Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
sobota, 3 sierpnia 2019
środa, 31 lipca 2019
Refleksja natury ogólnej - 56
Zamieściłem podobny wpis na FB, ale na moim blogu powtarzam bo bardzo mi zależy na utworzeniu Bydgoskiego Uniwersytetu Medycznego:
Na FB bardzo aktywna jest pani Paulina Wenderlich, która usilnie i z wielkim zaangażowaniem promowała pana Latosa w wyborach do UE. Niestety. Wygrał były członek PiS-u czyli Radek Sikorski. No cóż z decyzjami wyborców musimy się zgodzić bo to najważniejszy filar naszej demokracji. Dlatego też, aby ponownie pan Latos nie przegrał (co nie jest w moim interesie, ale pod pewnymi warunkami w interesie bydgoszczan) napisałem pod jednym z pani postów swoisty apel. I tutaj go powtarzam:
Pani Paulino - pal sześć te klony ich promotorów. To raczej nie są demokraci, lecz kopie ich starszych kolegów i to co mówią jest tylko manipulacją ich politycznych wychowawców. Ja jednak chciałbym poruszyć sprawę AMB, a właściwie Uniwersytetu Medycznego. Jak pani wie 180 tysięcy podpisów poszło do kosza i PiS zlekceważył tych wszystkich co się podpisali. Rozumiem różne uwarunkowania (Gowin, ojciec Rydzyk itp.), ale wystawiając na pierwsze miejsce pana Latosa (nomen omen wieloletniego szefa sejmowej komisji zdrowia) z pierwszego miejsca bydgoskiej listy do wyborów do sejmu to należy go wyposażyć w odpowiednie narzędzia i argumenty, aby przekonał nieprzekonanych. Bo przekonanych przekonywać nie trzeba. Proponuję, aby pan Tomasz Latos w uzgodnieniu z decydentami PiS-u obiecał utworzenia Bydgoskiego Uniwersytetu Medycznego w przyszłej, ewentualnie wygranej przez PiS kadencji sejmu. Jak pani zapewne wie lekarzy brakuje i to bardzo. Torunianie prowadzą nieczystą grę i tak będzie zawsze. Niechaj wreszcie PiS coś zrobi dla bydgoszczan.
Pewnie PO, czy KO lub czort wie co obieca to, ale oni tylko obiecują.
poniedziałek, 29 lipca 2019
Lenin wiecznie żywy.
Pewnie już mało kto (Mający < 40 lat) pamięta kim był Lenin dlatego też pragnąłbym im przypomnieć owego osobnika do dzisiaj uznawanego w byłych krajach ZSSR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich) za największego bohatera ludzkości, a dla mnie obok Stalina za największego zbrodniarza.
Ponieważ lewica podnosi głowy i pragnie wygrać wybory o czym nijaki Czarzasty bez przerwy i wszędzie mówi to dlatego dzisiaj na moim blogu prezentuję dwa największe na Świecie pomniki nijakiego Lenina. Zdjęcia wykonał mój siostrzeniec (Marcin Wilkowski - znany fotograf) w trakcie swoich licznych podróży. Te zdjęcia mi podarował, ale gdzie je wykonał to tego nie wiem, a i on dobrze nie pamięta.
Ponieważ lewica podnosi głowy i pragnie wygrać wybory o czym nijaki Czarzasty bez przerwy i wszędzie mówi to dlatego dzisiaj na moim blogu prezentuję dwa największe na Świecie pomniki nijakiego Lenina. Zdjęcia wykonał mój siostrzeniec (Marcin Wilkowski - znany fotograf) w trakcie swoich licznych podróży. Te zdjęcia mi podarował, ale gdzie je wykonał to tego nie wiem, a i on dobrze nie pamięta.
![]() |
| To podobno największy pomnik owego lenina na całym Świecie. |
![]() |
| A to drugi taki pomnik. |
niedziela, 28 lipca 2019
Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 70
Pamiętacie. Ja pamiętam Torbyd jeszcze z końca lat 60-tych, kiedy to zacząłem regularnie chodzić na mecze Polonii. Wtedy lodowisko było bliżej Jagiellońskiej. Trybuny były betonowe i miejsca na nich tylko stojące (raz zarobiłem krążkiem w pierś), a bilety sprzedawano w takich dwóch fikuśnych spiczastych kasach.
Niestety nie mam zdjęć z tamtych czasów.
Poprzedni post z tego cyklu.
Niestety nie mam zdjęć z tamtych czasów.
Poprzedni post z tego cyklu.
niedziela, 21 lipca 2019
środa, 17 lipca 2019
Byliśmy w Inowrocławiu.
W minioną niedzielę (14.07.19.) Pojechaliśmy na cały dzień do Inowrocławia. Najpierw oczywiście dwie godziny przy tężniach, Potem spacer po parku. Po długim spacerze i poczytaniu książek w ustronnym miejscu poszliśmy na kawę i lody. Później na fajf, a potem na koncert promenadowy. Po tych miłych i ciekawych przeżyciach przyszedł czas na główną atrakcję czyli kąpiel w inowrocławskich termach, a potem już niestety do domu bo dzień się kończył.
Polecam każdemu taką wycieczkę.
Poniżej kilka migawek z tej sympatycznej niedzieli:
Polecam każdemu taką wycieczkę.
Poniżej kilka migawek z tej sympatycznej niedzieli:
![]() |
| W drodze do tężni spotkaliśmy dziewczyny pięknie grające muzykę klasyczną (też dorzuciliśmy się do tego futerału) |
![]() |
| Na fajfie |
![]() |
| Podczas spaceru po parku wstąpiliśmy także do palmiarni |
![]() |
| Koncert promenadowy. |
środa, 10 lipca 2019
Bogusław - odcinek 14
Poprzedni odcinek (13)
Bogusław - odcinek 14
To chodźmy panie inżynierze, bo ja muszę wracać do Ośrodka, powiedział pan dyrektor. Dam panu w Ośrodku obiecane materiały do nauki. W nocy pan sobie wszystko przejrzy, a rano na pociąg i na egzamin. Ja dopilnuję, żeby pan był na liście do egzaminu. Panowie pożegnali się z dobrze już rozochoconym towarzystwem, które popijało teraz z flaszki jaką pan Zdzichu wyciągnął z jednej ze swoich fryzjerskich szafek. Towarzystwo paląc prawie bez przerwy, toczyło ożywioną dyskusję, rozpoczętą jeszcze przed przyjściem pana dyrektora Bednarka. Pan Leszek był tak skołowany, że nawet nie pomyślał o podziękowaniach. Dopiero na dworze, jak mróz przywrócił mu trochę jasność umysłu, zaczął coś o tym mówić do pana dyrektora. Ale ten skwitował to krótko - jak pan zda, otrzyma dyplom, to przyjdzie pora na podziękowania.
W Ośrodku pan dyrektor wręczył Leszkowi pięć kilkuset-stronicowych skryptów, do tego kilkadziesiąt kartek z pytaniami jakie najczęściej padają przy egzaminach na mistrzów i powiedział - no muszę już pana pożegnać, zaraz mam kolejne zajęcia. Niech pan sobie to przejrzy i życzę powodzenia. Aha, dodał, niech pan pamięta, że po zdaniu egzaminu teoretycznego, musi pan jeszcze zdać egzamin praktyczny, ale to będzie pan załatwiał już u mnie i o tym pogadamy kiedy indziej.
Później Leszek często wracał myślami do wydarzeń z tego dnia. Wydarzeń które toczyły się niezwykle wartko i niespodziewanie. Przy tym przechodziły w ciągle zmieniającym się otoczeniu. W gabinecie pana Janusza, biurze Cechu, biurze Starszego Cechu, zakładzie fryzjerskim pana Pająka i wreszcie w Ośrodku Doskonalenia Zawodowego. Najbardziej jednak utkwiły mu w pamięci te godziny, które spędził w zakładzie pana Pająka. Zawsze gdy pomyślał o tych chwilach to w jakiś wyjątkowo dokładny i plastyczny sposób wracały do niego wszystkie szczegóły tego wyjątkowego spotkania w zakładzie fryzjerskim pana Pająka. Dziwnie utkwiło mu w pamięci prawie wszystko z tamtych chwil. Pamiętał, a nawet czuł w takich momentach ten swoisty, intensywny zapach, który wówczas roznosił się, a raczej stał nieruchomo w pomieszczeniu. To było jakieś specyficzne pomieszanie zapachów fryzjerskich kosmetyków z zapachem wódki i papierosowego dymu, a do tego zapach potu i oddechów. Czuł ten smak żytniej wódki, pitej z musztardówek, bez żadnej zagryzki, czy chociaż popitki, a tylko pod papieroska. Pamiętał wszystkie szczegóły wyglądu i wyposażenia wnętrza, osnute gęsto siwym tytoniowym dymem, którego smugi odbijały się w licznych lustrach, tworząc niesamowity nastrój w przyciemnionym pomieszczeniu. Doskonale pamiętał treść toczonych rozmów. Rozmów często szorstkich i okraszonych sporą ilością dosadnych słów. Nie umiał sobie wytłumaczyć dlaczego akurat to zapadło mu tak głęboko w pamięci. Może sprawiła to właśnie owa swoista mieszanina atmosfery zimowego wieczoru i owych zapachów ,wyglądu, smaku, obecność nieznanych poprzednio, nietuzinkowych osób, a może były też inne powody. Pewnie były to jakieś decydujące chwile, które podświadomość doskonale zarejestrowała. To jedna z tych chwil, która decydują o przyszłości i losach człowieka w tym przypadku inżyniera Leszka Marcinkowskiego.
Tuż przed dwudziestą pierwszą Leszek dotarł do swojego domu. Był zmęczony, a zmęczenie to potęgowała niemała ilość wypitego, przez cały dzień, alkoholu. A tutaj przed nim prawie cała noc nauki, a potem wcześnie rano wyjazd na egzamin. Nie za bardzo mógł się skupić i myśleć o tym. Zaraz po wejściu do mieszkania jego panie zadały mu całą masę pytań. Opowiedział im ze szczegółami wydarzenia z całego dnia. Joanna słuchając tego opowiadania często kręciła głową z niedowierzaniem i była ogromnie zdziwiona takim obrotem spraw. Nie za bardzo chciała wierzyć w leszkowe opowiadanie. A jak zaczął relacjonować przebieg spotkania u fryzjera to powiedziała, że chyba sobie z niej żartuje. Dopiero jak zobaczyła skrypty i kartki z pytaniami to tylko powiedziała - ale cyrk i zaraz potem zapytała - i co ty teraz zrobisz? Wtórowała jej ośmioletnia Karolinka, dodając do pytań mamy, jedno swoje, ale jakże konkretne - to ty tatuś będziesz tym rzemieślnikiem, czy nie? Będę, będę, odpowiedział Leszek, a zwracając się do Joanny powiedział - a co ja mogę zrobić? Posiedzę całą noc, poczytam te skrypty i przejrzę pytania, a może nawet uda mi się przespać ze dwie godziny. Potem umyję się, ubiorę i pójdę na dworzec. Po szóstej mam elektryka do Inowrocławia, tam przesiądę się na pociąg do Poznania i przed dziewiątą będę w Mogilnie.
Tak też zrobił. Nawet udało mu się zasnąć przed czwartą, niestety dręczyły go dziwne myśli i spał bardzo niespokojnie. Piętnaście po piątej budzik zerwał go z tej resztki marnego snu. O szóstej dziesięć Leszek wsiadł, na peronie czwartym, do jednostki elektrycznej, która zawiozła go do Inowrocławia. O siódmej dwadzieścia osiem miał odjechać z Inowrocławia do Mogilna, ale po piętnastu minutach od wyznaczonego czasu odjazdu, mocno już podenerwowany, usłyszał przez kolejowy megafon, komunikat - w dniu dzisiejszym kurs pociągu osobowego w kierunku Poznania, odjeżdżającego ze stacji Inowrocław o godzinie siódmej dwadzieścia osiem, z powodu awarii sieci trakcyjnej, zostaje odwołany. Nabyte bilety zachowują ważność na pociąg, który odjedzie w tym kierunku o godzinie dziewiątej pięćdziesiąt. Kolej przeprasza za to utrudnienie wszystkich podróżnych udających się w kierunku Mogilna, Gniezna i Poznania. Pech, nerwy, bezradność. Leszek zaczął gorączkowo myśleć co zrobić. Pobiegł do kolejowej informacji, ale nie dowiedział się niczego ponad to co było w komunikacie. Pędem pobiegł na dworzec autobusowy, odległy o kilkaset metrów od kolejowego, ale niestety najbliższy autobus do Mogilna był dopiero po godzinie dziesiątej. Co robić? Myślał gorączkowo. Czyżby ten cały plan, tak przypadkowo i misternie ułożony wczoraj w zakładzie fryzjerskim pana Pająka, miał się zawalić. Było już piętnaście po ósmej, czasu zostawało coraz mniej. Praktycznie istniało tylko jedno rozwiązanie, którego jednak, początkowo, ze względów finansowych nie dopuszczał do siebie. Po dziesięciu minutach wahań poszedł na postój taksówek, wsiadł do Poloneza i zamówił kurs do Mogilna. Taksówkarz mocno zdziwiony, takim zleceniem, zlustrował go dokładnie i nic nie mówiąc, ruszył w trasę. Jechał tą taksówką i znowu naszły go kolejne wątpliwości. Czy, aby na pewno dobrze robi. Czy uda mu się pokonać wszystkie przeszkody, które tak mocno piętrzyły się nie tylko w jego wyobraźni. Jak będzie dalej, skoro już na samym początku spotykają go takie problemy. Czy wystarczy mu pieniędzy chociażby na załatwienie wszystkich formalności, a co będzie dalej? Bogusława niestety w pobliżu nie było, żeby, kolejny raz, przekonać go i utwierdzić w tym, że dobrze robi. Do głowy przychodziły mu różne ponure myśli. Taksówkarz, kompletny mruk, wokół chlapa, krajobraz smutny, brudny i przygnębiający. W takim to marnym stanie ducha, dodatkowo mocno zirytowany wysokością zapłaty za taksówkę, Leszek dotarł do szkoły na jednej z głównych ulic Mogilna. Wszedł do sali egzaminacyjnej w momencie, gdy dwadzieścia pięć osób zajmowało miejsca w szkolnych ławkach.
Następny odcinek
Bogusław - odcinek 14
To chodźmy panie inżynierze, bo ja muszę wracać do Ośrodka, powiedział pan dyrektor. Dam panu w Ośrodku obiecane materiały do nauki. W nocy pan sobie wszystko przejrzy, a rano na pociąg i na egzamin. Ja dopilnuję, żeby pan był na liście do egzaminu. Panowie pożegnali się z dobrze już rozochoconym towarzystwem, które popijało teraz z flaszki jaką pan Zdzichu wyciągnął z jednej ze swoich fryzjerskich szafek. Towarzystwo paląc prawie bez przerwy, toczyło ożywioną dyskusję, rozpoczętą jeszcze przed przyjściem pana dyrektora Bednarka. Pan Leszek był tak skołowany, że nawet nie pomyślał o podziękowaniach. Dopiero na dworze, jak mróz przywrócił mu trochę jasność umysłu, zaczął coś o tym mówić do pana dyrektora. Ale ten skwitował to krótko - jak pan zda, otrzyma dyplom, to przyjdzie pora na podziękowania.
W Ośrodku pan dyrektor wręczył Leszkowi pięć kilkuset-stronicowych skryptów, do tego kilkadziesiąt kartek z pytaniami jakie najczęściej padają przy egzaminach na mistrzów i powiedział - no muszę już pana pożegnać, zaraz mam kolejne zajęcia. Niech pan sobie to przejrzy i życzę powodzenia. Aha, dodał, niech pan pamięta, że po zdaniu egzaminu teoretycznego, musi pan jeszcze zdać egzamin praktyczny, ale to będzie pan załatwiał już u mnie i o tym pogadamy kiedy indziej.
Później Leszek często wracał myślami do wydarzeń z tego dnia. Wydarzeń które toczyły się niezwykle wartko i niespodziewanie. Przy tym przechodziły w ciągle zmieniającym się otoczeniu. W gabinecie pana Janusza, biurze Cechu, biurze Starszego Cechu, zakładzie fryzjerskim pana Pająka i wreszcie w Ośrodku Doskonalenia Zawodowego. Najbardziej jednak utkwiły mu w pamięci te godziny, które spędził w zakładzie pana Pająka. Zawsze gdy pomyślał o tych chwilach to w jakiś wyjątkowo dokładny i plastyczny sposób wracały do niego wszystkie szczegóły tego wyjątkowego spotkania w zakładzie fryzjerskim pana Pająka. Dziwnie utkwiło mu w pamięci prawie wszystko z tamtych chwil. Pamiętał, a nawet czuł w takich momentach ten swoisty, intensywny zapach, który wówczas roznosił się, a raczej stał nieruchomo w pomieszczeniu. To było jakieś specyficzne pomieszanie zapachów fryzjerskich kosmetyków z zapachem wódki i papierosowego dymu, a do tego zapach potu i oddechów. Czuł ten smak żytniej wódki, pitej z musztardówek, bez żadnej zagryzki, czy chociaż popitki, a tylko pod papieroska. Pamiętał wszystkie szczegóły wyglądu i wyposażenia wnętrza, osnute gęsto siwym tytoniowym dymem, którego smugi odbijały się w licznych lustrach, tworząc niesamowity nastrój w przyciemnionym pomieszczeniu. Doskonale pamiętał treść toczonych rozmów. Rozmów często szorstkich i okraszonych sporą ilością dosadnych słów. Nie umiał sobie wytłumaczyć dlaczego akurat to zapadło mu tak głęboko w pamięci. Może sprawiła to właśnie owa swoista mieszanina atmosfery zimowego wieczoru i owych zapachów ,wyglądu, smaku, obecność nieznanych poprzednio, nietuzinkowych osób, a może były też inne powody. Pewnie były to jakieś decydujące chwile, które podświadomość doskonale zarejestrowała. To jedna z tych chwil, która decydują o przyszłości i losach człowieka w tym przypadku inżyniera Leszka Marcinkowskiego.
Tuż przed dwudziestą pierwszą Leszek dotarł do swojego domu. Był zmęczony, a zmęczenie to potęgowała niemała ilość wypitego, przez cały dzień, alkoholu. A tutaj przed nim prawie cała noc nauki, a potem wcześnie rano wyjazd na egzamin. Nie za bardzo mógł się skupić i myśleć o tym. Zaraz po wejściu do mieszkania jego panie zadały mu całą masę pytań. Opowiedział im ze szczegółami wydarzenia z całego dnia. Joanna słuchając tego opowiadania często kręciła głową z niedowierzaniem i była ogromnie zdziwiona takim obrotem spraw. Nie za bardzo chciała wierzyć w leszkowe opowiadanie. A jak zaczął relacjonować przebieg spotkania u fryzjera to powiedziała, że chyba sobie z niej żartuje. Dopiero jak zobaczyła skrypty i kartki z pytaniami to tylko powiedziała - ale cyrk i zaraz potem zapytała - i co ty teraz zrobisz? Wtórowała jej ośmioletnia Karolinka, dodając do pytań mamy, jedno swoje, ale jakże konkretne - to ty tatuś będziesz tym rzemieślnikiem, czy nie? Będę, będę, odpowiedział Leszek, a zwracając się do Joanny powiedział - a co ja mogę zrobić? Posiedzę całą noc, poczytam te skrypty i przejrzę pytania, a może nawet uda mi się przespać ze dwie godziny. Potem umyję się, ubiorę i pójdę na dworzec. Po szóstej mam elektryka do Inowrocławia, tam przesiądę się na pociąg do Poznania i przed dziewiątą będę w Mogilnie.
Tak też zrobił. Nawet udało mu się zasnąć przed czwartą, niestety dręczyły go dziwne myśli i spał bardzo niespokojnie. Piętnaście po piątej budzik zerwał go z tej resztki marnego snu. O szóstej dziesięć Leszek wsiadł, na peronie czwartym, do jednostki elektrycznej, która zawiozła go do Inowrocławia. O siódmej dwadzieścia osiem miał odjechać z Inowrocławia do Mogilna, ale po piętnastu minutach od wyznaczonego czasu odjazdu, mocno już podenerwowany, usłyszał przez kolejowy megafon, komunikat - w dniu dzisiejszym kurs pociągu osobowego w kierunku Poznania, odjeżdżającego ze stacji Inowrocław o godzinie siódmej dwadzieścia osiem, z powodu awarii sieci trakcyjnej, zostaje odwołany. Nabyte bilety zachowują ważność na pociąg, który odjedzie w tym kierunku o godzinie dziewiątej pięćdziesiąt. Kolej przeprasza za to utrudnienie wszystkich podróżnych udających się w kierunku Mogilna, Gniezna i Poznania. Pech, nerwy, bezradność. Leszek zaczął gorączkowo myśleć co zrobić. Pobiegł do kolejowej informacji, ale nie dowiedział się niczego ponad to co było w komunikacie. Pędem pobiegł na dworzec autobusowy, odległy o kilkaset metrów od kolejowego, ale niestety najbliższy autobus do Mogilna był dopiero po godzinie dziesiątej. Co robić? Myślał gorączkowo. Czyżby ten cały plan, tak przypadkowo i misternie ułożony wczoraj w zakładzie fryzjerskim pana Pająka, miał się zawalić. Było już piętnaście po ósmej, czasu zostawało coraz mniej. Praktycznie istniało tylko jedno rozwiązanie, którego jednak, początkowo, ze względów finansowych nie dopuszczał do siebie. Po dziesięciu minutach wahań poszedł na postój taksówek, wsiadł do Poloneza i zamówił kurs do Mogilna. Taksówkarz mocno zdziwiony, takim zleceniem, zlustrował go dokładnie i nic nie mówiąc, ruszył w trasę. Jechał tą taksówką i znowu naszły go kolejne wątpliwości. Czy, aby na pewno dobrze robi. Czy uda mu się pokonać wszystkie przeszkody, które tak mocno piętrzyły się nie tylko w jego wyobraźni. Jak będzie dalej, skoro już na samym początku spotykają go takie problemy. Czy wystarczy mu pieniędzy chociażby na załatwienie wszystkich formalności, a co będzie dalej? Bogusława niestety w pobliżu nie było, żeby, kolejny raz, przekonać go i utwierdzić w tym, że dobrze robi. Do głowy przychodziły mu różne ponure myśli. Taksówkarz, kompletny mruk, wokół chlapa, krajobraz smutny, brudny i przygnębiający. W takim to marnym stanie ducha, dodatkowo mocno zirytowany wysokością zapłaty za taksówkę, Leszek dotarł do szkoły na jednej z głównych ulic Mogilna. Wszedł do sali egzaminacyjnej w momencie, gdy dwadzieścia pięć osób zajmowało miejsca w szkolnych ławkach.
Następny odcinek
poniedziałek, 8 lipca 2019
Deszczowy Sopot
W minioną sobotę (06.07.19.) byliśmy na wycieczce w Sopocie. Wycieczkę zorganizowały koła gospodyń wiejskich z Maksymilianowa i Niemcza. Wyjechaliśmy o 7.00, a wróciliśmy po 20.00. Sześć godzin trwała jazda w obie strony wraz z dwoma postojami na parkingu przy A1, a siedem godzin byliśmy w Sopocie. Każdy z uczestników (około 40) spędzał czas według swojego planu. Zaraz utworzyły się grupy, które ruszyły na molo i na statek, inne zaczęły od wizyty w barze lub spaceru po Monciaku.
Ja z Lucią poszliśmy najpierw szukać parasola bo zaczęło padać, a Lucia swój parasol zostawiła w autobusie, który już sobie odjechał.
Kupiliśmy parasol i najpierw poszliśmy obejrzeć kompleks dworcowy w Sopocie bo kiedyś pracując w Gdańsku przez osiem lat często z tego dworca korzystałem i chciałem zobaczyć jak on wygląda po ponad 30 latach.
Potem trafiliśmy do państwowej galerii przy Monte Cassino, gdzie poszliśmy na wystawę malarstwa (10 zł. za wstęp od osoby). Na trzech kondygnacjach wystawiane było malarstwo żydowskiego malarza, głównie o tematyce wojennej. Nie za bardzo nam się podobała ta wystawa.
Potem trafiliśmy (na scenie w pobliżu mola) na inscenizację bajki "Królowa Śnieżka i siedmiu krasnoludków". Pooglądaliśmy kilkanaście minut i ruszyliśmy nad morze. A deszcz padał, chwilami mocno, ale zazwyczaj była to taka średnia mżawka.
Zdjęliśmy buty i skarpety i schowaliśmy za nieczynnym barem pod leżącym tam parasolem i brodząc w wodzie ruszyliśmy w stronę Gdyni. Doszliśmy prawie do Gdyni Orłowa, a w drodze powrotnej przy chwilowej ulewie wypiliśmy sobie po szklaneczce Martini.
Odszukaliśmy buty i ruszyliśmy ponownie na Monciak. Tutaj poszliśmy do restauracji Chianti, która jak się okazało otwarta została cztery dni wcześniej. Pani namówiła nas na zupę rybną (24 zł. porcja) co okazało się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Gęsta zupa zaprawiona pomidorami zawierała kawałki miecznika i tuńczyka, królewskie krewetki (dwie) i po dwa małże. Rewelacja. Gorąco polecam.
Potem jeszcze spacer uliczkami i do autobusu.
Pomimo deszczu i chłodu bardzo udany wyjazd.
Poniżej kilka zdjęć z opisanej wycieczki.
Ja z Lucią poszliśmy najpierw szukać parasola bo zaczęło padać, a Lucia swój parasol zostawiła w autobusie, który już sobie odjechał.
Kupiliśmy parasol i najpierw poszliśmy obejrzeć kompleks dworcowy w Sopocie bo kiedyś pracując w Gdańsku przez osiem lat często z tego dworca korzystałem i chciałem zobaczyć jak on wygląda po ponad 30 latach.
Potem trafiliśmy do państwowej galerii przy Monte Cassino, gdzie poszliśmy na wystawę malarstwa (10 zł. za wstęp od osoby). Na trzech kondygnacjach wystawiane było malarstwo żydowskiego malarza, głównie o tematyce wojennej. Nie za bardzo nam się podobała ta wystawa.
Potem trafiliśmy (na scenie w pobliżu mola) na inscenizację bajki "Królowa Śnieżka i siedmiu krasnoludków". Pooglądaliśmy kilkanaście minut i ruszyliśmy nad morze. A deszcz padał, chwilami mocno, ale zazwyczaj była to taka średnia mżawka.
Zdjęliśmy buty i skarpety i schowaliśmy za nieczynnym barem pod leżącym tam parasolem i brodząc w wodzie ruszyliśmy w stronę Gdyni. Doszliśmy prawie do Gdyni Orłowa, a w drodze powrotnej przy chwilowej ulewie wypiliśmy sobie po szklaneczce Martini.
Odszukaliśmy buty i ruszyliśmy ponownie na Monciak. Tutaj poszliśmy do restauracji Chianti, która jak się okazało otwarta została cztery dni wcześniej. Pani namówiła nas na zupę rybną (24 zł. porcja) co okazało się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Gęsta zupa zaprawiona pomidorami zawierała kawałki miecznika i tuńczyka, królewskie krewetki (dwie) i po dwa małże. Rewelacja. Gorąco polecam.
Potem jeszcze spacer uliczkami i do autobusu.
Pomimo deszczu i chłodu bardzo udany wyjazd.
Poniżej kilka zdjęć z opisanej wycieczki.
![]() |
| Przyjechaliśmy i od razu udaliśmy się pod molo. |
![]() |
| Inscenizacja "Królowej ŚNIEŻKI" |
![]() |
| Przy Monciaku |
![]() |
| Jak wyżej |
![]() |
| Plażą w stronę Gdyni. Jak widać tłumów nie było, a to raptem około kilometra od molo gdzie tłumy się kłębiły. |
![]() |
| Jak wyżej (jakość celowa) |
![]() |
| Ciężka dola ratowników |
![]() |
| Tutaj jedliśmy wspaniałą zupę rybną |
![]() |
| Chwilami naprawdę mocno padało. |
poniedziałek, 1 lipca 2019
Nowa tradycja.
Od jakiegoś czasu obserwuję uroczystości ślubne przeprowadzane w pięknych plenerach ogrodu botanicznego w bydgoskim Myślęcinku.
Osobiście to mi się podoba, ale do przywożenia i wywożenia krzeseł, baldachimów, stołów i innego wyposażenia używałbym mniejszych samochodów niż te które obserwowałem i do tego mogłyby te samochody parkować na alejkach, a nie na trawnikach.
Poniżej kilka zdjęć z takiej uroczystości.
Zdjęcia wykonałem pod koniec czerwca 2019 roku.
Osobiście to mi się podoba, ale do przywożenia i wywożenia krzeseł, baldachimów, stołów i innego wyposażenia używałbym mniejszych samochodów niż te które obserwowałem i do tego mogłyby te samochody parkować na alejkach, a nie na trawnikach.
Poniżej kilka zdjęć z takiej uroczystości.
Zdjęcia wykonałem pod koniec czerwca 2019 roku.
wtorek, 25 czerwca 2019
Plener rzeźbiarski w Myślęcinku.
Od lat w czerwcu odbywają się w Myślęcinku plenery rzeźbiarskie. Młodzi artyści rzeźbią różne formy i kształty z przygotowanych wielkich pni drzew. Potem te gotowy rzeźby w znacznej większości zostają umieszczone w różnych punktach myślęcińskiego parku.
Tak było i w czerwcu tego roku.
Poniżej efekty tegorocznego pleneru.
Poprzedni plener.
Tak było i w czerwcu tego roku.
Poniżej efekty tegorocznego pleneru.
Poprzedni plener.
czwartek, 20 czerwca 2019
Kolejny raz na budowie S5.
Dzisiaj (20.06.2019) kolejny raz przejechałem rowerem około 12 km po budowanej S5 i zrobiłem kilka zdjęć, a także rozmawiałem z grupą osób zatrudnionych przy budowie tej drogi i bardzo byłem zdziwiony tym co usłyszałem.
![]() |
| Konstrukcja wiaduktu nad magistralą węglową w Maksymilianowie nasunięta w całości |
![]() |
| Według pracowników budowy ta nawierzchnia jest już kompletna, a jej trwałość określili na 50 lat. |
![]() |
| Szczegóły nawierzchni |
![]() |
| jak wyżej |
![]() |
| Dzisiaj - po zachodzie Słońca Poprzedni post z tego cyklu |
poniedziałek, 17 czerwca 2019
Tak było na Wełnianym Rynku prawie "oczko" temu.
Moja firma, moje sklepy. To jeden z nich. Oczywiście była trójka współwłaścicieli kilku firm, ale to ja zajmowałem się firmą handlową i to ja ją organizowałem i przez dziesięć lat nią kierowałem. To taki fragmencik historii miedzy innymi, bydgoskiego Wełnianego Rynku.
niedziela, 16 czerwca 2019
Kilka refleksji natury ogólnej - 55
Po pierwsze - jeżeli ktoś obejrzał mini serial pod tytułem "Czarnobyl" (HBO) to powinien zadać sobie pytanie - czy coś się zmieniło obecnie w stosunku do tego co przedstawia ten serial?
Moim zdaniem nic się nie zmieniło oprócz tego, że minęło 30 lat od tych tragicznych chwil. Może trochę zmieniły się stroje i obyczaje, ale cała reszta pozostała taka sama. Zastanawiam się dlaczego tak jest i dochodzę do jedynego logicznego wniosku - otóż dla Rosjan ważniejsze jest przekonanie o tym, że są największą światową potęgą i ta jest ich dumą, to jest dla nich ważniejsze niż ich poziom życia, niż ich powodzenie osobiste. To jest oczywiście droga donikąd, ale oni o tym nie wiedzą bo tak ich wychowano, tak ich indoktrynowano przez całe ich życie i oni w zdecydowanej większości w to wierzą.
"Wykorzystamy bio-roboty - mówi wysoki partyjny dygnitarz . A co to takiego pyta naukowiec? No jak to co - to oczywiście ludzie radzieccy". Ten cytat z filmu najlepiej oddaje istotę tego co napisałem powyżej.
Po drugie - znalazłem w moich zapiskach taki oto tekst (cytuję dosłownie): " Oglądałem w TVP3 sprawozdanie z komisji orlenowskiej. Były członek Rady Nadzorczej i zarządu (banda oszustów dlatego mała litera) nijaki Krzysztof Kluzek mówił bardzo ciekawe rzeczy. Między innymi, że we władzach spółek powiązanych z tym oszukańczym koncernem pracowali i pracują takie osoby jak żona i syn byłego premiera Oleksego, żona pana Siemiątkowskiego( były minister spraw wewnętrznych), brat aktualnego premiera pana Belki, Dubaniowski, Szymczycha, ( ten od prezydenta Kwaśniewskiego), a także sam były prezydent Kwaśniewski. I inni. Wszyscy oni ssali smoczek z ropą naftową. Ale ilu było ich naprawdę i ile ukradli tego nigdy się nie dowiemy. I tak wszędzie. Ot to nasza Polska właśnie. Ale flagę wywiesiłem bo jestem patriotą" Koniec cytatu.
Po trzecie - gdzie jest Michał Dzięba? Pisałem już o tym wielokrotnie i to w w dziesiątkach, a może nawet już setkach miejsc, także na moim blogu. I co? I nic. Poniżej wpis jakiego dokonałem 13.06.2019 na moim profilu w FB:
Granicą polskiej "demokracji" Jest postać Michała Dzięby. Rok i miesiąc temu krytykował obecnego prezydenta Warszawy, ujawniał tajemnice baronów z KGHM-u i publicznie głosił wiele opinii i prawd. Nagle przepadł i go nie ma. Od ponad roku zadałem setki pytań na najróżniejszych portalach dotyczących tego co się z nim stało. Pytałem Roli, Gadowskiego, Lisa, Ziemkiewicza , Korwina, Schetyny i dziesiątki innych publicznych osób. I nigdy do tej pory nie uzyskałem odpowiedzi co się stało z gościem, który powiedział odrobinę prawdy.
To są autentyczne granice polskiej "demokracji" bo kto zabrania wszystkim odpowiedzi na tak proste pytanie?
Panie Ziobro, gdzie my żyjemy?
To więcej niż matrix. Bo jeden człowiek lub grupa osób może unicestwić każdego i to bez śladu po nim.
Dlaczego to nikogo nie interesuje?
Dlaczego się na to godzimy?
Ja się nie godzę i co mi zrobicie.
Informuję, że zabezpieczyłem się na okoliczność mojego zniknięcia. Koniec cytatu.
"Wykorzystamy bio-roboty - mówi wysoki partyjny dygnitarz . A co to takiego pyta naukowiec? No jak to co - to oczywiście ludzie radzieccy". Ten cytat z filmu najlepiej oddaje istotę tego co napisałem powyżej.
