poniedziałek, 6 stycznia 2020

Bydgoskie przedpołudnie w święto Trzech Króli.

Pojechałem do miasta bo zaprosił mnie do swojej wspaniałej nowej siedziby pan prezes Grupy Kapitałowej "Immobile".

Zaparkowałem na Alei Ossolińskich i idąc koło mojej byłej szkoły (Technikum Kolejowe) doszedłem do Gdańskiej, a tutaj w okolicach Orbisu spotkałem Trzech Króli, potem zajrzałem do rozrywkowego skweru i poszedłem na Plac Kościeleckich na spotkanie z panem Rafałem Jerzym

Pan prezes oprowadził mnie po nowoczesnym, świetnie urządzonym biurowcu klasy "A".

Usiedliśmy w biurze na drugim piętrze z którego tarasów wykonałem kilka zdjęć, a potem około półtorej godziny toczyliśmy ciekawą rozmowę.

Po tej wizycie poszedłem na Stary Rynek i Wyspę Młyńską, a wracając zahaczyłem o ogród botaniczny (14 tysięcy kroków)  gdzie chwilę pomedytowałem w kamiennym kręgu, a także zaczerpnąłem energii w szkieletowej piramidzie energetycznej.

Pomimo marnej pogody (mżawka) było to miłe spotkanie oraz udany spacer i marsz.

Mam nadzieję, że osobiste spotkanie z Trzema Królami przynosi szczęście

Skwer rozrywki - fragment

Ciekawy widok na moją byłą uczelnię.

Immobile K3

Jedno z biur w K3

Widok z tarasu K3

Ciekawe co tutaj powstanie?

Dodaj napis

sobota, 4 stycznia 2020

Bogusław - odcinek 17


Poprzedni odcinek


Odcinek - 17

Leszek po tych słowach pana dyrektora, jak to się mówi - osłupiał.   A to osłupienie wynikało z tego co zobaczył i usłyszał,   Od razu owładnęła go jakaś dziwna apatia, a nawet coś w rodzaju przerażenia,  Dlatego smutnym głosem zapytał - nie wiem panie dyrektorze, czy w dwa tygodnie uda mi się zdobyć potrzebne materiały i urządzenia.  Będę się starał, lecz nie mogę zagwarantować, dlatego już z góry proszę o zrozumienie i cierpliwość.  Ależ panie inżynierze, cóż to dla pana, przecież pracuje pan w takiej wielkiej i bogatej firmie, nadzoruje pan, jak sam mówił, bardzo dużo tego typu robót, to chyba nie będzie pan miał problemów z tymi kilkoma drobiazgami.  Ładne mi drobiazgi pomyślał Leszek, ale przezornie się nie odzywał.  Jednak pan dyrektor już i tak go nie słuchał bo podając mu rękę na pożegnanie powiedział - niestety więcej czasu nie mogę panu poświęcić, gdyż w pierwszych dniach marca mamy w ośrodku uroczyste wręczenie dyplomów mistrzowskich i to tych kursów, które również pan zaliczył. Sam pan rozumie, zjedzie się towarzystwo z całego województwa, pójdą świeżo upieczeni mistrzowie do toalety, a tu taki wstyd.  Niech pan się mocno postara, a wtedy myślę, że się tak wyrażę, będziemy kwita ze wzajemnymi przysługami. 

Leszek poirytowany i ogromnie niezadowolony, z takiego obrotu spraw, szedł do domu, myśląc całą drogę co dalej z tym fantem zrobić?   Co do remontu toalety to postanowił zwrócić się do wspomnianego już Eugeniusza Walecznego, najlepszego kierownika robót instalacyjnych jakiego znał.  Szczęśliwie mieszkał on w Bydgoszczy także tutaj miał swoje biuro.  Może u niego znajdzie konkretną pomoc?  Pozostawał jednak znacznie większy problem związany z uzyskaniem owych zaświadczeń o których wspomniał pan dyrektor. 

Wieczorem spotkał się z Michałem i wspólnie uradzili, że w sprawie zaświadczeń zwrócą się do Wojciecha Kubiaka, zastępcy dyrektora w michałowej, a poprzednio także leszkowej, firmy.  Już następnego dnia Michał poprosił swojego bezpośredniego przełożonego o prywatne spotkanie, a  Leszek udał się do baraku położonego za dyrekcją PKP znajdującą się na ulicy Dworcowej. Poszedł na spotkanie z panem Eugeniuszem Walecznym.    Pan Eugeniusz, człowiek solidny, starej daty, jak to się mówi, odniósł się do problemu Leszka z pełnym zrozumieniem.  Współpracowali razem już od lat i chociaż często dochodziło pomiędzy nimi do kłótni i konfliktów na tle zawodowym to jednak wzajemnie, na swój sposób, się lubili i  szanowali. Przez prawie osiem lat współpracy pan inspektor był zawsze pełnym służbistą i nigdy pana Eugeniusza o nic nie prosił. Dlatego pan Waleczny bardzo był zaskoczony, gdy usłyszał z czym Leszek do niego przyszedł.  Zaczął wypytywać o co właściwie chodzi z tą naprawą toalet na ulicy Kościuszki.  Leszek opowiedział panu kierownikowi o swojej decyzji, a potem szczegółowo opowiedział jak doszło do tego, że przyszedł po prośbie.  Pan Eugeniusz wielce się zdziwił, gdyż współpracując z Leszkiem, prawie na co dzień, nie miał pojęcia, iż tak sprawy stoją.  Zmartwił się i nagle po raz pierwszy od tylu lat, zaczął chwalić Leszka i namawiać go, żeby się jeszcze mocno zastanowił nad tym co chce zrobić.  Leszek jednak z wielkim przekonaniem zaczął opowiadać o sukcesach innych rzemieślników, w tym ich wspólnego znajomego Macieja Pomiana. Po dłuższej rozmowie pan Eugeniusz stwierdził - no cóż przykro mi będzie się rozstawać z panem, panie inżynierze.  Tyle już razem przeszliśmy, tyle nabudowaliśmy, kłócąc się nie raz i nie zgadzając we wielu sprawach, ale zawsze w końcu znajdowaliśmy rozwiązanie, nawet w najtrudniejszych momentach.  A niemało ich było.  Szkoda, że nie będziemy już dalej wspólnie pracować bo chociaż jest pan bardzo zasadniczy i prawie zawsze dostrzeże to czego widzieć nie powinien to ja na swój sposób polubiłem i doceniłem pana   Cóż mi zostaje w tej sytuacji?   Muszę się zachować jak sumienie mi nakazuje i muszę panu pomóc na koniec tych naszych wspólnych działań. 

Tak się szczęśliwie składa, że akurat mamy teraz przerwę w robotach na lokomotywowni Bydgoszcz Główna bo jak sam pan zapewne wie czekamy na dostawę partii rur i kształtek toteż paru moich monterów nie za bardzo ma co robić. Podeślę panu dwóch najlepszych moich ludzi na parę dni.  Materiały też panu załatwię, akurat robimy duża robotę na blokach w Toruniu to coś się wygospodaruje, ale będzie pan musiał za to zapłacić, zgodnie z naszymi cenami. Tyle mogę dla pana zrobić.

Leszeka zamurowało bo nigdy nie posądziłby tego oschłego i bardzo już doświadczonego kierownika o sympatię do niego.  Dlatego wzruszony dopiero po dłuższej chwili się odezwał - nie znajduję słów wdzięczności, panie Eugeniuszu, po czym dodał - ale chyba jeszcze wypijemy dobrą wódkę przed moim odejściem, co panie Eugeniuszu?   Na pewno, na pewno panie inżynierze i teraz i później jak już zacznie pan działać na swoim to chyba, mam nadzieję, też mnie pan odwiedzi, co panie Leszku?  Ależ oczywiście.  Ogromnie dziękuję, już z góry, za załatwienie tej tak kłopotliwej dla mnie sprawy, odpowiedział Leszek.   Po kolejnych paru uprzejmych zdaniach Leszek pożegnał się z panem Eugeniuszem. 

W ten sposób Leszkowi spadł jeden wielki ciężar z serca.  Niestety pozostawały do załatwienia te cholerne zaświadczenia o praktyce zawodowej.  Już następnego dnia wieczorem, pod koniec drugiej zmiany spotkali się Michał i Leszek z bezpośrednim szefem Michała czyli dyrektorem Wojciechem Kubiakiem.  Spotkanie miało miejsce  w barakowozie udającym biuro, na budowie u Michała.  Na to spotkanie Michał zaprosił także swojego podwładnego, młodego inżyniera Janusza Kmicika, który miał pracował tego dnia na drugiej zmianie i który był znakomitym brydżystą.  Panowie spotkali się około dziewiętnastej.  Zaczęło się od wychylenia po kieliszku czystej i ogólnej rozmowie o wszystkim.  Potem Michał zaproponował partyjkę brydża, na co pan dyrektor chętnie przystał, tym bardziej, że nie było to ich pierwsze takie spotkanie w tym baraku.  Już kiedyś, jeszcze jak Leszek pracował na tej budowie, pan Wojciech lubił czasami przyjeżdżać wieczorami, niby to na kontrolę, ale najczęściej kończyło się to brydżem i piciem szampana, którego pan dyrektor był wielkim miłośnikiem i zawsze przedkładał, go nad inne trunki.  Tak było i tym razem.  Po wypiciu połówki czystej, Michał wyciągnął ze swojego malucha dwie butelki sowieckoje  szampanskoje i panowie rozpoczęli zażarty mecz brydżowy.  Po prawie dwóch godzinach i wypiciu obu butelek, wszyscy zgodnie stwierdzili, że jeszcze coś by się wypiło, a i również, zjadło.  Chwilę po tych stwierdzeniach Michał wysłał po "prowiant"  wielką budowlaną wywrotkę marki Kraz.   Poinstruował kierowcę mówiąc - pojedziesz do Nadwiślanki, wiesz tej restauracji, z której bierzemy posiłki regeneracyjne, pójdziesz do pani Danki, kierowniczki zmiany i powiesz, że jesteś ode mnie i że proszę ją o dwa szampany i coś ciepłego do jedzenia.  Na wszelki wypadek weź ten duży termos.  Co zaś do zapłaty, powiedz pani Dorocie, że ją później to ureguluję.  Nie powinieneś mieć kłopotów. Tylko się spiesz  bo my tutaj czekamy, a wiesz, że z dyrektorem nie ma żartów. Kierowca wrócił po pół  godzinie.  Szampana miał tylko jednego, bo więcej w restauracji nie było, ale przywiózł też jedno wino Sofię.  Do jedzenia przywiózł prawie pół termosu, chyba z dziesięć normalnych porcji, cienkiego bigosu, ale za to mocno gorącego.  Panowie zrobili przerwę w graniu i zasiedli do owego bigosu, popijając go sowieckim szampanem.   W trakcie tego nietypowego posiłku, Michał zaczął coś nieśmiało mówić o praktyce zawodowej i o jakiś zaświadczeniach.  W końcu dyrektor skonkludował - ty Michał mi tutaj nie kombinuj, dyrektor w dobrym humorze lubił zwracać się do podwładnych po imieniu, chociaż normalnie trzymał pełen dystans, tylko powiedz wprost o co chodzi?   Michał, ze szczegółami, opowiedział o co chodzi i zakończył - krótko mówiąc chodzi o zaświadczenia potwierdzające moją i Leszka praktykę, minimum pięcioletnią, w charakterze robotników w wykonywaniu tego co robią na co dzień moi podwładni.

Po tych słowach w barakowozie zapadła dłuższa chwila ciszy.  Po paru minutach pierwszy odezwał się dyrektor.  I o dziwo, może to wypita wódka i szampan, może zjedzony bigos, może atmosfera spotkania, a może coś innego, spowodowały, że pan dyrektor, zwracając się do Michała, powiedział - nie ma sprawy, przyjdź jutro do mnie do biura, tak około czternastej to na pewno coś wymyślimy.    W ten sposób, już po paru dniach od brydża w barakowozie, kandydaci na rzemieślników weszli w posiadanie dokumentu, którego treść brzmiała - "zaświadcza się, że obywatel Leszek Marcinkowski odbył pięcioletni staż w zawodzie montera sieci i instalacji wodno-kanaliazacyjnych i centralnego ogrzewania.  Zaświadczenie wydaje się celem przedłożenia Państwowej Komisji Egzaminacyjnej".  Takie samo zaświadczenie otrzymał Michał.   Pomału zaczęła się rysować nadzieja pomyślnego załatwienia tych pierwszych, najgorszych formalności.

Tymczasem pan Eugeniusz wspiął się na wyżyny i załatwił wszystko zgodnie z obietnicą.   Po paru dniach od uzyskania  owych zaświadczeń, Leszek miał już za sobą egzamin praktyczny, a po paru kolejnych,  dostał zaproszenie na uroczystość oficjalnego wręczenia dyplomów mistrzowskich.  Niestety akurat dopadła go grypa i swój dyplom, czyli jasno-żółtą książeczkę, formatu dużej legitymacji, z orłem i napisem "Dyplom Mistrza" na okładce, odebrał w sekretariacie Ośrodka Doskonalenia Zawodowego, tydzień po tej oficjalnej uroczystości. 

W ten sposób, na podstawie uchwały numer 367 Rady Ministrów z dnia 21.08.1959 roku w sprawie przyznawania robotnikom tytułów kwalifikacyjnych, został mistrzem w zawodzie monter instalacji wodno-kanalizacyjnych i gazowych.   Oglądając ten dyplom jeszcze nie za bardzo wierzył, że droga do utworzenia własnej firmy, stoi przed nim otworem.   Jak już nacieszył się tym faktem i pochwalił komu trzeba, pozostał mu do spełnienia jeszcze jedno najważniejsze działanie związane z uzyskaniem tego oryginalnego tytułu.  Obowiązkiem tym była swoista kolęda z podziękowaniami i załącznikami, do wszystkich, którzy przyczynili się do tego "ogromnego" sukcesu. Kolędował do pana Janusza, do pana Bogdana - starszego cechu, do pana Pająka - fryzjera, do pana Mariana - dyrektora i pana Eugeniusza - kierownika budowy. Oczywiście największe podziękowania, już bez kolędowania i to jak najbardziej szczere, złożył swojemu teściowi, od którego to wszystko się zaczęło. 

piątek, 3 stycznia 2020

Refleksja natury ogólnej - 57

Wiele już moich różnych refleksji zapisałem na tym blogu, a te są kolejne i są związane z rozpoczętym, ponoć magicznym, 2020 rokiem.

Czego tak naprawdę chcemy, czego tak naprawdę pragniemy?

Jak wiele moglibyśmy osiągnąć, a nie osiągamy bo nie wyznaczamy sobie konkretnych celów i uparcie do nich nie dążymy?

Bo przedkładamy racjonalność, zdrowy rozsądek nad nasze przekonania.

Bo kierujemy się głównie materialnymi sukcesami, a nie tymi na których tak naprawdę nam najbardziej zależy, a do których często nawet nie potrafimy się przyznać, dotrzeć do nich i ich docenić.

Są sprawy, rzeczy, zależności, których nasza duma, ambicje, pewność siebie, miłość własna, poczucie własnej wyższości i inne takie imponderabilia, nie pozwalają nam trzeźwo spojrzeć na nasze życie.

Często z tych i innych prozaicznych powodów jesteśmy nieszczęśliwi lub inni, zazwyczaj nasi najbliżsi, są nieszczęśliwi z naszego powodu.

A przecież tak łatwo to zmienić.

Dlaczego tak często tego nie potrafimy zrobić?




Poprzedni post z tego cyklu






poniedziałek, 30 grudnia 2019

Ciekawostka - 15

W myślęcińskim parku i ogrodzie botanicznym pojawiło się dziesiątki nowych ławek z dyskretnymi reklamami ich fundatorów, ale wśród z nich znalazły się także ławki z innymi napisami.  Prezentuję dwie takie ławki, a na potwierdzenie słów umieszczonych na jednej z nich kilka zdjęć wykonanych dzisiaj w ogrodzie botanicznym.



Kamienny runiczny krąg - jedno z moich ulubionych miejsc w Myślęcinku




Tak pięknie położona jest ta romantyczna ławka

Dzisiejszy zachód Słońca



Poprzedni post z tego cyklu


niedziela, 22 grudnia 2019

Wigilia w świetlicy w Niemczu.

Dzisiaj odbyła się w nowej świetlicy w Niemczu doroczna wigilia dla mieszkańców Niemcza.

W nowej świetlicy nowa jakość.

Pani sołtys Krystyna Lachowska wraz z Radą Sołecką, Kołem Gospodyń Wiejskich i kierowniczką świetlicy przygotowali wspaniałą imprezę.

Najpierw był występ Agi Twardowskiej, która zaśpiewała wiele różnych piosenek w tym jedną własną oraz kilka kolęd.  Śpiewanie kolęd podchwycili przybyli goście i zrobiło się świątecznie.  A już całkiem świątecznie zrobiło się przy wigilijnym stole pełnym tradycyjnych wigilijnych dań.

Wszystkie te dania przygotowali mieszkańcy (a pewnie głównie mieszkanki) Niemcza.  Największy udział miały panie z Koła Gospodyń Wiejskich, ale dołożyli swoje potrawy liczni mieszkańcy w tym pani radna Beata Polasik.

Impreza była wspaniała i moim zdaniem wszyscy organizatorzy spisali się na złoty medal.






sobota, 21 grudnia 2019

Życzenia świąteczno - noworoczne.


 WSZYSTKIM  CZYTELNIKOM mojego bloga składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne i noworoczne.

Życzę pięknych, spokojnych, życzliwych, udanych tradycyjnie polskich świąt Bożego Narodzenia.


A także zdrowia i wszelkiej pomyślności w nadchodzącym 2020 roku.






Takie kartki z życzeniami wysyłano w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku 

40 lat temu - 02.01.1979 r.

czwartek, 19 grudnia 2019

Dzisiaj.

W to mgliste czwartkowe wczesne popołudnie pojechałem rowerem (około 4 stopnie C.)  przez las i Rynkowo do Myślęcinka.  Pełno było smutnego piękna.  Starałem się uchwycić kilka widoków, które przez ponad dwie godziny ze swoistym splinem kontemplowałem dumając przy tym nad przemijaniem i to nie tylko w przyrodzie.


To samo miejsce, ale następnego dnia (20.12.19.)  12 st. C i słonecznie



To samo miejsce, ale następnego dnia (20.12.19.)  12 st. C i słonecznie









poniedziałek, 16 grudnia 2019

Bogusław - odcinek 16


Poprzedni odcinek

Odcinek 16

Jak napisałem w poprzednim odcinku - Bogusław czuwał i odnosił coraz większe sukcesy, którymi chwalił się kandydatom na rzemieślników.  A było czym.
Bogusław dzięki swojej pomysłowości dosłownie wykopywał na międzytorzu  inowrocławskiej wagonowni setki tysięcy złotych miesięcznie bo zamiast kopać ręcznie długie rzędy wykopów, jak to było w kosztorysie,  robił to przy pomocy małych koparek.  Wstawiał pomiędzy tory dwie nieduże koparki na kołach i to one wykonywały w kilka godzin tyle roboty ile kilkunastu ludzi wykonywałoby przez wiele dni.   A mógł tak robić bo dogadał się w odpowiedni sposób z naczelnikiem wagonowni co do zamknięcia odpowiednich torów i kopał i kopał. Naczelnikowi zresztą było to także na rękę bo tory były zajęte tylko kilka dni, a nie przez długie tygodnie co bardzo utrudniałoby normalne funkcjonowanie wagonowni.

Potem układał w tych wykopach plastikowe rury zdobyte tylko w jemu wiadomy sposób.  A po ułożeniu tych rur zasypywał wykopy tymi samymi koparkami.  Zaś wszystko rozliczał jako roboty ręczne,  Dodatkowo rozliczał odwożenie ziemi na wagonach, przywożenie z powrotem ziemi wagonami po ułożeniu rurociągu i zasypywanie ręczne.  Różnice w sposobie wykonywania, a w sposobie rozliczania sięgały dziesięciokrotności.  Nie było to coś nadzwyczajnego bo powszechna była taka praktyka w państwowych firmach.  Jednak tutaj było duże ryzyko bo pełno było wszelkiego uzbrojenia podziemnego.  Roboty szły w niesłychanym i niespotykanym tempie. Leszek już drugi raz w ciągu dwóch  miesięcy, odbierał kolejne odcinki wykonanych robót.  Zaś Bogusław wystawiał faktury, i jak sam zwykł mówić, kasował szmal.  A było tego niemało.  Mogło niejednemu zawrócić w głowie.  Były to pieniądze od razu do ręki, a nie jakieś mgliste  obietnice odległych, kwartalnych lub rocznych nagród, czy premii, jak to bywało w zakładach państwowych.
   
I tak właśnie, co parę dni, Bogusław z entuzjazmem i ogromnie barwnie, opowiadał Michałowi o tych swoich, niewątpliwie ogromnych, sukcesach.   Pokazywał mu, przy tym protokoły odbioru i faktury.   Szczegółowo relacjonował sposób załatwiania wielu spraw, odkrywając przed nim wiele swoich sekretów, których do tej pory nikomu nie zdradzał.   Przy każdym takim spotkaniu zawsze roztaczał wizje, które stawały się coraz bardziej różowe, a kwoty które to wkrótce mieli razem zarabiać, rosły w postępie geometrycznym.   Ta ofensywa Bogusława robiła swoje. Michał coraz bardziej się łamał i znacznie częściej zaczynał myśleć, że jednak nie ma odwrotu i że musi zostać tym rzemieślnikiem.  Po każdym takim spotkaniu z Bogusławem te początkowe problemy jawiły mu się jako drobne i nieistotne.   A Bogusław wiedział co robi.   Kolejny raz postawił sobie ogromnie ambitny cel i wiedział, że na obecnym etapie, bez Michała nie zrealizuje swojej wizji.

Bogusław był napędem, był entuzjastą.  Należał i należy do tych ludzi o których Machiavelli mówił, że rozumieją wszystko sami przez się.  Był siłą sprawczą nadającą kształt procesom i rzeczom.  Inni przy nim świecili tylko odbitym światłem i rozumieli to co Bogusław im okazał, nie mając sami odwagi nawet podobnie pomyśleć, a gdzie dopiero samemu zrealizować jakiś wielki cel.  A to przekonanie Bogusława do Michała urodziło się w jednej chwili.  Wówczas, gdy pierwszy raz zobaczył go w żywiole, na budowie we Fordonie.  Już wtedy, od razu, Bogusław zobaczył siebie jako właściciela firmy, która to wszystko buduje.  Już wtedy, od razu,  pomyślał o ogromnych zyskach, prestiżu i pozycji.  W swoim myśleniu nie widział żadnych ograniczeń.  Ale wiedział też, że sam tego nie zrealizuje.  W tamtym momencie, do realizacji tej wizji, potrzebni mu byli Michał i Leszek.

Wróćmy jednak z powrotem do biegu wydarzeń.

Następnego dnia po zdanym egzaminie Leszek zadzwonił najpierw do Michała, a potem do Bogusława i pokrótce opowiedział im co i jak.  Umówili się u Leszka na poniedziałkowy wieczór, aby uradzić co dalej.   Spotkali się, podyskutowali, popili sobie i zdecydowali, że  Leszek pójdzie z Michałem do pana Janusza i spróbują powtórzyć, całą akcję z egzaminem na mistrza.  Tak też uczynili. Spotkali się najpierw z panem Januszem, potem ze Starszym Cechu - panem Bogdanem, a po paru kolejnych dniach z dyrektorem ośrodka doskonalenia zawodowego, panem Marianem Bednarkiem.  Pan Marian, uprzedzony o wizycie i odpowiednio nastawiony, przyjął ich ciepło, zaprosił do swojego gabinetu, poczęstował kawą, wielkim wówczas kartkowym rarytasem, po czym zapytał -  no i jak tam poszło panu, panie inżynierze w Mogilnie, po czym nie bardzo czekając na odpowiedź, gdyż zapewne znał już szczegółowo przebieg owego egzaminu, dodał - słyszałem, że pański kolega ma taki sam problem jak pan i zapewne to panów do mnie sprowadza, no ale to może panowie powiedzcie o co chodzi.  Leszek odezwał się pierwszy - jak zapewne pan dyrektor sobie przypomina z naszej pierwszej rozmowy, to jest właśnie ten kolega, o którym wspominałem, z którym wspólnie chcemy otworzyć zakład rzemieślniczy.   On także jest inżynierem, zresztą razem studiowaliśmy, a teraz chcemy razem działać na swoim.   Żeby tak się stało to on tak samo jak ja  również musi zostać mistrzem lub chociaż tym robotnikiem wykwalifikowanym.  I tutaj jest problem.  Właśnie z tym do pana przychodzimy.  Tak, tak, pan Bogdan już mi o tym wspominał, ale niestety wszystkie egzaminy po poprzednim kursie już  się pokończyły, a zresztą drugi raz na taki manewr jak z panem, panie Leszku to bym się nie zdecydował.  Musiałem tłumaczyć się tym ludziom z Mogilna za ten pański egzamin, a nigdy do końca nie wiadomo co w trawie piszczy i co może człowieka spotkać.   Jednym słowem co można to można, a co za dużo to niezdrowo.

