sobota, 13 czerwca 2020

Bogusław - odcinek 21

Poprzedni odcinek.

Odcinek 21

Wróćmy jednak do początków pierwszej budowy, czyli do tej koparki, która wczesnym rankiem, pierwszego lipca, przy pięknej pogodzie, zaczęła się wgryzać w grunt wykopu.   Była to duża i solidna maszyna, a jej  operator oprócz normalnej pensji z firmy z której maszyna była wynajęta, miał obiecaną sporą premię od Michała.  Mijały pierwsze godziny i można było powiedzieć, że cztero-metrowej głębokości wykop rósł w oczach.  Już po wykopaniu kilkunastu metrów wykopu,  na jego dnie dwóch pracowników, czyli Mirek i Janek zaczęli wykonywać fundament pod rury.  Beton na ten fundament przygotowywali Michał i Leszek.  Sypali żwir i cement do betoniarki, dolewali wody, a potem gotowy beton ładowali do taczek, którymi wozili go wzdłuż, a potem w dół wykopu.  Taczki te rzucały nimi na boki i co rusz wylewali część betonu, a i zdarzyło się, że obalali się z tą taczką.  Dla postronnego widza mogło to wyglądać jakby pracujący na budowie byli pijani, ale to po prostu był to za duży ciężar dla niedoświadczonych w takich pracach i nieprzywykłych do tak wielkiego wysiłku fizycznego dwóch szczupłych, średniego wzrostu właścicieli firmy.  Po czternastu godzinach ciężkiej pracy, udało im się przygotować ponad trzydzieści metrów wykopu i ułożyli na jego dnie betonowy fundament i to na najtrudniejszym odcinku, czyli wzdłuż ruchliwej jezdni, którą tylko wąski chodnik odgradzał od brzegu wykopu. 

Po wykonaniu tak ciężkich robót byli bardzo zadowoleni z efektów  tego pierwszego dnia pracy.  Chociaż pod koniec tego dnia mieli już serdecznie wszystkiego dość to jednak opuszczali budowę w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.  Późnym wieczorem, słaniając się na nogach, poszli do swoich domów.

Następnego dnia, wcześnie rano,  Leszek dochodząc do budowy na obolałych po wczorajszej, ciężkiej pracy,  nogach, już z daleka zauważył, że coś jest nie tak.   Michał, wyraźnie wzburzony, biegał wzdłuż wykopu, coś pokrzykiwał i nieustannie wymachiwał rękoma.  Leszek podszedł nad wykop i natychmiast zrozumiał zdenerwowanie Michała.  Stanął na krawędzi skarpy wykopu i oniemiał.  Widok jaki zobaczył wprost go przeraził.  To co wczoraj, jeszcze późnym wieczorem, było porządnym wykopem ze świeżo zabetonowaną na jego dnie, betonową ławą fundamentową, teraz przypominało wielki staw po brzegi pełen błota.  Wczoraj wykop miał głębokość ponad czterech metrów, a dzisiaj, jakby się rozpłynął i poszerzył, niebezpiecznie zbliżając się, zaledwie na odległość pół  metra do krawędzi asfaltowej jezdni.  Wyglądało to tak, jak gdyby ktoś do fosy zamku wykonanego z piasku na bałtyckiej plaży, nalał ogromną ilość brudnej zamulonej wody.   Dno wykopu znajdowało się teraz nie cztery, a około półtora metra poniżej terenu.  A pod nim były prawie trzy metry czarnego, lepkiego, mulistego błota.    Leszek, ogromnie strwożony, patrzył na te masy błota i z początku nie mógł pojąć, co się stało.  A jeszcze do tego, jakby złego było zbyt mało, akurat w tym czasie, niebo zasnuło się ciemnymi ołowianymi chmurami i lunął ulewny deszcz.  Dolewał on jeszcze wody do pełnych błota  wykopów, powodując jeszcze większe zagrożenie dla biegnącej w pobliżu ulicy.   Po prawie godzinnym wspólnym biegania wokół wykopu, dwaj jeszcze młodzi inżynierowie, zatrzymali się wreszcie przy koparce, która zaczęła się niebezpiecznie przechylać w stronę jeziora błota.  Michał nakazał operatorowi odjechać z tej niebezpiecznej strefy, co po kolejnych kilkunastu nerwowych minutach, udało się operatorowi zrobić.  Potem stanęli, patrzyli i nie bardzo wiedzieli co dalej robić.   



Widząc to mnóstwo błotnistej barei, do tego w obfitej ulewie, bliscy byli załamania.  Jednak, na szczęście, doświadczenie zdobyte w trakcie kilkunastu lat pracy zawodowej, pomału zaczęło dawać o sobie znać.   Powoli zaczęli sobie uzmysławiać  co się stało.  Dopiero teraz i to w  praktyce, dotarła do nich świadomość, dlaczego tak naprawdę, inne firmy nie kwapiły się do wykonywania tych robót.  Zarówno Michał jak i Leszek mieli już do czynienia z podobnymi problemami, ale wówczas mieli za sobą całą firmę, czyli dyrektorów, speców od odwadniania, wszelki sprzęt do dyspozycji i doświadczonych kierowników, którzy służyli pomocą i radą.  Tutaj byli sami i to bez niczego.  Ale już zrozumieli, że mają do czynienia z tak zwaną kurzawką.   Mówiąc obrazowo, okazało się dopiero teraz, w praktyce, o czym nie było mowy w projekcie, iż grunt w tym regionie składał się z paru warstw, które można porównać do widoku przekroju zwiniętego w rulon naleśnika, przełożonego grubo konfiturą.  Rolę naleśnika pełniły grube na około metr warstwy gruntu gliniastego, a za konfiturę robiła tak zwana kurzawka, czyli warstwa  gruntu składająca się z piasku i wody.  Wczoraj jak kopali, to wątłe siły, nie ruszanego od  wielu lat gruntu, trzymały jeszcze razem jak ten naleśnik, ale po kilkunastu godzinach, po prostu, jedna warstwa po drugiej spłynęła do wykopu, tworząc głęboką na parę metrów mieszaninę wody z gruntem, rozmywając dokładnie cały wykop, niszcząc kompletnie wykonaną robotę i poważnie zagrażając pobliskiej ulicy.  

Sytuacja była bardzo poważna, a nawet niebezpieczna.   Już po godzinie nad wykopem pojawiło się kilkunastu różnych doradców i kibiców.  Byli to głównie starsi mieszkańcy pobliskich domów i paru parafian powracających z kościoła do domu.  Zaraz zaczęły się różne rozmowy i znaleźli się tacy, którzy wiedzieli lepiej i podobno ostrzegali, że tutaj kiedyś było bagno i że nie można w tym miejscu wykonywać żadnych wykopów.   Po następnej pół godzinie na budowę przybył, po telefonie ojca Piotra, specjalista z Miejskich Wodociągów, wspominany już pan Waligóra.  Sytuacja stawała się krytyczna. Należało szybko podejmować decyzje, gdyż w każdej chwili kawał jezdni mógł się znaleźć w wykopie.  Wreszcie po paru godzinach biegania wzdłuż i wszerz bajora, po kłótniach i różnych nerwowych rozmowach prowadzonych najczęściej podniesionymi głosami, a nawet krzykiem, piątka panów zebrała się w kancelarii Zgromadzenia.  Znaleźli się tutaj wściekli, przemoknięci i prawie załamani Michał i Leszek, przybył także ich kolega Roman Tyburek, dzięki któremu wykonywali te roboty,  był ekonom Zakonu ojciec Piotr i wspomniany już przedstawiciel Wodociągów, pan Józef Waligóra.  Leszek próbował, telefonując do biura projektów, ściągnąć, na tą swoistą naradę, projektanta kanalizacji, który wydawał się być tutaj głównym winowajcą, niestety nie udało się.  Podobno był chory, a może, słysząc o co chodzi, bał się po prostu przyjść. Nie wiadomo.  Od razu rozpoczęła się burzliwa dyskusja.  Pod adresem Michała i Leszka, padały różne oskarżenia i niezbyt fortunne sformułowania. 

W tej coraz bardziej nerwowej atmosferze nie zabrakło pomówień o braku fachowości, zarzutów o zbytnim pośpiechu, złej organizacji i innych tym podobnych.  Leszek próbował się bronić, ale Michał stwierdził, iż w zaistniałej sytuacji nie ma czasu na daremne dyskusje tylko trzeba i to natychmiast poszukać wyjścia z tego okropnego położenia.  Po ponad godzinie tej przykrej i pełnej napięcia rozmowie, głos zabrał milczący przeważnie do tej pory Michał i zaproponował rozwiązanie.   Powiedział, iż według jego wiedzy i doświadczenia, należy istniejący wykop całkowicie zasypać, wówczas woda, pod ciężarem gruntu, spłynie do pobliskiego rowu, a po paru dniach jak wszystko trochę obeschnie i się zagęści, trzeba rozpocząć robotę na nowo używając tym razem, dużo większej koparki, która odrzuci znacznie dalej ziemię z wykopu po to, aby ponownie po paru godzinach ona do niego nie spłynęła.  Potem należy wykonywać kanalizację krótkimi odcinkami czyli pomiędzy sąsiednimi studzienkami rewizyjnymi, zaraz te odcinki odbierać i zasypywać.  Do tego należy, jego zdaniem, dodatkowo przynajmniej częściowo, zabezpieczyć wykop przy pomocy tak zwanych szalunków, czyli obudowy ścian. A także odwadniać wykop w trakcie robót pompami.  Zaś po ułożeniu rurociągu zastosować wymianę gruntu.  To znaczy, że po wykonaniu kanalizacji, zasypać wykop piaskiem lub żwirem przywiezionym ze żwirowni lub z innej budowy.  Natomiast wykopany gliniasty grunt trzeba odwieźć na wysypisko lub w inne miejsce.   Po krótkiej, dyskusji, obecni zgodzili się na takie rozwiązanie.  

Jakie zresztą mieli inne wyjście?  Ojciec ekonom bał się konsekwencji i reakcji swojego przełożonego pewnie dlatego zrobiłby wszystko, żeby do nich nie doszło, dodatkowo przerażał go ten powstały ogromny bałagan i pragnął tylko tego, żeby to się szybko i dobrze skończyło.   Pan Józef z miejskich wodociągów musiał już wracać do swoich normalnych zajęć, bo przecież tylko na chwilę „wyskoczył z roboty”.  Poza tym, gdyby się okazało, że w godzinach pracy zajmuje się sakralnym budownictwem, to dopiero miałby kłopoty.   Natomiast pan Tyburek był obrażony na ojca ekonoma, że nie zaufał mu w sprawie wyceny robót i powołał specjalistę, aż z Poznania.  Wobec czego teraz postanowił zbytnio nie przejmować się problemami ojca ekonoma i w czasie całej długiej dyskusji, prawie się nie odzywał.  Dlatego wszyscy z ogromną ulgą przyjęli rozwiązanie zaproponowane przez Michała.

Tuż przed wyjściem z biura parafii Leszek mimochodem stwierdził że wobec zaistniałych problemów, budowa będzie kosztowała znacznie drożej, ale o ile drożej, to trudno teraz stwierdzić.  Ojciec Piotr zaczął natychmiast protestować, ale panowie Tyburek i Waligóra natychmiast zgodnie stwierdzili, że teraz nie czas o tym mówić.  Teraz trzeba zabezpieczyć ulicę, zrobić tak jak opisał to pan Michał, a jak to wszystko zostanie wykonane to wtedy będzie czas na rozmowy o pieniądzach, powiedział pan Tyburek wychodząc z kancelarii.  Jeszcze ojciec ekonom coś próbował oponować, ale każdy się gdzieś spieszył i nikt go już dokładnie nie słuchał.   Po chwili wszyscy rozeszli się do swoich zajęć.   

Michał z Leszkiem wrócili nad wykop, gdzie deszcz jeszcze się wzmógł, a do tego zaczęło mocno wiać.  Stanęli nad tym smutnym obrazem swojej pierwszej porażki, porażki już na samym początku tej nowej zawodowej drogi i Michał powiedział - trzeba szybko działać, nie wiem, czy uda mi się załatwić tą największą koparkę, słyszałem, że jeszcze dwa tygodnie temu pracowała na A1 we Fordonie, ale nawet jeśli nadal tak jest, to nie wiem, czy mi się uda dogadać się z operatorem.  Jeżeli tak to ciekawe ile zażąda, bo chyba o oficjalnym wynajęciu tego typu koparki nie ma mowy.  W Bydgoszczy są aktualnie tylko dwie takie koparki i obłożone są robotami na wiele miesięcy naprzód – powiedział Michał.  Na szczęście znam dobrze operatora jednej z nich i jest mi winien niejedną przysługę.  Myślę, że jak tylko będzie mógł, to pomoże.  No oczywiście nie za darmo, a do tego dochodzi transport z Fordonu na Kujawską i z powrotem.  Tutaj chłopaki od niskopodwoziówki z Transbudu na pewno też będą chcieli niemałą kasę.  Miejmy nadzieję, że uda się nam to wszystko zgrać i  załatwić, a potem odzyskać te dodatkowe pieniądze od ojca ekonoma – dodał Michał.  To jedź i załatwiaj, a ja tutaj wszystkiego dopilnuję.  Poprawimy ogrodzenia wykopów, zaczniemy pompować wodę z wykopów tymi dwoma naszymi marnymi pompami i zrobimy co się da, żeby nie było gorzej niż jest – odpowiedział Leszek. 
Parę minut po tej rozmowie, Michał wsiadł do swojego zdezelowanego malucha i pojechał na budowę do Fordonu.

Najpierw spróbował wynająć koparkę w sposób oficjalny.  Poszedł do kierownika budowy porozmawiać o swoim problemie.  Ten wysłuchawszy go cierpliwie pokiwał tylko ze zrozumieniem głową i powiedział - sam pan rozumie, że jest to niemożliwe, jeszcze niedawno był pan na podobnym stanowisku i wie doskonale jak to działa.  Co ja mogę dodać?   Tylko tyle, że wynajęcie w ciągu najbliższych tygodni takiej maszyny jest niemożliwe, gdyż koparek takich jest bardzo mało i wszystkie są strasznie obłożone pracą.  Może pan pójść porozmawiać z moim dyrektorem, ale nie sądzę, że coś pan wskóra.  Po tej rozmowie Michał odczekał w pobliżu budowy, aż kierownik z niej wyjedzie i poszedł pogadać bezpośrednio z operatorem koparki czyli swoim starym znajomym z czasów jego kierownikowania.   Pan Zenek operator i „władca”  tak pożądanej przez wielu nowoczesnej i wielkiej maszyny, rozmawiał z Michałem bardzo uprzejmie, przypominając sobie jak wiele Michał kiedyś dla niego zrobił, gdy pracował jeszcze w jego firmie i groziło mu zwolnienie dyscyplinarne za pijaństwo i nieobecności w pracy.   Posłuchał tego co Michał mówił i odpowiedział - panie inżynierze, dla pana coś wymyślę, ale najpierw muszę pogadać z moim  majstrem, żeby mnie krył i z chłopakami od transportu.  Pan przyjedzie pod wieczór, ja dzisiaj pracuję tak gdzieś do dwudziestej, to panu odpowiem co się da zrobić.  Parę minut po dwudziestej Michał zjawił się ponownie w Fordonie i zapytał pana Zenka - to co Zenek da się coś zrobić, rozmawiałeś z majstrem i chłopakami?   Spokojna głowa panie inżynierze, ma pan szczęście, akurat tę sobotę mamy wolną, odpowiedział Zenek, po czym dodał - dzisiaj mamy czwartek, a w sobotę, gdzieś tak o piątej rano zjawimy się z maszyną na pana budowie.  Z kumplami już załatwiłem przywiezienie koparki, a w niedziele wieczorem mnie odwiozą.  Ale ostrzegam, to będzie sporo kosztowało, do tego, żeby chłopaki chciały jechać, część trzeba zapłacić przed robotą.  Co zaś do mojej zapłaty to na pewno się dogadamy, musi pan jednak skombinować sporo paliwa, a resztę niech pan zostawi na mojej głowie.  Michał próbował jeszcze pytać co będzie jak kierownik dowie się o braku maszyny na budowie, ale Zenek odpowiedział tylko na to, że to jego głowa w tym, żeby nie było afery i pan inżynier nie musi tym łamać sobie głowy.  Prosto z Fordonu Michał pojechał na bazę swojej byłej firmy, żeby załatwić paliwo do koparki.  Z tym nie było większych problemów.  Ze znajomym kierowcą zakładowej cysterny uzgodnił tylko cenę za litr oleju napędowego oraz ilość, czas i miejsce tankowania.  

Ponownie doświadczenie i znajomości Michała pomogły wybrnąć z tej okropnej opresji.  Już drugi raz i to dopiero, po trzech dniach działalności, okazało się jak dobrze Leszek zrobił szukając wspólnika w Michale.  Wielce prawdopodobne jest, że gdyby działał sam lub z kim innym, taka sytuacja mogłaby okazać się od razu porażką i koniecznością wycofania się z działalności na własny rachunek i to już na samym starcie. Nic nie mówiąc o kosztach owej rezygnacji.

Wszystko odbyło się tak jak ustalili i w sobotę już koło siódmej rano, wielka koparka zaczęła robotę.   Cała czwórka stanowiąca zakład instalatorstwa sanitarnego wykonywała solidarnie wszystkie nawet najcięższe prace.  Do dzisiaj, na samą myśl o tych chwilach Leszka bolą ręce.  A to dlatego, że ponownie musiał wozić dziesiątki taczek pełnych betonu, spod betoniarki na dno wykopu, ale jeszcze szybciej i więcej niż pierwszego dnia budowy.  Była to robota ponad jego siły.  Nie był przygotowany, ani fizycznie, ani psychicznie na taki trud i takie obciążenie.  Już po paru godzinach dłonie same mu się otwierały i nie chciały trzymać rączek taczki, która gdy z nią pełną betonu jechał to chwiała się razem z nim.  Znowu to wyglądało jakby był pijany.  Po prostu ta praca była normalnie dla niego za ciężka.  A czekało go jeszcze wiele godzin takiej pracy tego i następnego dnia.  

W sobotę  pracowali do pierwszej w nocy.   Tak samo w niedzielę.  Udało się im wykonać najgorszy odcinek kanalizacji, ten biegnący wzdłuż brzegu ulicy.  W niedzielę późnym wieczorem, zgodnie z ustaleniami, zestaw ciągnikowy odwiózł koparkę na budowę do Fordonu.   

Cały następny tydzień wykonywali roboty wykończeniowe na tym najgorszym i  najtrudniejszym odcinku.   Tym razem już w piątek po południu sytuacja z koparką, z Fordonu powtórzyła się i znowu do późnej nocy, oraz przez całą sobotę i niedzielę wykonali kolejny kawał roboty.  W tydzień później, pan Waligóra, wspomniany inspektor nadzoru z bydgoskich „Wodociągów”,  dokonał szczegółowego odbioru wykonanego odcinka kanalizacji.   Specjalnie firmy Michała i Leszka nie chwalił, ale widać było, że jest zaskoczony i sposobem wykonania i jakością robót. 


Następny oldcinek


sobota, 6 czerwca 2020

Czerwcowa pełnia.

Dzisiejszej nocy przypada pełnia Księżyca.  Chodząc wieczorem nad morzem wykonałem kilkanaście zdjęć.  Poniżej pięć z nich.  Zdjęcia wykonałem 05.06.2020 w Cabo Roig Orihuela Costa - Costa Blanca






środa, 3 czerwca 2020

Przypominam.

Był ongiś taki gość czyli nijaki Michał Dzięba.

https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2018/08/beznadziejne-granice-polskiej-demokracji.html

Był i przepadł i nikt nie wie co się z nim stało,  Ten gość miał czelność oficjalnie krytykować nijakiego Trzaskowskiego ( nawiasem mówiąc co za łamaniec słowny)  i nie tylko jego.  Nagle przepadł i od dwóch lat nie wiadomo co się z nim stało.  Napisałem przez dwa lata setki postów na różnych portalach z zapytaniem gdzie jest Michał Dzięba?  Pytałem na portalach różnych opcji politycznych.  I zero reakcji.  Wyzerowali Michała Dziębę.   Ale kto to zrobił?

Niezmiennie pytam jakie są granice polskiej demokracji, jeżeli można gościa anihilować i nikt nie wie i nikt nie odpowie.

I to jest emanacja owego Trzaskowskiego.

Zanim go wybierzecie na prezydenta  III RP spróbujcie odpowiedzieć na moje pytanie.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

I co?

Ponieważ moi pradziadkowie byli rodowitymi poznaniakami, a ja urodziłem się i wychowałem w pięknym wielkopolskim mieście Wągrowiec to sądzę, że mam szczególne prawa do wypowiadania się na poznańskie tematy.  Poniżej link do rozmowy pomiędzy Robertem Mazurkiem, a Jackiem Jaśkowiakiem, prezydentem Poznania, wyemitowanej na falach RMF FM w dniu  28.05.2020

https://www.youtube.com/watch?v=z4DH10fmwSE

Moim zdaniem komentarz jest zbyteczny.

Pytanie tylko jedno mam - czy udzielanie wywiadu i to niezależnie komu w godzinach pracy to zakres obowiązków prezydenta Poznania?  Pomijam kontekst i formę.

Moim zdaniem to jak pan redaktor Mazurek zaorał prezydenta Poznania jest wstydem dla wszystkich Poznaniaków.   Dlaczego wybrali na prezydenta swojego miasta takiego prymitywnego faceta?

środa, 27 maja 2020

Kwarantanna

Nie mamy jak powrócić do Polski.  Może uda się w lipcu, ale nie jest źle.  Jak mówi Lucia, żyjemy w raju, lecz nie mamy dostępu do jabłonek bo to plaże i baseny zamknięte, a w plener z zachowaniem odpowiednich poleceń (maseczki, odległość) udać się możemy od 8.oo do 10.00 i od 20.00 do 23.00.  Możemy także chodzić na zakupy, najkrótszą droga do najbliższego sklepu, a także możemy chodzić do najbliższej restauracji lub baru.  Wszędzie trzeba być w maseczkach i brać paragony bo policia lokal lub national, czuwają.

Jednak nie jest źle.  Pogoda cudowna.  Sklepy pełne towarów, odwrotnie niż klientów, kwiaty szleją z zapachami i kolorami, a ptaki jeszcze bardziej.

I jak tutaj uciekać z tej hiszpańskiej "niewoli"  do polskiej kwarantanny?

Skromne śniadanko





poniedziałek, 25 maja 2020

Ciekawostka - 16

Niedawno na FB był taki cykl co to każdy pokazywał siebie za młodu lub siebie z lat dziecięcych.  Ja również chciałem się wówczas do tej akcji dołączyć, ale dopiero teraz odnalazłem zdjęcie, które  przypomina o moim wczesnym dzieciństwie.

To Poznań i lato roku 1958.  A przed poznańskim ZOO gdzie to zdjęcie wykonał cwany poznański fotograf, chodziło kilku penerów wołając - sezamki, lody bambino, guma do żucia.

Moi rodzice ulegli zarówno temu cwanemu fotografowi jak i owym cwanym penerom.  Ale jak widać pamiątka pozostała.


Autor bloga ze swoimi siostrami Krystyną i Danką.



Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 22 maja 2020

Bydgoski wstyd - 10

Kontynuując ten cykl nie chcę nadmiernie krytykować bo wiele zmienia się na lepsze i to widać na każdym kroku, ale pragnę zwrócić uwagę na to co od wielu lat się nie zmienia i nie wiadomo dlaczego.  Oficjalne wyjaśnienia znamy, lecz czy naprawdę nie można nic z tym zrobić?

Poniżej dwa zdjęcia z grudnia 2019 roku wykonane na zapleczu ulicy Długiej,




                                                           Poprzedni post z tego cyklu.

poniedziałek, 18 maja 2020

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 76

W nawiązaniu do mojego poprzedniego wpisu:

 https://dziwnabydgoszcz.blogspot.com/2020/05/odrobina-najnowszej-historii-bydgoszczy.html

chciałbym wrócić do wspomnianej w nim atmosfery tamtych lat jaka panowała na deptaku mieszczącym się pomiędzy ulicami A. G. Siedleckiego,  a Wojska Polskiego.  Na tym niewielkim kawałku bydgoskich Wyżyn mieściło się kilkanaście sklepów, punktów usługowych, a nawet gabinet lekarski (laryngolog na piętrze).  Ludzi codziennie, dopóki nie wybudowano niemieckiego Kauflanda, przewijało się przez ów deptak naprawdę sporo. Oprócz zrobienia normalnych zakupów można było tutaj naprawić radio, telewizor czy inny sprzęt AGD, można było wywołać film z aparatu fotograficznego, zrobić zdjęcia czy wypożyczyć kasety video.  Był fryzjer, cukiernia, pralnia, firma komputerowa, toto lotek, kwiaciarnia, kiosk Ruchu i kilka innych firm.  Zaś najbardziej charakterystyczny był kiosk w którym przez długie lata zasiadał pan dorabiający klucze i naprawiający praktycznie wszystko z domowego wyposażenia.  W moim sklepie miałem solidny stary sejf i jednego razu zaciął się w nim jeden z zamków i w żaden sposób nie mogłem się dostać do jego zawartości no to poszedłem do tego starszego pana i poprosiłem o pomoc.  Pan wziął ze sobą gumowy młotek (kiosk tego pana znajdował się obok mojego sklepu) uderzył w jednym miejscu kilka razy w drzwi sejfu i powiedział - niech pan teraz przekręci klucz i klucz zadziałał, a drzwi sejfu się otworzyły.  Pytam pana ile płacę, a pan mówi, że 50 zł (dobra pensja to wówczas było ok. 1 tys. zł).  Trochę się zdziwiłem bo cała operacja trwała około minuty i zapytałem się dlaczego tak drogo za tak prostą usługę?  A pan na to, że nie płacę mu za usługę, ale za to, że wiedział jak to zrobić i gdzie uderzyć.

Jednak największym swoistym kolorytem tego miejsca był Chudy i jego ferajna licząca w zależności od dnia, pory roku, pogody i pewnie jeszcze innych czynników od kilku do kilkunastu osobników płci męskiej raczących się od rana do wieczora winami typu "patykiem pisane"  i nalewkami typu "Beczka żołądkowa"  lub inna beczka.  Ceny tych trunków wahały się w granicach 3 do 4 złotych.
Zaś owi osobnicy często nawet bardzo grzeczni i sympatyczni, chociaż awanturnicy i chamy też się wśród nich zdarzały przychodzili tutaj tak regularnie jak inni chodzili codziennie do pracy i to przez okrągły tydzień i każdego dnia roku.  Czasami im coś dałem, czasami pożyczyłem drobną sumkę oczywiście bez oddania, a czasami odgarnęli mi śnieg lub pomogli w czym innym zarabiając na kolejną flaszkę lub kilka flaszek.  Miałem z nimi różne przeboje bo to coś ukradli, lub zbili, czasami się awanturowali w sklepie, a czasami żądali alkoholu pod groźbą uszkodzenia mnie lub sklepu, ale ogólnie to działając w tym miejscu przez kilkanaście lat miałem z nimi poprawne relacje.  A jacy byli wymowni, jak potrafili się przymilać, jak zagadnąć, jak zaczepić klienta lub przechodnia to nieraz nawet ten spryt i cwaniactwo niektórych z nich podziwiałem.

Na poniższym zdjęciu (niestety słabej jakości) widzimy w akcji Chudego i kilku jego kolegów stojących w pobliżu mojego sklepu.

Zdjęcie wykonano jesienią 2002 roku.  Chudy to ten z białą czapeczką.


Poprzedni post z tego cyklu

poniedziałek, 11 maja 2020

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 75

Przez kilkanaście lat byłem wraz z moją żoną właścicielem sklepu monopolowego przy ulicy Adama  Grzymały Siedleckiego 30.   Była to kontynuacja działalności sklepu, którego od listopada 1990 roku byłem współwłaścicielem, a który to sklep był pierwszym prywatnym sklepem monopolowym w Bydgoszczy.  Zaś mieścił się przy Wełnianym Rynku 11.  Pomijając naszą trudną działalność na bydgoskich Wyżynach ( na przykład starając się co dwa lata o odnowienie koncesji na handel alkoholem musiałem zginać kark i wysłuchiwać opinii pań urzędniczek z Urzędu Miasta Bydgoszczy, że jak mi się nie podoba to co one stwierdzają, to mogę zmienić zawód, przecież nie muszę handlować alkoholem, rozwijać tematu nie będę, ale rozsądni wiedzą o co chodzi) w owym czasie pragnę przypomnieć atmosferę tamtych dni.  Otóż w pasażu handlowym pomiędzy ulicą Wojska Polskiego, a ulicą Adama Grzymały Siedleckiego panował wówczas swoisty klimat ( o tym później - w następnym poście).  Ja i moja firma (Kometa)  zaistniałem tutaj na początku w 1999 roku.  I było to przeniesienie firmy Kometa, która powstała, jak już wspomniałem, w listopadzie 1990 roku przy Wełnianym Rynku 11.  Zaś do bydgoskiej dzielnicy Wyżyny została przeniesiona, jak wspomniałem, na początku 1999 roku.  Te przenosiny to był akt rozpaczy i ucieczki przed nieuczciwą (Geant) konkurencją zachodnich sieci handlowych tak preferowane przez przekupnych osobników  sprawujących wówczas władze centralne i lokalne.  A przecież to na handlu bogacą się narody od tysięcy lat.  My byliśmy "mądrzejsi"  i oddaliśmy to za łapówki, błyskotki i różne obietnice zachodniemu kapitałowi.  Dali nam przysłowiowe koraliki i to tylko wybranym oszukańcom naszego narodu, a resztę zostawili z przysłowiową ręką w nocniku.

Niestety w konsekwencji  tej haniebnej nieuczciwej konkurencji musieliśmy po kilkunastu latach i tak ustąpić silniejszym, zamożniejszym zachodnim sieciom handlowym dotowanym przez ich macierzyste kraje, a także ustąpić wspomnianej całej sferze łapowników przez owych silniejszych w przeróżny sposób przekupionych.  Nikt nam nie pomógł.   Pomimo naszych wielkich starań.  Nikt nawet nie próbował pomimo apeli, pism do premierów i prób organizacji środowisk handlowych, nas wysłuchać.

Nasze argumenty, nasze dążenia, nasze racje, nie miały szans.

A dzisiaj ci co moją firmę doprowadzili do bankructwa mówią mi, że to moja wina.  Ale czyj interes oni reprezentują?   Na pewno nie mój.  I na pewno nie mnie podobnym stanowiącym większość normalnych ludzi w naszym kraju.

2000 rok

2010 rok


                          Poprzedni post z tego cyklu

czwartek, 7 maja 2020

Bogusław - odcinek 20


Poprzedni odcinek 

Odcinek - 20

Leszek widząc, że ojciec Piotr nabiera rozpędu i chce wszystko szczegółowo kontrolować postanowił także wziąć inicjatywę w swoje ręce i idąc na spotkanie w cztery oczy, spotkanie zaproponowane przez ojca ekonoma, szczegółowo się przygotował.  Jednak nie poszło to spotkanie po jego myśli chociaż zaczęło się bardzo dobrze.

W miłej atmosferze, przy pachnącej kawie i świeżej drożdżówce, ojciec Piotr wnikliwie wypytywał  o zasady sporządzania kosztorysów budowlanych.  Dokładnie chciał się dowiedzieć  jakie stosuje się do tych wycen przepisy i katalogi.  Potem wypytał jeszcze jak mierzy się roboty budowlane, jakie stosuje się stawki za różne czynności, jak nalicza się zysk i pytał jeszcze o wiele innych spraw z tym związanych.  Rozmowa ta trwała  prawie trzy godziny, a na jej zakończenie, ojciec Piotr poprosił Leszka, żeby pożyczył mu katalogi służące do wyceny robót budowlanych.  Niestety żadnych przygotowanych przez Leszka argumentów nie chciał słuchać twierdząc, że porozmawiają po tym jak on sam posiądzie stosowna wiedzę i sporządzi swój kosztorys.

Chcąc, nie chcąc następnego dnia Leszek przyniósł ojcu Piotrowi te katalogi.   Po tygodniu, ojciec Piotr poprosił, tym razem obu panów, na ponowną rozmowę dotyczącą kosztorysu.  Na początku spotkania oznajmił, że bardzo szczegółowo sprawdził i  przeanalizował ich kosztorys.   Później  przedstawił swoją wersję kosztorysu, znacznie różniącą się od tej sporządzonej przez Leszka.  Końcowa kwota była w nim niższa prawie o połowę, od tej jaka była w kosztorysie sporządzonym przez Leszka i sprawdzonym przez pana Romana.  Leszek wziął kosztorys ojca Piotra do ręki i uważnie go przejrzał.  Po kilkunastu minutach oddał dokument ojcu ekonomowi i ciężko westchnął, gdyż wręcz był oniemiały twórczością ojca Piotra.  Po dłuższej chwili doszedł na tyle do siebie, że zaczął wypytywać ojca Piotra skąd takie cyfry, jak do nich doszedł i jak to możliwe, że tak szybko nauczył się wyceniać roboty budowlane.  Przecież innym, jak powiedział, ta nauka zajmuje całe lata.  Po chwili zaczął podważać poszczególne pozycje kosztorysu ojca Piotra.  Powstała wielka różnica stanowisk, której w żaden sposób nie dawało się zlikwidować.  Ojciec Piotr obstawał niezmiennie przy swoim, Leszek przy swoim.  Sytuacja była patowa.  Dlatego postanowiono udać się po radę do zwierzchnika ojca Piotra.  Następnego dnia panowie spotkali się u ojca prowincjała, gdzie obecny był także pan Roman, kolega Michała i Leszka, a jednocześnie zaufany Ojca Prowincjała.   Po półgodzinnej rozmowie, wobec braku jakiegokolwiek porozumienia, pan Roman, zaproponował ojcu prowincjałowi i ojcu Piotrowi, żeby dali do oceny oba kosztorysy jakiemuś innemu, niezależnemu fachowcowi.   Na tym chwilowo stanęło .

Po paru dniach ojciec Piotr kolejny raz poprosił Michała i Leszka na rozmowę, która tym razem odbywała się w obecności docenta z Politechniki Poznańskiej pana Antoniego Józefiaka, który specjalnie przyjechał na tę okoliczność z Poznania.   Pan docent sprawdził oba kosztorysy.  Zrobił to w przeciągu godziny, gdyż były to w obu przypadkach raptem cztery strony tabelek.   Po czym oświadczył, że co do kosztorysu ojca Piotra to nie będzie się wcale wypowiadać, co zaś do kosztorysu pana Leszka, to uważa, iż jego zdaniem jest on sporządzony prawidłowo.  Rozwijając swoją ocenę leszkowego kosztorysu pan docent kategorycznie oświadczył iż jest przekonany, że żądana za wykonanie robót kwota jest znacznie niższa, niż ta jaka byłaby, gdyby roboty te miała wykonywać jakakolwiek państwowa firma budowlana.   Ponadto dodał, że zastosowane narzuty są niewielkie w stosunku do powszechnie praktykowanych i że należy, jego zdaniem, na podstawie tego kosztorysu, płacić za roboty wynikające z podpisanej umowy.  Ojca Piotra wręcz zamurowało.  Wyraźnie było po nim widać, że został mocno zaskoczony takim obrotem tej sprawy.  Jednak po chwili jakby niezrażony tym co się wydarzyło ponownie próbował podjąć dyskusję na temat swojego kosztorysu, ale pan docent Józefiak kategorycznie oświadczył, że nie będzie z nim o tym dyskutował bo nie ma o czym.  Ojciec Piotr przez chwilę zawahał się co czynić lecz widocznie przeważył autorytet i pozycja w zakonie jaką miał pan docent Józefiak bo dosyć szybko się zreflektował i tylko stwierdził - no trudno, widocznie tak musi być i muszę to zaakceptować.

Tutaj warto dodać, że pan docent  był wieloletnim przyjacielem Zgromadzenia Ojców Duchownych i od dawna wykonywał dla Zgromadzenia różne prace, nadzorował kościelne budowy, robił wyceny, a czasami i kosztorysy, wydawał różne opinie oraz był  konsultantem we wielu gospodarczych kwestiach.  Ojciec prowincjał bardzo go cenił, szanował i liczył się z jego opiniami.   A do tego pan Józefiak posiadał oficjalny tytuł zasłużonego dla  Zakonu.

O tym wszystkim Leszek dowiedział się znacznie później lecz pewnie te względy zmusiły ojca Piotra do przyjęcia jego decyzji w sprawie kosztorysu.  Po prostu ojciec Piotr bał się kwestionować zdanie i opinię pana docenta.

W ten sposób w dniu wizyty pana docenta doszło wreszcie do uzgodnienia ceny za roboty, które Michał i Leszek mieli wykonać dla parafii.  Ponieważ ta cena ich bardzo zadowalała, dlatego uznali to za swój pierwszy mały sukces.   Postanowili go uczcić i późnym popołudniem udali się do znajomej winiarni na ulicę Jezuicką.  Po pól godzinie dołączył do nich także Bogusław, wcześniej telefonicznie zaproszony na tę okoliczność.   Już przy pierwszej szklanicy białego ciociosnu rozmowa potoczyła się wartko.  Najpierw obmawiali i naśmiewali się z ojca Piotra, który chciał przechytrzyć chyba nawet samego siebie, a wiadomo czym się to zazwyczaj kończy.  Chytry dwa razy traci – perorował Leszek.  A co śmieszne to fakt, iż później jeszcze parę razy na tej budowie, miało się to okazać prawdą.  Tak, tak, chytrość to lichy gatunek rozumu powiedział Leszek podsumowując dyskusję o kosztorysie.   Potem żartowali z tego jak to ojciec Piotr dyplomatycznie udawał, że nie dosłyszał uszczypliwych uwag Leszka.

Później rozmowa zeszła na sprawy dotyczące terminu wykonania prac.  Tutaj zgodnie byli dobrej myśli.  A po trzeciej kolejce Bogusław zaczął snuć dalekosiężne plany na najbliższą i dalszą przyszłość.  Przyszłość, która to pomalutku, zaczynała się nowym rzemieślnikom obiecująco jawić.  Przy piątej szklance wina, kiedy to każdy z nich miał, jak się to mówi, już dobrze w czubie, teoretycznie mieli już założone dwie nowe firmy, zatrudniali kilkadziesiąt osób, a ich dochody były olbrzymie.

Bogusław roztaczając  te świetlane wizje, kolejny raz powrócił do swojej teorii o drabinie i perorował - to już najwyższa pora, żeby załapać się na drabinę sukcesu, czy jak wolicie, drabinę wielkiego i wszelakiego powodzenia.  Teraz jeszcze nie ma przy niej wielkiego tłoku bo to dopiero początek olbrzymich przemian, które nas czekają, ale każdego dnia rośnie liczba chętnych, żeby wejść chociażby na jej pierwszy szczebel, a ja myślę o jej szczycie.  Jak się zrobi wielki tłok na dole to będzie za późno.  Mówię wam trzeba się ostro pchać, rozpychać łokciami, a jak trzeba to i walnąć w łeb.  Tam na górze nikt już nie będzie pamiętał, jakim sposobem wdrapywałeś się na drabinę.  Wierzcie mi, teraz ludzi można podzielić na dwie kategorie: na buraków i na cwaniaków.  Cwaniaki pchają się na górę, a buraki na zawsze pozostaną w glebie.

Takimi to i podobnymi słowami starał się Bogusław pozyskać jak największą  przychylność Leszka i Michała.  Pracował niestrudzenie, żeby ich przekonać do swoich pomysłów i wkręcić w orbitę swoich działań.  Trzeba powiedzieć, że właśnie w takich i podobnych chwilach,  znajdował, coraz bardziej, podatny grunt dla swojego siewu.


Następny odcinek


sobota, 25 kwietnia 2020

Odrobina najnowszej historii Bydgoszczy - 74

Dzisiaj przypominam jak w 2002 roku wyglądał dawny bydgoski teatr kameralny, który od dziesięcioleci popadał w ruinę i zapomnienie, ale dlaczego tak było to tego nie wiem.




                         Poprzedni post z tego cyklu

piątek, 17 kwietnia 2020

Bogusław - odcinek 19


Poprzedni odcinek


Odcinek - 19

Po załatwieniu pozwoleń na bycie mistrzami i po podpisaniu pierwszej umowy, świeżo upieczonym rzemieślnikom, pozostały do załatwienia jeszcze  wszelkie inne formalności.  Każda prywatna firma budowlana musiała obowiązkowo należeć do rzemieślniczego cechu.   I chociaż Leszek i Michał zgodnie uważali to za rzecz zbędną, to jednak, musieli udać się do znanego już Leszkowi, biura Cechu Rzemiosł Budowlanych i Drzewnych.  Tutaj, nisko kłaniając się urzędniczkom cechu, zapłacili bardzo wygórowane wpisowe, a po otrzymaniu stosownych zaświadczeń, uiścili wysokie składki za pierwszy miesiąc przynależności do tej "wspaniałej" organizacji.  I chociaż zgodnie twierdzili, że cech nie jest im do niczego potrzebny to jednak okazało się, iż nie mieli racji.  Cech był potrzebny do płacenia składek i comiesięcznego odbierania kartek żywnościowych dla jego członków i ich pracowników.  A te kartki były wówczas jedną z najważniejszych codziennych spraw.  Bez nich nie można było kupić cukru, mięsa, butów, czekolady, papierosów, kawy czy wina i wódki.  Rodzaje tych kartek, ich kolory, nominały, oznaczenia, były często przedmiotem namiętnych dyskusji, sporów i pożądań.   Tym właśnie rządziły panie z cechu.   Było to "królestwo"  wielkie i sprawiedliwe.

Oprócz cechu musieli zapisać się jeszcze do Spółdzielni Rzemieślniczej, gdyż tylko ona mogła w imieniu swoich udziałowców podpisywać umowy z zakładami państwowymi i ona była dystrybutorem wielu, ogromnie deficytowych dóbr, takich jak materiały budowlane, czy nieliczny sprzęt budowlany.  Przez spółdzielnię płynęły pieniądze do rzemieślników.  Tutaj trafiały nowe rozporządzenia oraz druki ciągle zmieniających się przepisów branżowych i państwowych.   Tutaj załatwiało się także wiele, najczęściej zbędnych, innych spraw i rzeczy.  Ot taka kolejna administracyjna czapa.  I także tutaj w Spółdzielni u miłych pań i mniej miłych panów, przyszło im, jeszcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek robót, zapłacić wielkie dla nich pieniądze.  Każdy musiał wpłacić po dziesięć tysięcy za tak zwane wpisowe. Do tego każdy musiał wpłacić po sto tysięcy złotych, czyli trzy dobre ówczesne pensje, za tak zwane udziały w spółdzielni.  Ponadto opłacić musieli jakieś znaczki skarbowe za tak zwany ryczałt, wnieść opłatę za wykonanie kopii decyzji i pozwoleń.  Podpisać musieli, u owych miłych pań, dziesiątki różnych umów i zaświadczeń.  A na koniec wypili z paniami i panami ze Spółdzielni kawę z koniaczkiem i "już"  należeli do prywaciarskiej braci.  Rzemieślniczy raj stanął przed nimi otworem.

W ten sposób Leszek z Michałem mieli już swoją firmę, posiadali pieniądze, zawarli pierwszą umowę.  Teraz należało tylko zatrudnić paru pracowników, kupić i wynająć stosowny sprzęt oraz materiały i ruszać do boju. 

W tym czasie Bogusław  wykonywał nadal roboty w Inowrocławiu oraz uzyskał bardzo dobre zlecenie od Straży Pożarnej w Bydgoszczy.  Był ogromnie zajęty i ostatnio tylko z oddali życzliwie kibicował tym pierwszym poczynaniom swoich nowych kolegów po fachu.  Jednak co rusz podkreślał, że jak tylko uporają się z robotami, jak to mówił, u klechów, to zaraz rozpoczynają duży wspólny temat. 
           
Leszek i Michał, mając już za sobą wszystkie wątpliwości, czy dobrze postępują, decydując się na prowadzenie prywatnej firmy, zostali skazani na przejęcie pełnej odpowiedzialności za siebie samych jak i za swoich pracowników.  Rzec można zostali swoistymi sierotami.  Nagle zabrakło im dyrektorów, kierowników, prezesów, naczelników, działów kadr, księgowości, bazy sprzętu, magazynów, związków zawodowych  z ich ziemniakami i cebulą na zimę oraz wyjazdami zakładowym autobusem na grzyby.  Zostały za nami wczasy pracownicze i wczasy  “pod gruszą”.  Zostały za nimi “troskliwe” zakładowe organizacje partyjne.  Nie mogli brać udziału w wyborach do rad pracowniczych.  Zniknęła, jakże czasami korzystna, zakładowa racjonalizacja.  Przepadły imieniny i urodziny szefów i kolegów w pracy.  Odeszły nie wiadomo dokąd wspólne szkolenia BHP i inne kursokonferencje, narady, odprawy, delegacje, podniosłe uroczystości zakładowe z wręczaniem nagród, medali i odznaczeń, kończące się obowiązkowo  wielkimi popijawami.  Zniknęły dni budowlańca, dni kolejarza, podwyżki, awanse, plany produkcyjne, premie, trzynastki, dodatki eksploatacyjne, zwrot za pranie odzieży i ręczników, dodatki mundurowe, ekwiwalenty za węgiel, branżowa służba zdrowia i wszystkie inne więzi jakie łączyły pracownika z socjalistycznym, państwowym zakładem pracy.

Tak, na pewno można było powiedzieć, że zostali sierotami.  Na tej czystej tablicy ich nowego zawodowego życia, nie było jeszcze nic zapisane.  Wszystko było przed nimi.
Przed Michałem i Leszkiem oraz ich dwoma pracownikami, którzy również pełni najróżniejszych obaw, zwolnili się z państwowej firmy i pełni nadziei zatrudnili się u nowych rzemieślników.  A zwolnili się z firmy, w której poprzednio pracowali razem z Michałem.  Skutecznie skusiły ich obietnice znacznie wyższych zarobków.

Mając już dwóch pracowników panowie prywaciarze zakupili liczne i różne narzędzia.  Kupili klucze nastawne, klucze zwane żabkami, szpadle, łopaty, wiadra, młoty, młotki, kilofy, siekiery, packi, szpachle i wiele innych tego typu rzeczy.  Kupili pierwsze niezbędne do rozpoczęcia robót materiały oraz drobny sprzęt.  Kupili także, zarówno dla siebie, jak i dla swoich pracowników, odzież roboczą, ze słynnymi walonkami na czele.  

Jednak nie te zakupy i nie ci nowi pracownicy stanowili największy problem.  Na początku ich działalności  najwięcej problemów, trudów i emocji związanych było z uzgodnieniem kosztorysów dotyczących ich  pierwszej, już podpisanej, umowy.  


Jak wspominaliśmy, Ojciec prowincjał, czyli przełożony seminarium i jednocześnie proboszcz, parafii św. Jana, nakazał ekonomowi zakonu, ojcu Piotrowi Baranowi, bezpośredni nadzór nad wykonaniem całości robót związanych z uporządkowaniu kanalizacji wokół siedziby Zakonu i kościoła.  Ojciec Piotr, rówieśnik Leszka i Michała, człowiek pełen energii dopiero od niedawna był na nowym, wysokim dla niego stanowisku. Dlatego też  z pełnym oddaniem przystąpił do wykonywania powinności wobec zakonu któremu służył.  Nawet słynne sformułowanie o nadgorliwości, nie oddaje w pełni, zaangażowania ojca Piotra w tej jego nowej roli. 

Michał i Leszek już przy podpisywaniu umowy otrzymali od ojca prowincjała projekt techniczny robót, które mieli wykonać.   Leszek sporządził do tego projektu szczegółowy kosztorys i przekazał go ojcu Piotrowi.   Ojciec Piotr wziął ten kosztorys i zaczął go długo i szczegółowo analizować.  Ponieważ jednak kompletnie nie znał się na zasadach wyceny robót budowlanych, dlatego poprosił pana Romana o  szczegółowe sprawdzenie tego kosztorysu.  Pan Roman uwinął się z tym w parę dni, naniósł kilka drobnych poprawek i ze swoją akceptacją oddał ojcu Piotrowi.  Trudno zgadnąć dlaczego owa akceptacja, zaufanego i wieloletniego przyjaciela Zgromadzenia, nie wystarczyła ojcu Piotrowi do podpisania sprawdzonych kosztorysów.  Z bliżej niewiadomych powodów, ale pewnie głównie z chęci wydania na roboty jak najmniejszej kwoty pieniędzy, bo przecież był ekonomem Zgromadzenia, ojciec Piotr postanowił wziąć sprawy we własne ręce.

O tym jak to przebiegało będzie w następnym odcinku.


Następny odcinek
                                                                           


Logika UE

We Francji na covid-19 zmarły dzisiaj 793 osoby, w Niemczech i we Włoszech, a także w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii były to porównywalne liczby zgonów, ale tam Komisja Europejska nie ma zamiaru interweniować.  Natomiast zamierza interweniować w sprawie praworządności w Polsce, gdzie dzisiaj zmarły 22 osoby na covid-19.

Straszą nas przewodnicząca i wiceprzewodnicząca UE, a także politycy niemieccy.

https://dorzeczy.pl/kraj/136711/niemieccy-politycy-wzywaja-ue-do-interwencji-ws-polski.html

O co tutaj chodzi?

sobota, 11 kwietnia 2020

Świąteczne życzenia.

Wszystkim czytającym ten mój wpis Życzę spokojnych, zdrowych, pełnych zadumy i refleksji Świąt Wielkanocnych.  Niech zmartwychwstały Chrystus będzie symbolem naszego odrodzenia po tym smutnym czasie jaki na razie trwa.

To zło niebawem zniknie, a nasz Świat będzie dużo lepszy niż był.

I z tym przekonaniem zostawiam Was Drodzy Moi na te święta.


czwartek, 9 kwietnia 2020

Trochę więcej optymizmu.

Smutno nam wszystkim i nie wiemy co dalej będzie, ale bądźmy optymistami i wierzmy, że niebawem będzie lepiej i wszystko powróci do normalności.






sobota, 28 marca 2020

Odrobina optymizmu.

Pomimo tak trudnego czasu kwiaty kwitną, deszcz pada, a morze szumi.

Dzisiaj wykonałem kilka zdjęć w trakcie mojego marszu po ogrodzonym terenie.  Bo oprócz marszów po dachu czasami ośmielam się także maszerować po ogrodzonym terenie naszej małej urbanizacji.  Dla uspokojenia dodam, że w trakcie tych marszów nie spotykam nikogo.

Wiosna w pełni i chociaż dzisiaj padało to kwiaty były tak samo piękne jak w słoneczny dzień.







wtorek, 24 marca 2020

Trudny czas

Panika nas pokonała, ale dlaczego?  W ten trudny czas jakoś każdy musi sobie radzić.  Trzeba dbać o kondycję fizyczną bo to podstawowy element naszego zdrowia.  Ale jak to robić gdy z domu wyjść nie można?  My znaleźliśmy dobry sposób.  Chodzimy na dach domu w którym obecnie mieszkamy i maszerujemy przynajmniej jedną godzinę dziennie, a zazwyczaj dłużej.  Przy tym robimy trochę gimnastyki i zaraz nowy duch w nas wkracza.

Poniżej filmik z takiego marszu.







czwartek, 19 marca 2020

Nikt nie wie co będzie dalej.

Na pewno Świat będzie inny.  Nie wiemy czy przeżyjemy.  Na pewno wiemy, że ów Świat, który był już takim nie będzie i to niezależnie od tego jakie będą następstwa owego wirusa, i  niezależnie od tego czy to wirus sterowany przez tych co pragną osiągnąć określone cele czy też coś co wymknęło się  spod kontroli, to i tak wszystko będzie inne niż dotychczas. 

Ten wirus pokazuje śmieszność naszej cywilizacji i to niezależnie od tego czy jest sztuczny, czy przypadkowy.

Dlaczego jesteśmy tacy bezbronni?  Dlaczego popełniamy takie błędy?

Zawsze byłem zwolennikiem dyktatury, a nie demokracji.  Pisałem już o tym na moim blogu i we wielu innych miejscach.

Uważam, że dyktator to wielokrotnie coś lepszego niż tak zwana demokracja.  Jak powszechnie wiadomo demokracja to rząd głupców, a jak wybierzemy mądrego dyktatora to głupcy nie mają szans,

Dyktator byłby wybierany, na przykład, na pięć lat i potem byłby oceniany w kolejnych wyborach.  Jeżeli uzyskałby poparcie poniżej trzydziestu procent (uwownie) to byłby skazywany na śmierć.  Jeżeli uzyskałby poparcie 50 procent to zachowałby wszystko co zdobył, ale nie mógł dalej kandydować i ogłaszano by nowe wybory dyktatora.  Natomiast jeżeli uzyskałby poparcie ponad 60 procent to sprawowałby władzę kolejne pięć lat.

Przy przyjęciu takiego modelu istniałaby równowaga pomiędzy sprawującym władzę i tymi, którzy ową władzę wybierają,

Obecnie tak nie jest i to jest moim zdaniem źródłem wszelakiego zła, którego emanacją jest obecny stan owego wirusa.

Nikt z rządzących za nic nie odpowiada i każdy robi co chce.

A tak dalej być nie może.

P.S.

Wybory dyktatora byłyby proste i oczywiste.  Na przykład każdy otrzymywałby trzy kulki (białą, czerwona i czarną) jedną wrzucał by do urny, a dwie pozostałe wrzucał by od razu do zbiorowego śmietnika.   Żadnych kamer, żadnej inwigilacji, ale wszystko odbywałoby się w miejscach publicznych na oczach zgromadzonych głosujących.  Tak samo odbywałoby się liczenie kulek.  Każdy głosujący wybierałby kulkę zieloną na której byłaby jakaś liczba, a głosowanie osób do sprawdzania wyborów odbywałoby się taką samą metoda jak losowanie Lotto.  Owo liczenie odbywałoby się także publicznie i od razu ogłaszany byłby publicznie ich wynik.  Suma wyników z poszczególnych okręgów wyborczych dawałaby wynik wyborów.

środa, 18 marca 2020

Kwintesencja socjalizmu w bydgosko - szwederowskiej odsłonie

Tak to było 40 lat temu na bydgoskim Szwederowie.  To jedno z moich najlepszych zdjęć jakie zrobiłem moim ówczesnym aparatem fotograficznym typu Fed-4.  Tak sądzę.  Uchwycić taką chwilę to istny przypadek.  To kwintesencja owych czasów i tylko ci co wtedy żyli w owej rzeczywistości potrafią docenić ów klimat bydgoskiego Szwederowa.  A było to niedzielne przedpołudnie, zaś tam dokąd zmierzali owi przechodnie to był przystanek linii autobusowej numer 61.


wtorek, 17 marca 2020

Bogusław - odcinek 18

Poprzedni odcinek

Odcinek 18

Leszek już miał stosowne kwity, aby w socjalistycznym społeczeństwie mógł zostać rzemieślnikiem,  Teraz pozostawało czekać na dyplom mistrza, który Michał miał otrzymać w czerwcu i można było otwierać firmę.   Jednak najpierw był wyjątkowo upalny maj.  W tym najpiękniejszym miesiącu  roku, córeczka Leszka miała przyjęcie.  Jak to bywa na przyjęciach, zjawiła się cała bliższa i część dalszej rodziny oraz najbliżsi znajomi, nazywani wtedy przyjaciółmi.  Oczywiście duża część rozmów, w trakcie tej uroczystości,  obracała się wokół leszkowej decyzji i podjętych już działań.  Zdecydowana większość rozmówców wyrażała swoje ogromne obawy co do słuszności wyboru tej nowej, zawodowej  drogi.  Padały sformułowania - Leszek po co ci to? ,  przecież masz taką dobrą pracę, a co zrobisz jak ci się nie uda?   Skąd weźmiesz pieniądze na rozpoczęcie działalności?  Jeszcze jest za wcześnie na takie decyzje, trzeba poczekać, aż się coś zmieni,  nie warto ryzykować dla niepewnego jutra.  Leszek zastanów się jeszcze dobrze co chcesz zrobić, przecież jak ci się nie uda to jak wyżyjecie z tej jednej nauczycielskiej pensji?   Takich i innych pytań, stwierdzeń i opinii padało mnóstwo.  Wszystkie nacechowane były  ogromnymi wątpliwościami oraz podyktowane raczej autentyczną troską.  Takie rozmowy były toczone przez parę godzin, przy suto zastawionym stole.  W atmosferze wielkiego święta, przy oglądaniu wspaniałych prezentów komunijnych i czytaniu wielu okolicznościowych telegramów.  Popijano dobre wina, które Leszek cudem zdobywał przez długie miesiące bo alkohol, jak zresztą i wiele innych produktów, był wówczas na kartki i miesięcznie każdemu dorosłemu przysługiwała możliwość zakupu jednej butelki wina lub pół litra wódki.  Może to właśnie ta podniosłość chwili wzbudzała kolejny raz różne wątpliwości w umyśle Leszka

Tylu jego najbliższych wyrażała tak wiele obaw, że trudno było Leszkowi je lekceważyć   Toteż przynajmniej ich część musiała mu się udzielić.  Dlatego też do umysłu Leszka, pomiędzy ten radosny nastrój, wkradły się niepokój i niepewność.  Zadawał sobie pytanie - czy to on ma rację, czy nieomal wszyscy jego bliscy?.

Niepokój ten trwał w nim kilka dni.  Oczywiście, aż do spotkania z Bogusławem. Na tym spotkaniu Bogusław który to, kolejny już raz, z ogromnym zapałem i energią rozwiewał wszystkie te wątpliwości.  Zapewniał o nieuniknionym sukcesie, malował świetlaną przyszłość, usuwał w cień wszystkie  obiekcje i zastrzeżenia, wyrażane przez wielu uczestników minionej uroczystości.   Ta ogromna pewność siebie Bogusława, ten zapał, ta energia, to przekonanie , że tak właśnie, a nie inaczej trzeba postąpić, znowu przywróciły Leszkowi wiarę i usunęły w cień jego obawy oraz rozwiały liczne zastrzeżenia.

Teraz pozostawał jednak Leszkowi jeden, ale za to największy problem - skąd wziąć pieniądze na rozpoczęcie działalności?   Leszek z Michałem wyliczyli wstępnie, że na początek, czyli do pierwszej zapłaty za wykonane roboty, potrzebne im będzie około miliona złotych.  To dawało po pięćset tysięcy na każdego z nich.  Uznali, iż bez tych pieniędzy nie ma sensu zaczynać.  Michał dzięki pobytowi "na rurze" i handlowi, głównie złotem, przywożonym ze Związku Radzieckiego, posiadał potrzebną gotówkę, ale dla Leszka była to kwota astronomiczna.  Był to nieomal jego dwuletni zarobek i to ze wszystkimi dodatkami.  O żadnym kredycie nie było mowy.  Coś takiego wówczas nie istniało.

Znowu pozostało Leszkowi tylko jedno wyjście.  Udać się z prośbą do teścia. Teściowi ostatnio powodziło się znacznie lepiej niż w poprzednich latach.  Wszystkie trzy córki pokończyły studia i się usamodzielniły.  Poza tym tata Franciszek pracował dodatkowo, pomagając w zaopatrzeniu w materiały kilku prywatnym firmom, co przynosiło mu niezłe dochody.  Prośbę Leszka przyjął z dużym zrozumieniem, ale zaraz oświadczył, że tak dużą kwotą nie dysponuje i będzie musiał pożyczyć prywatnie, przynajmniej jej połowę.  Dodał również, iż wielkiego entuzjazmu do pomysłu Leszka nie wykazuje, ale widząc jego zaangażowanie w tą sprawę, spróbuje mu pomóc.  Stawia tylko jeden warunek.  Pożyczka będzie na rok, a jeżeli Leszek jej nie spłaci w tym terminie to wróci na państwową posadę i będzie spłacał, aż do skutku.  Leszek z  wielkim zapałem przystał na ten warunek i już pod koniec maja teść przekazał mu potrzebną gotówkę.   Oczywiście o żadnej umowie, czy odsetkach nie było nawet mowy. 

Na początku czerwca Michał dostał upragniony dyplom mistrza.   Po kolejnych dwóch tygodniach panowie dysponowali stosownymi dokumentami i mogli rozpoczynać działalność na swoim. 

Jednak już wcześniej bo w połowie maja, Michał i Leszek zabrali się za załatwianie pierwszego zlecenia.  A historia tego zlecenia liczyła sobie, w tym momencie, już prawie pół roku.  Wszystko zaczęło się od kolegi Michała, a kiedyś także Leszka, kolegi ze wspólnej pracy w Hydrobudowie.  Kolega ów czyli Roman Tyburek od wielu lat pracował w dziale, który na co dzień zajmował się przygotowywaniem umów, sprawdzaniem kosztorysów, rozliczeniami materiałów i innymi podobnymi sprawami.  Dodatkowo pan Roman udzielał się w swojej parafii.  Parafii pod wezwaniem św. Jana, przy której mieściło się seminarium duchowne.  A pracy w jego budowlanej dziedzinie było w owej parafii niemało.  Ciągle coś remontowano lub rozbudowywano, a do nadzoru nad tymi pracami potrzeba było fachowca. I to pan Roman  wszystko nadzorował.  Nadzorował w zgodzie ze sztuką budowlaną i obowiązującymi przepisami. Był zaufanym zarówno ojca prowincjała czyli przełożonego zakonu jak i ojca ekonoma czyli zakonnika odpowiedzialnego z sprawy gospodarcze całewgo zakonu.

