wtorek, 29 lipca 2014

Leszek - odcinek 14

Poprzedni odcinek


Leszek - odcinek 14

Nauka, zresztą tak samo jak do tej pory, pomimo zmiany szkoły i środowiska, szła Leszkowi bardzo dobrze.  Nie miał kłopotów, ale też nie ustrzegł się paru poważnych wpadek.  Właściwie przez pięć lat technikum takich poważnych wpadek Leszek zanotował trzy i nie wynikały one z braku umiejętności, czy braku wiedzy, ale wynikały z jego głupoty.  Pierwsza z tych wpadek miała miejsce już w trzecim miesiącu nauki w pierwszej klasie.  Pozostałe dotyczące języka rosyjskiego i technicznej eksploatacji kolei zdarzyły się w następnych klasach i o nich później.   Natomiast ta pierwsza była bardzo dotkliwa i to głównie za sprawą braku doświadczenia, a nawet, rzec można, braku elementarnego, zwyczajnego wyczucia lub raczej może z tego, iż do tej pory Leszek nigdy nie korzystał ze ściągawek i nie miał kompletnie żadnego doświadczenia w tej kwestii.

Ta wpadka miała miejsce zaraz na pierwszej klasówce z historii i to z historii starożytnej, którą Leszek już od lat uwielbiał.  Już od paru lat czytał różne książki wypożyczane z biblioteki, a dotyczące tego okresu.   Pani Łucja Jastrzębska ich nauczycielka historii, a raczej pani profesor jak zwykło się do niej zwracać, zapowiedziała sprawdzian z przerobionego materiału, gdyż kończyła już okres starożytności, a rozpocząć się miał okres początków polskiej państwowości. Leszek obserwując zachowania swoich kolegów zauważył, że praktycznie wszyscy przygotowali sobie niemałe ściągi, a i on nie chcąc być gorszym, ani się wyróżniać, zrobił to samo.   I chociaż przerabiany materiał znał znakomicie, a dodatkowo historia z tego okresu była prawie jego pasją to także przygotował sobie ściągi na wzór tych ściąg kolegów, czyli spisał na malutkiej karteczce, bardzo drobnym pismem, daty bitew, tytuły i nazwy oraz główne cechy różnych wydarzeń z tego okresu.   Tak jak i inni klasowi koledzy, których obserwował, ściągę schował pod kartką od klasówki.   Ponieważ nie miał kompletnie żadnych umiejętności w ściąganiu to zupełnie niepotrzebnie co chwilę zerkał na ściągę chcąc się upewnić, że dobrze pisze. A tak naprawdę czynił to zupełnie niepotrzebnie gdyż i tak wszystko miał w pamięci i doskonale znał odpowiedzi.  Niestety to jego nerwowe odwracanie kartki, te nieskoordynowane ruchy, które wykonywał bardzo nieudolnie, nie uszły uwadze pani profesor.   W pewnej chwili pani profesor podeszła do niego i zapytała:  - a co ty masz tam pod tą klasówką?  I Leszek wpadł na całego.  Pani zabrała ściągę, postawiła mu od razu pałę do dziennika i wyprosiła z klasy.  Na okres po wielkich staraniach Leszek otrzymał ocenę dostateczną na szynach, a na poprawę swojej reputacji u pani Łucji Jastrzębskiej, która w przyszłości miała znacząco zaważyć na dalszych losach Leszka, musiał długo pracować.

Pani profesor tak sobie go zapamiętała, że zawsze zadawała mu najtrudniejsze pytania i pomimo dobrych odpowiedzi dostawał, jak to mówiła, słabą trójkę.   Wreszcie dopiero w połowie drugiej klasy, gdy Leszek popisał się na kolejnej klasówce znajomością zasad "trójpolówki" i innych cech staropolskiej gospodarki, pani profesor doceniła go dając mu piątkę z owej klasówki i od tego czasu Leszek został jej pupilem na co zresztą starał się ze wszystkich sił zasługiwać, gdyż historia zawsze była jego konikiem i bardzo ten przedmiot lubił  Jednak nie przyszło mu to łatwo, kosztowało go to wiele wysiłku, wiele starań i wiele nerwów.

Pierwszy rok nauki w technikum to także ogromna fascynacja Leszka niektórymi klasowymi kolegami.  W jego powiatowym mieście wszyscy koledzy byli podobni i chociaż Leszek, czy Zenek, albo Janusz także imponowali Leszkowi to jednak było to w znacznie mniejszym stopniu niż to z czym zetknął się w dużym mieście, w jego szkole i w jego nowej klasie.  I tak na przykład zaimponował mu jeden z jego klasowych kolegów - Stefan, który już w pierwszej klasie rozwiązywał zadania matematyczne na poziomie klasy czwartej i piątej.  Często w ten sposób pomagał swoim starszym kolegom, szczególnie tym z którymi mieszkał w internacie szkolnym.  A w ogóle Stefan był niepozornej postury i o przeciętnym wyglądzie, a pisał jak kura pazurem, zaś łeb miał jak się to mówiło jak sześć na dziewięć. Później został uniwersyteckim matematykiem.  Drugi z kolegów - Roman, blondyn o szczupłej i proporcjonalnej budowie ciała, trenował lekkoatletykę na Zawiszy, a ten klub w dziedzinie lekkoatletycznej przez całe dziesięciolecia był najlepszy w Polsce.  Do Romana, jego klasowego kolegi, należą nigdy nie pobite, rekordy szkoły na sto dziesięć metrów przez płotki (17,5 sek.), na dwieście metrów (27,8 sek.) i w trójskoku (13,87 m.).   Roman, jako junior, wyjeżdżał na różne zawody sportowe krajowe i zagraniczne i potem czasami opowiadał o tym tak odległym dla Leszka tamtych czasów, świecie.  Opowiadał o swoich startach, przeżyciach, o życiu w Holandii, czy Francji co dla Leszka było wówczas kompletną abstrakcją.  Trzeci i czwarty kolega, czyli Leszek i Marek byli prawdziwymi szkolnymi Don Juanami.  Leszek postawny chłopak o twarzy aniołka i bujnych kręconych blond włosach zaś Marek wysoki w typie południowca z ciemną bujną czupryną, byli prawdziwymi szkolnymi przystojniakami za którymi oglądały się nawet koleżanki ze starszych klas. A oni skwapliwie korzystali z tych darów natury popartych dużą dozą pewnością siebie i już sporym, jak na piętnastolatków, doświadczeniem w tej dziedzinie.  To także dla Leszka była ogromna nowość.  Wiedli oni prym wśród podrywaczy i byli specjalistami od prywatek, zabaw szkolnych, koleżeńskich spotkań z płcią przeciwną oraz innych tego typu zachowań.  Jednak szczególną uwagę zwrócił Leszek na Grzegorza.  Był to jak wówczas mówiono, chłopak żywy jak srebro, miłośnik poezji, teatru, piłki nożnej i cymbergaja. Grzegorz był powszechnie lubiany i każdemu klasowemu koledze, w tym i Leszkowi, zależało zawsze na dobrym kumplowaniu się z nim, na jego opinii i na braniu udziału we wszystkim co czynił w klasie, w czasie lekcji, na przerwach i po lekcjach. Dopiero w czwartej klasie Leszek i Grzegorz zostali przyjaciółmi, a wcześniej rywalizowali ze sobą, chociaż prawie zawsze tą rywalizację o dusze kolegów wygrywał Grzegorz. Jednak tak naprawdę to najlepsze relacje łączyły Leszka z Irkiem i to dzięki Irkowi wszedł w świat jakiego do tej pory zupełnie nie znał, ale o tym także później.

Najpierw trzeba napisać przynajmniej parę zdań o najważniejszej osobie dla wszystkich uczniów jego klasy czyli o ich wychowawcy Antonim Szydłowskim.   Ten pochodzący z przedwojennego wschodu Polski wspaniały człowiek był jakby ich drugim wspólnym dla wszystkich, ojcem.   I co prawda tylko ojcem szkolnym, ale rady których udzielał, powiedzonka i przysłowia, których używał i cały jego sposób bycia na pewno na wielu klasowych kolegach Leszka, wywarły ogromny wpływ, odcisnęły się na nich i pozostały jako swoiste aksjomaty na całe przyszłe życie.  Był to miły starszy pan o ujmującym uśmiechu, miłej powierzchowności i dużej kulturze osobistej. I chociaż czasami ponosiły go nerwy bo jak miały nie ponosić wobec takiej zgrai młodzieńców pełnych energii i różnych pomysłów, pomysłów czasami głupich, a czasami prymitywnych lub śmiesznych, to jednak zawsze potrafił opanować ten uczniowski żywioł i to w sposób, nawet w nerwach, grzeczny oraz kulturalny.  Zdarzył się co prawda jeden wyjątek w tym opanowaniu i to wyjątek z udziałem Leszka, lecz dotyczył on spraw pryncypialnych i spokojnie można przejść nad tym do porządku dziennego. Pan Antoni od samego początku ich nauki starał się wiedzieć jak najwięcej o swoich wychowankach, pomagał im, pouczał, rozmawiał z rodzicami, wzywał do siebie i kazał chodzić do innych nauczycieli z przeprosinami jeżeli któryś z jego podopiecznych coś nabroił lub się źle zachował. Często także bronił i tłumaczył ich przed gniewem i naganami oraz skargami nauczycieli innych przedmiotów. Pocieszał tych którym nauka nie szła i pomagał im organizując pomoc koleżeńską, albo prosząc swoje koleżanki i kolegów nauczycieli o kolejne szanse dla nich. Nie miał on twardej ręki, ani sztywnych obyczajów i typowych zachowań jak wielu innych nauczycieli, ale miał zasady moralne i tymi się kierował. Był prawdziwym wychowawcą, a chociaż wydawać się mogło, że nie potrafił zapanować nad swoimi podwładnymi to na pewno robił to świadomie dając im możliwość rozładowania się, wyszumienia, wygadania, a potem i tak przeprowadzał to co zamierzał.  Pan Antoni uczył ich wychowania fizycznego, czyli tak zwanego wf, a także prowadził pozalekcyjne zajęcia sportowe. Był prawdziwym wychowawcą i nawet dzisiaj, czasami wspominając tą wspaniałą postać, Leszkowi robi się miękko na sercu.

Drugą równie kulturalną, ale o wiele spokojniejszą, prawie flegmatyczną osobą pośród Leszka pierwszych nauczycieli w technikum był pan Tadeusz Błoński.  W pierwszej klasie uczył ich materiałoznawstwa, a w drugiej i trzeciej geodezji.  Trochę więcej o nim później.  Następnym wartym upamiętnienia był nauczyciel chemii pan Czesław Bukowski.  Był stosunkowo młodym nauczycielem i stosował nietypowe jak na tak konserwatywną szkołę metody nauczania, a także nietypowy był sposób podejścia do uczniów oraz ich traktowania i to z punktu widzenia uczniów, sposób bardzo pozytywny, sympatyczny, bezpośredni i cechujący się dużym luzem oraz sporą tolerancją.  Jego stwierdzenia: - "panowie co z wami" czy "ojcowie kończymy dyskusje i zabieramy się do doświadczeń" na lata pozostały ich ulubionymi powiedzonkami.

Nie sposób nie wspomnieć o jednej z najbarwniejszych postaci w historii szkoły czyli o pani profesor Marii Czarlińskiej powszechnie zwanej Pelą.  Ta przedwojenna nauczycielka miała twarde zasady moralne, naukowe i wychowawcze.  Wszystko musiało być u niej na swoim miejscu i w odpowiedniej porze oraz stosownej formie.  Inny był zeszyt do lektur, inny do ortografii i jeszcze inny do zapisywania tematów i treści lekcji, a inny do prac domowych i jeszcze inny do klasówek  Biada temu co nie miał tych zeszytów lub czasami coś pomylił.  Srogość pani profesor nie miała granic, a jej zdaniem większość uczniów i tak zasługiwała tylko na stopień kolejowy (trzy na szynach) zaś maksymalną oceną jaką mógł otrzymać uczeń był stopień dobry.  Na pięć umiała tylko pani profesor. Ale to dzięki tej wspaniałej bezkompromisowej osobie, dzięki jej uporowi i konsekwencji Leszek do dzisiaj mówi zawsze "proszę pani", a nie "proszę panią", pisze "na pewno" osobno, a "naprawdę" razem, wie, że nic się nie rozchodzi, a jedynie może o coś chodzić, wie, że nie można mówić, że czegoś nie idzie zrobić, ale należy mówić, że nie można tego zrobić.   Takich przykładów można wymieniać setki, a może i więcej.  I te przykłady nie były jakoś szczególnie tłumaczone, lecz zawsze ich zapamiętanie łączyło się z jakimś wydarzeniem, celną uwagą, swoistą ironią lub przytykiem, albo też rezultatem sprawdzianu, klasówki czy oceną pracy domowej.   Przykładem może być to jak Leszek nauczył się, iż nie mówi się "nie idzie".   Pani profesor zwróciła się do Leszka prosząc go, aby otworzył okno, na co Leszek odpowiedział, że nie idzie otworzyć okna.  A na to pani profesor:  - i ty dostałeś u mnie czwórkę na okres?  To jest niewiarygodne, w tym okresie na pewno tak nie będzie.  I Leszek dostał tróję na okres co było dla niego ogromną porażką.  I jak miał nie zapamiętać w jaki sposób należy mówić?





Po dziesięciu latach od ukończenia szkoły.

W środku wychowawca - Antoni Szydłowski.

Powyżej od lewej: autor bloga i  Stefan, a poniżej od lewej: Grzegorz i Adam - klasowy wójt. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię