niedziela, 12 lutego 2017

Leszek - odcinek 34

Drugi rok studiów dobiegał końca.  Leszek osiągnął bardzo dobre wyniki i zdał świetnie wszystkie, oprócz jednego, egzaminy.  Tym ostatnim egzaminem był egzamin u pana doktora Nila Konopki z bardzo rozległej, wykładanej przez cały rok, wiedzy dotyczącej budownictwa ogólnego.

Leszek w tym czasie czuł, że świat do niego należy.  Planowali z Joanną i grupą przyjaciół wyjazd na obóz żeglarski, gdzie mieli zdobywać stopień żeglarza.  Zaś we wrześniu planowali kilkudniowe pobyty w Gdańsku, Wąbrzeźnie, Wągrowcu i Funce.  Zatrzymywać się mieli u znajomych i u rodziny.  Wszystko mieli zaplanowane, uzgodnione i z góry już się cieszyli na to co ma ich spotkać.  Dodatkowo cieszyli się bo dzień przed ostatnim egzaminem rozpoczęły się pamiętne Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, które odbywały się w RFN i do których Polska zakwalifikowała się po historycznym remisie z Anglią na Wembley.  A wszyscy dookoła byli zapalonymi kibicami piłki nożnej i wiele sobie obiecywali po występach Polaków.  Wszystko układało się znakomicie, a najbliższa przyszłość obiecywała wiele najlepszego.

Pozostał tylko ten jeden egzamin, który Leszek musiał dobrze zdać, aby nie utracić stypendium.  Potem miesięczna praktyka zawodowa.  A po niej całe dwa miesiące tylko dla nich.  Dla Leszka i Joanny. Zapowiadało się cudownie.  No i jeszcze te Mistrzostwa..

Czternastego czerwca tuż po godzinie dwunastej Leszek stanął przed srogim obliczem pana Nila. Pragnął jak najlepiej zdać ten egzamin, egzamin kończący drugi rok studiów.  Przed ową dwunastą było parę godzin nerwowego oczekiwania, była giełda pytań, było dzielenie się wrażeniami i ocenami z tymi co już wyszli po egzaminie.  Wreszcie Leszek wszedł do sali egzaminacyjnej.  Pan doktor Konopko, starszy już wiekiem, ogromnie doświadczony specjalista w zawodzie i doskonały wykładowca, zadał mu trzy pytania.  Niestety na żadne z nich Leszek nie znał odpowiedzi.   Coś tam bąkał pod nosem, wymyślał, konfabulował, ale już wiedział, że wpadł, i że czeka go jesienny egzamin poprawkowy.  A w związku z tym nerwowe i  zmarnowane  wakacje, wakacje na które tak czekał, tak je planowali i tak na nie oszczędzali.  Przez krótką chwilę ogarnęła go czarna rozpacz i jak się to mówi chciało mu się wyć.

Pan  Konopko zaś odwrotnie, wysłuchał spokojnie jego mętnych wywodów i w pewnej chwili zapytał: - czy już pan skończył swoje odpowiedzi.  Leszek zdruzgotany odpowiedział, że tak.  Pan doktor spoglądał przez chwilę na niego jakoś dziwnie, a po paru minutach niezręcznego milczenia, poprosił o zeszyt z notatkami z całego roku wykładów.  Przejrzał go uważnie, wziął do ręki młotek i spory, tak na oko pięcio-calowy gwóźdź, po czym na specjalnej drewnianej podkładce przebił w samym środku okładki ten duży i gruby zeszyt owym gwoździem na wylot, oddał zeszyt Leszkowi i poprosił o indeks.

Leszek strasznie zdenerwowany, trzęsącymi się rękoma, podał indeks, a pan Nil nic nie mówiąc, coś do indeksu wpisał i oddał go Leszkowi.  Leszek kompletnie załamany, spojrzał na zapis w indeksie i zupełnie osłupiał.  Stało tam napisane jak byk:  „bdb”,  czyli bardzo dobry.  Nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia i w przypływie nagłego impulsu zapytał: - jak to możliwe panie doktorze?  Przecież nie odpowiedziałem na żadne z trzech pytań?  Na to pan  Konopko swoim spokojnym i wyrazistym głosem odrzekł: - i tak wiem, że pan stosunkowo dużo umie.  Przecież nie dałem panu zaliczenia z oceną bardzo dobrą na piękne oczy, prawda? 
Niestety dzisiaj miał pan pecha, a może zjadła pana trema lub puściły nerwy.  Z  tego co ja widziałem to wiem, że przez cały rok chodził pan regularnie na wykłady, zawsze siedział w pierwszym rzędzie i często zadawał różne, a do tego nad wyraz szczegółowe, czasami nawet irytujące pytania.  Poza tym widzę, że przynajmniej połowa notatek na roku jest odpisana z pańskiego zeszytu. Te same sformułowania, te same rysunki i wszystko w takiej samej kolejności.   To co miałem panu postawić?

