Poniżej trzy zdjęcia słonecznikowego pola. Zdjęcia wykonałem w piątek 31.07.2026 roku na ulicy Jagodowej w Maksymilianowie.
I bonus - zagadka. Ciekawe czy ktoś wie gdzie zrobiłem poniższe zdjęcie w sobotę - tydzień temu.
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Poniżej trzy zdjęcia słonecznikowego pola. Zdjęcia wykonałem w piątek 31.07.2026 roku na ulicy Jagodowej w Maksymilianowie.
I bonus - zagadka. Ciekawe czy ktoś wie gdzie zrobiłem poniższe zdjęcie w sobotę - tydzień temu.
Nie wiem dlaczego te moje wspomnienia nikogo nie interesują. Kiedyś przeczytałem książkę pod tytułem "Wspomnienia niebieskiego mundurka" i bardzo ona mi się podobała, ale obecnie uważam, że moje wspomnienia z tego samego okresu (wieku bohaterów) są dużo ciekawsze.
Jednak nie znajdują żadnego zainteresowania.
Wiem. Internet i wszystko z nim związane to obecnie prawie wszystko.
Jednak na pewno warto sięgać po coś więcej.
Poniżej link do moich chłopięcych wspomnień z lat 60-tch ubiegłego wieku.
Może to kogoś zainteresuje.
Niestety, z ubolewaniem stwierdzam, że wszystkie moje obawy, które opisałem w sierpniu 2014 roku na tym moim blogu się spełniły, a nawet jest znacznie gorzej.
Jeżeli ktoś ma chęć i czas to może poczytać w poniższym linku to o czym wspominam.
Cóż dodać? Pewnie przed przesileniem (Tusk, Czarzasty, Kosiniak) będzie jeszcze gorzej.
Jednak Polacy zawsze byli i będą niezależni, dumni i samodzielni.
Poniżej zdjęcie niewielkiego fragmentu naszego ogrodu w Niemczu. Zdjęcie wykonałem dwadzieścia lat temu.
Leszek słuchał i uszom swoim nie wierzył. Przecież to jakaś wprost nieprawdopodobna historia. To jakaś hinduska legenda, to coś nierzeczywistego, a nawet wręcz coś absurdalnego.
To niemożliwe, to jakaś gra lub zwyczajne kłamstwo mające na celu pozyskanie dla siebie tego swoistego artefaktu. A on przecież był tylko pośrednikiem i to nie z własnej woli, a z raczej z woli pana Artura, którego poznał jako swojego czarnego klienta
Pamiętał jednak co o posążku mówili i Olaf i Artur. Pamiętał także jaki w nim samym, od pierwszego wejrzenia, wzbudził ów posążek, a szczególnie ten kindżał, ogromny niepokój. Pomimo tego jednak zaczął się zastanawiać czy to nie są przypadkiem jacyś oszuści, czy nie próbują podstępem wydobyć od niego taką cenną rzecz. Jeszcze raz uważnie popatrzył na swoich gości, ale zamiast spodziewanego fałszu dostrzegł tylko przenikliwy wzrok maharadży i podobny wzrok jego syna. Obaj byli teraz cisi i spokojni, ale wręcz namacalnie czuł jakieś wielkie napięcie, które wisiało pomiędzy nimi.
Dlatego też chcąc mieć chociaż kilka chwil do zastanowienia się co dalej robić poprosił obu Hindusów, aby usiedli na dwóch fotelach, które stały w głębi sklepu. Często siedząc na tych fotelach Leszek prowadził długie rozmowy ze swoimi klientami, a czasami nawet wypijali sobie po kieliszku lub dwa, wina w trakcie tych rozmów. Dlatego też wzorując się na tym co już wielokrotnie przeżywał i chcąc zyskać na czasie powiedział - proszę bardzo siadajcie panowie i poczekajcie chwilę, ja muszę się zastanowić co mam w tej sytuacji myśleć, a tym bardziej robić.
Oczywiście rozumiem pana odpowiedział starszy Hindus i dodał - może pan zatelefonuje do naszego wspólnego znajomego czyli warszawskiego prawnika. Tak to dobra myśl - odparł Leszek. Jednak prawnik nie odbierał telefonu. Leszek pomyślał, a może spróbuję zatelefonować do Artura do Szwecji. Niestety i tutaj słyszał tylko angielski komunikat, iż abonent jest czasowo niedostępny. Wówczas podszedł do obu panów i powiedział - niestety nie mogę się skontaktować, ani z prawnikiem, ani z właścicielem figurki, gdyż jak zapewne panowie już wiecie właścicielem tej figurki jest Artur Wegner. To on kupił ją od swojego szwedzkiego przyjaciela Olafa Karlsona, u którego obecnie przebywa w Szwecji. Na zadziwiający wzrok macharadży oznaczający kompletne według Leszka niezrozumienie o czym mówi, opowiedział maharadży i jego synowi oficjalną wersję tego jak figurka znalazła się najpierw w rękach Olafa, a potem Artura.
Panowie słuchali uważnie i gdy Leszek skończył, znowu przemówił starszy z Hindusów - to co pan mówi jest dla nas niepojęte i wręcz zadziwiające. Przez te wszystkie lata figurka była w posiadaniu tylko dwóch osób. My szukaliśmy jej po całym świecie, dokładaliśmy ogromnych starań, aby ja znaleźć. Pozostawiliśmy szczegółowe opisy posążka we wielu firmach prawniczych, muzeach, antykwariatach i u znanych kolekcjonerów w Europie, Ameryce i oczywiście w Indiach oraz licznych innych krajach. Niestety przez te wszystkie lata nie trafiliśmy na najmniejszy ślad tego posążka. A on spokojnie leżał najpierw w sztokholmskim, a potem podwarszawskim sejfie. Jest to dla mnie ogromnie zaskakujące, a wręcz zadziwiające i niepojęte - powiedział starszy z dwóch Hindusów.
Jednak cud odnalezienia naszej najświętszej figurki tym bardziej jest dla nas obowiązkiem, abyśmy wynagrodzili tego dzięki któremu ją odzyskaliśmy.
Ta nagrody w tym przypadku trafi tylko do pana bo to pan ją ma i świadomie lub nieświadomie może pan pozwolić nam ją odzyskać.
Z tego co pan mówi to również obecny właściciel tej figurki nie nabył jej w złej wierze, ale kupił ją by pomóc przyjacielowi, nie wiedząc wcale, że może zaszkodzić tym samemu sobie. Tak ta figurka ma magiczną, niepojętą moc. Nie znamy jej natury, ale bez zastrzeżeń w to wierzymy. Przez całe pokolenia nasza rodzina doskonale się o tym przekonała, doznając tylu dobrodziejstw i szczęścia. Ta figurka ma dla nas tak ogromną wartość i tak się cieszymy z jej odnalezienia, że postaramy się później wynagrodzić także jej obecnego właściciela. Jesteśmy bogaci i stać nas na to, a zresztą nie chodzi tutaj o pieniądze. Chcemy się podzielić naszą radością z innymi, z tymi, którzy się do niej przyczynili. Dla nas najważniejszym jest, aby posążek jak najszybciej wrócił do swojej kapliczki. To co proszę pana - powiedział maharadża - moglibyśmy obejrzeć posążek? Oczywiście, ale za chwilę, zawołam tylko mojego przyjaciela, aby pozostał z pana synem w sklepie, a my przejdziemy na zaplecze, gdzie spokojnie pan będzie mógł obejrzeć posążek. Leszek zatelefonował do Jacka prosząc go o przyjście do sklepu. Już po paru minutach Jacek stanął w drzwiach od zaplecza, do których, na wszelki wypadek, zawsze miał swój klucz. Wszedł i od progu zapytał - co tam szefie, o co chodzi? Słuchaj Jacek – powiedział Leszek – pozostaniesz tutaj z tym młodym panem w sklepie, chwilowo zamkniesz sklep, a ja z tym starszym panem będę na zapleczu przy sejfie. Usiądź sobie wygodnie i poczekaj na mnie, dobrze? Tak jest szefie – odparł Jacek. Jeszcze idąc do sejfu i wyjmując ukryte klucze potrzebne do jego otwarcia, Leszek wziął, na wszelki wypadek w rękę pilota od alarmu, na którym, gdyby tego potrzebował, naciskając jeden guzik to zawiadamiał swoją firmę ochraniarska o alarmie, a ta miała obowiązek przyjechać w ciągu dziesięciu minut do sklepu. Czując się już pewniej dzięki Jackowi i alarmowi, powiedział - bardzo proszę panie maharadżo ze mną, proszę tutaj do sąsiedniego pomieszczenia. Pozwoli pan, ponieważ to pomieszczenie jest jak pan widzi bardzo małe, dlatego tylko w dwójkę będziemy oglądali posążek, a mój przyjaciel w tym czasie będzie towarzyszył pana synowi. Ależ oczywiście nie widzę żadnych problemów, aby tak uczynić. Całe zachowanie obu Hinduskich gości było takie powściągliwe, kulturalne, spokojne, ich wyjaśnienia brzmiały wiarygodnie, a z ich postaci emanowała taka dostojność i szlachetność, że obawy Leszka zaczęły się pomału rozwiewać. Otworzył sejf, otworzył schowek w sejfie i wyjął z niego figurkę owiniętą w czarne sukno. Odwiązał ozdobny sznur, odwinął figurkę i podał maharadży. Ten z ogromnym zaskoczeniem patrzył na posążek, pewnie nie chcąc jeszcze uwierzyć, że to prawda, że odnalazł najcenniejszą rzecz swojego życia. Wziął z ogromnym nabożeństwem posążek z rąk Leszka w swoje drżące z ogromnej emocji ręce, a twarz zrobiła mu się prawie sina z przejęcia i nie potrafił nic powiedzieć chociaż było widać, iż próbuje. Po paru minutach trochę się uspokoił i wyciągnął z kieszeni spodni sporą lupę. Przez tą lupę zaczął uważnie oglądać figurkę. Trwało to z pięć minut, aż wreszcie powiedział – to ona, to nasza figurka, to nasze szczęście, to powrót naszej pomyślności, a zarazem koniec klęsk, porażek i nieszczęść. Dziękuję panu. Nie mam słów, aby wyrazić moją wdzięczność – dodał oddając swój największy skarb Leszkowi. Ależ oczywiście to nasza poszukiwana świętość. To być lub nie być naszego rodu. Ta figurka, a szczególnie ów kindżał, mają wiele ukrytych symboli, których nie widać gołym okiem. Dopiero przez specjalne szkło, a jeszcze do tego trzeba dobrze wiedzieć gdzie i jak patrzeć, owe symbole się ujawniają. Wszystko sprawdziłem, wszystko się zgadza, jestem pewien na sto procent. A posążek panu oddaję, gdyż najpierw chciałbym panu wyrazić moją ogromną wdzięczność za tak niepojętą przysługę, a dopiero potem oficjalnie i uroczyście zabrać z rąk pańskich nasz posążek.
Tak to musi być, a nie inaczej, gdyż takie są nasze prawa i obyczaje, a tym uchybić nie możemy. Leszek zawinął figurkę w sukno i przeszli do sklepu, gdzie maharadża skinął głową na syna i poprosił Leszka o otwarcie zamka w drzwiach wejściowych. Już po chwili syn maharadży wrócił do sklepu z niewielką walizką, z której wyjął najpierw sześć paczek banknotów, mówiąc - tutaj jest sześć paczek po sto banknotów, a każdy banknot ma nominał pięćset Euro, co daje trzysta tysięcy Euro. Proszę pan sprawdzi i przeliczy – powiedział młody Abhiraj do Leszka. Leszek pobieżnie przejrzał banknoty i był pewien, iż są autentyczne. Nie wiedział skąd, ale był już teraz zupełnie przekonany co do prawdziwości słów radżaputy.
Następnie syn maharadży wyjął mały aksamitny woreczek, ściągnięty u góry mieniącą się wieloma kolorami, wąską tasiemką i powiedział - w tym woreczku jest siedem diamentów o szlifie brylantowym, każdy diament ma około pięciu karatów, a wartość każdego z nich przy tej klasie czystości i tym szlifie to obecnie około stu tysięcy dolarów. Razem tych siedem diamentów to znacznie ponad siedemset tysięcy dolarów. Te diamenty łącznie z gotówką, której więcej w tak krótkim czasie nie udało się nam we Warszawie zebrać to jest na pewno milion dolarów, o których mówił mój ojciec. Leszek kompletnie nie znał się na żadnych kamieniach szlachetnych, a już na brylantach to w ogóle. Nie wiedział jak zareagować? Czy wierzyć? Czy wypytywać swoich gości? Czy może zrobić coś innego, ale nic mu do głowy nie przychodziło, a od razu pomyślał, że już owe trzysta tysięcy Euro to dwa razy tyle ile chciał Artur za posążek. To co on właściwie ryzykuje? Właściwie to nic, a wszystko wskazywało na to, że ma do czynienia z prawdziwymi hinduskimi arystokratami i prawdziwą ich historią. Niby oglądał diamenty, niby je ważył w rękach, niby udawał, że docenia ich wartość, ale tak naprawdę to nie miał zielonego pojęcia czy to są brylanty, czy nie. Jeszcze chwilę pooglądał, zastanawiając się co zrobić, ale po paru minutach powiedział - wierzę panom, iż jest tak jak mówicie, przyjmuję te pieniądze i te brylanty, chociaż są dla mnie czymś tak zaskakującym, iż nie umiem nawet tego wyrazić. To jest wprost niewiarygodne. Nie wiem co o tym wszystkim sądzić i jak się zachować, ale jak mówi stare porzekadło – jak nie wiesz jak się zachować, zachowuj się przyzwoicie. Dlatego wręczam panom ich figurkę i życzę, aby spełniła wszystkie pokładane w niej wasze nadzieje.
Maharadża uroczyście przyjął posążek, skłonił się nisko, po czym wziął w objęcia Leszka i go serdecznie uścisnął. Po chwili to samo uczynił jego syn. Następnie panowie wylewnie się pożegnali, wsiedli do Rolls Royce`a i odjechali.
To co mogę już iść do swoich ogrodowych zajęć - zapytał Jacek, przerywając kompletne zamroczenie umysłu u Leszka. Ach, tak się zamyśliłem, że zapomniałem Jacku o tobie. Oczywiście idź. Dziękuję ci za pomoc i proszę cię, abyś nikomu nie opowiadał tego co przed chwilą widziałeś i słyszałeś, dobrze? Będę o tym pamiętał, ale co teraz zrobisz? Przecież taka masa forsy i jakieś drogie kamienie to po co dalej pracować w sklepie - ni to stwierdził, ni zapytał Jacek. Tak, masz rację, jestem kompletnie oszołomiony i muszę to wszystko dobrze przemyśleć. Na razie działamy tak jakby nic się nie wydarzyło, a potem zobaczymy. W porządku, to idę do swojej roboty. Wieczorem chyba coś dobrego postawisz z tej okazji, co Leszek? Jacek z Leszkiem od dawna byli na ty, ale przy innych ludziach Jacek najczęściej mówił do niego szefie, a czasami panie Leszku. Z wielkim roztargnieniem Leszek odpowiedział - tak oczywiście. Jak będziesz szedł to zamknij drzwi od zewnątrz i dobrze schowaj klucze bo teraz musimy jeszcze bardziej uważać. I Pamiętaj Jacek, że jak nie jestem w sklepie to jest włączony alarm i wtedy nie możesz wchodzić drzwiami od zaplecza bo zaraz przyjedzie firma ochraniarska i będzie zadyma. Pamiętam, nie martw się, przecież mnie znasz i wiesz, że ja sam nigdy tutaj nie wchodzę, a tylko wtedy, gdy mnie zawołasz. Wiem, ale po tych dzisiejszych przeżyciach jestem taki podenerwowany, taki nieswój i taki niespokojny dlatego ci to przypominam. To idę, do zobaczenia wieczorem. Jacek wyszedł, a Leszek usiadł na obrotowym krześle przy sklepowej ladzie, podparł głowę obiema rękami i się zadumał.
Co robić? Co zrobić z pieniędzmi? Co zrobić z tymi brylantami? Niestety przez ten kompletny mętlik w głowie nie za bardzo mógł skupić myśli, zebrać się w sobie i chociaż postanowić coś na najbliższą przyszłość. W końcu powiedział sobie - dzisiaj przeżyłem taki szok, taki mam zamęt w umyśle to pewnie będzie najlepiej jak odłożę podjęcie jakiejkolwiek decyzji, aż przynajmniej trochę nie ochłonę. Wieczorem wypijemy, ja dobry koniak, a Jacek popije sobie Samosa czyli greckie słodkie wino, które zawsze tak mu smakuje, potem się prześpię, a rano zobaczymy.
Schował pieniądze i szlachetne kamienie do metalowej kasetki, w której zawsze trzymał utarg i inną kasę. Kasetkę wstawił do schowka w sejfie, zamknął dokładnie sejf i wyszedł na zewnątrz, aby trochę ochłonąć i zaczerpnąć parę łyków świeżego powietrza przynoszonego przez orzeźwiający wiatr, który pojawił się niedawno i to kompletnie nie wiadomo skąd i dlaczego.
Trudno określić w jakim procencie Niemcy dotychczas opanowali polską gospodarkę (handel, banki, przemysł, usługi i tak dalej). Oceniam to na minimum 50%. I każdego roku ta zależność Polaków wobec Niemców się powiększa, a za rządów Tuska rośnie wprost lawinowo.
Nie będę się bawił w statystyki i przytaczanie konkretnych danych z różnych dziedzin naszej gospodarki, które owi Niemcy opanowali i nadal są w ofensywie, ale przytoczę jeden drobny (z pozoru) przykład.
Otóż parę dni temu wykonałem poniższe zdjęcie. Na tym zdjęciu widzimy, że na magistrali węglowej Śląsk - Porty dominuje niemiecki przewoźnik, czyli DB (Deutsche Bahn). A w tym samym czasie (gdy DB dobrało się do polskich torów) PKP Cargo (główny polski przewoźnik towarowy) dokonał (czyżby przypadek?) masowych zwolnień polskich pracowników.
Lokomotywy niemieckie, a cysterny amerykańskie. A Polacy zamiast zarabiać 100 zł (przykładowo) na przewozie 1 tony pomiędzy Gdynią, a granicą Polski to zarabiają około 10 zł, a Niemcy i Amerykanie zarabiają po 45 zł.
Dlaczego jesteśmy tacy głupi, tacy sprzedajni i dlaczego tolerujemy i wybieramy tych co nam to czynią?
![]() |
| Na magistrali węglowej w pobliżu stacji Maksymilianowo koło Bydgoszczy |
Był człowiek i nadal go nie ma. Minęło ponad osiem lat i nic nie wiemy.
Czy ktoś wie, gdzie wykonałem to zdjęcie pod koniec maja 2026 roku? Oczywiście wykonałem je w granicach naszego miasta.
Dla ułatwienia dodam kolejne zdjęcie.
Ekspresja, niezależność, indywidualność, samodzielność, artystyczne widzenie Świata i wiele innych nietypowych cech i zachowań oraz wiele innych talentów to tylko niektóre wspaniałe cechy mojej żony Ludmiły.
