Dzisiaj przedstawiam kilka zdjęć wykonanych z tarasu naszego mieszkania na przestrzeni 5 lat. Tych zdjęć jest bardzo dużo, ale ja wybrałem te, które obejrzeć można poniżej.
![]() |
| Zima |
![]() |
| Wiosna |
| Lato |
| Jesień |
Po latach uczestnictwa w różnych forach postanowiłem zostawić trochę inny, bardziej refleksyjny ślad moich przemyśleń, przemyśleń życiowego realisty z dużą dozą krytycyzmu i domieszką melancholii. Chciałbym także zaprezentować trochę różnych pamiątek z minionych lat, głównie związanych z Bydgoszczą, ale nie tylko. Ponadto pragnąłbym w trochę nietypowy sposób prezentować niektóre bieżące i minione wydarzenia oraz zaprezentować różne swoje uwagi i spostrzeżenia. Temu ma służyć ten blog.
Poniżej mój dyplom mistrza w zawodzie. Dzięki temu dyplomowi, który z inżyniera robił wykwalifikowanego robotnika, mogłem w 1987 roku zostać rzemieślnikiem, a potem nawet biznesmenem.
Opisałem to obszerniej w moim cyklu pod tytułem "Leszek". Oczywiście na tym moim blogu.
Każdy pomyśli to co chce, ale moim zdaniem wymowa tego co poniżej oglądać możemy, jest jednoznaczna. I co najgorsze to jest to, że nie jest to chwalebna odsłona naszej polskiej rzeczywistości. Czyżby, historia lubiła się powtarzać? Wszyscy myślą, że nie, ale tak naprawdę to historia lubi się powtarzać. Zresztą jest stosowne przysłowie w tej kwestii.
Odcinek 28
Po powyższych krótkich i bardzo uproszczonych opisach podstawowych cech naszych czołowych bohaterów tej opowieści, wróćmy do wspomnianego czasu, gdy to po raz pierwszy cała trójka postanowiła stworzyć nową wspólną firmę. Firmę instalatorstwa sanitarnego Bogusława, Michała i Leszka. Na początku zrobili to nieformalnie, czyli w papierach figurowało, że mają dwa oddzielne zakłady rzemieślnicze, ale roboty zaczęli wykonywać wspólnie, mieszając pracowników, sprzęt, materiały i wszystko inne co tylko się dało. Przede wszystkim, jak to dzisiaj się uczenie mówi, kreatywnie, zgodnie z ówczesnym prawem, manewrowali kosztami, fakturami i podatkami.
Pierwszą wspólną robotę wykonywali dla Straży Pożarnej w Inowrocławiu. Załatwił ją Bogusław, który już wcześniej wykonywał prace dla Straży w Bydgoszczy i poznał dobrze miejscowych szefów, a szczególnie inspektora nadzoru Krzysztofa Łatkę. I właśnie pan Łatka, gdzieś tak w połowie października 1987 roku poprosił do siebie Bogusława. W trakcie , jak to się mówi, rozmowy o niczym, rzucił mimochodem - panie Bogusławie jest okazja zarobienia paru złotych. Bogusław jak rasowy pies od razu wyczuł właściwy trop natychmiast temat podchwycił i zaczął energicznie wypytywać co i jak.
Po dłuższej wymianie zdań okazało się iż Straż ma do wydania na inwestycje w tym roku, jeszcze ponad pięć milionów złotych, a jeżeli tych pieniędzy w tym czasie nie wyda to one przepadną. Po ustaleniu przedmiotu wezwania Bogusława do strażackiej dyrekcji pan Łatka dodał, że długo i gorączkowo myślał ze swoimi szefami, jak i na co wydać te pieniądze. Nie byli przygotowani do rozsądnego i zgodnego z ówczesnymi przepisami zagospodarowania tych środków. Potrzebny był projekt budowlany, materiały, wykonawca, a tego nie było. I wtedy właśnie pan Krzysztof pomyślał o Bogusławie, który tak dobrze się sprawił, przy poprzedniej robocie dla strażaków.
W następstwie tej rozmowy już po paru roboczych spotkaniach z komendantem, główną księgową i panem Łatką, ostatecznie wspólnie ustalono, że posiadane przez straż pieniądze, zostaną wydane na osuszenie piwnic w siedzibie oddziału straży w Inowrocławiu. Znalazła się jakaś stara dokumentacja, którą na umowę - zlecenie Leszek posiadający takie uprawnienia w tydzień zaktualizował. Jednocześnie dodatkowo wykonał szczegółowy i bardzo korzystny dla nich kosztorys robót, opiewający na sumę prawie pięć i pół miliona złotych. Z tymi już aktualnymi dokumentami przystąpili do roboczych rozmów. Uzgodnili wszystkie szczegóły, z których kilka warto przytoczyć, jako ciekawostkę i porównanie z obecnymi umowami. Szczególnie zaś, aby chociaż częściowo pokazać skąd się wtedy brały stosunkowo wysokie zarobki wykonawców robót. Między innymi z treści umowy wynikało, że dostaną piętnaście procent dodatku, za utrudnienia, związane z wykonywaniem robót w czynnym zakładzie. Dodatek liczony będzie od końcowej wartości robót, łącznie z wartością materiałów i wszystkimi narzutami. A co to był za czynny zakład, jak prace wykonywali głównie w piwnicach, gdzie normalnie, do większości pomieszczeń, często nawet przez parę tygodni, nikt nie wchodził. Natomiast wartość tak zwanych kosztów ogólnych, czyli inaczej mówiąc, zakładowych, ustalono na siedemdziesiąt pięć procent od łącznej wartości robocizny, materiałów i sprzętu. W rzeczywistości te koszty w ich przypadku wynosiły góra dwadzieścia do trzydziestu procent i to tylko liczone od samej wartości robocizny. Stopę zysku ustalono na trzydzieści pięć procent także od całości, łącznie z kosztem materiałów. Do tego dochodziły jeszcze koszty transportu i inne jak na przykład koszt pompowanie wody z piwnic czy późniejsze roboty dodatkowe.
Warto w tym miejscu dodać, że wówczas firmy państwowe, wykonując takie same prace, brały dużo więcej pieniędzy za ich wykonanie niż to wyliczył Leszek. A i tak bez przerwy przynosiły straty ponieważ miały ogromne koszty nad którymi praktycznie nikt nie panował i nikt ich uczciwie nie kontrolował. Zaś oni, nowi rzemieślnicy budowlani, wykonując prace szybciej i solidniej osiągali duży zysk.
Jak już pisaliśmy, po paru spotkaniach wszystko uzgodniono. Umowa miała zostać podpisana w jeden z czwartków drugiej polowy listopada, ale nie została podpisana. Na dwie godziny przed jej podpisaniem do Bogusława zadzwonił pan Łatka, inspektor nadzoru ze Straży i powiedział, że musi się z nimi pilnie spotkać i uzgodnić pewne dodatkowe szczegóły. Dopiero po tych uzgodnieniach może dojść do podpisania umowy. Powiedział też, że teraz nie może się z nimi spotkać i zaproponował, aby wieczorem przyszli do niego do domu. On im wówczas wyjaśni o co chodzi. Tego samego dnia wieczorem całą trójką stawili się przy wejściu do bloku w którym mieszkał pan inspektor i zadzwonili do drzwi jego mieszkania. Pan Krzysztof przywitał ich konfidencjonalnie. Tylko lekko uchylając drzwi powiedział żeby zaczekali na dole, na klatce schodowej, a on zaraz do nich zejdzie. Po paru minutach zjawił się. Zaprowadził ich po ciemku w jeszcze ciemniejszy kąt na parterze klatki schodowej, tuż przy wejściu do piwnicy. Na zewnątrz padał rzęsisty deszcz, a z ich parasoli kapało na podłogę, nastrój był smutny, wręcz ponury. I jak mieli rozmawiać, gdy wzajemnie ich twarze były ledwo widoczne w świetle, przebijającym się przez brudne szyby z odległych latarni ulicznych. W takiej scenerii, pan Krzysztof bez zbędnych ceregieli i jakichkolwiek wyjaśnień, powiedział - panowie jak chcecie podpisać tę umowę, to musicie mi zapłacić pięć procent jej wartości, z tego połowę z góry i to koniecznie dzisiaj. Słysząc to cała trójka prywaciarzy zaniemówiła i wszyscy dłuższą chwilę milczeli.
Liczyli się co prawda z jakimiś ekstra wydatkami, ale nie tak dużymi i do tego płatnymi z góry i to jeszcze przed podpisaniem umowy. Dopuszczali do siebie myśl, że po wykonaniu robót i otrzymaniu za nią zapłaty, będą musieli dać trochę kasy inspektorowi i nawet chcieli z nim o tym dzisiaj pomówić. Taki zaczynał panować obyczaj i niezwykle szybko się rozpowszechniał. Nie było jednak jeszcze z góry ustalanych procentowych stawek i raczej panowała duża dowolność w tej kwestii. Czasami kończyło się na dobrym obiedzie, czy suto zakrapianej kolacji, czasami na jakimś prezencie wskazanym przez inwestora, ale to wręcz, ultimatum inspektora Łatki, po prostu ich zaszokowało. Nie mieli kwoty, której od nich zażądał nie tylko przy sobie, ale chwilowo, w ogóle. Właśnie niedawno kupili owego nieszczęsnego Żuka na którego wydali siedemset tysięcy złotych. Dodatkowo masę pieniędzy kosztowało załatwianie formalności przy organizacji kolejnej wspólnej firmy. A tutaj raptem pan inspektor zażądał od nich prawie trzystu tysięcy złotych, czyli dziesięciu dobrych pensji, że posłużymy się kolejny raz tym porównaniem.
Z nieznośnej ciszy, która nastała po żądaniach pana inspektora, pierwszy otrząsnął się Bogusław. Nie wdając się w żadne dyskusje od razu zaproponował kwotę o połowę mniejszą i termin jej zapłaty po otrzymaniu pierwszego wynagrodzenia za roboty. Ale pan Krzysztof był nieugięty. Nie chciał słyszeć o żadnej zmianie i dał do zrozumienia, że to nie tylko od niego zależy. Potem próbowali zmniejszyć wysokość kwoty do zapłaty z góry, ale tutaj także pan Krzysztof nie chciał ustąpić. Po godzinnej, przykrej i żenującej rozmowie, rozstali się niczego nie uzgadniając. Powiedzieli tylko do pana inspektora, że muszą się nad jego propozycją dobrze zastanowić. A jak coś postanowią to jutro lub pojutrze się do niego odezwą.
Nazajutrz rozpoczęli gorączkowe poszukiwanie gotówki, ale udało się im zgromadzić tylko sto tysięcy złotych. W najbliższym czasie, przynajmniej dwóch tygodni, nie mieli szans na zdobycie większej kwoty i taka wspaniała robota mogła im pójść koło nosa. Postanowili jeszcze raz spotkać się z panem inspektorem i mimo jego uporu, spróbować z nim negocjować. Niestety i tym razem wszystko odbyło się dokładnie tak samo jak poprzednio. Znowu po godzinnej dyskusji w tym samym miejscu niczego nie osiągnęli. Ale tym razem pan Krzysztof obiecał zastanowić się nad propozycją, aby zapłatę z góry ograniczyć do stu tysięcy złotych. Po tygodniu i po kolejnych dwóch podobnych spotkaniach, stanęło na tych stu tysiącach z góry. Resztę inspektor miał otrzymać po wykonaniu robót i po zapłacie faktur. Na piąte spotkanie zabrali ze sobą zgromadzone z takim trudem sto tysięcy złotych i znowu przy tym samym wejściu do piwnicy, przy nikłym świetle ulicznych latarni, pan Krzysztof skrupulatnie i to dwukrotnie przeliczył dwieście banknotów, czyli sto tysięcy w nominałach po pięć tysięcy, popularnie zwanymi „szopenami”. Spocił się przy tym, pewnie z wrażenia i nerwów, a wkładając dwie paczki banknotów do wewnętrznej kieszeni marynarki tylko mruknął - wszystko się zgadza, zapraszam jutro do biura. I nawet nie żegnając się pobiegł do swojego mieszkania. Rano na drugi dzień umowa była podpisana. Był ostatni dzień listopada. Następnego dnia, z ciężkimi głowami po udanej imprezie z okazji podpisania umowy, a także tradycyjnych „Andrzejków”, przejęli plac budowy i rozpoczęli roboty.
Jak już kilkakrotnie wspominaliśmy, sposób w jaki działali często okazywał się być bardzo uciążliwy. A to nie mogli przystąpić do dużych robót, ponieważ nie posiadali tak zwanej osobowości prawnej. A to musieli się liczyć ze zdaniem prezesa spółdzielni do której należeli, a które często było odmienne od ich zdania. Musieli płacić spółdzielni spory haracz, praktycznie tylko za firmowanie umów. Musieli należeć do cechu. I wiele jeszcze innych rzeczy musieli. Nie mogli także rozszerzyć swojej działalności na inne dziedziny. Niekorzystne były dla nich także zasady opodatkowania. Działając przez spółdzielnię płacili ryczałt spółdzielczy i to w wysokości siedemnastu procent od wystawianych faktur, a nie mieli żadnego wpływu na jego wysokość. Wszystkie te problemy powodowały, że coraz częściej zastanawiali się, jak ominąć te i inne ograniczenia. Praktycznie wyjście było tylko jedno. Należało założyć firmę, która będzie samodzielna i niezależna od cechów, prezesów, ryczałtów i innych takich spraw i przepisów, które mocno utrudniają normalne działanie i bardzo ograniczają możliwości rozwoju. Wreszcie po wielu obiadkach, kolacyjkach i spotkaniach domowych, na których ten problem zawsze wypływał, podjęli decyzję. Postanowili utworzyć spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Bardzo ważnym powodem jej powołania był również fakt, iż spółka po zawarciu umowy na wykonanie jakiś robót budowlanych, mogła w całości lub części podzlecać wykonanie części lub nawet całości robót, na przykład, ich wspólnej firmie o wdzięcznej nazwie Jemar. Na styku działania takich dwóch różnych firm powstawało ogromne pole do sporych zysków. Jednak jak pokazał przyszły bieg wypadków, wówczas złożenie takiej firmy nie było ani łatwe, ani tanie, a do tego strasznie rozciągało się w czasie.
Chcieli uciec od bardzo mocno ograniczającego gorsetu jakim była spółdzielnia rzemieślnicza. I tak ta bardzo skrócona i przyspieszona nauka o podstawowych zasadach działania, tworzącej się z ogromnymi oporami, gospodarki rynkowej, spowodowała, że już pod koniec 1987 roku rozpoczęli tworzenie spółki, która, ich zdaniem, miała być remedium na wszystkie dotychczasowe problemy i dolegliwości. Na początku najwięcej sporów dotyczyło ustalania nazwy spółki. Zabrali się za przeglądanie słownika wyrazów obcych, słownika ortograficznego, a nawet słownika polsko-łacińskiego. Po wielodniowych dyskusjach i setkach propozycji stanęło na słowie ATUT. Według słownika oznacza ono argumenty dające szansę, możliwości zwycięstwa, przewagi nad przeciwnikiem i zdobycia powodzenia. Potocznie może być kojarzone ze zwycięstwem. Ta nazwa wydała się im bardzo dobra i zgodnie na nią przystali. Ale założyć wówczas tak zwaną „spółkę z.o.o.”, czyli z ograniczoną odpowiedzialnością, jak już wspomnieliśmy, nie było łatwo. Po pierwsze należało opracować szczegółowy statut, a wzory nie istniały. Należało opracować szczegółowe regulaminy działania i, co wydawało się najtrudniejsze, zarejestrować ją w sądzie. A w sądzie można było czekać na taką rejestrację nawet rok. Na wszystko trzeba jednak znaleźć jakiś sposób. I oni znaleźli taki. Przy pomocy małżonki jednego ze szkolnych kolegów Leszka, która wówczas, tak samo jak jej mąż, pełniła zaszczytną funkcję prokuratora, udało się im dotrzeć do strasznie obłożonej pracą, pani mecenas Ewy Kowalskiej. Pani mecenas dzięki protekcji i przy wydatnej pomocy pani prokurator oraz za stosownie wysoką opłatą, zgodziła się opracować w trybie pilnym potrzebne statuty. A także zobowiązała się zrobić co w jej mocy, aby maksymalnie przyspieszyć rejestrację spółki w sądzie. Już po dwóch tygodniach dokumenty były gotowe. Jeszcze tylko wprowadzili w nich kilka poprawek i można było składać dokumenty w sądzie. Po trzech tygodniach od rozpoczęcia starań, gdzieś tak pod koniec listopada czyli w tym samym czasie, w którym toczyły się owe przykre negocjacje z inspektorem ze straży pożarnej, pojechali bogusławowym Fiatem 126P, do Chojnic. Pojechali zarejestrować spółkę w miejscowym sądzie. Tylko tam, w obrębie całego województwa, znalazła pani mecenas wolny termin u sędziego do przeprowadzenia tej czynności prawnej. Tym „wielkim” samochodem jechało pięć dorosłych osób, pani mecenas, pani prokurator i trójka prywaciarzy, którzy szybko, przeskakując po parę szczebli naraz, pragnęli zostać szanowanymi biznesmenami. Prowadził Bogusław, Michał siedział obok niego, a Leszek z tyłu między paniami. W Chojnicach wszystko odbyło się sprawnie, jedynie kolejny raz zostali zaskoczeni wysokością opłat sądowych. Ale i tak w świetnych humorach, w powrotnej drodze, zatrzymali się na dobry obiad w zajeździe w Tucholi. Po obiedzie kupili u bufetowej jeszcze dwa szampany i pięć kieliszków po czym całą piątką ulokowali się w Maluchu i ruszyli w drogę powrotną do Bydgoszczy. Przy opowiadaniu kawałów, w czym jak zwykle prym wiódł Bogusław, wypili te dwie flaszki, jeszcze przed Koronowem, przy czym spora część ich zawartości na zawsze pozostała we fiaciku, nie chcąc się w trakcie nalewania zmieścić do kieliszków. I chociaż zakończenie załatwiania wszystkich formalności, związanych z utworzeniem firmy „Atut”, wymagało jeszcze wielu zabiegów to jednak moment przyjazdu z Chojnic, uznali za fakt powstania jednej z pierwszych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością jakie powstały, w tym okresie, w Bydgoszczy, a której Bogusław, Leszek i Michał byli jedynymi udziałowcami z takim samymi udziałami przypadającymi na każdego z nich.
