Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Dzisiaj byłem z moimi wnukami na spacerze w najpiękniejszej bydgoskiej dzielnicy i moja wnuczka pokazała mi piękny bydgoski zakątek. Ciekawe czy ktoś z czytelników mojego bloga wie gdzie to jest. Rozwiązanie zagadki jutro.
Tak jak napisał anonimowy czytelnik mojego bloga, zdjęcia wykonano z pięknie odnowionej, drewnianej kładki nad Brdą. Łączy ona (na wysokości szkoły i przedszkola w Opławcu) dwie bydgoskie dzielnice czyli Opławiec i Piaski. Poniżej ta kładka, a w tle Marta i Wiktor - moje wnuki.
Wracając rowerem leśnymi drogami ze Smukały do Niemcza po drodze wykonałem poniższe zdjęcie:
Próbujemy coś zrobić i wiele dyskutujemy obecnie o tym, aby odzyskać od Niemców odszkodowania za straty wojenne. Moim zdaniem jest to rzecz oczywista i niepodlegająca żadnych dyskusji. Po pierwsze to Stalin nakazał Bierutowi zrzeczenia się owych roszczeń, a do tego posiedzenie rządu polskiego podejmującego tą ustawę na żądanie Stalina odbyło się w niedzielę, a rząd w niedzielę się nie spotykał, a i protokołu z owego posiedzenia brak.
Byliśmy zależni od kaprysów i woli jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości czyli owego Stalina i wszystko co podjęliśmy pod jego wszelaką presją nie jest naszym, ale jego stanowiskiem. Niemcy i inne kraje Europy objęte były planem Marshalla, a my byliśmy objęci reżimem Stalina. Jak dzisiaj można to porównywać?
Trzeba naprawdę ogromnie złej woli, aby tego nie rozumieć.
Dokumentów brak, odszkodowań brak, skradzione dobra Polaków nadal przebywają w Niemczech i Rosji, a oni mówią nam, że nam się nic nie należy. Nie należy się nam nic za wymordowanie ponad sześciu milionów Polaków i pozbawienia nas ponad 60% naszej substancji majątkowej.
Są to tak oczywiste fakty, że trudno o nich dyskutować.
A do tego mamy skrzeczącą rzeczywistość o której czytaj poniżej.
Robili sobie z Polski kraj "poddostawców", "monterów" i rezerwuar taniej siły roboczej. W razie problemów politycznych Berlin ma na nas porządny kij
wPolityce.pl 24.10.2015
Dane gospodarcze nie kłamią: w ciągu ostatnich kilku lat Niemcom udało się z Polski zrobić „kraj poddostawców”, zaplecze remontowo-montażowe, rynek zbytu dla ich towarów, niekoniecznie najwyższej jakości i rezerwuarem taniej siły roboczej.
W ubiegłym roku wzrósł poziom eksportu polskiego do RFN i wyniósł on 26,1 procent ogółu polskiego transportu. Jaka jest to skala świadczy fakt, że wartość ta wynosi tyle, ile pięciu kolejnych państw z listy eksporterów razem wziętych: Wielkiej Brytanii, Czech, Francji, Włoch i Rosji.
GUS
Poziom importu z Niemiec też robi wrażenie; jest on dwa razy wyższy niż import z Chin i Rosji razem wziętych.
GUS
Można wysnuć hipotezę, że istotnym krajem podlegającym ekspansji gospodarczej Niemiec (miejscem wytwarzania części nadwyżki PNB nad PKB Niemiec) jest Polska
— czytamy w opracowaniu Fundacji Kaleckiego „Kapitał w Polsce XXI wieku. Kapitał zagraniczny: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?”
PNB czyli Produkt Narodowy Brutto różni się tym od Produktu Krajowego Brutto, że powstaje on w kraju i za granicą. PNB jest w Niemczech wyższy od PKB i specjaliści przypuszczają, że tę nadwyżkę generuje właśnie polski sąsiad.
Wielu Polaków podchodzi do tego typu informacji „na luzaka”. A to dlatego, że w głównych telewizjach dane te prezentują i objaśniają bardzo często lobbyści naszego zachodniego sąsiada, pracujący w jego bankach i innych instytucjach finansowych.
Nie mamy więc szans dowiedzieć się, że celem kraju powinno być dążenie do dywersyfikacji powiązań ekonomicznych, bowiem dziś jesteśmy w takiej sytuacji, że Niemcy w razie czego, np. potrzeb politycznych, łatwo poradzą sobie bez nas, zaś my natychmiast popadniemy w poważne problemy, jeśli Berlin zechce nas „ukarać”.
Na dodatek bardzo łatwo stan zależności od uśmiechającego się i poklepującego po plechach sąsiada pogłębia się. Przeciętny Polak omotany jest bowiem propagandą tzw. pojednania i podświadomie myśli, że jeśli nie ono, to… będzie wojna.
A przecież to my powinniśmy być wobec Niemiec „Izraelem”. To nie my powinniśmy być wiecznym petentem, bo mamy rachunki. Nie wszystkie zostały wyrównane. Nie zasłużyliśmy na rolę „popychadła”. Tu nie chodzi nawet o kwestie godnościowe, choć one też są ważne. Chodzi o ekonomię.
Z pozycji poddostawcy taniej pracy i średniozaawansowanej produkcji może być trudno dołączyć do grona krajów wysokorozwiniętych. My już nie staniemy się dużo bogatsi nadal skręcając meble i produkując fotele samochodowe dla niemieckich koncernów
— powiedział dr Adam Leszczyński podczas debaty przez Fundację Kaleckiego.
Ostatnie działania kanclerz Angeli Merkel w sprawie uchodźców, a wcześniej w sprawie kryzysu greckiego pokazuje, że nasz sąsiad jest gotów do wymuszania siłą wszelkich ustępstw od krajów Unii Europejskiej. Przewaga ekonomiczna Niemiec nad Polską, gdy jesteśmy zaledwie jego poddostawcą, a nie równorzędnym partnerem, sprawia - że moc wymuszania znacznie się zwiększa.
Dziennikarz. Publikował m. in. w „Życiu” i „Wprost”. Okładka ilustrująca jeden z jego artykułów była prezentowana w „Deutsches Historisches Museum” w Berlinie. Współzarządzał z Wojciechem Sumlińskim
I co? Bez końca mamy się na to zgadzać? Bez końca mamy mówić, że pada deszcz jak plują nam w twarz?
A z tym Świeciem to było tak: Pewnego dnia, wiosną 1978 roku, laborantka pracująca w Zakładach Celulozy i Papieru w Świeciu nad Wisłą poszła zbadać skład chemiczny ścieków odprowadzanych do zakładowej oczyszczalni ścieków i zbliżając się do punktu pomiaru zapadła się pod ziemię i dopiero po paru dniach wydobyto jej szczątki przetrawione przez, na przemian kwasy i zasady płynące w rurociągu, którego zawartość miała zbadać. Po wstępnych dochodzeniach okazało się, że te zmienne ph ścieków doprowadziło do zniszczenia sporej części rurociągu. Laborantka miała pecha bo trafiła na najbardziej zniszczony odcinek tej kanalizacji. Po prostu grunt i kanalizacja się pod nią zapadła, a ona w to wpadła. Okropna śmierć.
Po tym tragicznym wydarzeniu zapadły decyzje na szczeblu rządowym bo Zakłady Celulozy i Papieru w Świeciu nad Wisłą były strategicznym zakładem w skali kraju. Naprawę tego rurociągu powierzono firmie, w której pracował Leszek. A Leszka skierowano jako pełniącego obowiązki majstra na ten szczególnie wrażliwy odcinek robót.
Oczywiście miał swojego kierownika budowy, a był nim Józef Józefowicz. Niestety pan Józef miał także w swoim kierownictwie trzy inne budowy i zawsze tak jakoś się składało, że był na innych budowach niż na tej gdzie był potrzebny. Krótko mówiąc Leszek został skazany sam na siebie, a pan kierownik tak naprawdę tylko przeszkadzał zamiast kierować.
Na potrzeby budowy sprowadzono z Wielkiej Brytanii specjalną izolację o symbolu CX300, która miała zabezpieczać betonowe rury i studzienki rewizyjne przed korozją zmiennego ph.
Niestety pan kierownik miał rozliczne kontakty i spora część owej drogiej i unikatowej izolacji zaczęła znikać z budowy. Izolacja była w beczkach z których Leszek musiał się szczegółowo rozliczać, ale pan kierownik budowy i na to znalazł sposób. Polecił Leszkowi smarować ową izolacją ruty betonowe raz zamiast trzy razy jak to było przewidziane w projekcie zaś oszczędności na owej genialnej angielskiej izolacji wywoził w niewiadomym kierunku i miejscu. Dopiero po kilku latach, gdy Leszek nie pracował już w Hydrobudowie, dowiedział się, że pan Józef z ogromnym zyskiem naprawiał przy pomocy owej izolacji, dachy, ściany i fundamenty domów budowanych na osiedlu powszechnie zwanym złodziejowym w Świeciu.
Tutaj budowali swoje domy lokalni decydenci, wyższa kadra z ZCiP, prokuratorzy, sędziowie, znani lokalni lekarze i inni tego typu,według dzisiejszej nomenklatury, lokalni bonzowie i celebryci.
Leszek się oburzał i protestował, ale pan Józefowicz zaprosił go pewnego dnia do Wielonka położonego nad Zalewem Koronowskim, gdzie on był posiadał okazałą daczę i to tuż nad samą wodą. Urokiem miejsca przekupił Leszka, a do tego przekupił go swoją dobrocią oraz udawanym zrozumieniem i zbrataniem. Niestety, głupi Leszek to kupił i został na czas jakiś wasalem tego kombinatora.
Leszek chwalił się swojemu kierownikowi, że zdobył stopień żeglarza i, że pragnąłby pożeglować samodzielnie po Zalewie. Pan Józef oświadczył, że nie ma problemu bo we Wielonku jest sporo żaglówek i jak tylko Leszek zapragnie to mu którąś z nich udostępni. I tak się stało. Pan Józef zabrał Leszka swoim nowym czerwonym Moskwiczem i zawiózł go na swoją daczę. Tutaj pani Beata, atrakcyjna i postawna blondynka, żona pana Józefa, przyjęła ich wystawną kolacją, potem były różne trunki i ciekawe dyskusje, liczne toasty oraz zapewnienia o wzajemnej przyjaźni i braterstwie.
Następnego dnia Leszek wsiadł na żaglówkę Omegę, którą udostępnił mu pan Józef. Chociaż po minionej nocy zwyczajny Józek, a nie pan Józef. I Leszek popłynął po wodach Zalewu. Piękne to były chwile, piękne widoki, niesamowite przeżycia. Po tych paru godzinach żeglowania, w tym pięknym miejscu, przy sprzyjających wiatrach, Leszek zupełnie złapał bakcyla żeglowania, który od dawna w nim kiełkował.
W końcu przypłynął do pomostu, wrócił na daczę pana kierownika i jak miał odmówić swojemu kierownikowi? Przecież pan kierownik, a teraz Józek był taki uczynny, tak rozumiał Leszka pasje, tak dobrze rozmawiali i pili A do tego pani Beata i pan Józef zapewniali go, że należy pomagać ludziom, a to tylko im wszystkim wyjdzie na dobre, zaś nikt na tym nie ucierpi. Przecież tak ten socjalizm to tak naprawdę nic nie jest wart.
Leszek zauroczony miejscem, żeglowaniem, ludźmi, czymś co było dla niego zupełnie nowe, sam już do końca nie wiedział co ma o tym myśleć. Postanowił zaufać swojemu swojemu kierownikowi
Po latach zrozumiał, że to była zwyczajna socjotechnika i to bezczelnie zastosowana na młodym, niedoświadczonym inżynierku. Wtedy myślał zupełnie inaczej.
Pewnie żadne tłumaczenia nie mają tutaj sensu, ale czy wielu ostałoby się tak przebiegłym działaniom? Pan Józef, patrząc z dzisiejszej perspektywy, był klinicznym przykładem socjalistycznego załatwiacza i to załatwiacza wyższego szczebla bo załatwiał potrzeby tych co stali na najwyższym szczeblu ówczesnej regionalnej drabiny. Przymilał się, pił z kim trzeba i ile trzeba, nadskakiwał, przekonywał, perorował i pięknie kłamał. A, że miał do tego wrodzony dar to wszystko szło mu doskonale. I pomimo, że miał obowiązek być na każdej budowie i pilnować robót jako kierownik budowy to ciągle był na tej, na której nie był. I tak rok za rokiem udawało mu się to lawiranctwo i kombinatorstwo wyższego rzędu. Dzisiaj Leszek z obrzydzeniem przypomina sobie tego kierownika, ale wówczas się uczył, starał się dostosować, starał się, jak to się wówczas mówiło, żyć z ludźmi, nie podpadać zwierzchnikom, a dzięki temu otrzymywał premie, podwyżki i korzystał z innych przywilejów. Wtedy, na tej budowie, wpadł na jeden świetny pomysł dotyczący rekultywacji terenów po budowie. Złożył tak zwany wniosek racjonalizatorski i czekał na rezultaty. Pewnie nigdy by się nie doczekał jego realizacji, gdyby nie opowiedział przy biurowej popijawie, o tym projekcie swojemu kierownikowi. Ten od razu bardzo się zainteresował, ale postawił jeden warunek - trzydzieści procent wynagrodzenia dla niego. Cóż Leszkowi pozostało oprócz zgody na ten warunek. Po paru tygodniach od zawarcia tego porozumienia okazało się, że jeszcze jeden z decydentów (pomińmy nazwisko) z dyrekcji we Włocławku, zażądał dwadzieścia procent wynagrodzenia za wniosek. Pan kierownik zapewnił, że to już wszystkie warunki, a po ich przyjęciu wniosek zostanie rozpatrzony w dwa tygodnie. Tak też się stało. Leszek najpierw zrealizował swój pomysł, a potem zainkasował prawie półroczne pobory z jego wdrożenie, lecz niestety połowa z tego poszła na wspomniane wyżej dwa sępy. Po zakończeniu robót w Świeciu, Leszka awansowano i przeniesiono na budowę do Fordonu. Dzięki temu nie musiał wstawać o czwartej trzydzieści, aby o piątej czterdzieści jechać autobusem PKS-u do Przechowa i wracać do domu około dwudziestej. Na budowę w Łoskoniu, za Fordonem jechał z bazy sprzętowej w Łęgnowie. Dzięki temu mógł wychodzić z domu ponad godzinę później. W Fordonie trafił na budowę kolektora "F". Był to betonowany w specjalnych formach rurociąg o przekroju 2,4 metra na 2,8 metra. Miał to być główny rurociąg odprowadzający ścieki z planowanej na sto tysięcy mieszkańców dzielnicy Nowy Fordon do oczyszczalni ścieków w Łoskoniu. Na budowie pracowały dziesiątki ciężarówek, kilka Unikopów (takich dużych koparek zbierakowych), były popularne spycharki Stalińce i wielkie spycharki zwane Breżniewami, liczne dźwigi i cała masa innego sprzętu. Wykopy miały ponad dziesięć metrów głębokości i odwadniane były całymi systemami tak zwanych igłofiltrów. Była betoniarnia, gruszki do przewożenia betonu i pompy samochodowe tłoczące beton do wielkich stalowych szalunków. To była naprawdę wielka budowa. Budowa jakie realizuje się tylko przy największych zadaniach. Budowa, która była wielkim inżynierskim wyzwaniem, a jednocześnie wielkim doświadczeniem. Pracowano na dwie zmiany, a ludzi, sprzętu i problemów było naprawdę sporo. Do tego był plan i premie. Nie będziemy tutaj więcej o tym pisać bo to tak samo jak w przypadku pobytu w wojsku, wymagałoby osobnego wielkiego opisania, a nie to, jak na wstępie zaznaczyliśmy, jest celem tej pisaniany. Leszek nie umiał podpisywać trzydziestu kursów ciężarówek z urobkiem z wykopu, gdy faktycznie dokonywano ich około dziesięciu. Nie umiał patrzeć przez palce na samowole operatorów ciężkiego sprzętu. Nie mógł spokojnie patrzeć na marnotrawstwo paliwa, betonu, a także na lekceważenie sztuki inżynierskiej, na różne prowizorki i uproszczenia. Nie umiał pić wódki na umór, pospolitować się z załogą. Dlatego zaczęto o nim mówić, że nie potrafi żyć z ludźmi. Nie potrafił się bratać z podwładnymi, grać z nimi w karty, pić czy dyskutować o wszystkim czyli o niczym. Był wymagający, dokładny, upierdliwy i namolny w przestrzeganiu projektu, zasad i bezpieczeństwa. Te i inne jego cechy absolutnie nie pasujące do otaczającej go budowlanej rzeczywistości, coraz bardziej przekonywały Leszka, że budowa to nie miejsce dla niego. A do tego ta socjalistyczna bylejakość, ta pogoń wszystkimi metodami za wykonaniem planu bo za to były spore premie, to omijanie reżimów technologicznych, a czasami nawet ich lekceważenie i wiele innych negatywnych zdarzeń i zjawisk zupełnie Leszka zniechęciły do kontynuowania budowlanej kariery. Szukał innej pracy i tutaj na pomoc przyszedł mu jego teść. Znalazł mu pracę w Ośrodku Techniki i Racjonalizacji Wojewódzkiego Związku Spółdzielczości Pracy. Po ponad trzech latach pracy w Hydrobudowie Leszek z wielką ulgą rozstawał się ze swoimi obowiązkami w tej firmie. W nowym miejscu pracy dostał angaż, który był wyższy, aż o pięćdziesiąt procent od tego w Hydrobudowie. Ale... O tym w następnym odcinku.
Przyjechała do Moskwy z Aktiubińska ( przemysłowe miasto, porównywalne co do liczby ludności do Bydgoszczy, ale w Kazachstanie i zupełnie odmienne), a po paru latach pracy w Moskwie, pragnąc dokształcać się i realizować swoje marzenia, trafiła na studia do Leningradu, zaś z Leningradu trafiła w 1978 roku do Bydgoszczy i tutaj już została.
Droga ekspresowa S5 miała być wybudowana do czerwca 2012 roku co zresztą zaręczył swoją ręką poseł PO Paweł Olszewski. Jak wiemy i widzimy drogi nie ma i nie wiadomo kiedy tak naprawdę będzie. Niby wycinają jakieś lasy, coś tam zaczęli roboty ziemne, ale do przejezdności asfaltową drogą to naprawdę jeszcze odległa perspektywa.
Poniżej kopia pisma skierowanego przez przewodniczącego Rady Miasta Bydgoszczy do ówczesnej (2013 rok) wicepremier, a obecnie merkantylnej pani komisarz UE:
Ta pani jest obecnie komisarzem UE zarabiającym jak na polskie warunki absurdalne pieniądze, a drogi S5 nie ma i tak naprawdę nie wiadomo kiedy ona realnie zostanie zbudowana.
Zwolennicy totalnej opozycji popierają panią komisarz chociaż nie mogą jeździć drogą, która miała być wybudowana w 2012 roku.
Co myśleć o takiej pani komisarz i jej zwolennikach?
Głosujmy na nią, a jeszcze przez długie lata S5 nie będzie.
Tym razem zdjęcie zbiorowe wykonane w pierwszy dzień wiosny 1994 roku. Oprócz wielu zacnych bydgoszczan, na zdjęciu widzimy także jednego gdynianina, jednego warszawiaka (przez cztery lata bydgoszczanina) oraz wójta i przewodniczącego Rady Gminy Świekatowo.
A Niemcz, gdzie wykonano to zdjęcie, był wtedy sielską wsią z rozległymi widokami, krowami na łąkach i starymi sadami.
Na poniższym zdjęciu przykład tego jak ongiś wyglądał ów sielski Niemcz
Po wojsku Leszek zrobił sobie miesiąc urlopu. Ten miesiąc upłynął bardzo przyjemnie. Spędził go razem z ukochaną Joanną. Zaś od pierwszego października Leszek poszedł do pracy. Zatrudnił się w Hydrobudowie Włocławek. W tej firmie od roku pracował już jego najbliższy kolega z okresu studiów - Michał Wiśniewski. Firma była z Włocławka, ale miała duży oddział w Bydgoszczy. Ten oddział mieścił się na ulicy Hutniczej, tuż przy pętli tramwajowej linii numer sześć w Łęgnowie.
Przez kilka pierwszych miesięcy Leszek pracował w biurze ucząc się wszystkiego co było związane z tak zwanym przygotowaniem produkcji. Głównie były to umowy na wykonywanie robót, kosztorysy, rozliczanie budów, zestawienia materiałowe i wiele innych podobnych rzeczy.
W tym okresie przeżył kilka hucznych imprez zakładowych. Były to zazwyczaj wielkie popijawy z jedzeniem przywożonym z dobrej restauracji. Zazwyczaj kończyły się śpiewami, a nawet tańcami w gabinecie dyrektora lub na biurowym korytarzu. W trakcie tych imprez Leszek bliżej poznał całą kadrę zarządzającą i biurową. Było sporo bruderszaftów, misiów, a nawet wzajemnego całowania się. Usłyszał dużo różnych opowiadań. Opowiadań o różnych historii jakie zdarzyły się na rozlicznych budowach. A także nasłuchał się różnych biurowych plotek i tych dawnych i tych obecnych.
W przygotowaniu produkcji pracowało kilka młodych kosztorysantek, kreślarzy i pomocy biurowych, jak ich wtedy nazywano. Poznał bliżej także różnych kierowników budów i ich zastępców.
Na budowach, oprócz starej sprawdzonej kadry, pracowała także piątka młodych inżynierów, nie licząc Leszka. I to z nimi od razu Leszek poczuł największą wspólnotę. Jak ta cała ekipa zjechała się do dyrekcji na imieniny dyrektora lub jego zastępcy, o dniu budowlańca nie wspominając, to naprawdę było wesoło i ciekawie.
Natomiast w biurowej pracy wcale reju nie wodzili dyrektorzy, ale pan Mieczysław Kalinowski. Był już wówczas po sześćdziesiątce i zbliżał się do emerytury, ale tak właściwie to do niego należały wszelakie biurowe decyzje dotyczące zawierania i rozliczania umów, opracowywania różnorakich kosztorysów, negocjacje z inwestorami czy podwykonawcami. To pan Mieczysław decydował praktycznie o wszystkim dotyczącym tej sfery działalność bydgoskiego oddziału firmy. Był naprawdę świetnym fachowcem i trudno było usłyszeć od niego chociażby słowo pochwały. Leszek takie słowa usłyszał dopiero po trzech miesiącach pracy, gdy znalazł ewidentne błędy w dokumentacji projektowej jednej z robót. Pojechał wówczas razem z panem Mieczysławem do biura projektów, które ów projekt wykonało i tam spokojnie krok po kroku wytknął projektantom ich błędy. Wszystko zostało skrzętnie spisane w notatce służbowej i wyznaczono krótki termin naprawy owych błędów bo mijał termin rozpoczęcia robót. Po tym spotkaniu pan Mieczysław powiedział: - dobrze się pan spisał panie Leszku, oby tak dalej, a będą z pana ludzie. Leszek urósł we własnych oczach i czuł się tak jakby dostał przynajmniej podwójną premię, a premie wtedy bywały spore.
Biurowe życie biegło wygodnie i leniwie, ale szybko przyszedł jego kres.Na początku lutego 1978 roku jeden z kilku kierowników budów, zachorował i zapowiadało się na jego dłuższą nieobecność dlatego dyrektor wyznaczył Leszka na jego zastępcę na czas tej choroby. Zmieniono Leszkowi angaż na pełniącego obowiązki majstra, dodano do pensji dziesięć procent więcej i skierowano go na najbardziej paskudną budowę, jaką wówczas wykonywała jego firma, czyli na teren bydgoskiego Zachemu. Już samo wejście w rejon wykonywania robót, czyli w oddział o nazwie "2000" wymagało dwóch przepustek, a dojeżdżało się w rejon robót jedną z czterech regularnych linii kursujących po tej ogromnej przestrzeni całego Zachemu. Leszek nadzorował budowanie kanalizacji dla ścieków, których "ph" wahało się od dwóch do dziesięciu. Do wykonywania prac stosowano rury kamionkowe i to dodatkowo specjalnie izolowane. Pomimo tego jak wykazywała praktyka, i tak po kilku latach płynące w owych rurach ścieki wszystko przeżerały. Pozostawało budowanie od nowa. Czyli, krótko mówiąc, jak skończono w jednym miejscu to zaczynano w innym, a potem wracano do tego poprzedniego miejsca i tak w kółko. Robota była paskudna, odbywała się w skrajnie szkodliwych warunkach, ale była dobrze, jak na owe czasy, płatna.
Na szczęście po trzech miesiącach pan Czesław czyli ów kierownik, wrócił i Leszka skierowano na budowę kolektora łączącego Zachem z zakładową oczyszczalnią ścieków w Łęgnowie. Tutaj "ph" wahało się podobnie, ale roboty odbywały się poza terenem Zachemu i odpadały owe idiotyczne przepustki i ciągłe kontrole oraz uciążliwy dojazd na budowę.
I tutaj, na tej budowie, Leszek przebył swoją kolejną ważną życiową lekcję. Pamiętamy tę lekcję z ulicy Mirowskiej w Częstochowie kiedy to podwładni Leszka zdradzili go i dla doraźnych korzyści zrobili coś o czym poprzednio twierdzili, że jest niemożliwym do wykonania. I tak było na tej nowej Leszka budowie. Stare budowlane wygi, pozbawione swojego wieloletniego kierownika, ignorowały prawie wszystko co kazał im robić młody inżynier. Robili po swojemu, okazując lekceważenie i brak szacunku dla tego młodego majstra. To pewnie typowe, ale Leszek okropnie to przeżywał i nie wiedział jak ma się zachować i co ma robić, aby zyskać szacunek podwładnych. Na szczęście, jak zapewne czasami to bywa, zmianie pozycji Leszka, pomógł przypadek.
Jednego dnia, tak około godziny czternastej, Leszek usłyszał wzburzone głosy swoich pracowników. Nie wiedział o co chodzi, wyszedł ze swojego baraku udającego biuro i podszedł do miejsca, skąd owe głosy się dobywały. Ujrzał dosyć przerażającą scenę. Jeden z jego podwładnych leżał na boku, a z jego nogi tryskała fontanna krwi. Leszek wiele nie myśląc, podbiegł do tego podwładnego, spojrzał na niego i zrozumiał co się stało. Pracownik miał rozległą ranę na udzie i pewnie uszkodzoną tętnicę lub żyłę i stąd tyle krwi. Leszek nie stracił panowania nad sobą, ale nauczony w wojsku udzielania pierwszej pomocy, pobiegł natychmiast do swojej budy, tego niby biura i po minucie wrócił z opaską wyjętą z apteczki. Zacisnął tę opaskę powyżej rany i zaraz potem pobiegł do telefonu, aby zadzwonić na pogotowie. Po piętnastu minutach przybyło pogotowie z Zachemu i zabrało Czesława Bombolewskiego, który uległ wypadkowi. Później okazało się, że pan Czesław znalazł się w wykopie zbyt blisko koparki i jeden z zębów czerpaka koparki zahaczył o jego nogę.
Minęły dwa tygodnie od tego wydarzenia i pan Czesław wrócił do roboty. Wrócił i powiedział swoim kumplom, których był brygadzistą, że lekarz oświadczył mu, iż tylko przytomność umysłu jego przełożonego uratowała mu życie. Okazało się, że faktycznie uszkodzona była tętnica udowa, a zahamowanie krwawienia było jedynym ratunkiem. Zaś zahamował owe krwawienie Leszek.
Od tej pory wszystko się zmieniło.
Brygadziści i pracownicy wykonywali bez szemrania i krytyki wszelkie, nawet pewnie i te nie najmądrzejsze. polecenia Leszka.
Długo to jednak nie trwało bo po paru miesiącach Leszek został przeniesiony na wykonywaną w trybie awaryjnym budowę do Zakładów Celulozy i Papieru w Świeciu.
W latach 90-tych ubiegłego wieku autor bloga brał bardzo intensywny udział w różnych kulturalnych wydarzeniach swojego miasta. Często także bywał w teatrze i poznał wiele osób z nim związanych. Jednym z nich był wspaniały aktor Leszek Polessa.
Od lewej: Grzegorz Andrzejewski, autor bloga i Leszek Polessa.
W sierpniu 1989 roku pojechałem z moją żoną naszym samochodem (z najmniejszym wówczas silnikiem dieslem na świecie) do Leningradu. Po drodze zwiedziliśmy wiele miejscowości. Niewątpliwie najciekawszą z nich było Wilno. Poniżej parę zdjęć z Wilna, z tej naszej podróży.
Tym razem znowu te same osoby, ale w innej scenerii. Ten klimat końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, klimat schyłku socjalizmu, naprawdę był specyficzny i warto spojrzeć na tamte chwile. Dla tych co je przeżywali z przypomnieniem, a dla pozostałych jako, przynajmniej maluteńki obraz tamtej rzeczywistości.
Poniżej zdjęcie wykonane w sierpniu 1988 roku w Sokole Kuźnicy, w ośrodku wypoczynkowym Wydziału Oświaty w Bydgoszczy. Rządził tam wówczas pan Oskwarek, obecnie wieloletni wójt gminy Nowa Wieś Wielka. Rządził dobrze i sprawiedliwie, a wczasy pod jego kierownictwem były wspaniałe.
Od lewej: Adam, Wiesław, Rysia. Ola. Maria, Roman.
Na poniższym zdjęciu widzimy "słynny" w pierwszej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku, bydgoski tercet egzotyczny, jak wtedy wielu ich określało. Określało tym mianem tą trójkę właścicieli kilku powszechnie wówczas znanych bydgoskich firm. Zaś w tle tryptyk bydgoski namalowany przez Jerzego Puciatę specjalnie do tego wnętrza.
Dzisiaj dla mnie wyjątkowa data. Dokładnie pięćdziesiąt lat temu, można powiedzieć, że zostałem bydgoszczaninem.
W piątkowy poranek 01.09.1967 roku zjawiłem się w pięknej auli Technikum Kolejowego Ministerstwa Komunikacji przy ulicy Kopernika 1 w Bydgoszczy.
W murach tej szkoły spędziłem pięć lat, a potem pozostałem już na stałe w Bydgoszczy.
Niestety nie zachowały się żadne zdjęcia z tych pierwszych dni w technikum. Najbliższe temu momentowi są zdjęcia z wycieczki klasowej do Warszawy. Wycieczka była dwudniowa i odbywała się w połowie października 1967 roku.
Poniżej cztery zdjęcia z tej wycieczki. Tak na marginesie dodam, że jeszcze jesteśmy w cywilnych ubraniach, gdyż mundury otrzymaliśmy dopiero po pierwszym okresie szkolnym, czyli na początku 1968 roku i obowiązkowo musieliśmy w nich chodzić do szkoły, łącznie z butami, czapką, a w chłodne dni dodatkowo w ciężkim sukiennym płaszczu. Tak samo musieliśmy się ubierać na wszystkie szkolne imprezy oprócz bali i zabaw.
Dzisiaj sami nie wiemy co pić i jeść. Sklepy oferują taką różnorodność towarów, że trudno się w nich połapać. Jeszcze jako tako można wybrać mięso na grilla, ale już z trunkami to znacznie gorzej. Oczywiście większość preferuje sieciowe piwo, chociaż coraz częściej wybieramy piwa niszowe, a czasami nawet wina. Szpanujemy różnymi Finlandiami, Absolutami lub bardziej wyrafinowanymi trunkami, na przykład Grey Gus, albo innymi 20 letnimi whisky.
Nie zawsze tak było.
Poniżej zdjęcie z socjalistycznej uczty początków lat osiemdziesiątych XX wieku.
Nie będę się wysilał na porównania, komentarze, albo zrozumienie.
Popatrzmy jak to było około 35 lat temu i porównajmy to, i to pod każdym względem z tym co teraz mamy.
Jak już poprzednio napisaliśmy - o tym rocznym pobycie Leszka w wojsku napisać należałoby osobną opowieść, ale my musimy zdążać do wyznaczonego od początku celu i dlatego o wojsku tylko jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to niespodziewane wydarzenie, a druga to promocje na oficerów.
Jednego czerwcowego wieczoru, a było już dobrze po północy, Leszek usłyszał nagły rumor, krzyki i rozkazy. Dobiegały one z sąsiedniego pokoju, pokoju zajmowanego przez jego dowódcę kompanii. Do śpiewów i dyskusji toczonych podniesionymi głosami, do stukania butelek i kieliszków Leszek już przywykł bo zdarzało się to przynajmniej w ponad połowie dni tygodnia, jednak teraz było to coś zupełnie innego. Nie był to ów codzienny rytuał,
Tej nocy usłyszał całkiem nowe dźwięki. Było to coś na kształt odgłosów skoków, którym wtórowały gromkie okrzyki i różnorakie toasty.
Po tym jednostajnym głośnym rumorze usłyszał nagle przeraźliwy okrzyk bólu, a zaraz potem dotarł do niego gromki głos majora Słonimskiego: - podchorąży natychmiast ma się stawić do dowódcy kompanii. W pierwszej chwili Leszek będący na skraju snu nie zdał sobie sprawy o co chodzi, ale ponieważ ten rozkaz powtarzał się wielokrotnie i kompletnie Leszka przebudził, to wstał z łóżka, założył spodnie i kurtkę polową i poszedł do sąsiedniego pokoju skąd rozbrzmiewał nieustanny głos pana majora.
Wszedł do pokoju pana porucznika i oniemiał. Zaduch alkoholowo-papierosowy wprost odurzał, a mgła tytoniowego dymu zaścielała całe pomieszczenie. Po chwili Leszek nieco ochłonął i odnajdując w owej mgle postać dowódcy batalionu powiedział: - panie majorze, sierżant podchorąży melduje się na rozkaz. Pan major odrzekł: - no nareszcie, co wy podchorąży tak się guzdrzecie? Spałem panie majorze - odpowiedział Leszek. No dobrze, już dobrze, widzicie podchorąży, że porucznik Ledwosiński jest kontuzjowany i nie wiadomo co mu się nagle stało. W każdym razie trzeba go zawieźć do szpitala w Częstochowie. Weźmiecie podchorąży dyżurnego Stara i zawieziecie porucznika do szpitala i tam zostaniecie do czasu, aż się dowiecie co porucznikowi dolega, a dopiero wtedy wrócicie i zameldujecie mi jak się sprawy mają. Zrozumiano? Tak jest panie majorze. Ale po chwili Leszek dodał: - ale jak mam panie majorze jechać Starem, w którym, w kabinie są tylko dwa miejsca, a nas jest troje, w tym jeden kontuzjowany? Wy mi tu podchorąży nie pierdolcie o takich głupotach. Natychmiast róbcie co każę, a jak to zrobicie to już zależy od was. Jesteście kurwa w wojsku czy nie? Leszek zamilkł. Podniósł pana porucznika, który cicho postękiwał i nie za bardzo wiedział co się dzieje i posadził go na fotelu. Po czym powiedział, aby pan porucznik wytrzymał i poczekał, aż on wszystko zorganizuje. W pokoju oprócz prawie kompletnie pijanego dowódcy batalionu byli jeszcze dwaj inni porucznicy, dowódcy pozostałych kompanii, ale byli w stanie znacznie gorszym niż pan major i Leszek będąc jedynym trzeźwym musiał sam wszystko przeprowadzić. Kierowca dyżurny, podobnie jak dyżurny podoficer, spali w swoich dyżurkach co samo w sobie było przestępstwem, ale też powszechną praktyką. Leszek zbudził jednego i drugiego i rozkazał im iść za nim. W trójkę przenieśli pana porucznika do kabiny Stara. Kierowca usiadł za kierownicą, a Leszek usadowił się na obudowie silnika i ruszyli do odległego o około dziesięć kilometrów wojewódzkiego szpitala w Częstochowie.
Tutaj w izbie przyjęć Leszek powiedział dyżurującemu lekarzowi, że pan porucznik doznał urazu w trakcie służby i wymaga natychmiastowej pomocy lekarskiej. Doktor długo i dziwnie przyjrzał się najpierw Leszkowi, a potem pacjentowi, ale nic nie powiedział, a tylko zarządził, aby natychmiast przewieziono pana porucznika na salę zabiegową.
Co tam dalej się działo w owym szpitalu to tego Leszek dokładnie nie wie. Coś tam ogromnie zawstydzony pan porucznik, po paru dniach po powrocie ze szpitala bąkał, ale tak to robił, że nijak Leszek nie mógł pojąć o co chodziło i jak do owej kontuzji doszło. W każdym razie pan porucznik miał rękę w gipsie i to prawie przez dwa miesiące. Ale nadal pozostawał w służbie.
I dopiero po oficerskiej promocji, na wspaniałym oficerskim balu, pan porucznik, popiwszy sobie zacnie, wyznał, nie mniej podpitemu Leszkowi i jego kolegom, jak to wtedy było. I wcale nie wyznał im prawdy dlatego, że był wdzięczny czy zobowiązany, ale dlatego, że było mu głupio. Bo jak sam stwierdził nie chciał, aby podlegli mu podchorążowie myśleli Bóg wie co, jak się wtedy wyraził. A w kompanii pana porucznika służyło trzech podchorążych. Cała trójka była z tej samej grupy dziekańskiej Wydziału Budownictwa Lądowego Akademii Techniczno-Rolniczej w Bydgoszczy. To było dwóch Andrzejów i Leszek.
A promocja to było naprawdę podniosłe przeżycie.
Przyjechały rodziny podchorążych. Od wczesnego ranka trwały nerwowe przygotowania do tej uroczystości. Podchorążowie zasłaniali swoje dwie gwiazdki na pagonach specjalnymi opaskami. Prasowali galowe mundury, golili się i spryskiwali się "Przemysławką" czyli popularną wówczas wodą kolońską. Zaś Leszek indywidualista skropił się "Staropolską" z krakowskiego Miraculum, taką wodą kolońską w butelce z wiklinowym oplocie, ładnie pachnącą, którą używał potem przez długie lata, aż do chwili, gdy zaprzestano jej produkcji.
Najpierw była defilada przed frontem pułku. Na czele defilady szła orkiestra wojskowa grająca porywająca duszę melodie wojskowe, za nią defiladowym krokiem szli podchorążowie, a za nimi takim samym krokiem szli ich podwładni. Doszli do trybuny honorowej, na której oprócz dowódcy pułku stało paru generałów i sam przewodniczący Rady Państwa Henryk Jabłoński. Przeszli przed tym znakomitym audytorium, skręcili na prawo i stanęli na pułkowym placu defilad. Stali wyprężeni na baczność, a ich dowódca pułku w asyście kilku generałów i przewodniczącego Rady Państwa, uderzał każdego z podchorążych po kolei po ramieniu szablą mówiąc przy tym: - mianuję Cię na pierwszy stopień oficerski czyli na podporucznika rezerwy Ludowego Wojska Polskiego.
Dzisiaj wielu powie, że to była fikcja, zdrada, zależność, podległość, że to... i tak dalej, ale Leszek tak nie myślał. Leszek przeżywał wielkie chwile i czuł się dumnym. Czuł się cząstką tamtego świata, tamtego czasu i tamtej tradycji. To dla niego był patriotyzm. Chciał służyć swojej ojczyźnie, a ta promocja była docenieniem jego starań, jego utożsamianiem się z tym wszystkim co nazywało się Polską. Trzeba było tam być i to przeżywać, aby to zrozumieć.
Potem był wspaniały bal w kasynie oficerskim. Była orkiestra, były tańce, był doskonały poczęstunek i równie wspaniałe napitki. Atmosfera była cudowna, a szczególnie po tym jak zniknęli oficjele państwowi i generałowie. Leszek tańczył z Joanną, orkiestra grała, wystrój kasyna był wspaniały, podłogi lśniły, stoły się uginały i wszyscy czuli się wyśmienicie. Wielu teraz powie, że to była zdrada, że to kolaboracja, że to wstyd, ale to nieprawda. Oni, ci wszyscy podchorążowie, mianowani wówczas na stopień oficerski wcale tak nie myśleli. Byli pewni, że spełniają swój obowiązek wobec swojej ojczyzny i byli pewni, że gdy ojczyzna będzie ich potrzebować to staną ramię w ramię i będą jej służyć. To było takie normalne, takie ludzkie, że obecnie wręcz niepojęte.
I to podczas tego balu, będąc już na dobrym rauszu, trzej bydgoscy podchorążowie, a teraz już oficerowie, podeszli do swojego dowódcy kompanii, aby mu podziękować za wspólną służbę i pożegnać się z nim bo za dwa dni mieli wracać do swoich domów i pewnie już by się nigdy nie spotkali.
Rozmawiali swobodnie na różne tematy bo przecież wszyscy byli już oficerami, aż w pewnym momencie tej rozmowy Leszek wypalił: - panie poruczniku nie rozumiem do dzisiaj co się wydarzyło wtedy, gdy odwoziłem pana do szpitala w Częstochowie? Pan porucznik Ledwosiński chwilę podumał po czym odpowiedział: - panie poruczniku Marcinkowski, zarówno wtedy jak i teraz spisał się pan, moim zdaniem, bardzo dobrze, dlatego czuję się zobowiązanym moi drodzy byli podwładni opowiedzieć wam co się wówczas zdarzyło. Pan, panie Leszku zachował się dyskretnie i nikomu nie opowiedział tego co widział i tego co wtedy przeżył. Doceniam to, a ponieważ pewnie nigdy w już się nie spotkamy, a chciałbym, aby panowie zachowali o mnie dobre zdanie dlatego też opowiem wam co się wówczas wydarzyło.
Tamten wieczór był jak wiele innych. Piliśmy, podjadaliśmy, graliśmy w karty, aż w pewnym momencie major Słonimski powiedział, że czas na ożywienie atmosfery i proponuje, aby wymyślić jakieś zawody. Nikt specjalnie nie miał pomysłu, ale pan major miał. Zaproponował, aby każdy z nas czworga wszedł po krześle na szafę, usiadł na jej brzegu, a potem skoczył jak najdalej. Temu co skoczy najdalej pozostali postawią litr czystej żytniej.
I tak skakaliśmy po kilka razy, aż wreszcie, gdy ja kolejny raz skakałem to uderzyłem ręką o blat stolika i złamałem sobie rękę. Ot i cała tajemnica wypadku na służbie. Resztę tego co się wówczas zdarzyło panowie znają.
Jeszcze wznieśli kilka wspólnych toastów i tak zakończyła się służba wojskowa Leszka.
Na zgrupowanie polowe wyruszył cały pułk wraz z całym zmechanizowanym sprzętem, wyposażeniem bojowym i całą masą innych rzeczy. Podchorążowie wraz z pułkową kadrą dotarli do Rząsawy eszelonem czyli specjalnym wojskowym pociągiem. I to był jedyny sukces owego przemieszczania się pułku na to zgrupowanie.
Cała reszta, jak już pisaliśmy, to istna ironia. Odległość liczącą około 220 kilometrów w pierwszym rzucie, czyli w przeciągu pierwszej doby od wyruszenia z twierdzy Modlin, pokonało aż trzydzieści procent jednostek transportowych i bojowych, które wyruszyły z macierzystych leży. A potem dwa tygodnie trwało ściąganie do Rząsawy tych jednostek, którym w ciągu owej doby dotrzeć na zgrupowanie polowe się nie udało.
Awaria to było najczęściej powtarzane wówczas słowo. Ciężarówki wojskowe, ciągnące na specjalnych przyczepach ciężki sprzęt, padały po drodze jak przysłowiowe muchy. A z nimi tkwiły wzdłuż trasy marszruty rozliczne koparki, spycharki, równiarki i cała masa innego zmechanizowanego sprzętu.
Zaś kadra pułku zakwaterowana w całkiem przyzwoitych warunkach, energicznie dowodziła, przez owe dwa tygodnie, ściąganiem owego sprzętu do miejsca docelowego.
Leszek był wśród tej kadry, a jego pokój , pierwszy raz od początku służby wojskowej, służący tylko jemu samemu, sąsiadował z pokojem porucznika Ledwosińskiego będącego dowódcą kompanii w skład której wchodził pluton dowodzony przez podchorążego Leszka.
Przez owe pechowe, albo i nie, dwa tygodnie nikt szczególnie się nie przejmował owym przerzutem wojsk bo ponoć zawsze tak bywało. Oficerowie świętowali byle co, pili tęgo i opowiadali o tym jak ważny jest ich pułk. Rej wodził dowódca batalionu major Słonimski. To on organizował popijawy, spotkania kadry i wszyscy mu jakoś ulegali łącznie z dowódcą pułku pułkownikiem Balikiem.
Wreszcie ogłoszono w rozkazie dziennym, że osiągnięto sukces i cały pułk uzyskał oczekiwaną sprawność bojową i od jutra zaczyna realizować zadania bojowe, które przed pułkiem postawiło dowództwo dywizji.
Owa sprawność polegała na wykończeniu robót przy budowie trasy Warszawa - Katowice w rejonie Częstochowy. Dla plutonu Leszka polegało to na budowaniu chodników w ciągu ulicy Mirowskiej w Częstochowie. Wykończenie innych robót drogowych na wiadukcie nad tą trasą i na wspomnianej ulicy Mirowskiej przecinającej ową trasę było pierwszym zadaniem całej kompanii w skład której wchodził pluton dowodzony przez Leszka.
I wtedy Leszek przeszedł pierwszą prawdziwą szkołę życiową. Szkołę rozgoryczenia i zawiedzionego zaufania.
A było to tak:
Dowódca batalionu wyznaczył jako normę dzienną dla żołnierzy z plutonu Leszka, wykonanie trzydziestu metrów bieżących gotowego chodnika. Na te roboty składało się ułożenie krawężnika od strony jezdni, wykonanie podbudowy chodnika, ułożenie płytek chodnikowych i wykonanie obrzeży chodnikowych. Leszek był bezpośrednio po szkole i nie miał żadnego doświadczenia pracy z ludźmi na budowie, ale z jego obliczeń wynikało, że dla kilkunastu ludzi (reszta plutonu pełniła różne warty, dyżury, była chora lub na urlopach. bo to stare wojsko było) jest to niemożliwe. Tym bardziej, że nie było wśród nich żadnego fachowca od tych robót i nie mieli prawie żadnego pojęcia jak te roboty wykonywać. To podobno podchorąży z racji swojego wykształcenia miał sprawić, żeby było tak jak dowódca przewidywał. Po trzech dniach podczas których plutonowi udawało się wykonać połowę tego co wyznaczył im jako normę pan major, Leszek został wezwany do dowódcy. Dowódca powiedział mu, że trzy dni to dosyć na naukę i od jutra ma być tak jak rozkazał bo inaczej będą kary, zabrane zostaną przepustki, będzie okresowy zakaz wstępu dla jego żołnierzy do kantyny i jeszcze on coś wymyśli, dodał po chwili.
Z rana następnego dnia Leszek odbył ze swoimi żołnierzami poważną rozmowę. Powtórzył część tego co pan major mu powiedział, ale najbardziej skupił się do odwoływania do żołnierskiej ambicji. Mówił, że jak oni, oni stare wojsko nie zdołają wykonać normy to będzie wstyd na cały pułk. Jak nie oni, doświadczeni żołnierze, to kto ma to wykonać? Mówił im o honorze żołnierza, o poświęceniu dla służby i ojczyzny i inne takie. Ponieważ był ich dowódcą to go słuchali, ale jak skończył mowę to zaczęli sarkać, że to i tak jest niemożliwe, że padną przy tej robocie, że wypadki mogą być, że podchorąży ich nie rozumie bo sam nie robi, a tylko patrzy. I padło jeszcze wiele przykrych dla Leszka określeń, porównań i stwierdzeń. Leszek zaapelował jeszcze raz, ale tym razem do trzech dowódców drużyn, ale oni także, po krótkiej naradzie między sobą, stwierdzili, że tego ich podwładni nie są w stanie wykonać. Jednak wspólnie z Leszkiem ustalili, że będą się starać i może się uda.
Tego dnia poszło im lepiej i wykonali dwie trzecie normy, czyli dwadzieścia metrów bieżących owego chodnika.
Niestety pan major był niezadowolony, a nawet wściekły co wyraził na wieczornym apelu piętnując za opieszałość i złą służbę, zbiorowo cały pluton, a Leszka piętnując osobno, stwierdzając, że na podstawie dotychczasowej służby miał o podchorążym znacznie lepsze zdanie, ale niestety się zawiódł. Po czym dodał, że podchorąży ma jutro wolne, a on sam będzie pilnował robót i udowodni inżynierowi od dróg, że można dokonać tego co on im rozkazał.
Następnego dnia Leszek pojechał z żołnierzami do Częstochowy, ale ponieważ pan major stwierdził, że nie jest mu do niczego potrzebny i, że może pójść gdzie chce, a tylko ma przyjść w czasie gdy normalnie kończą pracę.
To Leszek poszedł Mirowską prosto do klasztoru jasnogórskiego, a potem kręcił się po mieście, wypił kawę, coś zjadł, posiedział w parku i około szesnastej wrócił na budowę.
Tutaj od triumfującego pana majora dowiedział się, że jego żołnierze wykonali dzisiaj trzydzieści jeden metrów chodnika.
Strasznie było mu głupio i wstyd. Nie skomentował tego co się stało. Wsiadł z żołnierzami na pakę Stara i razem wrócili do miejsca zakwaterowania. Przez całą drogę się do nikogo nie odezwał, a żołnierzom też było jakoś głupio i prawie nic nie mówili.
Wreszcie po wieczornym apelu, Leszek wezwał trzech dowódców drużyn i zapytał ich jak to się stało, że tyle wykonali. Przecież twierdzili, że to jest niemożliwe, a jednak ich podwładni tego dokonali.
Chłopaki mocno się krygowali bo przecież wiedzieli, że podchorąży był po ich stronie, a oni dali przysłowiowej dupy. Wreszcie jeden z nich, nijaki Mirek Pękalski, zaczął coś nieśmiało dukać. I opowiedział jak było. Na początek dnia, gdy Leszek odszedł w kierunku klasztoru, przyszedł do nich major Słonimski i powiedział, że teraz każdy z żołnierzy otrzyma po butelce piwa, a później trakcie roboty dostaną jeszcze po dwie butelki piwa i po sporej porcji kiełbasy z bułką i musztardą. Zaś po wykonaniu owych trzydziestu metrów chodnika dostaną jeszcze po dwa piwa na każdego. Tutaj trzeba wyjaśnić, że wówczas piwo dla żołnierza to była praktycznie w czasie służby rzecz nieosiągalna, a do tego kiełbasa z bułką trafiała się może dwa razy do roku czyli na dzień wojska polskiego i na 22 lipca czyli święto narodowe PRL-u. Chłopaki uszczęśliwieni tym nadmiarem wszystkiego, a do tego zmobilizowani obecnością dowódcy batalionu od którego praktycznie wszystko zależało, pracowali jak szaleni i zrobili nawet więcej niż musieli zrobić.
Jednak to było przekupstwo i oszustwo. Ale pan major wygrał.
Pan porucznik, bezpośredni dowódca Leszka, udawał, że wszystko jest w porządku.
W następnych dniach, bez piw i bez kiełbasek, żołnierze wykonywali około dwudziestu metrów bieżących chodników, ale pan major nie wzywał już Leszka do raportu i wszystko wróciło do normalności.
Tylko Leszek stracił zaufanie do swoich podwładnych, a oni to czuli. Starali się w różny sposób, aby powróciły poprzednie relacje na linii podchorąży - żołnierze, ale nie wróciły.
Pan major udowodnił, że jest najlepszy, ale wszyscy na tym stracili.
To była dla Leszka pierwsza praktyczna lekcja prawdziwego życia.
W ogóle ten rok wojska to niesamowicie intensywny okres życia Leszka.
O tym roku można napisać całą grubą księgę, ale kto by ją czytał?
W następnym odcinku, zanim ruszymy dalej, jeszcze jeden epizod z wojskowej przygody Leszka.
W minioną sobotę i niedzielę odbył się doroczny "Festiwal Smaków". Odbył się w Grucznie, dużej wsi pięknie położonej w dolinie dolnej Wisły (około 30 km od Bydgoszczy), nieopodal Chełmna i Świecia n. Wisłą. Była to już dwunasta edycja tego smakowitego festiwalu.
Pogoda dopisała. Zwiedzających, kupujących, smakujących były tysiące. Stoisk było pewnie ze sto pięćdziesiąt, ale nie liczyłem. Różnorodność głównie smakowitych potraw i trunków ogromna. Chociaż były też stoiska z wyrobami artystycznymi, regionalnymi i cały ten blichtr jaki od zawsze kojarzy się z prawdziwymi jarmarkami. Kupiliśmy miody, wyroby lawendowe, wspaniałe pomidory i trochę różnych wędlin.
Impreza z roku na rok coraz większa. Coraz więcej wystawiających i kupujących oraz oglądających. Jednak odnoszę wrażenie, że za tym powiększającym się festiwalem nie nadąża elementarna infrastruktura. Za postawienie samochodu na rżysku płaci się 6 złotych, niezależnie od czasu. Samochodów tysiące, kurz okropny. Dojście od samochodu do miejsca festiwalu uciążliwe i niebezpieczne. Ponieważ impreza odbywa się na bardzo pofałdowanym terenie, a było po nocnych deszczach to poruszanie się po zboczach skarp sprawiało spore trudności.
A co najgorsze to moje przekonanie, że impreza się zbyt szybko i zbyt mocno komercjalizuje. Trochę za dużo sztampowych, zwyczajnych, pospolitych wyrobów. Za małe zróżnicowanie stoisk. No i te ceny?
Poniżej kilka zdjęć z tegorocznej edycji festiwalu:
W czerwcu 1967 roku ukończyłem ośmioklasową Szkołę Podstawową numer 1 we Wągrowcu, a zaraz potem zdawałem egzamin wstępny (tak, taki był) do Technikum Kolejowego w Bydgoszczy (ponad dwóch kandydatów na jedno miejsce). Egzaminy były pisemne i ustne z matematyki, fizyki i języka polskiego.
Dzisiaj to brzmi jak dobry żart. No, ale minęło od tamtego czasu ponad 50 lat. Jak przeżywałem ten egzamin i jak czekałem na jego wynik to tego nie zrozumie nikt kto sam tego nie przeżył.
Dzisiaj prezentuję zdjęcie wykonane na zakończenie nauki w szkole podstawowej - absolwenci klasy ósmej "A" wraz z kadrą nauczycielską i dyrektorem szkoły - ten pan w środku pierwszego rzędu, wyglądający jak dyrektor. Wtedy, wbrew pozorom, tak było. Trzeba było mieć autorytet i charyzmę, aby być dyrektorem. Dzisiaj niestety wystarczą stosowne układy, znajomości, a czasami (rzadko) także autentyczne predyspozycje.