Poniżej ta ekspresja widziana oczyma fotografa 35 lat temu:
Przez kilka lat jeździliśmy (moja córka i ja) regularnie w Bieszczady. Mieszkaliśmy w Leśnym Dworze we Wetlinie. Wspaniały pensjonat., wspaniali właściciele, cudowny klimat (cztery pory roku Vivaldiego) i fantastyczne jedzenie (potokowe pstrągi, rydze i wszystko inne równie smaczne) . Do tego podwózka na początek szlaków i cała masa innych wspaniałych rzeczy.
Poniżej jedna z cudownych chwil mojego życia - na szycie Połoniny Wetlińskiej w sierpniu 1996 roku.
Pierwszego roku naszego zimowego pobytu na Costa Blanca poznawaliśmy miejsca, gdzie na pół roku zamieszkaliśmy. Jednym z tych miejsc była wspaniała plaża w San Pedro del Pinatar położona pomiędzy portem jachtowym, a mierzeją La Manga. Lubiliśmy tam powracać bo to piękne i bardzo odosobnione oraz ciekawe miejsce.
Poniżej owa plaża, a w głębi La Manga.
Nasza wycieczka latem 2015 roku z Maksymilianowa do Dobrcza i do Borówna, a potem z Nekli do Augustowa i powrót do Maksymilianowa. Poniższe zdjęcie wykonałem na drodze pomiędzy Neklą, a Augustowem. Tak od lat "podróżujemy" rowerami po naszej i sąsiednich gminach.
Z tego wywiadu dowiadujemy się kim naprawdę jest wieloletni premier Polski - Donald Tusk.
Proszę uważnie przeczytać i samemu wyciągnąć nasuwające się wnioski.
Jedno jednak jest pewne - repolonizacja według Tuska to w istocie regermanizacja, czyli powrót do Jego korzeni (pochodzenie, tradycje, sentymenty i inne takie). I te kaczki na stawie 33 lata temu. A podobno nie jest mściwy i pamiętliwy - patrz "Szczerość".
Pływaliśmy naszą Venuską przez kilkanaście lat, głownie po Zalewie Koronowskim, ale nie tylko.
Poniżej zdjęcie z lipca 1996 roku. Odnoga od Stanicy w Sokole Kuźnicy do Krówki Leśnej. Wspaniałe miejsce na cumowanie i nocleg, a jesienią także na grzyby.
Poniższy post napisałem prawie 14 lat temu, ale nic na dobre się od tego czasu nie zmieniło, a wręcz przeciwnie.
Dlatego też zamieszczam ponownie tekst postu z mojego bloga, z jesieni 2012 roku.
Zamieszczam ten tekst, aby uświadomić tym co nadal wierzą Tuskowi, jak są naiwni i wręcz głupi. Zaś realistom pragnę uświadomić i przypomnieć jak nadal PO nas oszukuje.
I tylko złotej rybki mi żal.
Poniżej treść wspomnianego wyżej posta:
sobota, 6 października 2012
Kindżał - odcinek 11
Część III
NIESPODZIEWANA WIZYTA
Nadeszła połowa lipca, wyjątkowo w tym roku upalnego. Od dwóch tygodni nie spadła kropla deszczu, a temperatury sięgały trzydziestu pięciu stopni w cieniu. Było duszno, kurzyło się okropnie i tylko czasami lekki wietrzyk pomagał swobodniej oddychać. Nawet noce były gorące z temperaturą ponad dwadzieścia pięć stopni. Nigdzie wytchnienia, ochłody i wypoczynku od tego wyjątkowego upału. W powietrzu wisiała zmiana, ale nie chciała przyjść. Klimatyzacja dawała chłód w sklepie, lecz była także niebezpieczna dla zdrowia przy tak dużych, sięgających stu procent, różnicach temperatur pomiędzy osiemnastoma stopniami w sklepie, a trzydziestoma sześcioma stopniami na zewnątrz. Klienci byli poirytowani, a czasem nerwowi, kupowali głównie białe wino, które po odpowiednim schłodzeniu, najlepiej gdzieś w okolicach dwunastu stopni, wypijali dla ochłody i pobudzenia całego organizmu do normalnego funkcjonowania. Zresztą lato zawsze było dla Leszka marnym okresem handlowym z uwagi na urlopy i długie wyjazdy turystyczne jego najlepszych klientów. Tak było i teraz. Do tego wielu miało domy letniskowe w nadmorskich i to nie tylko polskich miejscowościach, a także w słynnym Kazimierzu nad Wisłą, czy w Beskidach lub Bieszczadach. Dlatego też znikali często na całe dwa miesiące, a nawet i na dłużej. Ruch był mały, a temperatury wysokie. Źle to wpływało na samopoczucie Leszka, a do tego brak kontaktu z Arturem i niepewność co dalej czynić z tak cenną rzeczą powierzoną mu przez wspomnianego Artura jeszcze bardziej komplikowało jego aktualną sytuację.. Nie bardzo wiedział jak w tej kwestii się zachować i czy nadal szukać kupców na figurkę, czy czekać na kontakt z Arturem.
W ciągu ponad miesiąca od ostatniej rozmowy z Arturem trzy osoby zainteresowały się figurką. Zresztą wszystkie trzy były na pierwszej liście klientów, którą sporządził dla Leszka, jeszcze przed otwarciem sklepu - Zdzisław. Pierwszym był znany chirurg mieszkający w Konstancinie. Obejrzał figurkę bardzo szczegółowo i widać było, że mu się podoba, a nawet jak sam powiedział - urzekła go. Po czym zaczął się na głos zastanawiać skąd i jak dowiedzieć się więcej o niej bo to przecież dużo pieniędzy i w ciemno kupować nie można. Dobrze się zastanowię nad pana propozycją powiedział wychodząc z kartonem wina ze sklepu. Drugim był prawnik, współwłaściciel znanej warszawskiej kancelarii prawnej. Ten jeszcze dokładniej oglądał figurkę i nawet sobie coś notował. Potem z uwagą wysłuchał, zadając wiele dodatkowych pytań, oficjalnej wersji pochodzenia figurki, którą Leszek mu przeczytał z kartek pozostawionych przez Artura. Wychodząc ze sklepu także z kartonem wina dodał, że on na pewno do tej sprawy wróci, ale musi jeszcze dużo sprawdzić, gdyż już gdzieś o takim posążku słyszał. Trzecia osobą był znany dziennikarz telewizyjny, także mieszkający w Konstancinie, ale on potraktował to raczej jako ciekawostkę, o której chętnie, gdyby się potwierdziły słowa Leszka z Artura kartek, zrobiłby telewizyjny wywiad w swoim cyklicznym programie. Jednak Leszek się na to nie zgodził mówiąc - jeszcze zobaczymy, może kiedyś.
