poniedziałek, 8 lipca 2019

Deszczowy Sopot

W minioną sobotę (06.07.19.)  byliśmy na wycieczce w Sopocie.  Wycieczkę zorganizowały koła gospodyń wiejskich z Maksymilianowa i Niemcza.  Wyjechaliśmy o 7.00, a wróciliśmy po 20.00.  Sześć godzin trwała jazda w obie strony wraz z dwoma postojami na parkingu przy A1, a siedem godzin byliśmy w Sopocie.  Każdy z uczestników (około 40) spędzał czas według swojego planu.  Zaraz utworzyły się grupy, które ruszyły na molo i na statek, inne zaczęły od wizyty w barze lub spaceru po Monciaku.

Ja z Lucią poszliśmy najpierw szukać parasola bo zaczęło padać, a Lucia swój parasol zostawiła w autobusie, który już sobie odjechał.

Kupiliśmy parasol i najpierw poszliśmy obejrzeć kompleks dworcowy w Sopocie bo kiedyś pracując w Gdańsku przez osiem lat często z tego dworca korzystałem i chciałem zobaczyć jak on wygląda po ponad 30 latach.

Potem trafiliśmy do państwowej galerii przy Monte Cassino, gdzie poszliśmy na wystawę malarstwa (10 zł. za wstęp od osoby).  Na trzech kondygnacjach wystawiane było malarstwo żydowskiego malarza, głównie o tematyce wojennej.  Nie za bardzo nam się podobała ta wystawa.

Potem trafiliśmy (na scenie w pobliżu mola) na inscenizację bajki "Królowa Śnieżka i siedmiu krasnoludków".  Pooglądaliśmy kilkanaście minut i ruszyliśmy nad morze.  A deszcz padał, chwilami mocno, ale zazwyczaj była to taka średnia mżawka.

Zdjęliśmy buty i skarpety i schowaliśmy za nieczynnym barem pod leżącym tam parasolem i brodząc w wodzie ruszyliśmy w stronę Gdyni.   Doszliśmy prawie do Gdyni Orłowa, a w drodze powrotnej przy chwilowej ulewie wypiliśmy sobie po szklaneczce Martini.

Odszukaliśmy buty i ruszyliśmy ponownie na Monciak.  Tutaj poszliśmy do restauracji Chianti, która jak się okazało otwarta została cztery dni wcześniej.  Pani namówiła nas na zupę rybną (24 zł. porcja) co okazało się strzałem w przysłowiową dziesiątkę.   Gęsta zupa zaprawiona pomidorami zawierała kawałki miecznika i tuńczyka, królewskie krewetki (dwie) i po dwa małże.  Rewelacja.  Gorąco polecam.

Potem jeszcze spacer uliczkami i do autobusu.

Pomimo deszczu i chłodu bardzo udany wyjazd.

Poniżej kilka zdjęć z opisanej wycieczki.

Przyjechaliśmy i od razu udaliśmy się pod molo.

Inscenizacja "Królowej ŚNIEŻKI"

Przy Monciaku

Jak wyżej



Plażą w stronę Gdyni.  Jak widać tłumów nie było, a to raptem około kilometra od molo gdzie tłumy się kłębiły.

Jak wyżej (jakość celowa)

Ciężka dola ratowników

Tutaj jedliśmy wspaniałą zupę rybną

Chwilami naprawdę mocno padało.



poniedziałek, 1 lipca 2019

Nowa tradycja.

Od jakiegoś czasu obserwuję uroczystości ślubne przeprowadzane w pięknych plenerach ogrodu botanicznego w bydgoskim Myślęcinku.

Osobiście to mi się podoba, ale do przywożenia i wywożenia krzeseł, baldachimów, stołów i innego wyposażenia używałbym mniejszych samochodów niż te które obserwowałem i do tego mogłyby te samochody parkować na alejkach, a nie na trawnikach.

Poniżej kilka zdjęć z takiej uroczystości.

Zdjęcia wykonałem pod koniec czerwca 2019 roku.









wtorek, 25 czerwca 2019

Plener rzeźbiarski w Myślęcinku.

Od lat w czerwcu odbywają się w Myślęcinku plenery rzeźbiarskie.  Młodzi artyści rzeźbią różne formy i kształty z przygotowanych wielkich pni drzew.   Potem te gotowy rzeźby w znacznej większości zostają umieszczone w różnych punktach myślęcińskiego parku.

Tak było i w czerwcu tego roku.

Poniżej efekty tegorocznego pleneru.











                                     Poprzedni plener.

czwartek, 20 czerwca 2019

Kolejny raz na budowie S5.

Dzisiaj (20.06.2019) kolejny raz przejechałem rowerem około 12 km po budowanej S5 i zrobiłem kilka zdjęć, a także rozmawiałem z grupą osób zatrudnionych przy budowie tej drogi i bardzo byłem zdziwiony tym co usłyszałem.

Konstrukcja wiaduktu nad magistralą węglową w Maksymilianowie nasunięta w całości


Według pracowników budowy ta nawierzchnia jest już kompletna, a jej trwałość określili na 50 lat.

Szczegóły nawierzchni

jak wyżej

Dzisiaj - po zachodzie Słońca



Poprzedni post z tego cyklu

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Tak było na Wełnianym Rynku prawie "oczko" temu.

Moja firma, moje sklepy.  To jeden z nich.  Oczywiście była trójka współwłaścicieli kilku firm, ale to ja zajmowałem się firmą handlową i to ja ją organizowałem i przez dziesięć lat nią kierowałem.  To taki fragmencik historii miedzy innymi, bydgoskiego Wełnianego Rynku.



niedziela, 16 czerwca 2019

Kilka refleksji natury ogólnej - 55

Po pierwsze - jeżeli ktoś obejrzał mini serial pod tytułem "Czarnobyl"  (HBO) to powinien zadać sobie pytanie - czy coś się zmieniło obecnie w stosunku do tego co przedstawia ten serial?

Moim zdaniem nic się  nie zmieniło oprócz tego, że  minęło 30 lat od tych tragicznych chwil. Może trochę zmieniły się stroje i obyczaje, ale cała  reszta pozostała taka sama.  Zastanawiam się dlaczego tak jest i dochodzę do jedynego logicznego wniosku - otóż dla Rosjan ważniejsze jest przekonanie o tym, że są największą światową potęgą i ta jest ich dumą,  to jest dla nich ważniejsze niż ich poziom życia, niż ich powodzenie osobiste.  To jest oczywiście droga donikąd, ale oni o tym nie wiedzą bo tak ich wychowano, tak ich indoktrynowano przez całe ich życie i oni w zdecydowanej większości w to wierzą.

"Wykorzystamy bio-roboty - mówi wysoki partyjny dygnitarz .   A co to takiego pyta naukowiec?  No jak to  co - to oczywiście  ludzie  radzieccy".  Ten cytat z filmu najlepiej oddaje istotę tego co napisałem powyżej. 

Po drugie - znalazłem w moich zapiskach taki oto tekst (cytuję dosłownie):  " Oglądałem w TVP3 sprawozdanie z komisji orlenowskiej.  Były członek Rady Nadzorczej i zarządu  (banda oszustów dlatego mała litera) nijaki Krzysztof Kluzek mówił bardzo ciekawe rzeczy.  Między innymi, że we władzach spółek powiązanych z tym oszukańczym koncernem pracowali i pracują takie osoby jak żona i syn byłego premiera Oleksego, żona pana Siemiątkowskiego( były minister spraw wewnętrznych), brat aktualnego premiera pana Belki, Dubaniowski, Szymczycha,  ( ten od prezydenta Kwaśniewskiego), a także sam były prezydent Kwaśniewski.  I inni.  Wszyscy oni ssali smoczek z ropą naftową.  Ale ilu było ich naprawdę i ile ukradli tego nigdy się nie dowiemy.  I tak wszędzie.  Ot to nasza Polska właśnie.  Ale flagę wywiesiłem bo jestem patriotą"  Koniec cytatu.

Po trzecie - gdzie jest Michał Dzięba?  Pisałem już o tym wielokrotnie i to w w dziesiątkach, a może nawet już setkach miejsc, także na moim blogu.  I co?  I nic.   Poniżej wpis jakiego dokonałem 13.06.2019 na moim profilu w FB:

Granicą polskiej "demokracji" Jest postać Michała Dzięby. Rok i miesiąc temu krytykował obecnego prezydenta Warszawy, ujawniał tajemnice baronów z KGHM-u i publicznie głosił wiele opinii i prawd. Nagle przepadł i go nie ma. Od ponad roku zadałem setki pytań na najróżniejszych portalach dotyczących tego co się z nim stało. Pytałem Roli, Gadowskiego, Lisa, Ziemkiewicza , Korwina, Schetyny i dziesiątki innych publicznych osób. I nigdy do tej pory nie uzyskałem odpowiedzi co się stało z gościem, który powiedział odrobinę prawdy.

To są autentyczne granice polskiej "demokracji" bo kto zabrania wszystkim odpowiedzi na tak proste pytanie?

Panie Ziobro, gdzie my żyjemy?

To więcej niż matrix. Bo jeden człowiek lub grupa osób może unicestwić każdego i to bez śladu po nim.

Dlaczego to nikogo nie interesuje?

Dlaczego się na to godzimy?

Ja się nie godzę i co mi zrobicie.

Informuję, że zabezpieczyłem się na okoliczność mojego zniknięcia.   Koniec cytatu.




Konkluzja: ludzie mają nieprawdopodobnie krótką pamięć.


Poprzedni post z tego cyklu

środa, 12 czerwca 2019

Bogusław - odcinek 13

Poprzedni odcinek (12)

Odcinek - 13

Pierwsza wizyta Leszka w cechu dobiegała końca.  Po dopiciu kawy i trunków, panowie Janusz i Leszek pożegnali się ze Starszym i wyszli z biura cechu.  Zatrzymali się na krótko pod budynkiem cechu, gdzie pan Janusz powiedział - teraz mam sporo spraw do załatwienia i muszę iść do swojej firmy.  Niech pan skombinuje te dwie flaszki i czeka na mnie tak za dziesięć szósta pod fryzjerem na Sowińskiego, wie pan gdzie to jest?   Tak, tak oczywiście wiem .  Będę tam o tej porze i postaram się odpowiednio przygotować do tego spotkania - odpowiedział  Leszek.  Po czym kolejny raz tego dnia poszedł na Stary Rynek.  Nabył dwa bony PKO i kupił dwie połówki żytniej.  Potem idąc ulicami Podgórną, Małgorzaty Fornalskiej i Bielicką doszedł do swojego domu.  Zjadł obiad, porozmawiał ze swoimi paniami i   pozytywnie naładowany poszedł pieszo do fryzjera na ulicę Sowińskiego.  Szedł wolno bo miał spory zapas czasu i chciał jeszcze sobie to wszystko co się ostatnio wydarzyło, spokojnie przemyśleć.   Za piętnaście szósta wieczorem przecinał na skos Plac Piastowski idąc od ulicy Śniadeckich w stronę zakładu fryzjerskiego pana Pająka.  Pod starym jednopiętrowym, odrapanym budynkiem, przy obskurnym wejściu do "Fryzjera",  jak głosił dumnie spory napis, czekał już na niego pan Janusz.  Panowie zamienili kilka zdawkowych zdań po czym weszli do środka.   Zaraz po przekroczeniu progu Leszek poczuł się jakby żywcem przeniesiony do połowy lat sześćdziesiątych, kiedy, to w jego rodzinnym Wągrowcu, mama zmuszała go do comiesięcznych wizyt w zakładzie fryzjerskim pana Martyńskiego mieszczącym się przy ulicy Armii Czerwonej. 

Przy oknie zaraz obok drzwi wejściowych, w obszernym przyciemnionym pomieszczeniu, na archaicznym fotelu fryzjerskim siedział jakiś klient, którego ledwo co było widać  spoza owijającego jego szyję ręcznika.   Wokół tego klienta uwijał się łysawy grubasek średniego wzrostu i wieku, ubrany w,  jak byśmy to określili, parafrazując Bułhakowa, biały fartuch drugiej świeżości.    Cześć Zdzichu, powiedział głośno pan Janusz, przekraczając próg, zwracając się w stronę mistrza fryzjerskiego, po czym zaraz dodał - dzień dobry panu, mając pewnie na myśli klienta na fotelu.  Leszek równie głośno powiedział - dobry wieczór panom.  Pan Zdzichu spojrzał na przybyłych i odpowiedział - cześć, witam, siadajcie panowie tam na krzesłach pod ścianą.  Ja muszę skończyć strzyżenie, a potem pogadamy.  Bogdan dzwonił, że się spóźni parę minut no to nawet dobrze się składa.  Panowie usiedli na wskazanych im przez pana Zdzisława, prostych drewnianych krzesłach.  Pan Janusz wziął do ręki jakąś starą gazetę leżącą na jednym z krzeseł i zaczął ją przeglądać, a Leszek, jak to miał w zwyczaju, zaczął ciekawie rozglądać się po zakładzie.  Wszystko co zobaczył utwierdziło go w pierwszym wrażeniu jakie odniósł zaraz po przekroczeniu progu tego zakładu usługowego.  Jak się później okazało był to zakład z dużymi tradycjami.  Istniał w tym miejscu już od trzech pokoleń.  Jego twórcą był dziadek pana Zdzicha.  Jednak widocznie kolejni właściciele nie dokonywali większych zmian w jego wyglądzie i wyposażeniu.  

Przesiedzieli tak około dziesięciu minut, gdy drzwi wejściowe otworzyły się i do fryzjera wkroczył pan Bogdan.  Przywitał się wylewnie z właścicielem zakładu i zamienił z nim na boku, parę zdań, po których pan Zdzichu wrócił do strzyżenia, a pan Bogdan podszedł do panów Leszka i Janusza, mówiąc - witam ponownie, jak tam panie inżynierze dyżurne flaszki są na miejscu?    Oczywiście panie Starszy , odpowiedział Leszek, wyjmując jednocześnie ze swojej torby i podając panu Bogdanowi dwie półlitrowe butelki wódki żytniej.  Pan Bogdan poszedł z tymi butelkami na zaplecze i już po chwili wrócił niosąc na niewielkiej metalowej tacy, cztery do połowy napełnione wódką tak zwane musztardówki, czyli po prostu szklanki po musztardzie.  Postawił tacę na jednym z krzeseł tuż obok pana Janusza po czym zabrał jedną szklankę i podszedł z nią do pana Zdzicha.  Ten, tylko nieznacznie odwracając się od klienta, wziął szklankę po czym opróżnił ją jednym haustem i powiedział - już kończę, zaraz do panów przyjdę.   Faktycznie po jakiś dwóch, trzech minutach, klient wstał z fotela, zapłacił i wyszedł.  Pan Zdzichu zamknął drzwi wejściowe na klucz i przesuwając nieznacznie tacę z musztardówkami, usiadł na krześle obok pana Janusza, po czym zapytał - to o co właściwie chodzi, coś tam Bogdan mi mówiłeś, ale może powiesz dokładnie i  konkretnie, a w ogóle to nalej Bogdan jeszcze jednego i najpierw wypijmy na drugą nóżkę za nasze spotkanie, ruchem głowy wskazał Starszemu swoją szklankę.  Starszy nalał Zdzichowi, bo pozostali jeszcze mieli wódkę w musztardówkach, a potem poczęstował wszystkich papierosami, zaś po chwili sam zapalił i po głębokim zaciągnięciu się dymem, powiedział - widzisz Zdzichu jest tak - ten obecny tutaj inżynier Marcinkowski chciałby zostać rzemieślnikiem w branży instalatorstwa sanitarnego.  Kłopot jest jednak taki, że nie spełnia wymagań jakie stawia izba rzemieślnicza.   Jest co prawda inżynierem budownictwa, ma też sporo różnych uprawnień, ale w myśl przepisów musi mieć papiery mistrza lub robotnika wykwalifikowanego i to konkretnie w zawodzie w jakim chce być rzemieślnikiem.  Problem w tym, żeby  pomóc mu zdobyć te papiery.  Pan Zdzichu wychylił jednym haustem kolejną szklankę, ponownie potężnie zaciągnął się papierosem po czym stwierdził - a co ja tutaj mogę, jestem tylko zwykłym fryzjerem, jak niby mam wam pomóc?   Zdzichu ty tu nie pieprz głupot, odpowiedział Starszy, znasz przecież Janusza i wiesz, że z głupstwami nigdy do nas nie przychodzi.  A w ogóle to rzadko o coś prosi.  Sam za to dużo pomaga innym.  Jak mu zależy to trzeba to załatwić i już.  Ty tu nie opowiadaj bzdur tylko powiedz co zrobić.  Jesteś w końcu w cechu od szkoleń, czy nie?    Pan Zdzichu, niby obrażony, podrapał się po resztce swoich włosów, potem kolejny raz wskazał swoją szklankę i powiedział - no jeżeli tak sprawy stoją i mam coś zrobić dla pana Janusza,  to nie ma wyjścia.  Trzeba spróbować coś zakombinować.  Wychylił kolejny raz, zapalił kolejnego papierosa, przez chwilę udawał, że o czymś mocno myśli, a potem powiedział - chyba wiem kto może tutaj coś zaradzić.

Znacie Mariana Bednarka, dyrektora Ośrodka Doskonalenia Zawodowego, moim zdaniem, tutaj tylko on może pomóc.  To ty Zdzichu dzwoń od razu do niego.   Na pewno jest teraz w pracy, daleko z ulicy Kościuszki do nas  nie ma, jak da radę, niech jak najszybciej przyjdzie, powiedział Starszy.   Zdzisław podszedł do telefonu i zadzwonił, ale okazało się, że dyrektor właśnie prowadzi zajęcia, zaś przerwę, jak oznajmiła pani sekretarka, będzie miał za jakieś piętnaście minut.   To jak będzie miał  przerwę niech tutaj do mnie zadzwoni, do pana Zdzisława Pająka, pani sobie zapisze numer i nie zapomni przekazać szefowi, powiedział pan Zdzichu, kończąc rozmowę.  Czekając na telefon od dyrektora, panowie zajęli się rozmową na tematy cechu.  W pewnym momencie pan Zdzichu, wskazując na pana Leszka, powiedział - coś licho ten pan inżynier pije.  Niby budowlaniec i do tego młody, a paru marnych setek wypić nie może.  Co jest panie inżynierze, wypij pan do końca, to nalejemy jeszcze raz i wypijemy porządnie, na raz, do dna, jak piją normalni ludzie, a nie będzie pan sączył jak jakaś paniusia.  Na szczęście dla Leszka, w tym momencie zadzwonił telefon i pan Zdzichu poszedł rozmawiać.  Dzwonił dyrektor pytając o co chodzi.  Pan Zdzichu nie patyczkując się wiele, powiedział do słuchawki - musisz tutaj do nas zaraz przyjść, jest u mnie Starszy Cechu i inni ludzie i jest bardzo poważna sprawa.  Czekamy na ciebie dodał i odłożył słuchawkę, nie bardzo przejmując się wyjaśnieniami dyrektora, że teraz nie może, że prowadzi zajęcia, że może za dwie godziny i tak dalej.   

Już po dwudziestu minutach ktoś zapukał do drzwi zakładu.  Okazało się, że to pan Marian Bednarek, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Zawodowego. Pan Marian starszy, siwy, szczupły, elegancko ubrany gość, poirytowanym głosem zdążył tylko powiedzieć - co jest panowie, pali się, czy co, odrywacie mnie od prowadzenia ważnych zajęć i zmuszacie do biegania po nocy.   Niestety więcej nie udało mu się powiedzieć, gdyż  Zdzichu, nie bardzo słuchając co mówi, wręczył mu, prawie całkowicie napełnioną musztardówkę, przerywając tą emocjonalną wypowiedź, stwierdzeniem - najpierw wypij karniaka, rozluźnij się, uspokój, a potem Starszy powie ci o co chodzi.  Pan dyrektor z początku wzdragał się, że przecież jest w pracy, nie tak jak pozostali, że nie może sobie pozwolić na picie, że musi jeszcze wrócić na zajęcia, które trwają do dwudziestej drugiej.  Jednak w końcu wychylił całą szklankę, obtarł dłonią usta, sięgnął po papierosa i ponownie zapytał - no to w końcu o co chodzi? 

Już po chwili pan Bogdan, Starszy Cechu, wyjaśniał panu Marianowi w czym rzecz.  A potem, po tych wyjaśnieniach, dodał - przedstawiam ci pana inżyniera Marcinkowskiego, bliskiego znajomego Janusza, którego ci przedstawiać chyba nie muszę.  On chce być rzemieślnikiem, ale nie ma potrzebnych kwalifikacji i tutaj ty jesteś potrzebny.  Masz tak zrobić, żeby zdobył najszybciej jak to tylko możliwe, papiery mistrza lub robotnika wykwalifikowanego.  Wszystkim nam na tym zależy, a tylko ty możesz to załatwić.  Ale przecież dyplomy mistrzowskie są dla robotników, a nie dla inżynierów, stwierdził pan dyrektor.  A do tego trzeba skończyć półroczny kurs i zdać oba egzaminy, teoretyczny i praktyczny, dodał.  Maryś ty nie kombinuj jak koń pod górę, tylko powiedz co inżynier ma zrobić, żeby rozwiązać swój problem, odpowiedział Zdzichu, napełniając ponownie szklankę dyrektora.  Marian, to jest zięć mojego najlepszego kolegi i bardzo, ale to naprawdę bardzo, mi zależy, żeby to załatwić, dodał pan Janusz.  Marian sam widzisz, trzeba człowiekowi pomóc, włączył się Starszy.  Pan Marian wychylił i trochę już poirytowanym głosem zaczął wyjaśniać - jakby to było możliwe to przecież bym pomógł, ale tak się składa, że akurat dwa tygodnie temu zakończyliśmy kursy, odbyły się już egzaminy, a tydzień temu rozpoczęły się nowe kursy.  Musi pan inżynier zapisać się na kurs, a jak w czerwcu zda egzaminy to otrzyma upragnione papiery.  Na dzisiaj nic więcej oprócz przyjęcia w trybie nadzwyczajnym, na rozpoczęty już kurs, nie mogę zrobić.  Wówczas Starszy cechu zapytał - co pan na to panie inżynierze, czy tak można to załatwić?   Na to Leszek odpowiedział - niestety to chyba będzie dla mnie koniec kariery rzemieślnika i to już na samym starcie.  Jeżeli w ciągu dwóch miesięcy nie załatwię tej sprawy to mój wspólnik na pewno się wycofa, a parę miesięcy go namawiałem do wspólnego działania, a do tego przepadnie nam super zlecenie, które już mamy wstępnie uzgodnione, a które mieliśmy realizować już od maja.   To duże zlecenie z parafii Ducha Świętego.  Płatnik solidny i terminowy, a to na początku ma największe znaczenie.  

Z tym zleceniem to Leszek mocno przesadził, gdyż na razie to odbyli z Michałem w tej sprawie tylko jedna niezobowiązującą rozmowę, ale pomyślał szybko, że całej prawdy nie ma potrzeby, w tych okolicznościach, mówić.  Wówczas pan Zdzichu, rozlewając już kończącą się wódkę, stwierdził - no sam Marian widzisz, że trzeba temat załatwić szybciej, rusz tą swoją łepetyna i pokombinuj.  A co ty mnie kurwa denerwujesz, myślisz, że ja robię coś na złość i nie chcę załatwić, odpowiedział pan dyrektor.   Po chwili zastanowienia dodał - ale może jednak coś się da zrobić.  Chyba jeszcze, w naszym województwie, nie wszystkie egzaminy na mistrza się pokończyły.  Zaraz zadzwonię do pani Krysi, mojej sekretarki i zapytam jak stoją sprawy z tymi egzaminami.  Pan Marian podszedł do telefonu, zadzwonił do swojej sekretarki.  Po paru minutach wrócił i powiedział - pani Krysia dokładnie sprawdzi, czy nie odbędą się jeszcze gdzieś egzaminy w branży sanitarnej i oddzwoni.  Po chwili zadzwonił telefon i pani Krysia poinformowała pan dyrektora, że jutro o dziewiątej trzydzieści rano odbędzie się w Mogilnie ostatni w naszym województwie tego typu egzamin.  Pan dyrektor przekazał tę informację pozostałym i prosto z mostu, zapytał Leszka - to jak pojedzie pan jutro na ten egzamin.  Leszka zamurowało, był kompletnie zaskoczony, nie bardzo wiedział co odpowiedzieć.  Coś tam bąkał pod nosem i wreszcie zaczął mówić - jak to, ja nie mam pojęcia o czym był kurs, nie wiem jakie będą pytania i czy zdam ten egzamin.  Ty inżynier nie wydziwiaj, albo jedziesz na egzamin, albo chodzisz pół roku na kurs, stwierdził pan Zdzichu, a pan Marian dodał - niech się pan tak nie przejmuje, jako inżynier na pewno pan sobie poradzi.   Zresztą dam panu skrypty, podręczniki i zestawy przykładowych pytań to do rana się pan poduczy.  To jak jedzie pan?  A co mam robić, muszę jechać, odpowiedział, kompletnie zdezorientowany, Leszek.  To mi się podoba, stwierdził pan dyrektor, a pan Zdzichu nalewając już zupełne resztki wódki, powiedział - no to wypijmy za tak dobre załatwienie sprawy i pamiętaj pan, panie inżynierze, że na kursie najważniejsze jest jego zakończenie.  Jak pan nie chce mieć żadnych kłopotów, niech pan nie zapomni żeby przed egzaminem pójść do starosty kursu i dołożyć się do skromnych prezentów dla egzaminatorów, jak i do imprezy, która tradycyjnie odbywa się zawsze po egzaminach.   


Następny odcinek (14)

czwartek, 6 czerwca 2019

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 69

Dzisiaj fragment dużego (49,90 m2) pokoju typowego M3 położonego na bydgoskim Szwederowie.

Zdjęcie pochodzi z kwietnia 1983 roku.

A kilim oczywiście kupiony w Cepelii na Al. 1-Maja w Bydgoszczy za równowartość prawie jednej pensji.  Ława szwedzka rozkładana i kącik tapicerski z Potulic (po prawej widać fragment fotela).



                            Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 24 maja 2019

Ponownie na budowie S5

Dzisiaj (24.05.2019) "wizytowałem" (stary inwestorski nawyk) kolejny odcinek budowy drogi ekspresowej S5 w okolicach Bydgoszczy.

Tym razem przejechałem rowerem nowy odcinek ścieżki rowerowej wzdłuż przebudowanego i oddanego już do użytku odcinka drogi numer 244 (Maksymilianowo - Koronowo) wraz z czynnym także wiaduktem nad budowaną drogą ekspresową.  To tylko dwa kilometry nowej ścieżki, która ma w przyszłości połączyć Bydgoszcz z Samociążkiem, ale zawsze coś i to porządnie wykonane.

Jeżeli uda się w końcu wybudować ścieżkę rowerową wzdłuż ulicy Jeździeckiej na odcinku od Szosy Gdańskiej do ulicy Słowackiego w Niemczu (Gmina Osielsko deklaruje na ten cel 1 mln. zł.  czyli około połowy kosztów chociaż ta ścieżka będzie przebiegać przez teren należący do Bydgoszczy ) , dalej do Koronowskiej w Żołędowie ścieżka jest wybudowana, a potem tylko odcinek wzdłuż ulicy Koronowskiej i jak powstanie cała ścieżka wzdłuż drogi nr 244 to zamknie się wielka pętla.  I bydgoszczanie będą mogli jechać z Myślęcinka do Samociążka, a potem do Koronowa i kładką po kolejce wąskotorowej wrócić przez Tryszczyn do Bydgoszczy,

Dla wielu turystów rowerowych, a tych jest coraz więcej, będzie to na pewno ciekawa i atrakcyjna wycieczka.

Poniżej kilka zdjęć z dzisiejszej "wizytacji".

Czynny wiadukt w ciągu drogi nr 244

Widok z wiaduktu w kierunku północnym.  W głębi widać budowany wiadukt nad torami kolejowymi.

Widok z wiaduktu w kierunku południowym

Nie wiedziałem co to za wiadukt.  Poszedłem do budujących i zapytałem.  Okazało się, że to przejście dla zwierząt.

Konstrukcja owego przejścia dla zwierząt.  Moim zdaniem to ogromna przesada.  Wymiary przejścia to długość ok. 50 m, a szerokość ok.30 m.
Oj bogaty z nas naród

A wokół powyższego przejścia  (na zdjęciu w głębi) i to z obu jego stron powycinano ogromne połacie lasu.  Pracownicy z którymi rozmawiałem twierdzili, że to jakiś błąd tych co wycinali las.


Nowa ścieżka rowerowa.  Ale po co ten chodnik i dla kogo?
Znowu kłania się nasze bogactwo.

Moje oblicza - 1

Ten mój blog służy temu co ja pragnę przekazać potencjalnym jego czytelnikom.
Dzisiaj rozpoczynam kolejny wątek, tym razem osobisty.

Mam zdjęcia starsze od poniższego, ale one moim zdaniem,  nie przedstawiają mnie jako mnie.  Przedstawiają mnie jako kogoś nieświadomego prawd tego świata.  Jako dziecko lub nieco starsze dziecko i równie nieświadome tego co go czeka.

W chwili mojego życia, gdy wykonano to zdjęcie byłem już dosyć świadomym tego co mnie otaczało.

Dlatego ten cykl rozpoczyna zdjęcie z okresu, gdy już realnie się kształtowałem i gdy wydawało mi się, że doskonale wiem co mnie w życiu czeka.

Oczywiście każdy zapyta - po co to czynię? 

Czynię to po to, aby coś po mnie pozostało.

Pamięć jest zawodna, wdzięczność przeradza się w nienawiść, a wszystko jest względne.  Zaś internet jest bezwzględny i zawsze pozostaje jakiś ślad, chociażby na maleńkim marginesie.

 Autor bloga  - jesień 1968 roku.


Miałem wówczas 16 lat.

poniedziałek, 20 maja 2019

Dzisiaj na budowie S5

Dzisiaj pierwszy raz jechałem drogą ekspresową S5.  Co prawda przejechałem tylko nie więcej niż dwa kilometry i do tego rowerem, ale zawsze był to ten pierwszy raz i tak już pozostanie.

Poniżej kilka zdjęć z tej mojej "podróży" tą jakże oczekiwaną od długich lat przez bydgoszczan ( i nie tylko) drogą.

Co do terminu zakończenia robót nie będę się wypowiadał, ale na pewno nie będziemy jeździć po niej w planowanym terminie.







            Zdjęcia wykonałem dzisiaj czyli 20.05.2019 roku w Żołędowie i w Maksymilianowie

niedziela, 19 maja 2019

Szkolne wspomnienia - 10

Pomiędzy wrześniem 1967 roku, a czerwcem 1972 roku uczyłem się w Technikum Kolejowym Ministerstwa Komunikacji w Bydgoszczy przy ulicy Kopernika 1

To był najcudowniejszy okres mojego życia, chociaż wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy.

I tak jak każdy nastolatek buntowałem się z tysiąca różnych powodów.  A do tego szkoła z mundurami, z  regulaminem i nauczycielami jednoznacznie go wymagającymi i to bez wyjątków.

Nie będę moralizował bo nikt tego nie lubi, ale to właśnie, moim zdaniem, ta moja szkoła mnie ukształtowała.

Przyjechałem tutaj z pięknego powiatowego miasta Wielkopolski, z Wągrowca, na przekór tym wszystkim , którzy poszli do poznańskich szkół ( 50 km do Poznania, a 80 km do Bydgoszczy).  Po prostu byłem indywidualistą i tak mi już zostało,  Prawie nikt z moich bliskich tego do dzisiaj nie dostrzega, ale to nie powód, abym nadal nim nie był. 

Bycie sobą jest wartością, moim zdaniem, więcej wartą od wszystkiego innego.

Poniższe zdjęcie to kwintesencja tego o czym powyżej napisałem.

To zdjęcie wykonane w internatowym dwuosobowym pokoju numer 227 w internacie Technikum Kolejowego przy ulicy Warszawskiej numer 25 w Bydgoszczy.

A na tym zdjęciu to autor bloga i autor powyższych dywagacji w chwilowej niedyspozycji (choroby) w maju 1971 roku.



                          Poprzedni post z tego cyklu

środa, 15 maja 2019

Smutek na Długiej.

Wczoraj przeszedłem (pieszo) od pętli tramwajowej w Myślęcinku do Wyspy Młyńskiej, a potem pokrążyłem po Starym Mieście i przez Zbożowy Rynek udałem się do hali Łuczniczki i dalej na korty tenisowe Bydgoskiego Towarzystwa Tenisowego. 

Chodziłem ponad dwie godziny i dzisiaj tylko o trzech refleksjach z tego spaceru (a raczej marszu).

Po pierwsze już trzykrotnie ( w przeciągu 8 lat) na moim blogu w cyklu "Bydgoski wstyd" pisałem o największym bydgoskim wstydzie czyli zagospodarowaniu terenu narożnika ulic Gdańskiej i Śniadeckich ( przy Rywalu).  Teraz zamiast ohydnego ugoru mamy równie ohydny parking, jakieś budy i stragan warzywny.  A wszystko w scenerii późnego Gomułki.

Brak mi słów oburzenia na fakt, że przez ostatnie dziesięciolecia nie można zrobić z tego miejsca czegoś co byłoby na miarę ósmego miasta Polski, a nie nie na miarę socjalistycznej pipidówki.

Sprawa druga to przebudowa płyty Starego Rynku.  Duża kasa, dużo czasu, dużo roboty, a efekt moim zdaniem mizerny.

Trzecia sprawa to smutek na ulicy Długiej co najlepiej ilustrują poniższe zdjęcia.  Cóż tutaj komentować?







sobota, 11 maja 2019

Bydgoski wstyd - 9

Wczoraj z mojego tarasu widziałem ogromne kłęby dymu unoszące się nad wydawało mi się, że Niemczem.  Później okazało się, że to palił się jeden z baraków w Rynkowie.  Kiedyś miały tutaj swoją siedzibę wojska OTK (Obrony Terytorialnej Kraju), a później był tutaj internat Technikum Kolejowego.  Jednak od kilku dziesięcioleci miejsce to popadało w coraz większą ruinę.

Pisałem już o tym na moim blogu, a także na różnych forach internetowych, ale tylko pisałem.

Teren jest położony w obrębie Bydgoszczy w pięknym miejscu i do tego tuż przy przystanku kolejowym Rynkowo.

Dlaczego od tylu lat nikt z władz, radnych lub przedsiębiorców się tym miejscem nie zainteresowali to tego nie wiem.

Pewnie jak się wszystko spali i do tego z wielkim kawałem lasu otaczającym te ruiny to wtedy zaczną się dywagacje, tłumaczenia i wzajemne zwalanie win.

Poniżej kilka zdjęć, które wykonałem dzisiaj czyli 11.05.2019 roku.


Skutki wczorajszego pożaru








Przy okazji kolejny raz alarmuję, że leśnicy wycinają piękny bukowy las znajdujący się nad polaną Zacisze w Myślęcinku.  Twierdzą, że to cięcia pielęgnacyjne, ale dwa lata temu też takie cięcia robili.  To o co chodzi?





                              Poprzedni post z tego cyklu.

Sens życia.

Nikt tak naprawdę nie wie, nie ma pojęcia jaki jest sens jego życia.  Teorii na ten temat jest tyle ile ludzi na tej naszej planecie.  Religie próbują nadać sens temu sensowi, ale czy nie bardziej próbują manipulować maluczkimi uważając (w postaciach owych niby przedstawicielach Boga) się za lepszych, za tych co to.........i tak dalej.  Bo przecież zawsze znajdą się ci co mają inne zdanie, są mądrzejsi, są bardziej wierni, są doskonalsi, są po prostu tymi, którym wydaje się, że inni muszą podążać ich drogą, a jeżeli tego nie czynią to błądzą i zasługują na wieczne potępienie.

Cóż chciałem powiedzieć pisząc to co powyżej ?

Chciałem zmusić do refleksji.  Chciałem powiedzieć, że nie ma jednej, jedynej prawdy.

Sensem życia jest samo życie, a najbardziej szczęśliwi są ci co nie krzywdząc innych osiągają własne szczęście.  Własne szczęście w powodzi codzienności.

Te moje dywagacje mogą wydawać się naiwne, albo nawet głupie, lecz moim zdaniem warte są refleksji.

Szczęście przybiera różne formy i oblicza, ale zawsze jest ulotne i trzeba je umieć chwytać i umieć cieszyć się chwilą bo jak śpiewał Ryszard Riedel z zespołem Dżem - "Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi bo nie jesteś sam chwila która trwa może być najlepszą z twoich chwil. "

Każdy ma swoją wizje szczęścia i swoje oczekiwania, ale często przeżywając owe chwile nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.

Refleksje zazwyczaj przychodzą później i żal nam tamtych chwil, ale jakżeż wielką sztuką jest autentyczne cieszenie się szczęśliwymi chwilami, gdy one trwają.  Niestety najczęściej nie mamy najmniejszego pojęcia, że to w tym momencie mijają te nasze szczęśliwe chwile.

Warto się nad tym zastanowić.  Przystanąć, pomyśleć, ucieszyć się ową chwilą.

Na moim blogu dużo takich chwil szczęścia zamieściłem.

Poniżej jedna z nich.


https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2014/05/bieszczady-sierpien-1992.html

piątek, 10 maja 2019

Moje podróże -20 - trzydzieści lat temu

Trzydzieści lat temu spędziliśmy w Paryżu dwa piękne tygodnie.  Piękne bo był maj czyli najpiękniejszy miesiąc w roku.  Najpiękniejsze bo byliśmy w najpiękniejszym mieście naszego Świata.  Najpiękniejsze bo wszystko nas szokowało, onieśmielało i zadziwiało.  To był cudowny czas i moje pierwsze zetknięcie się z tak zwanym Zachodem.  To był pierwszy giros, pierwsza fanta, pierwszy powiew tego czego zupełnie do tej pory nie znałem.

To wjazd na trzeci poziom wieży Eiffla (48 franków - czyli połowa ówczesnej polskiej pensji).  To kawa pita na francuskiej ulicy za 6 franków, to trzynasta dzielnica w której się zgubiłem, to pierwsze owoce morza i tak dalej.

Dzisiaj to tylko sentyment, ale wtedy to był szok kulturowy i ekonomiczny.

Na szczęście było mnie na to stać i finansowo i mentalnie.

Jednak wrażenia pozostały i zawsze ten pierwszy raz jest najpiękniejszy.

Maj 1989 - przed Luwrem

Widok z trzeciego poziomu wieży Eiffla

Widok ze wzgórza Montmartre



Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 9 maja 2019

Moje podróże odcinek 19 - 30 lat temu

Poniżej zdjęcie, które wykonałem na 30 lat przed spaleniem się tej jednej z najsłynniejszych światowych ikon .




                            Poprzedni post z tego cyklu

środa, 8 maja 2019

Moje podróże - odcinek 18 - 30 lat temu.

W maju 1989 roku udałem się wraz z moją żoną i moją córką w podróż do Paryża.  Pojechaliśmy naszym wspaniałym (jak na owe czasy) samochodem Daichatsu Charade i w 200 -stuletnią rocznicę proklamowania "Stanów Generalnych" związanych z Rewolucja Francuską znaleźliśmy się we Wersalu, gdzie uroczyście obchodzono ową rocznicę.  Poniżej dwa zdjęcia dokumentujących te dawno minione, chwile.





                              Poprzedni post z tego cyklu

sobota, 4 maja 2019

Bogusław - odcinek 12


Poprzedni odcinek.


Bogusław odcinek 12

Leszek serdecznie podziękował swojemu teściowi.  I słuchając jego rad  wczesnym popołudniem podjechał pod Pewex na Starym Rynku, gdzie nabył od miejscowych koników, trzy bony towarowe PKO, za które z kolei nabył butelkę brandy Maxime.  Godzinę później, w piękne, słoneczne, ale mroźne środowe popołudnie, dwudziestego pierwszego stycznia roku pańskiego 1987, Leszek zapukał do biura pana Barczaka.  Tutaj, zaraz po wejściu, bardzo serdecznie, przywitał go wysoki, szczupły, postawny mężczyzna w średnim wieku z gęstą czupryną siwych włosów.   Leszek przedstawił się i od razu chciał wręczyć panu Barczakowi przyniesioną ze sobą flaszkę.  Ten jednak zdecydowanie odmówił i dobrotliwym tonem powiedział - pan schowa ten trunek, przyda się nam jak pójdziemy do innych, a jak nie, to wypijemy go kiedyś we trójkę z pana teściem.  Po chwili dodał - niech pan siada i mówi o co chodzi.   Może kawy lub herbaty , czy też może coś mocniejszego?  Leszek zdeprymowany, nieudanym początkiem wizyty, odmówił wszystkiego i zaczął opowiadać najpierw o swoich zamiarach, potem o piśmie z Urzędu Miasta i wreszcie o wizycie u prezesa Izby Rzemieślniczej.  Pan Janusz, gdyż tak prosił, żeby się do niego zwracać, wysłuchał uważnie przydługich wywodów Leszka, kiwając przy tym głową, z pełnym zrozumieniem oraz niekiedy dodając - a to historia.  Słuchał i uśmiechał się przy tym znacząco i to z widoczną aprobatą. 

Gdy  Leszek skończył swoją opowieść, Tak po prostu powiedział - widzę, że sprawa jest nietypowa i chyba mocno skomplikowana.  Na szczęście dla pana tak się składa, że jeszcze dzisiaj wieczorem spotykam się z panem Bogdanem Malinowskim, który jest starszym cechu branży budowlanej i drzewnej.  Jest on chyba jedyną osobą do której mógłbym się zwrócić o radę lub pomoc w pana sprawie.