Z tymi zeszytami to była wieloletnia i barwna tradycja.  Na egzamin ustny należało obowiązkowo przychodzić z całorocznymi notatkami, których forma była z góry określona, już na pierwszym wykładzie.   Pan Konopko przeglądał je dokładnie i przebijał notatnik gwoździem, gdyż wychodził z założenia, że nawet najbardziej leniwy student, jak przepisze i przerysuje około stu stron formatu A4, to się czegoś nauczy.  A ponieważ był człowiekiem obdarzonym wyjątkowo zdrowym rozsądkiem to wiedział, iż studenci będą sobie pożyczali zeszyty lub kombinowali w ten lub inny sposób, aby tylko uniknąć żmudnego i czasochłonnego przepisywania.   Żeby im uniemożliwić jakiekolwiek manipulacje to przejrzane w trakcie ustnego egzaminu notatki studenta, którego akurat odpytywał, od razu na gorąco  „zaznaczał”.  Czyli brał młotek i gwóźdź i przebijał zeszyt na wylot.

Krótko mówiąc, dodał jeszcze po chwili pan Konopko, taka ocena się panu według mnie należy i tyle.

Wychodząc z sali egzaminacyjnej Leszek czuł jak rosły mu skrzydła i już po chwili wprost frunął na tych skrzydłach ulicami miasta, tuż nad chodnikiem.  Frunął do swojej Joanny, aby podzielić się z nią tą przeogromną radością.  Stan w jakim wówczas się znajdował, trudno opisać, ale był to na pewno rodzaj wielkiego szczęścia.  Było to takie duże i ogromnie pozytywne rozładowanie, taka ulga i takie poczucie zadowolenia i spełnienia, które bardzo rzadko goszczą w życiu człowieka.  Leszek, jak dzisiaj się nad tym zastanawia to wychodzi mu, że podobnych chwil w swoim życiu przeżył pięć, może sześć, czyli średnio przypadała mu jedna taka chwila, chwila prawie absolutnego szczęścia i wielkiej chwilowej wolności, raz na dziesięć lat.

Niezmiernie rzadko spotyka się na swojej życiowej drodze ludzi, którzy potrafią się tak zachować jak pan Konopko. Dlatego też to zdarzenie stało się dla Leszka swoistym drogowskazem, swoistym probierzem i miarą tego czego człowiek najbardziej oczekuje, czyli miarą uczciwego docenienia jego starań, jego zaangażowania i jego pracy, miarą rzetelnej oceny i zrozumienia.  Takie chwile, chociaż to stwierdzenie może wielu wydać się na wyrost, są jednym z sensów naszego istnienia bo pozwalają na rozładowanie ogromnych napięć, pozwalają poznać prawdziwe uniesienie i pozwalają, chociaż przez chwilę, być naprawdę wolnym.

Potem były sławetne boje polskich piłkarzy na niemieckich boiskach.  Wreszcie półfinał z gospodarzami, który rozgrywano w błocie po kostki i który w takich warunkach nigdy nie powinien być rozgrywany. Półfinał, w którym Polacy, pomimo tego błota, grali świetnie, ale sędzia nie przyznał im ewidentnego karnego, zaś przyznał go Niemcom, na szczęście Tomaszewski obronił. Niestety największy sęp piłki nożnej, a jednocześnie jeden z najlepszych napastników Gerd Muller strzelił jednak nam gola i to Niemcy znaleźli się w finale.  Polacy zaś pokonali w meczu o trzecie miejsce legendarną Brazylię.  To był największy sukces polskiej piłki w całej jej dotychczasowej historii.

Atmosfera tamtych sportowych uniesień już nigdy się nie powtórzyła.  Leszek oglądał te mecze z całą rodziną Joanny.  Oglądali na czarno-białym dwudziestodwu calowym  telewizorze marki Ametyst. Poczynając od pierwszych goli strzelonych Argentynie, aż po ostatni strzelony Brazylii, podczas wszystkich meczów byli w swoistej euforii, krzykom, zachwytom i komentarzom nie było końca.  I ten niezapomniany Jan Ciszewski ze swoim niesamowitym zaangażowaniem i ogromnymi swoimi emocjami, które na pewno udzielały się znakomitej większości telewidzów.

Ach co to były za chwile i to w takim Leszka życiowym momencie.  Cudowne, wspaniałe, niezapomniane przeżycia.

