wtorek, 24 listopada 2020

Bogusław - odcinek 26

 

Poprzedni odcinek


Odcinek 26

Ta pierwsza robota w Fordonie przysporzyła firmie Michała i Leszka mnóstwo kłopotów. Oprócz tych związanych z absolutnym brakiem materiałów to jeszcze inspektor nadzoru wydziwiał i ciągle mu się coś nie podobało.  Zaś pod ziemią było mnóstwo różnych rurociągów oraz kabli, których w projekcie robót nie ujęto i dlatego co rusz coś uszkadzali. Ponieważ roboty wykonywali wśród częściowo już zamieszkałych bloków, dlatego co jakiś czas wybuchały awantury, a to, że nie ma prądu, a to wody, a to telefonu i tak dalej. Dzielnica była nowa, ale rzetelnej mapy podziemnych urządzeń i to wykonanych w ostatnich latach, nie było. Winni zaś byli zawsze aktualni wykonawcy robót. Ale jak czas pokazał, była to dla nich dobra lekcja. Chociaż niewiele wówczas zarobili to jednak dobre i sprawne wykonanie wodociągu zaowocowało kolejnymi zleceniami.


Pomału Michał z Leszkiem zaczęli dochodzić do wniosku, że muszą dużo zmienić w ich dotychczasowym sposobie działania jeżeli pragną się utrzymać na rzemieślniczym rynku. Pewnego dnia usiedli w trójkę przy obfitej i suto zakrapianej kolacji. Kolacja odbywała się w modnym wtedy lokalu, zlokalizowanym w centrum miasta, a mieszczącym się w budynku byłej octowni. Dzisiaj jest tutaj siedziba szacownego banku. A wtedy był tutaj najpopularniejszy lokal rozrywkowy w Bydgoszczy o wdzięcznej nazwie Octownia (?). Przy oddzielnym boksie na pięterku tego lokalu, po oryginalnym posiłku i wypiciu po kilka drinków, rozpoczęli rzeczową dyskusję – co dalej?  Z tej dyskusji wyniknął jeden podstawowy wniosek - dalej takiej partyzantki jak do tej pory uprawiać nie mogą. Muszą praktycznie prawie wszystko zmienić. Głównym powodem konieczności przeprowadzenia tych zmian był taki fakt, że gdy starali się o otrzymanie dużego zlecenia, szczególnie w firmach państwowych, które z niewielkimi wyjątkami, były jedynymi zleceniodawcami takich prac, to niestety zawsze słyszeli odpowiedź, że takim jak ich zakładom nie mogą zlecać dużych robót. Co innego gdyby byli spółdzielnią, firmą polonijną lub, nowością na tamte czasy, czyli spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, to wówczas mogliby z nami konkretnie rozmawiać.

Po tej pierwszej dyskusji w Octowni (?) odbyli jeszcze kilka podobnych długich i burzliwych rozmów i w ich wyniku postanowili wspólnie, we trójkę, utworzyć nową firmę.

Postanowili połączyć swoje siły, siły praktycznie trzech zakładów rzemieślniczych bo i Karol miał formalnie odrębną od Bogusława firmę, chociaż praktycznie działali cały czas razem. Postanowili nadal działać poprzez struktury spółdzielni rzemieślniczej do której już należeli bo ta przynależność była obowiązkowe, ale z której usług do tej pory praktycznie nie korzystali.  Tworząc nową firmę powstałą z połączenia trzech dotychczasowych firm powstał duży problem.  Tym problemem było pytanie czy przyjąć również Karola na czwartego wspólnika. Jednak ten pomysł po długich dyskusjach, głównie z powodu postawy Bogusława, upadł.

W ten sposób powstała słynna później na całą Spółdzielnię, zrzeszającą kilkaset zakładów rzemieślniczych, firma – JEMAR. Nazwa również urodziła się w alkoholowych bólach i pochodziła od skrótów imion żon – Joanny, Elżbiety i Marii.

W tym miejscu pozwolimy sobie na kilka dywagacji.

Snując te wspomnienia chcielibyśmy przywołać z pamięci i opisać wszystko maksymalnie wiernie. Opisać wydarzenia w taki sposób w jaki one naprawdę przebiegały. Nie chcemy ukrywać błędów, a czasami wręcz głupoty. Żyjemy w czasach coraz większego relatywizmu i to w każdej nieomal dziedzinie. Czasach rosnącej nieufności i niepewności jutra, czasach powszechnego braku autorytetów i demokracji polegającej głównie na tym, że królem jest mamona. Dlatego najlepszym lekarstwem na przełamanie tej nieufności i zmniejszenie relatywizmu jest szczerość wypowiedzi i jasne wyrażanie swoich myśli. Oczywiście często sam opisujący nie jest pewien do końca, czy tak dokładnie było jak to później opisuje. Czasami trochę się przesadza i ubarwia lub dodaje, albo odejmuje. Jednak nawet jak tutaj to uczynimy nie będzie to działanie rozmyślne. Często się przecież zdarza, że różni świadkowie opisują to samo wydarzenie w całkiem inny sposób. My jednak mamy tę przewagę nad innymi świadkami wydarzeń, które opisujemy, że polegamy na tym, iż sporo faktów i refleksji z tamtego okresu udało się zachować na trwałe. Te fakty i przemyślenia zostały na bieżąco zapisane w kalendarzach i niezbyt regularnie wówczas prowadzonych notatkach. Te notatki to kilka zeszytów, które dzisiaj można by nazwać czymś w rodzaju pamiętnika. Specyficznego pamiętnika, ponieważ nie są w nim opisywane szczegółowo poszczególne zdarzenia, a raczej uchwycone są chwilę i to takie, które zapisujący uważał za ważne i istotne. Przecież sformułować i opisać refleksje, uczucia i emocje z nimi związane jest bardzo trudno. Ale nawet bez takich trudnych rzeczy owe zapiski jednak są i dostarczają dużo wiedzy z tamtego okresu.

W tym miejscu przedstawiamy kilka ogólnych wniosków, jakie autor owych notatek w nich zapisał, a które dotyczyły tego krótkiego okresu pracy na swoim. 

Przede wszystkim, to stwierdził, że te pierwsze spore zawodowe sukcesy spowodowały, iż zupełnie inaczej zaczął spoglądać na otaczający go świat. Wiele spraw i rzeczy, które jeszcze przed paroma miesiącami wydawały mi się czymś kompletnie abstrakcyjnym, niedostępnym, nagle praktycznie znalazły się w jego zasięgu. Mocno trzeba było uważać, aby się w tym nie pogubić. Pierwszy wielki sukces bardzo łatwo jest zamienić w porażkę. Tak to sobie wtedy pisał. Dzisiaj dodałby, że ogromną rolę w usuwaniu z organizmu wody sodowej, która, nie ma co tutaj ukrywać, ostro uderzyła do głów nowych rzemieślników, spełniła żona Leszka - Joanna, a także żona Michała, Elżbieta. Co do żony Bogusława, Marii, to jednoznacznie należy stwierdzić, iż ona jeszcze ostro dolewała owej wody sodowej. Ale Bogusław był już bardziej zaprawiony w bojach na swojej prywaciarskiej ścieżce i potrafił sobie radzić, lepiej niż Michał i Leszek z owym nadmiarem bąbelków w głowie. Ogólnie to można powiedzieć, że potrafił znaleźć tą delikatną równowagę pomiędzy sukcesem, a zdrowym rozsądkiem. Zdarzało się jednak, że ją naruszali. Świetnym przykładem naruszania tej równowagi były ich liczne wizyty, w najlepszej wówczas, bydgoskiej restauracji o nazwie "Orbis" mieszczącej się w hotelu  „Pod Orłem”. Tam Bogusław szybko zyskał miano bywalca.  Został kolegą, najpierw kelnerów, potem kierownika sali, a później samego dyrektora całej tej szacownej instytucji. Będąc w barze wiódł prym, machnięcie palcem pozwalało mu otrzymać natychmiast ulubionego drinka. A jak wiadomo ulubionym trunkiem polskich „biznesmenów” był, a może nadal jest, napój zwany mazutem, czyli whisky z coca-colą lub whiskach, czyli szklanka napełniona lodem i zalana whisky, którą należało wypić przed roztopieniem się lodu. Po wypiciu w barze paru obowiązkowych drinków, szło się do sali kolumnowej i przy „swoim” stoliku, po zjedzeniu słynnej „Fantazji szefa”, czyli czterech rodzajów mięs bogato uzupełnionych różnymi dodatkami i po wypiciu paru whiskachy, nadchodziła pora na kawę i lody z likierem. Potem obowiązkowo zamawiało się łososia i kawior z grzankami. Jeżeli grzanki nie były zbyt gorące to danie odstawiali i wołając głośno kelnera, składali reklamację. Ale to się zdarzało rzadko. Do picia w tym stadium brało się szampana lub czystą wódkę, w zależności od nastroju. Dyskusje toczyły się wartko i dotyczyły głównie tego, ile gdzie zarobili i ile jeszcze w najbliższym czasie zarobią. Obowiązkowe, długie i szczegółowe były oczywiście dyskusje o kobietach. Dużo także rozmawiali o swoich dzieciach, często nawet kłócili się odnośnie sposobów ich wychowywania oraz tego co jest dla nich najlepsze. Ale to głównie podczas tych obiadów lub raczej kolacji i to często bardzo późnych, rodziły się ich plany na przyszłość. To tutaj, po jakimś czasie powstał pomysł utworzenia jeszcze jednej wspólnej firmy w postaci spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. 

W tych oparach papierosowego i cygarowego dymu, oparach obficie lejącego się alkoholu i związanego z tym pewnego stanu lekkiej nieważkości, przy tym świetnym jedzeniu, przychodziły im do głowy najlepsze pomysły. W salach tej orbisowskiej restauracji, w czasie licznych tam pobytów, dochodziło także, do mnóstwa zabawnych, a czasami i przykrych sytuacji. A to ktoś z ich towarzystwa spadł z hukiem, z krzesła na podłogę, a to Michał intonował swoją sztandarową pieśń pod tytułem „Morskie opowieści”, a to okazywało się, że fundator nie zabrał ze sobą pieniędzy, albo mocno rozochocony rozrzucał talerze po lokalu, krzycząc, że mu wszystko wolno. Pewnego razu przedstawiciel jednego z naszych zleceniodawców pozwolił sobie na rzucenie talerzem z balkonu w dół, na salę pełną gości. Na szczęście nikogo nie trafił, ale afera była ogromna i wielki pan dyrektor musiał mocno się kajać, przepraszać i płacić. I chociaż samo to wydarzenie było dla nich bardzo przykre i drogo także ich kosztowało to jednak często je później wspominali. Nazywali ten incydent latającym talerzem, a dyrektora przechrzcili na spodek i później tylko tak o nim między sobą, mówili. W takich i innych sytuacjach, które tak nagle i wręcz niespodziewanie, można powiedzieć, że spadły na nich jak grom z jasnego nieba, łatwo było stracić poczucie rzeczywistości. Łatwo też było zacząć myśleć o sobie jako o kimś znacznie lepszym od innych, czego zresztą wielu z nich, tych świeżo upieczonych prywaciarzy, nie uniknęło. Często dyskusje restauracyjne dotyczyły zasad moralnych i zachowań ludzi z którymi współpracowali. I tutaj w swoich postawach i przekonaniach musieli zacząć wiele zmieniać. 

Prawdy, które Leszek dotąd głosił i którymi starał się kierować, w tej nowej rzeczywistości odchodziły jakoś na dalszy plan, stawały się jakby mniej aktualne. Zaś ważne stawały się „prawdy” zupełnie inne. Leszek Zaczął stwierdzać, że jego dotychczasowa „mądrość”, z której byłe zawsze taki dumny, w praktyce zaczęła się przeradzać w naiwność czy wręcz w głupotę, a dalej mogło być jeszcze gorzej. Po pierwsze to zauważył, że należy ludziom obiecywać prawie wszystko. Dotyczyło to głównie, ale nie tylko, zleceniodawców. Należało wyczuć czego oczekują i niezależnie od tego na ile jest to realne, obiecywać im realizację tych oczekiwań. Po drugie należy podejmować się spraw, które w pierwszym momencie wydają się niemożliwe do zrealizowania. Po trzecie trzeba wszędzie prezentować postawę pewności siebie, bez jakichkolwiek wątpliwości, ale bez zadufania. Ale najważniejszym stwierdzeniem, do którego szybko wspólnie doszli była zasada, którą najprościej przedstawić, posługując się mądrością jednego z królów francuskich, a rzekł on – „Lubię ludzi uczciwych, nie ufam nikomu kogo nie da się kupić”. Już po paru miesiącach wspólnej działalności zauważyli, iż często jest tak, że oni są przekonani o swojej racji, ale ich kontrahent nie chce im jej przyznać. Jeżeli jednak z tą racją wystąpi ktoś inny, na przykład przełożony owego kontrahenta lub inna osoba od której w jakiś sposób jest on zależny, to wówczas udaję się im to stanowisko przeforsować. Zaczęli śmiało wykorzystywać ten fakt. W tym miejscu nasuwa się, ogólna refleksja z której do tej pory Leszek nie zdawał sobie sprawy, a można ją sformułować następująco - „nieważne co się mówi, ważne kto to mówi”. Czyli inaczej rzecz ujmując, najpierw trzeba osiągnąć przynajmniej jakiś sukces, a potem można mieć rację lub głosić swoje prawdy. Natomiast najpierw „prawdy”, a potem „sukces” to jest zero sukcesu, a i prawdy jakieś dziwne.


Krótko mówiąc na nowej drodze prywaciarskiego życia pomału stawali się innymi ludźmi niż byli za poprzedniego życia na państwowym chlebie.

Jednak Leszek głównie dzięki swojej żonie i córce, znajdował jako taką równowagę, na tym burzliwym, nowym etapie życia. A pomagały mu one w tym, i to na wiele sposobów. Jako przykład „częściowego powrotu do rzeczywistości” przytoczymy dwa wierszyki, które napisała jego córeczka i podarowała mu na imieniny. Miała wówczas 9 lat.


Pierwszy:


Mój tato jest kochany,

Choć ma krawat źle dobrany,

Wiele mieści się w nim wad,

Chciałby zmienić cały świat,

Marzeń ma sto,

Zachcianek tysiąc,

Lecz ja kocham mocno go,

Mogłabym przysiąc.


I drugi:


Gdy powiesz do kogoś po prostu cześć

Zaczyna ci zaraz głupoty pleść.

Że z dywanu jest już szmata,

Że jej zachorował tata,

Że mięso znowu podrożało,

Że masło jakoś inaczej kosztowało

Że jej znajomy kupił fotele,

Bo jego córka ma wesele

Mówi – teraz pieniędzy nie ma za wiele

Że kiedyś to mógłby kupić nawet pałac,

A teraz nie ma nawet na szałas.

I dalej, że jej znajoma kupiła dzisiaj okazyjnie trzy rożna

W końcu już tego słuchać nie można.


Te proste wierszyki dużo dla niego znaczyły. Oprócz radości jakie przyniosły, kazały zastanowić się nad ich oczywistością i zmuszały do pomyślenia o sobie, wcale nie w najlepszych barwach.

Aby jeszcze bliżej oddać klimat tamtego czasu warto przypomnieć stary rosyjski kawał z rodzaju tych o Czapajewie. A uczynić to warto pomimo, iż to duże uproszczenie i przesada dlatego, że w jakimś sensie dobrze oddaje on ducha tamtych chwil, chwil powstawania na szeroką skalę polskiego „nowego kapitalizmu”. A wielu, takich jak ich troje, a pewnie i w jakim sensie oni sami, postępowali w swoim rozumowaniu tak jak ów słynny Czapajew.

„Czapajew do swojego ordynansa. Gdy zwyciężymy, Pietka i zapanuje komunizm, to zbudujemy konserwatorium, a na dachu postawimy karabin maszynowy, żeby konserw nie rozkradli”.


To tyle tytułem ogólnych refleksji.

W następnym odcinku trochę o trzech głównych bohaterach tych wspomnień.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię