wtorek, 23 stycznia 2018

Jeszcze kilka bałwanów.

Zima sprzyja dlatego każdego dnia przyrasta populacja bałwanów.  Poniżej bałwany sfotografowane dzisiaj (23.01.2018).






sobota, 20 stycznia 2018

Styczeń 2018 r. w bydgoskim Myślęcinku.

W tym roku zima była najpierw bardzo łagodna, ale parę dni temu pokazała swoje pazurki.  Spadło sporo śniegu i zmienił się krajobraz.  Dzieci mają uciechę i obrodziło bałwanami  Poniżej kilka zdjęć z zimy bez śniegu oraz kilka ze śniegiem.  wszystkie zdjęcia wykonano w styczniu 2018 roku w bydgoskim Myślęcinku czyli w największym w Polsce parku miejskim oraz w przylegającym do parku ogrodzie botanicznym.








środa, 17 stycznia 2018

Leszek - odcinek 48

Zanim przejdziemy do następnego etapu naszej pisaniny to spójrzmy najpierw w Terminarz Technika Naczelnej Organizacji Technicznej w Polsce  (XXX rok wydawnictwa) w którym to terminarzu Leszek zapisał pod datą 22.02.1982 rok pobyt -Gdańsk, a w następnym dniu także Gdańsk.  Zaś w dniach 24.02.1982 i 25.02.1982 zapisał  - Karsznice.  Następnego dnia była to Bydgoszcz, a potem była wolna sobota. 22.02.1982 ponownie Gdańsk i następnego dnia także Gdańsk, a 24.01. ponownie Karsznice.  02. 03.1982 był w Inowrocławiu, a 03.02 1982 w Toruniu.  08.03.1982 i 09.03.1982 w Prądocinie, a 10.03.1982 w Laskowicach. Kolejnego dnia czyli w dniu 11.03.1982 w Karsznicach.  Zaś 12.03.1982 był we Włocławki, a potem była znowu wolna sobota.  A te wolne soboty to wcale nie były wówczas takie oczywiste, lecz były z góry określone i wszyscy socjalistyczni pracownicy z utęsknieniem na nie czekali.

15.03.1982 znowu Gdańsk.  16.03.1982 Włocławek, a 17.03.1982 Inowrocław.  18 i 19. 03 1982 Karsznice, a 20.03.1982 Bydgoszcz.  22.03.1982.  23.03.1982 Grudziądz, a 24.03.1982 Inowrocław Rąbinek, zaś 25.03.1992 Toruń Kluczyki.  I tak codziennie Leszek jeździł i nadzorował.  02.08 1982 roku był w Aleksandrowie Kujawskim gdzie nadzorował rozbudowę sanatorium kolejowego, a 03.08.1982 był w Otłoczynie, gdzie nadzorował budowę sieci wodociągowej.  06.08.1982 był w Grudziądzu, a 09.08.1982 w Chojnicach.  I tak codziennie w innej miejscowości i na innej budowie. Często, jednego dnia, przejeżdżał nawet po kilkaset kilometrów koleją.

Przeskakując kilka lat, 16.05.1984 roku znajdujemy się na przekazaniu placu budowy pod przyłącze wodociągowe w Nieszawie, a 17.05.1984 roku Leszek kontroluje roboty na budowie stołówki w Iławie. Zaś 18.05.1984 odbiera roboty w kompresorowni w Chojnicach.  21.05.1984 to spotkanie u dyrektora sanatorium kolejowego (pana Grobelskiego) w Inowrocławiu w sprawie węzła c.o i automatyki oraz sprawdzenie cyrkulacji c.w.  (c.o - centralne ogrzewanie, c.w. - ciepła woda) oraz sporządzenie bilansu potrzebnej mocy cieplnej na miesiące V-IX dla zawarcia umowy z ZEC Inowrocław.  24.05.1984 WPWiK Toruń - uzgodnienie wykonawstwa przyłącza wodociągowego w Nieszawce.  28.05.1984 Iława - spotkanie na budowie stołówki z wykonawcami robót, sanepidem i USO Olsztyn.

31.05.1984 narada w Gdańsku.  12.06.1984 Przydwórz, a 13.06 1984 Grudziądz, zaś 14.06.1984 Wodek.  18.06.1984 Aleksandrów Kujawski - sprawa dwustronnego zasilania w ciepło pawilonu nr 1 i łącznika w sanatorium kolejowym.  19.06.1984 Wierzchosławice, a 25.06.1984 Chojnice.  I tak codziennie.

Przeskakujemy do 13.07 1984 czyli do narady koordynacyjnej na budowie magazynu ekspedycji ekspresowej w Toruniu i zaraz potem do 26.09.1984 do Karsznic na egzekutywę KZ (komitetu zakładowego) węzła Karsznice w sprawie wyboru koncepcji uporządkowania gospodarki wodno-ściekowej dla osiedla kolejowego w Karsznicach.

I tak codziennie i tak podobnie.  Tysiące kilometrów koleją każdego miesiąca.  Dziesiątki miejscowości i setki budów.

Ci sami koledzy i ci sami współpracownicy.  Kontrole, narady, objazdy, spotkania, uzgodnienia, koordynacje, wnioski racjonalizatorskie, nagrody, premie, odznaczenia.  Praca bardzo ciekawa, urozmaicona, samodzielna i satysfakcjonująca.  ALE.

Co do tego "ALE"  to w kolejnym odcinku zmienimy całkiem konwencję i przejdziemy do kolejnego rozdziału leszkowego życia.   Będzie ono opisane w odrębnej opowieści o uroczym tytule "Bogusław".

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 60

Czy ktoś pamięta jeszcze Bydgoski Bank Komunalny?   Powszechnie znani w Bydgoszczy Bracia dorobili się na cinkciarstwie, imporcie alkoholu, transporcie, budownictwie i paru innych dziedzinach i otworzyli ów bank.   Bank nazywał się Bydgoski Bank Komunalny, a mój wspólnik był członkiem rady nadzorczej tego banku dlatego coś tam o tym wiem i pamiętam. Jednak w tym poście chciałbym przypomnieć jakie to wówczas bywały odsetki i jaką kasę zarabiali zaufani i wtajemniczoni oraz odpowiednio zorientowani, klienci banku.   Hołota intelektualna, ale zamożna materialnie, wpłacała kasę licząc na wielkie zyski, nie mając najmniejszego pojęcia, że to jest protoplasta Amber Gold i tego banku (Staropolski) z Poznania co to nie tylko na bankowej działalności przekręcił wówczas tysiące zamożnych ludzi.  Ja mam do dzisiaj kilka takich bonów. Mam także akcję Drewbudu, która kosztowała mnie w 1989 roku ponad dziesięć ówczesnych pensji.  I, zapytałby ktoś, a  o czym to świadczy?    To tylko świadczy o mojej naiwności i głupocie.  Na szczęście te głupkowate "inwestycje"  nijak nie wpłynęły na moje życie, ale wspomnienie owej głupoty czasami przypomina o sobie i wcale nie jest mi wówczas przyjemnie.






sobota, 6 stycznia 2018

Leszek - odcinek 47

Okres inspektorowania na kolei to była najlepsza praca w całym zawodowym życiu Leszka.  Praca była ciekawa i dobrze płatna.  Jej tryb Leszek wyznaczał sobie sam.  Oczywiście były obowiązkowe wyjazdy do Gdańska, różne objazdy, narady i konferencje, ale te z góry zaplanowane zajęcia zajmowały maksymalnie jedną czwartą całego czasu pracy, zaś w pozostałych dniach Leszek sam sobie organizował pracę.  To organizowanie polegało na tym, że układał sobie tygodniowe plany odwiedzania różnych budów i nikt w to nie ingerował.  Miał tylko obowiązek każdego dnia pracy zatelefonować poprzez kolejową sieć telefoniczną do pani Halinki z Biura Inwestycji i powiadomić ją gdzie jest.   Pani Halinka to była wyjątkowo sympatyczna i miła pani.   Zawsze służyła dobrym słowem i radą przez telefon, a dodatkowo wspaniałym uśmiechem gdy bywało się w dyrekcji.  Pani Halinka stanowiła naturalne oparcie każdego inspektora gdańskiego biura inwestycji.  Była prawą ręką, a pewnie też i lewą ich bezpośredniego kierownika.  Już po paru miesiącach Leszek nie mógł sobie wyobrazić wykonywania swojej pracy bez pomocy, wsparcia i informacji uzyskiwanych od pani Halinki.

I było tak jak na pierwszym spotkaniu powiedział do Leszka jego nowy szef pan Maciej, mówiąc, że każdy inspektor odpowiada przede wszystkim sam za siebie.   Była to duża samodzielność, lecz równie duża odpowiedzialność.  Szefowie oprócz dwóch narad w miesiącu zazwyczaj nie wtrącali się do pracy inspektorów.   Na naradach za to ich rozliczali z wykonanych zadań i dawali następne zadania.  Taki tryb różnorodnej i samodzielnej pracy bardzo Leszkowi odpowiadał.  A do tego poznał w tej pracy masę fantastycznych osób.   Byli to i Andrzej Lech z Gdańska i Krzysztof Kuteszko z Olsztyna i Jan Rodziewicz z Gdyni, a także Eugeniusz Walczak z Bydgoszczy, Ania i Zbyszek Skrętowie z Łodzi i wielu, wielu innych.

To tutaj w tej pracy Leszek poznał pana Mieczysława Delmaczyńskiego.  To pan Mieczysław został jego nauczycielem, mentorem i czasami nawet powiernikiem.   Była to najwspanialsza osoba ze wszystkich ludzi, których Leszek poznał na swojej zawodowej drodze.  Dlatego poświęcimy mu trochę miejsca w naszym pisaniu bo nikt tak jak On na to nie zasługuje.

Pan Mieczysław przed wojną uzyskał średnie wykształcenie techniczne i w 1935 roku podjął pracę w fabryce samolotów w Białej Podlaskiej.  W sierpniu 1944 roku został zmobilizowany i po kilkumiesięcznym przeszkoleniu w październiku 1944 roku został skierowany do odbudowy kolei po zniszczeniach wojennych.  I na tej kolei, najpierw w Lublinie, a potem w Bydgoszczy i Gdańsku, przepracował prawie pięćdziesiąt lat.  W latach pięćdziesiątych uzupełnił swoje wykształcenie i ukończył studia zostając inżynierem budownictwa.  Praca była zawsze pasją i hobby pana Mieczysława.  Wszędzie gdzie działał zawsze ogromnie się angażował.  U pana Mieczysława motywacja do rzetelnego wykonywania swoich obowiązków wynikała tylko z idealistycznego podejścia do pracy.  Nie kierował się chęcią zdobycia wyższego stanowiska, chęcią posiadania władzy, czy chęcią wpływania na otoczenie, ani też chęcią osiągnięcia wielkich korzyści materialnych.  Pomimo wielu propozycji i wielu możliwości awansu, został do końca swojej zawodowej drogi inspektorem nadzoru inwestorskiego.  Był także dobrym mężem i ojcem córki i dwóch synów.  Cała trójka ukończyła studia co było wielkim powodem do dumy dla pana Mieczysława.  Dodatkowo od 1961 roku pan Mieczysław, głównie społecznie, podejmował się nadzorowania, koordynowania i kierowania robotami przy budowlach sakralnych.  Sporządzał także projekty oraz wykonywał uzupełnienia i przeróbki dla projektów dotyczących budowli sakralnych.  Pomimo ogromu pracy i wielkiego zaangażowania pan Mieczysław był zawsze człowiekiem pełnym dobrego humoru, świetnego samopoczucia i pogody ducha.  Był dobroduszny i prostolinijny.  Był niezwykle towarzyski.  Potrafił zawsze znaleźć najlepsze wyjście w każdej sytuacji zawodowej i towarzyskiej.  Umiał rozładowywać nawet największe konflikty i napięcia, często posługując się przy tym opowiedzeniem dobrego kawału, zacytowaniem przypowieści lub przysłowia.  A był prawdziwą skarbnicą przypowieści, powiedzeń i kawałów.  Zaś fachowiec był z Niego wielkiej klasy, ogromnej wiedzy i o jeszcze większym doświadczeniu.  Wszystkie najtrudniejsze problemy budowlane zawsze najpierw trafiały do pana Mieczysława i to on osądzał i decydował co dalej.   Radzili  się go nie tylko koledzy inspektorzy, lecz także ich szefowie, a bywało, że i szefowie różnych firm wykonujących roboty, które On nadzorował.   Pan Mieczysław miał zawsze dobry humor i tryskał energią.  Zawsze był zawodowo przygotowany, zaginając swoja wiedzą nawet najtęższych fachowców i to nie tylko ową  wiedzą, ale także umiejętnym postępowaniem, które zawsze mu wszystkich zjednywało.  To był dusza człowiek, dobry człowiek, wspaniały nauczyciel i kolega.

Powyższy bardzo skrócony i lakoniczny opis brzmi jak socjalistyczna laurka.  I pewnie wielu czytających tak go potraktuje, ale wierzcie, pan Mieczysław nie tylko na takie słowa zasługiwał.  To już wówczas, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, unikat w całym pozytywnym znaczeniu tego słowa.   Dzisiaj takich ludzi po prostu nie ma.  Dlatego warto ich wspominać bo i swoją pracą i postawą zasłużyli sobie na to.

I Leszek miał to ogromne szczęście, że to pan Mieczysław wprowadzał go do zawodu inspektora nadzoru.

Warto opisać chociaż jedną taką lekcję, których bardzo wiele, mimochodem i bez zaznaczenia tego faktu, pan Mieczysław udzielił Leszkowi. Jedą z takich lekcji opisujemy poniżej.

W poniedziałek 22 listopada 1982 roku na godzinę ósmą rano została zwołana narada koordynacyjna na budowie ośrodka wypoczynkowego PKP w Prądocinie. Kolejowa narada koordynacyjna to średnio przynajmniej dwanaście osób ze strony PKP (reprezentanci licznych służb kolejowych, przedstawiciel regionalnej dyrekcji i dwaj inspektorzy czyli Pan Mieczysław i Leszek).   Do tego przedstawiciele wykonawców robót i zazwyczaj także projektanci.  Tak też było tego dnia w Prądocinie.  W niewielkiej salce, służącej na co dzień kierownikowi budowy za biuro, zebrało się około dwudziestu osób.  Salka była dosyć chłodna bo ogrzewał ją tylko jeden elektryczny piec akumulacyjny.  Tuż po rozpoczęciu narady większość jej uczestników zaczęła namiętnie palić papierosy.   Wówczas było to bardzo powszechne.   Jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem narady pan Mieczysław poprosił kierownika, aby otworzył okno, bo jak to określił, nie było czym oddychać.  Wtedy zrobiło się jeszcze zimniej i uczestnicy narady zaczęli sarkać.  Na co pan Mieczysław skwitował, albo palenie, albo otwarte okno bo w tym papierosowym zaduchu to nawet myśleć się nie da.  I tak jednym prostym stwierdzeniem diametralnie ukrócił palenie.

Pierwszym punktem narady był problem związany z przeprowadzeniem kanalizacji pod istniejącą drogą asfaltową.  Pan Mieczysław zaproponował inny przebieg zaprojektowanego ułożenia kanalizacji i to taki, żeby owa kanalizacja nie musiała dwukrotnie przechodzić przez asfaltową jezdnię.  Zaraz z protestem podniósł się przedstawiciel rejonu budynków PKP twierdząc, że tak jak proponuje pan inspektor to trasa iść nie może bo oni w przyszłości planują w tym miejscu dodatkową zabudowę, a kanalizacja nie może się znaleźć pod tą tą zabudową.  Do protestu dołączył się przedstawiciel służby telekomunikacji PKP, której podlegały telefony kolejowe, twierdząc, że on także się nie zgadza bo oni planują tutaj położyć kable telekomunikacyjne.  Po chwili także projektant wniósł zastrzeżenia.   Wtedy Leszek, któremu pan Mieczysław zlecił protokołowanie narady zapytał: - to co ja mam zapisać panie Mieczysławie w tym protokole?   Czy zapisywać wszystkie protesty?   Ależ nie panie Leszku,  na razie niech pan nic nie pisze.   Po czym wstając zwrócił się do zebranych:  - panowie idziemy nad wykop zobaczymy na miejscu jakie są możliwości rozwiązania problemu.  I tak cała dwudziestka, w padającym mokrym deszczu, przy silnym wietrze i temperaturze około zera oraz po błocie do kostek, powędrowała ponad kilometr w jedną tylko stronę i tyle samo, po pół godzinie, z powrotem.  Niczego nie ustalili, ale przyszli zmoknięci, zziębnięci i już dużo spokojniejsi i mniej bojowi. Po, niczego nie uzgadniając w punkcie pierwszym przeszli do punktu drugiego, który dotyczył konstrukcji dachu nad stołówką..  Na wstępie pan Mieczysław stwierdził, że taka konstrukcja dachu jaką zaproponował projektant jest w polskich warunkach nie do przyjęcia bo projektant zaproponował dach koszowy o spadkach do środka dachu. Argumentował to tym, że jakość materiałów i jakość wykonania pozostają daleko w tyle za wspaniałymi pomysłami panów projektantów.  Oczywiście pan projektant absolutnie nie chciał się zgodzić na zmianę projektu.  Jednak zarówno wykonawca jak i inspektor obstawali przy swoim.  Pan Mieczysław twierdził, że dach będzie przeciekał i będą kłopoty z odprowadzeniem wód opadowych bo projektowane rury spustowe mają za mały przekrój, a przy ulewnych deszczach i tak nawet większe rury nie odprowadzą nadmiaru wody, która wówczas zalewać będzie wnętrze stołówki.  Kierownik ośrodka twierdził, że taka stołówka doda urody ośrodkowi, a i projektant nie chciał ustąpić.  A Leszek znowu nie wiedział co wpisać do protokołu i ponownie zapytał pana Mieczysława co ma uczynić.  A ten tak jak poprzednio odparł, aby nic nie pisał, ale z pisaniem jeszcze poczekał bo ci wszyscy malkontenci sami się niedługo siebie przechytrzą i wtedy podpiszą to co proponujemy bo to przecież jedyne rozsądne rozwiązania.  Po czym pan Mieczysław znowu wstał i ponownie cała dwudziestka udała się na budowę stołówki, a deszcz ze śniegiem i wiatr jeszcze się wzmogły.  Obejrzeli aktualny stan budowy stołówki, podyskutowali o dachu oraz o tym gdzie i jak poprowadzić rury spustowe i rynny, po czym, po kolejnej pół godzinie, wrócili jeszcze bardziej zmarznięci i przemoknięci niż poprzednio, do biura kierownika budowy.  Tutaj kierownik się zlitował nad obradującymi i kazał przynieść wielki termos z gorącą herbatą, którą wszyscy z wielkim namaszczeniem pili ze szklanek musztardówek.   Trochę się rozgrzali.  A już po dłuższej chwili pan Mieczysław znowu zaproponował wyjście na budowę.   Bo, jak stwierdził, jest kłopot z głównymi schodami zewnętrznymi prowadzącymi do recepcji ośrodka.  Wykonawca zrobił je za wysokie stopnie i teraz trzeba coś z tym fantem zrobić.  Poszli na kolejne pół godziny, a gdy kolejny raz wrócili do biura kierownika budowy to już praktycznie wszyscy powszechnie sarkali, mówiąc co to za narada, w takich warunkach nie można pracować, po co to ciągłe chodzenie po całej budowie, po tym błocie i przy takiej pogodzie i robiąc inne podobne uwagi.   A przy tym powszechnie zerkali na swoje zegarki bo przecież ich cenny czas, czas przeznaczony na ową naradę, dawno już się skończył.  I to wtedy pan Mieczysław powiedział do Leszka:  - pisz pan protokół z narady panie Leszku i pisz pan tak jak to my proponowaliśmy. Niech pan napisze  o zmianie trasy kanalizacji, zmianie konstrukcji dachu nad stołówką i nadbetonowaniu źle wykonanych stopni schodowych.  Pisz pan w miarę szybko i sprawnie i zaraz idź pan do każdego uczestnika narady, aby się podpisał pod treścią protokołu.   I tak też się stało.  I nawet projektant, który jak twierdził był już godzinę spóźniony na kolejną naradę w Bydgoszczy, podpisał protokół.

Po kilkunastu minutach nikogo już w pomieszczeniu nie było.  Zostali tylko dwaj inspektorzy i kierownik budowy.  I co panie Leszku, udało się wszystko dobrze załatwić, prawda? - ni to zapytał ni to stwierdził pan Mieczysław.


Poprzedni

wtorek, 2 stycznia 2018

Czterdzieści lat temu.

Czterdzieści lat temu postanowiliśmy pojechać na Sylwestra do Smoguleckiej Wsi położonej nieopodal Kcyni.  Pragnęliśmy ten świąteczny czas spędzić z naszymi przyjaciółmi.

 Nasz przyjaciel był wówczas dyrektorem miejscowego PGR-u ( Państwowe Gospodarstwo Rolne)  i z racji pełnienia tej funkcji zajmował  ładne mieszkanie w miejscowym dworze.   Niestety akurat w dniu Sylwestra 1978 roku nastała zima stulecia.   Pomimo śnieżycy udało się nam dotrzeć autobusem do Szubina, a dalej niestety, pomimo kilku godzinnym oczekiwaniu w mrozie i śnieżycy na autobus do Kcyni, nie udało się nam dalej dojechać.   Nie zrezygnowaliśmy jednak z dotarcia do celu i, pomimo fatalnych warunków atmosferycznych, pieszo poszliśmy w kierunku Kcyni.  Dotarliśmy do miejscowości Wolwark, gdzie chyba jakimś cudem udało się nam zatrzymać na stopa Fiata 125 P i tą okazją dotarliśmy do Kcyni.   Z Kcyni zatelefonowaliśmy do naszego przyjaciela, do dworu w Smoguleckiej Wsi.    Po ponad godzinie dotarł on do nas.  Dotarł saniami zaprzężonymi w dwa konie bo inaczej wówczas raczej nie można było  Dotarł na Rynek w Kcyni, gdzie go oczekiwaliśmy.   Potem  jechaliśmy tymi saniami.  Jechalimy tak jak to bywało w dawnych czasach.  Jechaliśmy do owego dworu w Smoguleckiej Wsi.   Z to później w dwójnasób z powodu owej podróżnej przygody i tych niesamowitych okoliczności, świętowaliśmy Sylwestra.   Piliśmy różne trunki, tańczyliśmy przy gramofonie, dyskutowaliśmy zawzięcie, snuliśmy plany na przyszłość i wcale nie przejmowaliśmy się ową zimą stulecia, która szalała wokół nas.  A w Nowy Rok graliśmy w brydża.  To były wspaniałe i niezapomniane chwile.