Po drugie - znalazłem w moich zapiskach taki oto tekst (cytuję dosłownie): " Oglądałem w TVP3 sprawozdanie z komisji orlenowskiej. Były członek Rady Nadzorczej i zarządu (banda oszustów dlatego mała litera) nijaki Krzysztof Kluzek mówił bardzo ciekawe rzeczy. Między innymi, że we władzach spółek powiązanych z tym oszukańczym koncernem pracowali i pracują takie osoby jak żona i syn byłego premiera Oleksego, żona pana Siemiątkowskiego( były minister spraw wewnętrznych), brat aktualnego premiera pana Belki, Dubaniowski, Szymczycha, ( ten od prezydenta Kwaśniewskiego), a także sam były prezydent Kwaśniewski. I inni. Wszyscy oni ssali smoczek z ropą naftową. Ale ilu było ich naprawdę i ile ukradli tego nigdy się nie dowiemy. I tak wszędzie. Ot to nasza Polska właśnie. Ale flagę wywiesiłem bo jestem patriotą" Koniec cytatu.
Po trzecie - gdzie jest Michał Dzięba? Pisałem już o tym wielokrotnie i to w w dziesiątkach, a może nawet już setkach miejsc, także na moim blogu. I co? I nic. Poniżej wpis jakiego dokonałem 13.06.2019 na moim profilu w FB:
Granicą polskiej "demokracji" Jest postać Michała Dzięby. Rok i miesiąc temu krytykował obecnego prezydenta Warszawy, ujawniał tajemnice baronów z KGHM-u i publicznie głosił wiele opinii i prawd. Nagle przepadł i go nie ma. Od ponad roku zadałem setki pytań na najróżniejszych portalach dotyczących tego co się z nim stało. Pytałem Roli, Gadowskiego, Lisa, Ziemkiewicza , Korwina, Schetyny i dziesiątki innych publicznych osób. I nigdy do tej pory nie uzyskałem odpowiedzi co się stało z gościem, który powiedział odrobinę prawdy.
To są autentyczne granice polskiej "demokracji" bo kto zabrania wszystkim odpowiedzi na tak proste pytanie?
Panie Ziobro, gdzie my żyjemy?
To więcej niż matrix. Bo jeden człowiek lub grupa osób może unicestwić każdego i to bez śladu po nim.
Dlaczego to nikogo nie interesuje?
Dlaczego się na to godzimy?
Ja się nie godzę i co mi zrobicie.
Informuję, że zabezpieczyłem się na okoliczność mojego zniknięcia. Koniec cytatu.
środa, 12 czerwca 2019
Bogusław - odcinek 13
Poprzedni odcinek (12)
Odcinek - 13
Pierwsza wizyta Leszka w cechu dobiegała końca. Po dopiciu kawy i trunków, panowie Janusz i Leszek pożegnali się ze Starszym i wyszli z biura cechu. Zatrzymali się na krótko pod budynkiem cechu, gdzie pan Janusz powiedział - teraz mam sporo spraw do załatwienia i muszę iść do swojej firmy. Niech pan skombinuje te dwie flaszki i czeka na mnie tak za dziesięć szósta pod fryzjerem na Sowińskiego, wie pan gdzie to jest? Tak, tak oczywiście wiem . Będę tam o tej porze i postaram się odpowiednio przygotować do tego spotkania - odpowiedział Leszek. Po czym kolejny raz tego dnia poszedł na Stary Rynek. Nabył dwa bony PKO i kupił dwie połówki żytniej. Potem idąc ulicami Podgórną, Małgorzaty Fornalskiej i Bielicką doszedł do swojego domu. Zjadł obiad, porozmawiał ze swoimi paniami i pozytywnie naładowany poszedł pieszo do fryzjera na ulicę Sowińskiego. Szedł wolno bo miał spory zapas czasu i chciał jeszcze sobie to wszystko co się ostatnio wydarzyło, spokojnie przemyśleć. Za piętnaście szósta wieczorem przecinał na skos Plac Piastowski idąc od ulicy Śniadeckich w stronę zakładu fryzjerskiego pana Pająka. Pod starym jednopiętrowym, odrapanym budynkiem, przy obskurnym wejściu do "Fryzjera", jak głosił dumnie spory napis, czekał już na niego pan Janusz. Panowie zamienili kilka zdawkowych zdań po czym weszli do środka. Zaraz po przekroczeniu progu Leszek poczuł się jakby żywcem przeniesiony do połowy lat sześćdziesiątych, kiedy, to w jego rodzinnym Wągrowcu, mama zmuszała go do comiesięcznych wizyt w zakładzie fryzjerskim pana Martyńskiego mieszczącym się przy ulicy Armii Czerwonej.
Przy oknie zaraz obok drzwi wejściowych, w obszernym przyciemnionym pomieszczeniu, na archaicznym fotelu fryzjerskim siedział jakiś klient, którego ledwo co było widać spoza owijającego jego szyję ręcznika. Wokół tego klienta uwijał się łysawy grubasek średniego wzrostu i wieku, ubrany w, jak byśmy to określili, parafrazując Bułhakowa, biały fartuch drugiej świeżości. Cześć Zdzichu, powiedział głośno pan Janusz, przekraczając próg, zwracając się w stronę mistrza fryzjerskiego, po czym zaraz dodał - dzień dobry panu, mając pewnie na myśli klienta na fotelu. Leszek równie głośno powiedział - dobry wieczór panom. Pan Zdzichu spojrzał na przybyłych i odpowiedział - cześć, witam, siadajcie panowie tam na krzesłach pod ścianą. Ja muszę skończyć strzyżenie, a potem pogadamy. Bogdan dzwonił, że się spóźni parę minut no to nawet dobrze się składa. Panowie usiedli na wskazanych im przez pana Zdzisława, prostych drewnianych krzesłach. Pan Janusz wziął do ręki jakąś starą gazetę leżącą na jednym z krzeseł i zaczął ją przeglądać, a Leszek, jak to miał w zwyczaju, zaczął ciekawie rozglądać się po zakładzie. Wszystko co zobaczył utwierdziło go w pierwszym wrażeniu jakie odniósł zaraz po przekroczeniu progu tego zakładu usługowego. Jak się później okazało był to zakład z dużymi tradycjami. Istniał w tym miejscu już od trzech pokoleń. Jego twórcą był dziadek pana Zdzicha. Jednak widocznie kolejni właściciele nie dokonywali większych zmian w jego wyglądzie i wyposażeniu.
Przesiedzieli tak około dziesięciu minut, gdy drzwi wejściowe otworzyły się i do fryzjera wkroczył pan Bogdan. Przywitał się wylewnie z właścicielem zakładu i zamienił z nim na boku, parę zdań, po których pan Zdzichu wrócił do strzyżenia, a pan Bogdan podszedł do panów Leszka i Janusza, mówiąc - witam ponownie, jak tam panie inżynierze dyżurne flaszki są na miejscu? Oczywiście panie Starszy , odpowiedział Leszek, wyjmując jednocześnie ze swojej torby i podając panu Bogdanowi dwie półlitrowe butelki wódki żytniej. Pan Bogdan poszedł z tymi butelkami na zaplecze i już po chwili wrócił niosąc na niewielkiej metalowej tacy, cztery do połowy napełnione wódką tak zwane musztardówki, czyli po prostu szklanki po musztardzie. Postawił tacę na jednym z krzeseł tuż obok pana Janusza po czym zabrał jedną szklankę i podszedł z nią do pana Zdzicha. Ten, tylko nieznacznie odwracając się od klienta, wziął szklankę po czym opróżnił ją jednym haustem i powiedział - już kończę, zaraz do panów przyjdę. Faktycznie po jakiś dwóch, trzech minutach, klient wstał z fotela, zapłacił i wyszedł. Pan Zdzichu zamknął drzwi wejściowe na klucz i przesuwając nieznacznie tacę z musztardówkami, usiadł na krześle obok pana Janusza, po czym zapytał - to o co właściwie chodzi, coś tam Bogdan mi mówiłeś, ale może powiesz dokładnie i konkretnie, a w ogóle to nalej Bogdan jeszcze jednego i najpierw wypijmy na drugą nóżkę za nasze spotkanie, ruchem głowy wskazał Starszemu swoją szklankę. Starszy nalał Zdzichowi, bo pozostali jeszcze mieli wódkę w musztardówkach, a potem poczęstował wszystkich papierosami, zaś po chwili sam zapalił i po głębokim zaciągnięciu się dymem, powiedział - widzisz Zdzichu jest tak - ten obecny tutaj inżynier Marcinkowski chciałby zostać rzemieślnikiem w branży instalatorstwa sanitarnego. Kłopot jest jednak taki, że nie spełnia wymagań jakie stawia izba rzemieślnicza. Jest co prawda inżynierem budownictwa, ma też sporo różnych uprawnień, ale w myśl przepisów musi mieć papiery mistrza lub robotnika wykwalifikowanego i to konkretnie w zawodzie w jakim chce być rzemieślnikiem. Problem w tym, żeby pomóc mu zdobyć te papiery. Pan Zdzichu wychylił jednym haustem kolejną szklankę, ponownie potężnie zaciągnął się papierosem po czym stwierdził - a co ja tutaj mogę, jestem tylko zwykłym fryzjerem, jak niby mam wam pomóc? Zdzichu ty tu nie pieprz głupot, odpowiedział Starszy, znasz przecież Janusza i wiesz, że z głupstwami nigdy do nas nie przychodzi. A w ogóle to rzadko o coś prosi. Sam za to dużo pomaga innym. Jak mu zależy to trzeba to załatwić i już. Ty tu nie opowiadaj bzdur tylko powiedz co zrobić. Jesteś w końcu w cechu od szkoleń, czy nie? Pan Zdzichu, niby obrażony, podrapał się po resztce swoich włosów, potem kolejny raz wskazał swoją szklankę i powiedział - no jeżeli tak sprawy stoją i mam coś zrobić dla pana Janusza, to nie ma wyjścia. Trzeba spróbować coś zakombinować. Wychylił kolejny raz, zapalił kolejnego papierosa, przez chwilę udawał, że o czymś mocno myśli, a potem powiedział - chyba wiem kto może tutaj coś zaradzić.
Znacie Mariana Bednarka, dyrektora Ośrodka Doskonalenia Zawodowego, moim zdaniem, tutaj tylko on może pomóc. To ty Zdzichu dzwoń od razu do niego. Na pewno jest teraz w pracy, daleko z ulicy Kościuszki do nas nie ma, jak da radę, niech jak najszybciej przyjdzie, powiedział Starszy. Zdzisław podszedł do telefonu i zadzwonił, ale okazało się, że dyrektor właśnie prowadzi zajęcia, zaś przerwę, jak oznajmiła pani sekretarka, będzie miał za jakieś piętnaście minut. To jak będzie miał przerwę niech tutaj do mnie zadzwoni, do pana Zdzisława Pająka, pani sobie zapisze numer i nie zapomni przekazać szefowi, powiedział pan Zdzichu, kończąc rozmowę. Czekając na telefon od dyrektora, panowie zajęli się rozmową na tematy cechu. W pewnym momencie pan Zdzichu, wskazując na pana Leszka, powiedział - coś licho ten pan inżynier pije. Niby budowlaniec i do tego młody, a paru marnych setek wypić nie może. Co jest panie inżynierze, wypij pan do końca, to nalejemy jeszcze raz i wypijemy porządnie, na raz, do dna, jak piją normalni ludzie, a nie będzie pan sączył jak jakaś paniusia. Na szczęście dla Leszka, w tym momencie zadzwonił telefon i pan Zdzichu poszedł rozmawiać. Dzwonił dyrektor pytając o co chodzi. Pan Zdzichu nie patyczkując się wiele, powiedział do słuchawki - musisz tutaj do nas zaraz przyjść, jest u mnie Starszy Cechu i inni ludzie i jest bardzo poważna sprawa. Czekamy na ciebie dodał i odłożył słuchawkę, nie bardzo przejmując się wyjaśnieniami dyrektora, że teraz nie może, że prowadzi zajęcia, że może za dwie godziny i tak dalej.
Już po dwudziestu minutach ktoś zapukał do drzwi zakładu. Okazało się, że to pan Marian Bednarek, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Zawodowego. Pan Marian starszy, siwy, szczupły, elegancko ubrany gość, poirytowanym głosem zdążył tylko powiedzieć - co jest panowie, pali się, czy co, odrywacie mnie od prowadzenia ważnych zajęć i zmuszacie do biegania po nocy. Niestety więcej nie udało mu się powiedzieć, gdyż Zdzichu, nie bardzo słuchając co mówi, wręczył mu, prawie całkowicie napełnioną musztardówkę, przerywając tą emocjonalną wypowiedź, stwierdzeniem - najpierw wypij karniaka, rozluźnij się, uspokój, a potem Starszy powie ci o co chodzi. Pan dyrektor z początku wzdragał się, że przecież jest w pracy, nie tak jak pozostali, że nie może sobie pozwolić na picie, że musi jeszcze wrócić na zajęcia, które trwają do dwudziestej drugiej. Jednak w końcu wychylił całą szklankę, obtarł dłonią usta, sięgnął po papierosa i ponownie zapytał - no to w końcu o co chodzi?
Już po chwili pan Bogdan, Starszy Cechu, wyjaśniał panu Marianowi w czym rzecz. A potem, po tych wyjaśnieniach, dodał - przedstawiam ci pana inżyniera Marcinkowskiego, bliskiego znajomego Janusza, którego ci przedstawiać chyba nie muszę. On chce być rzemieślnikiem, ale nie ma potrzebnych kwalifikacji i tutaj ty jesteś potrzebny. Masz tak zrobić, żeby zdobył najszybciej jak to tylko możliwe, papiery mistrza lub robotnika wykwalifikowanego. Wszystkim nam na tym zależy, a tylko ty możesz to załatwić. Ale przecież dyplomy mistrzowskie są dla robotników, a nie dla inżynierów, stwierdził pan dyrektor. A do tego trzeba skończyć półroczny kurs i zdać oba egzaminy, teoretyczny i praktyczny, dodał. Maryś ty nie kombinuj jak koń pod górę, tylko powiedz co inżynier ma zrobić, żeby rozwiązać swój problem, odpowiedział Zdzichu, napełniając ponownie szklankę dyrektora. Marian, to jest zięć mojego najlepszego kolegi i bardzo, ale to naprawdę bardzo, mi zależy, żeby to załatwić, dodał pan Janusz. Marian sam widzisz, trzeba człowiekowi pomóc, włączył się Starszy. Pan Marian wychylił i trochę już poirytowanym głosem zaczął wyjaśniać - jakby to było możliwe to przecież bym pomógł, ale tak się składa, że akurat dwa tygodnie temu zakończyliśmy kursy, odbyły się już egzaminy, a tydzień temu rozpoczęły się nowe kursy. Musi pan inżynier zapisać się na kurs, a jak w czerwcu zda egzaminy to otrzyma upragnione papiery. Na dzisiaj nic więcej oprócz przyjęcia w trybie nadzwyczajnym, na rozpoczęty już kurs, nie mogę zrobić. Wówczas Starszy cechu zapytał - co pan na to panie inżynierze, czy tak można to załatwić? Na to Leszek odpowiedział - niestety to chyba będzie dla mnie koniec kariery rzemieślnika i to już na samym starcie. Jeżeli w ciągu dwóch miesięcy nie załatwię tej sprawy to mój wspólnik na pewno się wycofa, a parę miesięcy go namawiałem do wspólnego działania, a do tego przepadnie nam super zlecenie, które już mamy wstępnie uzgodnione, a które mieliśmy realizować już od maja. To duże zlecenie z parafii Ducha Świętego. Płatnik solidny i terminowy, a to na początku ma największe znaczenie.
Z tym zleceniem to Leszek mocno przesadził, gdyż na razie to odbyli z Michałem w tej sprawie tylko jedna niezobowiązującą rozmowę, ale pomyślał szybko, że całej prawdy nie ma potrzeby, w tych okolicznościach, mówić. Wówczas pan Zdzichu, rozlewając już kończącą się wódkę, stwierdził - no sam Marian widzisz, że trzeba temat załatwić szybciej, rusz tą swoją łepetyna i pokombinuj. A co ty mnie kurwa denerwujesz, myślisz, że ja robię coś na złość i nie chcę załatwić, odpowiedział pan dyrektor. Po chwili zastanowienia dodał - ale może jednak coś się da zrobić. Chyba jeszcze, w naszym województwie, nie wszystkie egzaminy na mistrza się pokończyły. Zaraz zadzwonię do pani Krysi, mojej sekretarki i zapytam jak stoją sprawy z tymi egzaminami. Pan Marian podszedł do telefonu, zadzwonił do swojej sekretarki. Po paru minutach wrócił i powiedział - pani Krysia dokładnie sprawdzi, czy nie odbędą się jeszcze gdzieś egzaminy w branży sanitarnej i oddzwoni. Po chwili zadzwonił telefon i pani Krysia poinformowała pan dyrektora, że jutro o dziewiątej trzydzieści rano odbędzie się w Mogilnie ostatni w naszym województwie tego typu egzamin. Pan dyrektor przekazał tę informację pozostałym i prosto z mostu, zapytał Leszka - to jak pojedzie pan jutro na ten egzamin. Leszka zamurowało, był kompletnie zaskoczony, nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. Coś tam bąkał pod nosem i wreszcie zaczął mówić - jak to, ja nie mam pojęcia o czym był kurs, nie wiem jakie będą pytania i czy zdam ten egzamin. Ty inżynier nie wydziwiaj, albo jedziesz na egzamin, albo chodzisz pół roku na kurs, stwierdził pan Zdzichu, a pan Marian dodał - niech się pan tak nie przejmuje, jako inżynier na pewno pan sobie poradzi. Zresztą dam panu skrypty, podręczniki i zestawy przykładowych pytań to do rana się pan poduczy. To jak jedzie pan? A co mam robić, muszę jechać, odpowiedział, kompletnie zdezorientowany, Leszek. To mi się podoba, stwierdził pan dyrektor, a pan Zdzichu nalewając już zupełne resztki wódki, powiedział - no to wypijmy za tak dobre załatwienie sprawy i pamiętaj pan, panie inżynierze, że na kursie najważniejsze jest jego zakończenie. Jak pan nie chce mieć żadnych kłopotów, niech pan nie zapomni żeby przed egzaminem pójść do starosty kursu i dołożyć się do skromnych prezentów dla egzaminatorów, jak i do imprezy, która tradycyjnie odbywa się zawsze po egzaminach.
Następny odcinek (14)
Odcinek - 13
Pierwsza wizyta Leszka w cechu dobiegała końca. Po dopiciu kawy i trunków, panowie Janusz i Leszek pożegnali się ze Starszym i wyszli z biura cechu. Zatrzymali się na krótko pod budynkiem cechu, gdzie pan Janusz powiedział - teraz mam sporo spraw do załatwienia i muszę iść do swojej firmy. Niech pan skombinuje te dwie flaszki i czeka na mnie tak za dziesięć szósta pod fryzjerem na Sowińskiego, wie pan gdzie to jest? Tak, tak oczywiście wiem . Będę tam o tej porze i postaram się odpowiednio przygotować do tego spotkania - odpowiedział Leszek. Po czym kolejny raz tego dnia poszedł na Stary Rynek. Nabył dwa bony PKO i kupił dwie połówki żytniej. Potem idąc ulicami Podgórną, Małgorzaty Fornalskiej i Bielicką doszedł do swojego domu. Zjadł obiad, porozmawiał ze swoimi paniami i pozytywnie naładowany poszedł pieszo do fryzjera na ulicę Sowińskiego. Szedł wolno bo miał spory zapas czasu i chciał jeszcze sobie to wszystko co się ostatnio wydarzyło, spokojnie przemyśleć. Za piętnaście szósta wieczorem przecinał na skos Plac Piastowski idąc od ulicy Śniadeckich w stronę zakładu fryzjerskiego pana Pająka. Pod starym jednopiętrowym, odrapanym budynkiem, przy obskurnym wejściu do "Fryzjera", jak głosił dumnie spory napis, czekał już na niego pan Janusz. Panowie zamienili kilka zdawkowych zdań po czym weszli do środka. Zaraz po przekroczeniu progu Leszek poczuł się jakby żywcem przeniesiony do połowy lat sześćdziesiątych, kiedy, to w jego rodzinnym Wągrowcu, mama zmuszała go do comiesięcznych wizyt w zakładzie fryzjerskim pana Martyńskiego mieszczącym się przy ulicy Armii Czerwonej.
Przy oknie zaraz obok drzwi wejściowych, w obszernym przyciemnionym pomieszczeniu, na archaicznym fotelu fryzjerskim siedział jakiś klient, którego ledwo co było widać spoza owijającego jego szyję ręcznika. Wokół tego klienta uwijał się łysawy grubasek średniego wzrostu i wieku, ubrany w, jak byśmy to określili, parafrazując Bułhakowa, biały fartuch drugiej świeżości. Cześć Zdzichu, powiedział głośno pan Janusz, przekraczając próg, zwracając się w stronę mistrza fryzjerskiego, po czym zaraz dodał - dzień dobry panu, mając pewnie na myśli klienta na fotelu. Leszek równie głośno powiedział - dobry wieczór panom. Pan Zdzichu spojrzał na przybyłych i odpowiedział - cześć, witam, siadajcie panowie tam na krzesłach pod ścianą. Ja muszę skończyć strzyżenie, a potem pogadamy. Bogdan dzwonił, że się spóźni parę minut no to nawet dobrze się składa. Panowie usiedli na wskazanych im przez pana Zdzisława, prostych drewnianych krzesłach. Pan Janusz wziął do ręki jakąś starą gazetę leżącą na jednym z krzeseł i zaczął ją przeglądać, a Leszek, jak to miał w zwyczaju, zaczął ciekawie rozglądać się po zakładzie. Wszystko co zobaczył utwierdziło go w pierwszym wrażeniu jakie odniósł zaraz po przekroczeniu progu tego zakładu usługowego. Jak się później okazało był to zakład z dużymi tradycjami. Istniał w tym miejscu już od trzech pokoleń. Jego twórcą był dziadek pana Zdzicha. Jednak widocznie kolejni właściciele nie dokonywali większych zmian w jego wyglądzie i wyposażeniu.
Przesiedzieli tak około dziesięciu minut, gdy drzwi wejściowe otworzyły się i do fryzjera wkroczył pan Bogdan. Przywitał się wylewnie z właścicielem zakładu i zamienił z nim na boku, parę zdań, po których pan Zdzichu wrócił do strzyżenia, a pan Bogdan podszedł do panów Leszka i Janusza, mówiąc - witam ponownie, jak tam panie inżynierze dyżurne flaszki są na miejscu? Oczywiście panie Starszy , odpowiedział Leszek, wyjmując jednocześnie ze swojej torby i podając panu Bogdanowi dwie półlitrowe butelki wódki żytniej. Pan Bogdan poszedł z tymi butelkami na zaplecze i już po chwili wrócił niosąc na niewielkiej metalowej tacy, cztery do połowy napełnione wódką tak zwane musztardówki, czyli po prostu szklanki po musztardzie. Postawił tacę na jednym z krzeseł tuż obok pana Janusza po czym zabrał jedną szklankę i podszedł z nią do pana Zdzicha. Ten, tylko nieznacznie odwracając się od klienta, wziął szklankę po czym opróżnił ją jednym haustem i powiedział - już kończę, zaraz do panów przyjdę. Faktycznie po jakiś dwóch, trzech minutach, klient wstał z fotela, zapłacił i wyszedł. Pan Zdzichu zamknął drzwi wejściowe na klucz i przesuwając nieznacznie tacę z musztardówkami, usiadł na krześle obok pana Janusza, po czym zapytał - to o co właściwie chodzi, coś tam Bogdan mi mówiłeś, ale może powiesz dokładnie i konkretnie, a w ogóle to nalej Bogdan jeszcze jednego i najpierw wypijmy na drugą nóżkę za nasze spotkanie, ruchem głowy wskazał Starszemu swoją szklankę. Starszy nalał Zdzichowi, bo pozostali jeszcze mieli wódkę w musztardówkach, a potem poczęstował wszystkich papierosami, zaś po chwili sam zapalił i po głębokim zaciągnięciu się dymem, powiedział - widzisz Zdzichu jest tak - ten obecny tutaj inżynier Marcinkowski chciałby zostać rzemieślnikiem w branży instalatorstwa sanitarnego. Kłopot jest jednak taki, że nie spełnia wymagań jakie stawia izba rzemieślnicza. Jest co prawda inżynierem budownictwa, ma też sporo różnych uprawnień, ale w myśl przepisów musi mieć papiery mistrza lub robotnika wykwalifikowanego i to konkretnie w zawodzie w jakim chce być rzemieślnikiem. Problem w tym, żeby pomóc mu zdobyć te papiery. Pan Zdzichu wychylił jednym haustem kolejną szklankę, ponownie potężnie zaciągnął się papierosem po czym stwierdził - a co ja tutaj mogę, jestem tylko zwykłym fryzjerem, jak niby mam wam pomóc? Zdzichu ty tu nie pieprz głupot, odpowiedział Starszy, znasz przecież Janusza i wiesz, że z głupstwami nigdy do nas nie przychodzi. A w ogóle to rzadko o coś prosi. Sam za to dużo pomaga innym. Jak mu zależy to trzeba to załatwić i już. Ty tu nie opowiadaj bzdur tylko powiedz co zrobić. Jesteś w końcu w cechu od szkoleń, czy nie? Pan Zdzichu, niby obrażony, podrapał się po resztce swoich włosów, potem kolejny raz wskazał swoją szklankę i powiedział - no jeżeli tak sprawy stoją i mam coś zrobić dla pana Janusza, to nie ma wyjścia. Trzeba spróbować coś zakombinować. Wychylił kolejny raz, zapalił kolejnego papierosa, przez chwilę udawał, że o czymś mocno myśli, a potem powiedział - chyba wiem kto może tutaj coś zaradzić.
Znacie Mariana Bednarka, dyrektora Ośrodka Doskonalenia Zawodowego, moim zdaniem, tutaj tylko on może pomóc. To ty Zdzichu dzwoń od razu do niego. Na pewno jest teraz w pracy, daleko z ulicy Kościuszki do nas nie ma, jak da radę, niech jak najszybciej przyjdzie, powiedział Starszy. Zdzisław podszedł do telefonu i zadzwonił, ale okazało się, że dyrektor właśnie prowadzi zajęcia, zaś przerwę, jak oznajmiła pani sekretarka, będzie miał za jakieś piętnaście minut. To jak będzie miał przerwę niech tutaj do mnie zadzwoni, do pana Zdzisława Pająka, pani sobie zapisze numer i nie zapomni przekazać szefowi, powiedział pan Zdzichu, kończąc rozmowę. Czekając na telefon od dyrektora, panowie zajęli się rozmową na tematy cechu. W pewnym momencie pan Zdzichu, wskazując na pana Leszka, powiedział - coś licho ten pan inżynier pije. Niby budowlaniec i do tego młody, a paru marnych setek wypić nie może. Co jest panie inżynierze, wypij pan do końca, to nalejemy jeszcze raz i wypijemy porządnie, na raz, do dna, jak piją normalni ludzie, a nie będzie pan sączył jak jakaś paniusia. Na szczęście dla Leszka, w tym momencie zadzwonił telefon i pan Zdzichu poszedł rozmawiać. Dzwonił dyrektor pytając o co chodzi. Pan Zdzichu nie patyczkując się wiele, powiedział do słuchawki - musisz tutaj do nas zaraz przyjść, jest u mnie Starszy Cechu i inni ludzie i jest bardzo poważna sprawa. Czekamy na ciebie dodał i odłożył słuchawkę, nie bardzo przejmując się wyjaśnieniami dyrektora, że teraz nie może, że prowadzi zajęcia, że może za dwie godziny i tak dalej.
Już po dwudziestu minutach ktoś zapukał do drzwi zakładu. Okazało się, że to pan Marian Bednarek, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Zawodowego. Pan Marian starszy, siwy, szczupły, elegancko ubrany gość, poirytowanym głosem zdążył tylko powiedzieć - co jest panowie, pali się, czy co, odrywacie mnie od prowadzenia ważnych zajęć i zmuszacie do biegania po nocy. Niestety więcej nie udało mu się powiedzieć, gdyż Zdzichu, nie bardzo słuchając co mówi, wręczył mu, prawie całkowicie napełnioną musztardówkę, przerywając tą emocjonalną wypowiedź, stwierdzeniem - najpierw wypij karniaka, rozluźnij się, uspokój, a potem Starszy powie ci o co chodzi. Pan dyrektor z początku wzdragał się, że przecież jest w pracy, nie tak jak pozostali, że nie może sobie pozwolić na picie, że musi jeszcze wrócić na zajęcia, które trwają do dwudziestej drugiej. Jednak w końcu wychylił całą szklankę, obtarł dłonią usta, sięgnął po papierosa i ponownie zapytał - no to w końcu o co chodzi?
Już po chwili pan Bogdan, Starszy Cechu, wyjaśniał panu Marianowi w czym rzecz. A potem, po tych wyjaśnieniach, dodał - przedstawiam ci pana inżyniera Marcinkowskiego, bliskiego znajomego Janusza, którego ci przedstawiać chyba nie muszę. On chce być rzemieślnikiem, ale nie ma potrzebnych kwalifikacji i tutaj ty jesteś potrzebny. Masz tak zrobić, żeby zdobył najszybciej jak to tylko możliwe, papiery mistrza lub robotnika wykwalifikowanego. Wszystkim nam na tym zależy, a tylko ty możesz to załatwić. Ale przecież dyplomy mistrzowskie są dla robotników, a nie dla inżynierów, stwierdził pan dyrektor. A do tego trzeba skończyć półroczny kurs i zdać oba egzaminy, teoretyczny i praktyczny, dodał. Maryś ty nie kombinuj jak koń pod górę, tylko powiedz co inżynier ma zrobić, żeby rozwiązać swój problem, odpowiedział Zdzichu, napełniając ponownie szklankę dyrektora. Marian, to jest zięć mojego najlepszego kolegi i bardzo, ale to naprawdę bardzo, mi zależy, żeby to załatwić, dodał pan Janusz. Marian sam widzisz, trzeba człowiekowi pomóc, włączył się Starszy. Pan Marian wychylił i trochę już poirytowanym głosem zaczął wyjaśniać - jakby to było możliwe to przecież bym pomógł, ale tak się składa, że akurat dwa tygodnie temu zakończyliśmy kursy, odbyły się już egzaminy, a tydzień temu rozpoczęły się nowe kursy. Musi pan inżynier zapisać się na kurs, a jak w czerwcu zda egzaminy to otrzyma upragnione papiery. Na dzisiaj nic więcej oprócz przyjęcia w trybie nadzwyczajnym, na rozpoczęty już kurs, nie mogę zrobić. Wówczas Starszy cechu zapytał - co pan na to panie inżynierze, czy tak można to załatwić? Na to Leszek odpowiedział - niestety to chyba będzie dla mnie koniec kariery rzemieślnika i to już na samym starcie. Jeżeli w ciągu dwóch miesięcy nie załatwię tej sprawy to mój wspólnik na pewno się wycofa, a parę miesięcy go namawiałem do wspólnego działania, a do tego przepadnie nam super zlecenie, które już mamy wstępnie uzgodnione, a które mieliśmy realizować już od maja. To duże zlecenie z parafii Ducha Świętego. Płatnik solidny i terminowy, a to na początku ma największe znaczenie.
Z tym zleceniem to Leszek mocno przesadził, gdyż na razie to odbyli z Michałem w tej sprawie tylko jedna niezobowiązującą rozmowę, ale pomyślał szybko, że całej prawdy nie ma potrzeby, w tych okolicznościach, mówić. Wówczas pan Zdzichu, rozlewając już kończącą się wódkę, stwierdził - no sam Marian widzisz, że trzeba temat załatwić szybciej, rusz tą swoją łepetyna i pokombinuj. A co ty mnie kurwa denerwujesz, myślisz, że ja robię coś na złość i nie chcę załatwić, odpowiedział pan dyrektor. Po chwili zastanowienia dodał - ale może jednak coś się da zrobić. Chyba jeszcze, w naszym województwie, nie wszystkie egzaminy na mistrza się pokończyły. Zaraz zadzwonię do pani Krysi, mojej sekretarki i zapytam jak stoją sprawy z tymi egzaminami. Pan Marian podszedł do telefonu, zadzwonił do swojej sekretarki. Po paru minutach wrócił i powiedział - pani Krysia dokładnie sprawdzi, czy nie odbędą się jeszcze gdzieś egzaminy w branży sanitarnej i oddzwoni. Po chwili zadzwonił telefon i pani Krysia poinformowała pan dyrektora, że jutro o dziewiątej trzydzieści rano odbędzie się w Mogilnie ostatni w naszym województwie tego typu egzamin. Pan dyrektor przekazał tę informację pozostałym i prosto z mostu, zapytał Leszka - to jak pojedzie pan jutro na ten egzamin. Leszka zamurowało, był kompletnie zaskoczony, nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. Coś tam bąkał pod nosem i wreszcie zaczął mówić - jak to, ja nie mam pojęcia o czym był kurs, nie wiem jakie będą pytania i czy zdam ten egzamin. Ty inżynier nie wydziwiaj, albo jedziesz na egzamin, albo chodzisz pół roku na kurs, stwierdził pan Zdzichu, a pan Marian dodał - niech się pan tak nie przejmuje, jako inżynier na pewno pan sobie poradzi. Zresztą dam panu skrypty, podręczniki i zestawy przykładowych pytań to do rana się pan poduczy. To jak jedzie pan? A co mam robić, muszę jechać, odpowiedział, kompletnie zdezorientowany, Leszek. To mi się podoba, stwierdził pan dyrektor, a pan Zdzichu nalewając już zupełne resztki wódki, powiedział - no to wypijmy za tak dobre załatwienie sprawy i pamiętaj pan, panie inżynierze, że na kursie najważniejsze jest jego zakończenie. Jak pan nie chce mieć żadnych kłopotów, niech pan nie zapomni żeby przed egzaminem pójść do starosty kursu i dołożyć się do skromnych prezentów dla egzaminatorów, jak i do imprezy, która tradycyjnie odbywa się zawsze po egzaminach.
Następny odcinek (14)
czwartek, 6 czerwca 2019
Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 69
Dzisiaj fragment dużego (49,90 m2) pokoju typowego M3 położonego na bydgoskim Szwederowie.
Zdjęcie pochodzi z kwietnia 1983 roku.
A kilim oczywiście kupiony w Cepelii na Al. 1-Maja w Bydgoszczy za równowartość prawie jednej pensji. Ława szwedzka rozkładana i kącik tapicerski z Potulic (po prawej widać fragment fotela).
Poprzedni post z tego cyklu
Zdjęcie pochodzi z kwietnia 1983 roku.
A kilim oczywiście kupiony w Cepelii na Al. 1-Maja w Bydgoszczy za równowartość prawie jednej pensji. Ława szwedzka rozkładana i kącik tapicerski z Potulic (po prawej widać fragment fotela).
Poprzedni post z tego cyklu
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































