto i nasza bohaterka, a tutaj mam dla ciebie trzy kartki opisu, o którym rozmawialiśmy, a także numer telefonu do mnie i adres mojej poczty elektronicznej.  Leszek rozplątał sznur, odwinął figurkę i jeszcze raz dokładnie ja obejrzał.  Robiła wielkie wrażenie.  Widać, że Artur musiał ją niedawno wyczyścić i wypolerować, gdyż świeciła swoim stalowo – szarym blaskiem, a szmaragd błyszczał, wydawało się Leszkowi o wiele mocniej, niż przy kilkukrotnym poprzednim oglądaniu posążka.  To piękna i wspaniała rzecz, nie żal ci z czymś tak wyjątkowym, się rozstawać – co Artur?   Oczywiście, że mi żal, ale jak ci opowiadałem, nie mogę jej zatrzymać no i potrzebuję tych pieniędzy z jej sprzedaży.  Leszek zawinął z powrotem figurkę w czarne sukno, obwiązał plecionym sznurem i przeszedł razem z Arturem do przyległego pomieszczenia, które było zarazem magazynkiem, biurem i mini kuchenką, a w którego kącie tuż przy zapasowych drzwiach wyjściowych, prowadzących na podwórze posesji, stała wspomniana już kasa pancerną.  Otworzył kasę, otworzył schowek i tam włożył posążek.  Po czym wszystko dokładnie zamknął i powiedział: - no niech teraz spokojnie sobie czeka w tym bezpiecznym miejscu na odpowiedniego klienta.  W tym momencie do sklepu wszedł klient dlatego też Artur pożegnał się mówiąc - zajrzę do ciebie, powiedzmy za dwa tygodnie, dobrze?   Oczywiście, zapraszam kiedy tylko chcesz.  Niestety, Artur nie zajrzał, ani za dwa tygodnie, ani za trzy, ani za miesiąc, ani później.  Spotkał się z Leszkiem dopiero po wielu latach od tego momentu wspólnego chowania figurki do sejfu.  Jeszcze tylko raz rozmawiali telefonicznie, a miało to miejsce dokładnie po dziesięciu dniach od pojawienia się posążka w Leszka sklepie.  Artur zatelefonował i powiedział, że od dwóch dni jest w Szwecji.  I dodał - parę dni po naszym ostatnim spotkaniu napisał do mnie mój przyjaciel Olaf.  Napisał, abym koniecznie do niego przyjechał, gdyż czuje, że zbliża się jego koniec pobytu na tym świecie, a chciałby się ze mną zobaczyć, porozmawiać, pożegnać i załatwić, jak to się wyraził, swój ostatni interes w życiu.  Zaraz po jego liście poprosiłem sąsiadów o opiekę nad moim domem, na co się chętnie zgodzili.  Potem kupiłem bilet lotniczy do Sztokholmu i poleciałem.  Na miejscu znalazłem sprawy mojego przyjaciela w bardzo złym stanie.  Artur faktycznie wydaje się umierający, a jego problemami nikt się nie zajmuje   Pokłócił się z bratem na dobre, a rodzice sami starzy i słabi wymagają opieki, a nie opiekowania się nim.  Dlatego nie mogą mu nic pomóc.  I tym samym jego problemy spadły na niego, na umierającego mojego przyjaciela.  Dlatego nie wiem kiedy wrócę.  Zobaczę co się stanie i jak się sprawy potoczą.   W razie nagłej konieczności to pozostaje tylko telefon, ale i to niepewne bo  często zanika sygnał w moim telefonie.  Dlatego musisz sam decydować co do figurki, ale pamiętaj nie dawaj jej nikomu.  Jak już naprawdę będzie poważny klient to jedź z nim tam gdzie będzie chciał i oceniaj sytuację według swojego uznania.  Ja ci ufam i jestem pewien, że się nie zawiodę.  Życzę powodzenia, trzymaj się – zakończył Artur.