Była spółka, byli udziałowcy, ale nie było siedziby. Do tej pory formalną siedzibą zakładu instalatorstwa sanitarnego było mieszkanie Michała. Jednak tak dalej nie mogło być. Bo co to za poważna spółka, która nie ma swojego porządnego biura? Dlatego rozpoczęli energiczne poszukiwania biura na potrzeby siedziby ich nowej firmy. Ale jak to powszechnie bywało w czasach socjalizmu, oficjalnie wolnych pomieszczeń biurowych nikt nie posiadał, chociaż wszędzie było ich pełno. Gdy już coś znaleźli to zwykle po paru dniach okazywało się, że to jednak pomyłka lub bardziej wprost, że pomieszczenia są, ale „prywatnym” nie wolno ich wynajmować. Po paru tygodniach takich bezowocnych poszukiwań z pomocą przyszli im rodzice Marii, żony Bogusława. Byli oni właścicielami ładnej wilii na bydgoskich Bielawkach. W tym pięknie położonym, przy szerokiej, dębowej alei domu znajdowały się na niskim parterze dwa zaniedbane pomieszczenia wraz z korytarzem, pomieszczeniem sanitarnym i osobnym wejściem. Kiedyś były one mieszkaniem dla służby, ale od dłuższego czasu stały puste. Właśnie tam po wykonaniu gruntownego remontu, wspólnicy świętowali pod koniec stycznia 1988 roku uroczystość otwarcia biura firmy „Atut” spółka z o.o.
Ktoś kto wierzy w sprawiedliwość na tym naszym współczenym Świecie zawsze przegranym będzie.
Kiedyś, dawno temu, czytałem książkę Dickensa pod tytułem "Pan Nickleby", a dzisiaj obejrzałem film pod tym tytułem i zapisałem w mojej pamięci następującą sentencję: "Ludzie chcący uchodzić za dobrych są słabi".
Poprawność wszelaka, w tym i polityczna, jest wielokrotnie mniej warta niż normalność wszelaka, w tym i polityczna. Poprawność w każdej dziedzinie jest tylko poprawnością i nie ma ona nic wspólnego z normalnością. Poprawność to stagnacja czyli brak postępu.
Dlatego nie bądźmy poprawni. Bądźmy normalni.
Latem 1988 roku rozpocząłem swoją przygodę z tenisem ziemnym. Rozpocząłem ją na kortach przy ulicy księdza Ryszarda Markwarta w Bydgoszczy.
Na tych kortach od lat, że się tak wyrażę, królowała pani Felicja Murzynowa wraz ze swoim synem Markiem Murzynem. Nomen omen nie wiadomo czy dzisiaj mogliby nosić takie nazwiska? Pewnie FB i TW od razu by ich zbanowali. Ale mniejsza o to.
Wtedy jeszcze panowała normalność, a nie poprawność.
Już opisywałem jak się zbłaźniliśmy przychodząc pierwszy raz na korty z rakietami zakupionymi w Jedynaku, które to aktualnie rzucili, jak to się wówczas mówiło.
Pani Fela miała ubaw po pachy, a Marek tylko się dyskretnie uśmiechał bo nowi biznesmeni kupili sobie po dziecięcej rakiecie (takie rzucili) i po markowych torbach za absurdalne wówczas ceny.
O tym owi biznesmeni dowiedzieli się po kpinach i uśmiechach innych graczy na kortach, a pani Fela tylko im wytłumaczyła skąd te kpiny.
No cóż, szybko kupiliśmy w Olimpii na Alejach 1- Maja odpowiednie rakiety, piłki i stroje i zaczęliśmy grać na owych kortach już nie wzbudzając śmiechu i kpin.
W tamtym czasie owe korty były oblegane, a chętnych było znacznie więcej niż miejsc.
W naszym przypadku widocznie spodobaliśmy się pani Feli i dzięki temu dwa razy w tygodniu po dwie godziny regularnie grywaliśmy w tenisa.
Po grze zazwyczaj popijając piwko lub inny napój wymienialiśmy poglądy z panią Felą, Marek bywał mniej rozmowny. Pani Fela opowiadała jak to dwaj bracia grając ze sobą pokłócili się o autową piłkę i przez kilkanaście lat z tego powodu ze sobą nie rozmawiali. Opowiadała jak to czwórka przyjaciół grywająca w debla od wielu lat nagle stała się swoimi wrogami bo się pokłócili oto czy serw był autowy, czy nie.
Pani Fela była dobrym duchem kortów na Markwarta, a jej syn Marek był dopełnieniem tego dobrego ducha.
Grywałem tam regularnie lat pięć lub sześć i zawsze czułem się wspaniale na tych kortach.
Odbywały się tam różne turnieje, często kończone grillami i piwkami, a czasem i czymś mocniejszym.
Przez wiele lat była tam wspaniała atmosfera do uprawiania tenisa ziemnego.
A co jest teraz?
![]() |
| Te zdjęcia wykonałem w grudniu 2020 roku |
![]() |
| Maj 1992 |
| Sierpień 1992. Kto i dlaczego doprowadził to wspaniałe miejsce do takiego stanu jaki widzimy na tych zdjęciach z grudnia 2020 roku? Poprzedni post z tego cyklu |
Poniższy tekst napisałem ponad dwa lata temu i miał on się znaleźć w kalendarzu bydgoskim na rok 2019. Jednak z niewiadomych mi powodów nie znalazł się tam. Czekałem na rok 2020 i znowu nic. Zero reakcji, zero odpowiedzi, a tekst przekazałem w sierpniu 2018 roku.
Ponieważ są to moim zdaniem ciekawe wspomnienia z wydarzeń których byłem aktywnym uczestnikiem dlatego też uważam, że warto je opublikować:
Początki bydgoskiego biznesu:
Co się dzieje z wolnością słowa i wolnością głoszenia swoich poglądów? Netflix jedną z żon Henryka VIII ubiera w czarnoskóre szaty to samo czyni z Arsenem Lupin, a w filmie "Enola" dokonuje wprost intelektualnej rzezi inteligencji oglądających. Zakazuje się, wyłącza się, indoktrynuje się, zmusza się. I to wszystko w imię demokracji. To jakaś kpina jest. Możesz mówić co chcesz, ale nie możesz mówić tego czego ja decydujący o tym co możesz mówić, chcę. I ja decydujący czynię to w imię wolności, w imię demokracji i, w imię solidarności. Poprawność wszelakiego rodzaju zabija już nie tylko tradycje, przyzwyczajenia, obrzędy, wiarę, ale także czyni spustoszenia w umysłach. Czyni ludzi poddanymi tym, którzy nimi sterują. Czyni z ludzi bezwolnych wyznawców nowych technologii i mediów społecznościowych. Zero refleksji, zero myślenia, zero analiz, zero wszystkiego. Schematy, nieokreślone ideologie i czort wie co tam jeszcze robią z masowych odbiorców coraz większych kretynów. Co Wy na to? Czyżby to koniec epoki prawdziwej demokracji?
Poprzedni odcinek
https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2020/11/bogusaw-odcinek-26.html
Odcinek 27
Jak wspomnieliśmy w poprzednim odcinku dzisiaj krótkie charakterystyki czwórki czołowych bohaterów naszej opowieści. Już każdego z nich trochę poznaliśmy, a ponieważ od tego momentu opisywanych wydarzeń postanowili działać razem to warto się z nimi bliżej zapoznać, aby potem łatwiej rozumieć ich decyzje i postępowanie.Zacznijmy od Bogusława, czyli głównego bohatera naszej opowieści. Trochę go już znamy. Wiemy, że jest wysoki, przystojny, ma tubalny głos i gładkie, ciemne, zaczesane pod górę, włosy. Jednak rzeczą, która chyba najbardziej, rzuca się w oczy, już przy pierwszym, kontakcie z nim, oprócz owego tubalnego i przekonującego głosu, jest często goszczący na jego twarzy, ujmujący, wręcz zniewalający i zdawałoby się, szczery uśmiech. Jak spojrzy na swego rozmówcę spoza opuszczonych na środek nosa okularów, uśmiechnie się najpierw trochę, jakby badał swego interlokutora, a potem uśmiechnie się bardziej, a w końcu bardzo szeroko to praktycznie nie ma człowieka, który nie poczułby, w tym momencie, przynajmniej odrobiny sympatii do niego. Bogusław posiada ogromnie ujmujący, miły, sympatyczny sposób bycia i wielki dar przekonywania. Jego dar przekonywania ludzi jest takim samym talentem, jaki mają w swojej dziedzinie na przykład dobrzy malarze, czy muzycy. Jeżeli Bogusław pragnął kogoś przekonać do swoich racji to można powiedzieć, że tworzył taki mały spektakl, był to rodzaj swoistej poezji, który mile łaskotał uszy słuchaczy. Mówił im z głębokim przekonaniem, zazwyczaj to co chcieli usłyszeć, a przy tym ich chwalił i komplementował. Nie wyczuwało się w tym fałszu, obłudy, przesady, czy zakłamania, chociaż gęsto nimi szafował. Czynił to jednak tak zręcznie, że rozmówcy byli głęboko przekonani o jego dobrych zamiarach. Ten talent , można powiedzieć, jest swoistym złotym samorodkiem i w miarę upływu lat stawał się coraz doskonalszy. Nasuwa się takie porównanie, iż ten nieoszlifowany diament stopniowo przekształcał się w piękny jubilerski wyrób. W momencie, który obecnie opisujemy, Bogusław chyba nie do końca zdawał sobie jeszcze sprawę z tego, jaki talent przypadł mu w udziale. Używał go wtedy, raczej, instynktownie, ale zawsze z wielkim wyczuciem i ze sporymi zazwyczaj sukcesami. Tak, Bogusław potrafił zjednywać sobie ludzi i potrafił potem pielęgnować stworzone relacje. Potrafił to do tego stopnia, że większość była przekonana, iż to właśnie ona lub on jest najważniejszy dla Bogusława i tylko jego darzy tak ogromną, największą sympatią.
W opisywanym okresie Bogusław był żonaty i miał kilkuletniego syna Piotra. Jego żona Maria już od czasu rezygnacji z kawiarni, którą prowadziła wspólnie z mężem, nie pracowała zawodowo. Prowadziła dom i wychowywała syna. Była bardzo zazdrosna o swojego męża, często go kontrolowała, co nieraz doprowadzało do śmiesznych, wręcz groteskowych, czy nawet ogromnie nieprzyjemnych sytuacji. Bogusław starał się lekceważyć te jej zachowania, ale tak naprawdę to liczył się ze zdaniem swojej żony. Bogusław oprócz tego największego, opisanego powyżej talentu, posiadał także mnóstwo innych wyjątkowych cech i zdolności. Przede wszystkim był człowiekiem zawsze pełnym energii. Jego chęć do działania po prostu go rozsadzała. Często zarażał tą energią innych. Był doskonałym organizatorem, znał się na ludziach i potrafił nimi kierować. Był pełen najprzeróżniejszych pomysłów z których wiele wprowadzał w czyn. Był ogromnie pracowity i zawsze osobiście pilnował ważnych spraw, nigdy nie zlecając tego innym. Jego ogromna ambicja wprost go rozsadzała. Plany miał ogromne, dalekosiężne. Widział siebie w pierwszym szeregu największych rzemieślników, gdyż wówczas nie było jeszcze biznesmenów, czy jak kto woli, przedsiębiorców. Bardziej instynktownie czuł niż wiedział, że aby osiągnąć wielki sukces potrzeba czegoś więcej niż tylko ogromnych chęci i bezgranicznego zaangażowania. Już wówczas, często sobie powtarzał - jeżeli ja czegoś nie umiem, nie znam, nie mogę z różnych powodów przeskoczyć jakiś ograniczeń to przecież mogę spróbować podziałać z ludźmi którzy to potrafią, których te ograniczenia, chociażby z powodów formalnych, nie obejmują. Jego myśli uparcie krążyły wokół pomysłu utworzeniu wielkiej, największej, budowlanej firmy. A do tego potrzeba przecież i sporego doświadczenia, które nie było w tej dziedzinie jego szczególnym udziałem, jak i ogromnych znajomości w branży, którą on dopiero co, zaczął lepiej poznawać. Wniosek nasuwał się sam. Trzeba poszukać odpowiednich ludzi. Namówić ich do wspólnego działania, a wtedy sukces murowany. W tym tak pięknym obrazie Bogusława było także kilka pęknięć. Przede wszystkim Bogusław wszędzie i we wszystkim chciał być najlepszy. Niby nie ma w tym nic złego, ale często zdarza się i tak było w przypadku Bogusława, że taka przeogromna chęć udowodnienia innym swojej wysokiej pozycji, wywołana jest jakimś zadawnionym kompleksem lub ogromną zazdrością. Poza tym Bogusław lubił otaczać się blichtrem i to pod każdym względem. W jego mieszkaniu królował kolor złoty, czyli mosiądz, miedź i różnorakie złocenia Jak wypatrzył u kogoś coś co mu się podobało to zaraz musiał mieć to samo lub coś podobnego, ale oczywiście jeszcze lepszego. Czasami przybierało to groteskowy wymiar. Lubił otaczać się świecidełkami. Zawsze musiał mieć najlepsze okulary, biurko, ubranie, imponujące pióro, zegarek i wiele innych najlepszych rzeczy. Nie bez powodu twierdził, że to mu dodaje znaczenia i zwiększa poważanie u innych.
Można jednoznacznie stwierdzić, cytując Niccollo Machiavellego, że los lub jak twierdzą wierzący, Bóg obdarzył tego człowieka talentem uwodzenia wszystkich.
Z kolei Leszek Marcinkowski pod wieloma względami wydawał się być przeciwieństwem Bogusława. Co prawda kontakty z ludźmi nawiązywał dosyć łatwo, ale szybko sobie wielu z nich do siebie zrażał. Swoim wysokim, niezbyt sympatycznie brzmiącym głosem wypowiadał się w sposób stanowczy i często nie znoszący sprzeciwu, a przy tym nierzadko nadmiernie komplikował lub udziwniał swoje wypowiedzi. Zawsze pragnął przy okazji popisać się swoją inteligencją, o której miał wysokie mniemanie. Nie przysparzało mu to wielu przyjaciół, odwrotnie niż Bogusławowi. Co prawda ci co go bliżej poznali mieli o nim raczej dobrą opinię, lecz takich było niewielu. Jednak ponieważ był bardzo solidny, odpowiedzialny i uczciwy, dlatego w pracy miał dobrą opinię. Żona Leszka, Joanna była nauczycielką. Odwrotnie niż Leszek, była powszechnie bardzo lubiana. Była osobą pełną wszelkich pozytywnych cech, co czyniło ich życie małżeńskie bardzo szczęśliwym. Oczkiem w głowie zarówno Joanny jak i Leszka była ich ośmioletnia córeczka Karolinka. Można powiedzieć, że życie prywatne Leszek miał bardzo udane. Jednak zawodowo zawsze dręczyły go jakieś wątpliwości. Czuł, że mógłby zdziałać więcej. Bał się jednak zmieniać istniejący stan rzeczy. Zresztą nie on jeden. Jak wiemy większość ludzi boi się jakichkolwiek zmian. Zdecydowana większość ludzi jest w swej postawie nastawiona raczej konserwatywnie niż rewolucyjnie. Leszek nie był pod tym względem wyjątkiem. W tym zestawieniu Bogusława z Leszkiem pomimo oczywistych przeciwności były jednak istotne cechy, które ich łączyły. Obaj byli bardzo ambitni. Obaj byli też ogromnie towarzyscy. Być może, iż w dużej mierze, właśnie, ta wspólnota ogromnych ambicji, przyciągała w jakiś nieokreślony sposób, obu panów do siebie. Z kolei Karol był zupełnie innym człowiekiem niż Bogusław i Leszek. Spokojny, miły, zazwyczaj uśmiechnięty, kordialny, wysoki z bujną czupryną kręconych ciemnoblond włosów. O takich ludziach, jak on, zwykło się mówić, iż mają dobry charakter. Zazwyczaj nie miał lub, gdy miał to nie ujawniał swojego zdania. Jeżeli, czasami, bardzo rzadko, zdarzyło się odwrotnie, czynił to ze spokojem i pełnym przekonaniem. Od samego początku jak tylko poznał Bogusława, a miało to miejsce w 1983 roku, znalazł się pod jego przemożnym wpływem. W początkowym okresie znajomości panowała jednak pomiędzy nimi pewna równowaga. Karol posiadał sporo cech, których brakowało Bogusławowi, na przykład był konsekwentny w działaniu. Jego zaletami były też systematyczność, cierpliwość, ustępliwość, czy brak nadmiernych ambicji no i rzecz najważniejsza - Karol był dobrym fachowcem budowlanym i to od strony praktycznej, a nie teoretycznej. Dlatego też Bogusław, oprócz tego, że się z nim dobrze czuł, to również lubił go i doceniał te jego pozytywne cechy. Jednak z czasem ta równowaga uległa zachwianiu i odczuwało się coraz większą dominację Bogusława. Karol nie robił z tego problemu i można było odnieść wrażenie, że jest mu z tym dobrze. Karol był świetnym towarzyszem i na dobre i na złe. Był żonaty, jego żona Bożena pracowała jako urzędnik w Urzędzie Gminy Białe Błota.
I wreszcie parę zdań o Michale. Urodził się i wychował w Janikowie. Szkołę średnią, technikum drogowe, skończył w Mogilnie. Potem wyjechał na dalsze nauki do Bydgoszczy i tutaj osiadł na stałe. W opisywanym okresie Michał miał trzydzieści pięć lat. Był przystojny, miał długie, kręcone blond włosy, nosił gęstą brodę i wąsy. Z pod okularów zdecydowanie spoglądały na rozmówcę piwne oczy. Cała jego postawa, a szczególnie, emanujący z niego pewien rodzaj spokoju, wzbudzała zaufanie. Posiadał miły i sympatyczny sposób bycia. W przeciwieństwie do Leszka, nie wyrywał się ze swoimi sądami i opiniami. Raczej zachowywał je dla siebie. Był bardzo koleżeński i powszechnie lubiany. Zresztą tak było również już wcześniej, w czasach studenckich. Posiadał kilka cech, które dodatkowo zjednywały mu sympatie otoczenia. Jedną z nich był jego uśmiech. Nie był on tak szeroki i zniewalający jak uśmiech Bogusława. Był raczej dyskretny i spokojny. Pozytywnie nastawiał do niego tych, do których się uśmiechał. Można powiedzieć, że w tym uśmiechu, cała jego twarz się zmieniała, nagle zazwyczaj poważna, ożywała, oczy nabierały blasku i biła z niej szczerość, wzbudzająca sympatię rozmówcy. Drugą taką cechą był przyjemny tembr jego głosu. Kolejną taką cechą była, wręcz ogromna, towarzyskość. Szczególnie łatwo można było to zaobserwować podczas różnego rodzaju spotkań koleżeńskich. Polegała ona między innymi na ciągłym wygłaszaniu toastów i obowiązkowych śpiewach. Michał, chociaż tego starał się nie okazywać, również był bardzo ambitny i w skrytości ducha posiadał dalekosiężne plany. Jednak nikomu o nich nie mówił. Miał swoje cele do których uparcie dążył. Poza tym, Michał miał o sobie bardzo dobre mniemanie. Jednak to mniemanie w przeciwieństwie do Leszka, tak jak i swoje ambicje, głęboko skrywał. Nie obce mu także było uczucie zazdrości. A to jak wiemy, u ludzi rozsądnych, jest zawsze jednym z podstawowych motorów napędowych.
I to tyle tytułem krótkich i specyficznych charakterystyk głównych bohaterów opisywanych wydarzeń.Następny odcinek
Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia nie obleka tego faktu w słowa.
Julian Tuwim
Złoty środek jest sztuką życia, ale jest to sztuka prawie nieosiągalna.
a.r.
Jakoś trzeba zadebiutować w tym kompletnie jeszcze nieznanym nam 2021 roku. Ja debiutuję wspomnieniem żartobliwo - ironicznym. I chociaż to tylko swoista ironia to jednak warto pomyśleć - a może to i coś więcej? Do tego ta wspaniała muza "Pod budą", a szczególnie mało znana, ale jakże wspaniała, Anna Treter.
https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2016/12/manifest-polityczny.html
Do tego fantastyczny, moim zdaniem, bonus. https://www.youtube.com/watch?v=ti3rOLj79OY
Ciekawe dlaczego zamiast Zenka nie ma tak pięknej muzy w TVP?
Czego życzyć na ten 2021 rok? Pewnie głównie tego, aby był lepszy od fatalnego 2020 roku. Poza tym zdrowia, zdrowia i zdrowia.
I oczywiście wszelakiego powodzenia i spełnienia marzeń. Tych zwykłych i tych najbardziej skrytych.
Do siego Roku.
Ilustracją (może inspirującą) moich życzeń są intrygujące grafiki mojej wspaniałej wnuczki Marty.
Kiedyś, dawno temu, starałem się zmieniać rzeczywistość. Nawet zostałem w jakimś sensie politykiem ogólnokrajowym bo byłem członkiem rady krajowej KLD, będąc przewodniczącym zarządu wojewódzkiego KLD. I było to wówczas, gdy premierem był pan Bielecki, a szefem KLD był pan Tusk.
Nie pisałbym o tym, gdybym nie był obecnie posądzany o głupotę będąc popierającym niektóre rozwiązania i decyzje PIS-u.
A jestem tylko życiowym realistą, a nie wyznawcą określonej ideologii.
Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę zdrowych, pogodnych i obfitych Świąt Bożego Narodzenia
Takich Świąt tradycyjnie polskich, tych z opłatkiem, tych ze zupą rybną lub grzybową, tych z pierogami z grzybami i kapustą, tych ze zasmażaną kapustą z borowikami lub bezmięsnym bigosem, tych ze smażonym karpiem, linem i szczupakiem i oczywiście tych z kompotem z owocowego suszu. A do tego masy innych potraw według gustów i obyczajów. Zda się też do rybki dobry Riesling, a na deser przynajmniej kilkuletni Sauternes. A potem wspólnie śpiewane kolędy i bogate prezenty.
![]() |
| Choinka Luci |
![]() |
| Jeszcze jedna zacna flaszka z 1962 roku mi została. |
Słów kilka o legendarnym przywódcy Solidarności. To moja reakcja na apolgetyczne opinie o roli Bolka w 1981 roku. Uważam, że ten gość był rozsadnikiem kanciarstwa przy tak zwanym okrągłym stole i jednym z czołowych twórców fatalnych następstw decyzji podjętych przy tym meblu i w Magdalence. Decyzji, między innymi, o braku dekomunizacji i lustracji wszelakiej. Był durniem wzmacniającym lewą nogę i warchołem drawskim. Wstydem było dla Polaków każde jego wystąpienie i ostentacyjna religijność. To człek mały i marny, którego wiatr historii uczynił ikoną Polski i polskiej Solidarności.
Bolek to tylko przypadkowy wioskowy cwany głupek spod Lipna. To SB go stworzyło i nim kierowało.
Cała jego biografia o tym zaświadcza. I te pisane powszechnie opinie, ustawiające Bolka w roli zbawcy polskiego narodu, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Jeszcze raz powtórzę - to człowiek marnego umysłu chociaż wielkiej bezczelności, to megaloman i wyjątkowy narcyz. To chwila i sytuacja go stworzyły, a nie jego kreatywność, czy rzeczywiste jego osiągnięcia. Powtórzę również, że nie tylko dla mnie wstydem było każde jego zachowanie i odzywanie się, gdy był prezydentem III RP i wstydem nadal jest to co mówi i czyni. Jeżeli ludzie symbole mogą być głupcami to tutaj mamy tego kliniczny przykład. Zresztą nie odosobniony. I tutaj każdemu do oceny postawy tego człowieka powinna służyć wyobraźnia i doświadczenie oraz historyczna wiedza.
Ten mój post jest reakcją na zachwyty nad owym Bolkiem osoby na której mi zależy, ale z którą w tej kwestii nijak nie mogę się zgodzić.
Może poniższy tekst, a właściwie wystąpienie, rozjaśni wątpiącym rolę Bolka w historii III RP?
Trochę to skomplikowane i wymaga nijakiego wysiłku umysłowego, ale naprawdę warto przeczytać.
Ci co nie są w stanie tego wysiłku dokonać to niestety są bezwolnymi kukiełkami na polskiej scenie politycznej i gospodarczej. To nimi manipulują ci co naprawdę rządzą.
A czynią to tylko dlatego, że bazują na nieświadomości i braku zainteresowania się polityką szerokich mas społecznych, które dowolnie według swoich, głównie lewackich wzorców, kształtują.
Największym szczęściem jest dla nich stwierdzenie jakie najczęściej słyszą od większość polskiej populacji - ja tam się polityką nie interesuję.
Owi tak twierdzący nie zdają sobie sprawy z oczywistego faktu, że to właśnie nimi politycy najbardziej się interesują. Bo to nimi najłatwiej manipulować w celu osiągniecia określonych celów.
Od lat piszę na forach, blogach, portalach i na moim blogu, żeby uświadomić innym, aby przynajmniej w minimalnym stopniu starać się zrozumieć mechanizmy otaczającej nas rzeczywistości. I czynić to w oparciu o fakty, a nie o przekonania. W oparciu o liczby, o konkretne decyzje i wypływające z nich skutki, a nie o emocje i uprzedzenia.
Ponad osiem lat temu napisałem:
https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2012/10/kilka-refleksji-natury-ogolnej-4.html
Później napisałem wiele innych podobnych tekstów. Niestety ta moja pisanina to przysłowiowy głos wołającego na puszczy. Jednak póki żyję będę wołał wszędzie bo uważam, że tak trzeba.
Nihil novi sub sole, czyli nic nowego pod słońcem.. Ponad osiem lat temu napisałem na moim blogu:
https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2012/11/unijna-kasa-kilka-refleksji-natury.html
Cóż dodać? Chyba tylko Budka do budy, Balcerowicz i Lewandowski et consortes na śmietnik historii.
Kiedyś, gdy chadzałem do szkół o profilu technicznym to wykonując różne projekty posługiwałem się do ich wykreślenia grafionami i całym przybornikiem różnych innych przyborów, ale z czasem grafiony kreślarskie zostały wyparte rapidografami i tak było, aż do ery komputerowej.
Nikt kto nie kreślił skomplikowanych rysunków technicznych na kalce technicznej nie jest w stanie zrozumieć jakim udogodnieniem po grafionach były rapidografy. Zaś ci co obecnie uruchamiają do sporządzania technicznych rysunków programy komputerowe, nie mają pojęcia jak kreśliło się rapidografem.
Postęp techniczny i tyle.
Ale warto przypomnieć sobie jak to kiedyś było. Poniżej przybornik z grafionami i zestaw rapidografów.
![]() |
| Ten zestaw nabyłem w 1970 roku i mam do dzisiaj. W stanie idealnym. |
![]() |
| A ten zestaw nabyłem w 1974 roku. I także jak widać na powyższym zdjęciu mam do dzisiaj i to również w idealnym stanie. |
Dzisiaj kilka cytatów związanych z kobietami, autorstwa Marcela Prousta:
"Wszystkie kobiety są młode, ale niektóre młodsze"
"Pieniądze, albo życie - złodziej zostawia nam wybór, żona żąda jednego i drugiego"
"Kobieta nigdy nie widzi tego co dla niej robisz, widzi tylko to , czego nie robisz"
"Kobiety mogą uczynić milionerem tylko takiego mężczyznę, który jest miliarderem"
"Mężczyźni mają dużo szczęśliwsze życie od kobiet. Zwykle później się żenią i wcześniej umierają"
"Pozostawmy ładne kobiety ludziom bez wyobraźni"
Dzisiaj spadł u nas pierwszy śnieg tej zimy (chociaż nominalnie to jeszcze późna jesień). Zrobiło się biało i nastrojowo. Dlatego też wędrując wieczorem drogami podbydgoskiego Maksymilianowa łatwiej było w świetle ulicznych latarni dostrzec dwa oblicza nocnych ulic.
Jedno oblicze jest ledowe (to nowoczesne), a drugie jest sodowe (to tradycyjne).
Poniższe zdjęcie wykonałem dzisiaj wieczorem na skrzyżowaniu ulic Jagodowej i Ptasiej w Maksymilianowie.
Tyle chamstwa ostatnio w naszej polskiej przestrzeni publicznej i tyle sporów, tyle niedopowiedzeń, tyle różnych interpretacji i taki ogrom agresji oraz wrednego populizmu, że trudno stwierdzić dokąd to nas zaprowadzi.
Dlatego warto w tym momencie przypomnieć jedną z zasadniczych prawd dotyczących motywów ludzkiej działalności.
Jako rzekł największy geniusz w historii ludzkości ( nie wiadomo dlaczego przez maluczkich tak deprecjonowany) czyli Niccolo Machiavelli - namiętności indywidualnych ludzi są czynnikiem decydującym we wszelakiej polityce, a człowiek jest taki sam w sprawach codziennych, normalnych jakim jest w sprawach ogólnych, politycznych i tych decydujących o losach państw i narodów.
Był Litwin polskim królem, byli nimi Francuz (nijaki Walezy uciekł), Węgier (Batory - bohater i wcześniej Ludwik Węgierski) Szwed, Niemiec (Habsburgom od dawna należy się polska korona - Maksymilian I Habsburg - Zborowscy i Opaliński - zdrajcy I RP) byli Sasi (takoż Niemce), a potem pachołki Rosji. Czy ktoś zna podobne przykłady w historii Europy? A historia właśnie się powtarza.
A my Polacy po śmierci wielkiego króla Batorego zamiast obrać następcą najlepszego polskiego kandydata czyli Jana Zamoyskiego to obraliśmy Szweda, który kombinował z Niemcami jak wrócić na szwedzki tron, a tron polski miał być dla niego tylko chwilową odskocznią. A co głosił ponad 400 lat temu Jan Zamoyski :
1 lutego 1605 wygłosił przed sejmem swój polityczny testament, zalecając wcielenie w życie merkantylistycznych postulatów imitacyjnego modelu wzrostu, polegającego na ściąganiu do Polski zagranicznych rzemieślników i rozwijaniu rodzimej produkcji kosztem importowania z zewnątrz drogich, przetworzonych produktów stworzonych za granicą ze sprowadzonych wcześniej niższym kosztem surowców z Rzeczypospolitej, odtwarzaniu u siebie zaawansowanych produktów z wykorzystaniem zagranicznych technologii z krajów bardziej rozwiniętych.
Jakże to dzisiaj aktualne słowa. Tylko dlaczego my Polacy nadal jesteśmy takimi głupcami? Takimi małpami Europy?
I dlaczego nadal bardziej dbamy o interes innych narodów niż o interes nas Polaków?
Niestety Zborowskich u nas dostatek, a Zamoyskich brak.
Warto się przynajmniej nad tym zastanowić .
I tak otwieram moje grudniowe wpisy tego fatalnego 2020 roku.
Na pewno 2021 będzie lepszy.
Wiesz co to Niemiec na Wawelu zapytał Jan Zamoyski Samuela Zborowskiego (Zborowscy, jak się później okazało to ciemna strona mocy i to hańba I Rzeczpospolitej). Na szczęście nastał potem Stefan Batory, a nie wredny Habsburg. . Niestety później już było gorzej, gorzej i gorzej. Jeszcze Jan III Sobieski zabłysnął, ale potem Niemce (Sasi - za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa) rozkradli i przepili oraz doprowadzili nasz kraj do upadku i do rozbiorów. Niby historia nauczycielką jest, ale nie dla tych co za mamonę służą wrogom Rzeczpospolitej i matkę, i ojca sprzedadzą tylko po to, aby sprywatyzować za jedna dziesiątą jej wartości porządną polska firmę i, aby następne pokolenia przez długie lata z tej prywatyzacji korzystały
Za nic mając nas. Nas naiwnych Polaków. A za wszystko mając na uwadze tylko i wyłącznie swój prywatny interes.
Zaś w tym co głoszą, mówią i oświadczają fałszywie brzmi troska o nas, o Polskę, o naszą przyszłość i o nasze dobro.
Wszystko to humbug i kpina. To prywata i brak zasad. Kiedyś to może niektórzy z owych przyjaciół naszych wrogów zrozumieją, ale będzie już za późno i zostaniemy bezwolnymi kukiełkami tych co potrafili nas tak bezczelnie i chamsko rozegrać.
Niestety.
Żal mi moich następców.
Zawsze byłem buntownikiem i wolałem być wśród tych co decydują (chociażby w sprawach niewielkich) niż wśród tych co są poddanymi nie mając nawet pojęcia o tym, że nimi są.
I tylko dodam (ja nie stosowałem) - "Uparte trwanie przy własnych poglądach prowadzi do autodestrukcji".
Ja głosowałem na KLD, UD, UW, PO, Palikota, Kukiza, co świadczy o tym, że nie trwałem uparcie.
Niestety za każdym razem ponosiłem dotkliwe porażki związane z tym co moi idole głosili, a tym co w praktyce czynili.
Nie będę brnął w dalsze rozważania, ale poniżej link do haseł wyborczych PO z 2007 roku.
Całym sercem byłem wówczas z nimi. A ile z tych haseł PO zrealizowało? NIC.
Cupididas mater omnium mallorum. Tak twierdzili już starożytni Grecy i Rzymianie. Czyli chciwość jest matką wszelakiego zła.
Mądrej głowie dość dwie słowie.
Odcinek 26
Ta pierwsza robota w Fordonie przysporzyła firmie Michała i Leszka mnóstwo kłopotów. Oprócz tych związanych z absolutnym brakiem materiałów to jeszcze inspektor nadzoru wydziwiał i ciągle mu się coś nie podobało. Zaś pod ziemią było mnóstwo różnych rurociągów oraz kabli, których w projekcie robót nie ujęto i dlatego co rusz coś uszkadzali. Ponieważ roboty wykonywali wśród częściowo już zamieszkałych bloków, dlatego co jakiś czas wybuchały awantury, a to, że nie ma prądu, a to wody, a to telefonu i tak dalej. Dzielnica była nowa, ale rzetelnej mapy podziemnych urządzeń i to wykonanych w ostatnich latach, nie było. Winni zaś byli zawsze aktualni wykonawcy robót. Ale jak czas pokazał, była to dla nich dobra lekcja. Chociaż niewiele wówczas zarobili to jednak dobre i sprawne wykonanie wodociągu zaowocowało kolejnymi zleceniami.
Pomału Michał z Leszkiem zaczęli dochodzić do wniosku, że muszą dużo zmienić w ich dotychczasowym sposobie działania jeżeli pragną się utrzymać na rzemieślniczym rynku. Pewnego dnia usiedli w trójkę przy obfitej i suto zakrapianej kolacji. Kolacja odbywała się w modnym wtedy lokalu, zlokalizowanym w centrum miasta, a mieszczącym się w budynku byłej octowni. Dzisiaj jest tutaj siedziba szacownego banku. A wtedy był tutaj najpopularniejszy lokal rozrywkowy w Bydgoszczy o wdzięcznej nazwie Octownia (?). Przy oddzielnym boksie na pięterku tego lokalu, po oryginalnym posiłku i wypiciu po kilka drinków, rozpoczęli rzeczową dyskusję – co dalej? Z tej dyskusji wyniknął jeden podstawowy wniosek - dalej takiej partyzantki jak do tej pory uprawiać nie mogą. Muszą praktycznie prawie wszystko zmienić. Głównym powodem konieczności przeprowadzenia tych zmian był taki fakt, że gdy starali się o otrzymanie dużego zlecenia, szczególnie w firmach państwowych, które z niewielkimi wyjątkami, były jedynymi zleceniodawcami takich prac, to niestety zawsze słyszeli odpowiedź, że takim jak ich zakładom nie mogą zlecać dużych robót. Co innego gdyby byli spółdzielnią, firmą polonijną lub, nowością na tamte czasy, czyli spółką z ograniczoną odpowiedzialnością, to wówczas mogliby z nami konkretnie rozmawiać.
Po tej pierwszej dyskusji w Octowni (?) odbyli jeszcze kilka podobnych długich i burzliwych rozmów i w ich wyniku postanowili wspólnie, we trójkę, utworzyć nową firmę.
Postanowili połączyć swoje siły, siły praktycznie trzech zakładów rzemieślniczych bo i Karol miał formalnie odrębną od Bogusława firmę, chociaż praktycznie działali cały czas razem. Postanowili nadal działać poprzez struktury spółdzielni rzemieślniczej do której już należeli bo ta przynależność była obowiązkowe, ale z której usług do tej pory praktycznie nie korzystali. Tworząc nową firmę powstałą z połączenia trzech dotychczasowych firm powstał duży problem. Tym problemem było pytanie czy przyjąć również Karola na czwartego wspólnika. Jednak ten pomysł po długich dyskusjach, głównie z powodu postawy Bogusława, upadł.
W ten sposób powstała słynna później na całą Spółdzielnię, zrzeszającą kilkaset zakładów rzemieślniczych, firma – JEMAR. Nazwa również urodziła się w alkoholowych bólach i pochodziła od skrótów imion żon – Joanny, Elżbiety i Marii.
W tym miejscu pozwolimy sobie na kilka dywagacji.
Snując te wspomnienia chcielibyśmy przywołać z pamięci i opisać wszystko maksymalnie wiernie. Opisać wydarzenia w taki sposób w jaki one naprawdę przebiegały. Nie chcemy ukrywać błędów, a czasami wręcz głupoty. Żyjemy w czasach coraz większego relatywizmu i to w każdej nieomal dziedzinie. Czasach rosnącej nieufności i niepewności jutra, czasach powszechnego braku autorytetów i demokracji polegającej głównie na tym, że królem jest mamona. Dlatego najlepszym lekarstwem na przełamanie tej nieufności i zmniejszenie relatywizmu jest szczerość wypowiedzi i jasne wyrażanie swoich myśli. Oczywiście często sam opisujący nie jest pewien do końca, czy tak dokładnie było jak to później opisuje. Czasami trochę się przesadza i ubarwia lub dodaje, albo odejmuje. Jednak nawet jak tutaj to uczynimy nie będzie to działanie rozmyślne. Często się przecież zdarza, że różni świadkowie opisują to samo wydarzenie w całkiem inny sposób. My jednak mamy tę przewagę nad innymi świadkami wydarzeń, które opisujemy, że polegamy na tym, iż sporo faktów i refleksji z tamtego okresu udało się zachować na trwałe. Te fakty i przemyślenia zostały na bieżąco zapisane w kalendarzach i niezbyt regularnie wówczas prowadzonych notatkach. Te notatki to kilka zeszytów, które dzisiaj można by nazwać czymś w rodzaju pamiętnika. Specyficznego pamiętnika, ponieważ nie są w nim opisywane szczegółowo poszczególne zdarzenia, a raczej uchwycone są chwilę i to takie, które zapisujący uważał za ważne i istotne. Przecież sformułować i opisać refleksje, uczucia i emocje z nimi związane jest bardzo trudno. Ale nawet bez takich trudnych rzeczy owe zapiski jednak są i dostarczają dużo wiedzy z tamtego okresu.
W tym miejscu przedstawiamy kilka ogólnych wniosków, jakie autor owych notatek w nich zapisał, a które dotyczyły tego krótkiego okresu pracy na swoim.
Przede wszystkim, to stwierdził, że te pierwsze spore zawodowe sukcesy spowodowały, iż zupełnie inaczej zaczął spoglądać na otaczający go świat. Wiele spraw i rzeczy, które jeszcze przed paroma miesiącami wydawały mi się czymś kompletnie abstrakcyjnym, niedostępnym, nagle praktycznie znalazły się w jego zasięgu. Mocno trzeba było uważać, aby się w tym nie pogubić. Pierwszy wielki sukces bardzo łatwo jest zamienić w porażkę. Tak to sobie wtedy pisał. Dzisiaj dodałby, że ogromną rolę w usuwaniu z organizmu wody sodowej, która, nie ma co tutaj ukrywać, ostro uderzyła do głów nowych rzemieślników, spełniła żona Leszka - Joanna, a także żona Michała, Elżbieta. Co do żony Bogusława, Marii, to jednoznacznie należy stwierdzić, iż ona jeszcze ostro dolewała owej wody sodowej. Ale Bogusław był już bardziej zaprawiony w bojach na swojej prywaciarskiej ścieżce i potrafił sobie radzić, lepiej niż Michał i Leszek z owym nadmiarem bąbelków w głowie. Ogólnie to można powiedzieć, że potrafił znaleźć tą delikatną równowagę pomiędzy sukcesem, a zdrowym rozsądkiem. Zdarzało się jednak, że ją naruszali. Świetnym przykładem naruszania tej równowagi były ich liczne wizyty, w najlepszej wówczas, bydgoskiej restauracji o nazwie "Orbis" mieszczącej się w hotelu „Pod Orłem”. Tam Bogusław szybko zyskał miano bywalca. Został kolegą, najpierw kelnerów, potem kierownika sali, a później samego dyrektora całej tej szacownej instytucji. Będąc w barze wiódł prym, machnięcie palcem pozwalało mu otrzymać natychmiast ulubionego drinka. A jak wiadomo ulubionym trunkiem polskich „biznesmenów” był, a może nadal jest, napój zwany mazutem, czyli whisky z coca-colą lub whiskach, czyli szklanka napełniona lodem i zalana whisky, którą należało wypić przed roztopieniem się lodu. Po wypiciu w barze paru obowiązkowych drinków, szło się do sali kolumnowej i przy „swoim” stoliku, po zjedzeniu słynnej „Fantazji szefa”, czyli czterech rodzajów mięs bogato uzupełnionych różnymi dodatkami i po wypiciu paru whiskachy, nadchodziła pora na kawę i lody z likierem. Potem obowiązkowo zamawiało się łososia i kawior z grzankami. Jeżeli grzanki nie były zbyt gorące to danie odstawiali i wołając głośno kelnera, składali reklamację. Ale to się zdarzało rzadko. Do picia w tym stadium brało się szampana lub czystą wódkę, w zależności od nastroju. Dyskusje toczyły się wartko i dotyczyły głównie tego, ile gdzie zarobili i ile jeszcze w najbliższym czasie zarobią. Obowiązkowe, długie i szczegółowe były oczywiście dyskusje o kobietach. Dużo także rozmawiali o swoich dzieciach, często nawet kłócili się odnośnie sposobów ich wychowywania oraz tego co jest dla nich najlepsze. Ale to głównie podczas tych obiadów lub raczej kolacji i to często bardzo późnych, rodziły się ich plany na przyszłość. To tutaj, po jakimś czasie powstał pomysł utworzenia jeszcze jednej wspólnej firmy w postaci spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.
W tych oparach papierosowego i cygarowego dymu, oparach obficie lejącego się alkoholu i związanego z tym pewnego stanu lekkiej nieważkości, przy tym świetnym jedzeniu, przychodziły im do głowy najlepsze pomysły. W salach tej orbisowskiej restauracji, w czasie licznych tam pobytów, dochodziło także, do mnóstwa zabawnych, a czasami i przykrych sytuacji. A to ktoś z ich towarzystwa spadł z hukiem, z krzesła na podłogę, a to Michał intonował swoją sztandarową pieśń pod tytułem „Morskie opowieści”, a to okazywało się, że fundator nie zabrał ze sobą pieniędzy, albo mocno rozochocony rozrzucał talerze po lokalu, krzycząc, że mu wszystko wolno. Pewnego razu przedstawiciel jednego z naszych zleceniodawców pozwolił sobie na rzucenie talerzem z balkonu w dół, na salę pełną gości. Na szczęście nikogo nie trafił, ale afera była ogromna i wielki pan dyrektor musiał mocno się kajać, przepraszać i płacić. I chociaż samo to wydarzenie było dla nich bardzo przykre i drogo także ich kosztowało to jednak często je później wspominali. Nazywali ten incydent latającym talerzem, a dyrektora przechrzcili na spodek i później tylko tak o nim między sobą, mówili. W takich i innych sytuacjach, które tak nagle i wręcz niespodziewanie, można powiedzieć, że spadły na nich jak grom z jasnego nieba, łatwo było stracić poczucie rzeczywistości. Łatwo też było zacząć myśleć o sobie jako o kimś znacznie lepszym od innych, czego zresztą wielu z nich, tych świeżo upieczonych prywaciarzy, nie uniknęło. Często dyskusje restauracyjne dotyczyły zasad moralnych i zachowań ludzi z którymi współpracowali. I tutaj w swoich postawach i przekonaniach musieli zacząć wiele zmieniać.
Prawdy, które Leszek dotąd głosił i którymi starał się kierować, w tej nowej rzeczywistości odchodziły jakoś na dalszy plan, stawały się jakby mniej aktualne. Zaś ważne stawały się „prawdy” zupełnie inne. Leszek Zaczął stwierdzać, że jego dotychczasowa „mądrość”, z której byłe zawsze taki dumny, w praktyce zaczęła się przeradzać w naiwność czy wręcz w głupotę, a dalej mogło być jeszcze gorzej. Po pierwsze to zauważył, że należy ludziom obiecywać prawie wszystko. Dotyczyło to głównie, ale nie tylko, zleceniodawców. Należało wyczuć czego oczekują i niezależnie od tego na ile jest to realne, obiecywać im realizację tych oczekiwań. Po drugie należy podejmować się spraw, które w pierwszym momencie wydają się niemożliwe do zrealizowania. Po trzecie trzeba wszędzie prezentować postawę pewności siebie, bez jakichkolwiek wątpliwości, ale bez zadufania. Ale najważniejszym stwierdzeniem, do którego szybko wspólnie doszli była zasada, którą najprościej przedstawić, posługując się mądrością jednego z królów francuskich, a rzekł on – „Lubię ludzi uczciwych, nie ufam nikomu kogo nie da się kupić”. Już po paru miesiącach wspólnej działalności zauważyli, iż często jest tak, że oni są przekonani o swojej racji, ale ich kontrahent nie chce im jej przyznać. Jeżeli jednak z tą racją wystąpi ktoś inny, na przykład przełożony owego kontrahenta lub inna osoba od której w jakiś sposób jest on zależny, to wówczas udaję się im to stanowisko przeforsować. Zaczęli śmiało wykorzystywać ten fakt. W tym miejscu nasuwa się, ogólna refleksja z której do tej pory Leszek nie zdawał sobie sprawy, a można ją sformułować następująco - „nieważne co się mówi, ważne kto to mówi”. Czyli inaczej rzecz ujmując, najpierw trzeba osiągnąć przynajmniej jakiś sukces, a potem można mieć rację lub głosić swoje prawdy. Natomiast najpierw „prawdy”, a potem „sukces” to jest zero sukcesu, a i prawdy jakieś dziwne.
Krótko mówiąc na nowej drodze prywaciarskiego życia pomału stawali się innymi ludźmi niż byli za poprzedniego życia na państwowym chlebie.
Jednak Leszek głównie dzięki swojej żonie i córce, znajdował jako taką równowagę, na tym burzliwym, nowym etapie życia. A pomagały mu one w tym, i to na wiele sposobów. Jako przykład „częściowego powrotu do rzeczywistości” przytoczymy dwa wierszyki, które napisała jego córeczka i podarowała mu na imieniny. Miała wówczas 9 lat.
Pierwszy:
Mój tato jest kochany,
Choć ma krawat źle dobrany,
Wiele mieści się w nim wad,
Chciałby zmienić cały świat,
Marzeń ma sto,
Zachcianek tysiąc,
Lecz ja kocham mocno go,
Mogłabym przysiąc.
I drugi:
Gdy powiesz do kogoś po prostu cześć
Zaczyna ci zaraz głupoty pleść.
Że z dywanu jest już szmata,
Że jej zachorował tata,
Że mięso znowu podrożało,
Że masło jakoś inaczej kosztowało
Że jej znajomy kupił fotele,
Bo jego córka ma wesele
Mówi – teraz pieniędzy nie ma za wiele
Że kiedyś to mógłby kupić nawet pałac,
A teraz nie ma nawet na szałas.
I dalej, że jej znajoma kupiła dzisiaj okazyjnie trzy rożna
W końcu już tego słuchać nie można.
Te proste wierszyki dużo dla niego znaczyły. Oprócz radości jakie przyniosły, kazały zastanowić się nad ich oczywistością i zmuszały do pomyślenia o sobie, wcale nie w najlepszych barwach.
Aby jeszcze bliżej oddać klimat tamtego czasu warto przypomnieć stary rosyjski kawał z rodzaju tych o Czapajewie. A uczynić to warto pomimo, iż to duże uproszczenie i przesada dlatego, że w jakimś sensie dobrze oddaje on ducha tamtych chwil, chwil powstawania na szeroką skalę polskiego „nowego kapitalizmu”. A wielu, takich jak ich troje, a pewnie i w jakim sensie oni sami, postępowali w swoim rozumowaniu tak jak ów słynny Czapajew.
„Czapajew do swojego ordynansa. Gdy zwyciężymy, Pietka i zapanuje komunizm, to zbudujemy konserwatorium, a na dachu postawimy karabin maszynowy, żeby konserw nie rozkradli”.
To tyle tytułem ogólnych refleksji.
W następnym odcinku trochę o trzech głównych bohaterach tych wspomnień.