Jeszcze niech mi pan powie, czy zależy panu na czasie, czy też można temat spróbować załatwiać spokojnie?  Bardzo mi zależy na czasie panie Januszu i to z wielu względów, z których najważniejszy to mój przyszły wspólnik.  Ogromnie mi na nim zależy, bo to  mój wieloletni dobry kolega, można nawet powiedzieć, że przyjaciel, a do tego w  sprawach zawodowych jest fantastyczny, doskonale sobie radzi z ludźmi i w ogóle jest super.  Jednym słowem bardzo bym chciał, żeby był moim wspólnikiem.   Jednak tak naprawdę to on jeszcze się waha i nie jest do końca przekonany, że dobrze robi idąc na swoje.   Dlatego też na samym początku ten wielki problem, może przekreślić nasze wspólne plany.  Są też inne powody, ale o nich wolałbym dzisiaj nie mówić -  dodał Leszek.  No tak, rozumiem pana, postaram się zorientować, czy w tej sytuacji mógłbym panu coś pomóc.  Niech pan jutro w południe do mnie zadzwoni to może będę już coś wiedział.   Głowa do góry i bądź pan dobrej myśli.  Proszę przekazać pozdrowienia dla pańskiego teścia,.  Ze swojej strony muszę dodać, że to wyjątkowy i bardzo solidny człowiek -  mówiąc to podał  Leszkowi rękę na pożegnanie.

Wieczorem po dwudziestej, Leszek pojechał do Michała i opowiedział mu ostatnie wydarzenia.  Potem porozmawiali około pół godziny o tym co dalej czynić, ale uradzili niewiele.   Tylko tyle, żeby z  dalszymi działaniami wstrzymać się do uzyskania odpowiedzi od pana Janusza.   W czwartek, parę minut po godzinie jedenastej, po powrocie z budowy w Toruniu, Leszek przechadzał się wokół pawilonu, w którym mieściło się biuro  firmy pana Janusza, zastanawiając się, czy wypada już tak wcześnie do niego pójść, czy może tylko zatelefonować do niego z budki telefonicznej.  Po piętnastu minutach wahań, wreszcie zdobył się na odwagę i wszedł na pierwsze piętro budynku, a po chwili wkroczył do biura firmy pana Janusza..  Miał szczęście, pan Janusz wrócił właśnie z Osowej Góry, gdzie pobudował niedawno spory i nowoczesny zakład poligraficzny.   Przyjął go bardzo serdecznie, nakazał wygodnie się rozsiąść we fotelu, poprosił sekretarkę o dwie kawy, a po chwili powiedział - od razu powiem, że w pana sprawie niczego konkretnie jeszcze nie wiem, ale bardzo dobrze się składa, że pan przyszedł, a nie dzwonił, ponieważ dzisiaj na piętnastą  umówiłem pana w cechu ze starszym cechu.  Tym o którym wczoraj wspominałem.  Tam u niego jeszcze raz dokładnie pan opowie o co chodzi.   Wczoraj w rozmowie ze mną, on wstępnie zadeklarował się, iż jak tylko będzie w stanie, to na pewno pomoże.   Oczywiście pójdę z panem.  Żeby jednak nam się dobrze rozmawiało to przydałaby się jakaś dobra butelka.  Z tego co wiem to Bogdan, czyli starszy cechu, szczególnie lubi whisky. 

To na razie tyle co miałbym do powiedzenia w pana sprawie.  A co tam u teścia?   Panowie pijąc kawę porozmawiali zdawkowo jeszcze około dziesięć minut, a na pożegnanie pan Janusz powiedział - spotkamy się parę minut przed piętnastą, na ulicy Jagiellońskiej, wie pan gdzie jest siedziba cechu?  Tak, tak oczywiście, będę tam o określonej godzinie i postaram się odpowiednio przygotować.  Po około piętnastu minutach od wejścia, Leszek opuścił biuro pana Janusza i tak jak poprzedniego dnia udał się pod Pewex na Starym Rynku.   Parę minut przed piętnastą czekał pod drzwiami wejściowymi do budynku cechu.  W jego przewieszonej przez ramię na długim pasku, skórzanej, myśliwskiej torbie, otrzymanej od dziadka Joanny, spoczywała pękata butelka whisky "Old Smuggler".

Pan Janusz był punktualny.   O trzeciej weszli do obskurnej i zniszczonej klatki schodowej.  Tutaj, na pierwszym piętrze tej starej kamienicy położonej w centrum miasta, znajdowało biuro cechu.  Wytarte drewniane stopnie schodów, chybotliwe poręcze, odrapane ściany z resztkami jakiejś seledynowej farby, pamiętającej pewnie okres świetności budynku, który już dawno przeminął, to pierwsze wrażenia Leszka związane z  cechem rzemiosł budowlanych i drzewnych.  Biuro cechu, od klatki schodowej, odgradzały solidne, rzeźbione drzwi, lecz niestety też pełne liszajów, plam i zadrapań.  Panowie weszli do środka do obszernego pomieszczenia.

Jedna z czterech urzędujących w nim pań, ujrzawszy pana Janusza, od razu do niego podeszła i konfidencjonalnie powiedziała - musicie panowie chwilę poczekać, proszę spocznijcie na tych krzesłach.  Akurat u starszego jest ktoś z komitetu wojewódzkiego, ale chyba zaraz wyjdzie bo siedzi już tam ze dwie godziny.   Starszy mi mówił, że pan przyjdzie i kazał przeprosić, gdybyście panowie  musieli trochę czekać.   Sam pan rozumie panie Januszu, siła wyższa.   Panowie usiedli na chybotliwych, twardych drewnianych krzesłach.  Pan Janusz wdał się w rozmowę z jedną z pań, a Leszek z ciekawością zaczął oglądać od środka ten kawałeczek, tak pożądanego przez niego, rzemieślniczego świata. 

Jednak to co zobaczył nie wprowadziło go w dobry nastrój, a raczej wręcz odwrotnie.   Na środku tego dużego pokoju, na podłodze zrobionej z pomalowanych na czarno, szerokich i mocno wytartych desek, stały cztery olbrzymie staromodne biurka.  W pokoju były dwa trzyskrzydłowe okna.  Wysokie na jakieś trzy i pół metra ściany, w stanie podobnym jak te na klatce schodowej, wieńczył sufit pełen ładnych, lecz niestety mocno podniszczonych gipsowych stiuków, ze środka których zwisały dwie olbrzymie, wieloramienne mosiężne lampy.  Pod ścianami stało kilka szaf zamykanych na drewniane rolety i dwa wielkie regały.   Obok szaf stało kilka różnej wielkości stolików, na których błyszczały swoją czernią i lśniły okrągłymi przyciskami stare maszyny do pisania.  Przy każdym ze stolików stało proste, drewniane biurowe krzesło.  Całe to wyposażenie pewnie pamiętało chyba jeszcze czasy sprzed pierwszej wojny światowej.  Na tych biurkach, regałach i stolikach, na parapetach okien i w pootwieranych szafach, a nawet w wolnych kątach pokoju i również wprost na podłodze, leżało mnóstwo papierowych teczek, skoroszytów, segregatorów, różnych luźnych dokumentów, pojedynczych kartek, zeszytów, notesów, kalek i innych papierzysk.   Stały tutaj stojaki z dziesiątkami różnej wielkości i kształtu pieczątek, spinacze, dziurkacze, zszywacze.  Leżały ołówki, długopisy, gumki do mazania, poduszki do tuszu, dwa spore kalkulatory elektryczne i cała masa innych mniej lub bardziej potrzebnych, w biurze, rzeczy.  Na regałach, w równych szeregach, stały jakieś dziwne książki, pewnie stare podręczniki, instrukcje lub przepisy.  Ułożone w stosy odpoczywały dzienniki urzędowe i branżowe.  Na blatach biurek wśród tego wszystkiego, obok szklanek z niedopitą herbatą, kanapek i ciastek, pewnie z cukierni na parterze, królowały wielkie czarne, ebonitowe aparaty telefoniczne, a obok nich stały stalowo szare, z mnóstwem przycisków i dźwigni wraz z dużą korbką z boku, arytmometry, popularnie zwane kręciołkami.  Wśród tego wszystkiego trzy panie z wielkim ożywieniem omawiały wczorajszy program telewizyjny.

Leszek w tej chwili poczuł się bardzo dziwnie.  Co prawda pracując na kolei bywał często w podobnych biurach, ale tutaj nagromadzenie tych różnych staromodnych sprzętów i wyposażenia było wyjątkowe, a do tego przecież przyszedł do świata, do którego chciał dopiero wstąpić i jego wyobrażenie o nim było całkiem inne.  Nie miał jednak zbyt wiele czasu, aby się nad tym bardziej zastanawiać, gdyż już, po około, dziesięciu minutach od ich przyjścia, z gabinetu Starszego wyszedł jakiś wysoki pan w długim płaszczu i kapeluszu, powiedział oschle - do widzenia po i chwili opuścił biuro cechu.  Po kolejnych paru minutach drzwi od gabinetu ponownie się otworzyły i Leszek zamiast spodziewanego starszego, poważnego, siwego pana, jak go sobie wyobrażał, sądząc po tytule Starszego Cechu, zobaczył, eleganckiego, młodego jeszcze, niespełna czterdziestoletniego, przystojnego, wysokiego mężczyznę.  Pan Bogdan Malinowski, gdyż tak się on nazywał, przywitał się kordialnie z panem Januszem, skinął głową w stronę Leszka i powiedział - przepraszam panów za małe spóźnienie, zapraszam do środka, do mojego gabinetu.  Przez obite skórą, dwuskrzydłowe. wysokie drzwi z eleganckimi mosiężnymi klamkami, panowie weszli jakby do innego świata, Kompletnie odmiennego od tego za drzwiami, które przed chwilą przekroczyli.  Prawie na środku dużego, jasnego pomieszczenia, przy szklanym niskim, ale dużym stoliku, stały cztery eleganckie, czarne, skórzane fotele, które wskazał im pan Bogdan, mówiąc - siadajcie panowie, może kawy i coś mocniejszego?   Chętnie wypijemy kawę, a coś mocniejszego to chyba pan inżynier ma w tej  torbie, powiedział pan Janusz, zwracając się do Leszka.  Tak, tak oczywiście, odpowiedział Leszek, wyjmując niezdarnie sporą butelkę whisky.  O widzę mój ulubiony trunek, lekko zdziwił się Starszy, spoglądając przy tym wymownie na pana Janusza.  Po chwili wyjął z czeluści swojego ogromnego biurka, trzy kieliszki i postawił je na szklanym stoliku.   No to nalej, dodał zwracając się do pana Janusza, zaraz poproszę o kawy.  Pan Leszek zaskoczony elegancją wnętrza oraz bezpośredniością Starszego Cechu, usiadł na brzegu fotela i zaczął się z ciekawością rozglądać po tym pięknym, jego zdaniem, biurze.  Obok foteli, na których siedzieli, stały dwie skórzane kanapy.  Przy ścianach stały eleganckie, ciemne, stylowe, meble, wśród których, wyróżniała się wysoka, bogato rzeźbiona, z mnóstwem drzwi, półek i szuflad, oryginalna gdańska szafa.  Naprawdę robiła wrażenie.  Aż chciało się do niej podejść i pomyszkować w jej przepastnym wnętrzu.  Ciemne, solidne biurko, które stało jakieś dwa metry przed tą szafą, było w tym samym stylu.  Na wolnych kawałkach, czystych i jasnych ścian, wisiały w złotych, bogato zdobionych ramach, obrazy o patriotycznej treści.  Na podłodze leżały grube, w delikatne wzory, ciemne dywany.  Z sufitu zwisała wielka mosiężna, z wieloma kloszami, lampa w stylu "Księstwa Warszawskiego".  Całość tworzyła nastrój powagi, elegancji, dobrego smaku i zamożności.   Leszek czuł się onieśmielony tą prawie wytwornością wnętrza, ale pan Janusz przerwał jego obserwacje, mówiąc - no to wypijmy ten szlachetny trunek na dobry początek.   A teraz niech pan, panie inżynierze, dokładnie opowie panu Bogdanowi w czym problem.   Leszek opowiedział o co chodzi, najwięcej uwagi skupiając na omówieniu wizyty w Izbie Rzemieślniczej.  Pan Bogdan słuchał uważnie, zadając czasem jakieś pytania.  Najbardziej interesowało go to co mówił prezes Izby.  Po kilkunastu minutach Leszek skończył swoje opowiadanie, a wtedy pierwszy odezwał się pan Janusz, mówiąc - jak Bogdan sam widzisz, pan inżynier Marcinkowski ma nie lada problem, chciałby zostać rzemieślnikiem, a nie może.  Ponieważ jest zięciem mojego serdecznego kolegi dlatego bardzo mi zależy, żeby mu pomóc, oczywiście o ile to możliwe.  Chyba trzeba by umożliwić mu ukończenie i to  jakoś szybciej lub na jakiś specjalnych warunkach, tego kursu na mistrzów, a dalej już musi poradzić sobie sam.   Z tym właśnie do ciebie przychodzimy.   Co ty Bogdan na to?    Tak od razu to nie odpowiem, ale wiem kto mógłby tutaj coś zaradzić.  Poczekajcie tutaj, może jeszcze trochę whisky, zaproponował Starszy.  Pójdę do sąsiedniego pokoju i zatelefonuję do odpowiednich osób. To idź, ale ja już nie piję, za dużo mam jeszcze spraw do załatwienia,  odpowiedział pan Janusz.  Pan Leszek także podziękował i pan Bogdan poszedł telefonować.  Wrócił po około pięciu minutach i powiedział - ponieważ jak panowie mówicie sprawa jest pilna, dlatego proponuję, abyśmy spotkali się jeszcze dzisiaj w szerszym gronie, w zakładzie fryzjerskim u pana Zdzisława Pająka, znasz go Janusz prawda?  Oczywiście, bardzo dobrze go znam.  On się zajmuje u nas w cechu szkoleniami i zgodził się z nami porozmawiać.  Mamy przyjść do niego, do jego zakładu na ulicy Sowińskiego, przed osiemnastą, czyli tuż przed zamknięciem.  Jak skończy robotę to porozmawiamy.  Od siebie dodam, zreszta Janusz sam najlepiej wiesz, że przydałaby się jakaś flaszka przy tej wieczornej rozmowie.  Znając Zdzicha to pewnie nie jedna, ale przynajmniej dwie - dodał pan |Janusz    Pamiętam, że kolega Pająk pije tylko czystą, a najbardziej lubi żytnią.



Następny odcinek (13)