sobota, 12 stycznia 2019

Bogusław - odcinek 10


Poprzedni odcinek


Odcinek - 10

W sobotni wieczór, Joanna z Leszkiem spotkali się z Elżbietą i Michałem.   W dużym, ładnie i dostatnio urządzonym mieszkaniu gospodarzy, na bydgoskim Wzgórzu Wolności, zasiedli do brydża.  Było krótko przed godziną dwudziestą.   Gra się jednak nie kleiła, panowie, co chwilę wracali do dyskusji o prywatce zamiast się koncentrować na licytacji i rozgrywce.  W końcu, po prawie dwóch godzinach gry, w trakcie której panie wielokrotnie zwracały im uwagę, że teraz to gramy, a gadać to sobie mogą później, panie się definitywnie zbuntowały i gra została przerwana.  Żony się obraziły się na dobre i powędrowały do kuchni.  Usiadły przy stole i oświadczyły - wrócimy jak skończycie te wasze rozmowy.

Niestety lub na szczęście, tego wieczoru dalszej gry w brydża już nie było.  Była za to długa i szczera, a być może w dużym stopniu decydująca o ich dalszych losach, rozmowa.   Zaczęła się jednak niewinnie.  Jak tylko panie wyszły, Michał nalał kolejnego, mocnego drinka i powiedział - niech baby siedzą w tej kuchni, a my pogramy sobie teraz w kupki.   Kupki to taka specyficzna gra w karty, polegająca na tym, że dzieli się całą talię kart na kilka lub kilkanaście kupek, w zależności od liczby graczy.  Karty są zasłonięte i każdy z grających kładzie na wybraną przez siebie kupkę, uzgodnioną kwotę pieniędzy.  Ten u którego na spodzie kupki, po jej odwróceniu, jest najwyższa karta, liczona według zasad ważności jak w brydżu, ten zgarnia pieniądze ze wszystkich kupek.  Michał był, że się tak wyrazimy, wybitnym specjalistą w tej grze.  Zawsze jak sobie dobrze popił i gdy głównie z tego powodu kończyło się normalne granie w brydża, musiało być rozegranych przynajmniej kilkanaście kolejek kupek.  Tak było i tym razem.  

Panowie pograli około pół godziny, przy czym Michał, przeważnie wygrywając, ciągle powiększał stawki.  W końcu tak trochę dla żartu, a może  bardziej na poważnie, trudno to obecnie jednoznacznie stwierdzić, zaproponował - zagramy w kupki o tą prywatkę.  Podzielimy całą talię na trzy kupki i jeżeli ta którą obstawię będzie najwyższa, to wchodzę  w ten interes.  Mówił to, jak na pewien stan nieważkości, w którym panowie się już znajdowali, bardzo przekonująco i wyjątkowo poważnie.  Leszek potasował karty i podzielił je na trzy kupki.  Michał obstawił jedną z nich.   Po jej odkryciu okazało się , że na spodzie znajduje się as pik, czyli najwyższa możliwa karta.  Był w tym jakiś znak, czy też może tylko kolejny zwykły przypadek?  Trudno powiedzieć.   Tak się jednak stało i ten moment był brzemienny w skutkach dla michałowej decyzji.   Po tym zadziwiającym ostatnim rozdaniu zrobiła się jakaś dziwna, niesamowita atmosfera.  Atmosfera do szczerej, otwartej i zdecydowanej rozmowy.  Panie jakby coś przeczuwały, ponieważ właśnie w tym momencie wróciły z kuchni i potoczyła się wspólna, wartka rozmowa.  

Padało wiele słów, argumentów, opinii, jednak czuło się, że Michał podjął już decyzję.  Tylko teraz sam siebie musiał jeszcze do niej przekonać i przekonać musiał też do niej, swoją żonę.  Po paru godzinach tej nieplanowanej, ale gorącej dyskusji i wypiciu kolejnych kilku drinków, Leszek wychodził od Michała z głębokim przekonaniem, że niebawem, wspólnie otworzą zakład rzemieślniczy.  Jednak jak czas pokazał, że nie było to takie proste.  

W mroźny styczniowy poniedziałek Michał i Leszek spotkali się w mieszkaniu Leszka, na bydgoskim Szwederowie.  Blok Leszka sąsiadował z lotniskiem wojskowym i z balkonu na czwartym piętrze można było dostrzec nawet szczegóły techniczne startujących samolotów.  Tego dnia na lotnisku odbywały się intensywne szkolenia pilotów.  Przy niesamowitym wprost, huku szczególnie wielkim w momencie włączania tak zwanych dopalaczy, co rusz startujących samolotów bojowych, spisali umowę spółki.  O sposobie i formie jej spisania zasięgnęli wiedzy u jednej ze swoich koleżanek, która była mecenasem.  Celem zawarcia spółki, jak to określili w tej spisanej umowie,  miało być prowadzenie wspólnej działalności rzemieślniczej w branży instalatorstwo sanitarne.

Zanim jednak umowę spisali to najpierw parę  godzin dyskutowali i spierali się, czy wpisać również  inne budowlane specjalności, jak malarstwo i tapeciarstwo, czy roboty ogólno budowlane lub inne. Ale w końcu biorąc pod uwagę swoje doświadczenie zawodowe postanowili pozostać tylko na tej pierwszej specjalności.  Wreszcie po uzgodnieniu wszystkich kwestii i szczegółów, podpisali stosowne dokumenty.   

Następnego dnia, wczesnym popołudniem, udali się z tą umową do Urzędu Miasta, żeby złożyć wniosek o wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności rzemieślniczej.   Wypełnili niezbędne druki, przykleili do nich wymagane znaczki skarbowe i wnieśli żądaną opłatę.   Teraz pozostawało im tylko czekać na decyzję stosownego urzędnika.  


W tym momencie już trochę poczuli się prywaciarzami.  Zadowoleni ze swoich zdecydowanych działań, poszli to oblać do pobliskiej, wspomnianej już, winiarni Piwnicznej.  Prowadząc sympatyczną i optymistyczną rozmowę, wypili po trzy szklanki białego ciociosanu, a potem w dobrych humorach, tuż przed zamknięciem winiarni, udali się do swoich domów.   


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię