Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
piątek, 30 listopada 2018
czwartek, 29 listopada 2018
Bogusław - odcinek 8
Poprzedni odcinek.
Odcinek 8
Jednak, tym razem, Leszek nie zamierzał łatwo się poddawać. Od razu pomyślał o Bogusławie i jego talentach. Namówił Michała na wspólne spotkanie z Bogusławem. Ten aczkolwiek niechętnie, ale w końcu się zgodził. Już po kolejnych trzech dniach panowie spotkali się w trójkę w mieszkaniu Leszka. Bogusław chcąc zrobić dobre wrażenie, przytargał ze sobą litrową flaszkę białego słodkiego Martini. Dopiero, gdy Leszek rozlał do kieliszków, ten drogi i rzadki wówczas trunek, Bogusław zwracając się z szerokim uśmiechem do Michała, przemówił - co będziemy sobie panować, jestem Bogusław. Tyle dobrego nasłuchałem się o tobie od Leszka, że bardzo chciałem cię poznać. Wybacz, że walę tak na ty, ale biorąc pod uwagę okoliczności, chyba się nie obrazisz, co?
Już w połowie flaszki Bogusław w swoim najlepszym stylu, patrząc Michałowi prosto w oczy, można powiedzieć, że robił mu swoisty wykład, na temat wyższości firmy prywatnej nad państwową. Mówił - wszystko to fajnie co twierdzisz o swojej pracy i na pewno tak jest, ale zastanów się o czym ty mówisz? Powiedz mi ile ty teraz zarabiasz? Michał, po chwili, wymienił niemałą jak na tamte warunki kwotę, ale Bogusław skwitował to tylko wzruszeniem ramion i stwierdzeniem - stary, ja nie o takich pieniądzach myślę. Ja ci gwarantuję, że przy twoich umiejętnościach i takiej praktyce, to ty w ciągu miesiąca zarobisz tyle co w tej twojej firmie zarabiasz przez cały rok. Popatrz na mnie, ja w ciągu roku kupiłem nowego Fiata z Pewexu i niemało dołożyłem wspólnikowi do Białoruśki. Kupiłem parę barakowozów, kupę różnych drogich narzędzi, powiększyłem firmę i zatrudniam teraz trzy razy tyle ludzi co rok temu. Do tego gotówka i to w kwocie, o której teraz wolę nie mówić. Dodam jeszcze, że moja żona nie pracuje, a żyjemy bardziej niż dostatnio. Pomyśl ile lat musiałbyś pracować na swojej, wysokiej jak mówisz, posadzie, żeby to wszystko zdobyć. Do tego pamiętaj, że jak pójdziesz na swoje, to żaden kierownik nie będzie ci zawracał głowy. Nie będzie na tobie jeździł, nie będzie tobą pomiatał i brał za ciebie nagród. Olejesz tych swoich wiecznych szefów, których nic od stołka nie oderwie. Będziesz gościem, a jak tego nie zrobisz, to do końca życia te twoje kierowniki, jakieś Tadeusze, czy Wojtki, będą się tobą wysługiwać, a ty będziesz na nich tyrał jak osioł. A oni w podziękowaniu, czasami, dadzą ci jakiś medal, albo marną premię. W tym momencie Michał nie wytrzymał i przerwał Bogusławowi, mówiąc - no nie jest tak źle jak mówisz, w końcu już dosyć wysoko awansowałem i nawet mam szansę na dalszy awans. Byłem parę lat "na rurze" w Związku Radzieckim i też nieźle tam zarobiłem. Teraz mam szansę wyjazdu do Iraku i mogę zarobić jeszcze więcej.
Nie jest tak jak mówisz, jest znacznie lepiej.
W perspektywie kilku lat mogę zostać dyrektorem bydgoskiego oddziału firmy, a potem to nawet kto wie, może i znajdę się w szefostwie całej firmy. Jednak Bogusław nie dawał za wygraną - no dobra, ale ile te twoje awanse mogą ci przynieść gotówki, a i pewnie do partii będziesz się musiał zapisać bo inaczej nici z poważnych awansów, a z tego co Leszek mi opowiadał to jeszcze nie sprzedałeś swojej skóry tym partyjnym spryciarzom. Zarobisz może dziesięć, dwadzieścia procent więcej niż masz teraz. Nie o tym mówimy. Ja ci mówię, że ty będziesz zarabiał dziesięć razy tyle co teraz i to na początek. A z tym Irakiem to daj sobie spokój. Pojedziesz tam, popracujesz parę miesięcy, złapiesz jakąś cholerną amebę lub inne świństwo, na pewno słyszałeś, że o to nietrudno. I potem za tych parę dolarów, do tego wypłacanych w jakiś dziwnych bonach, będziesz do końca życia chorował na jakąś dziwaczną, nieznana naszym lekarzom chorobę. A te nasze konowały ci wtedy nie pomogą. Za to ci ręczę, a wiem coś o tym od mojego teścia. Chyba, że wydasz na nich tą całą kasę jaką tam zarobisz, ale po co w takim razie tam jeździć?
Bogusław, z wielkim przekonaniem, jeszcze długo, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, urabiał Michała. Ale trafiła kosa na kamień. W końcu Leszek oświadczył - dosyć na dzisiaj. Bo inaczej Michał będzie całkiem skołowany i nie będzie mógł spokojnie, wszystkiego co mówiliśmy, przetrawić, albo w ogóle nie będzie o tym myślał. Stawiam flaszkę Vinpromu, Martini to nie jest, ale też dobry vermut i zapraszam do zawodów. Co mówiąc wgrał ze specjalnego magnetofonu do komputera Atari 800XL, bardzo popularną grę o nazwie "River Raid". Panowie siedli przed telewizorem Videoton i kolejno biorąc joystik do ręki, próbowali zestrzelić jak najwięcej różnych samolotów, łódek, okrętów i pokonać wiele innych przeszkód. Tak to ich wciągnęło, że zaczęli nawet robić niewielkie zakłady, kto dalej dopłynie. Dyskusję o "prywatce" postanowili kontynuować na kolejnym spotkaniu, na które umówili się za tydzień. Przez ten tydzień Michał dostał zadanie, żeby wszystko spokojnie i dogłębnie przemyśleć.
Jednak już następnego dnia i to z samego rana, Bogusław zadzwonił do Leszka i powiedział - strasznie mi się spodobał ten twój kolega Michał, myślę, że nie ma co czekać na spotkanie do przyszłego tygodnia. Trzeba kuć żelazo póki gorące. Wczoraj mówił coś o swojej pracy we Fordonie, jak masz czas w poniedziałek to może pojedźmy, tam do niego na tę budowę. Leszek chwilę pomyślał i odpowiedział - rano muszę pojechać do Torunia, o dziewiątej mam naradę na rozrządówce, ale tak na pierwszą mogę wrócić. Czekaj na mnie na stacji kolejowej na Osiedlu Leśnym, tak parę minut po pierwszej.
I tak to w poniedziałek, wczesnym popołudniem, parę minut przed czternastą, Bogusław z Leszkiem byli już w pobliżu budowy, którą kierował Michał. Zjechali z ulicy Magazynowej na rozjeżdżoną i błotnistą żwirową drogę i po przejechaniu nią około kilometra, dotarli prawie na sam brzeg głębokiego wykopu. Zatrzymali samochód na betonowych płytach ułożonych tuż przy jego krawędzi. Leszek spoglądał spokojnie na to co zobaczył. Przypomniał sobie jak to prawie siedem lat temu, sam uwijał się jako majster budowy, w tej samej firmie i na podobnej budowie, tylko parę kilometrów od miejsca, w którym stali obecnie. Natomiast Bogusław wysiadł z samochodu, rozejrzał się dookoła i oniemiał. W długim, na setki, a szerokim na dwadzieścia pięć i głębokim na ponad dziesięć metrów, wykopie stały jakieś dziwne metalowe formy, wysokie i szerokie na prawie trzy metry. Do nich za pomocą specjalnych samochodowych pomp, wlewano beton, który przywoziły samochody, zwane, z racji swego kształtu, gruszkami. Nad wykopem pięć wielkich, gąsienicowych koparek kiwało rytmicznie swoimi długimi, metalowymi ramionami. Pod te koparki co chwilę podjeżdżały wielkie wywrotki, których było chyba ze dwadzieścia. Pięć ruchów ramieniem koparki i odjeżdżała pełna wywrotka, a tuż za nią podjeżdżała następna. Ogromne spycharki przesuwały wielkie zwały ziemi. Pracowały liczne pompy połączone metalowymi rurami z setkami jakiś dziwnych plastykowych węży. Pompy te wypompowywały wodę gruntową z dna tych przepastnych, podłużnych dziur w ziemi.
Wokół tego wszystkiego, w zimnie, przy padającym niewielkim, mokrym śniegu, w ogromnym błocie, uwijało się kilkadziesiąt osób. Całym tym, zdawałoby się ogromnym zamieszaniem, kierował Michał. Biegał w gumofilcach, wzdłuż wykopu, co chwilę coś krzyczał do ludzi, zatrzymywał samochody, pokazując kierowcom gdzie mają jechać, podchodził do koparek i spycharek, tłumacząc operatorom jak i gdzie mają kopać lub zasypywać. Sprawdzał jak i w którym miejscu, leją z grubych gumowych węży, beton do wielkich metalowych form i robił jeszcze wiele innych rzeczy. Leszek podszedł do zaskoczonego jego widokiem Michała i powiedział - cześć, zostaw to na chwilę i chodź do nas, Bogusław chciałby z tobą chwilę pogadać. Tymczasem Bogusław, ogromnie zaskoczony tym co ujrzał, wrócił szybko do samochodu, wyjął z niego aparat fotograficzny wrócił nad wykop i zaczął robić zdjęcia.
Po kilkunastu minutach zmęczony i wybrudzony Michał podszedł do stojących przy samochodzie, Bogusława z Leszkiem i zapytał - co wy tutaj robicie, przecież umawialiśmy się za tydzień, teraz nie bardzo mam czas na rozmowę. Mówcie szybko o co chodzi, gdyż zaraz muszę wracać do ludzi. Coś dzisiaj słabo idzie. Jak ich dobrze nie dopilnuję to nie skończymy tego co mieliśmy zaplanowane na ten miesiąc. A i tak już mamy spore opóźnienie w stosunku do planu i z premii mogą być nici. To zaś niemałe pieniądze i to dla wszystkich z dyrektorami włącznie.
Bogusław prawie przerywając Michałowi, zapytał - a co tutaj się do cholery dzieje, czemu taka zadyma i co to za wielkie formy? No jak to co, widzisz właśnie jak wykonuje się największy w Bydgoszczy kolektor, zwany kolektorem "B". Ma on odprowadzić do Wisły wszystkie wody deszczowe z całego Nowego Fordonu, który już za dziesięć lat ma liczyć ponad sto tysięcy mieszkańców. Później podobno jeszcze więcej - odpowiedział Michał. Ale przecież w środku tego rurociągu można chyba jeździć ciężarówką, po co to takie wielkie i tak głęboko - dopytywał się Bogusław. Tak jest zaprojektowany i tak go wykonujemy. Widocznie taki jest potrzebny. Nie mam jednak czasu teraz na takie pogaduszki, lepiej powiedzcie o co wam chodzi -odparł Michał.
Już w połowie flaszki Bogusław w swoim najlepszym stylu, patrząc Michałowi prosto w oczy, można powiedzieć, że robił mu swoisty wykład, na temat wyższości firmy prywatnej nad państwową. Mówił - wszystko to fajnie co twierdzisz o swojej pracy i na pewno tak jest, ale zastanów się o czym ty mówisz? Powiedz mi ile ty teraz zarabiasz? Michał, po chwili, wymienił niemałą jak na tamte warunki kwotę, ale Bogusław skwitował to tylko wzruszeniem ramion i stwierdzeniem - stary, ja nie o takich pieniądzach myślę. Ja ci gwarantuję, że przy twoich umiejętnościach i takiej praktyce, to ty w ciągu miesiąca zarobisz tyle co w tej twojej firmie zarabiasz przez cały rok. Popatrz na mnie, ja w ciągu roku kupiłem nowego Fiata z Pewexu i niemało dołożyłem wspólnikowi do Białoruśki. Kupiłem parę barakowozów, kupę różnych drogich narzędzi, powiększyłem firmę i zatrudniam teraz trzy razy tyle ludzi co rok temu. Do tego gotówka i to w kwocie, o której teraz wolę nie mówić. Dodam jeszcze, że moja żona nie pracuje, a żyjemy bardziej niż dostatnio. Pomyśl ile lat musiałbyś pracować na swojej, wysokiej jak mówisz, posadzie, żeby to wszystko zdobyć. Do tego pamiętaj, że jak pójdziesz na swoje, to żaden kierownik nie będzie ci zawracał głowy. Nie będzie na tobie jeździł, nie będzie tobą pomiatał i brał za ciebie nagród. Olejesz tych swoich wiecznych szefów, których nic od stołka nie oderwie. Będziesz gościem, a jak tego nie zrobisz, to do końca życia te twoje kierowniki, jakieś Tadeusze, czy Wojtki, będą się tobą wysługiwać, a ty będziesz na nich tyrał jak osioł. A oni w podziękowaniu, czasami, dadzą ci jakiś medal, albo marną premię. W tym momencie Michał nie wytrzymał i przerwał Bogusławowi, mówiąc - no nie jest tak źle jak mówisz, w końcu już dosyć wysoko awansowałem i nawet mam szansę na dalszy awans. Byłem parę lat "na rurze" w Związku Radzieckim i też nieźle tam zarobiłem. Teraz mam szansę wyjazdu do Iraku i mogę zarobić jeszcze więcej.
Nie jest tak jak mówisz, jest znacznie lepiej.
W perspektywie kilku lat mogę zostać dyrektorem bydgoskiego oddziału firmy, a potem to nawet kto wie, może i znajdę się w szefostwie całej firmy. Jednak Bogusław nie dawał za wygraną - no dobra, ale ile te twoje awanse mogą ci przynieść gotówki, a i pewnie do partii będziesz się musiał zapisać bo inaczej nici z poważnych awansów, a z tego co Leszek mi opowiadał to jeszcze nie sprzedałeś swojej skóry tym partyjnym spryciarzom. Zarobisz może dziesięć, dwadzieścia procent więcej niż masz teraz. Nie o tym mówimy. Ja ci mówię, że ty będziesz zarabiał dziesięć razy tyle co teraz i to na początek. A z tym Irakiem to daj sobie spokój. Pojedziesz tam, popracujesz parę miesięcy, złapiesz jakąś cholerną amebę lub inne świństwo, na pewno słyszałeś, że o to nietrudno. I potem za tych parę dolarów, do tego wypłacanych w jakiś dziwnych bonach, będziesz do końca życia chorował na jakąś dziwaczną, nieznana naszym lekarzom chorobę. A te nasze konowały ci wtedy nie pomogą. Za to ci ręczę, a wiem coś o tym od mojego teścia. Chyba, że wydasz na nich tą całą kasę jaką tam zarobisz, ale po co w takim razie tam jeździć?
Bogusław, z wielkim przekonaniem, jeszcze długo, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, urabiał Michała. Ale trafiła kosa na kamień. W końcu Leszek oświadczył - dosyć na dzisiaj. Bo inaczej Michał będzie całkiem skołowany i nie będzie mógł spokojnie, wszystkiego co mówiliśmy, przetrawić, albo w ogóle nie będzie o tym myślał. Stawiam flaszkę Vinpromu, Martini to nie jest, ale też dobry vermut i zapraszam do zawodów. Co mówiąc wgrał ze specjalnego magnetofonu do komputera Atari 800XL, bardzo popularną grę o nazwie "River Raid". Panowie siedli przed telewizorem Videoton i kolejno biorąc joystik do ręki, próbowali zestrzelić jak najwięcej różnych samolotów, łódek, okrętów i pokonać wiele innych przeszkód. Tak to ich wciągnęło, że zaczęli nawet robić niewielkie zakłady, kto dalej dopłynie. Dyskusję o "prywatce" postanowili kontynuować na kolejnym spotkaniu, na które umówili się za tydzień. Przez ten tydzień Michał dostał zadanie, żeby wszystko spokojnie i dogłębnie przemyśleć.
Jednak już następnego dnia i to z samego rana, Bogusław zadzwonił do Leszka i powiedział - strasznie mi się spodobał ten twój kolega Michał, myślę, że nie ma co czekać na spotkanie do przyszłego tygodnia. Trzeba kuć żelazo póki gorące. Wczoraj mówił coś o swojej pracy we Fordonie, jak masz czas w poniedziałek to może pojedźmy, tam do niego na tę budowę. Leszek chwilę pomyślał i odpowiedział - rano muszę pojechać do Torunia, o dziewiątej mam naradę na rozrządówce, ale tak na pierwszą mogę wrócić. Czekaj na mnie na stacji kolejowej na Osiedlu Leśnym, tak parę minut po pierwszej.
I tak to w poniedziałek, wczesnym popołudniem, parę minut przed czternastą, Bogusław z Leszkiem byli już w pobliżu budowy, którą kierował Michał. Zjechali z ulicy Magazynowej na rozjeżdżoną i błotnistą żwirową drogę i po przejechaniu nią około kilometra, dotarli prawie na sam brzeg głębokiego wykopu. Zatrzymali samochód na betonowych płytach ułożonych tuż przy jego krawędzi. Leszek spoglądał spokojnie na to co zobaczył. Przypomniał sobie jak to prawie siedem lat temu, sam uwijał się jako majster budowy, w tej samej firmie i na podobnej budowie, tylko parę kilometrów od miejsca, w którym stali obecnie. Natomiast Bogusław wysiadł z samochodu, rozejrzał się dookoła i oniemiał. W długim, na setki, a szerokim na dwadzieścia pięć i głębokim na ponad dziesięć metrów, wykopie stały jakieś dziwne metalowe formy, wysokie i szerokie na prawie trzy metry. Do nich za pomocą specjalnych samochodowych pomp, wlewano beton, który przywoziły samochody, zwane, z racji swego kształtu, gruszkami. Nad wykopem pięć wielkich, gąsienicowych koparek kiwało rytmicznie swoimi długimi, metalowymi ramionami. Pod te koparki co chwilę podjeżdżały wielkie wywrotki, których było chyba ze dwadzieścia. Pięć ruchów ramieniem koparki i odjeżdżała pełna wywrotka, a tuż za nią podjeżdżała następna. Ogromne spycharki przesuwały wielkie zwały ziemi. Pracowały liczne pompy połączone metalowymi rurami z setkami jakiś dziwnych plastykowych węży. Pompy te wypompowywały wodę gruntową z dna tych przepastnych, podłużnych dziur w ziemi.
Wokół tego wszystkiego, w zimnie, przy padającym niewielkim, mokrym śniegu, w ogromnym błocie, uwijało się kilkadziesiąt osób. Całym tym, zdawałoby się ogromnym zamieszaniem, kierował Michał. Biegał w gumofilcach, wzdłuż wykopu, co chwilę coś krzyczał do ludzi, zatrzymywał samochody, pokazując kierowcom gdzie mają jechać, podchodził do koparek i spycharek, tłumacząc operatorom jak i gdzie mają kopać lub zasypywać. Sprawdzał jak i w którym miejscu, leją z grubych gumowych węży, beton do wielkich metalowych form i robił jeszcze wiele innych rzeczy. Leszek podszedł do zaskoczonego jego widokiem Michała i powiedział - cześć, zostaw to na chwilę i chodź do nas, Bogusław chciałby z tobą chwilę pogadać. Tymczasem Bogusław, ogromnie zaskoczony tym co ujrzał, wrócił szybko do samochodu, wyjął z niego aparat fotograficzny wrócił nad wykop i zaczął robić zdjęcia.
Po kilkunastu minutach zmęczony i wybrudzony Michał podszedł do stojących przy samochodzie, Bogusława z Leszkiem i zapytał - co wy tutaj robicie, przecież umawialiśmy się za tydzień, teraz nie bardzo mam czas na rozmowę. Mówcie szybko o co chodzi, gdyż zaraz muszę wracać do ludzi. Coś dzisiaj słabo idzie. Jak ich dobrze nie dopilnuję to nie skończymy tego co mieliśmy zaplanowane na ten miesiąc. A i tak już mamy spore opóźnienie w stosunku do planu i z premii mogą być nici. To zaś niemałe pieniądze i to dla wszystkich z dyrektorami włącznie.
Bogusław prawie przerywając Michałowi, zapytał - a co tutaj się do cholery dzieje, czemu taka zadyma i co to za wielkie formy? No jak to co, widzisz właśnie jak wykonuje się największy w Bydgoszczy kolektor, zwany kolektorem "B". Ma on odprowadzić do Wisły wszystkie wody deszczowe z całego Nowego Fordonu, który już za dziesięć lat ma liczyć ponad sto tysięcy mieszkańców. Później podobno jeszcze więcej - odpowiedział Michał. Ale przecież w środku tego rurociągu można chyba jeździć ciężarówką, po co to takie wielkie i tak głęboko - dopytywał się Bogusław. Tak jest zaprojektowany i tak go wykonujemy. Widocznie taki jest potrzebny. Nie mam jednak czasu teraz na takie pogaduszki, lepiej powiedzcie o co wam chodzi -odparł Michał.
| Budowa kolektora "F" w Fordonie. Rok 1981. |
Następny odcinek.
piątek, 23 listopada 2018
Mój drugi samochód.
Długo nie nacieszyłem się moim pierwszym samochodem. Zarabiając wówczas stosunkowo dużo kasy zapragnąłem go zamienić na coś lepszego, Już po niecałym roku jeżdżenia tym wspaniałym "Maluchem" (polski Fiat 126P wersja exportowa) postanowiłem zakupić coś lepszego. Niestety była późna wiosna 1988 roku, a wówczas samochód można było kupić tylko za dolary w Pewexie (kto dzisiaj wie co to było?) lub na giełdzie samochodowej, albo z ogłoszenia. I ja kupiłem mój drugi samochód z ogłoszenia. To był wspaniały japoński samochód marki Daichatsu Charade. Kosztował mnie "tylko" 4200 $.
Tym samochodem, który posiadał ponoć najmniejszy wówczas silnik dieslowski na świecie jaki montowano w seryjnych samochodach (spalanie 4,2 l. oleju napędowego na 100 km) zwiedziłem parę krajów i sporo miejscowości w Polsce.
Latem 1988 roku (jeszcze za socjalizmu) pojechałem nim do Leningradu, a po drodze zwiedziłem Daugavpils, Wilno i Rygę. Gdy podjeżdżałem do rosyjskich prymitywnych stacjach paliwowych i ustawiałem się w kolejce za gruzowikami (ciężarówki) to praktycznie wszyscy kierowcy z kolejki przychodzili do mnie i po kolei tłumaczyli, że benzyna to w innym miejscu. A gdy im mówiłem, że to diesel to się nie mogli nadziwić, a uwierzyli dopiero jak im pokazałem silnik.
Jazda tym moim delikatnym samochodem po radzieckich drogach to było szaleństwo. Wszystkie szosy miały pobocza wysypane grubym tłuczniem, którego także sporo walało się na jezdniach. Spod kół co rusz wyskakiwały kawały tego kruszywa i czasami uderzały o samochód. Ja uszkodziłem sobie podczas wyprawy tak zwane złącze elastyczne układu wydechowego przez co samochód ryczał jak rajdowy, a naprawa (po powrocie) kosztowała ponad dwie przeciętne pensje.
A dziury na leningradzkich ulicach to osobna opowieść.
Latem 1989 roku pojechaliśmy całą trzyosobową rodziną naszym Daichatsu do Paryża. Nie byłem jakimś dobrym kierowcą bo prawo jazdy miałem od dwóch lat, ale jazda paryskim peryferikiem (obwodnica Paryża) to dopiero było dla mnie przeżycie. Po sześć pasów w każdą stronę, przeplatające się bez przerwy ogromne ilości samochodów na tych pasach przy średniej prędkości około 80 km/godz. No i zatłoczone ulice Paryża i francuskie parkowanie na przysłowiowy milimetr i częste parkowanie z "użyciem" sąsiednich samochodów. A także wyjazd do Wersalu, gdzie wówczas obchodzono rocznice związane z wybuchem Rewolucji Francuskiej. Tam dopiero były tłumy i takie same tłumy samochodów. Tym razem udało się powrócić cało.
Przez dwa lata dzielnie mi służył ten znakomity niewielki samochód. Wiąże się z nim wiele moich wspaniałych wspomnień i przeżyć.
Poprzedni post z tego cyklu.
Tym samochodem, który posiadał ponoć najmniejszy wówczas silnik dieslowski na świecie jaki montowano w seryjnych samochodach (spalanie 4,2 l. oleju napędowego na 100 km) zwiedziłem parę krajów i sporo miejscowości w Polsce.
Latem 1988 roku (jeszcze za socjalizmu) pojechałem nim do Leningradu, a po drodze zwiedziłem Daugavpils, Wilno i Rygę. Gdy podjeżdżałem do rosyjskich prymitywnych stacjach paliwowych i ustawiałem się w kolejce za gruzowikami (ciężarówki) to praktycznie wszyscy kierowcy z kolejki przychodzili do mnie i po kolei tłumaczyli, że benzyna to w innym miejscu. A gdy im mówiłem, że to diesel to się nie mogli nadziwić, a uwierzyli dopiero jak im pokazałem silnik.
Jazda tym moim delikatnym samochodem po radzieckich drogach to było szaleństwo. Wszystkie szosy miały pobocza wysypane grubym tłuczniem, którego także sporo walało się na jezdniach. Spod kół co rusz wyskakiwały kawały tego kruszywa i czasami uderzały o samochód. Ja uszkodziłem sobie podczas wyprawy tak zwane złącze elastyczne układu wydechowego przez co samochód ryczał jak rajdowy, a naprawa (po powrocie) kosztowała ponad dwie przeciętne pensje.
A dziury na leningradzkich ulicach to osobna opowieść.
Latem 1989 roku pojechaliśmy całą trzyosobową rodziną naszym Daichatsu do Paryża. Nie byłem jakimś dobrym kierowcą bo prawo jazdy miałem od dwóch lat, ale jazda paryskim peryferikiem (obwodnica Paryża) to dopiero było dla mnie przeżycie. Po sześć pasów w każdą stronę, przeplatające się bez przerwy ogromne ilości samochodów na tych pasach przy średniej prędkości około 80 km/godz. No i zatłoczone ulice Paryża i francuskie parkowanie na przysłowiowy milimetr i częste parkowanie z "użyciem" sąsiednich samochodów. A także wyjazd do Wersalu, gdzie wówczas obchodzono rocznice związane z wybuchem Rewolucji Francuskiej. Tam dopiero były tłumy i takie same tłumy samochodów. Tym razem udało się powrócić cało.
Przez dwa lata dzielnie mi służył ten znakomity niewielki samochód. Wiąże się z nim wiele moich wspaniałych wspomnień i przeżyć.
| Na ulicy w Wersalu. Po pół godzinnym krążeniu udało się zaparkować. |
| Wilno |
| Nad Zalewem Koronowskim |
| Francuskie parkowanie. |
| Po takich uliczkach jeździłem przez dwa tygodnie bo mieszkaliśmy w XIII dzielnicy (przyległej do łacińskiej, a każdego dnia wyruszaliśmy w różne miejsca. |
Poprzedni post z tego cyklu.
środa, 14 listopada 2018
Apel SMB w sprawie wyboru marszałka województwa, a nie marszałka Torunia.
Pewnie jak zwykle Piotr Całbecki na czwartą kadencję zostanie marszałkiem toruńskim (bo na pewno nie wojewódzkim), a jego "bydgoskim" zastępcą zostanie torunianin pan Ostrowski i nadal będą prowadzić politykę faworyzującą wszystko co toruńskie.
Poniżej list otwarty Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska w tej sprawie..
Na pewno nic on nie da, ale apelować i tak trzeba.
Przewodniczący
Poniżej list otwarty Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska w tej sprawie..
Na pewno nic on nie da, ale apelować i tak trzeba.
| 11:43 (9 godzin temu) | ![]() ![]() | ||
Szanowni Państwo,
jako organizacja społeczna zatroskana o dalszy los naszego regionu nie mogliśmy przemilczeć faktu,
ponownego zgłaszania kandydatury Piotra Całbeckiego na marszałka województwa.
Dlatego też wystosowaliśmy w ubiegłym tygodniu otwarty list, który pragniemy za Państwa pośrednictwem
w chwili obecnej szeroko upowszechnić.
Zwracamy się z prośba o zapoznanie się z jego treścią oraz upowszechnienie.
Z poważaniem
Piotr Cyprys
Przewodniczący
Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska
poniżej treść listu
Szanowny Panie Przewodniczący
Województwo Kujawsko-Pomorskie powstało na bazie trudno wypracowanego kompromisu.
W wielu rankingach zajmuje ono jedno z ostatnich miejsc. Wynika to z konsekwentnie prowadzonych działań ograniczających rozwój Bydgoszczy i jej otoczenia. Jest to w ocenie mieszkańców Bydgoszczy wynikiem złego zarządzania województwem przez marszałka Piotra Całbeckiego, który od 2006 sprawuje władzę z nadania lokalnych struktur PO.
Dzieje się to przy poparciu przewodniczącego PO w regionie Tomasza Lenza z Torunia, który społeczny głos wzywający do rozsądku skwitował wezwaniem na łamach jednej z lokalnych gazet do „pacyfikowania bydgoskich krzykaczy”.
Marszałek Piotr Całbecki przyczynia się do polaryzowania i w konsekwencji rozpadu tego z takim trudem powołanego województwa. Regionalna Platforma Obywatelska przyzwyczaiła nas do “nonszalanckiego” traktowania mieszkańców Bydgoszczy za sprawą swojego toruńskiego marszałka. Czasami wręcz aroganckiego w sprawach dotyczących samostanowienia.
Ostatnio działania Marszałka przybrały jawne działania sabotujące budowę portu multimodalnego w Bydgoszczy. Wysłannicy Urzędu Marszałkowskiego próbowali nakłonić wójta jednej z gmin do zmiany uchwały dotyczącej zapisów planu zagospodarowania przestrzennego. Zmiana decyzji mogłaby zniweczyć zaawansowane rozmowy z PKP dotyczące utworzenia suchego portu w Emilianowie pod Bydgoszczą. Budowa portu wpisuje się w rozwój nie tylko Bydgoszczy i regionu, ale całego kraju. Inwestycja ma wzmocnić pozycję trójmiejskich portów, które coraz bardziej są przeciążone.
Bulwersuje fakt, że osoba, która powinna jednoczyć i budować dobrobyt tego województwa skupia się w głównej mierze na działaniach umniejszających rolę i znaczenie Bydgoszczy a tym samym niszczeniu szans na rozwój całego regionu. Silna Bydgoszcz to przecież silny region.
W naszej ocenie dalsze wspieranie Piotra Całbeckiego, jako kandydata na marszałka województwa, przez Platformę Obywatelską jest jednoznaczne z oficjalną akceptacją tych działań.
Przypominamy, że najsilniejszy mandat w regionie otrzymał Rafał Bruski wygrywając w pierwszej turze walkę o fotel prezydenta Bydgoszczy. Czy można zignorować 76 tysięcy głosów poparcia.
Zwracamy się zatem do Pana Przewodniczącego z prośbą o zajęcie oficjalnego stanowiska, w związku z niepokojącymi działaniami regionalnych przedstawicieli Platformy Obywatelskiej. Głęboko wierzymy, że jest Pan w stanie zakończyć ten patologiczny układ nieakceptowany przez mieszkańców Bydgoszczy.
Za Zarząd
Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska
.
niedziela, 11 listopada 2018
Tusk powraca na 100 lecie, ale po co?
Znałem osobiście pana Tuska. Parokrotnie pijałem z nim wódkę, brałem udział we wspólnych naradach, posiedzeniach i konferencjach, a nawet żyrowałem panu Tuskowi zakup Fiata Tipo. Ceniłem go i podziwiałem , ale...............
Dzisiaj patrząc przez perspektywę gościa pilnującego niemieckiego domu, czyli nijakiego Grasia, przypominającego kapciowego Wałęsy to ogarnia mnie przerażenie. Wszystko to w co wówczas wierzyłem pozostaje jednym wielkim znakiem zapytania. Naprawdę trzeba być ogromnie naiwnym, aby nadal w to co wówczas wierzyłem, nadal wierzyć
Byłem na spotkaniu z panem Sumlińskim. Zaprosił mnie na to spotkanie mój znajomy z Samociążka . Spotkanie miało miejsce w Koronowie 12.03.2013 o godzinie 17.00 w Bibliotece Miejskiej na ulicy Kotomierskiej 3. Przez dwie godziny słuchałem tego pana, którego wówczas wcale nie znałem, ale polegałem na zdaniu znajomego, że warto go posłuchać, a znajomy to człowiek młody, mądry, wykształcony i zamożny. Posłuchałem z uwagą tego co ten odważny i oryginalny gość mówił, a potem, jak jeden z wielu innych uczestników owego spotkania, zadałem panu Sumlińskiemu kilka pytań.
Pytania zadałem. Inni także je zadali. Odpowiedzi nas zbulwersowały, między innymi te dotyczące pana Komorowskiego ( poznałem także pana Komorowskiego osobiście).
Można tak bez końca, ale posłuchajcie:
https://dorzeczy.pl/kraj/83368/Powrot-Tuska-juz-oficjalny-Pokonac-wspolczesnych-bolszewikow.html
Można ośmieszać, lekceważyć i ignorować to co ten pan mówi, ale dlaczego nikt nie pozywa pana Sumlińskiego? Dlaczego on to mówi, a nikt nie protestuje?
Czyżby miał rację? Czyżby to ów gość pilnujący domu niewiadomemu Niemcowi był kreatorem naszej polskiej rzeczywistości?
Nie przeraża Was to?
Dla mnie Mietek (kapciowy) i Graś to jedno.
Dla mnie to jest taka nasza specyficzna polska tragedia.
Wreszcie na koniec fundamentalne pytanie. Kim jestem według pana panie Donaldzie Tusk? Czy jestem neofaszystą, nazistą czy bolszewikiem i to tylko dlatego, że głosowałem wielokrotnie na pana, a pan nie dotrzymał tego o czym zapewniał mnie pan w swoich programach wyborczych i różnych expose, a gdy przejrzałem, że to tylko taka wyborcza gierka to przestałem na pana głosować? I tak to zostałem faszystą, neonazistą, bolszewikiem, mocherem i już sam nie wiem kim. I to wszystko moja wina.
Poniżej link w którym wymieniam część wyborczych zapewnień pana Donalda Tuska.
https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2012/10/kilka-refleksji-natury-ogolnej-3.html
Dzisiaj patrząc przez perspektywę gościa pilnującego niemieckiego domu, czyli nijakiego Grasia, przypominającego kapciowego Wałęsy to ogarnia mnie przerażenie. Wszystko to w co wówczas wierzyłem pozostaje jednym wielkim znakiem zapytania. Naprawdę trzeba być ogromnie naiwnym, aby nadal w to co wówczas wierzyłem, nadal wierzyć
Byłem na spotkaniu z panem Sumlińskim. Zaprosił mnie na to spotkanie mój znajomy z Samociążka . Spotkanie miało miejsce w Koronowie 12.03.2013 o godzinie 17.00 w Bibliotece Miejskiej na ulicy Kotomierskiej 3. Przez dwie godziny słuchałem tego pana, którego wówczas wcale nie znałem, ale polegałem na zdaniu znajomego, że warto go posłuchać, a znajomy to człowiek młody, mądry, wykształcony i zamożny. Posłuchałem z uwagą tego co ten odważny i oryginalny gość mówił, a potem, jak jeden z wielu innych uczestników owego spotkania, zadałem panu Sumlińskiemu kilka pytań.
Pytania zadałem. Inni także je zadali. Odpowiedzi nas zbulwersowały, między innymi te dotyczące pana Komorowskiego ( poznałem także pana Komorowskiego osobiście).
Można tak bez końca, ale posłuchajcie:
https://dorzeczy.pl/kraj/83368/Powrot-Tuska-juz-oficjalny-Pokonac-wspolczesnych-bolszewikow.html
Można ośmieszać, lekceważyć i ignorować to co ten pan mówi, ale dlaczego nikt nie pozywa pana Sumlińskiego? Dlaczego on to mówi, a nikt nie protestuje?
Czyżby miał rację? Czyżby to ów gość pilnujący domu niewiadomemu Niemcowi był kreatorem naszej polskiej rzeczywistości?
Nie przeraża Was to?
Dla mnie Mietek (kapciowy) i Graś to jedno.
Dla mnie to jest taka nasza specyficzna polska tragedia.
Wreszcie na koniec fundamentalne pytanie. Kim jestem według pana panie Donaldzie Tusk? Czy jestem neofaszystą, nazistą czy bolszewikiem i to tylko dlatego, że głosowałem wielokrotnie na pana, a pan nie dotrzymał tego o czym zapewniał mnie pan w swoich programach wyborczych i różnych expose, a gdy przejrzałem, że to tylko taka wyborcza gierka to przestałem na pana głosować? I tak to zostałem faszystą, neonazistą, bolszewikiem, mocherem i już sam nie wiem kim. I to wszystko moja wina.
Poniżej link w którym wymieniam część wyborczych zapewnień pana Donalda Tuska.
https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2012/10/kilka-refleksji-natury-ogolnej-3.html
czwartek, 8 listopada 2018
Jakżeż aktualne.
"Życie ludzkie bowiem jest na rozmaite sposoby utkane z marzeń. Dlatego prawda jest zła i gorzka dla człowieka i dla wielu lepiej jest, gdy ginie prawda, niż gdy się rozwiewają sny."
Mika Waltari "Egipcjanin Sinuhe"
Mika Waltari "Egipcjanin Sinuhe"
poniedziałek, 29 października 2018
"Bogusław" - odcinek 7
Poprzedni odcinek.
Wieczorem, po przyjeździe z Gdańska, Leszek zadzwonił do Bogusława i powiedział mu o decyzji naczelnika Adamskiego. Już następnego dnia Bogusław, z wielką energią, przystąpił do konkretnych działań. Najpierw zatrudnił kolejnych trzech pracowników, którzy już następnego dnia pojechali do Solca, żeby jak najszybciej skończyć tutaj wszystkie roboty i potem całą ekipą ruszyć do Inowrocławia. Później zabrał się za rzecz wręcz niemożliwą, czyli dosłownie, za zdobywanie potrzebnych materiałów budowlanych. A wówczas nie było mowy o jakimś zamawianiu, czy kupowaniu. Tutaj Bogusław ujawnił cały swój talent. Wyjeżdżał codziennie do innego miasta w regionie. Był u kierowników zaopatrzenia przynajmniej kilkunastu dużych firm budowlanych. Odwiedzał miejscowe, państwowe magazyny materiałów budowlanych. Odwiedzał osobno kierowników magazynów dużych firm. W ciągu dwóch tygodni odbył dziesiątki rozmów. Był z nowo poznanymi kierownikami, a czasami tylko zwykłymi referentami gospodarki materiałowej, w zależności od okoliczności, na kilkunastu śniadaniach, obiadach lub kolacjach. Dziesiątki godzin i tyleż butelek z alkoholem jak i innych "argumentów", stosownych do sytuacji, zużył na przekonywanie swoich rozmówców do sprzedania mu, chociażby małej części posiadanych przez ich firmy materiałów.
I to materiałów, które wszędzie były deficytowe i których było zawsze za mało w każdej państwowej firmie.
Praktycznie dokonał rzeczy niemożliwej. Wykupił materiały od firm, którym tych materiałów chronicznie brakowało i które same posiadały ich niewystarczające ilości i to również zdobywane z wielkim trudem. Niech przynajmniej w części zostanie tajemnicą jak tego dokonał. Faktem jest, że tak jak obiecywał, w ciągu trzech tygodni, załatwił większość potrzebnych do Inowrocławia materiałów.
Mając umowę, ludzi i materiały, firma Bogusława, pod koniec października, rozpoczęła roboty na Wagonowni w Inowrocławiu. Wartość tych robót kilkakrotnie przekraczała, wartość wszystkich wykonanych dotychczas przez Bogusława i Karola, robót budowlanych. Było to spowodowane głównie faktem polegającym na tym, że wodociąg należało ułożyć pomiędzy dwoma czynnymi torami kolejowymi i do tego w paskudnych warunkach gruntowych
Cóż to jednak znaczyło dla Bogusława. Z ogromną energią i zaangażowaniem zabrał się do realizacji tego wielkiego, jak na jego dotychczasowe dokonania, zadania. Najpierw zjednał sobie miejscowych szefów, którzy zgodzili się zamknąć jeden z czynnych torów kolejowych i ograniczyć ruch na drugim, sąsiednim, torze. Dzięki temu zamiast ładować ziemię z wykopu, który miał być wykonywany ręcznie, na platformy kolejowe i odwozić na wysypisko, żeby ją później przywieźć tymi samymi wagonami do zasypania wykopów, to kopał wykop karolową Białoruśką i wysypywał ziemię na sąsiedni już teraz zamknięty tor. Tempo robót wzrosło znacznie w stosunku do tego planowanego, a ilość tych najgorszych robót, czyli ziemnych, zmalała. Nie zmieniło się tylko wynagrodzenie. Tutaj ogromne zdolności Bogusława ujawniły się w całej krasie. W ten sposób już po trzech miesiącach i to jesienno-zimowych, pierwszy etap robót zbliżał się pomału do końca. Bogusław ponaglał tylko co parę tygodni Leszka, żeby podpisywał kolejne protokóły odbioru robót. Potem wystawiał fakturę i kasował ogromne pieniądze.
W trakcie tych robót Leszek i Bogusław zaczęli poznawać się bliżej. Po każdym odbiorze Bogusław organizował uroczystą kolację, w czasie której, wiele rozmów dotyczyło ich wspólnej przyszłości. Bogusław niezmiennie i z dużym przekonaniem namawiał Leszka do przejścia na swoje. Natomiast Leszek widząc chociażby na przykładzie Bogusława i Macieja, ogromne, nie tylko finansowe sukcesy nowych rzemieślników, zaczynał coraz bardziej się łamać.
Jeszcze poważniej oraz coraz częściej zaczynał myśleć o tym, żeby pójść drogą Bogusława i Macieja. Jednak zawsze, gdy mu się wydawało, że jest bliski podjęcia decyzji to zawsze uruchamiały się w jego głowie jakieś ogromne opory. Z jednej strony była wielka pokusa, wizja wielkich pieniędzy, spodziewanych różnych innych sukcesów, czy chociażby chęć zaimponowania rodzinie i znajomym. Krótko mówiąc tworzył sobie wizję innego życia niż to, które wiódł do tej pory. Do tego przekonywania Bogusława, jego sukces, sukces Macieja i innych rzemieślników, których kilku poznał w ostatnim okresie, powiększały znacznie owe pokusy. Jednak z drugiej strony wiódł ustabilizowane, dostatnie i w miarę ciekawe życie. Mówił sobie: -mam świetną, satysfakcjonującą pracę, poważanie u szefów, dobre zarobki, liczne przywileje, świetnych kolegów i sporą niezależność. Czy warto z tego wszystkiego rezygnować dla niepewnego jutra? A co najgorsze to fakt, że dla założenia własnej firmy potrzeba sporych pieniędzy, których przecież nie miał. Potrzeba także dużo odwagi i niewątpliwie wiele szczęścia.
Oprócz tych dwóch osób, czyli Macieja i Bogusława, nikt z jego bliższych i dalszych znajomych nawet nie myślał o zakładaniu swojej firmy. Raczej wręcz odwrotnie. W licznych rozmowach, które na ten temat prowadził wszyscy inni mu to odradzali. Leszek był w wielkiej rozterce. Ale przecież coraz bardziej poznawał Bogusława, a ten nie pozwalał mu na dłuższe pielęgnowanie jego wątpliwości. Z wielkim entuzjazmem, przy każdej nadarzającej się okazji, przekonywał Leszka tylko do jednego, do założenia własnej firmy. Pod koniec roku Leszek był już bardzo bliski podjęcia tej decyzji. Tym bardziej, że zarówno w nim jak i w jego najbliższych przyjaciołach i kolegach, z którymi prawie co tydzień spotykał się na różnych sobotnich imprezach, już od początku lat osiemdziesiątych, tlił się żar dużego niepokoju. Niepokój ten wprowadziła prawie półtoraroczna namiastka wolności z lat 1980 i 1981. W trakcie wielogodzinnych dyskusji, na różnych imieninach, urodzinach, rocznicach i licznych spotkaniach "bez okazji", suto zakrapianych kartkowym alkoholem i brandy własnej produkcji, rozmowy toczyły się wokół tego, jak wiele się dookoła zmienia. Mówiono o tym, iż nie jesteśmy już takimi bezwolnymi ludźmi jakimi byliśmy przed przełomowym 1980 rokiem. Ten niepokój często doprowadzał nawet do kłótni, o to, dokąd zajdą rozpoczęte w tym 1980 roku zmiany. Uczciwie trzeba jednak przyznać, iż w najśmielszych wizjach nikt z uczestników tych rozlicznych rozmów nie przewidział, i to nawet jeszcze pod koniec 1986 roku, takiego rozwoju wypadków, jaki później nastąpił. Nikt nie przewidział, że już w 1989 roku zawali się istniejący od czterdziestu pięciu lat porządek. Dlatego patrząc na zmagania Leszka, trzeba je umieścić w tamtej socjalistycznej, siermiężno-kartkowej rzeczywistości, jakże różnej od rzeczywistości dzisiejszej, demokratycznej, internetowo-hipermarketowo-komórkowo-medialnej.
Tak, Leszek miał o czym myśleć i z czym się zmagać. A jeszcze doszedł mu inny niepokój. Pewnego późnojesiennego wieczora, w trakcie niewinnej degustacji młodego wina z czarnej porzeczki, doszło do tańców i delikatnych swawoli. Nie wiadomo, czy to ilość wypitego wina, czy może nastrój wieczoru, czy też może coś innego, spowodowały, że Leszek pocałował Nataszę. A nie był to byle jaki pocałunek. To niewinne przeżycie, jakże dla niego odmienne, mocno wryło się w pamięć i zakiełkowało tym kolejnym niepokojem.
I w końcu Leszek podjął decyzję. Ogłosił ją w sobotni wieczór, trzeciego stycznia, podczas karnawałowej prywatki urządzonej w swoim mieszkaniu. Po dwóch godzinach, gdy impreza już się na dobre rozkręciła i po wypiciu już parę mocnych drinków, zebrał się na odwagę, wyłączył na chwilę muzykę, poprosił obecnych o chwilę uwagi i oznajmił: - po długich wahaniach i wielu dyskusjach, które toczyłem często ze wszystkimi tu obecnymi, podjąłem w końcu decyzję. Zdecydowałem się, otwieram swoją firmę. Nastała chwila konsternacji, obecni na prywatce przyjaciele i najbliżsi znajomi pana i pani domu, nie dowierzali tym słowom. Padało wiele pytań, głównie krytycznych. Prawie wszyscy byli pełni wątpliwości co do słuszności leszkowego wyboru. Jednak Leszek, z wielkim przekonaniem i dużą pewnością siebie, odpowiadał na wszystkie te pytania i wątpliwości, mocno starając się przekonać każdego, że tak będzie najlepiej i to nie tylko dla niego. Jednak już w poniedziałek Leszka naszło wiele kolejnych wątpliwości. Największy problem widział w braku umiejętności bezpośredniej pracy z ludźmi, z robotnikami, operatorami, kierowcami. Dotychczasowe jego doświadczenia w tym względzie nie były najlepsze. Co prawda pracował poprzednio prawie trzy lata jako majster na budowie, ale odszedł z tej pracy głównie z powodu nieumiejętności dogadywania się z podwładnymi. Dogadywanie to polegało przede wszystkim, na patrzeniu przez palce na ich poczynania i udawaniu, że wiele z tego, czego nie powinno się widzieć, naprawdę się nie widzi. Dominującym hasłem było: "z ludźmi trzeba dobrze żyć". Ale jak to robić, to już było mniej ważne. Właśnie rozwiązanie tego problemu, przy tworzeniu swojej firmy, wydawało mu się najważniejsze. Nie miał zaufania do swoich umiejętności w tym względzie. Myśląc o tym całymi godzinami, jeden tylko wniosek przychodził mu do głowy, skoro sam czegoś nie umie to musi poszukać wspólnika, który posiada takie umiejętności, jakich mu brakuje. Ułożył sobie długą listę ewentualnych wspólników. Jednak już po pobieżnej ocenie każdego z kandydatów, z tej długiej listy, pomimo kilkakrotnych analiz, pozostawała mu zawsze tylko jedna i ta sama osoba. Dalsze przemyśliwania potwierdzały słuszność takiej oceny. Tą jedyną osobą, którą mógł poważnie brać pod uwagę, był Michał Wiśniewski, kolega ze studiów i kolega z jego pierwszej pracy. Kiedyś zresztą byli sobie nawet bardzo bliscy. Razem wyprawiali się na wakacje, organizowali Sylwestra, grali w brydża i pokera. Wspólnie chodzili na różne imprezy, mieli wspólnych znajomych i podobne zainteresowania. Przez cztery lata, po sąsiedzku, mieszkali na czwartym piętrze akademika przy ulicy Koszarowej. Jednak ostatnimi laty ich kontakty osłabły ponieważ Michał ponad trzy lata pracował na zagranicznej budowie we Wielkich Łukach, w Związku Radzieckim i rzadko przyjeżdżał do domu. Niedawno jednak wrócił na stałe, wysoko awansował i nosił się z zamiarem wyjazdu na roboty do Iraku. Już w następną sobotę dziesiątego stycznia Leszek zaprosił Michała z jego żoną Elżbietą na małżeńskiego brydża, na którym kiedyś spotykali się dosyć regularnie. Po wypiciu pierwszej flaszki żytniej, Leszek nabrał odwagi i zwracając się w przerwie gry, do Michała, powiedział:- tak naprawdę to chciałem dzisiaj pogadać z tobą o tym, żebyśmy wspólnie otworzyli zakład rzemieślniczy. Wiesz poznałem takiego gościa, Bogusława, który rewelacyjnie sobie radzi i od paru miesięcy usilnie mnie namawia do tego kroku. Na pewno też już słyszałeś o naszym wspólnym koledze Macieju.
Jak pewnie wiesz, idzie mu wręcz rewelacyjnie. Ja już się zdecydowałem, nie czuję się jednak na siłach, żeby zrobić to samemu. Szukam wspólnika i pierwszą osobą o której pomyślałem jesteś ty. Michał, mocno zaskoczony, z początku nic nie odpowiedział. Wypił, pomyślał i po chwili, pomału, zaczął mówić:- jak wiesz, właśnie awansowałem na kierownika wielkiej budowy i mam niedługo szansę na kolejny wyjazd zagraniczny. Na "rurze" we Wielkich Łukach sporo zarobiłem, a i za handel, głównie złotem, przy każdym przyjeździe, wpadło niemało. Perspektywy w firmie mam obiecujące i nie widzę specjalnie powodu do podejmowania takiego ryzyka. Pomysł może i dobry, ale za dużo mam do stracenia, a ryzyko podjęcia takiego kroku, dla mnie wydaje się ogromne - dodał.
Tego wieczora, kolejne próby przekonywania Michała niewiele dały.
Następny odcinek.
Wieczorem, po przyjeździe z Gdańska, Leszek zadzwonił do Bogusława i powiedział mu o decyzji naczelnika Adamskiego. Już następnego dnia Bogusław, z wielką energią, przystąpił do konkretnych działań. Najpierw zatrudnił kolejnych trzech pracowników, którzy już następnego dnia pojechali do Solca, żeby jak najszybciej skończyć tutaj wszystkie roboty i potem całą ekipą ruszyć do Inowrocławia. Później zabrał się za rzecz wręcz niemożliwą, czyli dosłownie, za zdobywanie potrzebnych materiałów budowlanych. A wówczas nie było mowy o jakimś zamawianiu, czy kupowaniu. Tutaj Bogusław ujawnił cały swój talent. Wyjeżdżał codziennie do innego miasta w regionie. Był u kierowników zaopatrzenia przynajmniej kilkunastu dużych firm budowlanych. Odwiedzał miejscowe, państwowe magazyny materiałów budowlanych. Odwiedzał osobno kierowników magazynów dużych firm. W ciągu dwóch tygodni odbył dziesiątki rozmów. Był z nowo poznanymi kierownikami, a czasami tylko zwykłymi referentami gospodarki materiałowej, w zależności od okoliczności, na kilkunastu śniadaniach, obiadach lub kolacjach. Dziesiątki godzin i tyleż butelek z alkoholem jak i innych "argumentów", stosownych do sytuacji, zużył na przekonywanie swoich rozmówców do sprzedania mu, chociażby małej części posiadanych przez ich firmy materiałów.
I to materiałów, które wszędzie były deficytowe i których było zawsze za mało w każdej państwowej firmie.
Praktycznie dokonał rzeczy niemożliwej. Wykupił materiały od firm, którym tych materiałów chronicznie brakowało i które same posiadały ich niewystarczające ilości i to również zdobywane z wielkim trudem. Niech przynajmniej w części zostanie tajemnicą jak tego dokonał. Faktem jest, że tak jak obiecywał, w ciągu trzech tygodni, załatwił większość potrzebnych do Inowrocławia materiałów.
Mając umowę, ludzi i materiały, firma Bogusława, pod koniec października, rozpoczęła roboty na Wagonowni w Inowrocławiu. Wartość tych robót kilkakrotnie przekraczała, wartość wszystkich wykonanych dotychczas przez Bogusława i Karola, robót budowlanych. Było to spowodowane głównie faktem polegającym na tym, że wodociąg należało ułożyć pomiędzy dwoma czynnymi torami kolejowymi i do tego w paskudnych warunkach gruntowych
Cóż to jednak znaczyło dla Bogusława. Z ogromną energią i zaangażowaniem zabrał się do realizacji tego wielkiego, jak na jego dotychczasowe dokonania, zadania. Najpierw zjednał sobie miejscowych szefów, którzy zgodzili się zamknąć jeden z czynnych torów kolejowych i ograniczyć ruch na drugim, sąsiednim, torze. Dzięki temu zamiast ładować ziemię z wykopu, który miał być wykonywany ręcznie, na platformy kolejowe i odwozić na wysypisko, żeby ją później przywieźć tymi samymi wagonami do zasypania wykopów, to kopał wykop karolową Białoruśką i wysypywał ziemię na sąsiedni już teraz zamknięty tor. Tempo robót wzrosło znacznie w stosunku do tego planowanego, a ilość tych najgorszych robót, czyli ziemnych, zmalała. Nie zmieniło się tylko wynagrodzenie. Tutaj ogromne zdolności Bogusława ujawniły się w całej krasie. W ten sposób już po trzech miesiącach i to jesienno-zimowych, pierwszy etap robót zbliżał się pomału do końca. Bogusław ponaglał tylko co parę tygodni Leszka, żeby podpisywał kolejne protokóły odbioru robót. Potem wystawiał fakturę i kasował ogromne pieniądze.
W trakcie tych robót Leszek i Bogusław zaczęli poznawać się bliżej. Po każdym odbiorze Bogusław organizował uroczystą kolację, w czasie której, wiele rozmów dotyczyło ich wspólnej przyszłości. Bogusław niezmiennie i z dużym przekonaniem namawiał Leszka do przejścia na swoje. Natomiast Leszek widząc chociażby na przykładzie Bogusława i Macieja, ogromne, nie tylko finansowe sukcesy nowych rzemieślników, zaczynał coraz bardziej się łamać.
Jeszcze poważniej oraz coraz częściej zaczynał myśleć o tym, żeby pójść drogą Bogusława i Macieja. Jednak zawsze, gdy mu się wydawało, że jest bliski podjęcia decyzji to zawsze uruchamiały się w jego głowie jakieś ogromne opory. Z jednej strony była wielka pokusa, wizja wielkich pieniędzy, spodziewanych różnych innych sukcesów, czy chociażby chęć zaimponowania rodzinie i znajomym. Krótko mówiąc tworzył sobie wizję innego życia niż to, które wiódł do tej pory. Do tego przekonywania Bogusława, jego sukces, sukces Macieja i innych rzemieślników, których kilku poznał w ostatnim okresie, powiększały znacznie owe pokusy. Jednak z drugiej strony wiódł ustabilizowane, dostatnie i w miarę ciekawe życie. Mówił sobie: -mam świetną, satysfakcjonującą pracę, poważanie u szefów, dobre zarobki, liczne przywileje, świetnych kolegów i sporą niezależność. Czy warto z tego wszystkiego rezygnować dla niepewnego jutra? A co najgorsze to fakt, że dla założenia własnej firmy potrzeba sporych pieniędzy, których przecież nie miał. Potrzeba także dużo odwagi i niewątpliwie wiele szczęścia.
Oprócz tych dwóch osób, czyli Macieja i Bogusława, nikt z jego bliższych i dalszych znajomych nawet nie myślał o zakładaniu swojej firmy. Raczej wręcz odwrotnie. W licznych rozmowach, które na ten temat prowadził wszyscy inni mu to odradzali. Leszek był w wielkiej rozterce. Ale przecież coraz bardziej poznawał Bogusława, a ten nie pozwalał mu na dłuższe pielęgnowanie jego wątpliwości. Z wielkim entuzjazmem, przy każdej nadarzającej się okazji, przekonywał Leszka tylko do jednego, do założenia własnej firmy. Pod koniec roku Leszek był już bardzo bliski podjęcia tej decyzji. Tym bardziej, że zarówno w nim jak i w jego najbliższych przyjaciołach i kolegach, z którymi prawie co tydzień spotykał się na różnych sobotnich imprezach, już od początku lat osiemdziesiątych, tlił się żar dużego niepokoju. Niepokój ten wprowadziła prawie półtoraroczna namiastka wolności z lat 1980 i 1981. W trakcie wielogodzinnych dyskusji, na różnych imieninach, urodzinach, rocznicach i licznych spotkaniach "bez okazji", suto zakrapianych kartkowym alkoholem i brandy własnej produkcji, rozmowy toczyły się wokół tego, jak wiele się dookoła zmienia. Mówiono o tym, iż nie jesteśmy już takimi bezwolnymi ludźmi jakimi byliśmy przed przełomowym 1980 rokiem. Ten niepokój często doprowadzał nawet do kłótni, o to, dokąd zajdą rozpoczęte w tym 1980 roku zmiany. Uczciwie trzeba jednak przyznać, iż w najśmielszych wizjach nikt z uczestników tych rozlicznych rozmów nie przewidział, i to nawet jeszcze pod koniec 1986 roku, takiego rozwoju wypadków, jaki później nastąpił. Nikt nie przewidział, że już w 1989 roku zawali się istniejący od czterdziestu pięciu lat porządek. Dlatego patrząc na zmagania Leszka, trzeba je umieścić w tamtej socjalistycznej, siermiężno-kartkowej rzeczywistości, jakże różnej od rzeczywistości dzisiejszej, demokratycznej, internetowo-hipermarketowo-komórkowo-medialnej.
Tak, Leszek miał o czym myśleć i z czym się zmagać. A jeszcze doszedł mu inny niepokój. Pewnego późnojesiennego wieczora, w trakcie niewinnej degustacji młodego wina z czarnej porzeczki, doszło do tańców i delikatnych swawoli. Nie wiadomo, czy to ilość wypitego wina, czy może nastrój wieczoru, czy też może coś innego, spowodowały, że Leszek pocałował Nataszę. A nie był to byle jaki pocałunek. To niewinne przeżycie, jakże dla niego odmienne, mocno wryło się w pamięć i zakiełkowało tym kolejnym niepokojem.
I w końcu Leszek podjął decyzję. Ogłosił ją w sobotni wieczór, trzeciego stycznia, podczas karnawałowej prywatki urządzonej w swoim mieszkaniu. Po dwóch godzinach, gdy impreza już się na dobre rozkręciła i po wypiciu już parę mocnych drinków, zebrał się na odwagę, wyłączył na chwilę muzykę, poprosił obecnych o chwilę uwagi i oznajmił: - po długich wahaniach i wielu dyskusjach, które toczyłem często ze wszystkimi tu obecnymi, podjąłem w końcu decyzję. Zdecydowałem się, otwieram swoją firmę. Nastała chwila konsternacji, obecni na prywatce przyjaciele i najbliżsi znajomi pana i pani domu, nie dowierzali tym słowom. Padało wiele pytań, głównie krytycznych. Prawie wszyscy byli pełni wątpliwości co do słuszności leszkowego wyboru. Jednak Leszek, z wielkim przekonaniem i dużą pewnością siebie, odpowiadał na wszystkie te pytania i wątpliwości, mocno starając się przekonać każdego, że tak będzie najlepiej i to nie tylko dla niego. Jednak już w poniedziałek Leszka naszło wiele kolejnych wątpliwości. Największy problem widział w braku umiejętności bezpośredniej pracy z ludźmi, z robotnikami, operatorami, kierowcami. Dotychczasowe jego doświadczenia w tym względzie nie były najlepsze. Co prawda pracował poprzednio prawie trzy lata jako majster na budowie, ale odszedł z tej pracy głównie z powodu nieumiejętności dogadywania się z podwładnymi. Dogadywanie to polegało przede wszystkim, na patrzeniu przez palce na ich poczynania i udawaniu, że wiele z tego, czego nie powinno się widzieć, naprawdę się nie widzi. Dominującym hasłem było: "z ludźmi trzeba dobrze żyć". Ale jak to robić, to już było mniej ważne. Właśnie rozwiązanie tego problemu, przy tworzeniu swojej firmy, wydawało mu się najważniejsze. Nie miał zaufania do swoich umiejętności w tym względzie. Myśląc o tym całymi godzinami, jeden tylko wniosek przychodził mu do głowy, skoro sam czegoś nie umie to musi poszukać wspólnika, który posiada takie umiejętności, jakich mu brakuje. Ułożył sobie długą listę ewentualnych wspólników. Jednak już po pobieżnej ocenie każdego z kandydatów, z tej długiej listy, pomimo kilkakrotnych analiz, pozostawała mu zawsze tylko jedna i ta sama osoba. Dalsze przemyśliwania potwierdzały słuszność takiej oceny. Tą jedyną osobą, którą mógł poważnie brać pod uwagę, był Michał Wiśniewski, kolega ze studiów i kolega z jego pierwszej pracy. Kiedyś zresztą byli sobie nawet bardzo bliscy. Razem wyprawiali się na wakacje, organizowali Sylwestra, grali w brydża i pokera. Wspólnie chodzili na różne imprezy, mieli wspólnych znajomych i podobne zainteresowania. Przez cztery lata, po sąsiedzku, mieszkali na czwartym piętrze akademika przy ulicy Koszarowej. Jednak ostatnimi laty ich kontakty osłabły ponieważ Michał ponad trzy lata pracował na zagranicznej budowie we Wielkich Łukach, w Związku Radzieckim i rzadko przyjeżdżał do domu. Niedawno jednak wrócił na stałe, wysoko awansował i nosił się z zamiarem wyjazdu na roboty do Iraku. Już w następną sobotę dziesiątego stycznia Leszek zaprosił Michała z jego żoną Elżbietą na małżeńskiego brydża, na którym kiedyś spotykali się dosyć regularnie. Po wypiciu pierwszej flaszki żytniej, Leszek nabrał odwagi i zwracając się w przerwie gry, do Michała, powiedział:- tak naprawdę to chciałem dzisiaj pogadać z tobą o tym, żebyśmy wspólnie otworzyli zakład rzemieślniczy. Wiesz poznałem takiego gościa, Bogusława, który rewelacyjnie sobie radzi i od paru miesięcy usilnie mnie namawia do tego kroku. Na pewno też już słyszałeś o naszym wspólnym koledze Macieju.
Jak pewnie wiesz, idzie mu wręcz rewelacyjnie. Ja już się zdecydowałem, nie czuję się jednak na siłach, żeby zrobić to samemu. Szukam wspólnika i pierwszą osobą o której pomyślałem jesteś ty. Michał, mocno zaskoczony, z początku nic nie odpowiedział. Wypił, pomyślał i po chwili, pomału, zaczął mówić:- jak wiesz, właśnie awansowałem na kierownika wielkiej budowy i mam niedługo szansę na kolejny wyjazd zagraniczny. Na "rurze" we Wielkich Łukach sporo zarobiłem, a i za handel, głównie złotem, przy każdym przyjeździe, wpadło niemało. Perspektywy w firmie mam obiecujące i nie widzę specjalnie powodu do podejmowania takiego ryzyka. Pomysł może i dobry, ale za dużo mam do stracenia, a ryzyko podjęcia takiego kroku, dla mnie wydaje się ogromne - dodał.
Tego wieczora, kolejne próby przekonywania Michała niewiele dały.
Następny odcinek.
poniedziałek, 22 października 2018
wtorek, 16 października 2018
Wybory samorządowe.
Pierwszy raz radnym zostałem w 2006 roku, drugi raz w styczniu 2014 roku (wybory uzupełniające), trzeci raz w listopadzie 2014 roku, a teraz kandyduję ponownie bo uważam, że tak trzeba. Bo radny to przede wszystkim przedstawiciel lokalnej społeczności, który ma kontrolować poczynania gminnej władzy, wpływać na stanowione lokalne prawo i takimi działaniami głównie reprezentować interes swoich wyborców. Oczywiście także bezpośrednio działać w interesie swoich wyborców i wzmacniać swoimi działaniami to co czyni Sołtys i Rada Sołecka.
| Przed wyborami w 2014 roku. |
![]() |
| Przed wyborami w 2018 roku. |
poniedziałek, 15 października 2018
Poznańskie kontrasty.
Dzisiaj dla odmiany zamiast "dziwnejbydgoszczy" odrobina dziwnego Poznania. Ktoś kto chociaż trochę zna rodzinne miasto moich pradziadków pewnie skojarzy o co mi chodzi, a jeżeli nie to chętnie odpowiem.
| Głogowska. Niby szeroka i bezpieczna, ale niestety pełna wypadków i kolizji. |
| Dwa poznańskie symbole. Jakie? |
sobota, 13 października 2018
niedziela, 7 października 2018
Trochę tegorocznej jesieni.
Długo trwało lato w tym nietypowym 2018 roku, ale wreszcie przyszła jesień i dlatego prezentuję kilka obrazków tej aktualnej jesieni. Wszystkie zdjęcia oprócz dwóch ostatnich wykonałem dzisiaj (07.10.2018 r.) w parku przy nadleśnictwie w Żołędowie, przedostatnie wczoraj w Ogrodzie Botanicznym w Myślęcinku, a ostatnie dzisiaj nad Zalewem Koronowskim w Samociążku.
![]() |
| A jak pięknie pachną liście. |
![]() |
| Tulipanowiec amerykański |
czwartek, 4 października 2018
środa, 3 października 2018
Hiszpańskie impresje.
| Cabo Roig |
| Torre de la Horadada |
| Cabo przed naszym tymczasowym domem |
| Uliczka w historycznej Cartagenie |
| Jak wyżej |
| Widok z mierzei La Manga Mam nadzieję, że jeszcze tam powrócimy |
poniedziałek, 1 października 2018
piątek, 28 września 2018
poniedziałek, 24 września 2018
"Bogusław" - odcinek 6
Poprzedni odcinek
Odcinek - 6
Był
ładny dzień. Leszek miał bardzo dobry nastrój,a,że do
normalnej pory powrotu żony i córki do domu było jeszcze sporo
czasu, dlatego postanowił wstąpić na godzinkę do Piwnicznej,
jedynej wówczas porządnej winiarni w mieście. Zszedł
schodami w dół, do ładnie urządzonej piwnicy. Usiadł przy
drewnianym stoliku i zamówił sobie całą
szklankę, czyli dwie setki białego Vinpromu. Wyjął Gazetę
Pomorską i przeglądając wiadomości lokalne, popijał sobie ten
smaczny wermut. Po około pół godzinie ktoś podszedł do
jego stolika i zapytał, czy może się przysiąść. Jakież
było zdumienie Leszka, gdy składając gazetę, spostrzegł, że
pytającym jest pan Bogusław. Tuż za nim stał pan
Karol. Obaj, z wielkim zdziwieniem, uśmiechali się przyjaźnie
do Leszka. Pan Leszek zupełnie odłożył gazetę na
stolik i równie ogromnie zdziwiony odpowiedział:- oczywiście,
siadajcie panowie, ale mnie zaskoczyliście. Cóż to za dziwny
przypadek. Co też panów tutaj sprowadza? Odpowiedział
mu, jednocześnie przywołując kelnerkę,
pan Bogusław - pewnie to samo co pana
panie inżynierze. Nie mieliśmy jednak najmniejszego
pojęcia, że pana tutaj spotkamy. To co zamówimy jeszcze raz
to samo co pan pije, panie inżynierze, albo najlepiej, niech pani
poda zaraz po dwie szklanki, co pani będzie tyle biegać, powiedział
pan Bogusław do kelnerki, która zdążyła już podejść do
stolika.
Już
po paru minutach, ze szklanką w ręce, stuknąwszy się z Karolem i
Leszkiem, pan Bogusław zaczął przemowę - najpierw wypijmy na
zdrowie, za nasze spotkania to pierwsze i te następne. Po
czym kontynuował - ale ta pana praca, jak tak pana od niedawna
obserwuję, to musi być bardzo uciążliwa. Ile
też musi się pan w niej namęczyć. Codziennie tak
gdzieś jeździć pociągami, a z tego co słyszałem, nieraz nawet
po kilkaset kilometrów to chyba nie lada mordęga? A jak już
pan się wymęczy w tym pociągu i zmarznięty lub przewiany dojedzie
na te swoje budowy to musi pan chodzić po tych, zazwyczaj
zabłoconych drogach, schodzić do wykopów, mierzyć, sprawdzać, a
do tego jeszcze wchodzić do tych brudnych, głębokich studzienek i
świecić do rur. I tak pewnie codziennie, niezależnie od
pogody, zdrowia czy kondycji. Latem to jeszcze rozumiem,
można się przespacerować, zażyć świeżego powietrza i trochę,
chociażby dla zdrowia, pogimnastykować się w tych wykopach, ale
późną jesienią, czy zimą to przerąbane. Jak pan to
wytrzymuje? Przecież za tych, pewnie, parę marnych groszy,
takie trudy, to może człowieka nieźle wkurzać. Ja się
dziwię, pan człowiek wykształcony, jeżeli już tak się męczy to
przynajmniej powinien coś z tego mieć. Otworzyłby pan
prywatkę i przy pana możliwościach załatwiania zleceń,
wykonywania kosztorysów, pisania umów i innych tych papierkowych
umiejętnościach, już w parę miesięcy, zarobiłby pan kupę
szmalu. Pan Leszek był bardzo zdumiony i zaskoczony tak
bezpośrednią przemową pana Bogusława. Słuchał tego
wszystkiego, myśląc przy tym - a skąd ten Bogusław zna moje
ukryte myśli? Po chwili, gdy pan Bogusław przerwał, na
moment, swoje wywody, popijając głęboki łyk wina, pan Leszek
odpowiedział:- no nie jest tak źle, praca jest ciekawa,
samodzielna, a i zarobki mam nie najgorsze. Prywatka to jednak duże
ryzyko, a ile kasy potrzeba, żeby samemu rozpoczynać. Ale, ale,
panie inżynierze wcale nie jest tak jak pan mówi, jakie tam ryzyko,
przy dobrym zleceniu nie ma prawie żadnego ryzyka, a co do kasy
na początek to można się gdzieś zapożyczyć, po paru miesiącach
wszystko oddać i jeszcze sporo zostanie. Ja panu mówię
to właśnie teraz jest czas na takie decyzje, nie wiadomo co będzie
za dwa, trzy lata. Karol no powiedz panu inżynierowi, czy nie
mam racji - zwrócił się pan Bogusław do swojego wspólnika. A co
ja tam będę wiele gadał, pewnie, że jest tak jak mówisz,
odpowiedział pan Karol. Po chwili Pan Bogusław podszedł do
baru i przyniósł kolejne trzy szklanki Vinpromu. Usiadł i
powiedział:- panie Leszku, przy trzeciej szklance już chyba możemy
wypić brudzia, co pan na to? Oczywiście panie Bogusławie, z wielką
przyjemnością, odpowiedział na to pan Leszek. I
wszyscy trzej panowie jeszcze wiele razy tego popołudnia, aż do
wieczora wypijali wzajemnie kolejny bruderszaft.
Od
tego też momentu, nasi bohaterowie będą występowali po imieniu.
Zostawmy te różne nazwiska, tytuły, czy funkcje. Będą
Bogusławem, Karolem i Leszkiem. Jest też teraz okazja do bliższego
zaznajomienia się z tymi trzema panami.
Bogusław
Nowak, rodowity bydgoszczanin, wysoki, postawny mężczyzna z lekko
zarysowującym się już brzuszkiem i gładkimi, prostymi, ciemnymi
włosami, które zaczesywał pod górę, miał wówczas około
trzydziestu lat. Twarz jego była szeroka i otwarta, rysy
chociaż dosyć miękkie to jednak wyraziste. Uwagę
przyciągały jego oczy, pomimo, że zazwyczaj zasłonięte
okularami, to jednak ich przenikliwość w jakiś sposób przyciągała
rozmówcę, który uważnie w nie spojrzał, nawet spod tych
okularów. Zawsze był starannie ogolony, dobrze, ubrany i
ogólnie sprawiał bardzo korzystne wrażenie. Jego głos był
przyjemny, a śmiech zaraźliwy. Bogusław, o czym już
wspomnieliśmy, od dwóch lat prowadził rzemieślniczy zakład
budowlany. Przedtem również działał na swoim prowadząc,
wspólnie z żoną, przez prawie dwa lata ajencyjną kawiarnię.
A jeszcze wcześniej pracował w NRD, zaś przy okazji, tak jak wielu
innych w tamtym czasie, handlował, z tak zwanymi, "dobrymi
Niemcami". Co tydzień przyjeżdżał z pracy w NRD, na
niedzielę, do domu do Bydgoszczy i woził starym Polonezem, towar w
obie strony, zarabiając krocie, jak naówczesne siermiężne
warunki. Cechowało go spore wyczucie i duża odwaga.
Miał też, to co w każdym nawet najmniejszym biznesie jest
nieodzowne, czyli sporo szczęścia. Jako jeden z pierwszych założył
swoją firmę w tym tak trudnym okresie, pierwszej połowy
osiemdziesiątych lat. Najpierw jako tak zwany ajent, a później
już tylko na własne ryzyko, otworzył prywatny zakład budowlany.
Karol
pracował za Bogusława na budowach, a Bogusław tymczasem szukał
kolejnych zleceń, podpisywał umowy, organizował materiały i
załatwiał całą masę innych spraw. Czuł się w tym jak
ryba w wodzie, można powiedzieć, że był w swoim żywiole.
Ale to było dla niego za mało. Energia go rozsadzała.
Cały czas intensywnie przemyśliwał jakby tutaj wypłynąć na
szerokie wody. Jak to zrobić, żeby zostać jednym z
największych i najbardziej znaczących rzemieślników w spółdzielni
do której należał, a która skupiała ich około setki, z tego
wielu parających się rzemiosłem budowlanym od dziesiątków lat. W
tym czasie marzeniem Bogusława było ich wszystkich, jak
najszybciej, wyprzedzić. Chciał być najlepszy.
Karol
Ostrowski. Niewątpliwie, mocno się on przyczynił do
pierwszych sukcesów Bogusława w budowlanym rzemiośle. Karol
był kolegą Bogusława z lat nauki w technikum budowlanym.
Pracował w Bydgoskim Kombinacie Budowy Domów, jako majster. Był
rówieśnikiem Bogusława i miał za sobą doświadczenie ponad
pięciu lat pracy na różnych budowach. To jego jako
pierwszego namówił Bogusław do wspólnego działania.
Okazało się to, dla obu, wielce korzystnym posunięciem.
Na początku działalności, Karol wykonywał wraz z dwoma innymi
ludźmi wszystkie roboty w firmie Bogusława ale z czasem został
jego zaufanym, jego prawą ręką i majstrem na jego budowach.
Leszek
Marcinkowski był wówczas mężczyzną średniego wzrostu,
szczupłej budowy z długimi kręconymi włosami. Był o pięć
lat starszy od Bogusława. Pochodził z Wągrowca, pięknego,
powiatowego miasta położonego na północy Wielkopolski. Do
Bydgoszczy przyjechał w 1967 roku pobierać nauki w Technikum
Kolejowym. Potem ukończył Wydział Budownictwa bydgoskiej
Akademii Techniczno-Rolniczej i po roku wojska, rozpoczął pracę we
włocławskiej Hydrobudowie. Po trzech latach pracy w
wykonawstwie przeniósł się do Spółdzielczości, a już po
kolejnym roku znalazł się w Dyrekcji Kolei w Gdańsku, gdzie
pracował jako inspektor nadzoru. To tyle na razie o
trzech uczestnikach naszej opowieści.
Parę
dni po spotkaniu w winiarni, Leszek pojechał na naradę do Gdańska.
Po naradzie poszedł, zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, do
swojego szefa na rozmowę o robotach w Solcu Kujawskim i Rąbinku.
Najpierw opowiedział jak idą roboty w Solcu Kujawskim, a
potem zapytał: - i co pan, panie naczelniku, w tej sytuacji sądzi
teraz o zleceniu robót w Inowrocławiu firmie pana Nowaka? Czy może
znalazł już pan innego wykonawcę? Nie, innego wykonawcy nie
mamy, ale co do tych prywatnych wykonawców to panuje u nas w
dyrekcji ogólna opinia, żeby postępować bardzo ostrożnie.
Naczelny nie jest ich wielkim zwolennikiem i gdyby coś poszło
nie tak, to mielibyśmy spore kłopoty - odpowiedział pan
naczelnik. Po chwili dodał: - z drugiej jednak strony
robota musi być wykonana i to szybko, a z tego co pan opowiadał
mamy do czynienia z przedsiębiorczym człowiekiem. Zrobimy tak
- podzielimy te dwa kilometry wodociągu na dwa etapy, każdy po
kilometrze. Jeżeli pan Nowak sprawdzi się na pierwszym etapie
to zlecimy mu również do wykonania drugi etap. Nich pan
pilnie przygotuje z działem umów stosowne dokumenty i ruszajcie do
dzieła.
Następny odcinek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