Jedyne rozwiązanie jakie mogę zaproponować pańskiemu koledze to przyjęcie go na kurs.  Właściwie to nie powinienem tego robić, gdyż trwa on już od dwóch miesięcy, ale myślę, że dla inżyniera mogę zrobić wyjątek.  Bo na pewno da sobie radę, zakończył swoją wypowiedź pan Bednarek.  Ale my musimy mieć papiery już pod koniec maja, gdyż inaczej przepadnie nam super zlecenie, o którym już panu wspominałem, odpowiedział Leszek.  No cóż pomyślmy chwilę,  może da się coś zrobić w tej sprawie.  Zróbmy tak, kontynuował pan dyrektor, pan, panie Leszku musi jeszcze zdać egzamin praktyczny i sądzę, że z tym nie będzie kłopotów, już zresztą mam dla pana zadanie w ramach tego egzaminu, ale o tym później.  Pański kolega w tym czasie będzie chodził na kurs, a jednocześnie również zda egzamin praktyczny, którego temat mu wyznaczę.  Oczywiście na wszystkie zajęcia nie musi chodzić, ale systematycznie ma się na kursach pokazywać.  Jak panowie zdacie te egzaminy praktyczne i przyniesiecie zaświadczenie o odbyciu  trzyletniej praktyki w wykonywaniu zawodu, w którym ubiegacie się o tytuł mistrza, to ja jeszcze przed ukończeniem kursu wystawię wam takie zaświadczenie do Izby Rzemieślniczej.   Na podstawie tego dokumentu, Izba wyda Urzędowi Miejskiemu pismo, iż spełniacie odpowiednie kryteria, żeby zostać rzemieślnikami.  Wówczas, sądzę, że tak w połowie maja otrzymacie upragnione dokumenty.  Stawiam tylko jeden warunek - pański kolega panie Leszku musi podpisać zobowiązanie, że ukończy ten kurs i uzyska zaświadczenie o zdaniu egzaminu i to najpóźniej do końca czerwca.

Jak wiecie kurs kończy się w połowie czerwca i zaraz parę dni po jego zakończeniu będą egzaminy na mistrza.  Jeżeli kolega nie dotrzyma słowa to wystosuję ponowne pismo do Izby Rzemieślniczej o braku kwalifikacji.  Czy panowie zgadzacie się na takie rozwiązanie?   Myślę, że nie mamy wyjścia - odpowiedział Leszek i dodał - bardzo doceniamy pana zaangażowanie w rozwiązanie naszego problemu, odpowiedział Leszek, ale skąd jednak weźmiemy te zaświadczenia o trzyletniej praktyce jako robotnicy wykwalifikowani lub mistrzowie w zawodzie instalatora?  Pod Leszkiem, gdy to mówił, przysłowiowo ugięły się nogi bo myślał, iż to sobie pan dyrektor odpuści, ale okazało się, że nie.   Z tym możemy mieć duży problem.  Kto nam wystawi zaświadczenia o trzyletniej pracy w zawodzie montera?   Przecież my nigdy nie pracowaliśmy w tym charakterze - kontynuował Leszek  No cóż, już panów głowa w tym, jak to uzyskać.  Ja to co mogę, to robię, a nawet powiedziałbym, że robię dużo więcej niż mi wolno.  Lecz to z kolei już nie moje zmartwienie.   Jedno jest pewne, myślę, że w tym wąskim gronie mogę to powiedzieć, moje działania zawdzięczacie panowie wstawiennictwu pana Janusza, pana Starszego Cechu oraz pana Zdzisława.  Bez ich poparcia nie mógłbym tak postąpić.  Teraz niestety muszę już panów przeprosić, gdyż za pięć minut mam zajęcia z kursantami.  Aha, jeszcze jedno, pan zadzwoni do mnie panie Leszku tak za tydzień to porozmawiamy o tym egzaminie praktycznym i pomyślimy o egzaminie praktycznym dla pańskiego kolegi, powiedział pan dyrektor, po czym podał Leszkowi i Michałowi dłoń na pożegnanie.

Cóż było robić.  Michał poszedł na kurs i żeby nie sprawiać kłopotów panu dyrektorowi, dosyć regularnie trzy razy w tygodniu wieczorami chodził na zajęcia trwające po trzy lub cztery godziny., Zajęcia przypominające swoim poziomem, naukę w wyższych klasach szkoły podstawowej i zawodowej.  Jednak cierpliwie i gorliwie brał udział w szkoleniach, przypominających do złudzenia  jego szkolenia na budowie, które obowiązkowo musiał prowadzić dla swoich podwładnych.

W połowie lutego,  Leszek otrząsnął się z emocji związanych z egzaminem na mistrza, a Michał na dobre rozpoczął "naukę"  na kursie i wówczas przyszedł czas na egzaminy praktyczne.   Leszek umówił się z panem dyrektorem ośrodka szkolenia i stawił się u niego w czwartkowe popołudnie.  Pan dyrektor zaproponował kawę. Panowie chwilę porozmawiali, jak to się mówi, o niczym, po czym pan Bednarek powiedział - tak się zastanawiałem jaki też panu dać temat na egzamin praktyczny i doszedłem do wniosku, że najlepsze będzie coś naprawdę praktycznego i to tutaj na miejscu, w naszym ośrodku.  Chodźmy do toalety dla kursantów, tej na pierwszym piętrze,  pokażę panu o co chodzi.   Już po chwili panowie przekroczyli próg owych toalet.  Widok, który Leszek zobaczył, wręcz go przeraził, a złe przeczucia jeszcze pogłębiły ten jego stan.  Pourywane krany, pogięte i zniszczone natryski, zbite dwie umywalki, uszkodzona muszla, oderwane od ściany i powyginane rury doprowadzające ciepłą i zimną wodę, a do tego brudne i porysowane ściany dopełniały obrazu, który ujrzał.  Jednym słowem czarna rozpacz.  Tak, nie wygląda to najlepiej - powiedział pan dyrektor, jakby odgadując myśli Leszka, po czym dodał - pana egzamin praktyczny będzie polegał na doprowadzeniu tych wszystkich urządzeń sanitarnych do stanu używalności.  Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to takie proste, biorąc przede wszystkim pod uwagę braki materiałowe, ale pan pełniąc tak ważną funkcję inspektora i to w tej właśnie branży, na pewno sobie poradzi.  Daję panu dwa tygodnie na te naprawy, a potem sprawdzimy jak to panu wyszło.  Jeżeli wszystko będzie dobrze to otrzyma pan zaświadczenie o zdaniu egzaminu praktycznego.  Myślę, że do końca lutego upora się pan z tym zadaniem.   Natomiast pański kolega dostanie to samo zadanie, ale w toaletach na drugim piętrze.  Może go pan poinformować i niech się ze mną skontaktuje w najbliższym czasie, wówczas omówimy co i jak.   To co panie inżynierze, do dzieła.


Następny odcinek

piątek, 6 grudnia 2019

Smutna i to nie tylko ulica Długa w Bydgoszczy.

Rzadko jeżdżę do miasta, ale czasami, tak jak dzisiaj, muszę.  Musiałem pojechać do banku Pekao SA.   Najpierw udałem się na smutną ulicę Dworcową do placówki tego banku, ale oddziału banku już tutaj nie ma.  Potem poszedłem na ulicę Długą, ale tutaj także oddziału banku już nie ma.  No to poszedłem na Trybunalską bo tak informowała tabliczki w miejscach zlikwidowanych oddziałów.

Po drodze szedłem ulicą Pod Blankami i zdziwiła mnie szczególnie jedna kamienica, a właściwie jej tył bo front na Długiej.   Pamiętam jak tutaj było ponad 30 lat temu, kiedy to zaczęły się nasze przemiany.  I to pamiętam bardzo dobrze bo mieszkałem na Nowodworskiej, a sklepy miałem na Wełnianym Rynku i Starym Rynku dlatego ulicą Pod Blankami często chadzałem.  Wówczas tak jak dwie kamienice na poniższych zdjęciach, wyglądały wszystkie domy mające front od Długiej, a zaplecze od Pod Blankami.   Dawno tam nie byłem i sądziłem, że takich ruin już tutaj nie ma, a są (zdjęcie pierwsze).  I aż dziw, że to się jeszcze nie zawaliło.

Załatwiwszy sprawy w banku wróciłem przez Stary Rynek na Mostową, gdzie trwa jarmark świąteczny.

Długa smutna totalnie, a i ten jarmark też taki sobie smutnawy.  Stoiska nieciekawe, ludzi mało, pogoda ponura.

Może jak spadnie śnieg to zrobi się bardziej wesoło.

Jeszcze stoi


Smutna Długa


Dekorowanie choinki


Kataryniarz




Zdjęcia wykonałem w dzisiejszy piątek  06.12.19.  około godziny 13.00

wtorek, 3 grudnia 2019

Nie chcem, ale muszem.

Od kilku miesięcy jestem zmuszony sam przygotowywać sobie posiłki (żona wyjechała).  Po tych paru miesiącach dość miałem już dań garmażeryjnych, dań gotowych, nielicznych wizyt w barach i restauracjach.

Postanowiłem wreszcie sam spróbować swoich sił w dziedzinie, w której jestem kompletnym laikiem.

Na początek padło na kurczaka.  Kupiłem około dwukilogramowego kurczaka gospodarskiego (ok. 26 zł.) i postanowiłem najpierw ugotować rosół, a później piersi kurczaka z warzywami w sosie pomidorowym.

Podzieliłem kurczaka, wyciąłem piersi, które zamroziłem, a na reszcie ugotowałem rosół.
Co do rosołu to ugotowałem go według przepisu mojej mamy i wyszedł mi wyśmienicie.  Jadłem go (z makaronem domowym) przez cztery dni. 

Jednak po tych czterech dniach i po dwóch dniach ze smażonymi rybami zdecydowałem się na danie mojego autorstwa.

Podsmażyłem cebulę i czosnek do których wrzuciłem pokrojone trzy papryki (w trzech kolorach)  dodałem pół kilograma pokrojonych pieczarek, jedną sporą pokrojoną cukinię i puszkę brązowej fasolki.  Smażyłem około 10 minut, a potem dodałem puszkę całych pomidorów, jeden mały przecier pomidorowy, łyżeczkę ostrej papryki i 200 ml bulionu.  Piersi pokroiłem i doprawiłem pieprzem, solą, rozmarynem, papryką w proszku (jedna łyżeczka papryki ostrej i dwie łagodnej) i gotowałem na lekkim ogniu 15 minut.   Potem do tak przyrządzonej potrawy dodałem podsmażone na osobnej patelni doprawione mięso i jeszcze gotowałem razem około 10 minut.

Smakowało rewelacyjnie i będzie na trzy obiady.

W taki to sposób z jednego kurczaka, opakowania makaronu, warzyw i przypraw przyrządziłem sobie aż siedem smacznych obiadów.

Jestem ogromnie zdziwiony, a jednocześnie wielce zadowolony że mi się tak udało.

Rosół

Smażę warzywa

Gotowa potrawa w garnku

I z ryżem na talerzu

Bardzo ostra papryka





niedziela, 24 listopada 2019

Otwarcie świetlicy w Niemczu.

W dzisiejszą niedzielę o godzinie 16.00 odbyło się uroczyste otwarcie nowej świetlicy w Niemczu.  Na nową świetlicę, mającą zastąpić starą świetlicę pamiętającą najlepsze lata socjalizmu i wybudowaną dla społeczności liczącej kilkaset osób (obecnie około 4000) mieszkańcy czekali kilkanaście lat, a projekt koncepcyjny nowej świetlicy powstał jedenaście lat temu.

Długo trwało zanim radni zdecydowali się przeznaczyć odpowiednie środki na budowę świetlicy i urządzenie pięknego parku wokół niej (park jeszcze w budowie), ale wreszcie się udało, a dzisiaj świętowaliśmy i to hucznie otwarcie tego pięknego domu kultury w Niemczu.

Na początek oczywiście przecięcie tradycyjnej wstęgi, potem poświęcenie przez proboszcza z Niemcza, później dwa wspaniałe torty, kawa lub herbata.

A jak mieszkańcy pojedli i popili to wystąpił Teatr Bajeczny z bajką o Zuzannie.  Teatr przeznaczony był dla najmłodszych, ale wielu i to nawet tych najstarszych z ciekawością go oglądało.  Interaktywna bajka, która sądząc po reakcjach dzieci bardzo się im podobała.

Potem były pokazy tańców towarzyskich i występy piosenkarki Agnieszki Twardowskiej.

Zaś na koniec wystąpiła Renata Przemyk z dwoma gitarzystami z bardzo refleksyjnym repertuarem ocierającym się nawet o fado, a także z licznymi lirycznymi komentarzami pani Renaty.

Bardzo udana impreza i tylko żal, że zapomniano o klimatyzacji i na sali było po prostu za gorąco.

Poniżej trochę scenek z dzisiejszej bardzo udanej uroczystości.

Słaba jakość bo zapadał już zmierzch

Wstęgę przecinali - pan wójt, pan przewodniczący Rady Gminy, pani sołtys, a zakończyła przedstawicielka najmłodszego pokolenia mieszkańców Niemcza

Oficjalne przemówienia (krótkie), a na stołach torty

Zwiedzamy świetlicę, w drzwiach radny z Osielska Maciej Landowski

Teatrzyk

Tańce towarzyskie

Agnieszka Twardowska

Renata Przemyk z gitarzystami

piątek, 22 listopada 2019

Późna jesień.

Smutny jest zazwyczaj ten polski listopad.  I chociaż widoki są piękne to jednak przywołują zadumę nad przemijaniem, a u wielu pewnie też zwyczajny lub swoisty splin.

Poniżej kilka zdjęć, które wykonałem dzisiaj czyli 22.11.2019 r. w Rynkowie i w Myślęcinku.

Liście

Nadrzewny napis sprzed prawie 70 lat.





środa, 20 listopada 2019

Nieświadomi.

Właśnie kończę oglądać piąty odcinek serialu HBO pod tytułem "Nieświadomi".  Akcja serialu toczy się dokładnie 30 lat temu bo to 17.11.1989 roku odbyła się czechosłowacka przemiana.

Dużo tutaj o roli M 6, o KGB, o prześladowaniach czeskich opozycjonistów, o bohaterstwie czeskiej opozycji i udręce czeskiego narodu.

NIESTETY, ani słowa o tym, że to Polacy zaczęli proces owych zmian.  Niestety, ani słowa o amerykańskich wpływach na podział postkomunistycznej Europy.   Ani słowa o wpływie krajów tak zwanej starej Europ (EWG) na owe postkomunistyczne kraje.  Niestety nic o dziesiątkach miliardów euro zarabianych corocznie na głupocie lub przekupstwie dzięki tak zwanych inwestycji zagranicznych i to tylko w Polsce.  A ile to jest miliardów w skali całej Europy Środkowo Wschodniej, chociaż samo to określenie owej "Europy" poniża nas, czyli tych gorszych europejczyków według opinii starych krajów UE.
 
Ci wielcy tego Świata podzielili ten  tort KDL-owski (kraje demokracji ludowej),a potem się do niego dobrali i go rozdrapali.  Oczywiście w imię demokracji i szczęścia tych co ich wykorzystują.

Przecież jeszcze w czerwcu 1989 roku, gdy u nas odbywały się tak zwane kontraktowe wybory, zwane demokratycznymi to we wszystkich krajach demokracji ludowej (pod wpływem ZSRR) nazywano Polaków warchołami, potępiano nas na milionowych wiecach i przedstawiano nasze przemiany jako wszystko co najgorsze.

A potem, po ponad pięciu miesiącach tak zwana aksamitna rewolucja zmieniła Czechosłowację.

Oczywiście tak samo jak i w przypadku upadku muru berlińskiego Polacy nie mieli nic z tym wspólnego.

Motto:  Możesz iść na zakupy, ale my i tak sprawdzimy co kupiłaś.

TA ZBIOROWA HIPOKRYZJA PORAŻA, a serial HBO ją sankcjonuje.
ALE DLACZEGO NIE MA POLSKIEGO SERIALU HBO LUB INNEGO PRODUCENTA O TYM CO NAPRAWDĘ WYDARZYŁO SIĘ W KDL-ACH W 1989 ROKU?

Nie chcę się rozwieść mówi główny bohater opowieści, więc kłam odpowiada mu agent


Dlaczego Bolek, Gieremek, Kiszczak, Kwaśniewski, Michnik et consortes nie mogą być bohaterami takiego serialu jak ten czeski serial pod tytułem "Nieświadomi"?

Czy to nie jest dziwne?