czwartek, 16 sierpnia 2018

Kieżun raz jeszcze - 04.01.14.

Rozmowa PCh24.pl
Rozmowa z prof. Witoldem Kieżunem

Zielona wyspa czy neokolonia?

Data publikacji: 2014-01-01 21:00
Data aktualizacji: 2014-01-04 15:39:00


Read more: http://www.pch24.pl/zielona-wyspa-czy-neokolonia-,20198,i.html#ixzz2pTH7HXLs


W rozpoczynającym się roku minie ćwierćwiecze od startu tzw. transformacji ustrojowej. O stanie polskiego państwa i gospodarki mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl prof. dr hab. Witold Kieżun, ekonomista, wybitny ekspert w dziedzinie zarządzania, powstaniec warszawski, kawaler Orderu Virtuti Militari.

  



Panie Profesorze, w jakim stanie znajduje się obecnie nasza gospodarka? Premier Donald Tusk oraz były minister finansów Jacek Rostowski wielokrotnie zapewniali, że jesteśmy tzw. zieloną wyspą.

- Nasza struktura gospodarcza w chwili obecnej jest analogiczna do struktury krajów pokolonialnych i w zasadzie można powiedzieć, że Polska jest neokolonią. Jeśli chodzi o niepodległość polityczną to uważam, że ją mamy, choć jest ona ograniczona w ramach Unii Europejskiej. Natomiast w sferze ekonomicznej, niestety, jesteśmy podlegli. Moją tezę bardzo łatwo wytłumaczyć. W Polsce obecnie istnieje około sześćdziesięciu banków, z czego tylko trzy są polskie. Spośród tych trzech tylko jeden ma 100 procent polskiego kapitału - jest nim Bank Gospodarstwa Krajowego. Wszystkie nasze banki sprzedaliśmy łącznie za ok. 25 mld zł, a dla porównania łączny dochód banków w roku ubiegłym wyniósł 15 mld zł. Podsumowując, można powiedzieć, że banki oddaliśmy prawie za darmo. 

Kolejną kwestią jest wielki handel, który można określić mianem „złotego jabłka”. W zasadzie nie mamy polskich supermarketów. Najpopularniejsza u nas jest portugalska „Biedronka”, której właściciel za dwa lata będzie najbogatszym przedsiębiorcą w Polsce. W związku ze sprzedażą banków nie kontrolujemy finansów, ze względu fakt, że nie posiadamy polskich supermarketów – nie mamy handlu. Ale jest jeszcze trzecia ważna struktura, mianowicie przemysł. Niestety, wielki przemysł również w Polsce już nie istnieje. Są oczywiście jeszcze pojedyncze duże firmy, ale coraz częściej bazują one w znacznej części na obcym kapitale, jak choćby Kopalnia Miedzi i Srebra w Lubinie, która posiada jedynie około 43 – 45 procent kapitału polskiego. PKO Bank Polski ma do dyspozycji też mniej niż połowę kapitału polskiego. Posiadamy jeszcze średniej wielkości przedsiębiorstwa, które i tak zaledwie w niespełna połowie przypadków są w pełni polskie. W efekcie w ciągu roku nawet do 100 miliardów złotych zysków zagranicznych przedsiębiorstw wypływa poza Polskę. Za tym idzie niemożność tworzenia nowych miejsc pracy, a w konsekwencji olbrzymia emigracja. Ostatnie dane GUS mówią o 2,1 mln osób stale osiadłych za granicą oraz około 1 milionie Polaków, którzy wyjeżdżają okresowo. Tak więc straciliśmy 3 miliony obywateli. W Polsce mamy również 2 miliony bezrobotnych, co stanowi 13 procent, a także masę emerytów i rencistów. Proszę pamiętać, że w pewnym momencie w likwidowanych  przedsiębiorstwach zwolnionym pracownikom powszechnie proponowano renty.

W tym miejscu optymiści powiedzieliby: „ale przecież otrzymujemy wielkie pieniądze z Unii Europejskiej”.

- Oczywiście, otrzymujemy, ale musimy pamiętać o tym, że my też musimy dokładać się do jej budżetu. Poza tym, warto policzyć, ile straciliśmy dzięki strukturom UE. Tak jak wcześniej wspomniałem, stocznie zostały zlikwidowane dzięki Unii Europejskiej, byliśmy ukarani za dofinansowanie ich z budżetu państwa. Co ciekawe, Niemcy były w podobnej sytuacji do naszej, ale im ta sprawa „uszła na sucho”. Użyli argumentu, że dofinansowują dawne przedsiębiorstwa socjalistyczne na terenie byłego NRD, ale przecież my moglibyśmy użyć tego samego argumentu. Niestety, Niemców traktuje się w sposób wyjątkowy. Straciliśmy również wielki przemysł cukrowniczy i zostaliśmy zmuszeni do importu cukru z Ameryki Południowej. To tylko przykłady, których jest o wiele więcej.

Wspomniał Pan o Niemczeh. Jak kształtują się różnice w zarobkach polskich i niemieckich pracowników? Coraz częściej słyszy się, że na Zachodzie nie tylko zarabia się znacznie więcej, ale również i produkty stają się tańsze tam niż w Polsce.

- Zanim odpowiem na to pytanie, chciałbym zwrócić uwagę, że w Polsce mamy jedenaście miast, w których żyje się na przyzwoitym poziomie. Wśród nich Warszawa, notująca bezrobocie na poziomie zaledwie ok. 4 proc. To bardzo dobry wynik. Ponadto, w stolicy mamy stosunkowo wysokie zarobki, które przewyższają średnią krajową o prawie 1 000 zł. Wracając do pytania, chciałbym opowiedzieć pewną historię. Mój znajomy przeprowadził ciekawą analizę, mianowicie będąc w Berlinie odwiedził kilkanaście dobrych restauracji. Po przyjeździe do Polski okazało się, że w porównaniu z warszawskimi lokalami Berlin wypada lepiej, gdyż tam jest po prostu taniej.

Swego czasu przygotowałem oficjalne zestawienie płac w różnych zawodach. Jeśli chodzi o architektów oraz informatyków, trzeba przyznać, że zbliżamy się do średniej europejskiej, ale w przypadku pozostałych zawodów posiadamy średnio cztery razy mniejsze zarobki niż w pozostałych zachodnich krajach. Dla lepszego zobrazowania problemu przywołam przykład gliwickiej fabryki Opla, która została wybudowana przez Niemców i wygląda dokładnie tak samo jak fabryka Opla w Hanowerze. Różnica występuje tylko w zarobkach pracowników. Polacy zarabiają średnio 1 200, a Niemcy 4,5 tysiąca euro.

Z Pana analizy wynika, że nasza sytuacja jest bardzo poważna. Nie posiadamy wielkich przedsiębiorstw ani banków. Zarabiamy dużo mniej niż nasi sąsiedzi, choć wykonujemy tę samą pracę. Ale o sile państwa stanowi również administracja oraz sprawni politycy. Jak skomentuje Pan tę sferę?

- W gospodarce planowej, w której wszystko było centralnie ustalane, w aparacie administracji centralnej pracowało 46 tysięcy osób. W tej chwili mamy 144 tysiące! Stworzyliśmy powiaty, w dobie informatyki zupełnie niepotrzebne, a także jedyny w skali świata fenomen, którym są podwójne struktury wojewódzkie. W Polsce funkcjonuje zarówno marszałek województwa jak i wojewoda. Jeśli przyjrzeć się tym strukturom dokładniej, zauważymy, że są to takie same urzędy. Wszystko to jest podyktowane chęcią umieszczania przez rządzących na różnych stanowiskach swych współpracowników i znajomych.

Innym ważnym elementem są wybory, podczas których realnie głosujemy na listy wyborcze, na wybranych kandydatów ustalanych przez kierownictwa poszczególnych partii. Kolejność oczywiście nie jest przypadkowa, a zależy od stosunków i relacji z najważniejszymi osobami w partii.

Jeśli chodzi o życie polityczne, muszę przyznać, że jest ono nonsensowne. W pierwszej kadencji Sejmu 240 posłów zmieniło od dwóch do czterech razy przynależność partyjną. Od początku poprzedniej kadencji tylko z jednej partii Prawo i Sprawiedliwość, wyłoniły się trzy kolejne. Lewica też się dzieli a były minister Gowin też tworzy nową partię. Jeśli chodzi natomiast o sprawność legislacyjną to mamy cały szereg ustaw, które były zmieniane 40, 60 czy 120 razy! Dokładne dane podaję w swojej książce pt. „Patologia transformacji”.

Badania Banku Światowego mówią nam, że spór gospodarczy w Polsce trwa średnio 300 dni, jest to zupełny absurd! Kwintesencją polskiej polityki parlamentarnej są incydenty, które bardzo często mają miejsce w hotelu sejmowym. Dzięki znajomej, która została posłem, udało mi się dotrzeć do oryginalnego zestawienia skandali, jakie miały tam miejsce. Pijaństwo i rozróby były na porządku dziennym.

Obok problemu z władzą mamy inne, choćby fatalne prognozy demograficzne.

- No właśnie. Niestety, sprawy, o których pokrótce powiedziałem, to nie jest koniec naszych problemów. Jesteśmy w światowej czołówce, jeśli chodzi o stopień wymieralności.  Na 224 kraje, które były przedmiotem analizy, Polska znajduje się na 212. miejscu ze wskaźnikiem rozrodczości 1,2. Co ciekawe, wskaźnik rozrodczości Polek mieszkających w Londynie wynosi 2,5.

Są jakieś szanse na wzrost słupków ekonomicznych i uratowanie sytuacji gospodarczej Polski?

- Poważną nadzieją na uratowanie Polski są złoża gazu łupkowego. Obecnie w Stanach Zjednoczonych litr benzyny kosztuje w przeliczeniu 3 złote. Za dwa lata USA będą największym na świecie eksporterem gazu pochodzącego z tzw. łupków. Niestety, w Polsce od trzech lat parlament nie uchwalił odpowiedniej ustawy ekologicznej, poza tym w każdej sprawie musimy prosić o zgodę struktury Unii Europejskiej. Kilka tygodni temu odwiedził mnie znajomy profesor, Amerykanin, który powiedział, że na Ukrainie i w Rosji dużo łatwiej jest załatwić sprawy biurokratyczne dotyczące inwestycji w złoża gazu łupkowego. Tam są proste zasady. 60 procent zysków dla państwa, 40 procent dla inwestora. U nas tego brakuje. W tej chwili konieczna jest radykalna reforma polityki państwa i tak jak przed chwilą powiedziałem, skierowanie wszystkich wysiłków na wydobywanie gazu łupkowego. Warto pamiętać również o tym, że w Polsce znajdują się ogromne złoża węgla. Co ciekawe, jesteśmy w posiadaniu technologii produkcji benzyny z węgla. To też jest pewne rozwiązanie. Amerykańskie opracowania mówią, że jeśli cena za baryłkę ropy naftowej będzie wynosiła powyżej 50 dolarów, wówczas produkcja benzyny będzie opłacalna. Dziś jak wiemy, ta cena wynosi około 100 dolarów. Chemia węgla daje dalsze ogromne możliwości.

W jaki sposób przeciętny Polak może przyczynić się do poprawy sytuacji swojego kraju?

- Sytuacja w Polsce jest obecnie niesłychanie poważna i konieczna jest daleko idąca mobilizacja. Przede wszystkim musimy zacząć korzystać z usług małych polskich przedsiębiorstw, robić zakupy w tych nielicznych, ale polskich sklepach. Kupować również polskie artykuły. Ale to nie wszystko. Moim zdaniem, musimy stale pracować nad odpowiednim kształtowaniem młodych ludzi, których postawa jakże często jest teraz ogromnie hedonistyczna. Naszym zadaniem jest upowszechnienie chrześcijańskich wartości. Powinniśmy również rozpowszechniać piękno filozofii chrześcijańskiej. Niestety, te kwestie na przełomie wieków również zaprzepaściliśmy. Proszę sobie wyobrazić, mój ojciec miał zasadę, że nie przyjmował w domu znajomych, którzy byli rozwodnikami. W dzisiejszych czasach brzmi to niewiarygodnie, ale taka właśnie była atmosfera w polskich domach przed wojną.

Rozmawiał Paweł Ozdoba

Prof. zw. dr hab. Witold Kieżun – doktor honoris causa, członek International Academy od Management (USA), honorowy członek Komitetu Nauk Organizacji i Zarządzania PAN, były doradca naukowy prezesa NBP. Kierownik projektów ONZ dotyczących modernizacji zarządzania w Afryce Centralnej. Kierownik Zakładu Prakseologii PAN. Wykładał m.in. na Universite Paris Sorbonne II, School od Managment Bradford University, Temple University w Filadelfii oraz Universite de Montreal. Oficer Armii Krajowej, powstaniec warszawski, odznaczony w czasie Powstania osobiście przez naczelnego dowódcę AK Orderem Virtuti Militari. Więziony w radzieckim gułagu na pustyni Kara-Kum.


Read more: http://www.pch24.pl/zielona-wyspa-czy-neokolonia-,20198,i.html#ixzz2pTHDNH4c

Kieżun o kodziarzach - 16.05.16.

sobota, 11 sierpnia 2018

Beznadziejne granice polskiej demokracji.

W maju 2018 roku zaistniał we wszystkich mediach nijaki Michał Dzięba.  Głosił prawdę o nijakim Czaczkowskim, który z ramienia PO jest kandydatem na prezydenta naszej stolicy.  Mówił obszernie o przekrętach PO  w KGHM-ie i o wielu innych aferach PO.  Mówił, mówił i przepadł.

Nie ma go.  Nikt o nim nic nie wie.

Nikt nie komentuje.

Nikt o nim nic nie pisze.

Co do jest do k...wy  nędzy za demokracja?

Zadaję pytania dotyczące pana Dzięby od kilku miesięcy na wszystkich możliwych portalach, ale nie otrzymuję żadnych odpowiedzi.

Wierzyłem w Witolda Gadowskiego, lecz niestety i ten ostatni bastion mnie zawiódł.

Poniżej skan moich zapytań do Witolda Gadowskiego, które zostały bez odpowiedzi.

A podobnych pytań na różnych portalach zadałem dziesiątki i nigdzie nie uzyskałem odpowiedzi.


Kto tym manipuluje?


Kto za tym stoi?

Gdzie jest Dzięba?





KTO  NAMI  MANIPULUJE?


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

"Bogusław" - odcinek 5


Poprzedni odcinek.

Bogusław odcinek 5

To właśnie Maciej, późną wiosną 1980 roku namówił Leszka do pracy na kolei.  A potem przez ponad sześć lat, prawie codziennie, jeździli razem na te same budowy.  Maciej nadzorował roboty budowlane, a Leszek roboty instalacyjne.  Dlatego też ich drogi wiodły na te same  kontrole, narady, odbiory, komisje, przeglądy i inne działania do których inspektorzy nadzoru byli zobowiązani.

A z tym wspomnianym niepokojem było tak: - Otóż trzydziestego pierwszego maja 1986 roku w czasie podróży powrotnej z cyklicznej narady w wysokiej dyrekcji w Gdańsku i to tuż przed dojazdem do stacji Bydgoszcz Główna, Maciej ściszonym głosem i w pełnej tajemnicy przed innymi powiedział Leszkowi, że dzisiejszy dzień jest jego ostatnim dniem pracy na kolei.

Tuż przed wyjściem z pociągu dodał, że trzy miesiące temu złożył wypowiedzenie, rozliczył się z koleją, a od jutra otwiera zakład rzemieślniczy o specjalności malarsko - tapeciarskiej.

Leszek przeżył szok i przez wiele tygodni nie mógł się z niego otrząsnąć.

Wtedy też, w jego głowie coraz wyraźniej zaczęła się formułować odważna myśl: -  a może trzeba zrobić tak samo.  Myśl ta nie chciała już tak łatwo ustąpić jak poprzednio, dręczyła go i nie dawała mu spokoju. Jednak po kilku tygodniach musiał oswoić się z nową sytuacją. Głównie pod wpływem codziennych problemów, zaczął zapominać o tym swoim postanowieniu.

Pewnie nie szybko wróciłby do kolejnych tego typu rozważań, gdyby w
połowie sierpnia nie spotkał Macieja.
Spotkali się przypadkowo na Starym Rynku. Maciej, podobnie jak Leszek od studenckich czasów, był smakoszem win gronowych, dlatego też zaprosił Leszka na lampkę wina do "Winiarni Piwnicznej", mieszczącej się w pobliżu miejsca ich przypadkowego spotkania, czyli przy ulicy Jezuickiej. Tutaj w trakcie długiej rozmowy, Maciej dopiero przy trzeciej szklance wina, opowiedział Leszkowi dosyć szczegółowo, o tym, jak to w ciągu pierwszych dwóch miesięcy prywatnej działalności, zarobił, na czysto, ponad sześćset tysięcy złotych, czyli prawie tyle ile w swojej pracy na kolei zarobiłby w półtora roku. Tym razem niepokój Leszka został wystawiony na wielką próbę, zresztą po raz drugi właśnie za sprawą Macieja.

I to właśnie na tym etapie życia, obojga panów, zarówno Bogusława jak i Leszka, los zetknął ich ze sobą. Było w tym coś dziwnego, coś takiego jakby jakaś nieuchwytna siła pokierowała ich ku sobie, albo pewnie był to po prostu czysty przypadek.

Wróćmy jednak do opisu dalszego biegu wydarzeń, rozpoczętych sierpniowym spotkaniem w kolejowym biurze Oddziału Budynków w Bydgoszczy.

Po dwóch tygodniach od rozpoczęcia przez firmę Bogusława robót w Solcu Kujawskim, Leszek postanowił pojechać je skontrolować. Chciał zobaczyć jak firma pana Nowaka radzi sobie z wykonywaniem tych głębokich ręcznych wykopów oraz ile robót i w jaki sposób, już wykonała.

W środę, siedemnastego września, w dżdżysty i chłodny poranek, pan Leszek niespodziewanie zjawił się na budowie. Chociaż było jeszcze sporo przed ósmą to pracownicy pana Nowaka, pod wodzą pana Karola, już uwijali się po budowie. A nie było to wówczas takie powszechne. Pan Karol, gdy tylko, z daleka, zauważył pana inspektora, zaraz gdzieś przepadł. Zanim pan inspektor, rozmawiając z pracownikami i zaglądając do wykopów, zdążył dojść do budynku, w którym była szatnia i biuro budowy, mieszczące się w jednym pomieszczeniu, w piwnicy bloku mieszkalnego, to już spostrzegł biegnącego w jego stronę pana Nowaka, który z daleka wołał:- witam pana inżyniera, co za miła niespodzianka, ja akurat byłem u zawiadowcy stacji i rozmawialiśmy o wykopie, który przeszkadza mu w dojeździe na perony, gdy wpadł Karol wołając: -przyjechał inspektor z Gdańska. No to jestem, zapraszam panie inżynierze, wejdziemy do naszego skromnego biura, gdzie będziemy mogli spokojnie sobie porozmawiać. Taka paskudna pogoda, nie będziemy tutaj stać i moknąć. Nie, nie, panie Nowak, najpierw dokładnie obejrzymy co wy tutaj zdążyliście zdziałać - odpowiedział pan Leszek. Trochę się po budowie przeszedłem i widzę, że nawet już ułożyliście kilkadziesiąt metrów rur i postawiliście dwie studzienki. Muszę sprawdzić, czy wszystko dobrze zrobiliście. Wejdziemy najpierw do tej pierwszej studzienki i obejrzymy jak to wygląda od środka, poświecimy w rurę i zobaczymy co ujrzymy z drugiej strony - dodał pan Leszek. Ależ wszystko wykonane jest bardzo dobrze, ja to panu gwarantuję, odrzekł na to pan Bogusław, a po chwili dodał:- pierwszy raz słyszę, żeby inspektor wchodził do studzienki i świecił latarką w rury, tego nikt nie robi, a przy tym pobrudzi się pan wchodząc do tej głębokiej i zabłoconej studzienki, czy to warto?, Karol zna się na swojej robocie i zapewniam pana, że rury ułożył idealnie prosto. Pan Marcinkowski jednak nie dał się przekonać i zwracając się do pana Karola powiedział: - niech pan odsunie ten właz, ja zejdę na dół, a pan potem poda mi tutaj moją latarkę, później weźmie ją pan ode mnie i pójdzie pan do drugiej studzienki tam zaświeci pan w rury w moją stronę. Pan Karol zaskoczony i zdziwiony, odsunął ciężki żeliwny właz, nic przy tym nie mówiąc. Pana Nowaka wręcz zamurowało, stał tylko nad otwartą studzienką, w której znikał pan inspektor i kiwał z niedowierzaniem głową. Po chwili, pan Leszek krzyknął ze środka:- pan weźmie tę latarkę, panie Karolu i idzie zaświecić tak jak mówiliśmy. Pan Karol poszedł i zaświecił. Po paru minutach, pan inspektor, trochę wybrudzony, ale z dosyć dobrą miną, wygramolił się z wąskiej i głębokiej studzienki. Idealnie to nie jest, pełni księżyca nie widać, ale źle też nie. Następne odcinki musicie wykonać jeszcze lepiej i pamiętajcie, że wszystkie będę tak samo sprawdzał.

Później, często i to przez wiele lat, pan Bogusław opowiadał, jak to, jedyny raz w jego budowlanej karierze, zdarzyło się, że inspektor wszedł do studni i świecił latarką w rury, jakby nie miał nic innego do roboty. Zawsze wywoływało to, na twarzach słuchających, wielkie zdziwienie, połączone z ze swoistym politowaniem.


Po upływie kolejnego tygodnia, pan Leszek ponownie zjawił się na budowie w Solcu. Tym razem jednak był umówiony z panem Nowakiem. Chodziło o podpisanie protokołów odbioru wykonanych robót. Na podstawie takiego protokłu, później wystawia się fakturę do zapłaty. W początkach października, w piękny, ciepły i słoneczny, prawie letni jeszcze dzień, około południa, pan inspektor Marcinkowski wysiadł z pociągu, jadącego od strony Torunia i przeszedł kilkadziesiąt metrów, dzielących peron stacji od budowy pan Nowaka. Jakież było jego zdziwienie, gdy na budowie nikogo nie zobaczył. Poszedł trochę dalej, kierując się w stronę szatni i biura budowy. Tutaj już z daleka usłyszał jakiś gwar, pewnie ktoś musiał go wcześniej zauważyć, gdyż jeszcze zanim zdążył dotrzeć do drzwi wejściowych do piwnicy, wyszło z nich pięcioro pracowników z panem Karolem na czele i raźnie pomaszerowali w kierunku wykopów. Pan inspektor wszedł do pomieszczenia, gdzie najpierw uderzyła go ogromnie nieprzyjemną woń przepoconych roboczych ubrań, a dopiero później, za gęstymi kłębami tytoniowego dymu, zauważył siedzącego przy prowizorycznym biurku, pana Bogusława, wypełniającego zawzięcie jakieś papiery. Pan Nowak, gdy zauważył inspektora, gwałtownie podniósł się z za biurka i podszedł z wyciągniętą ręką do pana Leszka, mówiąc:- witam, witam serdecznie pana inżyniera, spodziewaliśmy się pana następnym pociągiem, gdyż tak pan do mnie przez telefon mówił, ale bardzo się cieszę, że już pan przyjechał. Proszę niech pan siada na moim miejscu, tutaj leżą nasze protokóły, niech pan je przejrzy i podpisze. Nie tak szybko panie Nowak, -odpowiedział pan Leszek. Najpierw musimy dokładnie obejrzeć wszystko coście do tej pory tutaj zdziałali. Potem wrócimy do papierów.

Chodźmy, bo w tym dymie nie można wytrzymać, a na zewnątrz dzisiaj taki piękny dzień. Co zaś do godziny przyjazdu, to po prostu wcześniej załatwiłem sprawy w Toruniu, akurat miałem pociąg i dlatego zjawiłem się trochę wcześniej. Panowie podeszli nad wykop, w którym teraz uwijało się paru pracowników, nie było jednak wśród nich pana Karola. Postali chwilę i popatrzyli na pracujących. Nagle pan Bogusław, zwracając się do pana Leszka powiedział:- muszę, na moment, pana przeprosić, niech pan wszystko sprawdza, ja wrócę za parę minut. Po czym oddalił się w kierunku ulicy Dworcowej. Wrócił po około dziesięciu minutach, a po następnych paru minutach, ponownie przepraszając pana inspektora znowu zniknął na jakieś piętnaście minut. W końcu zaintrygowany pan Leszek zapytał: - co się dzieje Panie Nowak. Po co pan tak biega na tę ulicę Dworcową?  A gdzie podział się pan Karol?  Chciałbym mu zadać kilka pytań. Pan Nowak, jakoś dziwnie ożywiony i lekko zaskoczony, odpowiedział:- tak się składa, że akurat przedwczoraj odebrałem z Pewexu nowego Fiata 126P, na którego wpłaciłem pieniądze już wiele tygodni wcześniej i właśnie dzisiaj pierwszy raz przyjechałem nim do Solca. Nie chcąc wjeżdżać w te dziury i błoto na budowie, zostawiłem samochód na początku ulicy Dworcowej. Dlatego wysyłałem Karola, żeby mi go przypilnował, a i sam co jakiś czas chodzę zobaczyć, czy wszystko w porządku. Sam pan rozumie, jak coś jest nowe to człowiek dba i martwi się o to, a później to już różnie bywa. Tak z tym to pan ma rację, ale chyba nie trzeba, aż piętnastu minut, żeby zobaczyć stojący sto metrów stąd, samochód. Pan Bogusław, trochę zaskoczony i zażenowany odpowiedział:- no przepraszam pana inspektora, ale Karol ciągle coś tam ogląda, sprawdza i próbuje, a i mnie to wciąga, ale teraz już z tym koniec. Idę po Karola i wspólnie odpowiemy panu na wszystkie pytania. Jeszcze raz pana przepraszam, niech się pan nie gniewa, tak się dzisiaj złożyło z tym nowym samochodem. Dobrze, dobrze, nic nie szkodzi, ja się wcale nie gniewam, tylko się trochę dziwiłem, gdzie obaj, tak nagle przepadliście. No, ale zabierajmy się do naszego odbioru, dodał pan inspektor po czym jeszcze raz obejrzał dokładnie wykonane roboty, zadał kilka pytań i poszedł się z panem Nowakiem do biura w piwnicy. Tutaj sprawdził wypisane protokóły, podpisał je, pożegnał się z panem Bogusławem, życząc mu wiele zadowolenia z nowego samochodu. Parę minut po czternastej wsiadł do pociągu jadącego do Bydgoszczy.

Wysiadł na stacji Bydgoszcz Główna, a ponieważ jeszcze było wcześnie, była piękna pogoda, pan Leszek postanowił pójść pieszo do swojego domu przy ulicy Czackiego na bydgoskim Szwederowie. Szedł od dworca PKP dziurawą, nierówną i brudna ulicą Dworcową, na której co chwilę słyszał przeraźliwe dzwonki tramwajów, szybko mknących po szynach, ułożonych na pełnej dziur, brukowanej ulicy. Tramwaje o tej godzinie, były pełne ludzi. Jedni wsiedli do nich przy dworcu prosto z pociągów lub wracali do domów z pierwszej zmiany z Eltry, ZNTK, Zajezdni i innych zakładów. Drudzy spieszyli po pierwszej zmianie lub nauce, na pociąg, żeby pojechać do swoich domów. Czerwone, klockowate tramwaje skrzypiały i piszczały na torach, niejednokrotnie niebezpiecznie się przechylając i prawie ocierając się o bardzo licznych przechodniów na tej ruchliwej, pełnej najróżniejszych sklepów, ulicy.

Pan Leszek szedł sobie dosyć wolno, rozmyślając o tym ile to trzeba zrobić, żeby ta ulica była ładna, miła, żeby ludzie mogli po niej spokojnie i bezpiecznie chodzić. Myślał jak to byłoby przyjemnie żeby idąc z dworca lub na dworzec odbyć przyjemny spacer, a nie lawirować pomiędzy dziurami na wąskich chodnikach, a niebezpieczeństwem ze strony tramwajów i licznych samochodów. Żeby tak domy były kolorowe, sklepy pełne towarów, chodniki czyste i równe. Takie myśli nachodziły go głównie dlatego, że miał taką naturę.

A swoją drogą ulicę Dworcową znał bardzo dobrze. Bowiem po przyjeździe do Bydgoszczy najpierw mieszkał na ulicy Bocianowo, a potem na Warszawskiej. Z tej racji jego drogi często prowadziły ulicą Dworcową. Czasami, chociaż rzadko, bywał w kawiarni Stokrotka, mieszczącej się na piętrze pawilonu handlowego pomiędzy ulicami Unii Lubelskiej, a Sobieskiego. Częściej nie mogąc strawić internatowego jedzenia, a gdy tylko pozwalały mu na to bardzo skromne środki finansowe, zajadał grochówkę w sławetnym Małym Barze, tęsknie przy tym spoglądając na ogromne golonki, duże piwa i setki wódki, zjadane i wypijane przy sąsiednich stolikach. Czasami kupował jakąś płytę Niemena, Skaldów, Czerwonych Gitar, Trubadurów lub innych polskich wykonawców, w Księgarni Muzycznej. Bywał niekiedy, ale bardzo rzadko, w słynnym Zodiaku lub w kinie Orzeł naprzeciw tej popularnej restauracji. Bywał w pięknej i miłej kawiarni Bulwarowa, położonej nad Brdą, za dyrekcją PKP. A ostatnio bardzo często bywał w baraku obok tej dyrekcji, gdzie mieściły się biura Przedsiębiorstwa Robót Kolejowych, firmy wykonującej wiele robot, które nadzorował. Tak idąc ulicą myślał o tym wszystkim. I myślał też o tym jak niewiele zmieniła się ta ulica przez ostatnich prawie dwadzieścia lat. Zaś zmiany, które spostrzegał były przeważnie zmianami na gorsze. Coraz większe były dziury w jezdni i chodnikach, bardziej brudne, odrapane i ochlapane były fasady domów. Tylko czasem, jak kolorowy kwiat na wypłowiałej łące, w tej powodzi socjalistycznej szarzyzny dostrzegał jakiś miły element. Był to sklep z lampami na rogu ulicy Fredry, czy zawsze ciekawa z powody wystawionej na niej towarów, witryna Peweksu, albo wystawa u Jubilera, czy w sklepie ze skórami, albo wspaniałe słodycze w firmowym sklepie Wedla, tuż przed PDT-em.

Nagle te jego rozmyślania przerwał przeraźliwy pisk kół, tramwaju skręcającego z Dworcowej na Aleje 1 Maja. Wystraszony rozejrzał się pospiesznie co też się dzieje, ale stwierdziwszy, iż to tylko tramwaj, spokojnie już skręcił przy Jedynaku w prawo, w stronę ulicy Jagiellońskiej. Po przejściu około stu metrów wszedł do, najlepszej w mieście, Księgarni Współczesnej. Tutaj na parterze zapytał, czy jest coś nowego autorstwa Miki Waltari lub Roberta Gravesa, jak zazwyczaj usłyszał, że nie ma. Potem obejrzał trochę nowości z literatury fantasy i wszedł na piętro, z myślą, aby kupić jakąś książeczkę swojej ośmioletniej córeczce Karolince. Jednak tym razem, nie znajdując niczego nowego, nic nie kupił. Po wyjściu z księgarni przeszedł Mostową na Stary Rynek i skierował swoje kroki w stronę ulicy Jezuickiej.


Następny odcinek

niedziela, 5 sierpnia 2018

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 30

Dzisiaj bardzo krótko, ale za to bardzo głęboko.  Warto się zastanowić nad tymi prostymi słowami.

"Kreatywność jest źródłem magii".


Poprzedni post z tego cyklu



sobota, 4 sierpnia 2018

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 65

Kiedyś, czyli kilkadziesiąt lat temu, tam gdzie obecnie przebiega ulica Kamienna na odcinku pomiędzy ulicami Gdańską, a Sułkowskiego przebiegała bocznica kolejowa (do Makrum), a później po jej rozebraniu przebiegał tędy ciąg pieszy. Jak widzimy na poniższym zdjęciu nawet czasami uczęszczany.

Zdjęcie (przepraszam za jakość) wykonałem w marcu 1990 roku.



Poprzedni post z tego cyklu.

środa, 25 lipca 2018

"Bogusław" - odcinek 4


Poprzedni odcinek.

Odcinek - 4

Na początek taka mała, kolejna dygresja, dotycząca opisywanych zdarzeń.  Otóż, na pewno czytającym (jeżeli w ogóle tacy są) powyższe i poniższe opisy wydadzą się zbyt szczegółowe, zbyt techniczne, a być może i niezbyt interesujące.  Wierzcie nam jednak, że bez nich ta opowieść byłaby niepełna.  Chodzi nam o przedstawienie realiów, ukazanie atmosfery i zachowań, motywacji i zwyczajów, które z uwagi na tamtą socjalistyczną rzeczywistość były kompletnie odmienne od rzeczywistości obecnej.  Bez tego przedstawiane zdarzenia, które wówczas miały miejsce, opisywane może w sposób niezbyt udany, ale na pewno realny, stanowią sens tego co chcielibyśmy przedstawić i przekazać.

Wróćmy jednak do spotkania, na którym to inspektor Marcinkowski i kontroler Kowalski zlecili głównemu bohaterowi naszego opowiadania, wykonywanie robót w Solcu Kujawskim.


Poza tym co poprzednio powiedziałem - kontynuował pan inspektor - pozostaje kwestia ręcznego wykopu. Tych trzech ludzi, których, o ile się dobrze orientuję, pan aktualnie zatrudnia, absolutnie nie gwarantują dotrzymania wspomnianego terminu. Nie jest tak źle, zatrudniam już czterech ludzi i jak będzie trzeba to nawet jutro zatrudnię następnych, mam znajomego w urzędzie zatrudnienia, na pewno mi w tym pomoże. A dodatkowo tak szczęśliwie się składa, że właśnie wczoraj Karol Ostrowski, moja prawa ręka, pojechał do Sokółki koło Białegostoku odebrać nową, zakupioną przez siebie, spycharko-koparkę Białoruś. To może mocno przyspieszyć wykonywanie robót - odpowiedział pan Bogusław.

Absolutnie nie ma mowy o żadnym sprzęcie, wszystkie wykopy bezwzględnie muszą być wykonane ręcznie, już o tym mówiłem - dosyć gwałtownie, podniesionym głosem i zdecydowanie oświadczył, pan kontroler. Pan Leszek widząc wzburzenie kontrolera i tak niespotykaną, niezgodną z jego normalnym zachowaniem, reakcję, tego zazwyczaj spokojnego i zrównoważonego człowieka, zdziwionym tonem zapytał - dlaczego pan się tak denerwuje, panie kontrolerze, o co chodzi z tym ręcznym wykopem?  Przecież wie pan jaka jest powszechna praktyka, która zresztą wynika głównie z tak zwanego braku rąk do pracy, ale też i chronicznego wręcz, braku drewna na szalowanie wykopów. Przecież teraz bez sprzętu nie wykonalibyśmy, na czas, prawie żadnej roboty. Jak to nie słyszał pan o aferze sprzed dwóch tygodni, tej z Henrykiem Kurkowskim, która miała miejsce właśnie w Solcu Kujawskim. Aktualnie sprawą zajmuje się prokurator, Kurkowski siedzi, a mnie już dwukrotnie wzywano na świadka w tej sprawie, zadając mi mnóstwo pytań i sugerując mój udział w tym co się stało - odpowiedział, nadal mocno poirytowany, kontroler Kowalski. Nie, nic o tym nie wiem - stwierdził pan Leszek, może pan mi powie więcej o co chodzi, dodał po chwili. Pan kontroler, uspokoiwszy się nieco, powiedział:- Kurkowski wykonywał, na nasze zlecenie, niewielki odcinek kanalizacji w ulicy Dworcowej w Solcu. Jak pan zapewne wie jest to ulica prostopadła do tej, w której roboty ma wykonywać pan Nowak. W projekcie miał zapisane wykonywanie całości wykopu ręcznie, a on postawił na ulicy wielką koparkę i zaczął nią wykonywać głębokie na pięć metrów wykopy. Ja z powodu nawału robót prawie przez dwa tygodnie nie byłem na tej budowie, aż tu nagle dostaję wezwanie do prokuratury w sprawie robót ziemnych na ulicy Dworcowej w Solcu. Zgłupiałem, nie miałem pojęcia o co chodzi. Najpierw próbowałem się skontaktować z panem Kurkowskim, ale nic z tego nie wyszło. Jeszcze tego samego dnia pojechałem do Solca, obejrzałem rozgrzebane roboty, a potem odbyłem długą rozmowę z majstrem Durczekiem z Rejonu Budynków, który był parę razy na tej budowie. Z tej rozmowy wynikało, iż ktoś znający sprawę, zawiadomił milicję, że roboty w ulicy są źle prowadzone, że jest bałagan, rozjeżdżone chodniki i tak dalej. Milicja przyjechała po paru dniach, od zawiadomienia i obejrzała budowę potem zażądała od wykonawcy dokumentów, czyli projektu, pozwolenia na budowę i dziennika budowy. Po paru dniach napisała pismo do prokuratora ze swoimi wnioskami. Ten po kolejnych paru dniach, nakazał wstrzymać budowę i tymczasowo aresztował pan Kurkowskiego. Ale przecież praktyka, z takim wykonywaniem wykopów, jak zrobił to pan Kurkowski, jest powszechna. Stosują ją wszystkie firmy, a tak mówiąc szczerze, to inaczej, nie mielibyśmy szans wykonania, chyba nawet, jednej trzeciej, naszych rocznych planów. Przecież wszędzie brakuje ludzi nie mówiąc już o tym cholernym drewnie, czy stalowych wypraskach do zabezpieczania ścian, przy ręcznych wykopach. Ich zdobycie graniczy wręcz z cudem. Przecież wszyscy o tym wiemy i tolerujemy takie praktyki. W przeciwnym wypadku musielibyśmy pozamykać większość budów, przynajmniej tych z naszej branży - stwierdził pan inspektor. Ja o tym wiem, pan o tym wie, odpowiedział pan Marian, inni wykonawcy i zleceniodawcy o tym wiedzą, ale milicja i prokurator nie. Teraz mamy rozgrzebaną ulicę, pretensje mieszkańców, kupę nerwów i masę innych problemów. Na szczęście, wczoraj po ponad dwóch tygodniach przerwy, wreszcie roboty ruszyły. I to w sposób bezwzględnie zgodny z przepisami i projektem, a kontynuuje je wspólnik pana Kurkowskiego, pan Stelmasiak. Niestety jego też się czepiają i nie wiadomo co dalej będzie z tym całym zamieszaniem, które przyniosło mi tyle nerwów, że aż nadszarpnęło moje zdrowie. Tak właśnie wygląda sprawa, o którą pan pytał. W tej sytuacji, sam pan rozumie moje zdenerwowanie - dodał pan Marian.

 A to bigos, stwierdził pan inspektor, ale dlaczego tak się stało, przecież prawie wszystkich wykonawców należałoby pozamykać, a tutaj padło na niewielką prywatną firmę. O co chodzi? W tym momencie do rozmowy wtrącił się, milczący już od jakiegoś czasu, pan Nowak i powiedział: - ja słyszałem o tej aferze, a nawet rozmawiałem z panem Kurkowskim i to po tym jak zaczęły się jego kłopoty. On należy do tej samej Spółdzielni Rzemieślniczej co ja i czasami się tam spotykaliśmy. Z tego co mi mówił, wynikało, że naraził się komuś, ale komu tego mi nie powiedział. Jednak moim zdaniem chodzi o zwykłą zawiść. Pan Kurkowski, przez ostatni rok, wykonywał dużo różnych robót i nieźle na tym zarobił. Jako człowiek szczery i towarzyski nie ukrywał tego. Pewnie znalazł się taki co mu pozazdrościł i postanowił mu zaszkodzić. Tak, pewnie tak było - powiedział pan kontroler, ale niestety, problem spadł na nas. No dosyć o tej sprawie, mamy teraz nowe zadanie i tamto zostawmy jego biegowi. Dlatego też, jeszcze raz to podkreślam, o użyciu koparki na tej budowie trzeba definitywnie zapomnieć - dodał. Niech pan przyjmuje nowych ludzi i w poniedziałek dzwoni do mnie to umówimy się na przekazanie panu placu budowy. Muszę jeszcze uzgodnić różne sprawy z panem inspektorem i innymi służbami, ale najpóźniej pod koniec przyszłego tygodnia trzeba zaczynać. Po chwili dodał:- teraz musze panów przeprosić, gdyż za piętnaście minut mam pociąg do Brzozy, gdzie mam inne pilne sprawy. Jak panowie chcecie to możecie tutaj jeszcze sobie porozmawiać, żegnam panów, dodał po chwili pan Marian, po czym uścisknąwszy ręce pana inspektora i pana Nowaka, szybko wyszedł z pokoju.


Po wyjściu kontrolera pierwszy odezwał się pan Nowak, zapytując: - a jak tam, panie inżynierze, mają się sprawy z wodociągiem na Wagonowni w Rąbinku, czy rozmawiał już pan o tym ze swoim szefem? Tak z szefem rozmawiałem, ale on jeszcze niczego nie postanowił. Na razie nadal szukamy państwowego wykonawcy. Jak pan wykona dobrze roboty w Solcu i skończy je w terminie, to być może powrócimy do tego tematu, o ile nie znajdziemy do tego czasu innego wykonawcy - odpowiedział pan inspektor. Po krótkiej zdawkowej rozmowie, pan inspektor pożegnał się z panem Nowakiem oraz z pozostałymi pracownikami i opuścił biuro.


Po tygodniu od tej rozmowy, firma pana Nowaka, już w zwiększonym sześcioosobowym składzie, rozpoczęła roboty w Solcu Kujawskim. 

Tutaj, w tym miejscu, przed kontynuacją dalszej opowieści, warto byłoby dodać kilka słów o naszych bohaterach, czyli Bogusławie i Leszku.

Bogusław po paru latach prywatnej działalności był akurat w momencie, który można określić nabieraniem wiatru w żagle. Praca w NRD oraz związany z nią niemały handel podczas prawie cotygodniowych wyjazdów do domu, do Bydgoszczy, przyniosły mu spory, jak na ówczesny czas, kapitalik. A i prowadzenie kawiarni dołożyło parę groszy, chociaż nie tyle na ile liczył.     Bogusław, a szczególnie jego żona, przywykli już do dostatniego życia. Dobre jedzenie, eleganckie meble i sprzęt, masa mosiężnych ozdób i kryształów, liczne towarzyskie spotkania i wizyty w najlepszych restauracjach, inwestycje w firmę, zakup nowego samochodu i ogólnie rozrzutne, jak na tamte czasy, życie, pochłaniały spore środki. Coś trzeba było zrobić, żeby utrzymać ten stan, a przecież nie tylko jego utrzymanie było celem Bogusława. Z wielu licznych pomysłów, rodzących się niemal każdego dnia w głowie Bogusława, właśnie ten związany z utworzeniem dużej prywatnej firmy budowlanej, wydawał się najlepszy. I jak czas pokazał tak właśnie było. Już po paru miesiącach działalności firma zaczęła przynosić bardzo wymierne korzyści. Po prawie dwóch latach od otwarcia firmy budowlanej, Bogusław okrzepł, nabrał pewności siebie, poznał trochę mechanizmy działania tej swojej nowej branży. Postarał się także o wiele korzystnych znajomości. Właśnie nadchodził dla niego czas, w którym realnie zaczęły mu się rysować szersze perspektywy. Zamierzał rozpocząć działalność na większą skalę. Gromadził potrzebny sprzęt, szukał nowych coraz większych robót i planował duże, zyskowne, przedsięwzięcia. Rozsadzała go energia i chęć do działania. Dotychczasowe powodzenie utwierdzało go w przekonaniu, że dalsze, znacznie większe, sukcesy są tylko kwestią czasu.

W takim to właśnie momencie życia spotkał na swojej drodze Leszka czyli inspektora Marcinkowskiego. Leszek w tym czasie pracował już od ponad sześciu lat jako inspektor nadzoru na kolei. Był bardzo zadowolony ze swojej, pełnej niezależności i samodzielności, ciekawej, a przy tym nieźle opłacanej i do tego z licznymi przywilejami, pracy. Co prawda, także w jego umyśle, głównie z powodu kontaktów służbowych z prywatnymi wykonawcami, czasami prześwitywała myśl: - a może też założyć swoją firmę, może jakieś projekty, kosztorysy, nadzory. Jednak szybko z uwagi na nadmiar związanych z tym problemów, a głównie brak gotówki, myśli te rozpływały się. Tym bardziej, że ci prywatni wykonawcy i ich działalność stanowiły tylko maleńki margines wszystkiego, co w tym czasie nadzorował. Dopiero maj 1986 roku, a więc krótko przed opisywanym powyżej, pierwszym spotkaniem Leszka i Bogusława, przyniósł Leszkowi pierwszy, ale za to zaraz ogromny niepokój. Niepokój co do słuszności kontynuowania swojego zawodowego wyboru. Niepokój ten spowodowany został przez bliskiego i bardzo dobrego kolegę Leszka z czasów studiów, Macieja Pomiana.


Następny odcinek.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 64

Gdy prawie siedem lat temu zakładałem mojego bloga głównym celem było ukazywanie bydgoskich absurdów i to głównie tych dotyczących relacji z torunianami.

Sądziłem, że ich opisanie przyniesie jakieś pozytywne zmiany.  Niestety z roku na rok jest coraz gorzej i nic nie zapowiada szybkiego końca tych absurdów, nieporozumień, kłamstw, oszustw i wykorzystywania przez torunian całego województwa do realizacji swoich niewątpliwie megalomańskich planów i celów.

Już 26 lat temu ( parę lat po odzyskaniu wolności) bydgoszczanie próbowali integrować cały region obejmujący wówczas trzy województwa jakie w 1974 roku powstały na bazie dawnego województwa bydgoskiego, gdy to nasz kraj był podzielony na 17 województw.

Poniżej ponownie prezentuję jedną z takich prób.  Tą konkretną inicjatywę podjęli trzej bydgoscy przedsiębiorcy zapraszając do swojego pubu w Toruniu polityków i przedsiębiorców z województw włocławskiego, toruńskiego i bydgoskiego.

Najpierw były oficjalne wystąpienia, a potem część tak zwana kuluarowa, którą widzimy na poniższych zdjęciach'

Było dużo zapewnień o konieczności współpracy, sporo zapewnień wzajemnych działań i ogólnie można było na przyszłość się spodziewać wiele dobrego.

Niestety już wówczas toruński poseł Jan Wyrowiński był sceptyczny co do wzajemnej integracji i wzajemnym działaniom na rzecz regionu. Przeczytać możemy o tym na końcu załączonego artykułu.

A potem z roku na rok było coraz gorzej i gorzej.  Bydgoszczanie są ogrywani do imentu.  Bydgoszczanie śpią, a torunianie szaleją.

Ciekawe kiedy bydgoszczanie się obudzą i wezmą sprawy w swoje ręce?

Poniższy artykuł pochodzi z czasopisma, którego stronę tytułową prezentuję na pierwszym zdjęciu.

Autor bloga brał także i to bardzo aktywnie udział w prezentowanym spotkaniu.












Taka tam ciekawostka






Poprzedni post z tego cyklu.

piątek, 20 lipca 2018

Dziwne praktyki w Ogrodzie Botanicznym w Myślęcinku - 2

Na terenie Ogrodu Botanicznego w Myślęcinku trwa czyszczenie stawów.  I bardzo dobrze.  Ale?  No właśnie ale moim zdaniem to więcej przy tym czyszczeniu jest szkód niż pożytków.

Niszczone są alejki parkowe już i tak dostatecznie zniszczone.  Niszczone i zanieczyszczane są trawniki oraz otoczenie stawów. 

Namiastkę tego o czym piszę zobaczyć można na poniższych zdjęciach, które wykonałem dzisiaj czyli 20 lipca 2018 roku.







                              Poprzedni post z tego cyklu.

sobota, 14 lipca 2018

Znani i nieznani bydgoszczanie - 97

Dzisiaj prezentuję dwóch bydgoszczan z których jeden jest bydgoszczaninem rodowitym i to od pokoleń, a drugi jest bydgoszczaninem od 1972 roku.  Co ich łączy?  Łączy ich Bydgoszcz.  Ten związek pokazuje, że nie jest istotnym to gdzie się kto urodził, lecz istotnym jest to kim kto się czuje, z kim się utożsamia i gdzie żyje, działa i czego jest elementem. A co ich łączy?  Łączy ich wspólna droga życiowa, ich przyjaźnie i umiłowanie tego co jest ich wspólnym dziedzictwem.

Od lewej: - Grzegorz Andrzejewski i Roman Kwiatkowski.


Poprzedni post z tego cyklu.




piątek, 13 lipca 2018

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 63

Był przełom lat 80-tych i 90-tych XX wieku i to wówczas trójka przyjaciół powołała do życia kilka firm. Zakupili z zarobionych wcześniej pieniędzy, kilka nieruchomości i rozpoczęli karierę jednych z pierwszych ówczesnych normalnych bydgoskich biznesmenów.  Nie sprywatyzowali żadnej firmy, nie polegali na układach, byli niezależni i to dzięki wielkiemu osobistemu zaangażowaniu stworzyli naprawdę dużo.  Ich firmy były dynamiczne, nowoczesne i profesjonalne.

To był czas ogromnych przemian i oni poszli drogą owych przemian.  Osiągnęli sukces, ale nie przyszedł on łatwo.  Był okupiony ogromną pracą, odrobiną szczęścia, a przede wszystkim fachowością całej trójki wspólników.

Kiedyś nadejdzie czas rozliczania polskiej transformacji, polskiej prywatyzacji, układów, zblatowań, oszustw, cwaniactwa i innych tego typu zjawisk.  Bydgoski tercet egzotyczny, jak wielu ich nazywało, będzie ponad to bo oni w przeciwieństwie dla tych "prywatyzatorów",  rozpoczęli od niczego.  Zaczęli od pożyczek i ciężkiej pracy.   Kto to dzisiaj oceni i doceni?

Polecam moją opowieść "Bogusław"  bo ona opisuje na moim blogu, może niezbyt umiejętnie, ale bardzo realistycznie drogę do sukcesu.  Sukcesu do jakiego trójka wspólników doszła.  A nie była to łatwa i prosta droga.







                                                    Poprzedni post z tego cyklu.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 62

We wrześniu 1999 na kortach Bydgoskiego Towarzystwa Tenisowego odbył się doroczny deblowy turniej tenisowy.  Po turnieju wręczono puchary dla zwycięzców.   Autor bloga wraz z kolegą Arkiem był zwycięzcą tego turnieju.  Na poniższym zdjęciu widzimy członków Bydgoskiego Towarzystwa Tenisowego tuż przed owym turniejem i na drugim zdjęciu - po turnieju.
Przed turniejem
Puchar.

Impreza po turnieju.



                                   Poprzedni post z tego cyklu.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Rzeka Muzyki - Bydgoszcz 01.07.2018 rok.

Na pierwszym tegorocznym koncercie z cyklu Rzeka Muzyki wystąpił znakomity zespół "Raz Dwa Trzy".

Od lat koncerty z tego cyklu odbywają się zawsze w lipcu i sierpniu w amfiteatrze przy operze "Nova" w Bydgoszczy.  Każdej niedzieli o godzinie 19.00 można w pięknej scenerii posłuchać doskonałej i bardzo różnorodnej muzyki.

W minioną niedzielę wystąpił Adam Nowak ze swoim zespołem Raz Dwa Trzy.  Koncert był świetny, a bardzo licznie zebrana publiczność miała okazję posłuchać pięknych piosenek tego popularnego zespołu przeplatanych solówkami na trąbce i innych instrumentach.

Poniżej kilka zdjęć z tego koncertu i filmik z fragmentem jednej z zaprezentowanych piosenek.











wtorek, 26 czerwca 2018

"Bogusław" - odcinek 3



Minęło kilka dni od opisywanego w poprzednim odcinku odbioru robót na stacji Trzciniec.  W ich czasie Leszek pod nawałem ogromu prac i spraw rodzinnych, zapomniał o Bogusławie i jego propozycji, ale Bogusław nie zapomniał o panu inspektorze.   Leszek przynajmniej dwa razy w miesiącu jeździł do Gdańska, gdzie w budynku wysokiej Dyrekcji Kolei miał swoje biurko i gdzie odbywały się tak zwane narady oraz załatwienie wszystkich innych spraw służbowych związanych z jego szefami, formalnościami, wypłatami, umowami, kosztorysami i wieloma innymi tego typu rzeczami.  Wieczorem przed kolejnym wyjazdem do Gdańska zatelefonował do niego pan Bogusław, przypominając o złożonej obietnicy dotyczącej wodociągu w Inowrocławiu Rąbinku.  Skąd wiedział. że Leszek następnego dnia jedzie do Gdańska?   Widocznie popytał kontrolera lub innych kolejowych inspektorów.  Pewnym jest, że swoich spraw nie zostawiał przypadkowi, ale dobrze ich pilnował.   Leszek w tej wieczornej rozmowie  obiecał Bogusławowi, że następnego dnia specjalnie, jeszcze przed naradą, pójdzie do swojego najwyższego szefa i z nim porozmawia na temat owego wodociągu.  Tak też uczynił.

Najpierw opowiedział szefowi o przebiegu przypadkowego spotkania z panem Nowakiem, tym, które odbyło się w Dyrekcji Kolejowej w Bydgoszczy i niczego nie sugerując na koniec zapytał szefa co on o tym sądzi.  No cóż, co prawda zlecamy od paru lat roboty nielicznym prywatnym firmom, ale głównie wykonują one drobne inwestycje, prace uzupełniające, albo niewielkie remonty - odpowiedział naczelnik.   Po czym jakby głośno myśląc, kontynuował - osobiście nie zetknąłem się z wykonywaniem przez zakład rzemieślniczy tak dużego zakresu robót jak ten w Rąbinku.   Sam nie wiem co o tym myśleć - zakończył swoje rozważania i zadumał się.  Zadumę przerwał Leszek -mówiąc - jak pan Naczelnik doskonale wie ja nadzorując ponad sześćdziesiąt różnych budów w ciągu ostatniego roku nadzorowałem tylko trzech prywatnych wykonawców.  I tylko jeden z nich czyli pan Kawecki, ten od studni głębinowych. wykonuje trochę większe prace, ale wartość jego zleceń nie przekracza jednej dziesiątej tego co mamy do wykonania w Inowrocławiu.  Jednak mamy ogromny problem z tym paskudnym wodociągiem, a wykonawców brak.  Odbyłem już kilkanaście rozmów z wykonawcami i kolejowymi i spoza kolei na temat tej nieszczęsnej inowrocławskiej wagonowni, ale nikt nawet nie chciał się poważnie tematem zainteresować i odmawiali już po pierwszej rozmowie.   Z tego co pan naczelnik mówił, jakiś czas temu, wynika, że sprawa jest bardzo pilna, ale niestety na dzisiaj leży kompletnie.  No chyba, że pan naczelnik znalazł rozwiązanie o którym jeszcze nie wiem?

Pan naczelnik Tadeusz Adamski, wysoki postawny mężczyzna, uważnie wysłuchał inspektora po czym przyglądając mu się swoim przenikliwym taksującym wzrokiem - ni to stwierdził, ni odpowiedział - niestety jest tak jak pan inżynier powiedział.  Sprawa jest, że się tak wyrażę, cholernie pilna i drażliwa bo związki zawodowe robią szum w temacie warunków socjalnych i sam naczelny dyrektor przyrzekł im rozwiązanie problemu do końca tego roku, a tutaj przysłowiowy klops.  No i pieniądze przeznaczone na te roboty wydać musimy do końca roku bo inaczej przepadną.  W tej chwili sam nie wiem co robić.  Może weźmiemy pod uwagę prywatnego wykonawce, ale to wielce ryzykowne i niepewne, a jak coś pójdzie nie tak to marnie z nami będzie.  Dyrektor nie odpuści, a jak pan wie potrafi być srogi.   Na dzisiaj sam nie wiem, ale porozmawiam z panem kontrolerem Kowalskim, który uczestniczył w waszej rozmowie bo to bardzo doświadczony i znający się na rzeczy fachowiec, może coś doradzi.  Pogadam z dyrektorem, a potem zobaczymy.   Wydawało się, że rozmowa dobiegła końca i już Leszek wychodził z gabinetu naczelnika gdy ten poprosił go, aby jeszcze na chwilę wrócił i usiadł bo właśnie wpadł mu do głowy pewien pomysł.  Może jednak spróbujemy z tym pana prywaciarzem.  Tak się przypadkowo składa, że niedawno zawaliła się część kanalizacji na ulicy Magazynowej w Solcu Kujawskim.  Kanalizacji ta prowadzi ze stacji do kolejowych budynków mieszkalnych i w trybie pilnym musimy ją odbudować, a raczej od nowa zbudować.  Mieliśmy o tym mówić na dzisiejszej naradzie bo jeszcze nie mamy wykonawcy, a to sprawa awaryjna i natychmiastowa.  A ponieważ już rozmawiałem o tej robocie z kilkoma państwowymi firmami i żadna z uwagi na tryb awaryjny i braki materiałowe nie chce się podjąć wykonania tego odcinka kanalizacji zaś swoim zakresem jest to robota wielokrotnie mniejsza od tej na Rąbinku to może spróbujemy tutaj sprawdzić tego pana Nowaka.   Bo i tak pewnie musielibyśmy zlecić te prace jakiejś prywatnej firmie.  Jeżeli sobie poradzi i w określonym terminie oraz dobrze wykona tą kanalizację to pomyślimy o zlecenie mu przynajmniej pierwszego etapu robót na Rąbinku.  Bo tam prace z uwagi na czynne tory i inne utrudnienia podzielono na dwa etapy.  Co pan na to panie inżynierze?   Moim zdaniem to świetny pomysł i może się udać, ale dzisiaj zaręczać za to nie mogę.  

Jak już wspomniałem o tym Solcu mieliśmy mówić później, ale skoro wyskoczyła sprawa tego Rąbinka to spróbujmy oba tematy pożenić.  Zróbmy tak - niech pan idzie do pani Ali do "piątki" i jej powie, aby po dostarczeniu danych o które to sprawy pan zadba, panie inżynierze, zleciła wykonanie naprawy kanalizacji w |Solcu firmie pana Nowaka.   Jak chłop się tutaj sprawdzi, zrobi co trzeba szybko i sprawnie to będzie miał otwartą drogę do innych zleceń.  Jednak tutaj pan będzie miał do odegrania ważną rolę panie inżynierze.  Niech pan pamięta i weźmie sobie do serca, że w tym Solcu musicie się uwinąć w ciągu miesiąca.  Wówczas do końca roku będziemy mieli jeszcze prawie trzy miesiące na Rąbinek, a jak tam trochę przeciągniemy na następny rok to nic wielkiego się nie stanie.  Jednak musimy wykonać roboty najpóźniej do końca pierwszego kwartału przyszłego roku.  No to do dzieła panie inżynierze.  Jednak jak spapracie robotę w Solcu to przez pół roku niech pan zapomni o dodatku eksploatacyjnym i jakiejkolwiek premii, a to kasa niemała.  Niech więc pan dobrze to przemyśli zanim porozmawia pan z panem Nowakiem.  Aha i po rozmowie z nim, mam nadzieję, że już jutro, proszę o telefoniczną informację jak się sprawy mają.  To tyle, a teraz chodźmy na naradę, wszyscy już na nas czekają bo widzę panią Halinkę w progu, a ona pewnie w tej kwestii.

Więcej tego dnia pan naczelnik nie wracał już do tematu Solca i Rąbinka.  Wieczornym pociągiem "Bałtyk"  odjeżdżającym z Gdańska o dziewiętnastej dziesięć, Leszek wrócił do Bydgoszczy.  Jeszcze tego samego dnia, późnym już wieczorem, Leszek zatelefonował do Bogusława.  Nie wyjaśniając mu o co chodzi, umówił się z nim na następny dzień na spotkanie.  Rano w  czwartek dwudziestego pierwszego sierpnia, panowie spotkali się, już po raz trzeci.  Spotkanie odbyło się w tym samym biurze kolejowym, w którym pan Leszek po raz pierwszy spotkał  pana Bogusława.    Przy rozmowie obecny był także pan kontroler Kowalski, któremu służbowo  podlegały budynki w Solcu Kujawskim i z tego powodu pan Leszek poprosił go o obecność i pomoc.  Parę minut po ósmej do biura, jak przysłowiowy wicher, wpadł pan Nowak.  Wyraźnie było widać, że jest czymś zaaferowany i ogromnie niespokojny.  Dwaj pozostali rozmówcy już tutaj na niego czekali.   Pomimo swojej widocznej nerwowości, jednak tak jak poprzednio, uprzejmie i wylewnie przywitał się z panią Halinką, skinął głową panu referendarzowi.  Potem ze szerokim uśmiechem i wyciągniętą z daleka ręką, prawie podbiegł do inspektora Marcinkowskiego mówiąc:- witam szanownego pana inżyniera, bardzo się cieszę z naszego spotkania, pół nocy nie mogłem spać.  Cały czas myślałem o co chodzi, czyżby o ten Rąbinek?  Po chwili ściskając dłoń pana Kowalskiego, dodał: -zamieniam się w słuch.  Jako gospodarz  rozpoczął pan Kowalski, mówiąc- jak pan zapewne pamięta, bo przecież trzy dni temu o tym rozmawialiśmy, mieliśmy przy naszych blokach mieszkalnych, tych stojących tuż obok stacji kolejowej w Solcu Kujawskim, dosyć poważną awarię.  W jezdni ulicy  Magazynowej, przebiegającej między stacją, a blokami, zawalił się odcinek kanalizacji.  Tak naprawdę to nie wiadomo dlaczego, ale pewnie był kiedyś kiepsko wykonany i teraz mamy tego przykre skutki.  Mieszkańcy dwóch budynków mają wielkie kłopoty, nie mogą korzystać z kanalizacji, a do tego zapadł się, prawie na pół metra, spory odcinek ulicy.  Szybko i dobrze trzeba to naprawić.   Naczelnik Adamski z Gdańska znalazł, w trybie awaryjnym, środki finansowe, a my musimy pilnie uporać się z tą przykrą sprawą.  Robota nie jest łatwa, gdyż większość trasy kanalizacji znajduje się pod czynną i dosyć ruchliwą, ulicą, a całość robót musi być wykonana, najpóźniej, do połowy października.    Przy tym, absolutnie nie możemy używać żadnego sprzętu mechanicznego.  Dlatego ponad trzy metrowej głębokości wykopy, na ich całej długości, trzeba wykonać ręcznie.  Obecny tutaj pan inspektor, inżynier Marcinkowski,  zasugerował pana na wykonawcę tych robót.   Ponieważ jak już mówiłem, sprawa jest bardzo pilna, pan zaś ostatnio nieźle się spisywał na naszych budowach, dlatego ja również skłaniam się do tego, aby powierzyć panu wykonywanie tych prac.  Pan Nowak, ogromnie zaskoczony, ale też, co było wyraźnie widać, ogromnie uradowany, po krótkiej chwili, gdy tylko trochę ochłonął, powiedział: - strasznie się cieszę z tego zaufania do mojej firmy.  Na pewno panowie się nie zawiedziecie.  Jak panom tak mocno zależy to roboty możemy zacząć już od poniedziałku.   Ależ nie tak raptownie, panie Nowak, odezwał się pan inspektor i dodał:-  najpierw musi pan zapoznać się z dokumentacją, musi podpisać umowę, przekazać musimy panu plac budowy, a potem dopiero początek robót.  Inaczej być nie może.  

Dalszy przebieg trzeciego spotkania Bogusława z Leszkiem w następnym odcinku.


Poprzedni odcinek

Następny odcinek

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dziwne praktyki w Ogrodzie Botanicznym w Myślęcinku.

W miniony piątek (22.06.18.) natknąłem się na terenie ogrodu botanicznego na gościa, który malował meble ogrodowe.  Patrz poniższe zdjęcia (drugie celowo zamazane z uwagi na ochronę danych osobowych).

O co chodzi?  Wśród zieleni drzew i krzewów gość maluje meble.

Drugi problem to ten z odchodami końskimi na tych nowych pięknych alejkach.  Leżą sobie one całymi godzinami i wszyscy są zmuszeni je omijać udając, że nie widzą.  A dzieci, a psy, a rowerzyści.  Wieczorem przychodzi gość ze szczotką i zgarnia te odchody na trawnik, na skraj alejek.

Czy naprawdę nie można tego problemu inaczej rozwiązać?



Na takie "niespodzianki" można się natknąć każdego dnia i to we wielu miejscach na alejkach ogrodowych.

czwartek, 21 czerwca 2018

Festyn w Smukale i "Otwieracz" w Myślęcinku.

16.06.2018 roku odbył się kolejny festyn parafialny dzielnic Opławca i Smukały.  Poniżej kilka zdjęć z tej fantastycznej, rodzinnej i ciekawej imprezy.










W następny dzień (niedziela 17.06.18) odbyło się tradycyjne otwarcie lata na Różopolu w Myślęcinku.  W finale imprezy wystąpił legendarny zespół Dżem.

Poniżej kilka zdjęć z tej imprezy, ale tym razem w nieco innym ujęciu:

Idziemy na imprezę

Jesteśmy na miejscu

Czekamy na "Dżem".