Cały lipiec to ciężka praca przy torach tramwajowych w Bydgoszczy, gdyż tam odbywała się miesięczna praktyka zawodowa.  I znowu pracowali za darmo.  Praca przy torach polegała na wymianie podkładów, podbijaniu tłucznia specjalnymi kilofami, dokręcaniu śrub i na innych podobnych czynnościach.  Praca nudna, nieciekawa i żmudna.  Pewnie celowo wykorzystywano studentów bo do tych prac zawsze brakowało ludzi, a do tego latem szczególnie bo dochodził jeszcze sezon urlopowy.  Na szczęście nie byli nigdzie skoszarowani, ale musieli przychodzić na siódmą i pracować do piętnastej.  Niewiele warto o tej praktyce pisać prócz tego, że się ona odbyła. Przynajmniej na zakończenie praktyki Wojewódzkie Zakłady Komunikacyjne zorganizowały im trzydniowy pobyt w swoim ośrodku wypoczynkowym Kopernica leżącym na jeziorem Charzykowskim.  Była akurat piękna pogoda.   Było dobre jedzenie, ogniska, trochę popijania, długie rozmowy, karty.  Ośrodek dysponował wspaniałym pełnomorskim jachtem.  Powierzchnia jego żagla miała pięćdziesiąt sześć metrów. kwadratowych.  Michał, o którym później dużo będzie, sąsiad Leszka zza ściany w akademiku, posiadał już uprawnienia sternika i dzięki temu wypożyczono grupie studentów ten jacht na cały długi dzień.  Mieli szczęście, akurat dobrze wiało i przy tym wietrze osiągali niezłe prędkości i spore przechyły.   Ośmioosobowa załoga bawiła się znakomicie.  To było pierwsze żeglarskie doświadczenie Leszka, a krótko potem obóz żeglarski nad tym samym akwenem.  I tak zrodziła się miłość Leszka do żeglarstwa.

Obóz odbywał się nad jeziorem Charzykowskim w miejscu zwanym Kuksą Polaną, położoną nad trzecim chyba największym akwenem tego jeziora. To ten akwen od strony Swornychgaci, a miejsce obozu położone było prawie na przeciw wspomnianej Kopernicy.

Mieszkali w namiotach, ustawionych z dziesięć metrów od brzegu jeziora.  Obok ich namiotu mieszkał Michał, którego narzeczona Elżbieta także pragnęła zdobyć stopień żeglarza. Oprócz tego było jeszcze sześć innych namiotów i namiot kuchenny.  To wówczas Leszek pierwszy raz zasiadł przy sterze.  Pływali drewnianymi omegami z żaglami z płótna żaglowego.  Takich żaglówek mieli do dyspozycji pięć na dwunastu kursantów.  Codziennie po śniadaniu było parę godzin zajęć teoretycznych, które prowadzili ich starsi koledzy, między innymi Marek Żaba i Andrzej Nagórski.  Potem taklowanie, robienie węzłów i do żaglówki. Tak wiało, że przy długich halsach miecze grały, a przechyły sięgały czterdziestu pięciu stopni od pionu. Pogoda prawie przez całe dwa tygodnie była żeglarska i nauka szła dobrze.  Wieczorami ognisko, śpiewy i opowieści do późnych godzin nocnych.

Także wówczas Leszek zetknął się po raz pierwszy z windsurfingiem.  Wówczas były one drewniane z drewnianym boomem biegnącym dookoła płóciennego żagla.  Jak ten płócienny żagiel opadł do wody to bardzo ciężko było go wyciągnąć.  Jednego dnia Leszek stanął na deskę podciągnął żagiel, a że wiatr nie był za silny to podpłynął z tym wiatrem prawie do przeciwnego brzegi, oddalonego o jakieś dwa kilometry.  W ten sposób znalazł się w pobliżu Kopernicy.  Podpłynął jakieś pięćdziesiąt metrów do brzegu i spróbował zrobić zwrot, aby wrócić do swojego obozu.  Niestety, ani zwroty ani płynięcie halsami pod wiatr absolutnie mu się nie udawały.  Stawał na desce wyciągał żagiel i zaraz po przebyciu kilkunastu metrów lądował w wodzie.  Ponownie wdrapywał się na deskę, wciągał żagiel, aby po chwili znowu to powtórzyć.  Po godzinie takich zmagań zupełnie się zniechęcił, usiadł okrakiem na desce i zaczął machać rękoma oraz krzyczeć w stronę swojego obozu. Niestety obóz był odległy o jakieś dwa kilometry i nikt go tam nie widział i nie słyszał. Siedział na tej desce z dwie godziny i ogromnie się niepokoił.  Na szczęście po kolejnej półgodzinie przepływał obok niego kajak z ośrodka w Kopernicy.  Leszek poprosił kajakarzy, żeby go doholowali do obozu żeglarskiego.  Kajakarze, młode małżeństwo, śmiejąc się z niego i żartując na tematy żeglarskie, doholowali go do obozu.  W taki to sposób Leszek zniechęcił się, pewnie zupełnie niesłusznie, ale już na stałe, do windsurfingu.

Ostatniego dnia obozu odbył się egzamin teoretyczny i praktyczny i Leszek zdobył stopień żeglarza.

Na obozie żeglarskim.



Poprzedni odcinek.


Następny odcinek.





2 komentarze:

  1. Ciekawie oddana atmosfera entuzjazmu połowy lat 70., prywatnego, ale chyba nie tylko prywatnego. Jedno zdanie koniecznie jednak bym poprawił: "Niestety największy sęp piłki nożnej, nijaki Miller". Jeśli już to "niejaki" (nijakim piłkarzem na pewno nie był), a na pewno nie "Miller" tylko "Mueller" (jeśli nie piszemy przez "u" z umlautem).

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię