środa, 2 października 2013

Leszek - prawdziwa historia życia - odcinek 2


Poprzedni odcinek historii Leszka.

Przy domu, w którym mieszkał Leszek było spore, nieco już zresztą opisane, podwórko, a za tym podwórkiem był piękny ogród, który się kończył na ślicznej, czystej, pełnej ryb, żab i glonów rzeczce o wdzięcznej nazwie Nielba.  Rzeczka miała pięć do sześciu metrów szerokości i około jednego metra głębokości, chociaż bywały miejsca, gdzie miała większą głębokość.  Ogród służył głównie do uprawy warzyw i kwiatów.  Były też śliwy i wiśnie oraz krzewy porzeczek i agrestu.  Przy samej rzece była spora łąka, a nad jej brzegiem rosły wielkie stare wierzby, które dziadek Leszka przycinał co parę lat, zostawiając nieliczne kikuty, które szybko się rozrastały tworząc charakterystyczny rosochaty wygląd.

 Następne mocno zapamiętane wspomnienie z dzieciństwa dotyczy wydarzenia, które miało miejsce właśnie na tej rzece.  Gdy Leszek miał siedem lat ojciec postanowił nauczyć go pływać.  Najpierw oczyścił odcinek rzeki z długich, nieraz na kilka metrów, glonów, a potem wziął łopatę i w dnie rzeki wykopał rów szeroki na dwa metry i głębszy w tym miejscu niż ówczesny wzrost Leszka, tak, aby stojąc w tym miejscu nie sięgał on nogami do dna rzeki.  Po pewnym czasie ten rów się oczywiście zamulił, ale przez  parę dni nauki pływania, budził niepomierny strach Leszka.  Naukę pływania ojciec Leszka rozpoczął od powszechnie znanej metody - wrzuć dziecko na głęboką wodę, aby jego stopy nie sięgały gruntu i zostaw je niech pływa.  Ojciec położył Leszka na wodę, zabrał ręce i powiedział: - płyń.  Leszek przestraszył się ogromnie, szybko nałykał się wody po czym zaczął się krztusić i w końcu topić.  To wrażenie jakie wtedy przeżył pamięta do dzisiaj. Pamięta ten strach, to nabieranie wody w usta, jej smak i zapach, ten brak oddechu i to ogarniające go coraz bardziej, przerażenie.  Ojciec jednak był bardzo odporny i chociaż stał tuż obok to nie od razu pomógł Leszkowi.  Dopiero jak Leszek opił się sporo wody i cały zniknął pod wodą, ojciec złapał go w pasie i wyciągnął na powierzchnię, po chwili oddechu znowu go położył na wodę i ponownie powiedział: - płyń.  Tego dnia powtórzył to jeszcze kilka razy, a po trzecim dniu takich prób Leszek wreszcie przepłynął "pieskiem" o własnych siłach, kilka metrów, zanim ojciec go złapał i wyciągnął bo znowu zaczął się topić.  W tym przyspieszonym kursie nauki pływania, jak to byśmy dzisiaj powiedzieli, Leszek spisał się bardzo dobrze bo po tygodniu intensywnych prób przepływał pieskiem całą szerokość ogrodu, czyli około dwadzieścia pięć metrów.  Niby nic takie wydarzenie, ale mocno utkwiło ono w Leszka umyśle.  To na pewno przez to poczucie, że nic sam nie mógł zrobić idąc na dno i nie potrafiąc jeszcze pływać.   Nie zdawał sobie również sprawy, że przecież ojciec by do tego nie dopuścił, aby utonął, a tylko stosował bardzo radykalną metodę nauki, lecz wtedy jak to się działo to wiele razy Leszek miał wrażenie, iż bardzo czegoś chce, a nie potrafi tego zrobić.

Później w tym samym miejscu, ale już w następnym roku, gdy dno się trochę zamuliło, a i on trochę urósł, a także potrafił już utrzymywać się na powierzchni wody, Leszek, teraz bez pomocy ojca, sam nauczył się pływać, także innymi stylami.  Najpierw nauczył się pływać kraulem, potem żabką, potem na plecach, a później leżeć nieruchomo na wodzie na plecach lub na brzuchu.   I w kolejnym roku zaczął sam pływać, jak to się mówiło - na głębokim, na plaży nad jeziorem.   Był z tego ogromnie dumny, a przecież, gdyby nie ten ojca sposób nauki pływania to pewnie jeszcze wiele lat nie pływałby w jeziorze.

Kolejne szczególnie zapamiętane wydarzenie z dzieciństwa także dotyczyło wody i pochodzi z następnego roku po tym od opisanej nauka pływania.  Otóż jednego lipcowego, upalnego poranka ojciec zabrał Leszka na ryby, nad trzecią Julę (to takie miejsce poza miastem, gdzie rzeka była trochę szersza, a woda była głębsza niż na innych odcinkach rzeki).   Dlatego tutaj żerowały dorodniejsze ryby i to w dużej obfitości.   Ojciec miał wędkę z bambusa, a Leszek ze zwyczajnego leszczynowego, długiego kija, na którego końcu przymocowana była żyłka, a na końcu żyłki wisiał metalowy haczyk, powyżej był ciężarek z ołowiu i wyżej  spławik z korka i piórka.  Korek, aby żyłka nie tonęła, a piórko, aby było ją widać.   Zostali obdarzeni przez mamę dwoma butelkami  takimi od oranżady, zamykanymi na fajansowy korek z uszczelką i metalową sprężynę, pełnymi herbaty i całą górę sznytek bo wyprawa miała trwać do wieczora.  Ustawili się nad wodą i zaczęli połów.  Już po paru godzinach mieli dwie siatki, zanurzone w wodzie, pełne płotek, kiełbików, okoni, a i trafiło się parę leszczy.  Tata zarządził przerwę.  Usiedli w cieniu wielkiej wierzby bo upał już był  niemiłosierny i zaczęli spożywać sznytki popijając ciepłą od upału herbatą.   Gdy tak siedzieli nagle zaczęło się chmurzyć, zerwał się silny wiatr i słychać było najpierw bardzo odległe, a potem coraz bliższe grzmoty. .  Pojawiły się pierwsze krople deszczu, a potem nagle deszcz lunął na dobre.  Wszystko to nie trwało dłużej niż dwadzieścia minut.  Po następnych kilkunastu minutach rozszalała się okropna burza - prawdziwe piekło.  Błyskało co chwilę, zrobiło się prawie zupełnie ciemno, a zacinający deszcz smagał ich jak batem.  Ojciec zarządził odwrót.  Porwali siatki z rybami, zwinęli wędki i zaczęli uciekać w stronę paru domów stojących nieopodal, we wsi zwanej Straszewo.   Całkowicie przemoknięci, przerażeni błyskawicami i grzmotami dotarli do pierwszego z domów i zapukali do drzwi.  Po chwili drzwi się otworzyły i do dużej kuchennej izby wpuścił ich starszy, siwy niewysoki gospodarz mówiąc: - szybko wchodźcie, zamykajcie drzwi i siadajcie sobie tutaj na ławie.  Weszli i zaczęli się rozglądać w półmroku rozświetlonym tylko światłem wielkiej gromnicy, która paliła się przed obrazem Matki Boskiej.  Cała rodzina czyli pięć osób  klęczała przy tym obrazie i z wielkim przejęciem modliła się na głos odmawiając różaniec, a po jego skończeniu gospodarz wygłaszał prośby do Matki Boskiej o obronę jego jego rodziny i jego domu przed tą groźną i przerażająca burzą.    Trwało to prawię godzinę i wszyscy, łącznie z Leszkiem i jego ojcem byli bardzo przestraszeni, gdyż burza była wyjątkowo silna, a przerażające błyskawice i grzmoty trwały prawie bezustannie.   Po godzinie wszystko zaczęło przycichać, aż w końcu żywioł odszedł w inne strony.  Gospodarz wyszedł na zewnątrz odryglował i otworzył szczelnie zamknięte drewniane okiennice, potem zdmuchnął gromnicę, zmówił jeszcze "ojcze nasz" i powiedział: matka daj nam coś jeść bo z tego strachu zupełnie zgłodniałem, a was też zapraszam na skromny obiad, dodał zwracając się do przybyszów.  Ja tylko pójdę do obory, zgaszę tam gromnicę i zaraz wracam. Po chwili cała siódemka zasiadła przy wielki kuchennym stole zajadając pyrki ze skrzyczkami i gzikiem, popijając to zsiadłym mlekiem.   Po pół godzinie ojciec powiedział:  - dziękujemy ci gospodarzu za okazaną troskę, za poczęstunek i schronienie, weź od nas chociaż jedną siatkę tych ryb w podziękowaniu.  Gospodarz przyjął ryby, a potem pożegnali się staropolskim "Z Bogiem"  i ruszyli do domu.  Wracali przy pięknej, słonecznej pogodzie w orzeźwiającym powietrzu, przesyconym intensywnymi letnimi zapachami, idąc wśród położonych od ulewy i wiatru zbóż i klucząc pomiędzy wielkimi kałużami, których pełno było na polnej drodze.   Nieśli do domu siatkę z rybami i swoje wędki.

To tak nagłe, przerażające i obce Leszkowi zachowanie ludzi wobec tego groźnego żywiołu mocno utkwiło w  pamięci Leszka i często je wspominał szczególnie podczas następnych przeżywanych burz, a i wzorem gospodarza i jego rodziny modlił się w ich czasie, chociaż czynił to po cichu i bez zapalonej gromnicy.

Następny odcinek.

1 komentarz:

  1. Przyjemnie się to czyta, ale mam wrażenie, że pierwszy odcinek był dużo ciekawszy.

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli chcesz wyraź swoją opinię