sobota, 22 maja 2021

Aktywne miasta.

Zakończył się pierwszy etap rywalizacji w ramach rowerowej stolicy Polski.  Rywalizacja odbywała się na zasadach opracowanych przez bydgoski Urząd Miejski w formie aplikacji pod tytułem "Aktywne miasta".

Pierwsze miejsce zajęła Metropolia Bydgoska.  W ramach metropolii pierwsze miejsce zajęła Bydgoszcz, a drugie gmina Osielsko.  W ramach gminy Osielsko startowało 9 zespołów.  Zespół English Country w którym startowałem ja i moja żona zajął trzecie miejsce w ramach gminy Osielsko.  W tym zespole w ramach czterdziestu zapisanych uczestników Ludmiła zajęła 11 miejsce przejechawszy w ciągu 39 dni 393,8 km.

Ja przejechałem 934,5 km w tym samym okresie i zająłem w naszej drużynie  trzecie miejsce.

W ostatnim dniu rywalizacji 21.05.2021 pojechałem nad Mar Menor i półwyspem, a raczej groblą pomiędzy Mar Menor i wielkimi salinas dojechałem na plażę w pobliżu miejsca, gdzie kończy sie 32 kilometrowa mierzeja La Manga.  Mijałem setki flamingów i dziesiątki ludzi posmarowanych ozdrowieńczym błotem z salinas..  Oddychałem super powietrzem w którym wirowały cząsteczki soli i innych zdrowych substancji z salinas, a także z wielkich hałd soli, którą się pozyskuje z owych salinas.


Salinas, flamingi i sól.

Taką groblą jechałem.  Po prawej Mar Menor, po lewej salinas, a w przodzie Morze Śródziemne.

Ot taki widoczek

Te domy to hotele i apartamentowce na końcu La Mangi.


Ciekawy widoczek

Plaża w Lo Pagan (San Pedro del Pinatar) nad Morzem Śródziemnym



wtorek, 18 maja 2021

Sjesta

Przerwy w pracy w Hiszpanii wyglądają inaczej niż w Polsce.

Poniżej zdjęcia wykonane dzisiaj około godziny 14.00





wtorek, 11 maja 2021

Bogusław - odcinek 31

 Poprzedni odcinek


Odcinek 31

W tym jakże świetnym dla Leszka i jego dwóch wspólników okresie  miało miejsce kilka istotnych zdarzeń, które dzisiaj mogą się wydawać nieistotnymi, a nawet śmiesznymi lecz wówczas na pewno takimi nie były.

Pierwsze szczególnie zapamiętane przez Leszka wydarzenie miało miejsce w zimowy, jeszcze tego roku, poniedziałek, czternastego marca 1988 roku.

Leszek miał grypę i od paru dni nie wychodził z domu, a Karolinka korzystając z okazji także nie poszła przez parę dni do szkoły, gdzie zresztą również szalała grypa i nauczyciele zalecali rodzicom, żeby jak tylko mogą to niech nie przysyłają w te dni dzieci do szkoły. Akurat skończyli jeść późne śniadanie, gdy około godziny jedenastej rozległ się niespodziewany dzwonek u drzwi. To był listonosz, który przyniósł ogromna paczkę. W tej paczce był był przedmiot na który cała rodzina Leszka czekała z utęsknieniem od kilku miesięcy. Było to ówczesne cudo techniki, czyli magnetowid.

Na to nowoczesne i jakże pożądane przez wielu, "cudowne" urządzenie, marki Sanyo, Leszek wpłacił w Pewexie, ponad trzy miesiące wcześniej, aż czterysta trzydzieści dziewięć dolarów (ówczesna przeciętna miesięczna pensja to było około 20 dolarów). Przez owe trzy miesiące wielokrotnie dzwonił do centrali Peweksu w Warszawie z zapytaniem kiedy wreszcie otrzyma ten magnetowid, który według zapewnień ekspedientki ze sklepu Pewexu na ulicy Dworcowej, miał dotrzeć do niego najpóźniej do dziesiątego stycznia, czyli w przeciągu miesiąca od zapłaty i miał być, dla całej rodziny, trochę spóźnionym, ale najlepszym prezentem gwiazdkowym. Od pań z Warszawy, co dwa tygodnie, nieodmiennie słyszał, iż należy czekać i tyle. Już zwątpił, czy w ogóle otrzyma ten magnetowid i nawet chciał wystąpić o zwrot pieniędzy. Dlatego, gdy listowy wniósł paczkę, jego zaskoczenie było ogromne.

Już otwierając ten misternie zapakowany karton, Leszek na równi z Karolinką, cieszyli się jak małe dzieci po otrzymaniu, bardzo upragnionej, wymarzonej, zabawki. Ponieważ Leszek prawie dwa lata wcześniej kupił, z pieniędzy uzyskanych za wniosek racjonalizatorski, węgierski telewizor marki Videoton posiadający jako jedyny na polskim rynku, system telewizyjny PAL, potrzebny do odbioru kolorowego sygnału z magnetowidu, dlatego teraz, już po kilkunastu minutach od rozpakowania, oglądali jedyną kasetę jaką posiadali, czyli bajki z Kaczorem Donaldem. I wtedy ich radość była naprawdę pełna. Obecnie chyba mało kto potrafiłby się tak cieszyć po otrzymaniu jakiegoś elektronicznego prezentu, jak oni wtedy się cieszyli i to zarówno z tego cuda techniki i jak i z oglądania tych bajek. Pewnie z tej wielkiej radości, zaśmiewali się z przygód Kaczora do łez, a niektóre z nich oglądali, jeszcze tego dnia, wielokrotnie. Jakże piękne to były chwile.

Drugim, godnym odnotowania wydarzeniem, z tego okresu, była niezwykła, barwna i pełna zaskakujących zdarzeń, podróż służbowa Leszka i Bogusława. Podróż do Jasła. Pod koniec lutego firma Jemar zawarła w końcu umowę na wykonanie drugiej części sieci wodociągowej w Inowrocławiu. Zlecenie było ogromnie korzystne. Miało jednak jeden wielki feler. Tym ogromnym mankamentem była konieczność posiadania do jego realizacji, około kilometra rur z PCV i kilkuset różnych kształtek, niezbędnych do wykonania robót. Dwutygodniowe, najróżniejsze próby zakupienia chociażby części tych materiałów, zakończyły się kompletną porażką. Głównym powodem takiej sytuacji był fakt, iż Bogusław wykonując pierwszy etap wodociągu w Rąbinku, oczyścił do cna z tych rur i kształtek, wszystkie możliwe centrale budowlane i magazyny licznych firm w regionie. Pozostawała tylko jedna, jedyna droga dla osiągnięcia celu. Tą ostatnią nadzieją był wyjazd do fabryki produkującej te rury i kształtki i zakupienie potrzebnych materiałów bezpośrednio u producenta. Jedyna taka fabryka mieściła się na południowo-wschodnim krańcu Polski, w Jaśle. Wielokrotne próby rozmów telefonicznych z działem zbytu Gamratu, bo tak nazywała się ta firma, nie przyniosły żadnych efektów.

Pozostawało tylko wsiąść w owego niedawno zakupionego w skomplikowany sposób, Tarpana i pojechać do tego Jasła, a to prawie Bieszczady.  I tak to w paskudnej marcowej pogodzie wyruszyli w podróż wynoszącą około siedemset kilometrów do owego Jasła. Cała trójka zgodnie ustaliła, iż nie ma co jechać tylko na wycieczkę, ale trzeba zaryzykować i od razu wynająć z PKS-u ciężarówkę z przyczepą, aby jechała razem z nimi i od razu przywiozła zakupione rury. Jak uradzili tak też zrobili. Leszek z Bogusławem wyjechali z Bydgoszczy około siódmej wieczorem. Chcieli rano być na miejscu w fabryce. Samochód ciężarowy miał wyjechać w nocy, aby przyjechać parę godzin później. Tych dwanaście godzin jazdy, pokazało wreszcie jakie nabyli cudo polskiej myśli technicznej. Trudno opisać wrażenia z tej podróży odbytej w paskudnych, zimowych jeszcze, warunkach. Kto takiej siedemset kilometrowej jazdy, „wspaniałym” Tarpanem, sam nie doświadczył ten chyba nie będzie w stanie zrozumieć ich przeżyć. Wspomnieć warto tylko o kilku, delikatnie mówiąc, niedogodnościach. W czasie jazdy w szoferce dokuczliwie wiało i to praktycznie z każdego miejsca w kabinie. Wiało przez nieszczelne szyby, spod maski, z obudowy tablicy rozdzielczej i czort wie skąd tam jeszcze. Ogrzewanie działało iluzorycznie, wycieraczki bardzo marnie zbierały wodę, a reflektory kiepsko oświetlały drogę. Do tego dochodziła głośna praca silnika, zaś jego drgania czyniły, przy pewnych prędkościach, z całego samochodu swoisty wibrator, a przy dłuższej jeździe do kabiny, zamiast ciepłego powietrza, dostawał się smród spalin. Tych kilka przytoczonych cech, przybliża trochę obraz warunków tamtej jazdy. O ile poprzednio, w czasie wyprawy maluchem do Radomia, wydawało się im, że do celu dojechali zmęczeni, to w tym przypadku nie wiadomo co powiedzieć. W każdym razie do fabryki Gamrat w Jaśle przyjechali parę godzin później niż planowali, gdyż dotarli do bram fabryki dopiero około godziny jedenastej.

Tradycyjnie już dokonali zmiany swojego zewnętrznego wizerunku, w szczęśliwie otwartej, biurowej toalecie.  Potem posilili się trochę kanapkami i pomimo ogromnego zmęczenia w bojowych nastrojach, ruszyli do "ataku".   Ruszyli walczyć o rury i kształtki. Weszli na pierwsze piętro biurowca i na korytarzu, zaraz z brzegu, po lewej stronie, ujrzeli drzwi z napisem „dział zbytu”. Grzecznie zapukali i nie słysząc żadnej odpowiedzi weszli do środka. W pomieszczeniu, przy biurkach zawalonych stertami papierów, siedziały trzy panie. W głębi pokoju przez otwarte drzwi widać było drugie biuro. Jedna z pań, niechętnie spojrzawszy na nich, niezbyt grzecznie zapytała - a panowie do kogo i w jakiej sprawie?  My do pana kierownika działu zbytu – szybko odpowiedział Bogusław. Kierownik jest zajęty i nikogo nie przyjmuje, proszę przyjść jutro o godzinie ósmej rano, może wówczas znajdzie dla panów trochę czasu – stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu, głosem, oświadczyła ta sama pani.    Bogusław jednak nie zrażony, uśmiechając się szeroko, powiedział swoim tubalnym i najmilszym, jak tylko potrafił, głosem - ależ kochana pani my zajmiemy kierownikowi najwyżej pięć minut, a jechaliśmy ponad piętnaście godzin z bardzo daleka w tych zimowych, okropnych warunkach i jeszcze teraz jesteśmy tą jazdą potwornie zmęczeni.  Może jednak pani będzie tak miła i zapyta pana kierownika, czy wyjątkowo nie znalazłby, chociaż paru minut, dla nas. Zapewniam panią, że naprawdę nie zajmiemy panu kierownikowi dużo czasu. Pani, jeszcze raz, uważnie popatrzyła na nich, a potem, już trochę grzeczniej, zapytała - to skąd panowie przyjechali i w jakiej sprawie. Po usłyszeniu odpowiedzi z wyraźną niechęcią wstała z krzesła i weszła przez otwarte w głębi drzwi, do pokoju kierownika. Po chwili wyszła i oschle powiedziała - proszę, wejdźcie, pan kierownik jednak poświęci panom parę minut. Weszli do pokoju kierownika i znaleźli się przed obliczem niskiego, łysiejącego mężczyzny z wydatnym brzuszkiem i o bystrym przenikliwym spojrzeniu oraz postawie mówiącej - ja tutaj rządzę.  Stał on przy swoim wielkim biurku, zawalonym różnymi papierami i uważnie przyglądał się wchodzącym dwóm nieznajomym panom.  Chwila milczenia przeciągała się i dwaj biznesmeni z Bydgoszczy poczuli się niezręcznie, ale w końcu pan kierownik zapytał - słucham o co chodzi. Na to Bogusław prosto z mostu powiedział - przyjechaliśmy z Bydgoszczy i potrzebujemy na dzisiaj osiemset metrów rur o średnicy sto sześćdziesiąt milimetrów. Pana kierownika chyba zamurowało bo przez dłuższą chwilę nic nie odpowiedział. Dosyć szybko jednak ochłonął, po czym ostrym i nieprzyjemnym tonem, powiedział - niepotrzebnie się panowie trudziliście, przejeżdżając taki kawał Polski. Należało przysłać pocztą zamówienie i poczekać na odpowiedź z wyznaczoną datą odbioru rur, ale na pewno nie byłoby to w tym roku. Leszek zaczął opowiadać kierownikowi jaką to ważną dla kolei i narodu inwestycję muszą wykonać. Mówił, iż podpisali umowę i muszą się z niej wywiązać, gdyż inaczej nie dostaną już nigdy żadnego zlecenia. Niestety po paru minutach wygłaszania przez niego tych tekstów, szef działu zbytu oświadczył - przykro mi, ale nie mam dla panów więcej czasu, jeżeli chcecie panowie zostawić zamówienie to proszę to załatwić u pań w pokoju obok. Ja tutaj mam tylko same ważne i pilne zamówienia, które powinienem zrealizować już parę miesięcy wcześniej, niestety z powodu braku komponentów nie produkujemy tyle rur ile potrzeba. Przykro mi bardzo, ale nie mogę panom pomóc. Żegnam panów. Po czym wstał, wziął do ręki słuchawkę telefonu, dając do zrozumienia, że ich wizyta dobiegła końca. Nie pozostawało im nic innego jak tylko opuścić pokój kierownika. Wyszli załamani na korytarz i zaczęli się naradzać co dalej. Leszek stwierdził, że nie ma co się poddawać, należy jeszcze raz wejść do kierownika, dać mu ze dwa koniaki, których parę wraz z innymi flaszkami, przywieźli ze sobą, a jak będzie możliwość to pogadać również o jakiejś gratyfikacji. Tym razem, po około pół godzinie, zapukali do drugich drzwi po lewej stronie, wiedząc, że prowadzą one wprost do biura kierownika. Kierownik, chyba nie przypuszczając, że to znowu oni, powiedział głośno - proszę. I tym sposobem ponownie znaleźli się przed jego obliczem. Jak tylko weszli, zanim kierownik zdążył cokolwiek powiedzieć, Bogusław postawiał na biurku dwie flaszki tej samej co w Radomiu, dobrej, włoskiej brandy Stock, mówiąc przy tym - to panie kierowniku, aby nam się lepiej rozmawiało, a jak uda się, chociaż częściowo, załatwić nasz problem to na pewno odwdzięczymy się dużo lepiej. Kierownik wyraźnie zaskoczony takim obrotem sprawy, postawił brandy na podłodze obok biurka, ruchem głowy wskazując otwarte drzwi, po czym wstał i zamknął te drzwi, a potem powiedział - no co ja mam z wami zrobić. Naprawdę chciałbym pomóc, ale nie mogę. Na magazynie nie mamy ani metra potrzebnych wam rur, a w produkcji do końca tygodnia są tylko rury o średnicy sto dziesięć milimetrów. Akurat musimy zrealizować jedno bardzo ważne zamówienie rządowe. Co prawda czasami zdarzają się awarie i wtedy zastępczo, uruchamiamy linię produkującą te większe rury, które są wam potrzebne, ale na to dzisiaj, na pewno, nie ma co na to liczyć. Mogę zrobić najwyżej tyle, że postaram się przyspieszyć, w drodze wyjątku, termin odbioru rur, powiedzmy, że skrócę, specjalnie dla panów, termin realizacji do dwóch miesięcy.

Na dzisiaj, naprawdę wierzcie mi panowie, nie mogę nic więcej dla was zrobić. Dajcie mi to zamówienie i zadzwońcie do mnie po około dwóch tygodniach – dodał. Po czym wstał od biurka, dając ponownie do zrozumienia, że ich czas się skończył. Znowu znaleźli się na korytarzu i kolejny raz zaczęli kombinować - co dalej. Bogusław, po długiej chwili głębokiego zastanawiania się, stwierdził - wygląda na to, że dzisiaj już więcej nie zdziałamy, nie ma co wkurzać kierownika, bo w ogóle nam nic nie załatwi. Ale Leszek, tym razem, był bardziej uparty i powiedział - mamy jeszcze parę flaszek i nic nie wspominaliśmy dotąd o żadnych pieniądzach. Rozmawiali na tym korytarzu jeszcze kilkanaście minut, zastanawiając się się jak postąpić. Jednak, po długim wahaniu, postanowili jeszcze raz spróbować stanąć przed obliczem szefa działu zbytu. Żeby go jednak, swoim natręctwem, za bardzo nie zdenerwować, uznali, że zapukają do niego za jakieś dwie godziny. Po tych dwóch godzinach, które przesiedzieli w zimnym Tarpanie, z wielkim niepokojem i zdenerwowaniem zapukali znowu do drzwi pana kierownika zbytu. Już wchodząc do biura zauważyli, iż kierownik jest mocno poirytowany, ale jak postawili na biurku, tym razem, butelkę whisky Johnnie Walker, to pomaleńku twarz mu się wypogodziła i nawet dosyć grzecznie zapytał - i co znowu panów do mnie sprowadza, przecież już wszystko sobie dzisiaj powiedzieliśmy. Pierwszy odezwał się Bogusław - panie Bogdanie, gdyż takie imię było wypisane na tabliczce, na drzwiach biura, może znajdzie się w magazynie chociaż tych, powiedzmy, trzysta metrów rur sto sześćdziesiątek?  Może leżą gdzieś na placu?  Może jakieś wybrakowane?  Wie pan jak to jest. W nocy wyprodukują, a do kartotek magazynowych nie wciągną. Pan Bogdan spokojnie odpowiedział - ależ nie ma mowy, to jest niemożliwe, ale ponieważ dzisiaj jest już za późno, i pewnie magazyniera już nie ma, dlatego jutro postaram się dokładnie sprawdzić, czy gdzieś się ich trochę nie leży.    A jeżeli na przykład dzisiaj w nocy byłaby awaria i zaczęliby produkować te potrzebne rury, to czy pan kierownik sprzedałby nam to co w nocy wyprodukują – zapytał Leszek. Trudno tak kalkulować, takie sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko, powiedzmy raz w miesiącu i jest wręcz niemożliwe, aby zdarzyło się to akurat dzisiaj. Ponieważ my przyjechaliśmy od razu z dużym ciężarowym samochodem i tak ponieśliśmy już spore koszty, to poczekamy w Jaśle do jutra, może coś da się jednak załatwić - dodał Leszek. To już panów ryzyko. Niczego nie obiecuję, ale się rozejrzę i jutro, powiedzmy tak po ósmej, odpowiem panom co i jak. Po tej krótkiej rozmowie pożegnali grzecznie pana Bogdana i wyszli na plac przed zakładem, gdzie czekała już na nich ciężarówka z Bydgoszczy.  Grzecznie powiedzieli kierowcy ciężarówki, że niestety musi czekać do jutra, gdyż dzisiaj byli za późno i niczego nie załatwili. Kierowca mocno się oburzył, ale jak mu obiecali dodatkowe wynagrodzenie , to się uspokoił. Potem wsiedli do Tarpana i pojechali szukać noclegu. Przejechali dwukrotnie, całe Jasło, później pojechali do Krosna, zatrzymując się po drodze w kilku mniejszych miejscowościach, ale wszędzie słyszeli tylko jedno - miejsc do spania brak. Zjedli tylko późny obiad w marnej knajpie na przedmieściach Jasła i zniechęceni oraz mocno zmęczeni przyjechali późnym wieczorem na parking, pod „Gamratem". Siedzieli w zimnej kabinie i kombinowali co dalej robić. Po dwóch godzinach zauważyli jakiś ruch w niewielkim budynku położonym obok biurowca. Podeszli do wejścia i zagadnęli mężczyznę wychodzącego z budynku. Okazało się, iż jest to zakładowa straż pożarna, a przed chwilą, ten ruch co widzieli to właśnie nowa zmiana obejmowała służbę. Zapukali do drzwi, przedstawili się i zapytali, czy mogą się trochę ogrzać? Dyżurny strażak zaczął ich wypytywać co tutaj robią o tak późnej godzinie, a na odpowiedź popartą dokładnymi informacjami wraz z nazwiskiem pana kierownika działu zbytu, wpuścił ich do niewielkiej świetlicy położonej na parterze budynku. Po chwili dyżurny zawołał dowódcę zmiany, a ten jeszcze jednego ze strażaków.   Rozpoczęła się ożywiona dyskusja na różne tematy. Prym w rozmowie, oczywiście, wiódł Bogusław.   Strażacy, którzy normalnie okropnie się nudzili to radzi byli temu sympatycznemu spotkaniu, a gdy Bogusław wspomniał o swoich kolegach ze straży pożarnej z Bydgoszczy i Inowrocławia i gdy opowiedział o różnych kontaktach z nimi, wymienił wiele funkcji i nazwisk, chwaląc ich jacy to super goście, a potem wspomniał o wykonywanych, dla nich, robotach, to atmosfera zrobiła się jeszcze sympatyczniejsza. Strażacy poczęstowali Bogusława i Leszka herbatą i papierosami. Już po pół godzinie byli w pełnej komitywie i padło z ust Leszka, sakramentalne hasło - a może tak coś na ząb? Ależ oczywiście, w taką pogodę, to tylko dobra seta rozgrzeje człowieka, od razu stwierdził, dowódca. Wówczas Bogusław poszedł do samochodu po dwie flaszki żytniej wódki. Rozmowa od razu nabrała rumieńców. Bogusław szczegółowo opowiedział o ich problemie z rurami oraz wspomniał o nocnej produkcji. Przy drugiej butelce szef zmiany strażaków sam zaproponował - a może tak pójść do do majstra, który rządzi nocną zmianą i z nim pogadać, a nuż coś wymyśli. 

Już po kilkunastu minutach od tej luźnej propozycji, znaleźli się w trójkę w kanciapie majstra. Majster w pierwszej chwili, usłyszawszy o co chodzi, nie chciał nawet z nimi rozmawiać, ale strażak pogadał z nim na boku i po tej rozmowie zmienił zdanie. Strażak wyszedł z kanciapy mówiąc, że musi iść zobaczyć co tam u niego na służbie się dzieje. Wtedy majster zaczął wypytywać o co im właściwie chodzi. Bogusław nie zrażony jego ostrożnym podejściem, zapytał wprost - ile pan tutaj wyciąga miesięcznie panie majster? majster mocno zaskoczony, odpowiedział - no tak ze wszystkim to mam te trzydzieści tysięcy. A gdyby tak dzisiejszej nocy zarobił pan połowę swojej miesięcznej pensji to co by pan powiedział - zapytał Bogusław. No tak, ale za co? Nic wielkiego. Musiałby pan zamiast tych małych rur przestawić produkcję na trochę większe. Przecież z tego co wiemy, awarie się zdarzają i wtedy tak robicie, prawda? No tak, czasami tak jest, ale bardzo rzadko. No to może akurat dzisiejszej nocy może zdarzyć się taka awaria, co panie majster - drążył Bogusław. No nie wiem, musiałbym pogadać z chłopakami na produkcji. To niech pan idzie z nimi pogadać, może da się coś załatwić - dodał Leszek. Majster wyszedł i wrócił po dziesięciu minutach, mówiąc - coś może da się zrobić, ale chłopakom z produkcji też trzeba będzie coś odpalić. Bogusław jeszcze chwilę przekonywał majstra do swojego pomysłu i zapewniał, że solidnie się rozliczy. W końcu majster powiedział - przyjdźcie panowie przed szóstą, czyli przed końcem zmiany to wtedy powiem co i jak. Coś tam chyba wymyślimy, ale pamiętajcie, że o tym co stanie się z tymi rurami to zadecyduje kierownik zbytu, ja nie mam na to żadnego wpływu. Po chwili wrócił strażak i poszli z powrotem do jego świetlicy. Tam dokończyli drugą flaszkę, opowiadając sobie kawały i różne życiowe historyjki, a potem szef zmiany zaproponował im nocleg na służbowych pryczach. Na co bardzo chętnie przystali, prosząc, żeby ich zbudzić przed szóstą i zaprowadzić do majstra. Strasznie zmęczeni i lekko zamroczeni alkoholem spali sobie smacznie na twardych drewnianych pryczach, przykryci służbowymi kocami z napisami "Zawodowa Straż Pożarna w Jaśle". O wpół szóstej szef strażaków zbudził ich i jeszcze rozespanych zaprowadził do majstra. Majster długo i zawile coś tłumaczył, a potem skinął na Bogusława i razem poszli na halę. Wrócili już po paru minutach, po czym panowie pożegnali się wylewnie i każdy poszedł w swoja stronę. Majster na halę produkcyjną, strażak na służbę, a Leszek z Bogusławem do zimnego Tarpana. Jak tylko wsiedli Bogusław powiedział - dwie dychy poszły, ale wyprodukowali, aż osiemset sześćdziesiąt metrów tych cholernych rur. Potem włączyli silnik, żeby się ogrzać, ale bardziej śmierdziało niż grzało. Jednak byli tak zadowoleni, że im to za bardzo nie przeszkadzało. Niecierpliwie czekali na ósmą, żeby pójść do kierownika działu zbytu. Ten przyjął ich dopiero przed dziewiątą. Minę miał kwaśną i jakąś niepewną, widać było, że coś jest nie tak. Jednak Bogusław zaraz po wejściu wypalił - panie Bogdanie dowiedzieliśmy się od majstra, który schodził z nocnej zmiany, że produkowali w nocy te interesujące nas rury i zrobili ich, jak powiedział majster, ponad osiemset metrów. Kierownik z niedowierzaniem pokiwał głową, sięgnął po słuchawkę telefoniczną i gdzieś zadzwonił. Po chwili powiedział - faktycznie jest tak jak panowie mówicie, w nocy wyprodukowali osiemset sześćdziesiąt metrów tych rur. A to dziwna historia, ale niestety te rury są przeznaczone na inny cel i nie mogę ich panom sprzedać. Przecież nikt jeszcze nie wiedział, że je wyprodukowano, to jak mógł ktoś je zadysponować - zapytał Leszek. A Bogusław szybko dodał - ale my panie kierowniku chcemy zapłacić za te rury piętnaście procent drożej niż one normalnie kosztują i te piętnaście procent zapłacimy teraz, jeszcze przed wystawieniem faktury. Pan kierownik popatrzył jakoś dziwnie na nich i stwierdził - wszystko to ładnie i pięknie, ale nie wiem, czy wciągnięto je na kartoteki, bo jeżeli tak to nic się nie da zrobić. Kolejka oczekujących jest tak wielka i tyle na niej ważnych firm, że naprawdę nie mogę dzisiaj panom sprzedać tych rur. Tak jak mówiłem mogę w drodze wyjątku przyspieszyć termin sprzedaży, ale o dniu dzisiejszym nie ma mowy. Jednak panowie tyle się natrudzili, że czuję się zobowiązany sprawdzić jak to jest z tymi nocnymi rurami. Poczekajcie na korytarzu, a ja pójdę do magazynu zobaczyć jak sprawy stoją. Poszedł i wrócił po pół godzinie. Zaprosił ich do siebie i powiedział - ale macie niesamowite szczęście, faktycznie w magazynie jest tych osiemset sześćdziesiąt metrów rur i nikt nie wypisał jeszcze do żadnej dyspozycji. O całości to nawet nie ma mowy, ale powiedzmy połowę z tych rur mogę panom sprzedać. Bogusław nie czekając co będzie dalej wyjął zwitek banknotów i położył na biurko. Pan Bogdan, nie licząc, schował je do szuflady, po czym głośno zawołał - pani Kasiu, proszę wypisać panom fakturę i dyspozycję wydania z magazynu na czterysta metrów rur o średnicy sto sześćdziesiąt i ciszej dodał - jak wszystko panowie załatwicie to wpadnijcie jeszcze przed odjazdem do mnie. Najpierw zapłacili w kasie należność za rury, gdzie stwierdzili, iż kierownik dostał prawie dwadzieścia procent ich wartości. Potem przypilnowali załadunku rur na wynajęty z PKS-u samochód i wyprawili go w drogę. A później w znakomitych humorach wrócili do pana kierownika. Tym razem i humor pana kierownika był wyraźnie inny od tego z rana. Widzę, że mam do czynienia z poważnymi i solidnymi kontrahentami dlatego jeżeli jeszcze panowie będziecie potrzebować rur z naszej fabryki to śmiało dzwońcie, najlepiej na ten numer bezpośrednio do mnie, który wam tutaj zapisałem, powiedział, podając karteczkę z danymi. Jak tylko będę mógł to zawsze jakoś pomogę - dodał. Na pewno będziemy dzwonić i to już za parę tygodni, gdyż te kupione rury wystarczą nam na jakieś dwa miesiące roboty, a potem będziemy potrzebowali następne - odpowiedział Bogusław. Po chwili pożegnali się serdecznie z panem kierownikiem, wsiedli do swojego Tarpana i ruszyli w drogę powrotną do Bydgoszczy. Humory im dopisywały. Po drodze zatrzymali się na obiad w restauracji położonej obok pięknego pałacu w Nieborowie, gdzie już wstępnie, ale niezbyt hucznie z uwagi na czekającą ich dalszą podróż, świętowali ten niesamowity sukces. Okazało się jednak, że nie był to koniec przygód podczas tego wyjazdu. Gdzieś tak piętnaście kilometrów przed Włocławkiem, w szczerym polu, samochód, prowadzony przez Bogusława, nagle, z niewiadomego powodu zaczął zwalniać, a po chwili się zatrzymał. Bogusław zdziwiony powiedział - co kurwa jest, przecież cisnę na gaz, a ten cholerny grat nie jedzie. Wysiedli we dwójkę z samochodu na przenikliwie zacinający śnieg z deszczem i mocno poirytowani zaczęli oglądać co też mogło się stać. Najpierw obeszli kilka razy samochód wkoło, potem zaczęli oglądać go od spodu, aż wreszcie otworzyli maskę i z piętnaście minut oglądali szczegółowo poszczególne mechanizmy. Na ich oko, wszystko było w porządku, silnik włączał się normalnie, ale niestety po chwili gasł. Wreszcie Bogusław, ciągnąc za jakąś metalową linkę, oznajmił - już wiem co się stało.  W tej cholernej padlinie urwała się linka od gazu. Nich szlag trafi tych palantów co robili to padło. My tu stoimy na takim wydmuchowie, gdzie psy dupami szczekają, a te gnojki co zrobili to gówno, grzeją sobie dupy w ciepełku.  Powinno być odwrotnie. Co my kurwa teraz zrobimy? Leszek, mocno poirytowany, niezbyt bystro, stwierdził - no, coś musimy wykombinować. Jak jesteś taki mądry to kombinuj. Po kolejnej godzinie dłubania, w czasie której kompletnie zmarzli, udało im się wreszcie, przełożyć urwaną końcówkę linki, przez otwór w spodzie obudowy do środka kabiny. Teraz końcówka metalowej linki wystawała jakieś dwadzieścia centymetrów z podłogi, tuż przy pedale gazu.

O jakimkolwiek jej zamocowaniu nie było mowy, gdyż oryginalnie była ona przyspawana do tego pedału. Dlatego przez kolejne, ponad cztery godziny jazdy, Leszek klęczał w strasznie niewygodnej pozycji obok fotela pasażera i ciągnął z całych sił, przy pomocy kombinerek, tę końcówkę stalowej linki, dodając gazu, natomiast Bogusław jadąc na drugim, a w porywach na trzecim biegu, kierował pojazdem. W ten sposób, robiąc po drodze wiele przerw na, tak zwane, rozprostowanie kości i jadąc z zawrotną prędkością około 20 do 30 kilometrów na godzinę, gdyż więcej Leszek nie miał siły wyciągnąć, dojechali do Bydgoszczy. Ale pomimo tej paskudnej przygody, do biura, gdzie czekał na nich Michał, weszli uradowani i szczęśliwi. Chociaż była już późna noc, to z wielką ochotą, wypili sporo kolejek, opowiadając szczegółowo Michałowi, niesamowite wydarzenia z tej podróży. Po czym mocno zmęczeni, ale w wyśmienitych humorach pojechali, po drugiej w nocy, każdy swoim samochodem, do domów. I na pewno nie mieli więcej niż owe obowiązujące 0,2 promila.  Ale to tylko taki żart.  


Następny odcinek


niedziela, 9 maja 2021

9 lat temu

Ponad dziewięć lat temu napisałem, najpierw na forum lokalnej GW, a potem na moim blogu poniższy tekst:

semeon 06.02.12, 18:19 Odpowiedz
Te, jakże charakterystyczne dla torunian, przytoczone wykresy i powyższe głosy, oddają ich prawdziwy stosunek do bydgoszczan i do wspólnej metropolii. Dziwnym zaiste jest, że lokalni decydenci ich nie słyszą, że nikt nie zrobi rzetelnych badań odnośnie stosunku bydgoszczan i torunian do wspólnej metropolii. Wiele jest dziwnych, a wręcz dziwacznych spraw, tematów, poglądów i faktów w relacjach pomiędzy tymi dwoma miastami. Ten stan istnieje już od stuleci, a natężenie wzajemnych niechęci ma różną intensywność w różnych okresach. Niestety, ostatnie 14 lat rządów toruńskich marszałków doprowadziło do rozpoczęcia procesu upadania Bydgoszczy. Jak tego nie nazwać dziwnym? Dlaczego bydgoszczanie biernie się temu przyglądają? Dlaczego się na to zgadzają?

Najgorsze jest to, że nic na lepsze się do tej pory nie zmieniło.

Tylko natychmiastowy rozwód administracyjny z toruńskimi megalomanami jest gwarncją powrotu do  normalności dla bydgoszczan.

To hasło głoszę wszędzie gdzie tylko się da i to od ponad 22 lat ( od powstania tego dziwacznego województwa) i dziwnym jest dla mnie, że jestem jak ten wołający na puszczy.  A bydgoszczanie śpią i tym samym potwierdzają to co napisałem ponad dziewięć lat temu.

To rocznica dnia zwycięstwa (dzisiaj) to trzeba działać i przegonić z bydgoskich interesów pazernych torunian i to raz na zawsze tak jak pogoniliśmy krzyżaków pod Grunwaldem.


Wspomniany argument

I cykl prawdy o wspomnianych relacjach


środa, 5 maja 2021

Urodziny Wiktora.

Dzisiaj były 11 urodziny mojego wspaniałego wnuka Wiktora.  Z tej okazji jego siostra Marta cudownie koncertowała.

Poniżej kilka malutkich fragmentów tego koncertu.




Te dźwięki w tle to solenizant Wiktor wraz ze swoim bratem Leonem oraz ich tatą grają w piłkę.

Don Kichot.

W sklepie Auchen w centrum handlowym El Campo  w urbanizacji La Zenia na Orihuela Costa spotkaliśmy takiego powszechnie znanego figuranta:



czwartek, 29 kwietnia 2021

Życie.

Życie to gra i nigdy w nim nie wygrywają ci co powinni je wygrać. Wygrać nie mogą ci, którzy na to zasługują zgodnie z kanonami naszej wiary, czy też z ogólnie pojętymi zasadami moralności, albo innymi powszechnie uznawanymi pozytywnymi wartościami.  To jest swoisty, lecz rzeczywisty aksjomat.  Zaś aksjomat jak wiemy nie może być podważalny.

 Już najgenialniejszy człowiek w historii ludzkości (żyjący na przełomie XV i XVI wieku) powiedział, że sukces osiągają tylko ludzie, którzy mają przebiegłość lisa i siłę wilka.  Dzisiaj to należy zrozumieć jako spryt i cwaniactwo.  Muszą być oczywiście owe cechy ubrane w szaty człeka w miarę inteligentnego i obdarzonego wielkim (czasami mniejszym) urokiem osobistym pojętym w szerokim znaczeniu tego uroku..

Znam wielu takich w naszej ogólnopolskiej aktualnej polityce, a w także w lokalnej bydgoskiej  rzeczywistości, którzy takimi nie są, chociaż wydaje się im, że są.   Z oczywistych względów, nie wymienię ich nazwisk.

Jaka szkoda, jaka szkoda - jak śpiewał Leszek Długosz w czasach, gdy go owi wygrani jeszcze nie wygonili Go z "Piwnicy pod baranami".

Łatwo być Bogiem (oczywiście we własnym przekonaniu), ale trudno być przyzwoitym człowiekiem według opinii ogółu.

Są jednak ludzie spełniający to powyższe zdanie i jednego z takich ludzi spotkałem na mojej zawodowej drodze co nieumiejętnie i powierzchownie opisałem.  Patrz poniższy link:

Pan Mieczysłw

Są także ludzie im zdecydowanie przeciwni. Ludzie destrukcyjni, niszczący wszystko i wszystkich.  Polecam serial pod tytułem "Wąż"  Netflix.  

Niepojętym jest nasza niszcząca nas nieokreślona siła.

środa, 28 kwietnia 2021

A gdzie to?

To taki mój test polegający na tym czy moi tamtejsi, a może i czasami aktualni, koledzy czasami wchodzą na mojego bloga



poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Film

Polecam amerykański film pod tytułem "Tylko sprawiedliwość", a szczególnie polecam wystąpienie mecenasa broniącego biednych i poszkodowanych przed obliczem sądu okręgowego Alabamy i przed senatem USA.

HBO GO

środa, 21 kwietnia 2021

Moje oblicza - 8

 W tym cyklu prezentuję siebie.  Tym razem współcześnie.  Poniższe zdjęcie wykonałem w Mil Palmeras (Costa Blanca) w dniu 18.04.2021 roku.

Zamieściłem je w relacjach na FB z tytułem "Autoportret".




                            Poprzedni post z tego cyklu




piątek, 16 kwietnia 2021

Dzisiaj - Playa Flamenca

Jak na moje możliwości to dzisiaj rowerem przejechałem dużo bo ponad 34 km.   Pojechałem na Playa Flamenca, a pod wieczór do granicy Walencji z Murcją, której przekraczanie jest nadal zakazane.

Jadąc na Playa Flamenca oprócz pięknych widoków podziwiałem deskarzy na falach, wypiłem kawę w barze na Playa Flamenca, poćwiczyłem na przyrządach gimnastycznych i  obejrzałem kilkanaście portretów poetów hiszpańskich z opisem i wierszami zamieszczonymi na płytach wmontowanych w posadzkę deptaka przy Playa Flamenca.

Piękny dzień i udana wycieczka.

Poniżej kilka zdjęć wykonanych podczas dzisiejszej jazdy.

Mil Palmeras

Kawa na plaży

Fragment plaży Playa Flamenca

Jeden z kilkunastu wizerunków hiszpańskich poetów wmontowany w deptak

Inny fragment plaży.  W głębi Punta Prima, a za nią Torre Vieja



Szkolne wspomnienia - 11

Kiedyś, dawno temu, uczniowie Technikum Kolejowego w Bydgoszczy udali się na rocznicowe obchody do Siekierek koło Szczecina.  To tutaj odbyła się jedna z najbardziej zaciętych bitew II Wojny Światowej na terenach współczesnej Polski i to tutaj odbyła się słynna z historii bitwa pod Cedynią, gdzie to Mieszko I pokonał zdradzieckiego niemieckiego Hodona.  Jakżeż ta historia lubi się powtarzać.

Na poniższym zdjęciu wsiadamy z moim przyjacielem  Irkiem w Bydgoszczy do pociągu, który ma nas zawieźć do owych Siekierek.





 
                                                     Poprzedni post z tego cyklu



czwartek, 15 kwietnia 2021

Widok z La Zeni na Cabo Roig.

Półwysep (niewielki) zwany Cabo Roig ma fantastyczny deptak wiodący z Playa Cabo Roig do Playa Capitan i z owego deptaka rozpościerają się wspaniałe widoki i to widoki na pewno najpiękniejsze na Costa Blanca, a może i nawet więcej. Wczoraj przejechałem rowerem ów deptak i na jego końcu na playa Capitan wykonałem poniższe zdjęcia.  Warto tutaj przyjechać i to z wielu względów.   Polecam.




poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Wielkanoc 2021

Piękne święta mamy tego roku.  Pomimo owej pandemii i paniki z nią związanej, a czasami i dziwnymi zachowaniami naszych bliźnich, często bliskiej sporej przesady we wzajemnych relacjach, szczególnie w miejscach publicznych, to jednak życzliwość najbliższych i piękne okoliczności przyrody wszystko wynagradzają i czynią ten czas takim jak na wstępie napisałem.

Trochę owych okoliczności poniżej:








Dodatkowo:  Dżem i Tuwim


piątek, 2 kwietnia 2021

Co oni we mnie widzą?

Pewnie wielu przypomina sobie serial "Kariera Nikodema Dyzmy" nagrany według książki "Kariera Nikodema Dyzmy" autorstwa Tadeusza Dołęgi Mostowicza, a  jak sobie nie przypomina to polecam

https://www.youtube.com/watch?v=a4RjTRrXr_o

Nijakie budki , kierwińskie, nitrasy et consortes wysiadają na Marsa.

środa, 31 marca 2021

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 42

Każda okazana litość obraca się przeciwko tym co ją okazują.

autor nieznany.

Czym szybciej mija czas, tym szybciej mija prawda.  Każde pokolenie ma swoją prawdę i zazwyczaj te prawdy nie  są komplementarne. 

jak wyżej.


Poprzedni post z tego cyklu.








niedziela, 28 marca 2021

Ponownie pod palmami.

 A więc (jak wbrew zasadom gramatyki często pisał w swoich "Dziennikach"  Stefan Kisielewski)  dotarliśmy po wielkich nerwach, stresach i kontrolach do tej naszej ziemi obiecanej.  Chcieliśmy tutaj przyjechać kolejny raz, głównie ze względów zdrowotnych, ale nie tylko.  Rezerwacja lotu.  Lot odwołany.  Przełożenie lotu na szczęście bez skutków finansowych.  Rezygnacja z przejazdu busem pana Tuska z Osielska do Gdańska w związku z odwołaniem lotu z Gdańska.  Kilka rozmów telefonicznych i kilka maili.  Ale pan Tusk uznał reklamację i potwierdził wykorzystanie zapłaconego przejazdu w innym terminie.

Badanie na covid.  Prawie setka ludzi i tylko trzy godziny.  Czy nam się uda, a za dzień wylot.  Udało się.  Test negatywny ("tylko" 199 zł. za parosekundowe badanie, w tym 70 zł za angielską standardową wersję dokumentu).  Potem niemały stres z wypełnianiem tak zwanych kodów QR (kilka stron szczegółowych danych na różne tematy).  Później nerwy przy pobieraniu kart pokładowych bo tam należało wprowadzić w odpowiednich miejscach wyniki testu na covid i owe kody QR, a w otrzymanych formatach nie chciały się one skopiować i trzeba je było zamienić z PDF na pliki graficzne.  Jak się wreszcie udało przy pomocy młodych zdolnych to tylko pozostawało wierzyć, że wszystko jest OK.

Jedziemy do tego Modlina (tylko jeden lot w tygodniu z całej Polski), a tam najpierw pomiar temperatury, potem sprawdzanie owego QR, potem normalna szczegółowa odprawa (znowu niestety piknęło) z kontrolą osobistą i szczegółową kontrolą podręcznego bagażu.  

Wreszcie zakładam szelki i idziemy do wyjścia na płytę lotniska, ale przed wyjściem kolejna kontrola dowodów tożsamości i kart pokładowych.  Przeszliśmy.  Potem idziemy ponad pół kilometra do samolotu.  Wsiadamy.  Lecimy.

W Alicante najpierw sprawdzają nasze kody QR, potem służby medyczne kontrolują kolejny raz temperaturę.

Wreszcie odbieramy bagaż i windą jedziemy dwa poziomy niżej gdzie czeka na nas Sonia, aby nas zawieźć do naszego lokum w Mil Palmeras.

Stresujące i przygotowania i sama podróż.  Strach pomyśleć co to dalej będzie.  To tylko kilka zdań, ale stresujące przeżycia to znacznie więcej. W końcu mamy swoje lata, ale nadal nie chcemy rezygnować z naszych marzeń .  Tylko jakim kosztem.

Piszę to po to, aby zobrazować dzisiejsze realia zagranicznych podróży.





sobota, 27 marca 2021

Moje oblicza - 7

Kolejne oblicze autora bloga.  Tym razem z września 1989 roku.  W ubiorze królowała moda turecka, a w przyrodzie tego dnia w Sokole Kuźnicy nad Zalewem Koronowskim królowała mgła.



                              Poprzedni post z tego cyklu

 

poniedziałek, 22 marca 2021

List otwarty do toruńskiego marszałka

 Stowarzyszenie „Metropolia Bydgoska”

85-171 Bydgoszcz, al. Wojska Polskiego 9 www.metropolia.bydgoszcz.pl e-mail: metropolia.bydgoska@gmail.com Bydgoszcz, dn. 19 marca 2021 r.

Mieszkańcy województwa kujawsko-pomorskiego, jak istotny jest transport szynowy dla Pana Marszałka Piotra Całbeckiego mogliśmy się przekonać pod koniec ubiegłego roku, kiedy to wiele osób z powodu cięć nie mogło dojechać do pracy, lekarza, szkoły. Najbardziej na tym ucierpiała zachodnia część województwa. Czy to przypadek? I dlaczego oszczędza się na tych, dla których jedynym transportem jest kolej. Działania Marszałka Całbeckiego pokazują, że nie dla wszystkich budżet województwa świeci pustkami. Jak inaczej wytłumaczyć zamiar odkupienia przez Pana Całbeckiego, nie z własnych pieniędzy, a samorządowych, przeznaczony do wyburzenia dom Grossówny oraz Dworzec Północny (sic!) w Toruniu. Czyżby Pan Całbecki i Urząd Marszałkowski zamierzały prowadzić działalność swoistego biura nieruchomości? Wracając do kolejowych cięć warto przypomnieć, że obecna umowa na połączenia kolejowe opiewała na ponad 52 mln zł. Panie Marszałku żądamy odpowiedzi na następujące pytania:

 - Za ile Urząd Marszałkowski zamierza nabyć dom Grossówny oraz Dworzec Północy (jaką kwotę chce na to przeznaczyć)?

 - Ile pochłonie ich rewitalizacji i zagospodarowanie? - Jaki będzie późniejszy koszt ich funkcjonowania?

 - Jakie projekty wypadną z pomocy ze środków UE, jeśli z tego źródła Urząd Marszałkowski zamierza realizować inwestycje i czy będą to projekty głównie z zachodniej części województwa?

 - Kiedy w końcu bydgoszczanie zobaczą gotowy czwarty krąg Opery Nova?

 - Kiedy rozpocznie się remont Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. dr Witolda Bełzy w Bydgoszczy?

 - Kiedy zostanie rozbudowana o niezbędną infrastrukturę Filharmonia Pomorska?

 - Jakie projekty Urząd Marszałkowski zamierza wesprzeć finansowo w ramach projektu Kolej Plus?

 - Czy każde miasto w województwo może liczyć na tak bezinteresowną pomoc Pana Marszałka?

Jak widać w czasie pandemii likwidowane są połączenia kolejowe, bo brakuje podobno na nie środków, nie brakuje jednak na “pomysły” Marszałka. Pan Całbecki to rzeczywiście Kopernik naszych czasów - Wstrzymał województwo, ruszył Toruń.

Oczekujemy zdecydowanej reakcji polityków Platformy Obywatelskiej, z której wywodzi się Pan Marszałek, na jego poczynania, które konsekwentnie niszczą województwo i które staje się stopniowo przysłowiową „ścianą wschodnią” w centrum Polski. 

Z poważaniem Za Zarząd Stowarzyszenia Metropolia Bydgoska Przewodniczący

 Piotr Cyprys

czwartek, 18 marca 2021

Bogusław - odcinek 30

 Poprzedni odcinek


Odcinek 30

Pojechali tam we dwójkę, Bogusław i Leszek. Wybrali się w tą kilkusetkilometrową trasę, w mroźną i ciemną noc.  Pojechali maluchem Bogusława. Niestety po drodze pogoda się zmieniła.  Zaczęła się straszna śnieżyca.  Zrobiło się ślisko i bardzo  niebezpiecznie. Przed przednią szybą samochodu widać było tylko tumany płatków śniegu. Jazda stawała się prawie niemożliwa, widoczność sięgała ledwie kilkunastu metrów. Jednak jakoś udało się im dotrzeć do tego Radomia. Niestety przyjechali kilka godzin później niż planowali. Przyjechali dopiero około godziny dziesiątej zamiast jak chcieli o godzinie siódmej. O tej dziesiątej godzinie weszli do budynku Centroodlewu, ogólnopolskiej centrali, jedynego w Polsce dystrybutora rur, kształtek i zaworów wodociągowych.


Byli śpiący, zziębnięci, zmęczeni, a ich ubrania były całe wilgotne i koszmarnie wygniecione. Czuli się okropnie. W tej chwili uratować ich mogło tylko parę chwil odpoczynku i coś gorącego do picia. O tym jednak nie było mowy. Przecież byli mocno spóźnieni i musieli natychmiast podjąć, prawie dosłownie, walkę mającą na celu zdobycie upragnionych materiałów. 


Jednak tak wygnieceni i zmęczeni po tej koszmarnej podróży nie mogli pójść do eleganckich, jak na owe czasy, biur. Poszli więc najpierw, do szczęśliwie otwartej, biurowej toalety. Tam się umyli, spryskali obficie wodą kolońską Old Spice i przebrali się w zabrane ze sobą koszule, krawaty, spodnie i marynarki. Potem wpadli na chwilę do zakładowego baru, gdzie szybko zjedli swoje kanapki popijając jakże upragnioną gorącą herbatą. I dopiero wtedy wyruszyli na podbój biur. Po szerokich schodach weszli na piętro do obszernego i ładnego holu, gdzie na kilkunastu fotelach siedzieli zaopatrzeniowcy z różnych firm, z całej Polski. Przyjechali oni do centrali złożyć zamówienia na potrzebne im, często w odległej przyszłości, materiały. Trzech kierowników różnych działów przyjmowało poszczególnych interesantów w swoich biurach. Robili to powoli i z wielką celebracją. Większość tych interesantów była wieloletnimi znajomymi kierowników. Należało sobie pogadać o życiu, przyjąć drobne prezenty, głównie w postaci alkoholu, omówić co słychać we firmach. A czas płynął. Załatwianie jednego interesanta trwało minimum pół godziny. Ich sytuacja wydawała się beznadziejna.


Po około dwóch godzinach zorientowali się, że normalnie czekając na swoją kolej, nie mają najmniejszych szans, aby stanąć tego dnia przed obliczem kierownika działu armatury na której najbardziej im zależało. Należało zastosować jakiś wybieg. Dlatego ustalili między sobą, że jak tylko kolejny interesant wyjdzie od kierownika, to oni nie oglądając się na nic, wchodzą zaraz do niego. Po chwili wchodzili już do pokoju pana kierownika zanim kolejny kontrahent zdążył wstać z fotela. Na liczne i głośne protesty odpowiedzieli krótko - idziemy się tylko zapytać, czy pan kierownik nas dzisiaj przyjmie. Jak już jednak znaleźli się w środku, przed obliczem ważnego kierownika to nic nie byłoby w stanie ich stamtąd wyciągnąć przed przedstawieniem owemu kierownikowi swojej sprawy. Jednak zanim zdążyli cośkolwiek powiedzieć, kierownik uważnie spojrzał na nich, zza swoich zsuniętych na nos okularów i szybko oraz głośno zapytał - ja panów nie znam, panowie w jakiej sprawie? Bogusław z dużą pewnością siebie sporym refleksem odpowiedział panu kierownikowi  - my szanowny panie kierowniku potrzebujemy następujących materiałów, tutaj równie szybko, wymienił ich nazwy i ilości. Kierownik, otyły pan w średnim wieku, ze sporą łysiną i chytrymi oczkami spojrzał na nich jak na jakieś dziwolągi i zapytał - czy panowie urwali się z choinki, przecież święta dawno już minęły. Jeżeli pracujecie w naszej branży, a tak mówicie to na pewno wiecie, że takie materiały zamawia się z minimum rocznym wyprzedzeniem, a i to bez pewności ich otrzymania w tym terminie. Żegnam panów, nie mam dla was czasu.  Sami widzieliście ilu jeszcze dzisiaj mam interesantów. Niestety nie mogę panom nic pomóc. Proszę wyjść i nie przeszkadzać mi w pracy. 


Bogusław jednak nie zrażony, tym obcasowym potraktowaniem, powiedział - panie kierowniku my tutaj mamy takie dwa dobre koniaczki, przy nich być może będzie się nam lepiej rozmawiało. Mówiąc to postawił na biurku dwie butelki włoskiej brandy Stock opakowanej w eleganckie kartoniki. Po chwili milczenia, która zapadła w tym momencie, szybko dodał - możemy za te materiały zapłacić, powiedzmy, dwadzieścia procent drożej niż normalnie kosztują i te dwadzieścia procent zapłacimy teraz, tutaj i od razu gotówką, z góry.  Kierownik popatrzył najpierw na flaszki potem uważnie na nich i już wyraźnie łagodniejszym tonem zapytał skąd przyjechali i jak do niego trafili.  Odpowiedzieli, zgodnie z prawdą, że adres centrali i jego nazwisko podała im pani Mariola z Inowrocławia. Kierownik stwierdził, że nie zna pani Marioli, ale jak wspomnieli o kierowniczce pani Marioli i opowiedzieli trochę o współpracy z obu paniami to stwierdził - a może i spotkałem ją kilka razy na jakiś szkoleniach. Wyraźnie było widać, że się zastanawia co teraz zrobić. Po chwili powiedział - poczekajcie panowie na korytarzu, aż załatwię wszystkich dzisiejszych interesantów, a potem pomyślimy, czy uda się coś zrobić w waszej sprawie. 


Kartoniki z butelkami zostały na biurku. Potem siedzieli, na tym holu prawie cztery godziny. W ich stanie po tej paskudnej podróży było to coś okropnego. W końcu pan kierownik wyszedł ze swego biura popatrzył na pusty już o tej godzinie hol, na którym jeszcze tylko dwaj bydgoscy prywaciarze przebierali niecierpliwie nogami, spojrzał na nich i powiedział - zapraszam panów do biura. Uradowani weszli do środka. To o co panom konkretnie się rozchodzi – zapytał. Na to Leszek szybko podał druki zamówień na materiały, które były im najpilniej potrzebne. W czasie, gdy pan kierownik przyglądał się uważnie podanym mu kartkom, Bogusław położył na biurku plik szopenów, mówiąc - to jest panie kierowniku według naszych obliczeń dwadzieścia procent wartości tych właśnie materiałów. Pan kierownik szybko schował pieniądze do szuflady i bez zbędnych ceregieli, powiedział - proszę przysłać samochód po te kształtki i zawory, dokładnie za tydzień od dzisiejszego dnia. Podał im radomski adres ich magazynów oraz nazwisko magazyniera do którego miał się zgłosić kierowca. Ogromnie zadowoleni wychodzili w to zimowe późne popołudnie ze siedziby Centroodlewu. Powrotna podróż minęła w tak dobrych nastrojach, że nawet nie przeszkadzało im zimno w samochodzie i paskudne warunki na drodze. Był to naprawdę ogromny sukces w tej najtrudniejszej dziedzinie ich działalności, czyli w sztuce zdobywaniu materiałów bo o normalnym ich kupowaniu wówczas tylko pomarzyć było można.


Pod koniec stycznia ekonom Zgromadzenia misjonarzy, ojciec Piotr, zadowolony ze współpracy z nami, powiedział, że chce im zlecić kolejną dodatkową robotę na terenie parafii, ale ma jeden warunek, ten dodatkowy odcinek kanalizacji musi być bezwzględnie wykonany z rur kamionkowych, a nie z betonowych z jakich wykonywali dotychczasowe roboty. Rury kamionkowe tak jak te nieszczęsne kształtki i zawory wodociągowe były praktycznie nieosiągalne. Jedyna fabryka w Polsce, która produkowała tego typu rury znajdowała się w Suchedniowie w kieleckiem. Długo się zastanawiali, czy przyjąć to zlecenie.  W końcu uznali, że sobie poradzą i podpisali stosowną umowę na wykonanie rurociągu z rur kamionkowych. Nie mając innego wyjścia, a chcąc się podjąć wykonania tej  intratnej roboty, stwierdzili, że jedynym rozsądnym wyjściem jest wyjazdu do Suchedniowa. 


Tym razem padło na Leszka. Bogusław był akurat chory zaś sprawa była pilna. Michał także nie mógł jechać bo ktoś musiał pilnować ich wspólnych robót.  Tę podróż Leszek  odbył na początku lutego.  Był świeżym kierowcą, pogoda w tym czasie była paskudna, warunki do jazdy takie same. Nie zdecydował się na jazdę samochodem. Wybrał się w podróż pociągiem. Jechał w zimnych i zatłoczonych wagonach z koszmarnymi przesiadkami. Po kilkunastu godzinach tej podróży, z których większość stracił czekając na kolejną przesiadkę, dotarł wreszcie na miejsce. Suchedniów wywarł na nim smutne i przygnębiające wrażenie. Senne, nieduże, szare miasteczko ze starą i brzydką fabryką kamionki. I znowu jak w Radomiu, odświeżył się w fabrycznej toalecie po czym odważnie poszedł, od razu, do kierownika działu zbytu. Na szczęście było wcześnie rano i nie zdążyła się jeszcze uformować, codzienna kolejka liczna kolejka petentów pana dysponenta jakże deficytowych dóbr. 


Kierownik, starszy sympatyczny pan przyjął go nawet dosyć grzecznie, ale na wypowiedzianą prośbę o sprzedaż osiemdziesięciu metrów rur kamionkowych, najpierw się dziwnie uśmiechnął, potem zareagował podobnie jak radomski kierownik. Tym razem, z początku jednak Leszek postąpił inaczej. Niezrażony brakiem jakiegokolwiek zainteresowania ze strony pana kierownika, zaczął mówić, że rury są niezbędne do usunięcia awarii w dużej bydgoskiej parafii. Wyciągnął pismo z okrągłymi parafialnymi pieczątkami i masą podpisów. Widniały tam podpisy ojca prowincjała, ojca Piotra - ekonoma parafii, proboszcza parafii i Leszka. Kierownik przyjrzał się krótko i niedbale temu pismu, po czym rozłożył ręce i powiedział - bardzo bym chciał pomóc, ale niestety to jest firma państwowa, a ja mam, jak pan zapewne wie, również swoich szefów. Nic tutaj nie mogę zrobić. Osobiście to sprzedałbym panu, na ten cel, nawet dwa razy tyle rur, ale cóż, nie mogę. Aktualnie realizujemy zamówienia na rury sprzed dwóch lat i sam pan rozumie, co ja mogę? 


Leszek zaczął coś bąkać, że przejechał taki kawał Polski, a teraz mam odjeżdżać z niczym. Co ja powiem moim zleceniodawcom? Ale kierownik był nieugięty. Widząc jak sprawa wymyka mu się z rąk, wspomniał, mimochodem, o częściowej zapłacie z góry za potrzebne rury. Kierownik zaczął najpierw uważnie mu się przyglądać, a potem jeszcze uważniej słuchać. Po chwili ponownie zapytał - to ile właściwie  potrzeba tych rur i jakich. Słysząc odpowiedź, stwierdził - no coś może da się zrobić, ale o takiej ilości nie ma mowy. Po chwili dodał - może tak z pięćdziesiąt metrów kamionki to by się i znalazło. Leszek był przygotowany i na taką ewentualność. Wyjął drugie zamówienie z prawdziwą ilością potrzebnych rur, czyli podobną do tej, jaką pan kierownik przed chwilą wymienił. Kierownik wziął to drugie zamówienie i spojrzał na pytająco na Leszka. Leszek zaś zamiast wyjaśniać kierownikowi skąd ta różnica ilości rur zaczął wyjmować nieśmiało z teczki piętnaście tysięcy złotych i położył je do wysuniętej już przezornie szuflady biurka. Kierownik przejrzał już się teraz bardzo uważnie zamówieniu i powiedział - za trzy dni może pan przysłać samochód po rury, kierowca ma się zgłosić do mnie osobiście, a ja mu powiem co i jak. Do domu Leszek wracał z ogromnym zadowoleniem, nie czując tym razem chłodu w wagonach, ani nie denerwując się uciążliwymi przesiadkami. W taki i podobny sposób radziliśmy sobie ze zdobywaniem materiałów. Nie zawsze się udawało za pierwszym razem, a czasami wcale,  Jednak, ogólnie, szybko zdobywane doświadczenie pomagało i roboty szły nie najgorzej. A tych robót im przybywało. Jeszcze w styczniu przyjęliśmy do pracy kolejną grupę robotników i kierownika budowy. Wkrótce też okazało się, że bez samochodu, który będzie dowoził ludzi, drobny sprzęt i niektóre materiały, bezpośrednio na budowę, nie poradzą sobie. Korzystali co prawda, do tej pory, z bagażówek, ale były one bardzo drogie, zabierały im za dużo pieniędzy, zaś kierowcy byli mało dyspozycyjni, ciągle mieli jakieś uwagi, a wielu prac nie chcieli się, w ogóle, podejmować. Jeżeli, na przykład, trzeba było pilnie przywieźć trzy zawory z Radomia, to koszt ich przywozu był wyższy od ich ceny. W ostatnią lutową niedzielę Bogusław ich mocno zaskoczył. Poszedł sam na giełdę samochodową i kupił najnowszy model Tarpana „239D”. Był to samochód z silnikiem diesla, czyli jak to się mówi, na ropę. Wydał ogromne pieniądze, ale samochód był prawie nowy, miał tylko cztery miesiące i jak na tamten czas i nasze, polskie warunki, był nawet nowoczesny. Z tym Tarpanem było potem całe utrapienie. Okazało się, iż rolnik, który im go sprzedał, zaciągnął na niego rolniczy kredyt, otrzymał jakieś ulgi i nie miał prawo go sprzedawać przed spłaceniem tego kredytu, a kredyt był na trzy lata. Załatwianie wszystkich formalności ciągnęło się ponad rok, a do tego czasu samochód jeździł zarejestrowany na owego rolnika. Ze wszystkim musieli do niego jeździć, a mieszkał koło Gniezna, prawie sto kilometrów od Bydgoszczy. Trzeba jednak przyznać, że chociaż mieli na początku pretensje do Bogusława, że sam kupił ten samochód i jeszcze w tak skomplikowany sposób, to jednak ogólnie, był to udany zakup. Służył im dobrze przez kilka lat pomimo licznych i uciążliwych mankamentów.


W tym okresie wspólnicy balowali często i wystawnie i to nie tylko w restauracjach, ale także prywatnie.  Balowali w swoich mieszkaniach, u kolegów, znajomych, a czasami u poważniejszych kontrahentów.  Do tego, przeważnie po licznych kolacyjkach w restauracjach, gdzieś ich nosiło, a szczególnie Michała. Zresztą w przypadku Michała pewnie tak jest do dzisiaj. Jak tylko sobie popije, czy to w biurze, w restauracji, czy na jakiejś imprezie, to chce odwiedzać wszystkich swoich znajomych lub krewnych. Dalej u nich popija i śpiewa, trwa to chwili, aż nie uśnie, a jak się wkrótce przebudzi to zaczyna od nowa.  I tylko, gdy nie śpi to co chwilę słychać "hej tam kolejkę nalej, hej tam kielichy wznieście to zrobi doskonale morskim opowieściom......"


Następny odcinek

sobota, 13 marca 2021

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 41

Oglądam od paru dni (HBO GO) cały cykl od "Hobbita" do "Władcy pierścieni".  Wszystkie odcinki niedawno pojawiły się i to w rozszerzonej w stosunku do kinowej wersji, w ofercie tego kanału.  

Kiedyś dawno, pewnie jakieś 35 lat temu czytałem z wypiekami na twarzy wszystko co J. R.R  Tolkien napisał ( w latach wojny i po niej) i wydano po polsku.  Analizowałem mapy, heraldyczne wykresy, opisy ludów Śródziemia, ich obyczajów i ich historię.  Czytałem "Silmarillion" czyli genezę powstania "Śródziemia", a nawet "Przygody Toma Bombadila" i "Niedokończone opowieści". Od tych pozycji rozpoczęła się moja droga wśród świata fantasy i nieprzerwanie trwa.

I teraz oglądając w domowym zaciszu na porządnym TV, po wielu latach od kinowych premier (na których oczywiście byłem) te kolejne filmy dochodzę do jedynego wniosku:

FILMY TO WIDOWISKA, A KSIĄŻKI TO PRZEŻYCIA.


Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 11 marca 2021

Tylko nieśmiało przypominam - 2

Kolejny fragment z moich zapisków.  Tym razem z dnia 03.09.2009 (sobota) :

Od czwartku 01.10.09. na polskiej scenie politycznej ujawniono jedną z największych dotychczasowych afer III RP. - tak zwaną aferę automatową (automatów do gier hazardowych).  CBA podsłuchało, a Rzeczpospolita opublikowała zapisy rozmów Zbigniewa Chlebowskiego przewodniczącego koła poselskiego PO w sejmie i przewodniczącego sejmowej komisji finansów z nijakim Ryszardem Sobiesiakiem - kumplem Grzegorza Schetyny od Śląska Wrocław i jednym z głównych graczy na rynku tak zwanych jednorękich bandytów.

W tych rozmowach Chlebowski jawi się jako mały, sprzedajny klient wielkiego bossa, któremu tłumaczy się ze swoich działań zleconych mu przez owego bossa.  To jest poniżające i obrażające godność posła, a co dopiero szefa klubu i przewodniczącego komisji sejmowej.

Zawsze byłem jak najgorszego zdania o tym obślizgłym Chlebowskim, ale rzeczywistość, jak to zwykle bywa, poszła znacznie dalej i pokazała nam "kto tutaj rządzi".

Bezpośrednio zamieszani w tę aferę są dodatkowo "Miro" - Mirosław Drzewiecki - minister sportu, "Grześ" - Grzegorz Schetyna - wicepremier ( te nazwy w cudzysłowie pochodzą z podsłuchanych rozmów), Adam Szejnfeld - wiceminister do spraw gospodarki i wielu innych.

Ta sprawa jednoznacznie pokazuje, że PO nie jest niczym lepszym od skompromitowanych komuchów czyli tej pseudo polskiej lewicy z Millerem, Belką, Borowskim, Kwaśniewskim (?), Cimoszewiczem, Szmajdzińskim, Napieralskim, Oleksym, Czarzastym czy Kaliszem na czele.


Poprzedni post z tego cyklu


sobota, 6 marca 2021

Dzień Kobiet

Wszystkim Kobietom i Kobietkom przeglądającym mojego bloga życzę zdrowia i szczęścia oraz wszelkiej pomyślności.  Zaś na ten świąteczny poniedziałek pięknych kwiatów, słodyczy i owoców oraz wielu, wielu innych prezentów i wielu, wielu miłych chwil każdego dnia w roku.




Opowiadanie 2

Byłem pasjonatem starej broni i to głównie tej z okresu II Wojny Światowej.  Dzięki tej mojej pasji w jakimś specjalistycznym czasopiśmie przeczytałem, że w czasie tej wojny w Bydgoszczy mieszkał i pracował profesor Ludwig Vogel.  Specjalizował się on w absolutnie wówczas nowatorskiej dziedzinie jaką były lasery.  Profesor Vogel był wielkim uczonym i wcześniej pracował na słynnym uniwersytecie w Heidelbergu, gdzie na równie sławnym wydziale fizyki dokonał wielu odkryć w dziedzinie optyki.  Już na kilka lat przed wojną ogromnie zainteresowały go możliwości fizyczne spójnego światła monochromatycznego.  Jako pierwszy odkrył potęgę niszczącą takiej wiązki światła.  Swoje prace opisał w skrypcie, który dla niepoznaki zatytułował - "Dziwne właściwości białego światła".  Po jakimś czasie wydrukował już, trochę poprawioną wersję książkową i pięknie ja oprawił.  A spisał swoją wiedzę na kartkach ze znakami firmowymi, firmy AEG Farben.

Ponieważ nie był entuzjastą faszyzmu, ale był niemieckim patriotą, dlatego wiedzę chciał zachować, ale jej w obliczu zbliżającej się wojny, nie ujawniać.  Bo zdawał sobie sprawę z faktu, że gdyby ujawnił to co odkrył  to mogłaby powstać nowa potężna broń.  Wiedział, że teoretyczne możliwości lasera są ogromne, który gdyby był we właściwej obudowie i potrafiono by zasilać laser odpowiedniej mocy energia elektryczną to mógłby, czy to z samolotu, czy za pomocą odpowiednio wysokich wież lub terenowych punktów zniszczyć praktycznie każdy wojskowy lub cywilny cel.

Na początku wojny ten czterdziestoparoletni mężczyzna dotychczas silny i zdrowy nagle się rozchorował.  Nawet groziła mu śmierć.  Jego żona Elke pochodząca z zamożnej, adwokackiej niemieckiej rodziny od pokoleń osiadłej w Bydgoszczy postanowiła wywieźć go do swojego rodzinnego miasta, aby tutaj w spokoju, wśród pięknych lasów, w oddali od zawodowego środowiska i związanych z tym problemów spróbować go wyleczyć.  Łono licznej rodziny żony, ich koneksje i majątek miały mu zapewnić najlepszą opiekę i przywrócić jak najszybciej utracone siły.  A wyjazd ten był potrzebny także z innego powodu.  Otóż na swoim macierzystym wydziale uniwersyteckim chociaż był bardzo ceniony jako genialny wprost fizyk to niestety miał opinię swoistego dziwaka co również mogło być jedną z przyczyn jego choroby.

Już po paru miesiącach samopoczucie pana profesora znacznie się poprawiło, a następne parę miesięcy spacerów po lasach i okolicy, regularne pływania kajakiem, kąpiele w rzece, gimnastyki i inne zajęcia fizyczne spowodowały, że wrócił do poprzedniej swojej kondycji.  Tej kondycji przed chorobą. 

Po tym pełnym  powrocie do zdrowia pan profesor ponownie zabrał się do swoich badań, ale z braku wyposażenia swojej uniwersyteckiej pracowni były to badania głównie teoretyczne.  Te rozważania, wyliczenia i pomysły przyniosły ogromny postęp dotyczący praktycznego wykorzystania laserów.  Była połowa 1941 roku kiedy to Niemcy napadły na ZSSR i pan profesor jeszcze bardziej bał się, aby jego odkrycia nie zostały wykorzystane na tej ciągle rozszerzającej się wojnie.  Jeszcze raz i to znacznie bardziej niż poprzednio zakamuflował i ukrył efekty swojej wieloletniej pracy w fabrycznym katalogu firmy AEG Farben dodatkowo pomieszał swoje wyniki z artykułami na inne tematy i z typową zawartością folderów firmy AEG.  Sądził i to pewnie nie bezpodstawnie, że gdy kiedyś ktoś się natknie na ów katalog to będzie miał duże kłopoty, aby w pełni zrozumieć jego zawartość.

Niestety pod koniec wojny pan profesor zapadł ponownie na ta samą co poprzednio chorobę i po paru miesiącach chorowania zmarł.

Elke czyli żona profesora przeżyła go aż o czterdzieści lat.  Wszystkie te lata spędziła mieszkając w jednej z wilii na bydgoskiej Sielance.  Co prawda jej rodzina nie była już właścicielem tej pięknej willi, ale pani profesorowej pozostawiono prawie stu metrowe mieszkanie na piętrze owej willi.  Po jej śmierci, która nastąpiła w 1984 roku całość dokumentów pozostałych po panu profesorze trafiła decyzją jej testamentu do miejscowego muzeum.  I to tutaj dwadzieścia lat po śmierci pani profesorowej trafiłem na te dokumenty.  Jako miejscowemu pasjonatowi historii z okresu II Wojny Światowej udostępniono mi je do przejrzenia.  Przeczuwając raczej niż wiedząc o ich ogromnym znaczeniu postanowiłem bardziej zgłębić ten temat.  Na mój techniczny umysł uznałem, że pomysły pana profesora Vogla zachowały swoją oryginalność i ogromną wartość dla współczesnych.  Chciałem jednak skonsultować moją ograniczoną wiedzę z prawdziwymi fachowcami od fizyki.  Niestety o wypożyczeniu dokumentów nikt nawet słyszeć nie chciał, a ksera w muzeum nie było.  Pochodziłem jeszcze parę dni i zapoznawałem się z owym folderem firmy AFG Farben, aż wreszcie któregoś dnia udało mi się ten katalog wynieść o czym nikt z muzeum nie miał pojęcia.  Zrobiłem kolorowe ksero tytułowej strony i przykleiłem to na wierzchu około czterystu stron czystych kartek formatem zbliżonym do katalogu profesora, dałem do fachowej oprawy wzorowanej na tej oprawie katalogu i udałem się do muzeum gdzie tak spreparowaną kopię podłożyłem w miejscu, gdzie zawsze od dwudziestu lat leżał na półce katalog pana profesora Vogla. 

Zapakowałem katalog do mojej dyplomatki i pojechałem do Poznania, gdzie dzięki znajomościom rodzinnym udało mi się skontaktować ze słynnym polskim fizykiem pracującym na UAM panem profesorem Zenonem Kurkiem.  Już po pobieżnym przejrzeniu katalogu pan Kurek stwierdził, że przeżywa szok.  Nie wiedział co zrobić ze zgromadzoną w katalogu wiedzą.  Próbował kupić ode mnie ten dokument, ale się nie zgodziłem.  Na pewno porobił ksero materiału, który mu dostarczyłem, ale nie wiedział, że ja dałem mu tylko około połowy zawartości katalogu (kartki katalogu były wpinane i łatwo mogłem tak uczynić).  Niczego konkretnego się nie dowiedziawszy odebrałem panu Kurkowi materiały profesora Vogla i wróciłem do domu, do Bydgoszczy.

I wtedy się zaczęło.  Najpierw zaczęli przyjeżdżać do mnie inni profesorowie fizyki z całej Polski, potem odwiedziła mnie para smutnych panów, aż wreszcie wezwano mnie UOP.  Jednak do nich nie poszedłem, ale wyjechałem pospiesznie do mojego rodzinnego Wągrowca, gdzie miałem zamiar ukryć oryginał katalogu.  Oprócz niezbędnego bagażu wziąłem ze sobą dwie identyczne dyplomatki.  Do jednej włożyłem oryginalny katalog, a do drugiej dwie ryzy czystych kartek z przyklejonym na przodzie kolorowym ksero okładki katalogu.   Oryginał dobrze schowałem we Wągrowcu u mojego przyjaciela, a z pustymi kartkami pojechałem do Poznania.  Pokazałem dyplomatkę i powiedziałem co zawiera jednemu (nie Kurkowi) z profesorów wydziału fizyki UAM.  W trakcie naszej rozmowy do pokoju profesora wszedł wiceminister obrony narodowej, który został powiadomiony, że przybędę z materiałami profesora Vogla i zażądał wydania mu tych materiałów.  Ja wiele się nie namyślając uciekłem drugimi drzwiami z gabinetu.  Dyplomatkę z lipnymi danymi zostawiłem w gabinecie profesora i pewnie dlatego nie zaczęli mnie ścigać, a gdy sie zorientowali co i jak to już byłem daleko.  Byłem ogromnie zdenerwowany i wręcz spanikowany  Wsiadłem do swojego samochodu i jakoś tak instynktownie zacząłem się kierować w stronę Świecka.  Niestety w jednym z miasteczek na trasie do Świecka zostałem potrącony przez inny samochód.  Na szczęście nic mi się nie stało.

I wtedy się obudziłem.

Poprzednie opowiadanie

poniedziałek, 1 marca 2021

Przysłowia i cytaty znane i nieznane - 40

Nigdy nie łam słowa, które dałeś komuś silniejszemu od siebie.   Nik Pierumow - "Księga Hagena"

To co niezrealizowane, pożera siły. Podążaj za swoim pragnieniem, a zawsze będziesz miał rację.  j.w.

Prawdopodobnie diabeł wygrał bunt przeciwko Bogu i zasiadł na niebiańskim tronie, nie ujawniając swojej prawdziwej tożsamości, by oszukać nieroztropnych. - Gabriel Garcia Marquez "Sto lat samotności".


                               Poprzedni post z tego cyklu.