wtorek, 28 maja 2013

Zdzisław Szubski - kariera sportowa i trenerska - część 6

Pan Zdzisław Szubski jest aktualnie trenerem koordynatorem reprezentacji Chile w kajakarstwie i liczna ekipa szkoleniowa pod jego czujnym i fachowym okiem przygotowuje chilijskich sportowców do Igrzysk Panamerykańskich, które odbędą się wiosną przyszłego roku.  Niedawno został także trenerem koordynatorem reprezentacji Grecji w kajakarstwie, drużyny, którą już kiedyś trenował i jego zadaniem jest jak najlepsze przygotowanie greckich sportowców do przyszłych Igrzysk Olimpijskich.  Ponadto Zdzisław Szubski jest aktywnym i znanym międzynarodowym działaczem w tej dyscyplinie sportu.   Jest także ambasadorem sportów wodnych miasta Bydgoszczy.

Po pięknej karierze sportowej przyszedł dla niego czas na równie wspaniałą karierę trenerską i organizacyjną. 

Cieszę się ogromnie, że udało mi się namówić tak zapracowanego i znakomitego człowieka na chwilę wspomnień.  Dzisiaj już szósta część tych wspomnień, a ich autorem jest sam Zdzisław Szubski. 

Rozdział 6

Walka o złoto, Nottingham 1981


Niedosyt występu na Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie sprawił że chęć do pracy i występu w następnych zawodach była jeszcze większa. 

W sezonie 1981  wróciliśmy do startu na K4 10 000 jednak w zmienionym składzie:  Andrzej Klimaszewski, Leszek Jamrozinski, Ryszard Oborski,  (nadmienię - wielokrotny Olimpijczyk, Mistrz Świata K2  z Meksyku z Grzegorzem Śledziewskim ) i jak zwykle czwarta dziura dla mnie.


Osada K4 , vice Mistrzowie Świata 1981
Od lewej, Andrzej Klimaszewski, Ryszard Oborski, Leszek Jamrozinski, Zdzisław Szubski



Zaczęło się jak tradycyjnie, czyli od zgrupowania w Zakopanem w styczniu 1981 r. Następnie trening klimatyczny w Castel Gandolfo / Rzym i ponownie Dunavarsany Węgry.
Taki program szkoleniowy był realizowany od kilku lat przez Polski Związek Kajakowy. Sezon 1981, tak zwany poolimpijski, był sezonem bez stresu, ale  bynajmniej nie dla nas. Każdy marzył o występach w nastepnych Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles.   Dlatego musiał przetrenować sezon bez stresu, bez obciążenia, ale osiągając jak najlepsze wyniki.  Później się okazało, że ten niby bezstresowy sezon był jeden z najlepszych w mojej karierze.  Jak nadmieniłem na początku, zgrupowanie za zgrupowaniem, konsultacja za konsultacją, czyli realizacja sztywnego planu szkolenia narzucona przez PZK.

Rok1981 to  kilku wspaniałych występów w  Moskwie, w Tata na Węgrzech, w Mechelen w Belgii, w Duisburgu i na Malcie w Poznaniu.  Okazało się, że ten rok należy do nas.



Moskwa tor regatowy, Krilatskoje
Na zdjęciu od lewej:  Zdzisław Szubski, kierownik ekipy Zbigniew Laskowski, Leszek Jamrozinski, trener Stanisław Rybakowski, Pedagog Zofia Żukowska, Andrzej Klimaszewski, Ryszard Oborski



Każde zawody to ścięcie się z osadami Byłego Związku Radzieckiego, Niemiec, Rumuni i Węgier.  Z zawodów na zawody szło nam coraz lepiej co dawało dobre prognozy na upragniony tytuł Mistrza Świata.  









Tata, Wegry
Na zdjęciu kadra narodowa Polskiego Związku Kajakowego 1981 Drugi od lewej trener główny ( już nieżyjący ) Andrzej Niedzielski.

Po ostatnim zgrupowaniu w Wałczu wyjechalismy do Nottingham na Mistrzostwa Świata. Jak zawsze chłodni Anglicy, bez wielkich starań organizacyjnych,  zakwaterowali nas w akademikach Universytetu. Zakwaterowanie i wyżywienie na minimalnym poziomie dla tego typu zawodów, ale na szczęście nikt głodny nie chodził. W tym sezonie startowaliśmy na dystansie 1000 metrów i 10 000 metrów.  Ponieważ na dystansie 1000 metrów nie mieliśmy dużego doświadczenia to odpadliśmy w półfinale.  Tym razem szykowaliśmy się i to bardzo poważnie na zdobycia Mistrza Świata na 10 000 metrów.

Na 23 osady wyszliśmy pięknie ze startu razem z osadami K4 Węgier, Niemiec, Anglii i Rosjan. Do połowy dystansu zostaliśmy w trójkę:  Anglicy, Rosjanie i my. Minimum już było spełnione, medal w kieszeni, ale jaki?   Cel był jeden - ZŁOTO, nie interesował nas żaden inny kolor. Ostatnie wejście w zakręt, 4 boje i w tym momencie Rosjanie widząc i czując naszą większą moc spychają nas na nabrzeże toru regatowego. Udało się nam wyminąć zagrożenie i wyjść na prostą na drugiej pozycji.  Ostatnie 1000 metrów to obowiązkowe wejście w tor i obowiązkowe utrzymanie linii środkowej, aż do finiszu.  Po około 200 metrach, ostatniej prostej, zaczęliśmy wychodzić na prowadzenie.

Niestety Rosjanie widząc że nie dadzą rady w normalnej walce wpływają na nasz tor i zajeżdżają nam drogę.  Sytuacja nasuwała tylko jedno rozwiązanie:  zderzenie obu łodzi i walka na wiosła i jak się to mówi, po herbacie. Wówczas  prawdopodobnie Anglicy którzy płyneli około 100 metrów za nami wyszliby na prowadzenie i taki by był final.   Zdecydowałem, jako siedzący ostatni i widząc  najlepiej całą sytuacje, lepiej niż Andrzej, siedzący jako pierwszy, aby zmienić tor dać miejsce Rosjanom i zaatakować jeszcze raz, ostatni raz, bo meta była coraz bliżej.  Niestety po ponownym ataku i wielkiej siły, którą mieliśmy, zabrakło czasu. Przegraliśmy o dziub, czyli około 2 metrów z osadą Rosjan. 

Bezpośredni protest przez podniesienie wioseł.

Oczywiście protest powinien być uznany w 100% ponieważ regulamin mówi że ostatnie 1000 metrów nie wolno zmieniać toru. Podpłynęliśmy do pomostu, natychmiast podszedł do nas Sekretarz Związku Edward Średnicki, BEZ MOŻLIWOŚCI TŁUMACZENIA dostaliśmy opierdol i polecenie z góry:  decyzja prezesa (dosłownie): - morda w kubeł ja tu decyduję, czy składamy protest czy nie. Dzisiaj możemy sobie powiedzieć: jak to możliwe?   Ale wtedy  musieliśmy tolerować takie zachowanie zawodników CCCP.   Lepiej jak "bratankowie" mają złoty medal, a my, niestety musimy się nacieszyć srebrem.





Nottingham, Anglia 1981 Mistrzostwa Świata                                                                                 Na zdjęciu od lewej, Polska, Związek Radziecki, Anglia

Taka była polityka. Szkoda, bo mieć taki POWER i pogodzić się na przegranie i walkę nie Fair Play to smutek, odchodzą chęci do wielkiego wyczynu kiedy polityka przewyższa realia prawdy.

Powrót był wspaniały, powitanie na lotnisku w Warszawie kwiaty, autografy, ale w sercu ból bo zdawaliśmy sobie sprawę że byliśmy przygotowani na zdobycie ZŁOTA. 


Po przylocie do Warszawy, lotnisko Okęcie 1981
Od lewej góra:  K4. Od lewej dół:  zdobywcy srebra, osada K2 Waldemar Merk i Daniel Wełna z Zawiszy Bydgoszcz

Polityka rządziła i rządzi do dzisiaj sportem. Kto cierpi najwięcej - oczywiście sportowiec, ten który wypluwa sobie flaki, aby pokazać że jest najlepszy i podkreślić staus sportowy swojego kraju.  

Patriotyzm sportowy istnieje, ale wiele razy jest niszczony przez śmierdzącą politykę, przez zagrywki i postępowanie miedzy działaczami. 

Taki był, jest i będzie sport na naszej ZIEMI.


Tekst i zdjęcia - Zdzisław Szubski


niedziela, 26 maja 2013

Dzień Matki 2013 - kilka migawek z Wągrowca.

Pomnik ks. Jakuba Wujka urodzonego we Wągrowcu.  Ksiądz Wujek dał mowie polskiej Pismo Święte.

Pomnik stoi przy wągrowieckiej Farze

Rzeka Wełna.

Nad Jeziorem Durowskim.

W tym domu urodziła się moja mama.

Nielba - rzeka mojego dzieciństwa - nad tą rzeką był nasz ogród.


                                                           Zdjęcia wykonano 26.05.2013.

piątek, 24 maja 2013

Na Starym Rynku w Bydgoszczy dwadzieścia lat temu - pierwsza letnia kawiarenka.



Zdjęcia wykonano pod koniec maja 1993 roku.

Nie są najlepszej jakości, ale niestety tylko takie się zachowały.

Chodzi mi raczej o pokazanie klimatu tego miejsca sprzed 20 lat w porównaniu do tego co jest tam obecnie.

wtorek, 21 maja 2013

Piękny maj - raz jeszcze.

Kwitnąca glicynia - a jak wspaniale pachnie!

Majowy zagajnik brzozowy

Las sosnowy w majowej szacie.

Zdjęcia wykonano w maju 2013 roku.

Poprzedni post majowy.

niedziela, 19 maja 2013

Kilka refleksji natury ogólnej - 14


Pierwszy raz od kilku miesięcy wysłuchałem dzisiaj "Śniadania w radiu ZET"  Moniki Olejnik, a potem obejrzałem w TVN-24 program Bogdana Rymanowskiego "Kawa na ławę".   Natomiast wczoraj wysłuchałem "Śniadania w Trójce"  Beaty Michniewicz i "Gorącej godziny" w radiu PiK Anny Raczyńskiej.
Niestety wnioski jakie wyciągam z tych audycji napawają mnie najgorszymi obawami.

Od dawna twierdzę, że to od dziennikarzy i redaktorów prowadzących programy, zależy jakie zadają pytania i jak prowadzą dyskusje. Z kolei redaktorzy zależą od właścicieli mediów lub partii sprawujących aktualnie swoisty nadzór nad owymi mediami.  I tak koło się zamyka.  W tej kwestii polecam kapitalny serial amerykański o mediach pod tytułem "Newsroom".   

Co prawda nieliczni, czyli niektórzy politycy krajowi lub regionalni czasami próbują coś narzucać, ale zazwyczaj bezskutecznie.  Cała reszta poddaje się temu zbiorowemu, masowemu i powszechnemu słowotokowi, temu gadaniu o niczym, temu klepaniu utartych, szblonowych formułek lub tekstów przygotowanych przez ich partyjnych propagandzistów.  Jest to żenujące, głupie, a czasami /np Pitera, Szejnfeld/ nawet obrażające inteligencję słuchaczy lub telewidzów.  Dzisiaj i wczoraj było tak samo.  U Moniki szblonowo o Grzegorzu Przemyku i sonadażach, o tym co i dlaczego powiedział wicepremier Janusz Piechociński do redaktorki TVN-u i czy przeprosi, czy nie.  Znowu od lat ci sami politycy, te same sformułowania, te same argumenty, płytkość, jałowość i żenada.

Jednak gdy pani Monika podrzuciła temat o Angelinie Jolie to wyłączyłem radio.  Wczoraj u pani Beaty podobnie.  Tematyka wypisz wymaluj ta sama, czyli Janusz Piechociński, Grzegorz Przemyk i sondaże.  W "Kawie" podobnie, z tym, że najwięcej czasu poświęcono obrażonej przez wicepremiera redaktorce TVN-u, a prym w dyskusji wódł poseł Eugeniusz Kłopotek, który nigdy i niegdzie nie wspomni o bydgoskim odcinku S5, a zawsze i wszędzie, z tym swoim uśmieszkiem, ma najwięcej do powiedzenia. A potem o nieobecności byłego prmiera Leszka Milera na głosowaniu w sprawie upamiętnienia Grzegorza Przemyka i znowu w trakcie audycji musiałem ich wyłączyć bo ile można słuchać w kółko tego samego.

A w lokalnym, bydgoskim radiu była audycja poświęcona podziałowi przyszłej unijnej kasy.  Rej wiódł toruński marszałek, a pozostali samorządowcy dzielnie mu wtórowali.  Wszyscy ślizgali się po tematach, mowili ogólnikami i schematami.  Oczywiście każdy chwalił marszałka i jego mądrość, a nikt nie odważył się powiedzieć, że marszałek /gdyż to on ma relaną władzę i narzędzia do wpływania na innych/ źle zarządza, że województwo obsuwa się na krańce wszelkich klasyfikacji, a podział, aktualnie wydawanych środków unijnych, był głęboko niesprawiedliwy, często nierozsądny, a czasami nawt bezsensowny.  Ot zebrali się i pogadali.  Na szczęście przedstawiciele Bydgoszczy w tej szopce nie brali udziału.

I tak lub podobnie jest we wszystkich publicznych i prywatnych mediach.  Po łebkach, po schematach, po szablonach, po dziwacznych sensacjach i bez wnikania w istotę gospodarki i polityki.

Wczoraj i dzisiaj szczególnie zadałem sobie trud wysłuchania tych wszystkich audycji, aby się przekonać czy chociaż coś, pod wpływem tak różnych sondaży i coraz większej ilości problemów gospodarczych, się zmieniło?  Mam na myśli przerażająco niskie wpływy do budżetu z podatków, brak realizacji obietnic przedwyborczych - zmniejszenie liczby urzędników, zniesienie przywilejów emerytalnych, likwidacja senatu, powiatów i krusu i inne oraz wprowadzenie podatku obrotowego od wszelakiej sprzedaży, aby zmusić, tak zwany kapitał zachodni, do płacenia chociaż minimalnych podatków w Polsce, beznadziejna prywatyzacja, zablokowanie pomysłu "Inwestycje Polskie" - chociaż część udziałów ze sprzedaży chociażby PKO BP w tym roku, już do budżetu wpłynęła, bezrobocie, nierównomierny rozwój kraju, fatalny stan inwestycji propwadzonych przez państwo, nagrody dla ministerialnych urzędników za 2012 rok w wysokości 531,5 mln. zł /wg dzisiejszego programu w TV Republika/ i tysiące innych spraw.   Niestety o tym nic, a o tym co powiedział wicepremier pani z TVN-u to godzinami i w kółko.

Wielce zatrważającymi wydają się fakty, iż jedynym miejscem gdzie możemy się dowiedzieć prawdy o działalności polskiej prokuratury, sądów i innych instytucji państwowych, są filmy /"Uklad zamknięty"/, seriale  /komediowe "Ranczo"/  lub niszowe portale internetowe, albo marginalne radia lub telewizje.  Tak zwane media prawicowe utopiły się w kwestiach smoleńskich, rozliczeniowych, atakach personalnych i wszelakiego rodzaju wojenkach oraz najrózniejszych zależnościach i układach i w powodzi tego wszystkiego także u nich trudno znaleźć obiektywną prawdę.

Smutne to i przykre zarazem.  Premier zamiast iść w ślady Wiktora Orbana to szykuje się do Brukseli.  Jego ministrowie tak samo, Przemysław Nowak pożycza zegarki, a prezydent Gdańska Paweł Adamowicz zasiada tylko w dwóch dodatkowych radach nadzorczych, patrz link poniżej:


http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13927551,Agenci_CBA_przeswietlaja_majatek_prezydenta_Gdanska.html

Warto poczytać także komentarze pod tym artykułem, pouczająca lektura i jakże inna od tego co słyszymy codziennie w mediach.

Kiedy to się zmieni?  Kiedy zmienią się te same twarze trwające w polityce od 24 lat?  Kiedy słowo dane w kampanii przedwyborczej będzie dotrzymywane?  Kiedy zaczniemy dbać o swoje, a nie cudze interesy?  Kiedy zamiast zachwycać się tym  co mówią o nas, Polakach, inni, zaczniemy szanować się sami i najważniejsze będzie to to my mówimy, a nie jakiś polityk z Brukseli, Berlina, czy Paryża?

Zacznijmy wreszcie marsz ku normalności, a media mają tutaj do spełnienia kapitalną rolę, jednak do tej pory tylko konserwują i utrwalaja to co jest, podcinając gałąź na której siedzą.  Ciekawe kiedy i czy w ogóle się obudzą?




Poprzedni post z tego cyklu.

sobota, 18 maja 2013

Warto przeczytać - 11

Noah  Gordon - "Medicus".

Akcja powieści rozpoczyna się na początku XI wieku w Londynie.  Ośmioletniemu  Robowi umierają rodzice i trafia on do wędrownego balwierza i kuglarza, z którym przemierza miasteczka średniowiecznej Anglii.  Rob Jonatan Cole z czasem okazuje się mieć talent medyczny i już jako dziesięcioletni chlopak potrafił przewidzieć, który z chorych niebawem umrze.  Jego pasja do medycyny powiększa się z roku na rok i po śmierci swojego opiekuna, postanawia udać się do najsłynniejszej szkoły medyków ówczesnego świata czyli do Isfahanu - miasta w środkowej Persji /obecnie Iran/.  Jego podróż do wymarzonego miejsca trwa ponad rok.  Ta barwna, pełna najróżniejszych przygód, ryzykowna i niebezpieczna wyprawa, pozwala Robowi poznać wiele ludów tamtego świata, ich obyczajów, religii, przesądów i sposobów życia.  W końcu dociera do wymarzonego Isfahanu, ale zamiast do szkoły medyków to trafia do więzienia.  Więcej akcji nie będę opisywał, gdyż mógłbym czytelnikom zepsuć przyjemność czytania tej wspaniałej książki.

Książka napisana jest pięknym, prostym, komunikatywnym językiem.  Doskonała równowaga pomiędzy narracją, akcją i tłem powieści.   Precyzjnie opisany jest stan tamtej wiedzy medycznej, a także zwyczaje i zachowania lekarzy.  Dzięki tej powieści poznajemy najsłynniejszego lekarza średniowiecza, czyli Persa Ibn Sinę zwanego z europejska Awicenną.  Jest on założycielem i prowadzącym szkołę medyków w Isfahanie.  To właśnie sława tego uczonego jest podstawową motywacją Roba, który pragnie zgłębić tajemnice świata medycyny.  Roba, który chce pomagać ludziom, który ma do tego niespotykany talent, ale który musi się posuwać do wielu wybiegów i przebiegłych pomysłów, aby dostać się do swojej wymarzonej szkoły.

Pełna zaskakujących zwrotów akcji powieść, barwnie opisująca rzeczywistość europejską i perską pierwszej połowy XI wieku.  Czyta się ją z wielką przyjemnością.

Jest to pierwsza część trylogii o medycznym rodzie Cole`ów.  Następne to:

- "Szaman"

- "Spadkobierczyni Medicusa".

Ponadto polecam inne książki tego autora.  Wszystkie są wspaniałe.

Noah Gordon "Medicus", Wydawnictwo "Książnica",  Katowice 1994 rok, stron - 550.

GORĄCO  POLECAM

Poprzedni post z tego cyklu.

wtorek, 7 maja 2013

Szkolne wspomnienia - 5


Kto pamięta tego pana?

Zdjęcie wykonano 17.10. 1992 roku na uroczystości z okazji 40 - lecia Technikum Kolejowego w Bydgoszczy.

Poprzedni post z tego cyklu. 

poniedziałek, 6 maja 2013

Warto przeczytać - 10

Stefan Kisielewski  "Dzienniki".

Stefan Kisielewski to bardzo barwna i ciekawa postać, NIESTETY OBECNIE coraz bardziej zapominana, lecz moim zdaniem - niesłusznie.

Ten kompozytor, pisarz , publicysta, krytyk, felietonista, a nawet polityk /poseł na sejm/, członek wielu stowarzyszeń, ale przede wszystkim wnikliwy obserwator, komentator i krytyk poczynań socjalistycznych władz Polski, był człowiekiem niezwykle inteligentnym, trzeźwym w ocenie sytuacji, przewidującym, bezkompromisowym i na wskroś uczciwym.  Po wydarzeniach marcowych w 1968 sam Władysław Gomułka /ówczesny przywódca Polski/ wydał zakaz publikowania jego dzieł, muzyki i publicystyki, gdyż publicznie odważył się nazwać panujący ustrój - dyktaturą ciemniaków.

"Dzienniki"  to zapiski Stefana Kisielewskiego od roku 1968 do roku 1980.  W zapisakch przeczytamy o wydarzeniach politycznych tego okresu, o politykach, muzykach, literatach i innych postaciach tego okresu.  Poczytamy o osobistych losach i rozterkach autora. Przeczytamy całą masę komentarzy na temat ludzi, którzy stanęli na drodze życiowej autora, a o których pisze on całkowicie bezkompromisowo, często bardzo krytycznie lub z dużym ładunkiem emocjonalnym.  Dzięki temu możemy odbrązowić wiele postaci tamtego jak i obecnego okresu.  W mojej opinii, na przykład, parę zdań o Jaroslawie Iwaszkiewiczu czy Jerzym Turowiczu więcej zawiera prawdy i bardziej świadczy o tym jakie te osoby były naprawdę, niż tysiące uczonych dysertacji na ich temat.  A takich zdań- opinii czytamy w "Dziennikach"  setki.

"Dzienniki" zawierają zupełnie inne świadectwo okresu socjalizmu w Polsce niż przeczytać możemy w innych  dziełach lub książkach.  Stefan Kisielewski analizuje wiele zjawisk, zależności, kpi sobie z władzy, jej głupoty i ograniczoności.  Ujawnia mechanizmy działania tamtej władzy i to ujawnia w sposób przemyślany, z komentarzami i uzasadnieniami.  Jest to szeroki i zadziwiający obraz epoki późnego Gomułki i cała epoka  Gierka.  Warto to przeczytać chociażby po to, aby zobaczyć jak się niewiele nasze społeczeństwo mentalnie zmieniło pomimo tego, iż prawie wszystko się zmieniło.  Komentarze, analizy, oceny, prawdy, refleksje z tamtego okresu nadal są jak najbardziej aktualne i żałować należy, że to wspaniale dzieło jest coraz bardziej zapominane, a przy przyznawaniu dorocznych nagród "Kisiela" nikt lub prawie nikt nie nawiązuje do tego co Stefan Kisielewski pisał, jakie wyznawał wartości i jakie pozostawił po sobie świadectwo..

Dla zachęty przytoczę kilka krótkich fragmentow z "Dzienników":

"Ludzie nie chca wiedzieć - w tym tkwi sedno"

"Nie jestem takim optymistą, wierzę w nieskończoną potęgę bierności i głupoty"

"To nie jest postać, to posiedzieć"

"A więc prawda się nie liczy, jest niepotrzebna, samotna, jej obroncy to odosobnieni maniacy"

"Maniak ze mnie - ale ktoś chyba takim być musi!  W ten sposob się wywyższam, pocieszam, podnoszę na duchu"

" To ja jestem wariat, bo kto w totalnym zakłamaniu chce mówić o prawdzie, ten jest bzikiem absolutnym i Don Kichotem"

"Przerabianie dusz na niewolnicze - to się widzi w tzw. publicystyce!"

Stefan Kisielewski  "Dzienniki"

Wydawnictwo "Iskry" Warszawa 1966

Trochę do czytania jest - "tylko"  911 stron,



 ALE  NAPRAWDĘ  WARTO

Poprzedni post z tego cyklu.

środa, 1 maja 2013

I znowu minął rok.

Po roku znowu na pięknej brzozowej alei nad Zalewem Koronowskim

Widok z cypla

Widok z brzegu

Świąteczny piknik na cyplu.

Leśne jeziorko w pobliżu Zalewu.

Tak piękne widoki można podziwiać raptem 20 km od centrum Bydgoszczy

Zdjęcia wykonano  01.05.2013

A tak było w tych samych miejscach rok temu.

Sezon czas zaczynać.


Jeszcze trochę chłodno i wiosna nieco opóźniona, ale prawdziwi żeglarze rozpoczynają sezon najpóźniej na początku maja, ale już za parę tygodni będzie tak jak na tym zdjęciu, które wykonano w czerwcu 1998 roku.

Dlatego wznosimy toast /herbatą w szklance/ w imię udanego sezonu 2013.

wtorek, 30 kwietnia 2013

OFE - co dalej?

Dzisiaj wszyscy tylko o Gowinie i Biernackim.  U Moniki Olejnik kolejna wizyta pana Kwaśniewskiego i znowu o niczym, czyli czy był pijany na konferencji co wszyscy widzieli, czy zmęczony jak twierdzi sam sprawca zamieszania?   Wybuch w Pradze, wybuch w Słupsku, uniewinnienie Sawickiej i odwołanie szefów /szefowej/ PGNiG to najważniejsze wiadomości ostatnich dni.  To może chociaż ja wrócę do spraw gospodarczych, istotniejszych i bezpośrednio nas wszystkich dotyczących.  Tym razem o OFE.  Artykuł skopiowałem z portalu wPolityce.pl


Reforma OFE z 1999 r. to jeden z największych skandali współczesnej Europy i na pewno największy przekręt w III RP, skutecznie przeprowadzony przez dobrze zorganizowaną grupę, na czele z L. Balcerowiczem, J. Buzkiem, M Bonim, J Hausnerem, E. Lewicką, przedstawicielem Banku Światowego M. Rutkowskim itd.
W świetle jupiterów dokonano oszukańczej prywatyzacji systemu ubezpieczeń emerytalnych. Tym wielce kosztownym i kompletnie nieprzydatnym szwindlem, nazywanym systemem kapitałowym, tzw. II filarem ubezpieczeń kapitałowych, powinna się zająć zarówno komisja śledcza, jak i Trybunał Stanu. Polscy emeryci, wsparci przez polskie państwo, powinni zaś wystąpić z pozwem zbiorowym i w trybie cywilnym z roszczeniami odszkodowawczymi wobec twórców tej tzw. reformy. Ta niby-reforma polskiego systemu emerytalnego od początku bazowała na kłamstwie, chciejstwie, braku rzetelnej, ekonomicznej kalkulacji i opłacalności tego przedsięwzięcia.
Dla co uczciwszych ekspertów już 13 lat temu było oczywiste, że jest ona skazana na niepowodzenie. W rzeczywistości okazała się niesłychanie kosztowna dla budżetu (ok. 260 mld zł zadłużenia), bardzo zyskowna dla właścicieli OFE (16 mld zł) i całkowicie nieprzydatna, bo niegwarantująca godziwych świadczeń dla przyszłych emerytów, bo za takie trudno uznać średnio 80 zł wypłacane pierwszym beneficjentom po 13 latach inwestowania. Na początku tego ryzykownego eksperymentu nie powiedziano też Polakom prawdy, że kapitałowy system OFE oznacza obniżenie emerytur, mniej więcej o połowę w stosunku do starego systemu ZUS-owskiego. Oczywiście nikt nie pytał Polaków, czy zgadzają się na obniżkę emerytur.
Przy pomocy setek milionów złotych i kolorowych telewizyjnych reklam, wciskano Polakom przysłowiowy kit o szczęśliwej starości pod palmami. Dziś II filar okazuje się filarem, ale pod mostem Poniatowskiego, a z palm pozostaje wyłącznie ta na placu de Gaulle’a. To gigantyczne oszustwo odbyło się w blasku kamer i umożliwiło stworzenie kolejnych elit finansowych, olbrzymiej sieci wpływów i uzależnień oraz powstanie potężnego lobby finansowego, politycznego i medialnego. Ci, którzy dziś – tak jak wielki promotor i obrońca 14 OFE, prof. L. Balcerowicz, uważają, że w OFE są realne pieniądze, a w ZUS tylko wirtualne zapisy – dramatycznie się mylą, i to po raz kolejny.
Dziś już nawet premier D. Tusk i jego główny doradca J.K. Bielecki twierdzą, że gwarantem bezpiecznych emerytur jest ZUS i polskie państwo. Jak widać, stała się jasność, niebiosa przemówiły i rząd polski oświeciły. Dzisiaj OFE, ponieważ swoje już zarobiły – dywidendy popłynęły za granicę – najchętniej zrezygnowałyby w ogóle z obowiązku wypłacania emerytur. Proponują jedynie wypłatę świadczenia przez 10 lat, a ponieważ obecna władza kazała pracować Polakom do 67 lat, zaś polski mężczyzna żyje raptem średnio 71 lat, to realnie mógłby korzystać z tej niby-emerytury zaledwie około 5 lat. Najwyższy więc czas na dyktat OFE mówiący 3 x NIE, w tym NIE dla dobrowolności uczestnictwa w OFE, NIE dla likwidacji OFE i NIE dla przenoszenia środków do ZUS, w trosce o przyszłość polskich emerytów i elementarną prawdę w życiu publicznym powiedzieć 3 x TAK.
Czas najwyższy zlikwidować OFE w obecnej formie, czas umożliwić dobrowolność inwestowania w różnego rodzaju fundusze emerytalne, a przede wszystkim zadeklarować, że zostanie cofnięta decyzja o podniesieniu wieku emerytalnego do 67 lat. Dziś OFE pokazują nam słynny gest Kozakiewicza i przemawiają do Polaków słowami ze słynnego, kultowego filmu „Miś”: „Nie oddamy panu palta, i co nam pan zrobi?”. W 2008 r. OFE straciły ok. 24 mld zł naszych pieniędzy, w maju 2012 r. ok. 5 mld zł.
Obecny, rozpaczliwy i kolejny już skok na OFE ze strony rządu, a więc środowiska twórców tej szkodliwej reformy, ukazuje jedynie absolutnie dramatyczny stan budżetu i finansów oraz realne zagrożenie bankructwem całego sektora finansów publicznych, który został zaatakowany w ostatnich latach przez niszczący „tajfun Vincent”.
To już wiadomo, że zarówno emerytalna pańszczyzna w OFE, jak i hazardowa rozgrywka w kasynie rynku kapitałowego nie zdały egzaminu. Zarobił tylko krupier, a stracone miliardy ciężko będzie odzyskać. Na naszych oczach z bankrutowała zasada II filara – wiesz, ile musisz zapłacić, nie wiesz, ile otrzymasz w zamian i czy w ogóle coś otrzymasz. Okazuje się, że ostatnią deska ratunku na starość i tak mają być środki publiczne.
Propozycja PiS dobrowolności składki i wyboru ubezpieczyciela, przedstawiona w formie projektu ustawy o organizacji i funkcjonowaniu funduszy emerytalnych, jest warunkiem niezbędnym, choć spóźnionym i niewystarczającym na obecną chwilę. Polskie społeczeństwo było już kilkakrotnie okradane ze swych emerytalnych oszczędności. Lepiej, żeby nasze emerytury pochodziły nie tyle z kasyna lub zaciągania nowych długów w formie obligacji Skarbu Państwa, ale z polskiego banku. Niestety polskie banki zostały prawie w całości wyprzedane na rzecz kapitału zagranicznego. Dziś to one głównie są właścicielami OFE w Polsce.
Dlatego trzeba natychmiast zrobić to, co proponuję nieustannie od 1999 r. – mianowicie utworzyć Państwowy Bank Emerytalny, który przejąłby środki trafiające do ZUS i FUS i który inwestowałby na zasadach komercyjnych, rywalizując i konkurując z innymi prywatnymi funduszami emerytalnymi.
Szwedzcy emeryci mogą wybierać spośród 500 takich funduszy. Bizantyjski, pałacowy i biurokratyczny moloch, czyli ZUS, należałoby zlikwidować w dotychczasowej formie, a środki pochodzące z jego sprzedaży, aktywów – przeznaczyć na fundusz założycielski, kapitał Państwowego Banku Emerytalnego. Taki właśnie bank mógłby inwestować nie tylko na rynku kapitałowym, ale przede wszystkim stopniowo odzyskiwać na GPW polską własność, tanio i głupio wyprzedane w ramach tzw. prywatyzacji – banki i wielkie dochodowe firmy. Bo kto nie ma majątku, ten z reguły nie ma dochodów, a z nisko płatnej pracy nigdy nie będzie wysokiej emerytury.
Państwowy Bank Emerytalny mógłby również udzielać zarówno długoterminowych kredytów inwestycyjnych, jak i obrotowych dla małych i średnich przedsiębiorstw – to rozwiązanie już dziś funkcjonuje w Kanadzie i jest poważnie rozważane w Wielkiej Brytanii. W przypadku pogłębienia się kryzysu w sektorze bankowym to właśnie fundusze emerytalne mogą zastąpić banki, wypełniając powstałą lukę, stając się nowymi, lepszymi bankami. W przypadku więc likwidacji OFE, Państwowy Bank Emerytalny mógłby skutecznie uratować polską giełdę, bo bez pieniędzy polskich emerytów GPW nie tylko nie odniosłaby obecnych sukcesów, ale już dawno przestałaby istnieć.
Dopóki Polska i polskie państwo nie odzyska dla Polaków, w tym polskich emerytów, takich strategicznych firm jak PZU SA, KGHM, PKO BP, Orlen itp. dopóty z żadnej wielkiej poprawy w poziomie i pewności otrzymywania godziwych emerytur nie będzie. Obecny wielki kryzys wokół OFE i rządowy skok na pieniądze polskich emerytów dobitnie pokazuje, jak wyczuloną wrażliwość społeczną i wyczucie w tej mierze miał prezydent Lech Kaczyński, który skutecznie wetował rozwiązania w sferze systemu emerytalnego znacząco pogarszające sytuację polskich emerytów, o czym dziś niewielu pamięta.
Czas więc na nowo podjąć reformę emerytalną, mając tym razem na względzie nie tyle dobro zagranicznych firm i krajowych elit politycznych, ile dobro zwykłych polskich emerytów. W innym bowiem wypadku należałoby znów przywołać słowa wieszcza: „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Pory roku - 3 - WIOSNA



                                                           Widok z okien mojego domu.

                                                          Zdjęcia wykonano 28.04.2013

                                                            Poprzedni post z tego cyklu.

sobota, 27 kwietnia 2013

Bydgoskie ciekawostki - 18



Proszę spojrzeć dokładnie na środek okna wystawowego, a dostrzec można, że duch bydgoskiej Kobry jeszcze żyje.

Zdjęcie wykonano na ulicy Bocianowo w dniu 08.04.2013


Poprzedni post z tego cyklu.

piątek, 26 kwietnia 2013

Zdzisław Szubski - kariera sportowa i trenerska - część 5

Pan Zdzisław Szubski jest aktualnie trenerem koordynatorem reprezentacji Chile w kajakarstwie i liczna ekipa szkoleniowa pod jego czujnym i fachowym okiem przygotowuje chilijskich sportowców do Igrzysk Panamerykańskich, które odbędą się wiosną przyszłego roku.  Niedawno został także trenerem koordynatorem reprezentacji Grecji w kajakarstwie, drużyny, którą już kiedyś trenował i jego zadaniem jest jak najlepsze przygotowanie greckich sportowców do przyszłych Igrzysk Olimpijskich.  Ponadto Zdzisław Szubski jest aktywnym i znanym międzynarodowym działaczem w tej dyscyplinie sportu.   Jest także ambasadorem sportów wodnych miasta Bydgoszczy.

Po pięknej karierze sportowej przyszedł dla niego czas na równie wspaniałą karierę trenerską i organizacyjną. 

Cieszę się ogromnie, że udało mi się namówić tak zapracowanego i znakomitego człowieka na chwilę wspomnień.  Dzisiaj już piąta część tych wspomnień, a ich autorem jest sam Zdzisław Szubski. 

Rozdział 5. Moskwa 1980, igrzyska                                            niespełnionych nadziei.

Tak jak do tej pory i ten sezon zaczęliśmy zgrupowaniem w Wałczu.  Odbyło się ono na przełomie października i listopada 1979 roku.
Grudzień zastał nas w Le Temple Sur Lot na południu Francjii. Potem święta i Nowy Rok w Bydgoszczy, a zaraz po nich wyjazd na zgrupowanie do Zakopanego do Centralnego Ośrodka Sportu (COS). Super warunki. Jak zwykle w pokoju z kolegą Marekiem Merkiem i na myśl mi wówczas nie przyszło że wystartujemy razem w K2 na Igrzyskach w Moskwie. Dzień jak co dzień, jeden podobny do drugiego.. Ciężka praca nad wytrzymałością ogólną. Rano narty zjazdowe. Szaleńcze wyścigi w zjeździe które mogły nas doprowadzić do kontuzji, ale  w momencie wzrostu adrenaliny nikt o tym nie myślał.  Liczyły się wtedy stok, narty i koleżeńska rywalizacja.  Zawsze ta sama paczka czyli Waldek Merk, Grzegorz Śledziewski, Daniel Wełna, Ryszard Oborski i ja.   Czasami ktoś dokooptował do paczki szaleńców zjazdowców.  Po  trzech godzinach zjazdów, powrót na obiad, prysznic, a potem w głowie tylko poobiednia drzemka.  Dwie godziny i pobudka. Po południu około 20 km na nartach biegowych i powrót do ośrodka bo o 18.00 siłownia. Nie wiem czy ktoś ma wyobrażenie jak się można czuć po takim dniu, albo po całym tygodniu takich zajęć.

Myślę że produkcja testosteronu w organizmie nie nadążała za wysiłkiem. Wszyscy byliśmy przekonani że taka praca doprowadzi nas do celu i bez żadnego marudzenia pracowaliśmy jak mrówki w kopcu. Każdy czekał na wyjazd do Włoch, ponownie do Castel Gandolfo.  Wyjazd piękny ze względu na temperaturę, super warunki i zawsze każdy mały biznes zrobił. Do Włoch aparaty Zenit a z Włoch dżinsy i kożuszki to była wówczas podstawa każdego zawodnika - "przemytnika". Oczywiście ilosci były takie aby zapakować do torby podróżnej. Po powrocie na landrynki starczyło.

Wrócę do pracy w Castel Gandolfo. Cel na ilość kilometrów czyli dobijaliśmy do 200 km w tygodniu.   Poza tym biegi i siła. Na łyk wina włoskiego nie było siły. Czwartek cały dzień na odpoczynek. Wszyscy na ten dzień czekali aby odpocząć i zrobić ,,zakupki,, i coś zobaczyć w Rzymie, ale to zwiedzanie było na drugim planie. Dieta przeznaczona na zakupy, a na przysłowiowy obiad, siadało się w jakimś parku, najczęściej przy Forum Romanum i scyzorykiem otwierało się konserwę turystyczną ( do dzisiaj docenianą przez turystów ), do tego kromka ,, włoskiego pane"  coś do popicia i żołądek zapchany.

 Po przysłowiowym dniu wolnym wracaliśmy bardziej zmęczeni aniżeli po treningu. Cały dzień na nogach. Mózg pracował co jeszcze i gdzie tanio kupić i jak najmniej wydać. Do dzisiaj zachowało mi się kilka płyt, które wówczas kupiłem - Ewa Eichler znawczyni muzyki Rock kierowała nami co mamy kupić, czyli Boni M, Queen, Donna Sommer, Elton John, Patrik Fernandez, Pink Floyd to było na czasie w latach 80 tych. Powrót na kolację, jak zwykle makaron, jakiś tam kawałek mięsa z kurczaka.  Na szczęście w pokoju czekał smaluszek prywatnego, domowego wyrobu i wtedy dopiero się najadaliśmy.

Naszymi opiekunami byli: grupa trenerów i lekarz, Andrzej Niedzielski, ksywka Tygrys,  Stanisław Rybakowski, Cyryl Taraloski, ksywka Wuja i lekarz Mieczysław Tomasik. Ciężki był trening w Castel, ale ciekawy. Każdy wiedział, że czeka nas ciężka praca, ale też mało kto w tych czasach mógł sobie pozwolić na wyjazd do tak "egzotycznego" kraju.

Marzec Dunavarsany na Węgrzech kolo Budapesztu. Treningi o nacisku ilości i intensywności.  Po spędzonych  trzech sesjach, razem okolo 5 godzin w K1 lub K2 - taka codzienna walka na wodzie kładła każdego. Każdy myślał o kwalifikacjach i im bliżej było do początku sezonu tym więcej było plotek o składach drużyny Olimpijskiej.


Dunavarsany koło Budapesztu zgrupowanie w marcu 1980 r. Od lewej Edward Bukowski, Zdzisław Szubski, Andrzej Budzicz, Andrzej Klimaszewski

Maj, kwalifikacja w Wałczu. Zdecydowanie wygrywamy K2 na 500 i 1000 metrów.
Stajemy się najlepszą dwójką czyli K2 w Olimpijskim sezonie. Rozwaliłem K4, ale świadomy byłem że nie mamy szans z K4 weteranów pod przewodnictwem Grzegorza Śledziewskiego. Wielokrotnego Mistrza Świata. Starty w Kopenhadze na Węgrzech i w Polsce doprowadziły do ostatecznej decyzji zarządu Polskiego Związku Kajakowego o składzie Polskiej Reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie Moskwa 1980.

                                Bydgoszcz, nominacja Olimpijska czerwiec 1980




Bydgoszcz, wręczenie nominacji Olimpijskiej.  Na zdjęciu od lewej Stanisław Gostkowski Prezes Polskiego Związku Kajakowego w głębi Grzegorz Śledziewski, ( wielokrotny Mistrz Śwata, mój idol już od 1973 roku ), Zdzisław Szubski

Mieliśmy do wyboru 500 czy 1000 metrów, zdecydowaliśmy z Waldkiem że wystartujemy na 500 metrów.




       Bydgoszcz, K2 olimpijska dwójka, Waldemar Merk - Zdzisław Szubski



Lot z Warszawy bezpośrednio do Moskwy. Siedząc z Władkiem Kozakiewiczem w jednym rzędzie nie myślałem że to przyszły ZŁOTY medalista Olimpijski.  Sądzę, że on też tak nie myślał,   Ponieważ w tamtym momencie Tadeusz Ślusarski był o głowę lepszy od niego.

Moskwa, szok, duże miasto, wioska strzeżona chyba lepiej niż Alcatraz w San Francisco, włącznie z torem regatowym, gdzie na długości całego toru mierzącego 2000 metrów, co 50 m  stał radziecki żołnierz z kałasznikowym. Można sobie wyobrazić ilu ich było, chyba znacznie  więcej niż wszystkich zawodników na igrzyskach.

Wreszcie start, trzykrotnie przejechany dystans 500m metrów w tak zwanego trupa. Pamiętam tylko pierwsze 250 - 300 metrów, następne 200 nie pamietam.  Eliminacja, półfinał i wreszcie FINAŁ.

.
Niestety tylko siódme miejsce. Może do chociaż małego zadowolenia zabrakło jednej pozycji, która by dała chociaż olimpijski punkt.  W finale do 300 metrów byliśmy w pierwszej czwórce, a potem jak się to mówi, nas ścięło.  Myśleliśmy o medalu, no nie wyszło.


           Moskwa, wioska olimpijska 1980, Zdzisław Szubski i Waldemar Merk

Ambicjonalnie jeszcze nie opuściłem Moskwy, a już myślałem o następnych Igrzyskach w 1984 Los Angeles.

Moim zdaniem warto wspomnieć o chwili, którą szczególnie wówczas przeżyłem i doceniam to przeżycie do dnia dzisiejszego.
Do zakończenia Igrzysk brakowało dwóch dni. Wybraliśmy się z Waldkiem na Olimpijski stadion i szczęście nam dopisalo ponieważ obejrzeliśmy bieg na 3000 metrów z przeszkodami z udziałem  Bronka Malinowskiego.

Styl w jakim on rozegrł ten bieg byl niesamowity i myślę, że do dzisiaj można by dać go za przykład wszystkim młodym adeptom sportu i to nie tylko lekkoatletyki. To był bieg olimpijski, bieg  po medal najwyższej rangi na naszym Globie. Taktyka i spokój jakim się wykazał Bronislaw Malinowski to wielkie mistrzostwo.
Nigdy nie myślałem że się później spotkamy i to wielokrotnie, na basenie Astorii Bydgoszcz.  Narzeczoną Bronka  była  pływaczka z Bydgoszczy.  Niestety jednego dnia wracając do Grudziądza gdzie mieszkał i wyprzedzając samochodem na moście nad Wisłą, doszło do tragicznego wypadku, w którym Bronek zginał na miejscu.

Wielki to był sportowiec, przyjaciel i przykład dla wielu sportowców na całym Świecie.

Wspominam do dzisiaj ciężką prace którą włożyłem aby zakwalifikować się do reprezentacji. Warto było.  Ta praca owocuje do dzisiaj.  Olimpijczyk to nie medalista Mistrzostw Świata. Jest tak jak Baron Pierre de Coubertin stwierdził:

,,Zwycięstwem jest uczestnictwo, a nie zdobycie medalu olimpijskiego,,

Ta myśl ojca, wskrzeszyciela Nowożytnych Igrzysk Olimpijskich, bywa jednak obecnie często  wypaczana.   W momencie startu jak i w momencie przygotowań do Igrzysk zrobiłbym wszystko, aby zdobyć medal.   Zrobiłem, ale byli lepsi.

,,Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska,,

 Józef Piłsudcki.

I tą myślą kieruję się do dzisiaj.

W roku, w którym spełniły się marzenia startu na Olimpiadzie, przyszły też do mojej głowy nowe pomysły.  Chodzi o pobicie Rekordu Guinnessa.   O tym w następnym rozdziale moich wspomnień.



wtorek, 23 kwietnia 2013

Bydgoski wstyd - 5

Tutaj była wspaniała kawiarnia Bulwarowa.  Jako młodzieniec bywałem jej częstym gościem.  Zajadałem się wraz z moimi wspaniałymi koleżankami z tamtego okresu, wielokolorową galaretką z bitą śmietaną, lodami Melba lub Casatte, albo popijałem kieliszek wina Calabrese, Manolii, Misteli lub Ciociosanu.

A teraz przy nowej trasie tramwajowej do dworca taki wstyd!

Czy nie można właścicielowi tego lokalu nakazać zrobienia porządku z tym bałaganem?

Poprzedni post z tego cyklu.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Kilka obrazków z dzisiejszego pobytu w Myślęcinku - niedziela 21.04.2013

Przywieźli piasek, będzie druga plaża w Myślęcinku.

Spacerowiczów nie brakowało.

Tylko trzeba było uważać na te wielkie gady.

A małe kasztany przy drodze do (nomen omen) centrum edukacji ekologicznej,  jeszcze mniejsze niż rok temu i jeszcze bardziej zarośnięte, niezabezpieczone i niepodparte.