I właśnie w tym czasie, we wczesne poniedziałkowe popołudnie, w ten sam szczyt upału, gdy powietrze wisiało bez najmniejszego ruchu i nawet ptaki i różne inne zwierzęta gdzieś się pochowały, o ludziach nie wspominając, w czasie, gdy Leszek wystawiał w oknie wystawowym najnowszą promocję na białe włoskie wina, pod sklep zajechała duża ciemna limuzyna, w której Leszek od razu rozpoznał jeden z najbardziej prestiżowych aut świata, czyli klasycznego Rolls Royce`a. Auto błyszczało całą swoją karoserią, a chromowane listwy i inne ozdoby tego pojazdu, wprost olśniewały w tym ostrym, prawie południowym, słońcu.
Auto zatrzymało się bardzo blisko wejścia do sklepu i wysiadła z niego trójka mężczyzn. Dwóch z nich było, sądząc na pierwszy rzut oka, prawdopodobnie Hindusami o czym świadczył ich ubiór i wygląd, a trzeci był około czterdziestoletnim, szczupłym, wysokim, białym mężczyzną o dosyć pospolitym wyglądzie. Ubrany był w kremowy garnitur, białą koszulę i stonowany, kolorowy krawat. Panowie weszli do sklepu i dopiero wtedy Leszek im się bardziej przyjrzał. Dwaj Hindusi, z których jeden był starszym, a drugi znacznie młodszy, ubrani byli w ozdobne jasne tuniki, zapięte pod szyją, z dużymi rozcięciami po bokach, pod tunikami mieli spodnie ozdobione wzdłuż pionowych szewków podobnymi elementami jak tuniki. Na nogach mieli tradycyjne czarne, eleganckie buty, a na głowach hinduskie ciemne turbany spięte na środku dużymi mlecznymi kamieniami. Sprawiali wrażenie bardzo przystojnych i dostojnych panów.
Pierwszy przemówił pan w jasnym garniturze - dzień dobry panu, czy mamy do czynienia z panem Leszkiem Marcinkowskim? Tak oczywiście, to ja – odparł Leszek. Ci dwaj panowie przyjechali specjalnie do pana z dalekich Indii, a ponieważ nie znają języka polskiego dlatego zatrudnili mnie na tłumacza. Panowie pragną rozmawiać w języku angielskim, który doskonale znają. Ależ w takim razie tłumacz nie będzie nam potrzebny, gdyż ja również dobrze znam angielski – odparł Leszek już po angielsku, aby panowie z Indii także go zrozumieli. Na to oświadczenie starszy z Hindusów powiedział - w takim razie bardzo panu dziękujemy mister John. My osobiście porozmawiamy z panem. Proszę uprzejmie poczekać na nas w aucie. Kierowca ma włączoną klimatyzację, a gdyby chciał pan czegoś do picia to proszę się swobodnie obsłużyć. Po chwili tłumacz zniknął w czeluściach Rolls Roycea, a starszy z Hindusów przedstawił się mówiąc - nazywam się Ravindra Svarup co znaczy Podobny Do Słońca i jestem trzydziestym ósmym z kolei maharadżą królestwa położonego w południowej części prowincji Bihar, którego stolicą było starożytne miasto Bukar nazywające się obecnie Bokaro, leżące nad rzeką Domator. Jest ze mną mój najstarszy syn Abhiraj czyli Nieustraszony Król. Jest on radżaputą – czyli moim synem i moim następcą. Zapewne zadziwia pana nasza wizyta i zanim zacznę mówić o jej celu dodam tylko, że obecnie w Indiach nie ma już królestw i ich królów. W połowie ubiegłego wieku rząd przeprowadził reformę i musieliśmy oddać państwu wszystkie nasze ziemie i posiadłości w tym wspaniałe i bogate pałace mające często wiele set letnią tradycję. Nasz ród panujący na tych swoich ziemiach ponad tysiąc lat, również to uczynił. Jednak dzięki osobistemu bogactwu, a także dzięki szacunkowi poddanych, ich miłości i zrozumieniu, udało się nam odbudować swoją pozycję i znaczenie. Co prawda już nie jako królowie, ale raczej jako, jak to dzisiaj się mówi, liderzy, organizatorzy i biznesmeni. Nadal zwyczajowo używamy tytułu maharadży, a nasi dawni poddani nawet nie chcą słyszeć, żeby nas inaczej nazywać, chociaż mogą to czynić. Widocznie, ich zdaniem, zasłużyliśmy sobie na takie traktowanie.
Jednak, żeby zachować swoją dawno ugruntowaną pozycję, a także zdobyć szacunek i poważanie wśród naszych dawnych poddanych, musieliśmy się zająć przyziemnymi sprawami i rzeczami, które dawniej były dla nas nawet nie pomyślenia. Dlatego też obecnie mamy kilka dużych firm i biur w całym stanie Bihar, a także dwa spore przedstawicielstwa naszych interesów w Londynie i Nowym Jorku. Pewnie się pan dziwi po co to wszystko mówię, ale bez tego krótkiego wyjaśnienia trudno będzie mi przejść do istoty naszej wizyty. Otóż dwa tygodnie temu dotarła do nas informacja, że rzecz, której poszukujemy już od czternastu lat może znajdować się u pana w sklepie. Wiadomość taką przysłał do naszej londyńskiej kancelarii jeden z warszawskich prawników, który był u pana i oglądał przedmiot, o którym mowa. Na pewno domyśla się pan o co chodzi i skąd pozyskaliśmy taką informację. Tak oczywiście, rozumiem, że chodzi o figurkę siedzącego Śiwy z kindżałem w ręce i z dużym zielonym szmaragdem osadzonym w rękojeści kindżała - stwierdził Leszek. Tak właśnie chodzi o tę figurkę. Ta figurka była w naszym rodzie od ponad ośmiuset lat, ale ponad czternaście lat temu została nam skradziona i to skradziona przez najbardziej zaufanego sługę, którego rodzina służyła nam od pokoleń i którego traktowaliśmy podobnie jak swoją najbliższą rodzinę. Ten posążek Śiwy to nasz najbardziej cenny talizman. To nasze bóstwo opiekuńcze, zapewniające nam przez stulecia pomyślność, szacunek ludzki, zdrowie i bogactwo. To nasza największa świętość i tak też była traktowana. Sam posążek został wyrzeźbiony z kamienia z Nieba. Zaś kindżał z zielonym szmaragdem znajdował się w naszej rodzinie jeszcze przed utworzeniem tej figurki. Wszystkie te trzy rzeczy czyli figurka, kindżał i szmaragd to nasze najważniejsze świętości.
Pilnowaliśmy ich bardziej niż oka w głowie dlatego też posążek stał w specjalnej wewnętrznej kaplicy, a dostęp do niej miała tylko najbliższa rodzina i dwoje zaufanych służących. Niestety nie wiemy co wstąpiło w człowieka, który służył u nas ponad trzydzieści lat, a którego imienia nie chcę nawet wymawiać. Pewnego dnia w maju 1993 roku posążek zniknął razem ze służącym. Od tego czasu go poszukujemy i do tej pory nie wpadliśmy na jego najmniejszy ślad. Brak tego posążka odczuliśmy przez te lata bardzo dotkliwie. Spotkało nas sporo różnych nieszczęść i to zarówno śmierci, chorób, a nawet pożarów, o niepowodzeniach biznesowych nie wspominając. My jesteśmy bardzo przywiązani do naszej tradycji, do naszej religii, do naszych wierzeń i jesteśmy przekonani, że przyczyną owych nieszczęść, o których nawet mówić trudno, jest utrata naszego rodzinnego skarbu, naszego rodzinnego symbolu wszelakiego szczęścia i powodzenia. Dlatego też jak tylko powzięliśmy wiadomość o figurce, jak dotarł do nas jej szczegółowy opis sporządzony przez warszawskiego prawnika, natychmiast polecieliśmy do Delhi, a z Delhi przylecieliśmy prosto do Warszawy. Prawnik, o którym mówimy podał nam jeszcze raz opis figurki, podał adres, załatwił samochód i tłumacza i dlatego jesteśmy u pana. Zanim pan zacznie nas pytać o pewne rzeczy lub mieć uzasadnione różne wątpliwości dodam, że już następnego dnia po kradzieży posążka wyznaczyliśmy milion dolarów nagrody dla tego kto pozwoli nam go odzyskać. Ta nagroda nadal jest aktualna i nie zamierzamy się targować, gdyż religią, przekonaniami i wiarą w naszego Boga nie można handlować. Raz daliśmy słowo i to słowo jest święte. Wierzymy, że gdybyśmy postąpili inaczej to spotkałaby nas sroga kara. Jesteśmy przygotowani do przekazaniu panu od razu owego miliona po upewnieniu się, że to jest naprawdę nasza figurka. Ta kwota nie ma dla nas znaczenia. Ten posążek jest dla nas bezcenny. Jego wartość nie jest wymierna. Dlatego też ten milion dolarów to naprawdę niewielka rekompensata za powrót szczęścia pod nasz dach. Za powrót pomyślności dla całej naszej rodziny i całej naszej społeczności, w której żyjemy od pokoleń. To dla nas najważniejsza i najświętsza sprawa i wszystko uczynimy, aby osiągnąć nasz cel, czyli odzyskanie posążka z kindżałem i szmaragdem.
Napisałem, moim zdaniem, taki ładny tekst. Opisałem moje kolejne młodzieńcze uniesienia, ale jak widzę nikogo te moje wspomnienia nie interesują. Może kiedyś, może ktoś?
Leszek - odcinek 20
W Czerlinie, rodzina Irka ponownie przyjęła Leszka niesamowicie gościnnie i znowu traktowała go jak drugiego syna. Przebywał tam, aż przez dwa tygodnie nie mając najmniejszej ochoty wracać do domu. Dobrze mu było tutaj. Ludzie serdeczni, uczynni, otwarci i gościnni. Każdego dnia coś innego. A to wizyta u kuzynek Irenki i Teresy, a to w pole z kuzynem Irka Stefanem, a to na motocyklu do Gołańczy i do Wapna, a to świniobicie. Rozmaitość zajęć, dobre jedzenie, a przede wszystkim doborowe towarzystwo czyniły z tego pobytu najlepsze wakacje.Poniżej zdjęcie wykonane z tarasu domu przy ulicy Smukalskiej w Bydgoszczy. Zdjęcie wykonałem w maju 2026 roku.
Obecnie ta abolicja obejmie kunia, kierwę, małgośkę i tego cwanego doktorka od szpitala warszawskiego, a także wielu, wielu innych.
Kindżał - odcinek 10
Kolejny raz przypominam:
| Bydgoszcz - Aleja Ossolińskich - maj 1979 rok. Na tym zdjęciu jest moja córeczka ( w wózku), moja żona i jej przyjaciółka Roma oraz przypadkowy osobnik na ławce. Poprzedni post z tego cyklu |
Razem chodziliśmy do Technikum Kolejowego przy ulicy Kopernika numer 1 w Bydgoszczy. Razem studiowaliśmy na ATR na WBL w Bydgoszczy. Razem po studiach byliśmy w wojsku. Razem potem się spotykaliśmy, a później korespondowaliśmy.
Ja w Polsce w szarych lat 80-tych, a mój przyjaciel był już wówczas w jednym ze szwajcarskich kantonów.
Do dzisiaj, pomimo wielu prób (a znaliśmy się bardzo blisko ponad lat kilkanaście) nie udało mi się nawiązać jakikolwiek kontakt z kolegą Tubielewiczem mieszkającym wówczas w w kamienicy na skrzyżowaniu Alei Pierwszego Maja i ulicy Świętojańskiej w Bydgoszczy. ( nad piekarnią Bidgońscych).
Szukam Ciebie mój były przyjacielu. Jeżeli żyjesz to odezwij się.
| Zdjęcie z 1972 roku |
Kindżał - odcinek 9
I to wówczas, w tym czasie, który miał miejsce po około pięciu latach od naszego powrotu z Indii, niewiele po tym jak rozstałem się z Ingrid, zacząłem mieć pierwsze kłopoty. Najpierw zdrowotne, a potem i zawodowe. Z początku myślałem, że to chwilowe lub przejściowe, że zaraz przeminą i wszystko wróci do stanu poprzedniego. Niestety tak się nie stało. Coraz bardziej słabłem fizycznie i upadałem na duchu. Któregoś dnia wyciągnąłem na światło dzienne dawno nie oglądany posążek i zacząłem mu się szczegółowo przyglądać. A czym bardziej mu się przyglądałem tym bardziej rósł mój niepokój. A jednocześnie wzrastało we mnie jakieś nieokreślone rozdrażnienie i stan nieokreślonego, chociaż na razie bardzo słabego, lęku. Zacząłem ponownie interesować się symbolami, które były związane z tym posążkiem. Wiedziałem już, że swastyka oprócz symbolu pomyślności i dobra jest także starożytnym ukazaniem Słońca, a zakrzywione jej ramiona symbolizują promienie słoneczne będące dawcą wszelakiego życia. Wiedziałem, że w czasach na długo przed chrześcijaństwem był to symbol tak samo popularny jak obecnie krzyż. Ale nie wiedziałem, że Śiwa – jogin i asceta, dobroczyńca, głowa rodziny, znany także jako deva czyli szczodrze obdarowujący, którego trzecie oko symbolizuje mądrość, jest także symbolem niszczyciela. Nie wiedziałem do tej pory, że ten trzeci co do rangi, po Brahmie i Wisznu, hinduski Bóg, ten wszechdobry, mądry i wspaniały Pan Niebios ma naturę dwoistą i zarazem jest gwałtownego charakteru, a szczególnie gdy przerywa mu się medytację. Potrafi wówczas spopielić swoim trzecim okiem intruza, który to uczyni. Okazało się, że dwoistość jego charakteru spotęgowała się, gdy nieoczekiwanie wypił on truciznę z mlecznego praoceanu kosmicznego. Chciał, aby się dzięki tej truciźnie zostać lepszym, spokojniejszym i mądrzejszym, a stało się odwrotnie i zamiast zneutralizować w swoim ciele gwałtowność i niszczycielstwo to trucizna ta zabarwiła ciało Śiwy na kolor siwo-niebieski będący w Indiach symbolem nieskończoności, ale jednocześnie owa trucizna cechy przeciwne do tych cech dobrych jeszcze bardziej powiększyła.
Nabyłem tej i innej wiedzy, o której dzisiaj nie chcę więcej mówić bo długo, całymi godzinami musiałbym to czynić, abyś mógł zrozumieć to czego się dowiedziałem, ale nie mamy na to dzisiaj tyle czasu. Może kiedyś, może przy innej okazji ci opowiem. Jedno tylko muszę dodać, otóż czym więcej wiedziałem tym bardziej niepokoiłem się, a szczególnie niepokoił mnie ów kindżał i ten kamień go wieńczący. Coraz bardziej byłem przekonany, że ta figurka jest przyczyną moich wszelakich problemów. A czym więcej o tym my myślałem tym bardziej byłem przekonany, że tak jest. W końcu stwierdziłem, że muszę się pozbyć z mojego życia tej figurki.
Dlatego właśnie w tym celu ciebie zaprosiłem. Otóż chciałbym, abyś zabrał ten posążek do siebie, do Polski. Macie tam teraz coraz więcej bogatych ludzi, a i blisko wam do jeszcze bogatszych Rosjan lub Niemiec i może uda się tobie sprzedać za niezłą kwotę tę niesamowita rzecz.
Co o tym myślisz? A ile ma ta figurka kosztować? – zapytałem Olafa. Jak wiesz podobno jest bezcenna, ale realnie patrząc nie mam żadnego świadectwa jej nabycia, a nawet nie mogę się ujawniać jako jej właściciel, gdyż nie wiem czym to mogłoby się dla mnie skończyć dlatego też sądzę, że suma dwustu tysięcy dolarów byłaby dla mnie do zaakceptowania. A ta suma pozwoliłaby mi spokojnie pojechać na rok do Indii i podjąć się leczenia, być może, aż do wyzdrowienia.
Potem obcasowo dodał - to co Artur, pomożesz? Muszę się nad tym zastanowić – odparł Artur i powiedział - czyli twierdzisz, że przez ponad pięć lat po powrocie z Indii miałeś pasmo sukcesów, a niepowodzenia zaczęły się później, tak? Właśnie tak to widzę i tak to było.
Myślałem całą noc o propozycji Olafa i w końcu doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie jak ja sam kupię ten posążek od niego. Pomyślałem, że na te dwieście tysięcy dolarów to mnie spokojnie stać bez większego uszczerbku na moim majątku, a jak sprzedam posążek w ciągu paru lat to jeszcze na tym wielokrotnie zarobię.
Tak też się stało. Zapłaciłem Olafowi owe pieniądze, a posążek, tuż przed końcem dwudziestego wieku, przywiozłem do Podkowy Leśnej. I tak samo jak w przypadku Olafa przeleżał w moim sejfie ten posążek prawie pięć lat. Podobnie jak Olafowi, interesy w tym czasie szły mi dobrze, a nawiązane w Indiach i Szwecji kontakty sowicie mi się odpłaciły. Zmodernizowałem według swojego gustu dom i ogród, sporo podróżowałem i rzec można, iż żyłem w ciągu tych pięciu lat bardzo dobrze.
Niestety od prawie dwóch lat moje sprawy idą coraz gorzej i chociaż ze zdrowiem, jak dotąd nie mam kłopotów to jednak kilka spektakularnych porażek biznesowych ostatnio poniosłem. I ja podobnie jak Olaf zacząłem myśleć, że to wina owej figurki, która głęboko schowana i owinięta w grube sukno, tkwi głęboko w moim dużym sejfie. Popadłem w taką samą manię, co jest kompletnie dla mnie dziwne i obce. Nawet jej nie dotykam tej figurki i staram się także na nią nie spoglądać, gdy z różnych powodów korzystam z mojego sejfu.
I teraz przechodzę do rzeczy, do sedna sprawy, czyli do prawdziwego powodu zaproszenia pana do mojego domu.
To co może jeszcze po szklaneczce jakiegoś trunku panie Leszku? Nie, dziękuję dla mnie dosyć, a jutro trzeba do pracy i umysł musi funkcjonować normalnie. Znam siebie na tyle dobrze, iż wiem jakie skutki byłby, gdybym jeszcze coś wypił. Jutro miałbym bolącą głowę i ogólne otępienie, a na to sobie nie mogę pozwolić. Proszę sobie nalać jak pan chce, ale ja dziękuję - odparł Leszek. W takim razie ja też zrezygnuję - stwierdził Artur i kontynuował. Z tego co się orientuję to prowadzi pan ten swój sklep już ponad półtora roku i słyszę zewsząd dobre opinie o panu, a także o ofercie win, którą przecież sam dosyć dobrze znam. Ma pan, jak sam pan wspomniał w rozmowie ze mną, spore grono stałych klientów. Sadząc po samochodach jakie widuję pod pana sklepem, a zdarza się zobaczyć nawet Maybacha, Bentleya czy Aston Martina. Widziałem także kilka Porche czy Maserati, o najnowszych modelach prestiżowych Lexusów i Mercedesów, czy tych tak obecnie modnych samochodach terenowych, nie wspominając. Przejeżdżając widzę te i inne auta na parkingu pod pana sklepem. Dlatego sądzę, że pana klientami, przynajmniej w sporej części, muszą być osoby naprawdę zamożne, a może nawet bogate, gdyż ceny większości wymienionych samochodów zaczynają się na poziomie od pół miliona złotych w górę. Oczywiście sporą grupę pana klientów mniej lub bardziej znam, ale wielu zapewne przyjeżdża z innych pod-warszawskich miejscowości, a i nieraz chyba trafiają się dobrzy warszawscy klienci. Mam rację? Tak, mam różnych klientów, w tym spore grono osób dosyć znanych, ale też i niemało takich, o których nic nie wiem, a oceniać ludzi tylko po samochodach to może być bardzo zwodnicze. Chociaż ogólnie muszę przyznać panu rację, panie Arturze. Jeżeli ktoś jeździ samochodem wartym setki tysięcy złotych to raczej do biednych nie należy. Otóż to. Już od paru miesięcy obserwuję dyskretnie osoby kupujące w pana sklepie, a czynię to z prostego powodu, chciałem osobiście się przekonać, że to co zamierzam panu zaproponować ma jakikolwiek sens. Dlatego też wypytywałem pana o te różne dodatkowe transakcje. Krótko mówiąc chciałbym panu zaproponować, aby podjął się pan próby sprzedania posążka, o którym dzisiaj tyle mówiliśmy. Obawiam się go nadal mieć u siebie. Jak już wspominałem budzi on coraz większy chociaż zupełnie irracjonalny mój niepokój. Zakłóca moje życie. Może to się to panu wydać śmieszne co teraz mówię, ale niech mi pan uwierzy, że coraz bardziej jestem przekonany o swojej racji. Jest oczywiście i inny jeszcze powód dla którego chcę sprzedać tą figurkę. Jak już wspomniałem ostatnie parę interesów mi nie wyszło, a teraz mam na oku super biznes i potrzebuję na jego uruchomienie tylko milion złotych, a przynieść mi on może wiele milionów zarobku. Nie będę zapeszał i mówił o tym, gdyż póki nie ma kasy na stole jak się to mówi to nic nie jest pewne. Trochę gotówki mam, lecz to raptem jedna trzecia potrzebnej kwoty. Dlatego pomyślałem, żeby wystawić posążek na sprzedaż. Chciałbym uzyskać ze sprzedaży kwotę pomiędzy dwieście, a dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów lub odpowiednią kwotę w Euro. Oczywiście mogą być także złotówki. Już parę miesięcy temu pomyślałem o panu w związku z tą sprzedażą. Mało kto ma tyle i to codziennych kontaktów z bogatymi ludźmi jak pan, a do tego u wielu z nich uzyskał pan pewien kredyt zaufania i dobrą opinię, a to często kapitał większy niż pieniądze. Potrafi pan, czego sam doświadczyłem, przekonująco, sugestywnie i ciekawie mówić, a to też niezły kapitał. Wreszcie jest pan tutaj już na tyle znany, iż nie ma obawy, że zrobi pan coś niegodnego, złego lub nieuczciwego. Gdyby udało się panu sprzedać ten posążek to dostanie pan ode mnie dziesięć procent od uzyskanej kwoty, a to jak sądzę dla każdego suma nie do pogardzenia. To, na przykład równowartość ceny dobrego, średniej klasy samochodu. To co panie Leszku, spróbuje pan podjąć się tego zadania? Leszek myślał parę minut, aż w końcu odpowiedział - naprawdę udało się panu kompletnie mnie zaskoczyć. Nie mam pojęcia czy chociaż jeden klient będzie chciał o tym artefakcie ze mną rozmawiać. Musiałbym się dobrze zastanowić, gdyż już w mojej głowie wzbudził pan nie lada niepokój swoim opowiadaniem. Muszę to przetrawić, przemyśleć, a także przeanalizować, którym klientom ewentualnie taki zakup zaproponować. Dlatego też zostawmy na dzisiaj już tę rozmowę i proponuję, abyśmy powrócili do niej na przykład za tydzień. Spotkajmy się w przyszłą niedzielę, o tej samej porze co dzisiaj. Może tak być panie Arturze? Ależ oczywiście, jak najbardziej. Umówmy się tylko już dzisiaj, że o figurce, jej wyglądzie, cechach i właściwościach nie będziemy więcej rozmawiać, aby nie rozbudzać również w panu większego niepokoju. Moim zdaniem człowiek naprawdę zamożny kupując taki posążek może w nim ulokować określoną kwotę pieniędzy, która nigdy nie będzie niższa od tej za jaką ją kupi. Ponadto, jak zapewne pan wie, trudno dzisiaj o bezpieczne lokaty. Akcje, obligacje, gotówka, zagraniczne konta, artystyczne dzieła, dobre wina, złoto, diamenty i tysiące innych różnych możliwości, jak pokazuje dzisiejsza rzeczywistość nie są tym co kiedyś, czyli jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Podlegają wahaniom, spekulacjom, kryzysom i tysiącom innych nieprzewidywalnych czynników. W tym świetle lokata w taki posążek i to lokata na poziomie wartości samochodu jakim klient na co dzień jeździ, może się okazać w przyszłości najlepszą lokatą – nie sądzi pan, panie Leszku? Zapewne ma pan wiele racji, ale ja już kilku dobrych lat wypadłem z obiegu takiego myślenia. Niewiele mam i dzięki temu nie mam takich zmartwień, o których pan wspomina. Przyjechałem tutaj, aby objąć posadę dyrektora w nowej firmie mojego dawnego kolegi i zarobić, jak się to mówi, parę złotych. Niestety kolega wpadł w tarapaty, ale to już inna historia i może kiedyś jeszcze o tym porozmawiamy. Na dzisiaj jak dla mnie to wystarczy. Tyle mi pan nakładł do głowy i to takich różności, że naprawdę muszę to sobie spokojnie poukładać i się nad tym zastanowić. O, jak widzę dochodzi już dwudziesta trzecia, czyli zeszło nam na tej rozmowie, prawie sześć godzin, a wydawało mi się, że góra dwie godziny. Będę się żegnał panie Arturze bo jutro roboczy dzień i trzeba o dziesiątej otworzyć sklep. Może odwieźć pana, panie Leszku? Ależ nie, nie ma sensu, to raptem parę ulic, okolica spokojna i z przyjemnością się przejdę. To do zobaczenia za tydzień – powiedział pan Artur odprowadzając Leszka do drzwi wyjściowych. Dobranoc, do zobaczenia – odpowiedział Leszek.