Jakoś tak na początku 1986 roku władze seminarium doszły do wniosku, że należy wybudować nowy kościół.  Żeby to jednak uczynić to najpierw należało uporządkować wszystkie inne sprawy budowlane związane z tą planowana budową.  Między innymi należalo uporządkować przebieg kanalizacji i wodociągu w taki sposób, aby ich trasy nie przebiegały pod planowanym budynkiem kościoła co obecnie miało miejsce.  Na pierwszy ogień poszła przebudowa, a właściwie wykonanie nowej kanalizacji.  Wykonano projekt, uzyskano stosowne pozwolenia i pan Roman, w imieniu władz seminarium, rozpoczął szukanie wykonawcy do tej przebudowy.   Szukanie rozpoczął od największych państwowych firm budowlanych z którymi na co dzień współpracował.  Lecz firmy te nieszczególnie rwały się do wykonywania takich zadań.  Po pierwsze, jak dla nich to zakres robót był zbyt mały, po drugie, znacznie większe niż normalnie były wymagania zleceniodawcy co do jakości robót, a tego nikt wówczas nie lubił.   W tamtych realiach było to z różnych względów wręcz trudne do uzyskania.  Istotnym było również to, iż roboty miały być wykonywane na potrzeby Kościoła, a to było bardzo źle postrzegane przez zwierzchników w różnych Dyrekcjach i Zjednoczeniach.  Zaś z opiniami wspomnianych instytucji, każdy szef firmy musiał się liczyć.  Dlatego też po kolei, wszystkie firmy do których pan Roman się zwracał, odmawiały wykonania tych prac.  Na placu boju, pozostawały więc tylko firmy prywatne.  O tym wszystkim Michał wiedział i znał ten temat z opowiadań pana Romana i to już od wielu miesięcy.

Dlatego gdy już wreszcie Michał podjął decyzję o działaniu na własny rachunek to od razu pomyślał, że mogłaby to być pierwsza robota dla jego prywatnej firmy.  Pierwszy raz usłyszał o tym temacie czyli robocie u księży, jak to określał pan Tyburek, już pod koniec stycznia.   Niestety sprawy związane z oficjalnym rozpoczęciem działalności rzemieślniczej przeciągnęły się prawie o pół roku dlatego też wydawało mu się, że temat z wykonaniem kanalizacji dla księży jest już nieaktualny.  Postanowił jednak spotkać się w tej sprawie ze swoim starszym kolegą.  Dlatego w czerwcowe późne poniedziałkowe popołudnie pojechał na Glinki, gdzie w swoim jednorodzinnym domu zamieszkiwał pan Tyburek.  W rozmowie okazało się, że temat jest  jednak nadal aktualny.  A co więcej Roman powiedział Michałowi, że nawet prywatne firmy nie za bardzo pragną się podjąć tych prac.  Głównymi powodami takiego stanu rzeczy było to, że roboty miały być wykonywane na sporym odcinku tuż przy bardzo ruchliwej ulicy.  Ponadto wykopy miały sięgać do pięciu metrów głębokości i do tego w niepewnym gruncie.  Dodatkowo zaprojektowana kanalizacja była bardzo nietypowa bo miała to być bardzo rzadko stosowana tak zwana kanalizacja piętrowa. Kolejną trudnością były oczywiście sprawy materiałowe.  A i sam fakt wykonywania robót dla duchownych nie usposabiał do sprawy życzliwie licznych ówczesnych władz, różnych decydentów i kontrolerów.  A z nimi jak Leszek i Michał doskonale wiedzieli, mocno musieli się liczyć pragnąc w przyszłości wykonywać większe roboty na zlecenie owych władz.

Pan Roman lojalnie i to od samego początku rozmów z Michałem, mówił mu o tych problemach, a dodatkowo zawsze wspominał o konieczności wykonywania robót dużo lepiej niż to wyglądało w państwowych firmach.  Roboty miały być wysokiej jakości bo tego wymagał zleceniodawca, a nadzorować i odbierać je miał  pan Józef Waligóra.  Był on także członkiem parafialnej społeczności, ale przede wszystkim był znanym i poważanym w całym budowlanym bydgoskim środowisku fachowcem najwyższej marki.  Pan Waligóra kierownik z bydgoskich Wodociągów był powszechnie znany ze swoich wielkich wymagań, był bardzo drobiazgowy i dokładny.    Wszyscy wykonawcy powszechnie się go bali i każdy sobie życzył, żeby tylko jego, przypadkiem, nie było na odbiorze.  Znając te wszystkie fakty, również Michał i Leszek bali się i wahali, czy podjąć się tego zadania.  Nie byli przekonani czy zdecydować się na tak trudny orzech do zgryzienia i to na samym początku.

 Dyskutowali o tym parę dni, aż w końcu Michał zaprawiony w budowlanych bojach i to często znacznie trudniejszych, niż wydawała się ta robota u księdza, jak od początku ją nazywali, przekonał Leszka, że warto się tej pracy podjąć.  Mówił że to może być dobra szkoła i może im tylko wyjść na dobre, a do tego solidny i wiarygodny płatnik, co również miało ogromne znaczenie.  Dlatego też, już parę dni po otrzymaniu dokumentów rzemieślniczych z Urzędu Miejskiego, panowie podpisali stosowną umowę z ojcem prowincjałem, który do nadzoru nad całością spraw związanych z tą budową ze strony parafii  wyznaczył ojca Piotra Barana, czyli ekonoma całego Zgromadzenia.  Za sprawą tego pierwszego oficjalnego spotkania z władzami Zgromadzenia, które odbyło się w parafialnej kancelarii, Michał i Leszek znaleźli się, co prawda tylko na krótko, ale jakby w innym świecie.  Leszkowi ten inny świat był już trochę znany z uwagi na jego doświadczenia w nadzorowaniu robót w paru kościelnych obiektach.  Już parę lat wcześniej dzięki swojemu starszemu koledze po fachu, panu Mieczysławowi, został zaangażowany do wykonania inwentaryzacji dużego obiektu sakralnego Braci Werbistów w Laskowicach Pomorskich.  Później wykonywał tam jeszcze inne zadania związane z nadzorowaniem robót budowlanych i dzięki temu poznał troszeczkę obyczaje i atmosferę życia za zakonnymi murami.  Tutaj, w kancelarii Zgromadzenia, gdzie ojciec prowincjał po serdecznym przywitaniu, zaproponował gorącą aromatyczną kawę do której podano jeszcze ciepły drożdżowy placek z kruszonką, od razu poczuł się podobnie jak w Laskowicach.  Natomiast dla Michała było to pierwsze doświadczenie w takich kontaktach.  Było miło i byli ogromnie zaskoczeni atmosferą i przebiegiem tego spotkania, jakże inną od tej z którą spotykali się na co dzień.  A gdy po dopełnieniu wszystkich formalności, ojciec prowincjał zaproponował po kieliszeczku oryginalnej Goldwasser, to te pierwsze doświadczenia przy kontaktach z kościelnym inwestorem, wydały się Michałowi i Leszkowi bardzo sympatyczne. I chociaż nie uzgodnili jeszcze rzeczy, dla nich najważniejszej, czyli wysokości wynagrodzenia za które mieli wykonywać roboty, to jednak opuszczając budynek Zgromadzenia i niosąc w teczce ową, podpisaną, pierwszą na ich nowej drodze, umowę, byli w doskonałych nastrojach.




sobota, 14 marca 2020

poniedziałek, 9 marca 2020

Dzień Kobiet.

Najpierw zebrałem bukiet polnych kwiatków i wręczyłem je mojej pani wraz z życzeniami, a potem był smaczny obiad, a po nim kawa i lody.  Pogoda była piękna, nastroje takie same i wszystko było super.  I tak to sympatycznie przebiegł nam kolejny Dzień Kobiet.

Polne kwiatki.



Nasze rowery widziane od strony stolika przy którym piliśmy kawę i jedliśmy lody.  A to miejsce to raptem pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie spożywaliśmy smaczny obiad.

niedziela, 1 marca 2020

Niedzielna paella w Torrevieja.

W piękne niedzielne popołudnie znajomi (Ela i Michał) zaprosili nas na tradycyjne danie pochodzące z regionu Walencji, gdzie obecnie przebywamy, czyli paellę.

Czekaliśmy około godziny, aż na wielkiej patelni (porcja dla kilkadziesiąt osób) przyniesiono danie do którego zaraz ustawiła się kolejka "głodomorów".

Bar w którym byliśmy położony jest na obrzeżu Torrevieja i jego głównymi klientami są Hiszpanie.

Pobyt trzeba zamawiać.  Można także iść po dokładkę.  Jednak porcja, którą otrzymałem była tak duża, że wszystkiego nie zjadłem.

Słonecznie (22 stopnie), smacznie, obficie i w dobrym towarzystwie.  Czegóż pragnąć więcej?

Kilka zdjęć z tego kulinarnego przeżycia.

Wreszcie przyniesiono - paella z kurczakiem i papryką


Kolejka po paellę

Moja porcja

Od lewej - Ela, obok jej mama - 97 letnia pani Anna i Michał mąż Eli, ręce Luci.