Poniżej kilka ilustracji z tamtych chwil:











Po grze



piątek, 29 grudnia 2017

Leszek - odcinek ..? Czy warto pisać nadal?

Piszę nadal, ale czy kogo to interesuje?  Przeróbkom tekstu napisanemu kilkanaście lat wcześniej poświęcam wiele godzin.   Ale czy warto?   Czy kogoś to interesuje?   Czy jest to strawne?

Proszę o opinie bo nie mam motywacji do dalszego tworzenia czegoś co nie ma sensu.

Dawno temu zapisałem już setki stron opisujących to czego byłem świadkiem w tym procesie tworzącego się polskiego kapitalizmu.  Niestety do tej pory jedyne oceny mojej pisaniny były bardzo niepochlebne i w najlepszym przypadku nazywane były paskudną grafomanią.

W demokracji to wyborcy mają rację dlatego też w przypadku mojej pisaniny racje mają ci co ją oceniają.

czwartek, 28 grudnia 2017

Niemcz 25 lat temu.

Na poniższym filmiku widzimy okolice ulicy Kolonijnej w Niemczu.  Filmik nagrałem na kamerze VHS marki Hitachi w grudniu 1992 roku.

Niemcz grudzień 1992 rok


Znani i nieznani bydgoszczanie - 92

Tak dla poprawy tego jesienno - zimowego nastroju dzisiaj prezentuję zdjęcie wykonane na nabrzeżu Brdy w czerwcu 2017 roku podczas festiwalu "Ster na Bydgoszcz".  Zdjęcie wykonałem za zgodą nowożeńców, lecz niestety imion nie zapisałem, a dzisiaj już ich nie pamiętam.




                                Poprzedni post z tego cyklu

środa, 20 grudnia 2017

Życzenia

Wszystkim czytelnikom mojego bloga z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę zdrowych, pogodnych i tradycyjnie polskich świąt oraz Wszelakiego Powodzenia na przyszły 2018 rok.





poniedziałek, 11 grudnia 2017

Jesienne ostatki.

Chociaż trwa jeszcze astronomiczna jesień to jednak zima, jak to ma w zwyczaju, próbuje nas zaatakować dlatego też warto popatrzeć na te jesienne ostatki  Zdjęcia wykonałem pomiędzy czwartym, a dziesiątym grudnia 2017 roku.












wtorek, 5 grudnia 2017

Sklep z winami ponownie w Niemczu.

Po 3,5 letniej przerwie spowodowanej kłopotami zdrowotnymi, ponownie podjąłem się prowadzenia sklepu z alkoholami.  Sklep tak jak poprzednio, mieści się w Niemczu przy ulicy Bydgoskiej 76 (pawilon przed skrzyżowaniem ulic Bydgoskiej i Słowackiego - jadąc od strony szkoły).

W sklepie oprócz win, łącznie z winami Marka Kondrada, znajdziemy ogromny wybór doskonałych whisky, koniaków, brandy, wódek, likierów i innych alkoholi.

Zapraszamy op poniedziałku do piątku w godzinach od 12.00 do 19.00, a w sobotę od 10.00 do 17.00

Natomiast w najbliższą sobotę 09.12.2017 zapraszam od godziny 13.00 do 17.00 na degustację polskich win gronowych pochodzących z winnicy Turnau.








piątek, 1 grudnia 2017

szkolne wspomnienia - 8

Po paru latach przerwy wracam do szkolnych wspomnień, a okazji ku temu jest wiele.  Jedna z nich to fakt, iż 01.09.2017 minęło 50 lat od chwil kiedy rozpoczynałem naukę w Technikum Kolejowym w Bydgoszczy.  Drugi powód to otrzymanie od mojego szkolnego kolegi Irka ponad osiemdziesiąt zdjęć z naszych wspólnych szkolnych lat.  A sentymenty i upływ czasu także niemało znaczą.

Dzisiaj trzy zdjęcia ze szkolnych praktyk zawodowych.

Przyjeżdżamy elektrykiem do Kłudnej

Irek, Andrzej i Grzegorz.

I siedem godzin ciężko pracujemy

Ale były też dni, gdy zamiast pracy oglądaliśmy jak pracują inni - na magistrali węglowej zapoznawaliśmy się z pracą najnowocześniejszej wówczas maszyny do kompleksowego remontu nawierzchni toru kolejowego




                                 Poprzedni post z tego cyklu

środa, 22 listopada 2017

Znani i nieznani bydgoszczanie - 91

Poniżej oprócz dwójki bydgoszczan widzimy legendarny samochód Jamesa Bonda czyli klasyczny Aston Martin, a spotkanie miało miejsce w Niemczu przy ulicy Bydgoskiej ponad pięć lat temu.

Od lewej:  Ludmiła Masalska, Zbyszek Wydrzyński i jego Aston Martin.



                                    Poprzedni post z tego cyklu.

poniedziałek, 20 listopada 2017

300 000 odsłon.

Za parę dni mija sześć lat jak założyłem mojego bloga.  I chociaż nie cieszy się on popularnością to jednak przypada na każdy dzień około 140 odsłon.  Dziękuję tym co te odsłony wykonują i zapewniam, że nadal będę się starał jak najlepiej ten fragmencik mojej osobowości prowadzić.

Na toast wypijmy kawę z mlekiem, mleko lub czarną kawę.

Od góry: kawa z mlekiem, mleko, kawa.



Dodam do tej kawy lub mleka to co napisałem pięć lat temu i co niestety jest jeszcze bardziej aktualne.  Jednocześnie zapytam dlaczego jesteśmy tak głupi?   Bo przecież żaden europejski kraj tak głupi nie jest. 



Pisałem o tym już ponad pięć lat temu (dziwny22)




dziwny22


A akceptujesz ukryte transfery do UE z Polski? A akceptujesz niebotyczne ukryte koszty, które powodują, że firmy z UE i nie tylko /oprócz banków, których zyski są tak wielkie, że nie starcza im pomysłów na tworzenie tak wielkich kosztów/ praktycznie nie wykazują zysków w Polsce? Przecież oni nam dają na dojazdy do swoich fabryk, na utrzymanie swoich sieci energetycznych , ciepłowniczych i telekomunikacyjnych. To jest cywilizowane niewolnictwo i nazywa się neokolonializm, a te wspaniałe stare kraje UE dziesięć razy tyle z Polski wywożą każdego roku niż nami, niby, pomagają. Jak można tego nie dostrzegać?

Niestety nazywano mnie wówczas oszołomem od ojca Rydzyka.  

niedziela, 19 listopada 2017

Odrobina najnowszej historii - 61

Poniżej mamy trzy zdjęcia z sierpnia 1997 roku. Minęło od tych chwil ponad dwadzieścia lat .  Należałem wówczas do Klubu Żeglarskiego Wind w Romanowie.  W sierpniu odbywały się tradycyjne regaty żeglarskie "O błękitną wstęgę Zalewu Koronowskiego".  Na zdjęciach widzimy przygotowania do startu. Moja załoga zajęła w tych regatach drugie miejsce w klasie Venus na co mam dowód w postaci okazałego dyplomu. Zamieszczam ten post w cyklu "odrobina najnowszej historii Bydgoszczy"  ponieważ większość uczestników tych regat to bydgoszczanie.



Autor bloga z komandorem regat panem Garncarkiem.



Poprzedni post z tego cyklu.

czwartek, 16 listopada 2017

Bydgoskie porównania - 8

Dzisiaj ponownie Myślęcinek.   Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku kiedy rozpocząłem moje marsze po myślęcińskim lesie ( a mieszkałem wówczas na Osiedlu Leśnym) to o leśnym parku kultury i wypoczynku nikt jeszcze nie słyszał.   W miejscu, gdzie obecnie znajduje się centrum edukacji ekologicznej znajdowała się leśniczówka.  Z tamtych lat sześćdziesiątych zdjęcia jednak nie mam.  To poniższe zdjęcie marnej jakości pochodzi z marca 1989 roku, ale przypomina klimat sprzed kolejnych dwudziestu lat.  Warto zobaczyć jak to miejsce się zmieniło.



Marzec 1989 rok

Listopad 2017 rok.



Poprzedni post z tego cyklu.



piątek, 10 listopada 2017

Późna polska jesień 2017 roku.

Najpiękniejsze kolory naszej przyrody to maj i październik, ale coraz częściej konkuruje z nimi listopad.  To zresztą od opadających liści pochodzi nazwa tego miesiąca, ale zazwyczaj była ona nieaktualna bo liści na drzewach w tym miesiącu było bardzo mało lub też nie było ich wcale.  Obecny rok jest inny rok. To rok pełen opadów i wilgoci ogólnej, pewnie ta wilgoć zakonserwowała bardziej i na dłużej polską roślinność. Widocznie dlatego listopadowe widoki są równie piękne jak te październikowe.

Od wielu dni codziennie (jak i w poprzednich miesiącach) jeżdżę rowerem po około 20 km dziennie wokół otaczających miejsce mojego zamieszkania lasów.  Poniżej kilka refleksji fotograficznych z ostatnich pięciu dni  od 06 do 09 listopada 2017 roku.










wtorek, 7 listopada 2017

Leszek odcinek - 46

Długo można by opisywać roczną pracę Leszka w Spółdzielczym Ośrodku Techniki i Organizacji.  Na ośrodek składało się  biuro przy Chodkiewicza i prototypownia na Fordońskiej, a w obu tych miejscach pracowało dużo ciekawych i oryginalnych osób.  To dzięki sporej grupie entuzjastów różdżkarstwa Leszek zapisał się do wielkopolskiego stowarzyszenia miłośników tej para dyscypliny naukowej.   Kupił kilka skryptów, które pilnie przestudiował.  Przy pomocy bardziej wprawionych w tej dziedzinie kolegów projektantów wykonał w prototypowni swoje mosiężne różdżki, którymi badał nie tylko swoje mieszkanie w poszukiwaniu żył wodnych.  Wykonał masę zabezpieczeń mieszkania według wskazówek ze skryptów i rad kolegów, a także zbudował niewielką piramidę ze sztywnego kartonu, w której potem przez kilka lat trzymał zawsze niewielki pojemnik ze świeżą wodą oraz żyletki do golenia.  Oczywiście chodził na szkolenia, poszerzał swoją wiedzę o inne dyscypliny takie jak parapsychologia, czyli zjawiska z dziedzin telepatii, jasnowidzenia, prekognicji czy psychokinezy, ale przede wszystkim interesował się psychotroniką obejmującą między innymi wspomniane różdżkarstwo,a także hipnozę, sugestie czy igłolecznictwo powszechnie znane jako akupunktura.  Po zdobyciu odrobiny wiedzy ze wspomnianych dziedzin, a także po licznych, głównie różdżkarskich próbach, dokonywanych pod auspicjami kolegów z pracy, bardziej wprawieni od Leszka miłośnicy psychotroniki orzekli, że ma on spore predyspozycje do tych spraw.

Mając w pracy dużo wolnego czasu Leszek wiódł ze swoimi współpracownikami wielogodzinne rozmowy na różne tematy.   Oprócz spraw zawodowych najwięcej miejsca w tych rozmowach zajmowały tematy związane z historią Polski.   A, że Leszek był świeżo po lekturach Gołubiewa, Bunscha, Kromera, Jasienicy, Krawczuka to miał sporo wiedzy na te tematy i często je inspirował.  Jego zazwyczaj starsi koledzy, głównie projektanci, byli również ludźmi oczytanymi i nie obce im były niedawne lektury Leszka, toteż dyskusje często bywały emocjonalne, a nawet ocierały się o zasadnicze spory.   Spory dotyczące interpretacji i stopnia znaczenia wielu zdarzeń z przeszłości dziejów dla historii Polski zarówno tej przeszłej jak i obecnej.

Pewnie dłużej trwałaby przygoda z pracą w owym ośrodku, gdyby, jak to często w życiu bywa, nie zmienił tego stanu rzeczy przypadek.    A tym przypadkiem było spotkanie, pierwszy raz od zakończenia studiów, czyli po ponad czterech latach, kolegi Macieja.  Tego Macieja, który mieszkał przez cztery lata w sąsiednim pokoju w akademiku na Koszarowej i o którym wspominaliśmy opisując zabawę sylwestrową w tym akademiku.

Spotkali się w piękne sierpniowe popołudnie na ulicy Mostowej.  Chwilę porozmawiali na tematy ogólne, a potem Leszek zaczął wypytywać Macieja gdzie pracuje, co robi, jak tam żona i córka?  Maciej człowiek spokojny, stateczny zamiast odpowiedzieć ogólnie na te wszystkie pytania to zaproponował wizytę w pijalni win Nektarek  położonej na rogu ulic Podwale i Długiej, tak trochę w głębi.  Wpadali tam często po wykładach, albo jak jakieś zajęcia wypadły lub mieli lukę.   Maciej był takim samym miłośnikiem wina jak Leszek i zazwyczaj z nim oraz Michałem i Zbyszkiem wypijali po szklance Ciociosanu, Vinpromu lub Zarei.  A wówczas było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie takie trunki można było wypić.

Poszli do Nektarka usiedli przy tych samych zwyczajnych stolikach, na tych samych zwyczajnych krzesłach i zamówili po normalnej szklance białego Vinpromu.  I dopiero po pierwszym łyku Maciej zaczął odpowiadać na Leszka pytania.

Najpierw powiedział, że pracuje jako inspektor nadzoru w dyrekcji kolei w Gdańsku.  Opowiedział o swojej pracy bardzo ją chwaląc za samodzielność, ciekawość i dobre zarobki.  Mówił dużo i szczegółowo. Opowiadał gdzie jeździ na budowy, co musi na nich robić, mówił, że dwa razy w miesiącu jeździ do dyrekcji do Gdańska na cykliczne narady, wytyczne, polecenia i jak to mówił na korepetycje dla szefów.
Leszka coraz bardziej interesowało to co opowiadał, a tym bardziej się zainteresował, gdy Maciej powiedział, że szukają w Bydgoszczy drugiego inspektora bo jeden akurat odszedł na emeryturę.  Tyle tylko, że szukali inspektora od instalacji i sieci wodociągowych, kanalizacyjnych, cieplnych i gazowych, a Leszek skończył budowę dróg i ulic.  Maciej zaczął go zapewniać, że to się da załatwić bo on także nie pracuje w swojej specjalności, gdyż jest inspektorem od robót ogólnobudowlanych.

Rozmowa przeciągnęła się na drugą szklankę.  Pod jej koniec Leszek dowiedział się, że żona Macieja ma się świetnie i córeczka także.  Pożegnali się.  Leszek poszedł pieszo na Szwederowo, a Maciej pojechał autobusem na Błonie skąd przeszedł na Jary gdzie na jednej z ulic mieszkał wraz z rodziną.

Leszek tego wieczora, niezmiernie podekscytowany, długie godziny spędził na dyskusjach z Joanną. Dyskusje dotyczyły tego co robić, na co się zdecydować w związku z propozycja Macieja.  Niczego jednak nie ustalili i nie wiadomo jak to by dalej było, gdyby po paru dniach Maciej nie zatelefonował do Leszka do pracy i nie powiedział że rozmawiał ze swoim szefem i, że ten jest zainteresowany zatrudnieniem pana inżyniera Leszka Marcinkowskiego na posadzie inspektora nadzoru w dyrekcji w Gdańsku.

Ponad miesiąc trwały formalności, ale udało się Leszkowi w drodze porozumienia stron, oczywiście z udziałem wydziału zatrudnienia, pokonać wszelkie trudności i od pierwszego października stał się pracownikiem Polskich Kolei Państwowych.   Dyrektor ośrodka nie chciał się zgodzić na zwolnienie, namawiał Leszka na pozostanie, obiecywał podwyżkę w najbliższym czasie i dużo mówił o możliwościach awansu, ale Leszek był zdecydowany zmienić istniejący stan rzeczy i przy poparciu paru telefonów z wojewódzkiego związku spółdzielczości pracy inspirowanych przez Leszka teścia i jego wpływowych kolegów, zmienił zdanie i zgodził się na taki tryb rozwiązania umowy o pracę.

Pierwszego października 1981 Leszek stawił się do pracy do Działu Budynków Rejonowej Dyrekcji Kolei Państwowych w Bydgoszczy.   Okazało się, że, aby zostać inspektorem nadzoru w dyrekcji w Gdańsku to najpierw musi poznać strukturę Polskich Kolei Państwowych, musi poznać pragmatykę służbową i tak dalej, a przede wszystkim zdać musi egzamin państwowy na referendarza Polskich Kolei Państwowych.

Ponad trzy miesiące spędził Leszek w biurach Działu Budynków, które mieściły się w budynku usytuowanym pomiędzy drugim, a trzecim peronem dworca Bydgoszcz Główna.  Pisał różne pisma, studiował stosy dokumentów, przepisów, zapoznawał się z wykazami obowiązków na różnych stanowiskach, zapoznawał się z Rejonami Budynków, które zarządzały wszelkimi budynkami na PKP, zapoznawał się z zawiadowcami owych Rejonów, ich problemami, ich zadaniami i tak dalej.

I pewnie sprawy potoczyłyby się szybko i dobrze i od stycznia Leszek zostałby pracownikiem Biura Inwestycji Północnej Dyrekcji Kolei Państwowych w Gdańsku, gdyby nie ów pamiętny trzynasty grudnia owego roku.  Niestety po wprowadzeniu stanu wojennego kolej została zmilitaryzowana i była traktowana jak wojsko i milicja.  Leszek musiał w pierwszy i drugi dzień świąt Bożego Narodzenia chodzić na wiele godzin odśnieżać tory i perony, a do tego często ktoś sprawdzał jego przepustkę do wejścia na owe tory, perony i do wysokiej dyrekcji.   Sprawa jego przejścia opóźniała się, ale na szczęście naczelnik Biura Inwestycji przypomniał sobie o brakującym mu pracowniku, a, że był on w strukturze dyrekcji ważną figurą toteż sprawy już w styczniu, pomimo wszechogarniającej wojennej fikcji, zaczęły dla Leszka  toczyć się raźniej.

Pod koniec stycznia zdał przed surowym obliczem pięcioosobowej komisji trudny egzamin na referendarza Kolei Państwowych i od pierwszego lutego 1982 roku rozpoczął pracę jako inspektor nadzoru inwestorskiego DOKP w Gdańsku.

Rano w poniedziałek pierwszego lutego 1982 roku Leszek razem z Maciejem wsiedli do ekspresu Bałtyk i pojechali do Gdańska.    I tak to Leszek po raz pierwszy pojechał do swojej nowej pracy.  Co dziwne ów ekspres jechał z Bydgoszczy do Gdańska, aż jedną godzinę i pięćdziesiąt minut i chociaż było to trzydzieści pięć lat temu to dopiero parę lat temu, czyli po dwudziestu pięciu latach dominacji ustroju demokratycznego nad tym zgniłym socjalizmem, udało się obecnej kolei zbliżyć, a nawet wyprzedzić o pięć minut czas przejazdu na tej trasie.  I tak to doganiamy standardy europejskie, ale czy na pewno?  Przecież już wiele lat temu pociąg TGV z Paryża do Lyonu poruszał się z prędkością 260 km/godzinę.   I także w tym daleko, daleko jesteśmy za tymi, którzy ponoć obecnie są naszymi partnerami w Unii Europejskiej.

Już po dwóch godzinach od odjazdu pociągu ze stacji Bydgoszcz Główna wkraczali obaj do ogromnego gmachu kolejowej dyrekcji.  Budynek mieści się niedaleko stacji Gdańsk Główny i tylko jakieś sto metrów od historycznej już bramy Stoczni Gdańskiej.

Weszli na trzecie piętro i jeszcze przed ogólna naradą poszli razem do naczelnika Biura Inwestycji, czyli przełożonego Leszka i Macieja.  Tym wysokim urzędnikiem kolejowym okazał się pan Maciej Werbiński, który bardzo uprzejmie i sympatycznie powitał się z Leszkiem.  Stwierdził, że bardzo się cieszy, iż dołączył do grona inspektorów, ale zaraz dodał, że praca jest trudna z dwóch podstawowych względów - po pierwsze jest odpowiedzialna i każdy inspektor odpowiada przede wszystkim sam za siebie, a potem odpowiada przed nim, a po drugie czekają go długie godziny spędzane w pociągach przy dojazdach na budowy rozrzucone na przestrzeni około czterystu kilometrów.  Po czym pan naczelnik dodał, że zaraz na naradzie pan inżynier dostanie konkretne zadania do zrealizowania, ale przez najbliższy miesiąc ma szczególne prawa i zawsze może zwracać się bezpośrednio do niego kiedy tylko uzna to za stosowne. Jednak po chwili dodał, iż ma nadzieję, że często to nie będzie miało miejsca, bo pan naczelnik ma masę innych spraw na głowie, a na pewno koledzy najwięcej mu pomogą i wprowadzą w tryb normalnego działania.  On już z nimi, a także z obecnym tutaj panem Maciejem, rozmawiał i jest przekonany, że roztoczą nad Leszkiem w tych pierwszych miesiącach najlepszą opiekę.

Na tym audiencja u pana naczelnika się skończyła, a po naradzie trwającej ponad pięć godzin, Leszek otrzymał wykaz budów i zakres obowiązków.  Na ten pierwszy rok do nadzoru miał pięćdziesiąt sześć różnych budów rozrzuconych po południowej stronie gdańskiej dyrekcji od Iławy i Chojnic, aż po Chorzew Siemkowice.  Pod obiema dokumentami się podpisał.

Było podobnie jak w wojsku bo ogólne zasady zobowiązywały go do wizytowania każdej budowy przynajmniej raz w tygodniu, zaś technicznie nie było to możliwe do wykonania nawet raz w miesiącu. Wszyscy jednak taką fikcję tolerowali i udawali, że ją realizują.

Pensja Leszka znowu znacznie wzrosła, a do tego doszły sorty mundurowe, dodatek eksploatacyjny, delegacje, deputat węglowy, wysługa lat, a także, jak się później okazało, kwartalne premie i różne nagrody, o wynagrodzeniach za wnioski racjonalizatorskie nie wspominając.  Leszek z tego stanu rzeczy zaczął być bardzo zadowolony.

I tak rozpoczął się najlepszy okres w zawodowej karierze Leszka.


Poprzedni odcinek.


Następny odcinek






piątek, 3 listopada 2017

Moje podróże - Ryga - lipiec 1989 rok.

Moim Daihatsu Charade (najmniejszy wówczas diesel na świecie 1000 ccm pojemności silnika i spalaniu około 4,5 l. oleju napędowego na 100 km)) pojechałem także na Łotwę i odwiedziłem piękną stolicę tego kraju - Rygę, a ponieważ było to w lipcu 1989 roku to był to wyczyn nie lada.


Ryga lipiec 1989 rok



Poprzedni post z tego cyklu.