poniedziałek, 11 marca 2019

Bydgoski emeryt w Hiszpanii - 3

W końcu dojechaliśmy do tej Hiszpanii i tutaj przejeżdżając granicę pomiędzy Francją, a Hiszpanią popełniłem kolejny błąd.  Szukałem autostrady A7 (bezpłatna) zamiast pojechać autostradą AP7 (płatna).  Zemściło się to tym, że najpierw zatrzymała mnie guardia civil bo podobno źle wyprzedzałem camion (ciężarówkę), przynajmniej tak ich zrozumiałem.  Bo A7 czasami jest tylko jedno jezdniowa, a czasami nawet pokrywa się z AP7.   Potem jadąc według nawigacji wjechałem do Walencji, a ponieważ było to w godzinach szczytu komunikacyjnego to przejechanie tego dużego i pięknego miasta zajęło mi ponad trzy godziny bo na każdych światłach posuwaliśmy się raptem o kilka samochodów i do tego takich prawie ocierających się o siebie.

Wreszcie wyjechaliśmy z tej Walencji, ale znowu nawigacja nastawiona na drogi niepłatne wprowadziła mnie do centrum Alicante.  Na szczęście wyjazd z Alicante (miasto wielkością porównywalne do Bydgoszczy) zajął mi "tylko" około godziny.

I tak to po ponad 26 godzinach jazdy z Fuldy dotarliśmy do celu, czyli do San Pedro del Pinatar.  To miasto już w Murcji, tuż za granicą Walencji.  Było około północy, a nawigacja płatała nam figle i nijak nie mogliśmy trafić na Calle Genova w San Pedro el Mojon.   Kilkanaście razy telefonowałem do mojego znajomego z Niemcza, który załatwiał nam locum na Costa Blanca z zapytaniem co i jak mam robić, aby dotrzeć pod wskazany adres.  Znajomy przebywał akurat w Portugalii, a rooming naliczał kasę (początek listopada 2015 roku).

Wreszcie po ponad godzinie krążenia po San Pedro spotkaliśmy się z wynajmującym nam dom na rynku w Torre de la Horradada.  I pojechaliśmy do miejsca zamieszkania.

Było już po pierwszej w nocy, byliśmy strasznie zmęczeni i wchodząc do domu chcieliśmy tylko jednego - położyć się spać.  Zapłaciliśmy umówioną kwotę za miesiąc z góry i wreszcie mogliśmy odpocząć.

Następnego dnia, gdy obejrzałem miejsce, dom i warunki do których przybyliśmy to zapragnąłem natychmiast wyprowadzać się z tego miejsca i nawet byłem gotów poświęcić zapłaconą kwotę, aby tylko wydostać się z tego domu, który później nazwaliśmy norą.

Widok z tarasu był piękny, morze w odległości około 50 metrów, ale dom to tragedia.  Wszystko stare, zużyte, byle jakie.  Do tego brak ogrzewania, a noce chłodne, brak internetu, a telewizja tylko hiszpańska, łóżka tragiczne, łazienka fatalna i ogólnie nastrój przygnębiający.

Na szczęście żona mnie hamowała w moim zdecydowaniu opuszczenia tego miejsca i zostaliśmy tutaj na miesiąc.

To było typowe frycowe, które nie każdy musi zapłacić, ale na nas padło.

Poniżej kilka fotek obrazujących, przynajmniej w części to o czym powyżej:


Widok z tarasu

Plaża w San Pedro el Mojon

"Salon"

Bydgoski samochód na hiszpańskiej ulicy.

Drzwi wejściowe do naszej "rezydencji"

Widok z tarasu (w przybliżeniu cyfrowym)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię